- Opowiadanie: belhaj - Błądząc po grani

Błądząc po grani

Niestety i moje opowiadanie odpadło z wiedźmińskiego konkursu.

Ale może komuś z was przypadnie do gustu.

Dziękuję wszystkim, którzy betowali poniższy tekst :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Błądząc po grani

Przenikający przez korony drzew blask księżyca odbijał się na klindze miecza. Ostrze lśniło jakby napełnione magiczną mocą. Wiedźmin próbował poruszać się bezszelestnie. Musiał być ostrożny, moczary były podmokłe i zdradzieckie. Przez jeden nieuważny ruch mógł skończyć w grzęzawisku. Cały czas czujnie nasłuchiwał, starając się wyłapać każdy niepokojący szmer wśród bulgoczącego bagniska.

Coś się poruszyło. Wiedźmin przystanął, mocniej ściskając miecz. Czuł pot spływający po plecach i czole. Na szczęście rękojeść obleczona skórą z kolcoryby lepiła się do dłoni mimo wilgoci. Kolana lekko dygotały. Wziął głęboki, uspokajający oddech, wypełniając płuca bagiennymi wyziewami. Zakasłał.

Obiekt, który mężczyzna początkowo wziął za pień drzewa, drgnął. Potwór uniósł trójkątny łeb, zauważył napastnika i zasyczał. Rozwarł szeroką paszczę, obnażając groźnie wyglądające zęby jadowe i wężowymi ruchami zwrócił się w stronę przeciwnika. Poruszał się na czterech łapach, sprawnie omijając bagienne rozlewiska i przeszkody. Wiedźmin starał się złożyć palce w znak Igni. Pomylił konfigurację i bezskutecznie wyrzucił rękę przed siebie. Szarżujący potwór był coraz bliżej, wybił się, próbując obalić napastnika siłą rozpędu. Mężczyzna w ostatniej chwili uniknął natarcia monstrum, odskakując w bok.

Stwór, niezrażony niepowodzeniem, zgrabnie odwrócił masywne cielsko i ponowił atak. Wiedźmin powtórnie umknął, dezorientując na chwilę przeciwnika. Jeszcze raz złożył palce w znak. Tym razem się udało. Niewielka wiązka płomieni uderzyła w odwracającego się potwora. Wipper zaskowyczał przeraźliwie i skoczył w pobliskie grzęzawisko, starając się ugasić płonącą skórę. Mężczyzna wyjął zza paska dwa noże i cisnął nimi w szarpiącą się bestię. Pierwszy trafił w najeżony kolcami grzbiet, drugi w otwarty pysk stworzenia. Zraniony potwór wpadł w panikę. Rozpaczliwie próbował wydostać się, ale bagno wciągało go coraz głębiej.

Wiedźmin podszedł na skraj grzęzawiska z mieczem gotowym do natychmiastowego użycia. Błyszczącymi oczami, z satysfakcją patrzył na szamoczącą się bestię. Ta starała się jeszcze rzucić na przeciwnika, ale bagnisko było bezwzględne. Cielsko potwora powoli znikało, kolejny desperacki atak ogonem nie przyniósł żadnego skutku. Wipper łapczywie walcząc o ostatni oddech, zanurzył się cały. Na powierzchni cuchnącego bagna pękło kilka bąbelków powietrza…

 

***

 

Nemeth obudził się zlany potem. Znowu ten sen, pomyślał. Moje pierwsze zlecenie i pierwsza prawdziwa walka, nie licząc ćwiczeń na ghulach, jeszcze w Kaer Morhen. Nawet nie otrzymałem zapłaty za tego wippera, roześmiał się do wspomnień.

Kiedy wyruszył na szlak z Wiedźmińskiego Siedliszcza, miał dwadzieścia siedem lat. Cieszył się, że w końcu opuszcza szkołę, nie będzie musiał słuchać narzekań Vesemira i innych nauczycieli. Zjechał z Sinych Gór prosto w lasy Kaedwen. Już w pierwszej napotkanej wiosce mieszkańcy poprosili go o pomoc. Na moczarach grasował olbrzymi jaszczur. Zaginął staruszek zbierający zioła na bagnach oraz dwójka dzieci. Nagroda za ubicie poczwary wynosiła dwadzieścia kaedweńskich dukatów. W sakiewce miał pieniądze oraz parę kamieni szlachetnych, które dostał na drogę od starszyzny, ale postanowił skorzystać z oferty. W końcu do tego go szkolono. Pierwsza potyczka naznaczona była strachem, ledwo dał radę wipperowi, a nagroda utonęła w bagnie wraz z jego cielskiem. Mieszkańcy wioski nie uwierzyli w ubicie stwora i przepędzili wiedźmina, myśląc, że chce ich okpić. Ta historia nauczyła go, żeby zawsze zabierać truchło, lub jakieś trofeum. Oraz żeby nie ufać ludziom.

– Ach… – westchnął z bólem Nemeth, podnosząc się z łóżka. W kręgosłupie coś mu strzyknęło. Potarł zdrętwiały kikut prawej ręki.

Wstał z mozołem i niezgrabnie zdjął przepoconą koszulę nocną. Podszedł do stojącego w kącie pomieszczenia wiadra i opróżnił pęcherz. Już trzeci raz tej nocy. Kurwa, zaklął w myślach. Kiedyś człowiek potrafił osuszyć kilka dzbanów piwa i dopiero iść za potrzebą, a teraz więcej szczę niż śpię.

Nalał do miski wodę ze stojącego obok dzbana. Opłukał twarz i spojrzał na wiszące na ścianie lustro. Był zarośnięty, nie golił się od miesięcy. Kiedyś gęste, czarne włosy teraz poprzetykane były pasemkami siwizny. Patrzył na pokryte zmarszczkami i bliznami oblicze i rozmyślał kiedy przestał być tym młodzieńcem, który zdawałoby się nie tak dawno temu opuszczał mury Kaer Morhen. Tak naprawdę od tego momentu minęło ponad sześćdziesiąt lat.

Wyprostował się przed zwierciadłem. Nadszarpnięty zębem czasu wilk szczerzył zęby ze zmatowiałego medalionu. Z dawnych mięśni mężczyzny też już niewiele zostało. Wciąż był postawnym człowiekiem, ale brak ręki i wydatny brzuch nie nadawały mu groźnego wyglądu. Trudno było znaleźć kawałek ciała, na którym nie miał blizny lub zaleczonej rany.

Lewe udo znaczył ślad po walce ze skolopendromorfem. Stwór był już martwy, kiedy jego opadające kleszcze wbiły się w ciało Nemetha. Utrata znacznej ilości krwi, połamana kość, prawie pół roku leczenia. Poniżej kolana nosił ślad po oparzeniu trupim jadem, którego nabawił się podczas starcia z graveirem.

Prawy bok zdobiła blizna po pojedynku z widłogonem. Bestia przebiła mu brzuch, uszkadzając wątrobę. Miał szczęście, że w Carreras przebywała akurat znana uzdrowicielka Keira Metz. Postawiła wiedźmina na nogi, a także gościła w swoim domu przez jakiś czas, póki nie odzyskał pełnej sprawności. Pewne rany warto było odnieść, uśmiechnął się w myślał Nemeth, przypominając sobie chwile spędzone z czarodziejką. Romans nie potrwał jednak długo. Ona została wezwana do Wyzimy, gdzie miała zasiadać w radzie króla Foltesta, a wiedźmin wyruszył na północ. Z dala od politycznych intryg i wojennej zawieruchy.

Wzdłuż klatki piersiowej biegł ślad po ogonie oszluzga. Bestia mało go nie zmiażdżyła, miał wtedy szczęście, że w ogóle uszedł z życiem.

Twarz znaczyły liczne zagłębienia. Pamiątki po walce w gnieździe harpii. Do dziś dudnił mu w uszach pisk zarzynanych stworzeń oraz czuł krew zalewającą oczy i skurcz dłoni od ściskania miecza. Ból, jaki towarzyszył każdemu uderzeniu ich dziobów.

Dziesiątki mniejszych i większych blizn pokrywających całe jego ciało niczym mozaiki na posadzkach świątyń. Każda mogąca opowiedzieć swoją własną historię. Zlecenie, walka, ból, odebranie zapłaty, leczenie ran. Tak wyglądało całe jego życie.

Spojrzał na kikut ręki. Odszedł od lustra i niezgrabnie założył spodnie, koszulę, a następnie kurtkę. Do pasa przyczepił niewielki kordelas, nadający się bardziej do oprawiania zwierzyny niż do walki. Po zastanowieniu założył jeszcze wełniany płaszcz, naciągnął kaptur na głowę i wyszedł na zewnątrz.

 

***

 

Na ulicach Rakverelinu było gwarno, tłoczno i mroźno. Na północy zima trwała od września do maja, a dopiero zbliżał się listopad. Dzisiaj był dzień targowy, więc do miasta ściągnęli kupcy, chłopi i rzemieślnicy z całej doliny Toiny. Na każdym wolnym placu i skwerze rozkładały się stragany, kramy i stoiska. Mimo wczesnej pory panował straszny zgiełk. Kupcy kłócili się o lepsze miejsca, pierwsi handlarze i kupujący głośno negocjowali ceny. Wrażenia chaosu dopełniały dzieci, które biegały między kramikami, potęgując hałas, starając się podwędzić coś do jedzenia, ukraść jakieś błyskotki lub po prostu coś spsocić. Przy bramie prowadzącej na plac stało czterech miejskich strażników. Popijali coś z parujących glinianych kufli, rozgrzewając się w ten chłodny poranek.

Nemeth rozejrzał się po skwerze. Jego oczy powędrowały ku grupie młodzieńców. Wszyscy jednakowo ubrani, w skórzane, nabijane ćwiekami kurtki, z mieczami przewieszonymi przez plecy, z opaskami na długich włosach. Wykłócali się głośno, stojąc przy kuźni. Tak samo ubrana dwójka, dziewczyna i chłopak, stali przy słupie z ogłoszeniami i rozprawiali o czymś zawzięcie.

Moda dotarła i tutaj, pomyślał Nemeth, przedzierając się przez tłum. Legenda o Geralcie z Rivii, Białym Wilku, wywoływała emocje i rozbudzała wyobraźnię nastolatków. Każdy młody chłopak od Skellige po Lan Exeter chciał być wiedźminem, walczyć z potworami. O mnie nikt nigdy nie zaśpiewał pieśni ani nie ułożył ballady. Mimo że uratowałem dziesiątki osób, ubiłem niezliczone rzesze potworów. A jedyną zapłatą, którą otrzymałem za moją służbę w obronie ludzi, to zdawkowe podziękowania i niechętnie wręczane sakiewki. Nie wiedzieli jak ciężki to kawałek chleba. Mężczyzna splunął czując nieprzyjemne mrowienie w kikucie.

Prawdziwych wiedźminów zostało na świecie ledwie kilku. Nemeth nie widział żadnego od dobrych dwudziestu lat. Nie wiedział, co stało się ze szkołą w Kaer Morhen, ale Vesemir też nie był wieczny. Staruszek, nawet jeśli jeszcze żył, to z pewnością nie miał już tej werwy w szkoleniu, której Nemeth kiedyś tak nienawidził.

Samozwańczy naśladowcy Geralta, niektórzy ledwo potrafiący złapać miecz za prawidłowy koniec, masowo ginęli w walkach z potworami. Dzieci nasłuchały się opowieści o szlachetnym wiedźminie, który przemierzył pół świata, ratując dziecko-niespodziankę, dziewczynę, z którą związany był przeznaczeniem. Bezmyślne bachory, tracące teraz życie w starciach z mantikorami, ghulami, przerazami, leszymi, krabopająkami, utopcami i dziesiątkami innych maszkar, zamieszkujących świat.

Nemeth, nie oglądając się za siebie, opuścił plac i skierował kroki w stronę karczmy Pod kamienną granią. Jej właściciela, Germunda Gorka, uwolnił kiedyś od klątwy, którą rzuciła na niego pewna zakochana pannica. Kiedy wiedźmin stracił rękę, karczmarz pomógł mu. W zamian za wykonywanie lekkich prac pozwolił mieszkać w magazynie przy Placu Solnym oraz zapewniał posiłki.

Uliczki były puste, większość mieszkańców znajdowała się na targowiskach i bazarach zarówno w samym mieście, jak i na podgrodziu. Delektując się orzeźwiającym, mroźnym powietrzem, wiedźmin wolnym krokiem zbliżał się do karczmy. Mimo wczesnej pory była już otwarta. Germund również pragnął skorzystać z obecności przyjezdnych. Przy wejściu uścisnęli sobie dłonie z Besnikiem, byłym kondotierem z Wolnej Kompanii, weteranem wojen z Nilfgaardem, który dorabiał u Gorka jako ochroniarz. Trzeba przyznać, że robił to skutecznie, burdy zdarzały się niezwykle rzadko. Jeśli już, to raczej wśród przyjezdnych niż tubylców.

W środku pachniało dymem oraz smażoną cebulą. Oprócz krzątającej się przy szynkwasie Klotildy, żony Gorka, w karczmie siedziało tylko trzech gości. Wyglądali na przybyszy z prowincji, którzy najwidoczniej świętowali już ubicie jakiegoś interesu. Łatwo było to poznać, ponieważ jeden spał z twarzą w półmisku, drugi pochrapywał oparty o ścianę, a trzeci mówił coś bełkotliwie, najwidoczniej oczekując od towarzyszy odpowiedzi.

Nemeth skierował kroki ku alkierzowi, przy okazji kłaniając się na powitanie Klotildzie. Korpulentna kobieta uśmiechnęła się do przechodzącego mężczyzny. Mimo początkowej awersji, z czasem przekonała się do niego. Pomocna w tym była również wiedza Nemetha z zakresu stosowania różnych ziół. Wyciąg z werbeny i wilczego aloesu pomógł Klotildzie w pewnych niewieścich dolegliwościach, które dopadły ją kilka lat wcześniej. Od tamtej pory odnosiła się do wiedźmina życzliwie i z szacunkiem.

W alkierzu śniadał właśnie Germund w towarzystwie kilkunastoletniego, płowowłosego chłopca. Karczmarz oderwał się od jedzenia i powiedział:

– Witaj, Nemeth. Jesteś w samą porę. Klotilda nasmażyła wyśmienitej cebuli. Palce lizać. Dalibor, skocz do ciotki i powiedz, żeby nałożyła porcję dla wiedźmina.

Na dźwięk ostatniego słowa oczy chłopca rozbłysły z zaciekawienia. Rozdziawił usta i podekscytowany spojrzał na Nemetha.

– No leć, leć – ponaglił go Germund. – Jeszcze się napatrzysz.

Nazwany Daliborem dzieciak wybiegł z alkierza, o mało nie przewracając się o własne nogi.

– Czyżby jakiś twój potomek, o którym nie wiem? – zaśmiał się Nemeth, siadając.

– Nie. To syn mojej siostry. Mieszka w górach w wiosce Stogi. Przysłała go do mnie na naukę. Żeby chłopak liznął trochę miastowego życia, dowiedział się o handlu i prowadzeniu interesu. A i mnie, widząc brzdąca, nie będzie się tak tęskniło za Fabiusem.

Karczmarz zadumał się na chwilę, jakby żałował, że wyprawił Fabiusa w daleki świat. Jego syn od dwóch lat pobierał nauki na uniwersytecie Pont Vanis.

– Dalibor ma jedenaście lat – kontynuował Germund. – Musisz mi wybaczyć. Kiedy powiedziałem mu, że jesteś wiedźminem, obiecałem, że opowiesz o swoim fachu. Chłopak jest ciekawy, naczytał się Jaskra i pozostałych poetów. Legend o Geralcie, strzygach, upiorach i innym plugastwie.

– W porządku. – Nemeth odchrząknął. – Widziałem na targowisku kilku przebierańców, odzianych w skórzane kurtki, z mieczami na plecach.

– To ty nic nie słyszałeś? W Baranim Parowie stwór jakiś się zalągł. Namiestnik ogłoszenia powywieszał i dlatego się do miasta zeszli.

W tym momencie do alkierza weszła córka Germunda, Soria. Dwunastoletnia dziewczyna, która z wolna poczynała nabierać kobiecych kształtów. Za nią dreptał Dalibor, niosąc dzban i dwa kufle. Soria postawiła przed Nemethem parujący talerz pełen smażonej cebuli z kiełbasą i jajkiem. Potrawa pachniała apetycznie, a wiedźmin uświadomił sobie, jak bardzo jest głody. Dziewczyna spoglądała na mężczyznę płochliwie.

– Dziękuję – powiedział Nemeth, starając się uśmiechnąć.

Sorii zaróżowiły się policzki i pośpiesznie wyszła z alkierza. Od Klotildy wiedział, że dziewczyna, od czasu lektury Pół wieku poezji mistrza Jaskra, wykazywała wzmożone zainteresowanie Nemethem. Wiedźmina to dziwiło, nie widział w sobie nic godnego uwagi.

– Jedz. – Germund wziął od chłopca kufle i niezwłocznie napełnił je pieniącą się, złotawą cieczą.

– Nie za wcześnie na piwo? – spytał Nemeth, łapczywie pochłaniając śniadanie.

– Na piwo – odrzekł filozoficznie karczmarz – nigdy nie jest za wcześnie.

Kiedy wiedźmin nasycił głód i spłukał piwem smak cebuli, spytał:

– Co to za stwór, o którym wspominałeś?

– To wiwerna – odrzekł piskliwie chłopiec. – Olbrzymia wiwerna, ze skrzydłami jak u smoka i paszczą pełną ostrych zębisk.

– Widzisz – zaśmiał się Germund. – Dalibor się już wszystkiego dowiedział. Najpierw porwała kilka owiec z sioła niedaleko Baraniego Parowu, a potem zaatakowała mieszkańców. Słyszałem o pięciu ofiarach. Byli jacyś śmiałkowie, którzy chcieli się z nią zmierzyć, ale żaden nie wrócił żywy. Dlatego namiestnik nagrodę za jej głowę wyznaczył. Sto kovirskich marek za jej łeb płaci. Stąd i różnych przebierańców i naśladowców się namnożyło.

– Niczego się nie nauczyli – powiedział Nemeth. – Nie dalej jak dwie niedziele temu słyszałem, że trójka im podobnych zginęła gdzieś w Naroku. W elfich ruinach natknęli się na zjadarki, nawet kości z nich nie zostały.

– Wiesz, jak to jest z młodzieżą. Po wojnie wszyscy chłopcy chcieli być jak sławni kondotierzy. Adam Pangratt, Lorenzo Molla. Dziewczynki ubierały się jak Julia Abatemarco. Teraz chcą być jak Geralt i Ciri. Legendy już tak działają na wyobraźnię.

– Z tego machania mieczem nic dobrego im nie przyjdzie. Jeno ból, blizny albo śmierć.

– A ty, Daliborze, chciałbyś zostać wiedźminem? – spytał Germund.

– Tak. – Chłopiec energicznie pokiwał głową.

– Będziesz miał okazję posłuchać o tym fachu. Mam do ciebie prośbę, Nemeth. Na podgrodziu, u Kotnika, czeka na odebranie parę butelek gorzałki. Wieczorem ma przyjść do karczmy Vuiler Kusk, znany kupiec z Velhadu. Chcę go przyjąć swojskim napitkiem, a i zarobek na tym będzie spory. Przy okazji pokażesz Daliborowi miasto i opowiesz parę mrożących krew w żyłach historii. Zgoda?

– Zgoda. – Nemeth dopił piwo, odstawił kufel i spojrzał na chłopca. – To co, idziemy?

 

***

 

– Znałeś Geralta z Rivii?

Po wyjściu z gospody Nemeth znalazł się pod gradobiciem pytań. Dalibor był ciekawy wszelkich faktów związanych z wiedźmińskim fachem. Od liczby i rodzajów potworów, które zabił, po krainy, jakie odwiedził. Dzień zrobił się ponury. Niebo się zachmurzyło, wiał nieprzyjemny wiatr, zaczęły prószyć niewielkie płatki śniegu. Pomimo nieprzyjaznej aury, na ulicach panował wzmożony ruch. Ludzie przemieszczali się pomiędzy jednym placem targowym a drugim, starając się wyłowić jak najlepsze okazje. Chłopiec, nienawykły do takiego zgiełku, stąpał ostrożnie miejskimi uliczkami, rozglądając się uważnie.

– Spotkaliśmy się w Kaer Morhen tuż przed moim wyruszeniem na szlak. Był jeszcze młodym chłopcem, trochę starszym od ciebie. Nie przeszedł jeszcze nawet Próby Traw. Potem kilkukrotnie nasze drogi się skrzyżowały, ale nic ponad wymienieniem zdawkowych uprzejmości i informacji. Podczas gdy Geralt wdawał się w konszachty z czarodziejami i polityczne intrygi, ja przebywałem na północy. Wykonywałem zadania, do których byłem trenowany. Zabijałem zagrażające ludziom potwory. Nie był mi przyjacielem, jeśli o to pytasz.

Dalibor zasępił się nieco i w zamyśleniu wpadł na przechodzącą obok kobietę.

– Przepraszam – wybąkał nieśmiało.

– Chodź. – Nemeth złapał chłopca pod rękę. – Pójdziemy na targ.

Germund podarował wiedźminowi całkiem pokaźnych rozmiarów sakiewki. W jednej była zapłata za znaną w całym Rakverelinie gorzałkę, po którą wędrowali na podgrodzie, a w drugiej pieniądze przeznaczone na zachcianki Dalibora.

Przechadzali się między straganami, a oczy chłopca błyszczały, nienawykłe do widoku tylu wspaniałych rzeczy w jednym miejscu. Dalibor zatrzymał się przed kramem pełnym wszelkiej maści zabawkowej broni i błyskotek.

– Zobacz! – krzyknął. – Wiedźmiński medalion. Z głową wilka.

Nemeth podszedł do kramu i przyjrzał się ozdobie. Musiał przyznać, że rzemieślnik wykonujący to cacko znał się na rzeczy. Nie różniło się ono niczym od tych pochodzących z Kaer Morhen. Nawet było odrobinę nasączone magią, co wiedźmin wyczuwał w lekkich wibracjach swojego medalionu. Kupiec, zauważywszy potencjalnego klienta, uśmiechnął się szeroko.

– Prawdziwy. Wykuty w Wiedźmińskim Siedliszczu. Ostrzeże przed każdym niebezpieczeństwem. Podoba ci się, chłopcze?

Dalibor potakująco kiwnął głową i wyciągnął rękę, biorąc medalion od kupca.

– Ile? – chrapliwie zapytał Nemeth.

– Jedyne dziesięć marek. – Kupiec wyczuł okazję.

– Co? Mogę zapłacić pięć!

– Chcesz mnie orżnąć. Pięć to ja zapłaciłem. I to po znajomości.

– Na Placu Solnym sprzedają takie po sześć.

– Chcę jeszcze taką opaskę. – Chłopiec pokazał jedną z leżących na stoisku ozdób.

– Medalion i opaska za osiem – targował się wiedźmin.

Kupiec patrzył na mężczyznę spod przymrużonych powiek. Zagryzł wargę. Widać było, że przelicza coś w myślach. W końcu powiedział:

– Stoi.

Nemeth odliczył żądaną kwotę i podał mężczyźnie. Kupiec pokręcił głową, pomarudził pod nosem, ale schował pieniądze i zaczął rozglądać się za kolejnymi klientami. Następnie wiedźmin kupił chłopcu kilka jabłek, importowanych z Hirundum w Temerii. Dalibor zachwycony smakiem pierwszy raz jedzonych owoców, pochłonął od razu wszystkie. Kiedy wychodzili z targu, natknęli się na grupkę młodzieńców w skórzanych kurtkach, których Nemeth widział już rano. Jeden z nich potknął się i wpadł na chłopca, omal go nie przewracając.

– Jak leziesz, gówniarzu! – krzyknął. Jego wzrok błyszczał od fisstechu, a oddech śmierdział alkoholem.

– Zostaw go, Pugacz. – Jeden z towarzyszy podchmielonego młodzieńca zbliżył się chwiejnym krokiem. – Wyżyjem się na potworze!

– Słyszałem, że na wiwernę polujecie? – spytał nieoczekiwanie dla samego siebie Nemeth.

– A co cię to, dziadu, obchodzi!? – Nazwany Pugaczem był w wybitnie bojowym nastroju.

– To niebezpieczny stwór. Potrafi pikować na ofiarę z powietrza, na końcu ogona ma kolec jadowy…

– Patrzcie, jaki specjalista! – zaśmiał się chrapliwie jeden z młodzieńców.

– To wiedźmin – powiedział przestraszony Dalibor, łapiąc Nemetha za kikut ręki.

– Taki z niego wiedźmin jak i ze mnie. – Pugacz uśmiechnął się, prezentując żółte uzębienie. Po chwili dotarła do niego głupota wypowiedzi. Machnął ręką w stronę swoich towarzyszy i dodał: – Idziemy. Im prędzej ubijemy potwora, tym szybciej odbierzemy nagrodę i się zabawimy. Nie ma co mitrężyć.

Grupka odeszła. Nemeth patrzył za nimi zimnym wzrokiem. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że lewą dłoń cały czas trzyma kurczowo zaciśniętą na rękojeści ukrytego pod płaszczem kordelasa.

 

***

 

Po spotkaniu z Pugaczem i jego kompanami, chłopiec był wyraźnie przestraszony. Szedł obok wiedźmina, cały czas trzymając go za rękę. Nemeth, aby odwrócić uwagę chłopca, zaczął opowiadać:

– Ten medalion faktycznie wygląda jak prawdziwy. Spójrz, mam taki sam. Tylko trochę zniszczony. Jest nasączony magią, kiedy zbliża się niebezpieczeństwo, drga ostrzegawczo. Śmiało, załóż go.

Zachęcony Dalibor wyjął medalion z kieszeni kurtki i zawiesił na szyi. Umieszczony na długim łańcuchu sięgał mu prawie do pępka. Chłopiec wyglądał jednak na zadowolonego. Uśmiechnął się do wiedźmina i powiedział:

– Opowiesz mi jakąś historię? Jedną ze swoich przygód?

– Hmm… – Nemeth zamyślił się. – Prawdopodobnie jako jedyny wiedźmin widziałem białego smoka.

– Łaaa… Kiedy? Gdzie? Jak wyglądał? – Oczy Dalibora błyszczały z ciekawości.

– Kiedy przebywałem w Lan Exeter, przyszedł do mnie pewien uczony, Thom Quigel. Pod protekcją króla Esterada organizował ekspedycję, która jako pierwsza w historii miała przekroczyć Góry Smocze. Nie wiedzieli, jakie niebezpieczeństwa mogą czaić się na niezbadanych górskich terenach, więc woleli mieć ze sobą również wiedźmina. Przygotowania trwały kilka tygodni. Zeszło się, zanim uczony zebrał zapasy jedzenia, picia, lekarstw, ciepłych ubrań, lin i innego sprzętu. Wyruszyliśmy na początku maja, kiedy zaczęły topnieć śniegi. Quigel dobrze przygotował się do wyprawy. Oprócz niego oraz kilkunastu innych badaczy w wyprawie brało udział kilkudziesięciu tragarzy, a także kilku najemników. W sumie około stu osób. Dostaliśmy błogosławieństwo od króla Esterada i jego małżonki Zuleyki. Początkowo wszystko szło dobrze. Bez walki ominęliśmy Gryfią Skałę, przebyliśmy zasypaną śniegiem Białą Przełęcz i zagłębialiśmy się w góry. Siódmego dnia podróży dotarliśmy do niewielkiego jeziora, gdzie postanowiliśmy zostać na noc. Kilku tragarzy wyrąbało przeręble, więc nasza kolacja została urozmaicona smacznymi rybami. W nocy usłyszeliśmy złowrogie wycie, a obóz został zaatakowany. Takich stworzeń nie widziałem w żadnej z ksiąg ani na rycinach w Kaer Morhen. Podobne do skrekków, choć zdecydowanie większe, szczurowate istoty wielką chmarą wdarły się do obozowiska. Wielu ludzi padło od obrażeń które zadały zębami i pazurami. Po długiej walce zdołaliśmy je odeprzeć. Okazało się, że boją się ognia, więc od tej pory otaczaliśmy każde miejsce naszego postoju prowizoryczną palisadą z pochodni. Kolejne kłopoty zaczęły się trzy dni później, kiedy spadł śnieg. Potężna zamieć złapała nas na grani. Ja, Quigel i kilku innych schroniliśmy się w położonej nieopodal jaskini. Tam przeczekaliśmy zawieruchę, a kiedy po dwóch dniach wyszliśmy na zewnątrz, okazało się, że przeżyliśmy tylko my. Z wyższych partii górskich zeszła potężna lawina. Przepadli tragarze, jedzenie i sprzęt. Całe zaopatrzenie leżało pogrzebane pod grubą warstwą śniegu. Mieliśmy tylko to, co przy sobie. Quigel chciał kontynuować podróż, lecz udało mi się wyperswadować mu to. Zawróciliśmy. Jezioro przy którym zaatakowały nas szczurowate stworzenia obeszliśmy szerokim łukiem. Nie chciałem ryzykować kolejnej konfrontacji. Kiedy ponownie zbliżaliśmy się do Białej Przełęczy, ujrzałem na horyzoncie niewielki, szybujący po niebie punkt. Kazałem wszystkim ukryć się w skalnych zagłębieniach, a sam obserwowałem zbliżający się obiekt. Kiedy był w odległości strzału z łuku, wiedziałem już, z czym mam do czynienia. To był biały smok. Olbrzymi, majestatycznie sunący po niebie. O smukłej szyi i pysku, w którym mógłby zmieścić dwóch rosłych mężów. W jego łuskach odbijały się promienie słońca, rażąc oczy. Przeleciał, nie poświęcając nam najmniejszej uwagi. Piękny widok.

Chłopak szedł obok Nemetha z rozdziawionymi ustami.

– Nie zapolowałeś na niego? – spytał.

– Obawiam się, że i tak nie miałbym szans. Wątpię, czy ktokolwiek mógłby się z nim mierzyć. Kto wie, czy to nie jeden z ostatnich przedstawicieli swojego gatunku.

– I co było dalej?

– Udało nam się bezpiecznie zejść z gór. Poza kilkoma odmrożeniami, nic nam nie było. Quigel mimo że stracił dwa palce u nogi, starał się namówić mnie na kolejną wyprawę, ale dałem sobie spokój. Góry są nie do przebycia, straciliśmy prawie wszystkich ludzi, a dopiero weszliśmy na tereny niezaznaczone na mapach. Pewnych rzeczy lepiej nie odkrywać.

Dalibor pokiwał głową. W rękach cały czas, na zmianę, ściskał i obracał medalion. Przeszedł kilka kroków i zapytał:

– Kim byli ci ludzie? Tam, na targu.

– Próbują naśladować wiedźminów. Młodzież, która nie potrafi znaleźć dla siebie miejsca. Uwierz mi, że wiedźmiński fach niesie za sobą wiele wyrzeczeń, poświęcenia i bólu. Ta zabawa doprowadzi ich tylko do śmierci. Prędzej czy później.

– Zawsze chciałem być wiedźminem. W książkach wydawało się to takie… szlachetne.

– Lepiej zajmij się tym, co wuj. Nauczy cię prowadzić karczmę. Poznasz dziewczynę, ożenisz się, spłodzisz dziecko. To jest szlachetne. Zobaczysz, za kilka dni usłyszymy wieści, że ktoś z tej grupki zginął. Bezmyślną, wcale nie szlachetną śmiercią.

– A ty… – Chłopak zamyślił się. Spojrzał na medalion i wypuścił go z rąk. – Zabiłeś kiedyś człowieka?

 

***

 

Nemeth opuścił właśnie Creyden, zmierzając na zachód, w stronę Talgaru i Koviru. Z przyjemnie wypełniającą kieszeń sakiewką, którą otrzymał po zniszczeniu gniazda kikimor na jednym z pobliskich bagien. Zarobione pieniądze postanowił spożytkować na przekucie srebrnego miecza. W Talgarze miał znajomego kowala, od lat dbającego i naprawiającego jego oręż. Zamierzał tam przezimować, a na szlak wyruszyć dopiero wiosną. Poza tym w mieście też mogło się trafić jakieś zadanie. Zdjęcie klątwy lub uroku, lecznicze napary, zeugle albo inne paskudztwa lęgnące się w kanałach i w pobliżu miejskich skupisk. Lepsze to niż odmrażanie sobie tyłka, błądząc po gościńcach, lasach i górach w poszukiwaniu intratniejszego zlecenia.

Wjechał w oddzielające królestwa lasy. Dzień był mroźny, ale słoneczny. Tak krótko trwające na dalekiej północy lato kończyło się, ustępując miejsca długiej zimie. Jadąc leśnym duktem, natknął się na całkiem sporą wioskę smolarzy.

– Radzim cię widzieć, wiedźminie – powiedział naczelnik sioła. – Jakiś stwór w lasach się zalęgnął. Porywa dziewczęta. Nie dalej jak wczoraj moja córka zaginęła.

Mieszkańcy podejrzewali wilkołaka albo wąpierza. Stwory łase na młode, nietykane jeszcze dziewczęta. Z relacji smolarzy wynikało, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy w okolicznych wioskach doliczono się kilkudziesięciu podobnych zaginięć.

Na prośbę Nemetha naczelnik zaprowadził go na miejsce, w którym zniknęła jego córka. Na porośniętej tarniną, czeremchą i jałowcem polanie widać było ślady walki. Dziewczyna musiała się szamotać, wyrywać napastnikom, których najwyraźniej było kilku. Pod jednym z krzewów wiedźmin znalazł również srebrną broszkę, należącą, jak mniemał, do dziewczyny. Odnalazł trop biegnący w głąb lasu. Odprawił smolarza z powrotem do wioski, a sam ruszył po śladach. Nie przypominały żadnego znanego mu potwora. Były to odciski ludzkich butów.

Trop był wyraźny, więc Nemeth jak po sznurku trafił do celu. Tym okazała się jaskinia, wyżłobiona w zboczu niewielkiego wzgórza. Przed nią, przy ognisku krzątało się dwóch nie pasujących strojem do leśnej głuszy mężczyzn. Ubrani w gustowne wamsy i bogato zdobione spodnie, nie wyglądali na drwali ani smolarzy. Z wnętrza groty dochodziły piskliwe wrzaski. Jak domyślił się wiedźmin, jeden z porywaczy musiał zabawiać się z którąś z zaginionych dziewczyn.

Z kuferka schowanego w sakwie wyjął nieduży flakonik i wypił eliksir. Odczekał chwilę, aż dekokt zacznie działać. Ocenił odległość dzielącą go od mężczyzn, odpiął od pasa nóż i rzucił w jednego z nich. Zanim kozik wbił się w szyję przeciwnika, Nemeth wybiegł już z lasu i ruszył na drugiego z porywaczy. Wiedźmin płynnym ciosem rozorał mu brzuch. Mężczyzna nie zdążył nawet sięgnąć po miecz. Niedowierzającym wzrokiem patrzył na wylewające się z rany, parujące wnętrzności. Chciał coś powiedzieć, ale krew gęstym strumieniem spłynęła mu na brodę. Upadł na kolana, a następnie twarzą w ognisko. Do nozdrzy Nemetha doszedł swąd przypalonego ciała.

Z jaskini dalej dochodziły jękliwe wrzaski dziewczyny. Wiedźmin ujrzał ostatniego z porywaczy. Mężczyzna, zajęty gwałceniem dziewki, nie zdawał sobie sprawy, że jego kompani pożegnali się z życiem. Nemeth podbiegł i kopnął go w twarz. W powietrze wyleciały, kontrastujące ze sobą ciemne plamy krwi i białe odłamki zębów. Oszołomiony gwałciciel zwalił się na plecy. Niezgrabnie próbował się podnieść, ale wiedźmin doskoczył do leżącego i wbił mu sztych miecza w serce. Stal gładko zagłębiła się w ciało. Mężczyzna zacharczał, bezradnie machnął ręką i po chwili znieruchomiał. Nemeth wytarł klingę o wams trupa i spojrzał na starającą się zakryć nagie ciało dziewczynę.

– Spokojnie. Już nic ci nie grozi. – Jego głos, jak zawsze po zażyciu eliksiru brzmiał bardzo nienaturalnie. Oblicze również nie działało kojąco, bo widząc twarz Nemetha dziewka zbladła, przewróciła oczami i zemdlała.

Po oględzinach jaskini okazało się, że to mężczyźni porywali młode dziewczęta z okolicy. Pracowali dla jednej z grup przestępczych z Lan Exeter lub Pont Vanis. Proceder trwał od dłuższego czasu. Uprowadzali młode kobiety, faszerowali je fisstechem, a potem wywozili do licznych zamtuzów i lupanarów w Kovirze i Poviss. Wiedźmin po uwolnieniu dziewczyny odprowadził ją do wioski. Nie wziął od smolarzy żadnych pieniędzy. Ugościli go, przenocowali. A kiedy nazajutrz rano odjeżdżał, przygotowali mu pokaźny bukłak swojskiej nalewki, trochę dziczyzny, kiełbasy oraz świeżo wypieczony chleb. Miejscowy znachor uzupełnił zapasy Nemetha o wiele ziół, przydatnych przy warzeniu wszelkich dekoktów i naparów. Woreczek pełen jaskółczego ziela, kwiatów dwugrotu, liści blekotu oraz rzadko spotykanego kapryfolium spoczął w jukach. Tak zaopatrzony wiedźmin wyruszył w dalszą drogę.

 

***

 

 – Nie – odpowiedział Nemeth. – Nigdy.

Kiedy dotarli na podgrodzie, pogoda zepsuła się jeszcze bardziej. Opady śniegu się nasiliły, wiatr był coraz zimniejszy, a dzień ponury. Mimo złej aury handel trwał w najlepsze. Jednak poza murami miasta przybierał o wiele mroczniejszy charakter. Oprócz płodów rolnych, ubrań, zwierząt czy błyskotek, na stoiskach sprzedawano wszelkiej maści alkohole. Wytoczone beczki z piwem, winem i samogonem oblegane były przez żądnych rozrywki chłopów oraz mieszkańców podgrodzia. Spod wejścia do rozbitego przy miejskim murze poszarpanego namiotu do przechodniów szczerzyła się niezbyt szczupła niewiasta, która młodzieńcze lata miała już dawno za sobą.

– Hej, dziadku! – krzyknęła do przechodzącego wiedźmina. – Może zafundujesz wnuczkowi chwilę beztroski. Założę się, że takiej zabawy jeszcze nie uświadczył.

Stojący obok pryszczaty mężczyzna, będący najprawdopodobniej sutenerem nieszczególnie ponętnej kobiety, zaśmiał się chrapliwie.

– Jak chcesz, to i dla ciebie coś się znajdzie. Dzisiaj promocja! Za dziesięć marek, Różanka obsłuży was dwóch. Satysfakcja gwarantowana.

Nemeth zmierzył pryszczatego lodowatym spojrzeniem. Tamten pod wpływem wzroku opuścił głowę i zakasłał. Wiedźmin czym prędzej przeszedł obok, starając się nie narażać Dalibora na kolejne nagabywania. Nie było to jednak proste. Okazało się, że takich namiotów na całym podgrodziu stało kilkanaście. Większość z nich była oblegana przez podchmielonych już kupców, chłopów i masę przejezdnych, którzy tego dnia odwiedzili Rakverelin. Przed jednym z namiotów wybuchła awantura. Jakiś klient najwyraźniej przedłużył sobie wizytę, a nie miał z czego zapłacić. Dwóch drabów wyciągnęło go na zaśnieżoną ulicę i kopało zawzięcie. Rozchichotana półelfka wyszła z namiotu i patrzyła z satysfakcją na katowanego mężczyznę. Popijała przy tym ze skórzanego kubka, dodając sobie kurażu i rozgrzewając się przed przybyciem kolejnego klienta. Przechodząc obok Nemeth poczuł delikatne drgania medalionu. Dalibor patrzył na zawieszony na piersi pysk wilka.

– Drży – powiedział zaskoczony, spoglądając na wiedźmina.

– Półelfka posiada pewnie jakieś ukryte zdolności. Może jest medium, czujną albo źródłem. Najprawdopodobniej nawet nie wie, że dysponuje mocą. To częste u przedstawicieli Starszych Ras, a szczególnie u elfów. Chodź szybciej, wieje jak diabli. Nie jest ci zimno?

– Trochę. – Twarz chłopca była blada, lekko szczękał zębami.

Nemeth zatrzymał, się zdjął płaszcz, a następnie kurtkę. Zarzucił ją chłopcu na ramiona. Dalibor opatulił się szczelniej i uśmiechnął.

– Teraz powinno być ci cieplej. Zaraz dojdziemy do oberży Kotnika. Zatrzymamy się tam na chwilę i przeczekamy największą zawieję. Przy okazji coś zjemy i napijemy się czegoś gorącego. Jesteś głodny?

– Tak. Co to za panie? – spytał, przyglądając się mijanej właśnie dziewczynie zapamiętale całującej się z grubym, łysiejącym, acz bogato odzianym kupcem.

– Nie zaprzątaj sobie nimi głowy. Zapytaj wuja za jakieś dwa, trzy lata. Wtedy ci wszystko wytłumaczy. – Nemeth uśmiechnął się do chłopca i chwycił go za rękę. – Chodź, jesteśmy już prawie na miejscu.

Oberża U Kotnika była jedynym tego rodzaju przybytkiem na podgrodziu. Działała przez cały rok, w przeciwieństwie do otwartych tylko na dni targowe kramów i straganów serwujących jadło i napitki. Mieściła się w drewnianym, piętrowym, pełnym przybudówek budynku. Przed wejściem sprzeczało się dwóch pijanych mężczyzn, a ze środka dochodził gwar ożywionych rozmów, krzyki i śpiewy.

Nemeth postanowił wejść od zaplecza, nie chciał narażać chłopca na kolejne widoki pijaństwa i rozpusty, które zapewne miały miejsce w środku. Zajazd Kotnika słynął nie tylko z podawania zacnych trunków, ale również z wynajmowania pokoi na godziny. Stręczycielstwem zajmował się nie sam właściciel, ale jego stryj, Szekiel. Pochodzący z dalekiej Lyrii mężczyzna wykorzystywał doświadczenia, jakie zyskał prowadząc zamtuz w stolicy tamtejszego królestwa. Jako jeden z wielu uciekł na północ, kiedy Nilfgaard rozpoczął ekspansję.

Obchodząc budynek spotkali Kotnika wytaczającego akurat beczkę z położonej obok piwniczki.

– Witaj, Nemeth.

Był to potężnie zbudowany, łysy mężczyzna o dość surowym obliczu i groźnej aparycji. Nic bardziej mylnego, właściciel zajazdu był bardzo miłym i uczynnym człowiekiem. Wielokrotnie pomagał wiedźminowi, kiedy ten, będąc już kaleką, przeprowadził się do Raverelinu. Uśmiechnął się na widok zbliżającego się Nemetha, popatrzył na idącego obok Dalibora i spytał:

– To twój? Bo wcale nie podobny.

– Nie. To siostrzeniec Germunda. Przyjechał z wioski w górach. Pokazuję mu miasto, chociaż pora na to nie jest najwłaściwsza. Zjechało się różnego tałatajstwa, a i ulice przez to niebezpieczne.

– Ha. Dziś Święto Dyszla, dzień targowy. A każdy szanujący się chłop w taki dzień chce zdrowo popić i pochędożyć, zanim wróci do siebie na wioskę. Bo tam czeka go znowu praca, brzydka baba i zawistni sąsiedzi. A i ja nie narzekam. Niedawno południe minęło, a mi już się piwo kończy. Chleją dzisiaj, jak żadnego roku. To chyba przez to zimno.

– Wieje straszliwie – przytaknął wiedźmin. – Nie znalazłbyś dla nas miejsca gdzieś w bocznym alkierzu. Chłopak zmarzł, niech się ogrzeje. Nie chcę prowadzić go do głównej izby. I tak już widział dzisiaj tyle, że mu nikt w Stogach nie uwierzy.

– Pewnie. Wchodźcie, tu na prawo od kuchni jest pokoik, w którym będziecie mogli chwilę odetchnąć. Każę podać wam jakąś strawę. Zatacham beczkę, zobaczę, czy nie ma żadnych awantur i przyjdę do was. Wypijemy coś na rozgrzewkę. – Kotnik uśmiechnął się i wpuścił ich do środka.

 

***

 

– Smakuje ci?

Dalibor był tak zajęty zajadaniem przyniesionej przez pomocnicę kuchenną jagnięciny z czosnkiem i kapustą, że tylko zapamiętale pokiwał głową i pałaszował dalej. Nemeth uśmiechnął się i napił piwa. Odpiął od pasa kordelas, położył go na ławie i z lubością rozprostował nogi. Siedzieli w jednym z licznych alkierzy, z dala od głównej sali. Mimo tego z wnętrza oberży dochodziły przeróżne odgłosy: kłótni, śpiewów, rozmów, sprzeczek. Kotnik miał rację, lokal pękał w szwach.

– Pyszne. – Chłopiec wytarł rękawem tłuszcz cieknący po brodzie. – Mama takiego jedzenia nie robi.

– Napij się naparu. Rozgrzejesz się.

Dalibor upił łyczek ze skórzanego kubka i skrzywił się.

– To jest niedobre. Mogę napić się piwa?

– Jesteś jeszcze za młody. Rumianek dobrze ci zrobi na trawienie. Musiałeś porządnie zgłodnieć, bo zjadłeś porcję jak dla dorosłego chłopa.

Chłopiec beknął donośnie, a na jego policzki wystąpił wstydliwy rumieniec.

– Przepraszam… – Zachichotał pod nosem.

– Przyjęło się. Pamiętaj, aby nie robić tak przy Klotildzie. W takich kwestiach bywa gorsza niż cesarz Nilfgaardu.

– To chyba nie jest wiedźmiński miecz? Wydaje się… za krótki… – Dalibor patrzył na leżący obok kordelas.

– To zwykły scyzoryk. Noszę go bardziej z przyzwyczajenia. Moje miecze owinięte w owcze skóry od kilku lat spoczywają w skrzyni, w magazynie, w którym mieszkam. Dawno ich nie wyjmowałem. Przydałoby się je naostrzyć i wyczyścić. Dzisiaj już nie zdążymy, bo Germund pewnie na nas czeka, ale któregoś dnia ci je pokażę.

– Haha… – Chłopak ucieszył się wyraźnie. – Zawsze chciałem zobaczyć wiedźmińskie miecze.

– Dam ci nawet potrzymać, a jeśli wujek wyrazi zgodę, zademonstruję ci parę sztuczek.

– To świetnie, nauczę się walczyć jak wiedźmini!

– Nauka fechtunku ci nie zaszkodzi. Chociaż lepiej, żebyś nie musiał zarabiać na życie mieczem. 

Dalibor jeszcze raz napił się rumianku i zerknął na Nemetha. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili rozmyślił się i schował twarz za kubkiem z naparem.

– Widzę, że coś cię dręczy. O co chciałeś zapytać?

– Odkąd cię zobaczyłem… – Chłopak zająknął się. – Chciałem się dowiedzieć, w jaki sposób straciłeś rękę?

Oczy Nemetha stały się dziwnie nieobecne. Napił się piwa, odstawił kufel, odchrząknął i zaczął opowiadać.

 

***

 

Po latach stwierdził, że zgubiła go rutyna. Podróżując u podnóża Smoczych Gór na grzbiecie niedawno zakupionego wierzchowca delektując się przyjemnie grzejącym skórę ciepłem słońca, nie mógł przypuszczać, jak skończy się ten dzień.

Zimę spędził w Caingorn, trwoniąc pieniądze zarobione latem. Zleceń było jak na lekarstwo, ot jeden zeugl, który zalągł się na miejskim śmietnisku. Parę przestraszonych kobiet, myślących, że ich dzielnicę nawiedza wilkołak, podczas gdy w rzeczywistości była to sfora bezpańskich psów poszukujących jedzenia. Zdjął klątwę, którą rzucono na niewiernego męża oraz uwarzył kilka dekoktów, wyzwalając małżonkę kapitana straży miejskiej od notorycznych bólów głowy, a samego kapitana od kobiecego gderania. Trzos jednak z każdym dniem stawał się lżejszy. Wikt i opierunek w jednej z caingornskich karczm nie należały do tanich. Kiedy zaczęły topnieć śniegi, Nemeth czym prędzej opuścił miasto.

Na szlaku spotkał się z alchemikiem, Timoteusem Le Goffem. Uciekając przed wojną, pochodzący z Caelf w królestwie Cidaris naukowiec, udał się na dwór Esterada Thyssena. Monarcha udzielił mu azylu, podarował pracownię leżącą na obrzeżach Lan Exeter, a na przeprowadzane przez niego badania przeznaczył olbrzymią dotację. Jeszcze w Cidaris Le Goff zajmował się głównie badaniami ornitoreptyli. Wykorzystywał ich pióra, oczy, dzioby oraz narządy wewnętrzne jako składniki alchemiczne. Dzięki temu znacznie rozwinął wiedzę na temat różnorakich chorób oraz sposobów ich leczenia. Przebywając na północy, skupił swoje badania na występujących tu dość często gryfach. W niższych partiach Smoczych Gór można było odnaleźć wiele gniazd i siedlisk tych stworzeń. Alchemik zaoferował Nemethowi współpracę, płacił pięćdziesiąt kovirskich marek za każde gryfie truchło, do tego dostarczał wiedźminowi składników niezbędnych do warzenia eliksirów. Wiedźmin nie musiał martwić się również o jedzenie i rynsztunek. Dotacja króla Esterada obejmowała prawie każdą zachciankę Le Goffa.

Kooperacja rozwijała się w najlepsze. W ciągu kilku miesięcy Nemeth ubił dwadzieścia cztery gryfy i zgromadził spory majątek. Nie zamierzał rezygnować z intratnego zajęcia, póki alchemik sam nie zakończy współpracy. Walka ze stworzeniami nie sprawiała wiedźminowi trudności, gryfy stosowały jedną taktykę. Pikowały na przeciwnika, starając się zranić go ostrymi pazurami i dziobem. Do tego na terenach, na których polował Nemeth, żyły w większości młode osobniki, nie ważące więcej niż cetnara.

Tego dnia, zjadłszy lekkie śniadanie, wybrał się na przejażdżkę. Zagłębiał się w Skalniaki, niewielkie wzniesienia leżące u podnóża Smoczych Gór. Świeżo zakupiony koń, gniady ogier, śmiało rwał przed siebie. Słońce delikatnie prażyło, wiał orzeźwiający wiatr. Idealna pogoda na polowanie, pomyślał wiedźmin.

Zerwał konia do galopu, dając mu okazję do wybiegania się przed nadchodzącą zimą, którą ponownie przyjdzie im spędzić w którymś z północnych miast. Rumak omijał skupiska kamieni, parowy i wykroty, pnąc się po zboczu. Nemeth wjechał na szczyt i rozejrzał się. Na północy, około półtora stajania od punktu obserwacyjnego, na jednej ze skalistych iglic, dostrzegł gniazdo. Wytężył wzrok i zdawało mu się, że zobaczył leżące w nim obłe kształty charakterystycznego koloru. Uśmiechnął się na ten widok i popędził wierzchowca.

Na północ od rzeki Braa, we wszystkich księstwach i królestwach od Koviru po Hołopole, gryfie jaja stanowiły nie lada rarytas. Ich cena, w zależności od rozmiaru, dochodziła nawet do stu marek. Smak jajecznicy z boczkiem i ziołami, którą kiedyś zaserwowała mu gospodyni Le Goffa, do tej pory został Nemethowi w pamięci. Nie sposób przepuścić takiej okazji, pomyślał wiedźmin. Jeśli jaj jest kilka, będzie można na nich jeszcze nieźle zarobić.

Koń raźno parł przed siebie, omijając przeszkody. Nigdzie na horyzoncie nie było widać strzegącej gniazda samicy. Nemeth zatrzymał wierzchowca u podnóża wzgórza, uspokoił go Znakiem Aksji i nakazał czekać. Z bliska iglica okazała się o wiele wyższa niż przypuszczał. Zdjął kurtkę, a także odpiął miecze, aby nie krępowały ruchów. Jeszcze raz rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu gryficy, ale nie widząc jej nigdzie, zaczął się wspinać.

Iglica była stroma, trudno było znaleźć punkt zaczepienia. Kiedy Nemeth był w połowie wysokości, jeden ze skalnych wypustów obsunął się. Wiedźmin zawisł na jednej ręce, a odpadające kawałki skały boleśnie zraniły go w drugą. Próbując ignorować ból, podciągnął się wyżej, gdzie znajdowała się niewielka półka.

– Kurwa – zaklął, patrząc na pokaleczoną dłoń.

Odpoczął chwilę i wznowił wspinaczkę. Szczyt znajdował się już blisko. Wiedźmin usłyszał charakterystyczny pisk. Samica wracała do gniazda. Nemeth czym prędzej starał się wejść na szczyt. W pobliżu jaj gryfica nie zaatakuje. Będzie miał przewagę. Wysilił mięśnie, szybko pokonując pozostałą wysokość. Był już przy wierzchołku, kiedy zobaczył zbliżający się olbrzymi cień. Spróbował zasłonić twarz, pazury gryfa rozorały prawą rękę. Wiedźmin odpadł od iglicy, obracając się kilka razy w powietrzu. Upadł u jej podnóża, słysząc nieprzyjemne chrupnięcie. Uderzył w jeden z leżących kamieni, pociemniało mu w oczach. Zdezorientowany usiłował się podnieść, jednak kiedy się ruszył, poczuł zawroty głowy. Dźwignął się na kolana, starając się podeprzeć prawą ręką. Ból był nie do opisania, kończyna zwisała zakrwawiona i bezwładna. Padł na twarz, zdołał jednak obrócić się na plecy.

Samica kołowała nad gniazdem. Widząc gramolącego się przeciwnika, runęła w dół, typowym dla gryfów lotem pikującym. Nemeth złożył lewą dłoń w znak Aard. Niewielki strumień energii uderzył w skrzydło atakującego monstrum. Zaskoczona gryfica, wytrącona z równowagi, uderzyła w ziemię, koziołkując z głośnym skowytem. Świdrujący uszy wizg nasilił ból głowy odczuwany przez wiedźmina. Ostatkiem sił mężczyzna zerwał się na nogi, lewą ręką sięgając po zawieszony przy pasie nóż. Stwór nie zdołał jeszcze się podnieść. Wiedźmin podbiegł do samicy i wbił ostrze prosto w oko. Gryfica próbowała ponowić atak. Jeden z pazurów trafił Nemetha w udo. Mężczyzna zdołał utrzymać się na nogach, uderzając nożem raz za razem w pierś i głowę zwierzęcia. Stwór załomotał skrzydłami by po chwili w końcu znieruchomieć, wydając z siebie ostatni, histeryczny pisk. Krew zalewała rękę Nemetha, tworząc olbrzymią kałużę.

Wiedźmin upadł tuż obok. Czuł tętniący ból w udzie, głowie i prawej ręce, potęgujące zmęczenie wywołane wspinaczką i walką. Ciepła posoka gryficy wsiąkała w koszulę i włosy. Nemeth spróbował się podnieść, jednak ciało odmawiało posłuszeństwa. Odczołgał się od truchła, starając się dotrzeć do konia. Jakoś wejdę na jego grzbiet i dojadę do miasta, pomyślał. Chwilę potem stracił przytomność.

 

***

 

– Znaleźli mnie pasterze, wypasający owce w pobliskiej dolinie. Zwabieni odgłosami walki dotarli w samą porę. Kilka godzin, a wykrwawiłbym się na tym wzgórzu. Zabrali mnie do miasta, gdzie miejscowy felczer widząc, co stało się z moją ręką, postanowił ją amputować. Każdego dnia przeklinam go za to i dziękuję jednocześnie. Uratował mi życie, ale już nigdy nie będę mógł wykonywać swojej profesji. Jestem takim półwiedźminem – dokończył opowieść Nemeth, uśmiechając się smutno.

W tej samej chwili do alkierza wkroczył Kotnik, niosąc skórzaną torbę wypełnioną pękatymi gąsiorkami.

– Przepraszam, że musieliście czekać, ale okazja się trafiła – powiedział, szczerząc się. Postawił przed wiedźminem kubek i otworzył butelkę. Nalał i wzniósł naczynie. – Mamy co opijać, Nemeth. Właśnie stałem się bogatszy o udziały w jednej z kopalń miedzi. Jej właścicielowi, Karimowi Veicolo, goszczącemu w oberży od tygodnia, tak spodobały się usługi czerwonoustej Rity i trunki z mojej piwniczki, że w ramach zapłaty za zaciągnięty dług przepisał mi część swoich akcji. Życie bywa przewrotne, jak mawiał król Dezmod, gramoląc się spod stołu na jednej z licznych uczt.

– Chętnie bym dłużej poświętował to cudowne rozmnożenie majątku, ale czas nam wracać do miasta. Przeciągnąłem chłopaka ponad miarę. Późno już, Germund pewnie nas wypatruje.

– Cóż… – Kotnik zachmurzył się na moment. – To napij się dla rozgrzewki przed drogą powrotną. Na dworze zimno, aż włosy marzną. – Pogładził ręką swoją łysinę i zaśmiał się rubasznie.

– Nie narzekaj na aurę, przez nią piwniczka pustoszeje, a klienci zamiast szlajać się po straganach, siedzą w oberży.

– Racja. Utarg dzisiaj niezgorszy. Przygotowałem gorzałkę dla Germunda. Powiedz mu, że po zapłatę zgłoszę się za parę dni. Niech się sytuacja krzynę ustabilizuje. No, łykaj.

– Mam dla ciebie pieniądze.

Nemeth uniósł kubek i wychylił go jednym haustem. Trunek miał łagodny, korzenny smak. I przyjemnie rozgrzewał. Mężczyzna położył sakiewkę przed kompanem i powiedział:

– Dziękujemy za gościnę, Kotnik. – Wiedźmin wstał, przypiął kordelas i podszedł do przygotowanych przez oberżystę pakunków. Złapał wypełnioną butelkami torbę i kiwnął na Dalibora.

– To bywajcie. I do rychłego zobaczenia. Wpadnij jeszcze z chłopakiem do mnie. Jest w wieku mojej Elishy. Może wpadną sobie w oko.

 

***

 

Na zewnątrz nadal szalała zawieja. Śnieg sypał wielkimi płatami, a wiatr nieprzyjemnie wdzierał się pod ubranie.

– Musimy się spieszyć – rzekł Nemeth, ponaglając chłopca. – Kawał drogi przed nami, a pogoda nie sprzyja spacerom.

Większość kramów i straganów na podgrodziu z powodu stale pogarszającej się zimowej aury musiano pozamykać. Nieliczni klienci stali pomiędzy namiotami, kuląc się przed zamiecią i rozgrzewając alkoholem. Wiedźmin wraz z chłopcem szybko przemknęli przez jeszcze niedawno tętniący życiem obszar.

Kiedy zbliżyli się do miejskiej bramy, ujrzeli grupkę kilku mężczyzn, zapalczywie kłócących się ze strażnikiem. Zaciekawiony Dalibor wyrwał do przodu, za nic mając ostrzegawcze gesty Nemetha.

Ową grupą okazali się młodzieńcy spotkani wcześniej na targu. Przytachali ze sobą wiwernie truchło na niewielkim dwukołowym wozie. Obok ubitego stwora leżało również ciało jednego z mężczyzn.

– Wpuść nas! – darł się na strażnika, ten nazywany Pugaczem. – Kompan mi tam kona, a i nagroda za potwora czeka!

– Rozkaz jest po zmroku wpuszczać tylko mieszkańców miasta. – odpowiedział niewzruszenie strzegący bramy mężczyzna. – Felczerów na podgrodziu nie brakuje.

– On tam umiera, rozumiesz… – Pugacz ruszył w stronę strażnika, łapiąc za wiszący na plecach miecz. Strażnik ostrzegawczo uniósł halabardę, zza jego pleców wyłoniło się jeszcze kilku.

– Wyciągnij miecz, a jedyną nagrodą, jaką zobaczysz po tygodniu tortur w lochach, będzie topór kata.

Pugacz zatrzymał się, puścił rękojeść i splunął w stronę bramy.

– Jeszcze się policzymy – powiedział, odchodząc w stronę dwukółki. – Chuj, nie wpuszczą nas dzisiaj. Treko i tak już pewnie nie żyje. Bierzem ścierwo ze sobą. A jutro z samego rana stawimy się u naczelnika.

Dalibor zafascynowany patrzył w stronę odjeżdżającego wozu z wiwerną. Zanim Nemeth zdążył zareagować, pobiegł za oddalającą się grupą.

– Mogę zobaczyć potwora?

Pugacz odwrócił się do niego i spojrzał nienawistnym wzrokiem.

– Wypierdalaj stąd, gówniarzu!

– Hej, czy to nie ten sam chłystek, którego widzieliśmy dzisiaj na targu? – spytał jeden z towarzyszy Pugacza. – O, a za nim zbliża się ten dziad, co się za wiedźmina podawał.

– A, racja, Bakosz. Ten sam. Chodź, chłopczyku, pokażę ci potwora.

Mężczyzna złapał Dalibora pod pachę i rzucił w stronę wozu. Chłopak upadając uderzył głową o dyszel. Nemeth zaklął i upuścił sakwę z gorzałką. Nie zważając na przenikliwe zimno, zrzucił płaszcz, wyjął kordelas i krzyknął:

– Zostawcie dzieciaka! Nic wam nie zrobił.

– Ty też nam nic nie zrobiłeś. Ale nie podoba mi się twoja zacięta gęba. – Pugacz uśmiechał się paskudnie. Wyjął miecz i wywinął nim świszczącego młyńca. – Zimno jest, więc mam ochotę się rozgrzać walką. Na niego!

Nemeth nie czekał na atak. Ruszył do przodu, uchylając się przed ciosem Pugacza. Zanim nazwany Bakoszem mężczyzna dobył broni, wiedźmin ciął go przez pierś. Trysnęła krew, barwiąc na czerwono leżący śnieg. Nemeth obrócił się, starając się sparować kolejne ciosy Pugacza. Trzeci z mężczyzn podstawił mu nogę. Wiedźmin runął na ziemię, kordelas wypadł z dłoni. Kikutem próbował zamortyzować upadek, jednak śliskie od śniegu podłoże spowodowało, że twardo uderzył w zmarznięty grunt. Nim zdążył się podnieść, na jego głowę spadły dwa kolejne ciosy. Ciężkie buty mężczyzn miażdżyły mu zęby i gruchotały twarz. Próbował się zasłonić, jednak mężczyźni kopali go zapamiętale, nie dając chwili wytchnienia. Gdzieś z oddali usłyszał krzyk Dalibora. Ciągle usiłując wstać, zdołał dojrzeć jak, Pugacz podnosi chłopca i wprawnym ruchem podcina mu gardło. Krew buchnęła z przeciętej tętnicy. Bezwładne ciało dziecka upadło na zmarzniętą ziemię. Wzrok jego zaszklonych, martwych oczu tkwił w trzymanym w ręku medalionie z wyszczerzoną paszczą wilka. Kątem, pokrywającego się opuchlizną, oka dostrzegł zbliżających się strażników miejskich zaalarmowanych hałasem. Stojący nad nim napastnik popatrzył na wiedźmina z pogardą i splunął. Na jego głowę spadł jeszcze jeden cios. Rozległ się dziwny trzask. Nemeth nie czuł bólu, powoli tracił świadomość. Ciało pokrywały padające płatki śniegu.

Zmarznięty, skopany, upodlony.

Umarł.

Koniec

Komentarze

Przeczytałem i pierwsze wrażenie jest takie, że za dużo tych przeskoków. Nie ma ciągłości w tekście, która trzymałaby czytelnika. Rozmowy z Daliborem za długie. I zdaje się ci przebierańcy w pół dnia rozprawili się z wiwerną, a taka miała być groźna. Końcówka zaskakująca, choć pewnie logiczna, bo ten cały Nemeth był raczej z wiedźminów nieudaczników.

 

Edyta:

Podobnie jak w opowiadaniu syf.-a pojawia się wątek wieśniaków, którzy nie płacą za zlecenie.

Gwidonie dzięki za przeczytanie :)

Wybrałem taką linię fabularną, uznałem że będzie ciekawsza niż zwykła liniowa opowieść. Owszem przebierańcy rozprawili się z wiwerną dość szybko, wiedzieli gdzie żeruje więc nie musieli jej tropić. Nemeth – nieudacznik. Hmm… po prostu uznałem, że ciekawiej będzie opisać wiedźmina, który nie zawsze zwycięża, bo Sapkowski ominął tą kwestię. Wiedźmini nie byli przecież nieśmiertelni i wielu z nich musiało zginąć lub zostać ciężko rannych w walkach z potworami.

Rozumiem Twój tok myślenia (syf. wpadł na to samo), tylko zbyt dużo nieudanych akcji tego wiedźmina, a chyba nie o to chodzi, by bohater już od początku nie wzbudzał sympatii? Jeden z jury stwierdził, że zakończenie jest kiepskie. I takie będzie, jeśli uznamy, że wiedźmin powinien po przebierańcach się przejechać jak, sam wiesz.( Pod groźba zbanowania unikam ostrych słów.) A tymczasem załatwili go szybciej niż wiwernę. Swoją drogą skoro paru obwiesi może załatwić potwora, nawet wiedząc, gdzie on jest, to po co wymyślono wiedźminów? 

Ludzie również polowali na potwory, wystarczy wspomnieć Rębaczy z Crinfrid. Wprowadzając postaci młodzieńców naśladujących wiedźminów, starałem się oddać możliwą przyszłość świata w którym Geralt stał się legendą, więc pojawiły się rzesze jego naśladowców. Nie można powiedzieć, że z wiwerną poszło im tak gładko, skoro jeden z nich zginął.

Co do zakończenia, to planowałem je w ten sposób, jak widać nie do końca słusznie. Teraz już za późno na zmiany, więc niech zostanie jak jest.

Pociesz się tym, że poległ również gwidon ze swoim fenomenalnym tekstem. A z tymi naśladowcami skojarzył mi się batman, chyba trzecia część z Balem.

No ogólnie sporo osób z portalu odpadło w przedbiegach. Na ten moment chyba jedynie bemik przeszła dalej :)

Też uthModar (Jacek Wróbel)

Fakt, o nim zapomniałem.

A mnie to pasowało. Nie pamiętam już szczegółowo, co pisałam w takcie bety, ale wizja niejako schyłku wiedźminów (poprzez pryzmat jednego, nie najznamienitszego z nich) do mnie przemawia. 

Szkoda, że nie spodobało się jurorom. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Też żałuję, że jurorom się nie spodobało. Na druk w NF przyjdzie mi jeszcze poczekać, obym się kiedyś doczekał :)

Dzięki za ponowne przeczytanie :) Może tekst chociaż doczłapie się do Biblioteki, aż tak fatalny chyba nie jest…

A nie kliknęłam, że się upominasz? Ups, już nadrobiłam. I nie dlatego, że byś sobie życzył, ale dlatego, że uważam, że się należy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hehe dzięki :) Swoją drogą ciekaw jestem zwycięskich opowiadań z tego konkursu. Bo te Cienia i gwidona, które odpadły są dość solidne. Tekstu syfa jeszcze nie czytałem, ale niebawem nadrobię zaległość. Poziom musi być naprawdę wysoki.

Interesująca wizja Zmierzchu Wiedźminów. Mrocznie. Ponuro. Poczułem klimat.

A przyznam, że zaskoczyłeś mnie trochę zakończeniem. Pomimo wiedzy o amputacji kończyny i kiepskiej ogólnej kondycji Nemetha, jakoś tak się spodziewałem, że sklepie Pugacza i kumpli. Zasmuciła mnie też śmierć Dalibora.

Dzięki za wstawkę :)

 

cheers :)

 

B

 

Edyta bo zapomniałem zapytać: Le Goff to zupełnie przypadkiem czy jakoś powiązany krwisto z szambelanem z Beauclair?

Banshee dzięki za przeczytanie, cieszę się, że opowiadanie się podobało :)

Edit: Le Goff to przypadek, nawet nie pamiętałem, że w sadze występowała postać o takim nazwisku.

(spojlery dla tych, którzy nie czytali opowiadania)

Największym plusem “Błądząc po grani” jest protagonista.

Nemeth to bohater nośny, na którym można zbudować interesującą opowieść. Opowieść, której niestety, autorze, nie zbudowałeś. Podstarzały wiedźmin, który stracił sens życia z powodu dobroci, jaką okazali mu ludzie (owszem, z powodu dobroci, nie z powodu utraty ręki) jest bohaterem pozwalającym opowiedzieć historię ostatniego wiedźmińskiego zrywu, który to zryw może i zakończyłby się śmiercią, a może nie, to już Twój, autorze, byłby wybór, ale przynajmniej byłby ciekawą opowieścią. Przy okazji można byłoby opowiedzieć o przeszłości takiego wiedźmina, o młodości, o utracie ręki, to byłyby pogłębiające głębię postaci retrospekcje (starałeś się to tutaj pokazać i to była dobra decyzja).

Natomiast powyższa historia, przedstawiająca ostatni zryw wiedźmina (wyjęcie broni przed bramą i zakończoną śmiercią walkę z dzieciakami) to nie jest ciekawa opowieść. W dodatku jest krótka i odklepana w kilku zdaniach.

Zamiast zrozumieć prawdziwe powody mizerii losu Nemetha, który przestał być wiedźminem, bo ludzie dali mu dom, wikt i opierunek, dali lekką pracę i zaczęli nagle tolerować (widzę tutaj wielką niespójność z realiami sagi Sapkowskiego, gdzie wiedźminów traktowano jak zarazę, a jeśli już ktoś ich lubił, to nie na tyle, by się nimi opiekować na starość, tylko co najwyżej wyleczyć z ran – na przykład kupiec Yurga), szanowny autorze, zaserwowałeś czytelnikowi bohatera, który w zasadzie pogodził się ze swoim losem.

W warstwie fabularnej Nemeth chodzi i narzeka na młodzież, gdzieś tam się w nim tli jakaś nostalgia, jakieś pragnienie wiedźmińskiego żywota, ale tylko tli. Bo nie zrozumiał, dlaczego jego życie wygląda tak, jak wygląda. Że sam wybrał życie zwykłego człowieka i jest mu z tym źle. Gdyby sam tego nie wybrał, po prostu wziąłby miecz w jedyną rękę, która mu pozostała, przyjął zlecenie na pierwszego lepszego potwora i zginął w nierównej walce. Bo to jest wiedźminowi pisane.

Taki los wiedźmiński zresztą Sapkowski wyraźnie w sadze zaznaczył (wcale tego nie ominął). Napisał, że wiedźminom pisana śmierć od zębów, śmierć w walce (choćby i na miecze), ale na pewno nie starość.

Twój „wiedźmin”, autorze, wybrał starość i normalność.

I fajnie, miał prawo tak wybrać. Ale to nie jest ciekawa opowieść. To są fundamenty, na których można ciekawą opowieść dopiero oprzeć.

Na przykład.

Nemeth pojmuje, że to nie brak ręki i rosnący brzuch zrobiły z niego człowieka, tylko ludzka dobroć, ludzka opieka. Postanawia się zbuntować przed takim losem, odrzuca to wszystko. Wyjmuje miecze z kufra i mimo brzucha i braku łapska, rusza na tę wiwernę. Bo wybiera jednak, że jest wiedźminem, nie żadnym bohaterem, nie żadnym Geraltem Białym Wilkiem, który chędoży na prawo i lewo, zimno się uśmiecha i zabija wszystko, co żyje i na drzewo nie ucieka.

Nie, po prostu decyduje, że jest wiedźminem. Zabija potwory – i już.

I idzie – na przykład – uratować tych głupich młodzików przed tą wiwerną. Dalej opowieść mogłaby się potoczyć dowolnie. Mógłby zginąć, mogłaby go zabić wiwerna albo ućpane dzieciaki, autora wybór.

Ale to byłaby jakaś opowieść, opowieść, którą by się chciało czytać bardziej niż kilkuzdaniową potyczkę przed bramą zakończoną śmiercią protagonisty.

W tej chwili mamy – idzie człowiek, który był wiedźminem przez miasto w towarzystwie dzieciaka, snuje przy tym retrospekcje, docierają do punktu X, wracają z punktu X do punku Y, następnie giną z powodu głupiej ciekawości dziecka. Koniec.

Szkoda protagonisty dla takiej opowieści.

Nemeth jest godny lepszej opowieści.

 

Szlagier dzięki za przeczytanie i dogłębną analizę opowiadania. Witaj na portalu :)

Nie ma za co, dzięki za powitanie. :)

I namawiam do przemyślenia i napisania tej opowieści jeszcze raz. Bo to może być fajny kawałek. Wyszłoby coś na kształt wiedźmińskiego “Bez przebaczenia”. Złapałeś tutaj fajny, nieośliniony fragment wiedźmińskiego świata – wiedźmina, który przestał być wiedźminem i nie do końca się z tym pogodził. To jest opowieść, której Sapkowski nie napisał. Warto to zrobić za niego.

Odpadłem już z konkursu więc zamiast rozwijać wiedźmińskie uniwersum skupię się na budowaniu własnych światów, historii i bohaterów :)

Szkoda, ale decyzję rozumiem i popieram. Zresztą w powyższym tekście widać, że lubisz budować bohaterów, bo przecież mogłeś sięgnąć po gotowego (Geralt, Jaskier), ale wolałeś tworzyć swojego, jedynie wykorzystując ramy wiedźmińskiego fachu.

Powodzenia w pisaniu życzę.

Ja również należałam do betujących i uważam, że tekst był zajmujący, jak powiedział Szlagier – wiedźmin był inny, bardziej ludzki, bo przegrywał, choć dopiero u schyłku życia.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za bibliotekę bemik :) Jurorów jednak taka wizja nie przekonała.

Ciekawy i sprawnie napisany tekst. Ładnie poprowadzona wielowątkowa narracja. Ciekawy klimat, nieźle przedstawiony bohater.

Wadą jest chyba nadszczegółowość, co powoduje, że tekst jest co nieco przegadany. Trzeba jednak przyznać, że universum zostało wykreowane z rozmachem, kompletnie. Jednakowoż większa dyscyplina przy opisywaniu scenerii miejsc akcji,  unikanie zbędnej rozwlekłości  spowodowałaby, że tekst nabrałby lepszej dynamiki.

Ale i tak wyszła interesująca i zajmująca czytelnika opowieść, z bohaterem nietypowym i dobrym zakończeniem.

Więcej niż dobre opowiadanie.

Pozdrówka.

Belhaju, ponieważ dane mi było poznać Twoją opowieść nieco wcześniej i znasz już moje o niej zdanie, pozwolę sobie powiedzieć raz jeszcze, że cieszę się, iż poznałam kilka przygód dzielnego pogromcy wszelakich potworów, który w pięknym wieku osiemdziesięciu siedmiu lat właśnie dożył kresu swoich dni. Szkoda tylko, że stało się to w takich okolicznościach. No i bardzo mi przykro, że Błądząc po grani nie odniosło oczekiwanego sukcesu.

Może piąty klik Cię pocieszy. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rogerze dzięki za przeczytanie, fajnie, że się podobało :) Co do przegadania to i tak się wyrobiłem z limitem znaków bo wynosił 60000. Ale fakt, mogłoby być bardziej dynamicznie.

Reg nie udało się w konkursie więc chociaż Biblioteka na otarcie łez. Dzięki :)

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytało się na początku całkiem nieźle, ale w którymś momencie opowieść zaczęła mnie nużyć. Chyba zabrakło głównego, ciekawego wątku. Ot, łażą sobie po mieście, wiedźmin wspomina. Dzień jak co dzień.

I trochę zdziwiło mnie, że gówniarze zaatakowali tak blisko miasta, na oczach straży, tak bez sensu.

Ta zabawa doprowadzi ich tylko śmierć.

Coś się posypało.

Babska logika rządzi!

Trochę przegadane, podobnie jak Szlagier uważam, że lepiej było pchnąć historię w ciut innym kierunku. Końcówka imho bardzo słaba. Taka ‘o, skończył się limit znaków, no to sruuuu’. No i mocno nie lubię w literaturze nieuzasadnionego krzywdzenia/zabijania dzieci, takie wydaje mi się to na siłę, żeby aby na pewno wzbudzić litość czytelnika. Zabrakło mi też jakiegoś głębszego przesłania tekstu.

Dzięki dziewczyny za przeczytanie :)

Finklo błąd naprawiony dzięki za wyłapanie :) Dzień jak co dzień z tą różnicą, że dla Nemetha i Dalibora był ostatni.

Bellatrix limit znaków się jeszcze nie kończył, od początku planowałem tak zakończyć. Okazuje się, że na dobre mi to nie wyszło.

No tak, ale o tym dowiadujemy się dopiero na samym końcu. ;-)

Wcześniej zakupy, oprowadzanie nowego po mieście – do takich rzeczy nie trzeba być wiedźminem. Sama to nie raz robiłam. ;-)

Babska logika rządzi!

Dobre. Szkoda, że koniec taki…

Infundybuła chronosynklastyczna

Finklo, ja też nie raz :) 

Stefanie cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu :)

Mam mieszane uczucia. Pomysł na bohatera super, ale nie przekonała mnie forma opowieści. Zbyt dużo tych retrospekcji, z czego jedna – ta o białym smoku – w ogóle nie jest zajmująca i nic nie wnosi w historię Nemetha. Oczywiście to moje odczucie. Zakończenie spodobało mi się najbardziej, choć przyszło szybko i jakby po łebkach. Baaardzo lubię historie, w których górą okazują się gnidy pokroju Pugacza. Nie dość, że zgarnie nagrodę za bestię, to jeszcze ubił prawdziwego wiedźmina! :) Bohater nowych czasów.

 

[inwigilacja: mode on] Tak btw graty dla Szlagiera za dostanie się do finału. [inwigilacja: mode off] ;)

A dziękuję i nawzajem. :)

Też betowałam, też mi się podobało :) Lubię taki klimat, niespiesznie rozwijającą się akcję z mocnymi wstawkami, a i przeskoki mi nie przeszkadzały – bywa, że robię to samo. To opko, które podobało mi się najbardziej z wszystkich, które czytałam twojego autorstwa, belhaju :) Szkoda, że odpadło.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

uthModar dzięki za przeczytanie :) Chciałem przedstawić zróżnicowane historię z życia Nemetha, a wyprawa w góry pierwotnie miała być tematem przewodnim.

Szlagierze podłącze się do gratulacji :) Który tekst jest Twojego autorstwa?

Naz też żałuję, że odpadło, ale cóż począć. Mam nadzieję, że kolejne moje opowiadanie spodobają ci się jeszcze bardziej :)

Dzięki. “Lekcja samotności” to moje dziecko.

W takim razie pozostaje czekać aż będzie dane przeczytać opowiadanie w NF lub w pokonkursowej antologii (o ile takowa będzie). Z Geraltem czy jacyś nowi bohaterowie?

Albo tekst wyląduje w szufladzie i porośnie kurzem na wieki.

A co do bohaterów, to zachowam słodką tajemnicę. :)

O jezu, znowu Wiedźmin… W naszym kraju chyba to tylko Sapkowski tworzy fantastykę.

Opowiadanie dość średnie. Mnóstwo błędów ortograficznych, stylistycznych i interpunkcyjnych.

Sam pomysł może nie oryginalny, ale fajny.

Błędy ortograficzne i interpunkcyjne po tylu betach? 

 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

A to betuje komputer czy człowiek, istota ułomna i krucha?

Przykłady proszę. Czekam z niecierpliwością, żeby nauczyć się czegoś od mistrza.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

I co? Może mam je za ciebie poprawić? Zaraz, zaraz! Przecież ty nawet autorem tego tekstu nie jesteś! Poszedł mi stąd!

Stoyanie trudno jeśli tekst ci się nie podobał. Przykro mi, że naraziłem cię na czytanie opowiadania z mnóstwem błędów. Mogłeś dać sobie spokój skoro tyle ich było.

I nie przeganiaj mi stąd Naz.

Świetne opowiadanie szkoda że odpadło z konkursu. Podobał mi się główny bohater i jego przygody. Żal że tak smutno skończył.

Sicario dzięki za przeczytanie, fajnie że się podobało :)

A ja mam odwrotnie niż przedmówcy i lubię “przegadane” historie. To, co bohaterowie jedli i czy im smakowało, jak marzli podczas zimnego dnia i co oglądali na targu może nie jest istotne dla rozwoju akcji, ale bywa sympatyczne i czasem lepiej buduje klimat opowieści (kto nie pamięta słynnej sceny warzenia zupy rybnej u Sapka, niech pierwszy rzuci kartoflem :)) niż wydarzenia pędzące jedno po drugim bez opamiętania i chwili na oddech. Dzięki temu Nemeth i jego podopieczny wydają się bliżsi i bardziej sympatyczni. Inna sprawa, że przy limicie znaków rzadko można sobie na to pozwalać, bo może nam zabraknąć miejsca na rzeczy ważniejsze, na ten przykład na zakończenie, które rzeczywiście jest zbyt pośpieszne i po macoszemu potraktowane. Co jednakowoż mnie osobiście nieco przeszkadzało, to język. Na początku nawet nie wiedziałam dlaczego, ale w końcu doznałam epifanii. Nie wiem, czy zabieg był zamierzony, ale opowiadasz swoją historię krótkimi zdaniami, jakbyś kosił czytelnika seriami ze składniowego karabinu maszynowego. I to jest ok, kiedy opisujesz sceny walk, jednak nuży w momentach spowolnienia akcji. Człowiek zaczyna marzyć o jakimś soczystym wypowiedzeniu wielokrotnie złożonym :D

"Prędzej czy później cmentarze są pełne wszystkich". T. Pratchett "Panowie i damy"

Nie lubię przekombinowanych zdań, zresztą staram się pisać tak jak lubię czytać. Szkoda, że akurat warstwa językowa nie podeszła, Merrin. Też uważam, że wytworzony klimat jest ważny. Nie chciałem żeby opowiadanie wyszło przegadane, ale nadmiar akcji też nie jest dobry. Poszukiwania złotego środka trwają :) Dzięki za odwiedziny, przeczytanie i komentarz.

Ogólne wrażenie miałem pozytywne. Nadmiar retrospekcji nie był mocno uciążliwy, ale myślę, że gdyby trochę więcej akcji przenieść z przeszłości do Raverlinu, tekst mógłby mocniej przykuwać uwagę czytelnika. Największe zastrzeżenia mam do końcówki – podoba mi się, że wiedźmin przegrał, ale sposób, w jaki do tego doszło, już mniej. W ostatecznym rozrachunku, każda przemoc może być uznana za bezsensowną, na co dzień słyszymy o takiej często. Mimo wszystko, wolę gdy śmierć na kartach opowiadania podąża za motywem. W tym przypadku wolałbym, by nie nastąpiła tuż przy bramach miasta i by miała jakiś związek z sakiewkami bohaterów. W ogóle, to uważam, że los Nemetha byłby bardziej poruszający, gdyby przegrał walkę i przeżył. A najlepiej, gdyby zgubił przy tym klucz do skrzyni, w której pochował miecze : >. Szlagier też miał całkiem fajne pomysły, ale koniec końców opowiadanie ma tylko jednego autora : )  

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz dzięki za przeczytanie i opinię :) Teraz wiem, że zakończenie nie wyszło tak jak zamierzałem, ale cieszę się, że mimo wszystko opowiadanie się podobało. Mogłem z tego tekstu wycisnąć o wiele więcej. Nauka z tego płynie taka że nie zawsze pierwotny zamysł na zakończenie jest tym najlepszym. 

Przeczytałam. Tekst jest ładnie napisany i główny bohater interesujący, ale muszę się zgodzić, że zabrakło wątku, który pociągnąłby tekst w innym kierunku. Zakończenie wywołało zaskoczenie i niejaki smutek, ale to za mało, by zająć czytelnika na dłużej. Szkoda, bo z głównego bohatera można było coś jeszcze wycisnąć. Tekst na pewno by zyskał. Choć podobało mi się ujęcie wiedźmina, jako podstarzałego starca i takiego bardziej ludzkiego. Nie jawił się, jako ktoś niezwyciężony i zdawało się, jakby po latach walk z potworami nie był nadczłowiekiem. To zdecydowanie na duży plus.

Mimo wszystko gratuluję biblioteki, bo zasłużona. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki Morgiano za przeczytanie :) Teraz jestem świadom swoich błędów przy tym tekście. Chciałem skrótowo przedstawić dzieje wiedźmina skrajnie różnego od Geralta. Fajnie, że bohater się podobał, mam nadzieję, że to dobrze wróży przyszłym konstruowanym przeze mnie postaciom.

Bohater naprawdę ciekawy, ale zabrakło właśnie tej głębi. Czekam na coś innego i życzę powodzenia. Jeszcze muszę zajrzeć na “Skrzyżowanie”, by nadrobić zaległości. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Skrzyżowanie o wiele krótsze o bardziej skondensowanej akcji. Czekam więc na Twoją opinię :)

Podobało mi się :)

Ooo, nie spodziewałem się, że ktoś jeszcze tu zajrzy. Cieszę się, Anet, że lektura sprawiła ci przyjemność.

Nowa Fantastyka