- Opowiadanie: Morgiana89 - Prawdziwie wisielczy humor

Prawdziwie wisielczy humor

Jest to poniekąd kontynuacja “Miasta miłości”, choć scen erotycznych jak na lekarstwo. Oznaczyłam, jako opowiadanie, bo wydaje mi się, że spokojnie może funkcjonować samodzielnie.

Miał być szort, ale wyszło trochę dłuższe. ;) Jest to raczej lekki tekst, choć może nie do końca. Na pewno nie taki prześmiewczy, jak ten pierwszy.

 

Dziękuję, B.A. i Loli. :)

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Prawdziwie wisielczy humor

Benedykt Wilczek siedział na komisariacie pogrążony w papierach. Jego biurko zawalała sterta tak wielka, że nic nie było zza niej widać.

– Czemu wcześniej się za to nie zabrałem? – zapytał sam siebie, ale nie znalazł żadnego logicznego wyjaśnienia.

Mężczyzna był tak zaaferowany raportami, że nawet nie zauważył, gdy ktoś pojawił się w pokoju. Niespodziewanego gościa, bo o tej porze zazwyczaj nikt do niego nie zaglądał, spostrzegł dopiero w chwili, kiedy wychylił się, by sięgnąć po coś z drugiej sterty leżącej obok biurka. Zauważył poruszenie, zupełnie zaskoczony prawie upadł i w ostatniej chwili, aby się uchronić, zamarł lekko przykucnięty, usilnie próbując utrzymać równowagę. Wyglądał przy tym, jakby szykował się do skoku wzwyż.

W drzwiach stał młodzieniec. Z szyi gościa wystawał ostro zakończony kij, a ubranie miał częściowo zakrwawione. Najdziwniejsze było to, że żył, bo przy tak poważnej ranie, nie miał prawa oddychać.

– Dobry Boże! – Komendant poderwał się na równe nogi, przewracając ułożone papiery, które rozleciały się na wszystkie strony. – Dobrze się czujesz, Malicki?

Wiedział, że to głupie pytanie, choć tylko takie przyszło mu do głowy na widok sierżanta, który raptem trzy tygodnie temu zaczął pracę na komisariacie.

– Ghrr… – powiedział młodzieniec, a raczej próbował, lecz kijek w szyi zdecydowanie wszystko utrudniał.

Wzrok przybysza nie posiadał wyrazu. Benedykta przerażenie chwyciło za gardło, bał się poruszyć i zrobić fałszywy krok. Na widok wyciągniętych rąk Adasia Malickiego zaschło mu w ustach i miał ochotę schować się za biurkiem, jakby to mogło go w jakiś sposób uchronić. Młodzieniec szybkim krokiem ruszył na niego, a komendant zamarł w dziwacznej pozie.

“Jakim cudem ominął aspiranta Łasicę, Kopytka i pozostałych?“ – przemknęło mu przez myśl.

– Nieee!

Zasłonił głowę i zamknął oczy, wyciągając przed siebie ręce w obronnym geście. I te właśnie jako pierwsze chwycił sierżant. W najgorszych snach Wilczek widział siebie rozłożonego na podłodze bez życia, ale Malicki położył jego dłonie na kiju. Znów z jego ust wydobyło się tylko niezrozumiałe charczenie, a gdy w końcu Benedykt zdecydował się spojrzeć, bo przez dłuższą chwilę nic się nie działo, zobaczył, jak Adaś pokazuje na niego i na kawałek drewna. Wtedy przyszło zrozumienie. Chwycił patyk i pociągnął z całej siły. Coś zgrzytnęło, to był najbardziej obrzydliwy dźwięki, jaki słyszał. Włosy na plecach stanęły mu dęba.

– Ghrr… – powtórzył aspirant, a z jego rany sączyła się krew. W końcu zdławionym głosem powiedział: – Dziękuję… Mamy problem, komendancie.

Benedykt Wilczek musiał mu w duchu przyznać rację. Adaś Malicki nie żył, ale jednak jakimś cudem nadal tu był. Komendant straży w Pogorzelisku podrapał się po głowie. Westchnął ciężko. Zdawał sobie sprawę, że to będzie długi wieczór.

 

***

 

Sierżant Adaś Malicki uległ wypadkowi. Na nieszczęście los postawił mu na drodze starą Alinę Pawlakową i jej grubą kotkę. Zwierzę uciekło kobiecie i schowało się w ptasiej dziupli, która zdecydowanie nie odpowiadała jego gabarytom. Gdy okazało się, że nie może z niej wyjść, kot począł zawodzić tak strasznie, że z okolicy zbiegli się gapie, a kobieta rozpaczała, jakby co najmniej ją zarzynali. Na ten widok młodzieńcowi zmiękło serce i w przypływie odwagi wskoczył na drzewo uratować zwierzę.

Zadanie okazało się nie być wcale łatwe, bo kot wypełniał całą przestrzeń ptasiego gniazda. Gdy w końcu udało się sierżantowi wsadzić rękę do dziury, wypchnął go mocnym, pewnym ruchem. Nie przewidział tylko, że zwierzę wyskoczy wprost na niego. Odbiło się z takim impetem od twarzy Adasia, że ten stracił równowagę i runął. Po drodze zahaczył o suchą gałąź, która przebiła jego szyję i pod wpływem ciężaru ciała ułamała się, a młodzieniec upadł na ziemię.

Ludzie podbiegli przerażeni, nikt już nie zwracał uwagi na kocura liżącego łapy w zadowoleniu parę metrów dalej. Alina Pawlakowa krzyczała, a inni się gapili. Nie można było już nic zrobić. Krew pod ciałem młodzieńca zaczęła wsiąkać w ziemię. W tym momencie jednak Adaś Malicki otworzył szeroko oczy i powiedział:

– Grrr.

Kobieta padła zemdlona, a ludzie uciekli w przerażeniu.

 

***

 

Pokrętne wyjaśnienia Adasia Malickiego niekoniecznie rozjaśniły obraz całej sytuacji. Benedykt postanowił udać się na miejsce wypadku. Zmusił młodzieńca, by założył chustę na szyję. Nie chciał straszyć, przynajmniej na razie, mieszkańców miasteczka. Nie przewidział jednak, że po jakimś czasie materiał nasiąknie krwią i ukaże się czerwona plama.

– Już wolałem to miłosne szaleństwo – zatrwożył się ledwo otwierając usta.

– Co pan powiedział, panie komendancie? – zapytał Malicki. – Nie dosłyszałem.

– Nic, nic, sierżancie. Nie przejmuj się. Mów dalej. – Machnął tylko ręką.

Malickiemu nie dane było jednak dokończyć, bo ich oczom ukazał się pies. Niestety nie był okazem zdrowia.

– Niech to szlag – zaklął Wilczek.

Zwierzę miało przetrąconą łapę i ogon, na którym pełno było zaschniętych kłębków sierści. Gdy zdecydowali się zbliżyć, pies podkulił połamany ogon ze strachu. Do nozdrzy Benedykta doleciał smród starego, gnijącego mięsa. Przez myśl przeleciało mu, czy umarli też czują smród, ale nie powiedział tego na głos.

Pies musiał być martwy już od kilku dni, ale ożył. Zwierzę miało jeszcze rany na tylnych łapach i te były w dużo gorszym stanie, stały się pożywką dla robaków, które wiły się wchodząc pod skórę i z niej wychodząc. Komendant myślał, że za chwilę zwróci śniadanie, a gdy spojrzał na Adasia Malickiego, spostrzegł, że młodzieniec jest jeszcze bledszy niż chwilę wcześniej, o ile to w ogóle możliwe.

– Malicki, dobrze się czujecie? – zapytał Benedykt Wilczek.

Sierżant nie zareagował, w końcu komendant pstryknął mu przed oczami palcami, ale młodzieniec drgnął dopiero, gdy pies zaczął się oddalać od nich powolnym, utykającym krokiem, niezdarnie merdając ogonem.

– Nie chcę widzieć, jak zjadają mnie robale… – wyszeptał.

Jakby na te magiczne słowa podleciała do niego wielka mucha i usiadła na czubku nosa. Młody mężczyzna się rozpłakał.

 

***

 

Całe miasteczko ogarnęła plaga umarłych chodzących po ulicach. Zarówno nowo przybyłych jak i tych lekko przegniłych. Ożywieni nie potrafili odnaleźć się w sytuacji, a pomocy szukali na komendzie, bo gdzież złożyć skargę na to, że się jeszcze żyje, gdy już dawno powinno się być martwym?

Biuro Benedykta przeżywało prawdziwe oblężenie. Pracownicy mieli cały czas ręce pełne roboty. Nawet nie bacząc na stan zdrowia, albo raczej kondycję własnego ciała, do pracy przychodził młody Malicki. Na nieszczęście dla komendanta kolejne śmiertelne wypadki potoczyły się lawinowo. Jakby nagle wszyscy mieli kopnąć w kalendarz. Trafiło się też kilku wisielców.

Komendant myślał, że nic nie jest w stanie go wyprowadzić z równowagi, ale mylił się, bo do biura wleciał rozsierdzony Krzysztof Zielonka, najgorsza menda i zmora całego miasteczka. Wparował wprost do biura Benedykta i zaczął wymachiwać sznurem uwiązanym do jego szyi. Stary rolnik na co dzień próbował pilnować i sprawdzać sąsiadów, ustawiać dzieciaki biegające w jego okolicy oraz zatruwać życie poczciwym ludziom.

– To już nawet umrzeć z godnością nie można! – darł się, a Wilczek widział, jak wszyscy, którzy mogą znikają w oka mgnieniu z zasięgu wzroku mężczyzny. – Tyle lat cierpień! Tyle lat życia w męczarniach i nawet człowiek powiesić się nie może! Toż to nie może tak wyglądać! Ja wnoszę zażalenie! O-o-o! Na śmierć! Na śmierć!

– Panie Zielonka, niech się pan uspokoi… – Nie dane mu było dokończyć, bo mężczyzna otwartą ręką uderzył w blat biurka Benedykta.

– Ja? Ja! Ja mam się uspokoić? W imię czego? Ja chcę godnej śmierci! – krzyczał, aż piana toczyła mu się z ust.

“Zwariował do reszty” – westchnął ciężko Benedykt i wyciągnął papiery.

Najlepszą metodą na Zielonkę było ignorowanie, a gdy to nie pomagało trzeba było pogodzić się ze stratą najbliższych godzin, na rzecz wysłuchiwania skarg i zażaleń.

 

***

 

Jedna z bardziej absurdalnych awantur miała miejsce na środku głównego placu w Pogorzelisku. Gdy Benedykt badał ślady, które zostawiły w nocy zdechłe leśne zwierzęta. O dziwo, zachowywały się, jakby chciały pokazać, że ten problem też ich dotyczy.

W pewnym momencie, na częściowo ogrodzony i zabezpieczony teren przez ludzi komendanta wpadł najlepszy rzeźnik w okolicy, złowieszczo wymachując toporem.

– Zabiję was! Zabiję! To wasza wina! Wasza! – wydzierał się brzuchaty jegomość w zakrwawionym fartuchu, który kiedyś zapewne był biały. Grubym, brudnym paluchem celował w Benedykta.

Komendant kompletnie zaskoczony atakiem mężczyzny stał z szeroko otwartymi ustami.

– Coście znowu przywlekli do Pogorzeliska? Co to za nowe czary? – krzyczał rzeźnik, aż ślina kapała mu z ust. – Wszystko zmarnowane! Przepadło! Całe moje życie zostało zniszczone!

Tym razem zawył z rozpaczy.

– Ale co się stało? – zapytał Benedykt, ale znając fach mężczyzny chyba domyślał się, czego to dotyczy.

– Pytacie się co? Jakbyście nie wiedzieli!

I na te słowa przez plac przetoczyły się wypatroszone zwierzęta, kury bez głów i piór, półtusze, które jakimś cudem uciekały na dwóch nogach.

Benedykt popatrzył na rzeźnika, biedak upuścił topór i pobiegł za chodzącymi kawałkami mięsa. Komendant westchnął ciężko, zaczął żałować, że wszystko jest na jego głowie, bo nikt inny nie poczuwał się do odpowiedzialności.

 

***

 

Na dobre jednak się zaczęło, gdy wiecznie spoczywający mieszkańcy cmentarza powstali z grobów i postanowili przejść się na spacer do miasta. Pan Wiesio, dozorca, mieszkający przez całe życie na cmentarzu, w niewielkim domku, wybudowanym kawałek za kaplicą, mało nie dostał zawału, gdy zobaczył wyłaniających się z ziemi martwych. Tego nie przewidział nawet w najgorszych snach. Jakieś plotki obiły się o jego starcze uszy, że w mieście źle się dzieje, ale nie wiedział, kto jak, gdzie i z kim. Rzadko zapuszczał się do centrum. Jego chatka znajdowała się na uboczu. Przypuszczał też, że święta ziemia jest nietykalna, jako miejsce wiecznego spoczynku i tu nie może stać się nic złego. Dozorca nie należał do ludzi towarzyskich i cenił ciszę, a cisza na cmentarzu była najważniejsza i mimo, że niektórych przyprawiała o gęsią skórę, to dla niego oznaczała spokój.

Gdy w końcu nogi znów miał władne i pierwszy strach minął, popędził jak szalony do domu i zaryglował drzwi. Dla pewności schował się w schowku na miotły, liczył, że nikt go nie znajdzie. Jego nadzieje się ziściły, bo trupy ruszyły w stronę głównej bramy. Trochę im zajęło wydostanie się na zewnątrz, co bardziej niecierpliwi i w pełni sprawni (posiadający dwie pary rąk i nóg) przedostali się przez płot. Panu Wiesiowi nie dane było tego zobaczyć, bo dopiero następnego dnia postanowił wychylić się ze swej kryjówki. Cisza nie wróciła, bo niedobitki, którym brakowało niektórych kończyn lub innych jeszcze ważniejszych części ciała, czołgali się wyrzucając do bogu ducha winnego człowieka swoje pretensje i żale. Jęczeli i zawodzili, a biedny stary dozorca musiał ich wysłuchiwać. Pierwszy raz w życiu pożałował, że mieszka na cmentarzu. Błoga cisza, którą tak cenił już nie wróciła.

W miasteczku sytuacja przedstawiała się nieco lepiej, ponieważ mieszkańcy przyjęli przybyszów z dość dużą dawką cierpliwości, ale na nieszczęście dla komendanta kierowali zbłąkane owieczki wprost na komisariat.

 

***

 

– Wandziu, nie wiem już co robić – powiedział Benedykt Wilczek, gdy w końcu po kilku dniach wrócił do domu.

Od czasu miłosnego szaleństwa komendant zmienił swoje samotnicze życie. Okazało się, że wyniknęło z tego coś dobrego, znalazł partnerkę idealną, choć wcale jej nie szukał. Jego praca nie przewidywała miejsca na poważny związek i wydawało się, że wiek miłosnych uniesień ma już od dawna za sobą. Wanda, miejscowa wiedźma, była nieco starsza od niego i może nie tak urodziwa, jakby Benedykt sobie tego życzył, ale za to mądra, silna i niezależna, a to mu się wyjątkowo podobało i do szczęścia nie potrzebował nic więcej. Nie wszystkim mieszkańcom przypadło do gustu, że po wyczynach Maritona Wilczek nie porzucił Wandy, jakby pozwalał, aby głupi żart kupidyna kierował jego życiem. On sam tak na to nie patrzył, sądził raczej, że przez przypadek udało mu się wygrać los na loterii. Jako para byli ze sobą naprawdę szczęśliwi i mogli zawsze na siebie liczyć, zwłaszcza w trudnych chwilach.

Jego wybranka mieszkała w spokojnej okolicy, on sam niedawno się do niej wprowadził, ale i tak praktycznie cały czas spędzał na komendzie. Dzisiaj u Wandzi było wyjątkowo tłoczno, choć chatka na kurzej stopce umiejscowiona została na leśnym odludziu. Benedykt zdziwił się, że przed domem stoi kolejka umarłych i żywych, ale jak się później okazało, każdy szukał metody na własne problemy, a ostatnio mieszkańcy mieli ich bardzo dużo.

– Kochany, Beniu, musisz znaleźć przyczynę! Moje ręce już nie nadążają łatać pogniłych ciał. A od pozbywania się nieprzyjemnych zapachów boli mnie głowa. Sama jedna jestem na takie miasteczko. Gdybym miała córkę…

Wilczek puścił jej ostatnią uwagę mimo uszu. Sam też nie radził sobie z zaistniałą sytuacją, dlatego w końcu, choć tego nienawidził, poprosił Wandę o pomoc.

– A nie mogłabyś zrobić swoich czarów–marów, może czegoś byś się dowiedziała, Wandziu – powiedział komendant, biorąc ją za rękę i pocałował zmęczone, pobrużdżone zmarszczkami palce.

– Wiesz, że nie mogę nadużywać przychylności. Czary to nie tylko słowa, to wiedza, znajomość ludzi i świata – powiedziała, ale Benedykt zrobił minę zbitego psa i nic się nie odzywał.

Cisza się przedłużała.

– No, dobrze, spróbuję – odparła z rezygnacją, a twarz Wilczka rozpromieniła się w uśmiechu.

Wanda lekko podenerwowana chaotycznie wyjmowała chyba wszystkie zioła jakie miała w szafkach. W końcu znalazła to czego szukała, wysypała na rękę małe fioletowe kulki. Benedykt nie miał pojęcia, co to jest i obserwował z uwagą. Ścisnęła kilka w palcach, intensywny zapach rozszedł się po pomieszczeniu, piekł w usta, nos i oczy. Komendant zaczął rozpaczliwie szukać po kieszeniach papieru, bo łzy i gluty leciały mu po twarzy. Gdy wychodził, jak przez mgłę widział tylko Wandę wciągającą rozdrobniony proszek, a gdy wrócił było po wszystkim.

– Musimy kierować się na wschód, jest blisko, to jest bardzo silne – powiedziała wystraszona. Lekko dygotała, a jej twarz zrobiła się blada. – Idę z tobą, ale musimy wziąć kogoś do pomocy. Pozbądź się petentów, to nie może czekać!

I nie zwracając uwagi na jego niewyraźną minę, machnęła tylko niedbale ręką i zaczęła zagarniać do siebie rzeczy. Benedykt westchnął ciężko. Zawsze przypadała mu brudna robota. Narzekanie mieszkańców było najgorsze.

 

***

 

Niestety okazało się, że Benedykt Wilczek nie może liczyć na niewielu chętnych. Wybrani zainteresowani ściągnęli kolejnych, a oni jeszcze kolejnych i w końcu okazało się, że wraz z komendantem i Wandzią idzie pół miasteczka.  Taki pochód nie był w jego oczach mile widziany. Zamiast zrobić zasadzkę, obawiał się, że sami w nią wpadną, a to co czaiło się na wschodzie, mogło okazać się bardzo niebezpieczne, skoro potrafiło przyczyniać się do śmierci mieszkańców i w dodatku ich ożywiać.

Na domiar złego ludzie nie potrafili zachować odpowiedniej ciszy. Z czasem szepty zamieniły się w głośne rozmowy. Wilczek był wyjątkowo zdenerwowany zaistniałą sytuacją, a najbardziej irytował go burmistrz Antoni Paluszek. Już kilkukrotnie przekrzykiwał idący tłum. Benedykt na co głośniejszy dźwięk, aż  zgrzytał ze złości zębami. Zaczął żałować, że poprosił o pomoc Wandę.

Gdy w oddali zniknęły ostatnie budynki miasteczka, a pola rozciągały się aż po horyzont, zakłócane jedynie przez pojawiające się miejscami niewielkie skupiska drzew i krzewów, coś się wydarzyło. Hałas, jaki robili mieszkańcy, został zastąpiony przez ciszę, z której dobiegał spokojny głos, bzyczący gdzieś z tyłu głowy niczym natrętna mucha.

Po co żyć… Po co się tak spieszyć? Szczęście ucieka… Nie jesteś już szczęśliwy… Nic nie układa się po twojej myśli… Skończ z tym! Daj sobie odejść… To prawdziwa ulga…

“Nie… Słuchaj… Tego…” – Przez pustkę próbowały się przebić myśli Benedykta.

Czuł się dziwnie, a głos coraz bardziej naciskał na niego.

“Opanuj… Się… Opanuj!” – upominał się komendant.

W końcu jakimś cudem udało mu się wyrwać z marazmu. Ocknął się, trzymając w ręku nóż przyłożony do nadgarstka. Odrzucił go na ziemię zupełnie zdezorientowany i spostrzegł, że inni są jak w transie. Próbowali sobie zrobić krzywdę tym, co mieli pod ręką. Najgorzej było z merem Pogorzeliska, który trzymał kawałek sznura i zaciskał go sobie na szyi. Benedykt zastanawiał się skąd go wytrzasnął. Martwi, którzy z nimi przyszli, po raz pierwszy od tygodnia padli na ziemię bez życia. 

– Stop! – zakrzyknął Benedykt. 

Miał szczęście, że skończyło się jeszcze nim na dobre się zaczęło. 

– Co tu się dzieje do jasnej cholery? – wykrzyczał Antoni Paluszek, zupełnie przerażony próbował usilnie wyplątać się ze sznura.

– Niech to szlag – powiedział na głos Benedykt. – Oni chyba naprawdę nie żyją.

Zrobiło mu się przykro, że wśród leżących bez ruchu znajdował się Adaś Malicki. Przyzwyczaił się do młodzieńca, nawet do smrodu, który zaczął wydzielać.

– Wandziu, już czas – oznajmił i czekał.

Jego ukochana wysunęła się do przodu. Zaczęła mruczeć coś niewyraźnie pod nosem, a reszta czekała. Wszyscy liczyli na to, że w końcu coś się wyjaśni.

Precz! Precz! Zostawcie mnie! Zostawcie!

Tym razem to nie była mucha. Coś krzyczało w jaźni Benedykta. Po niewyraźnych, przestraszonych minach wiedział, że nie tylko on tego doświadczył. Jedynie Wandzia stała niewzruszona i jakby piękniejsza. Światło księżyca padało na jej pobrużdżoną zmarszczkami twarz, rozjaśniając ją i wygładzając. 

– To meteor – powiedziała pewnym głosem.

– Meteo-co? – zapytał Wilczek.

– Meteor, taki kamień, spadł z nieba, ale jakby żyje.

Jego mina musiała wyrażać ogromne zdumienie. Nigdy w życiu nie słyszał o takich dziwach, żeby kamień żył, a co więcej się komunikował. 

– No, nie patrz tak, Beniu, musimy mu pomóc, jest blisko.

Preeeeeeecz!

Komendant skrzywił się.

– On najwyraźniej tego nie chce.

– Nie gadaj głupstw, powinien gdzieś tu być. – Po tych słowach zaczęła się rozglądać pochylona tuż nad ziemią. Przerzucała po kolei jakieś drobne kamyczki, by pochwycić w końcu jeden. – Aha! Mam go!

Wszyscy popatrzyli na nią, wstrzymując z przejęciem oddech. Meteor niczym się nie wyróżniał, choć gdy Benedykt zerkał na niego przez dłuższą chwilę, sprawiał wrażenie jakby lekko pulsował.

Wanda chwyciła go w dwa palce, wymruczała coś jeszcze raz, po czym rzuciła go do góry. Rozbłysnął jasnym światłem i zamiast opaść na ziemię, odlatywał wraz z ciągnącą się za nim złotą smugą. Z każdą chwilą malał w oczach i zwiększał swoją prędkość. Dotarło do nich jeszcze tylko ciche “nie” nim znikł im z oczu. 

– Jak to zrobiłaś? – zapytał Wilczek, ale ona tylko się uśmiechnęła.

– Kobieta musi mieć swoje tajemnice.

Poszło nadzwyczaj gładko i łatwo, to był koniec ich problemów, choć Benedykt zupełnie inaczej na to patrzył. Wiedział, że najbliższe dni będą pracowite, bo wiele osób mimo wszystko umarło, a tego nie dało się w żaden sposób odwrócić. Tym razem Pogorzelisko dotknęło coś dużo gorszego, ale wierzył, że sobie poradzą.

 

Koniec

Komentarze

Ok, Morgiano, mam nadzieję, że nie będziesz mi miała za złe czepialstwa, ale w sumie zadziwiająco dużo rzeczy rzuciło mi się w oczy. Tekścik wydaje mi się chaotyczny i jakby napisany na szybko, opublikowany bez odleżenia się… Nie czytałam “Miasta miłości”, ale to zupełnie inna kwestia, bo nie chodzi mi o bohaterów i treść (choć założenie fabuły wydaje mi się nie tyle absurdalne, co raczej niewiarygodnie-naiwne), tylko właśnie o sposób napisania. Dziwię się, bo czytałam Twoje o wiele lepiej napisane teksty…

 

“– Dobry Boże! – kKomendant poderwał się na równe nogi, przewracając ułożone papiery…”

 

“Coś zgrzytnęło, to był najbardziej obrzydliwy dźwięki, jaki usłyszał.” – Lekkie czepialstwo: to zdanie pozbawione jest mocy. Zwykle stosuje się formułkę typu “kiedykolwiek słyszał”, a nie “raz usłyszał”.

 

“Włosy na plecach stanęły mu dęba.“ – Ależ musi mieć owłosione plecy ; p

 

“Zdawał sobie sprawę, że to będzie długi dzień.“ – Bardzo subiektywna uwaga: Wcześniej była wzmianka, że “o tej porze” Benedykt nie spodziewał się nikogo w swoim gabinecie. Najwyraźniej błędnie, ale jednak przyjęłam, że jest już bardzo późno, a tu nagle okazuje się, że cały dzień przed nim…

 

“Zwierzę uciekło kobiecie i schowało się w ptasiej dziupli (…)

Zadanie okazało się nie być wcale łatwe, bo kot wypełniał całą przestrzeń ptasiego gniazda.“ – Wydaje mi się, że “dziupla” i “gniazdo” nie powinny stanowić synonimów. Gniazdo sugeruje coś, co ptaki stworzyły same z gałązek, traw itp.

 

“Zadanie okazało się nie być wcale łatwe, bo kot wypełniał całą przestrzeń ptasiego gniazda. Gdy w końcu udało mu się wsadzić rękę do dziury, wypchnął go mocnym, pewnym ruchem.“ – Raz: sugerujesz, że to kot wsadził rękę do dziury. Dwa: od zewnątrz raczej wyciągnął, wypycha się od środka.

 

“Nie przewidział tylko, że zwierzę wyskoczy wprost na niego. Odbił się z takim impetem o twarz Adasia…“ – Zwierzę odbiło się, nie odbił. Poza tym: odbiło od twarzy, a nie o twarz.

 

“Benedykt postanowił udać się w miejsce wypadku.“ – na miejsce?

 

“Zarówno  nowo przybyłych jak i tych lekko przegniłych. Ożywieni nie potrafili odnaleźć się w nowej sytuacji…”

 

“Nawet nie bacząc na stan zdrowia, albo raczej kondycje własnego ciała“ – kondycję

 

“Na nieszczęście dla komendanta kolejne śmiertelne wypadki potoczyły się lawinowo. Jakby nagle wszyscy mieli kopnąć w kalendarz. Trafiło się parę wypadków i kilku wisielców.“

 

“Stary rolnik nie wyglądał na samobójce, ale lubił mieć wszystko pod kontrolą. Próbował kontrolować sąsiadów…“ – Raz: powtórzenie. Dwa: samobójcę. Trzy: Pierwsze zdanie jest lekko bez sensu, bo w sumie co mają skłonności samobójcze do chęci kontrolowania otoczenia? Druga część zdania nie wynika z pierwszego.

 

“Jedna z bardziej absurdalnych awantur miała miejsce na środku głównego placu.“ – Głównego placu czego? Znów subiektywne czepialstwo: brakuje mi dookreślenia, że np. miasteczka.

 

“W pewnym momencie, na ogrodzony i zabezpieczony teren wpadł najlepszy rzeźnik w okolicy, złowieszczo wymachując toporem.“ – Hm, tym bardziej bym chciała się dowiedzieć, co to za plac, skoro teraz nagle okazuje się, że mamy jakiś ogrodzony teren, który z pierwszym skojarzeniem związanym z placem, czyli otwartą przestrzenią publiczną w mieście, nie ma absolutnie nic wspólnego? A zatem co to za plac i co to za ogrodzony, zabezpieczony teren?

 

“– Zabiję was! Zabiję! To wasza wina! Wasza! – wydzierał się grubszy jegomość w zakrwawionym fartuchu, który kiedyś zapewne był biały. Grubym, brudnym paluchem celował w Benedykta.“ – Raz, że powtórzenie, dwa, że grubszy od kogo? Może raczej: grubawy, otyły itp.?

 

“– Coście znowu przywlekli do Pogorzeliska? Co to za nowe czary? – krzyczał, aż ślina kapała mu z ust.“ – Kto krzyczał? Ostatnim podmiotem był komendant.

 

“– Ale co się stało? – zapytał Benedykt, ale znając fach mężczyzny chyba domyślał się, czego to dotyczy“ – Brak kropki na końcu zdania.

 

“– Pytacie się co? Jakbyście nie wiedzieli!

I jakby na te słowa…”

 

“I jakby na te słowa przez plac przetoczyły się wypatroszone zwierzęta, kury bez głów i piór, półtusze, które jakimś cudem uciekały na dwóch nogach i inne.“ – I inne co…?

 

“Benedykt zdziwił się, że przed domem stoi kolejka umarłych i żywych, ale jak się później okazało, że każdy szuka metody na własne problemy“ – Albo “jak się później okazało, każdy szukał” (czas przeszły, nie teraźniejszy), albo “później się okazało, że każdy szukał”, ale nie “jak” i “że” naraz, bo wychodzi niegramatycznie.

 

“Moje ręce już nie nadążają łatać pogniłych ciał i niwelować nieprzyjemnych zapachów“ – To zdanie też jest niegramatyczne.

 

“Niestety okazało się, że Benedykt Wilczek nie może liczyć na małą ilość chętnych.“ – Wiem, że już jest “liczyć” w tym zdaniu, ale chętni są policzalni, więc “ilość” nie pasuje.

 

“burmistrz Antonii Paluszek“ – Antoni przez jedno i.

 

“został zastąpiony przez ciszę, z której dobiegał cichy spokojny głos“

 

““Nie… Słuchaj… Tego…” – Przez pustkę próbowały się przebić jego myśli.“ – Czyje? Brak dookreślenia podmiotu.

 

“Ocknął się, trzymając w ręku nóż przyłożony do nadgarstka. Odrzucił go na ziemię zupełnie zdezorientowany i spostrzegł, że inni są jak w transie. Próbowali sobie zrobić krzywdę tym, co mieli pod ręką. Najgorzej było z merem Pogorzeliska, który trzymał w rękach kawałek sznura…“ – Poza powtórzeniem: skąd mer miał przy sobie sznur? To nie jest coś, co zwykle “ma się pod ręką”.

 

Poza tym w końcu mer czy burmistrz?

 

“Skąd on się tu wziął?” – przemknęło mu przez myśl.“ – Kto to pomyślał i o kim?

 

“Światło księżyca padało na jej pobrużdżoną zmarszczkami twarz, rozjaśniając ją i wygładzając.” – Dziwnie to wypada o tyle, że wcześniej nie padło żadne określenie dotyczące pory dnia, a teraz nagle mamy światło księżyca.

 

“– Meteor[+,] taki kamień, spadł z nieba, ale jakby żyje.“

 

“Meteor niczym się nie wyróżniał, choć gdy Benedykt zerkał na niego przez dłuższą chwilę, sprawiał wrażenie jakby lekko pulsował.“ – To brzmi, jakby to Benedykt sprawiał wrażenie, że pulsuje ; )

 

“…sprawiał wrażenie jakby lekko pulsował.

Wanda chwyciła go w dwa palce, wymruczała coś jeszcze raz, po czym rzuciła go do góry. Zaczął pulsować jasnym światłem…”

 

“Tym razem Pogorzelisko dotknęło coś dużo gorszego, ale wierzył, że sobie poradzą.‘ – Gorszego niż co?

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hmmm. Nie powaliło.

Po pierwsze – tematyka tak mocno wyeksploatowana, że aż niemodna. OK, połączyłaś to z jakąś nietypową przyczyną, ale dla mnie to nie wystarczyło. Po drugie – zakończenie takie jakieś bezwysiłkowe. Skoro tak łatwo było skończyć z problemami, dlaczego tak długo się wahali. Po trzecie – niewiele wyjaśniasz, a ja lubię sobie przeczytać czarno na szarym, co, jak i dlaczego.

Jego praca nie przewidywała miejsca na poważny związek

Czy praca może cokolwiek przewidywać? Pozostawiała?

Babska logika rządzi!

Gdybym ja jeszcze wiedziała, o co tu chodzi… :-(

Podejrzewam, że miało być zabawnie, ale nie udało mi się dostrzec choćby odrobiny humoru. Jest za to mnóstwo bałaganu, wręcz wielki rozgardiasz, nie wiadomo czym spowodowany. Ot, spadł meteor i od tego się w miasteczku tak porobiło? Dlaczego?

 

Zwie­rzę miało prze­tra­co­ną łapę i ogon… – Literówka. 

 

Biuro Be­ne­dyk­ta prze­ży­wa­ło praw­dzi­we ob­lę­że­nie i miało cały czas ręce pełne ro­bo­ty. – Biuro miało ręce?

 

Stary rol­nik nie wy­glą­dał na sa­mo­bój­ce…– Literówka.

 

czło­wiek po­wie­sić się nie może! Toż to nie może tak wy­glą­dać! – Powtórzenie.

 

Oka­za­ło się, że przy­szło mu z tego coś do­bre­go… – Raczej: Oka­za­ło się, że wyniknęło z tego coś do­bre­go

 

– A nie mogłabyś zrobić swoich czarów–marów, może coś byś się dowiedziała… – – A nie mogłabyś zrobić swoich czarów-marów, może czegoś byś się dowiedziała

 

Wie­dział, że naj­bliż­sze dni będą cięż­kie… – Raczej: Wie­dział, że naj­bliż­sze dni będą trudne/ pracowite/ wyczerpujące

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

mam nadzieję, że nie będziesz mi miała za złe czepialstwa, ale w sumie zadziwiająco dużo rzeczy rzuciło mi się w oczy

Królowo, gdzieżbym śmiała się obrażać, toż to nic strasznego. Błędy uczą, by ich więcej nie popełniać. ;)

Tematyka wyeksploatowana jest bardzo i liczyłam się z tym, szkoda tylko, że nie wyszło lekko, ale po to ćwiczę, żeby próbować, a ten portal mi to umożliwia. :)

Dziękuję, Miłym Paniom za odwiedziny. Postaram się poprawić błędy dziś lub jutro rano.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nie no, wyszło lekko. Ale lekkość nie zneutralizowała nudnawego tematu. Chociaż robiła, co mogła.

Babska logika rządzi!

O matko, zostałam koronowana! ; P

 

Zgadzam się z Finklą – wyszło lekko, tyle że za lekko. Znaczy (znów przepraszam…) tak lekko, że aż infantylnie. Meteor to takie wytłumaczenie na siłę, które w sumie niczego nie tłumaczy.

 

Ale cieszę się, że kot został wybawiony z opresji :D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim, ciesz się, bo nie wiadomo kiedy następny raz się trafi. ;) Dzięki, Finklo, pozostaje nadal pracować nad nowymi wizjami, stare zostawiając w tyle. :P

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nie czytałem poprzedniej części i przyznam że pewnie nie przeczytam bo powyższy tekst mnie niestety nie zachwycił. Ani fabuła nie jest porywająca, ani bohaterowie szczególnie wyraziści, humor też słabo obecny. Napisane lekko, ale też jakoś mnie nie chwyciło. Czytałem o wiele lepsze Twoje opowiadania Morgiano i wierzę, że stać cię na więcej. Z przykrością muszę stwierdzić, że Prawdziwie wisielczy humor niezbyt mi się podobał.

Ach, miła Morgiano, myślę i myślę, ale za żadne skarby nie mogę sobie wyobrazić otwartej pięści. Pozdrawiam.

No, ne powala na kolana. Humor też(jeśli taki był) nie mój.

W pierwszej chwili przyszedł mi na myśl tekst Płyną trumny, ale Twój okazał się zupełnie innego gatunku. W kilku momentach nawet się uśmiechnęłam, chociaż szału z humorem nie było. 

 

– Jak to zrobiłaś? – zapytał Wilczek, ale ona tylko się uśmiechnęła.

– Kobieta musi mieć swoje tajemnice.

To jest boskie, ale samo w sobie, bo: 

 

Poszło nadzwyczaj gładko i łatwo, 

Za łatwo i za gładko. 

Zabrakło jednak jakiegoś rozwiązania i uzasadnienia (ale nie jakaś kawa na ławę łopatologicznie, broń dowolna boziu!). Wyszło na końcu jakieś takie hokus-pokus-wiedźma-machina.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jak na tak sporą ilość nieusatysfakcjonowanych lekturą zadziwiająco dużo czytelników. ;)

 

Dzięki, za odwiedziny. Na swoją obronę nic nie mam, także krytykę przyjmuję i postaram się coś wynieść z tej lekcji.

 

 

 

Edycja (9.10): Dopiero dzisiaj naniosłam poprawki. Wybaczcie, że tyle czasu kuły po oczach. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Miasteczko i jego mieszkańcy pozostają sympatyczni, opowiastkę odebrałam jako lekką i przeczytałam z uśmiechem :) Tu i ówdzie zazgrzytały mi takie różne sprawy typu przecinek, zamiast którego widziałabym raczej kropkę lub kolejność słów w zdaniu, która mi nie grała. Nieusatysfakcjonowało mnie też zakończenie – za łatwo przyszło rozwiązanie no i wyjaśnienie tez takie nie za bardzo wyjaśniające cokolwiek ;)

Dzięki serdeczne za odwiedziny i opinię. Może następnym razem będzie lepiej. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

 

którzy mogą[+,] znikają w oka mgnieniu

 

na częściowo ogrodzony i zabezpieczony teren przez ludzi komendanta

Dość nietypowy szyk. Może lepiej: na częściowo ogrodzony i zabezpieczony przez ludzi komendanta teren

 

w niewielkim domku[-,] wybudowanym kawałek za kaplicą,

Dałbym bez przecinka : > a poza tym, to zmieniłbym odrobinę to zdanie i dałbym kropkę po kaplicy.

 

 

Chyba jednak Miasto troszkę bardziej, choć i tam zakończenie nie do końca mnie zadowoliło ;-)

Największym atutem tych tekstów jest sympatyczny, swojski klimacik, na który zwróciła uwagę Werwena. Nie zmienia to faktu, że zarówno przyczyna zombi-kryzysu jak i jej rozwiązanie pozostawiają zbyt wiele do życzenia – nie doszukałem się w tekście wskazówek, które pozwalałyby czytelnikowi odebrać satysfakcję z rozwiązania problemu, z drugiej strony Finkla ma rację, kwestionując racjonalność bohaterów. Myślę, że w komentarzach na fantastyce czytający chwalą za “klamry” nie tylko dlatego, że podnoszą walory estetyczne. Wszelkie zabiegi mające na celu stworzenie spójnej historii i konsekwencja autora są odbierane na plus (a jeśli przy tym uda Ci się zaskoczyć czytelnika, plus robi się większy).

Uważam, że pomysł nie był zły i można było opowiedzieć interesującą historię wychodzącą od utrwalonych motywów, wymagałoby to natomiast nieco mocniej zawiązanej fabuły. Tu mamy trochę połączenie deus ex machina z chaotycznym zdupingiem ;).  

Czekam na następny tekst.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Zduping. Ciekawe słowo. :-)

Babska logika rządzi!

Kolokwialne neologizmy wiecznie w modzie ;). Ja używam go w kontekście treści pojawiających się w utworze bez widocznego związku z resztą dzieła. Za rozpowszechnienie ww. słowa winiłbym przede wszystkim pewien kanał na Youtube* publikujący przeróbki krótkich filmów o przywódcy KRLD (tam pojawia się w wersji z podwójnym “p”).

 

ed: * Proszę tego nie traktować jako reklamy. Wydaje się, że wszystkie przeróbki autora Zduppingu są wulgarne, ale tylko niektóre z nich mogą rozbawić widza, naturalnie w zależności od indywidualnych preferencji :P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie no, znaczenie w tym kontekście łatwe do odgadnięcia. Po prostu podoba mi się słowo.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Nevazie, za opinię. Wychodzi na to, że lubię zakończenia z tyłka. Nauka na przyszłość dla mnie jest. Postaram się z niej coś wyciągnąć! ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Czytało się gładko, ale historia tym razem do mnie zbytnio nie przemówiła. Ot, pojawiają się zombie, zawsze to ciekawy motyw, ale u Ciebie jakoś zabrakło czegoś, co by wyróżniało ten tekst na tle innych. Najbliżej było temu przy scenie z kurami – to oryginalne i zapadające w pamięć. Zakończenie trochę dziwczne.

Dzięki, Zygfrydzie za odwiedziny, mimo braku satysfakcji z lektury. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka