- Opowiadanie: gravel - Rozszarpią nas czerwie, stonogi

Rozszarpią nas czerwie, stonogi

Opowiadanie łzawo-ckliwe i terapeutyczno-eksperymentalne. Powiedzmy, że prequel tego dziwadła, ale jest czytable także bez znajomości “Depresji Stunożnego Miasta”. A przynajmniej taką mam nadzieję... ;)

 

Ostrzeżenie dla Finkli: chyba znowu nie ma fabuły ;D

 

I podziękowania dla Cienia. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Rozszarpią nas czerwie, stonogi

 

– Bardzo mi przykro, ale nic się nie da zrobić. – Twarz doktora Gandrabura zmieniła się w obojętną maskę. Pewnie tego ich uczyli; nie okazywać emocji, nie przywiązywać się do pacjentów. „Większość i tak umrze, nie ma co tracić energii na próby zaprzyjaźnienia się z nimi”. – Nie odkryliśmy jeszcze lekarstwa na tę chorobę. Pańskiej żonie zostało może parę miesięcy.

– Proces zniszczenia, który już dokonuje się w jej organizmie jest, niestety, nie do odwrócenia ani zatrzymania – dodał doktor. – Ale możemy uczynić ból znośnym, oddać pańskiej żonie odrobinę godności…

– Nie ma godności w umieraniu – przerwał mu Vanderkruger.

***

Czerwie ciągnęły do zgnilizny niczym muchy do gówna i w dni takie, jak ten, Vanderkruger dziwił się, że jeszcze nie otoczyły go zwartym kręgiem.

Siedział w barze U Karalucha, najbrudniejszej, najbardziej zaplutej spelunie w całym Stunożnym Mieście i pił najgorsze szczyny, jakie barman był w stanie legalnie podać: wódkę pędzoną na jadzie gigantycznej stonogi. Detektyw Vanderkruger wychodził z założenia, że gdy czuje się podle, złemu samopoczuciu może sprostać jedynie równie podły alkohol.

Powinien być teraz w domu, przy żonie, ale odkąd doktor Gandrabur przekazał im złe wieści, ani Vanderkruger, ani Ada nie mogli zmusić się do tego, by spojrzeć sobie w oczy, a co dopiero porozmawiać. W domach, w których mieszka, je i śpi umierający – pomyślał Vanderkruger – ewoluuje nowa forma życia. Cisza.

Ada umierała na złośliwą stonożnicę. Oznaczało to, ni mniej ni więcej, że była żywcem zjadana przez mikroskopijne stonogi, które składały jaja w całym jej ciele i nic nie można było na to poradzić. Doktor Gandrabur usuwał gniazda już trzykrotnie, dawał Adzie maksymalnie dwa tygodnie wytchnienia od cierpień, po czym cały koszmar powracał, gdy bóle wskazywały, że stonogi zdążyły rozplenić się w innej części ciała kobiety.

„Nic się nie da zrobić”.

***

Części składowe jego żony: charcząco-świszczący oddech. Skórzany worek wypełniony kośćmi, niegdyś będący kobietą, do której kochał się przytulać. Bóle głowy, jakby drapieżne czerwie żywcem wygryzały sobie drogę na wolność przez mózg. Blada, spocona skóra śmierdząca chorobą. Spojrzenie, w którym Vanderkruger nie odnajdował już ukochanej. Jego żona. Każdy dzień przybliżał ich do momentu, w którym ona będzie musiała odejść, a on – pogodzić się z tym.

Wszedł pod kołdrę, starając się czynić jak najmniej hałasu i nie obudzić Ady. Potrzebowała teraz odpoczynku, mimo iż całymi dniami nie robiła właściwie nic oprócz odpoczywania.

– Stonożnica w ostatnim stadium jest niezwykle wyczerpująca dla pacjenta – przestrzegł Vanderkrugera doktor Gandrabur, zanim detektyw opuścił jego gabinet po ostatniej wizycie. – Pańska żona będzie coraz słabsza, bardziej podatna na infekcje, może wpaść w depresję. Nie powinna w ogóle opuszczać łóżka.

– Czy… czy hospitalizacja będzie konieczna?

– Obawiam się, że tak. – Gandrabur spojrzał Vanderkrugerowi w oczy. – Sam nie zdoła jej pan zapewnić odpowiedniej opieki.

– Na pewno wolałaby… Wolałaby być w domu.

– W to nie wątpię. Ale proszę pamiętać, i wybaczyć mi brutalność, że jest pożerana żywcem przez stonogi. W szpitalu zdołamy uśmierzyć część bólu. Albo wprowadzić ją w śpiączkę. Niczego nie poczuje, a pan będzie mógł być przy niej przez cały czas.

Vanderkruger podziękował doktorowi, bo nie każdy otrzymuje szansę, by towarzyszyć ukochanej osobie w jej ostatnich chwilach. Doświadczenie wyniesione z kilkunastu lat pracy w policji mówiło, że w Stunożnym Mieście rzadko kiedy umierano spokojną śmiercią. Wypadki zdarzały się codziennie. Nieraz wielkie tryby napędzające machinerię miasta obluzowały się i przygniotły dokazujące na ulicy dziecko. Obiecujący młodzieniec wspinał się z kolegami po zębatkach o średnicy większej niż rozpiętość jego ramion i straciwszy równowagę spadał na dno długiego szybu. Solidny robotnik pracujący przy olbrzymich piecach niewłaściwie obchodził się z zaworami i trafiał do szpitala z kolosalnymi oparzeniami, a potem trzy dni umierał w męczarniach. Grzeczną, niewinną staruszkę mieszkającą na najniższym poziomie Miasta wciągnął przez dziurę w piwnicznej ścianie wielki czerw z Podszybia, efekt eugenicznych eksperymentów mających na celu stworzenie superstonogi. Różne rzeczy się zdarzały w rdzewiejących trzewiach Stunożnego Miasta.

Vanderkruger od lat przemierzał metropolię i widział dziesiątki, setki ludzkich tragedii. Zastanawiał się, czy każdy mąż tracący żonę widzi to, co on.

Rzucił się w wir pracy. Przyjmował każdą sprawę, przyjąłby nawet zgłoszenie o zaginionym kotku, gdyby go koledzy nie powstrzymali.

– Idź do domu – mówili. – Żona cię potrzebuje.

Fakt, potrzebowała go, ale on nie potrafił wrócić.

– Ta sprawa wygląda na poważną – mówił, przerzucając akta jakiegoś ćpuna i alkoholika, ostatni raz widzianego gdzieś na dnie Bebechów, najgorszej dzielnicy Stunożnego Miasta.

– Tak, pewnie wpełzł do jakiejś nory pod rurami i zapił się na śmierć. – Detektyw Rant potrząsnął Vanderkrugerem. – Nie wpadaj w paranoję, stary. Idź do domu.

Ale nie poszedł do domu; poszedł do baru, wypił morze podłej wódki i dopiero wtedy zebrał się na odwagę, by wrócić. Ada już spała, tak przynajmniej sądził, gdy wpełzał pod kołdrę, by położyć się koło nieruchomego ciała, skulonego na łóżku.

– Długo cię nie było – usłyszał szept Ady, ledwo przestał kokosić się w pościeli, by znaleźć wygodną pozycję. – Martwiłam się.

– Chłopaki wyciągnęli mnie na drinka – wymruczał w odpowiedzi. – Taarlem kupuje nowe mieszkanie. Znasz te głupie zwyczaje, na jedną, drugą, setną nóżkę trzeba wypić…

– Dobrze.

Leżeli plecami do siebie, Vanderkruger oczekiwał w napięciu na kolejne słowa żony. Tak jakby mogła przejrzeć jego kłamstwo, zacząć robić wyrzuty, że prawie go nie ma w domu; wówczas nie miałby nic na swoje usprawiedliwienie. Ale Ada się nie skarżyła. Była taka cicha, potulna i zgodna, zupełnie do siebie niepodobna. Dawniej była zadziorna, pyskata, klęła jak szewc z Odwłoku. Czasami – przypomniał sobie nagle – aż wstyd było z nią wychodzić na miasto. Mieli wielu znajomych, byli lubiani, zapraszano ich często na kolacje, a Ada nigdy nie potrafiła trzymać języka na wodzy. Poczuł ukłucie żalu w sercu.

– Pomyśl o tym, jak o wyłączaniu mechanizmu – odezwała się nagle Ada, po długim milczeniu, gdy Vanderkruger zaczął już przysypiać, zmorzony alkoholem i otumaniony zmęczeniem.

– Słucham?

– Pomyśl, że jestem tylko mechanizmem. Skomplikowanym mechanizmem z krwi i kości, organów i mięsa, i zaprogramowanych odruchów. I tak jak Wielka Stonoga, serce, mój piec, nigdy się nie zatrzymuje, krew, moja para, nigdy nie przestaje krążyć. Dopóki pewnego dnia cała maszyna nie stanie.

Vanderkruger odwrócił się, wstrząśnięty. Ada patrzyła na niego spokojnie. No tak. Była inżynierem. Pomagała utrzymać Stonogę w ruchu, bo kochała ją całym sercem. Stunożne Miasto nie miało przed nią tajemnic, nawet awarie, które paraliżowały innych mieszkańców, jej nie przerażały. A teraz przekładała śmierć na język, który znała, w którym nie było żadnych niewiadomych.

Ale Vanderkruger tak nie potrafił. Nie umiał zmetaforyzować śmierci.

– Na razie maszyna nie stanie – uciął.

***

Pierwsze prawo kotłowni brzmiało: Stonoga nigdy się nie zatrzymuje. Gargantuiczna maszyna szła przed siebie niestrudzenie, i nawet najstarsi mieszkańcy miasta nie pamiętali, by kiedykolwiek się zatrzymywała. Świadomość jej ciągłego ruchu była dla Vanderkrugera równie naturalna, jak oddychanie.

Obecność Ady w jego życiu tak samo.

Miał kilka nawyków, utartych schematów życia, których się trzymał od lat i dzięki temu był szczęśliwy.

Praktycznie całe życie pracował na nocną zmianę, gdy potężne silniki Stonogi częściowo wygaszano, maszyna zwalniała obroty, a mieszkańcy udawali się na spoczynek. Ale nie Vanderkruger. I nie Ada. Nie była rannym ptaszkiem, zarywała noce szkicując projekty, głowiąc się nad zagadkami niesprawnych mechanizmów lub po prostu czytając. Czasami, na patrolu, Vanderkruger wpadał na parę minut do domu, by dać Adzie buziaka i zapytać, czy wszystko w porządku. Odpowiedź zawsze brzmiała:

– Nie przeszkadzaj mi, ty stary bawidamku, pracuję.

A potem zawsze uśmiechała się szelmowsko i wyganiała go za drzwi. Gdy nad ranem wracał i kładł się obok, spała smacznie, pochrapywała z cicha i przez sen przytulała do niego.

Teraz Vanderkruger rzadko miał ochotę wracać, bo oddech Ady stał się ciężki i bolesny, a we śnie nieruchomiała niczym trup. Jak na ironię, szef wysłał go na przymusowy urlop.  

– Powinieneś być z żoną – powiedział współczująco, klepiąc Vanderkrugera w ramię. – Wrócisz do pracy, gdy będziesz gotowy.

– Jestem gotowy – zaprotestował Vanderkruger.

– Nie martw się, nikt ci nie gwizdnie posady. – Szef mrugnął do niego. – Po prostu… ciesz się chwilą.

Ciesz się chwilą? Vanderkruger o mało nie roześmiał mu się w twarz. Owszem – miał na końcu języka – to dobra rada, ale dla dwójki zakochanych nastolatków. Dla młodych ludzi, których życie dopiero się rozpoczyna i którzy jeszcze tego nie wiedzą, ale wkrótce zatęsknią za szczęściem początku.

Każda miłość to historia z nieszczęśliwym zakończeniem – uznał. Po pracy poszedł bezmyślnie tam, gdzie poniosły go nogi. Wielka Stonoga była istnym labiryntem korytarzy, wgryzających się w jej stalowe wnętrze. Błądził godzinę, może dwie, po wąskich uliczkach, których sufit był nieraz tak niski, że Vanderkruger prawie zawadzał głową o zwoje rur dostarczających parę do każdej arterii miasta, a czasami przechodził dnem szybów tak głębokich, że z dołu nie widział ich końca.

Spacery zawsze pomagały mu skupić myśli, a te natrętnie przeistaczały się we wspomnienia. Pierwszych kilka miesięcy po ślubie z Adą… Ich małe, ciasne mieszkanko, którego nie zdołaliby kupić bez pomocy finansowej jej rodziców. Vanderkruger pochodził z ubogiej rodziny, wszedł w dorosłość nie mając grosza przy duszy i żadnego wykształcenia, poza tym wyniesionym z książek. A pochłaniał namiętnie wszystkie, lektury, które wpadły mu w ręce. Podobnie jak Ada.

Uwielbiała czytać i słuchać, jak on czyta jej na głos.

Sam nie wiedział, kiedy znalazł się w korytarzu, którego nie rozpoznawał. Po duchocie i gorącu bijącym od ścian poznał, że stoi na granicy Bebechów, o ile już nie zabłądził w ich zgniłe wnętrze. Stare, dawno niewymieniane płyty posadzki jęczały pod ciężarem detektywa. Impuls kazał mu iść dalej, zamiast wrócić w bezpieczne, znane rejony miasta. Chwilowo zapomniał, że nie jest na służbie.

Zerknął na tabliczkę z nazwą korytarza i przywołał w pamięci mapę miasta. W tej okolicy widziano po raz ostatni ćpuna, którego akta trzymał niedawno w dłoniach i którego sprawą nie pozwolili mu się zająć.

Ruszył przed siebie, mając nadzieję, że idzie mniej więcej we właściwym kierunku.

Tunele skręcały się jak jelita, wszystkie wyglądały tak samo, i gdyby nie tabliczki informacyjne, Vanderkruger mógłby przysiąc, że chodzi w kółko. Otaczały go jedynie czarne ściany, duchota, zapach rozgrzanego metalu i własnego potu; czuł wstrząsy i dreszcze Stonogi pod stopami. Coraz bardziej się irytował. W końcu jednak trafił na kolejną tabliczkę i ku swemu zdumieniu ujrzał nazwę ulicy, przy której, według akt, mieszkał zaginiony mężczyzna.

Wszedł w ciemny korytarz, oświetlony tylko jedną, mrugającą lampką. Znalazł drzwi z koślawą dziewiątką wypisaną nad kołatką i zapukał.

Otworzyła mu niemłoda kobieta o rysach typowych dla kogoś, kto całe życie spędza w ciemności i nędzy. Miała chudą twarz, obciągniętą cienką skórą, przez którą zdawały się prześwitywać kości. Jej oczy były ogromne, wyłupiaste i bardzo jasne, podkrążone i zaczerwienione. Wpatrywała się w Vanderkrugera z doskonale widoczną niechęcią.

– Tak? – zapytała nieprzyjemnym, skrzekliwym głosem.

– Dzień dobry. Nazywam się Vanderkruger, jestem detektywem. Przychodzę w sprawie… – Na wszystkie odnóża Wielkiej Stonogi, zaklął w myślach. Nie pamiętał jego imienia. – W sprawie pani męża – zaryzykował w końcu.

– Syna – odparła kobieta, mrużąc oczy. – Doria był moim synem.

– Tak. Chciałem powiedzieć, że robimy wszystko, co w naszej mocy, by go znaleźć i…

– Teraz pan przychodzisz? – zapytała kobieta, wierzchem dłoni ocierając oczy. – Znaleźliśmy go dwa dni temu. Nie dzięki wam.

– Znaleźliście go? – Vanderkruger poczuł, że robi mu się zimno. – Nic o tym nie wiem, nikt nas chyba nie poinformował…

– Bo tak dbacie o śmieci – przerwała mu brutalnie. – Doria był chory. Pił, żeby zabić ból i móc pracować. Brał kwas stonogi, żeby móc w ogóle wstać rano z łóżka. A wy go nazwaliście ćpunem i kazaliście czekać. Ten policjant, co tu był, powiedział do mnie, do mnie, do matki!, powiedział: się pani nie martwi, pewnie się uchlał i leży gdzieś w dzielnicy czerwonych żarówek, odsypiając nockę z prostytutką. Doria nigdy nie poszedłby na dziwki, miał dziewczynę i bardzo ją kochał.

– Gdzie go znaleźliście? – zapytał Vanderkruger słabym głosem.

– Zasłabł w pracy. – Kobieta płakała, wyraźnie już nie miała ochoty na dalszą rozmowę. Trzymała się kurczowo drzwi, jakby chciała je zaraz zatrzasnąć lub uchronić się przed upadkiem. Wyglądała w tym momencie na zbyt słabą, by utrzymać się na nogach. – Robił przy remoncie korytarza. Wymieniał zardzewiałe tryby, kazali mu po tym wypadku, co dzieciaka jakiegoś przygniotło. Doria pracował sam, w ciasnym szybie. Zasłabł. Spadł. Podobno zanim umarł, leżał w tym korytarzu jeszcze parę godzin.

Znowu przetarła oczy szorstkimi dłońmi.

– Nikt z pracy się nie zainteresował, gdzie Doria zniknął na tyle czasu? – zapytał łagodnie Vanderkruger.

– A skąd. Pracował sam. Na czarno.

– Przykro mi.

– Naprawdę przykro byłoby panu, gdyby to pański syn umierał samotnie, gdzieś we wnętrznościach tego przeklętego miasta – odparła kobieta, spluwając prosto pod nogi detektywa. – Wtedy to dopiero byłoby panu przykro!

***

Wszedł cicho do ciemnej sypialni. Zdjął wcześniej ciężkie, policyjne buty, żeby od stukotu obcasów Adę nie rozbolała znów głowa. Od paru dni miała potworne migreny. Doktor Gandrabur, gdy przyszli na wizytę, rozłożył bezradnie ręce. Na tak zaawansowanym etapie choroby ból jest nieunikniony.

Vanderkruger położył się przy Adzie, nos przy nosie, a oddech żony, pachnący chorobą i rozkładem, owionął mu twarz. Detektyw pocałował ją w czoło.

– Wcześnie dzisiaj wróciłeś – wyszeptała Ada, nie otwierając oczu.

– Tak.

Przytulił ją. Chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co.

 

Koniec

Komentarze

No przecież tłumaczyłam. A Ty marudziłaś, że bardzo boli. Chyba za jednak za mało. Ból to taki dobry trener… ;-)

Dobra, zostałam ostrzeżona, nie powinnam narzekać.

OK, ładne epizody z życia Stonogi. Bardzo nastrojowe. Tylko wiesz – jakaś fabuła z rękoma i nogami. Nie musi być od razu sto, wystarczy po parce. A nie kilka dni z życia nieszczęśliwego faceta. Nie rzeczy, które się ludziom po prostu zdarzają, jak pogoda osadom na powierzchni ziemi. Przynajmniej nie tylko.

Napisane jak zwykle ślicznie, trafiają się zdania z perłowym połyskiem.

Babska logika rządzi!

– Gdzie go znaleźliście? – zapytał Vanderkruger słabym głosem.

Zasłabł w pracy. –

Oj, uderzyłaś we wrażliwą strunę, Gravel. Dziecko z Ciebie jeszcze, patrząc na Twój wiek, ale masz zadziwiająco poważne spojrzenie na życie i bardzo dojrzałe spostrzeżenia.

Akcji może faktycznie nie ma, ale przykułaś mnie do tego tekstu.

Edith: czy detektyw nie zarazi się tymi stonogami, które mają gniazda, drążą tunele i inne takie? Co innego rak. MOże powinnaś jakoś to wyjaśnić?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Spojrzałam na tytuł i zanim zerknęłam na autora, to jakoś od razu wiedziałam, kto :)

Opowiadanie łzawo-ckliwe

Uśmiechnęłam się na te słowa, ale skończyłam czytać ze łzami w oczach. Ty to potrafisz dotrzeć do czytelnika. I pal sześć, że fabuła taka szczątkowa, że to taki wyrywek historii Miasta i detektywa.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pewnie tego ich uczyli; nie okazywać emocji, nie przywiązywać się do pacjentów.

Ano, uczyli.

 

„Większość i tak umrze, nie ma co tracić energii na próby zaprzyjaźnienia się z nimi”.

Tego już nie uczyli – gdyby tak było, zawód lekarza byłby zbędny. :)

 

Albo ją uśpić.

Jak psa?! Co za walnięty lekarz!

 

Tak sobie wypisałem takie spostrzeżenia, ale im dalej w tekst, tym mniej byłem pewien, czy ma to jakiś sens. Przeczytałem, bo zaintrygował mnie tag “new weird” i choć nadal nie wiem co to jest, to chyba mniej więcej wiem, czego się po nim spodziewać. Tak więc zrób z uwagami, co chcesz. ;)

Zgodzę się z Finklą. Brakuje fabuły. Choć język piękny, a niektóre zdania i refleksje przegenialne (cisza jako ewoluujący organizm to mój faworyt), to nadal tylko zlepek obrazków, a nie historia. Trochę szkoda.

Pozdrawiam!

Albo ją uśpić  – ja odniosłam wrażenie, że chodzi o wprowadzenie w stan śpiączki, ale może się mylę?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No i jak zwykle mam depresję po lekturze twojego tekstu ;<

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Bemik, bo o to zapewne chodziło. Ale gdyby mi lekarz powiedział, że zamierza bliską mi osobę uśpić, to delikatnie mówiąc, popadłbym w konsternację. Niefortunny dobór słów moim zdaniem. ;)

Nie czytałem “Depresji stunożnego miasta”. “Rozszarpią nas czerwie, stonogi” (ciekawie fiknięty tytuł) po części skojarzyło mi się z “Odwróconym światem” Priesta, z “Johnem Carterem”, i co ciekawe, China Mievile, też by się tu znalazł. Nieźle, jak na tak krótki utwór.

I to jest jego wada. Za krótki.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

MrBrightside, nawet bardzo. Nie zwróciłam na to uwagi, czytając.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zalth, serio? Mnie tam nowela bodajże Żeromskiego wypchnęła z głowy wszystkie inne skojarzenia.

Babska logika rządzi!

Tia. Łzawo-ckliwe być może, ale przy tym w jakiś filmowy sposób nieżyciowe – bo rozumiem, że o życiu to być miało, nie o Stonodze. Ale ja jestem robotem, więc wiadomo, że tak to będę widział. Próbę dyskretnej gry na emocjach może i dostrzegłem, ale szanse na przebicie się do mnie miała marne.

Jak zwykle nienagannie napisane, choć przyznam, że w środku trochę się zacząłem nudzić. Nie, nie że jakieś dłużyzny. Ot, nic nie wciągnęło. I nawet czerwie nic na to nie mogły poradzić.

Dam 4, ale to takie 4 w Twojej skali. I tak będziesz w bibliotece (znaczy się nikogo tą oceną nie zniechęcę) ;)

Serio, Żeromskiego już nie pamiętam. :P

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nie zaczarowało mnie jak Twoje inne opowiadania. Ten tekst wydaje się być zbyt ckliwy jak na mój gust. Uczucia/decyzje bohatera wiarygodne, choć nie, może lepszym słowem byłoby: prawdziwe :) Wiem, że jestem w mniejszości, ale po raz kolejny brak fabuły mi nie przeszkadza. Może gravel jest ponad tradycyjne rozumienie opowiadań?

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Zainteresował jakby znany, ale nieznany tytuł. ;)

Jest klimat – niezły. Fabuła, no tak – brak. Jest za to króciutka historia przemiany, która zaszła w bohaterze. Inna sprawa, czy bodziec będący katalizatorem przemiany do mnie przemawia. Hmm… :/

Ja na szybko, bo tak. Podziekowanie za podziekowanie, zwlaszcza ze niesluszne – tak naprawde po prostu przeczytalem tekst wczesniej niz Wy i mam chwilowego bana na klikanie biblioteki. Niezbyt imponujacy wklad. A tekst ladny, ale i nudnawy zdeczka – obszerniejszosc opini zostala wyrazona wczesniej. Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie czytałam Depresji stunożnego miasta, ale przeczytam w najbliższej wolnej chwili. Zaciekawiłaś mnie tym tekstem, podoba mi się to, w jaki sposób budujesz atmosferę, tylko brak tu fabuły. Rozczarowałam się, kiedy dotarłam do końca, gdyż miałam nadzieję, że coś się zacznie dziać. Liczyłam na jakiś wątek kryminalny, a tu nic. Szkoda, bo sama kreacja świata naprawdę dobra. 

Finklo, narzekać możesz zawsze. I generalnie fajnie, że mimo ostrzeżenia zabrałaś się za lekturę, doceniam. Powinnam teraz obiecać, że się poprawię i następny tekst będzie już miał fabułę, ale jak znam siebie, wyjdzie jak zawsze ;)

Dzięki za komentarz. 

 

bemik, dziękuję za wizytę i klika. Masz rację z tymi stonogami. Po weekendzie coś dopiszę, żeby było jakieś wyjaśnienie. 

 

śniąca, dziękuję za komentarz i klika, cieszę się, że opowiadanko wywołało emocje ;)

 

MrBrightside, dzięki za komentarz. Z tym uśpieniem chodziło mi oczywiście o wprowadzenie w śpiączkę, ale z jakiegoś powodu uznałam, że brzmi to zbyt nowocześnie i nie pasuje do klimatu (pomijając fakt, że chwilę wcześniej pojawiła się “hospitalizacja…” – ale to już szczegół). Zmienię, bo rzeczywiście brzmi słabo. 

New weird jest fajne. Głównie dzięki temu, że ciężko ten gatunek określić i zdefiniować. 

 

Naz, wybacz :<

 

Zalth, dziękuję za komentarz. Z wymienionych przez Ciebie dzieł i autorów bliżej zaznajomiłam się tylko z Mievillem, ale z tego, co pamiętam, kiedy wymyślałam Stunożne Miasto, nie był mi on inspiracją. Stonoga powstała, wstyd się przyznać, z ożenku Cronenberga z “Ludzką stonogą” ;)

 

varg, no trudno, może następnym razem, jeśli takowy będzie, bardziej wciągnie. Dzięki za komentarz i przyzwoitą ocenę ;)

 

fleur, dziękuję za komentarz i klika. Cieszę się, że akurat w tym przypadku jesteś w mniejszości. Ja i fabuła się nie lubimy. Choć bardzo staram się z nią zaprzyjaźnić…

 

Blackburn, dzięki za wizytę. 

 

Cieniu, spasiba jeszcze raz.

 

lena, fajnie, że tekst zaciekawił, szkoda, że rozczarował. Niemniej, dzięki. 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

I ciuuuu, przerąbałem pizzę.

Ech, i wierz tu w ludziów…^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

I ciuuuu, przerąbałem pizzę.

Jakoś tak się z tego dziwnie cieszę. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Jeszcze Ci… którędyś wyjdzie, zobaczysz!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Taka jest kolej rzeczy. Panta rhei, nawet pizza.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda uwaga niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

 

 

Bardzo mi przykro, ale nic się nie da zrobić. – Twarz doktora Gandrabura zmieniła się w obojętną maskę. Pewnie tego ich uczyli; nie okazywać emocji, nie przywiązywać się do pacjentów. „Większość i tak umrze, nie ma co tracić energii na próby zaprzyjaźnienia się z nimi

 

które składały jaja w całym jej ciele i nic nie można było na to poradzić. Doktor Gandrabur usuwał gniazda już trzykrotnie

Czy stonogi tworzą gniazda? Jakoś mi to nie pasuje. A poza tym gryzie się ze składaniem jaj w całym ciele.

 

Części składowe jego żony: charcząco-świszczący oddech. Skórzany worek wypełniony kośćmi, niegdyś będący kobietą, do której kochał się przytulać. Bóle głowy, jakby drapieżne czerwie żywcem wygryzały sobie drogę na wolność przez mózg. Blada, spocona skóra śmierdząca chorobą. Spojrzenie, w którym Vanderkruger nie odnajdował już ukochanej.

Wszystko inne jest ok, ale bóle głowy mi nie pasują, bo mamy perspektywę Vanderkrugera, a on przecież tego bólu głowy nie odczuwa i nie wie, jaki on jest.

 

w Stunożnym Mieście rzadko kiedy umiera się spokojną śmiercią. Wypadki zdarzały się codziennie. Nieraz wielkie tryby napędzające machinerię miasta obluzowały się i przygniotły bawiące się na ulicy dziecko. Jakiś obiecujący młodzieniec wspinał się z kolegami

 

Zastanawiał się, czy każdy mąż tracący żonę widzi to, co on.

Rzucił się w wir pracy

 

klęła jak szewc z Odwłoku

:)

 

 

Bardzo ładny, plastyczny styl. Z komentarzy widzę, że działa nie tylko na moją wyobraźnię.

Przeszkadzała mi siękoza.

 

Świetnie wykreowany świat. Zwłaszcza przypadły mi do gustu nazwy dzielnic.

 

Plus za żywych i pełnokrwistych bohaterów, choć to chyba niezbyt fortunne sformułowanie w tym przypadku. W każdym razie ich emocje, rozterki prawie poruszyły coś w środku mnie. Prawie, bo ciężko poruszyć coś w próżni.

 

Trochę zacząłem się nudzić gdzieś w środku, bo już ogarniałem wszystko, a jednak tekst kręcił się w kółko i gadał cały czas to samo.

Najsłabiej wypadło zakończenie. Miałem wrażenie, że przyjęto taktykę „opowiadanie się kończy, więc trzeba wyłożyć morał na stół i postawić kropkę”, a przez to ten morał wydał mi się mało zasłużony.

 

To ciekawy przypadek tekstu, któremu brak jest fabuły, ale mimo wszystko nie jest jedynie formą. Ja lubię treściwe dania i tutaj takie odnalazłem. Dzięki :)

 

 

Pozdrawiam i następnym razem poproszę o bardziej wypracowany morał.

 

B.A.

 

 

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Bardzo zacny epizod z życia Stunożnego Miasta. Przeczytałam z ogromną przyjemnością i nie miałabym nic przeciw temu, aby bliżej poznać innych stonożan.

Kliknęłam. ;-)

 

Ada już spała, tak przy­naj­mniej są­dził, gdy wpeł­zał pod koł­drę, by po­ło­żyć się koło nie­ru­cho­me­go ciała, sku­lo­ne­go na łóżku.

– Długo cię nie było – usły­szał szept Ady, ledwo prze­stał ko­ko­sić się pod pie­rzy­ną… – Czy detektyw spał pod kołdrą i pod pierzyną?

Może w ostatnim zdaniu: …ledwo prze­stał ko­ko­sić się/ mościć się w pościeli

Kołdra i pierzyna, choć służą do tego samego, nie są tym samym.

 

A czy­tał na­mięt­nie wszyst­ko, co wpa­dło mu w ręce. Po­dob­nie jak Ada. Uwiel­bia­ła czy­tać i słu­chać, jak on czyta jej na głos. – Powtórzenia?

 

po­wie­dział do mnie, do mnie, do matki!, powiedział… – Po wykrzykniku nie stawiamy przecinka.

 

żeby od stu­ko­tu ob­ca­sów Ady nie roz­bo­la­ła znów głowa. – …żeby od stu­ko­tu ob­ca­sów Adę nie roz­bo­la­ła znów głowa.

Chyba że stukały obcasy Ady, a Van­der­kru­ger bał się o własną głowę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

B.A., dziękuję za uwagi. Zarzuty o siękozę biorę na klatę, bo jakoś nie umiem tego “się” nie nadużywać ;) Ale zobaczę, co jeszcze da się zrobić. 

Czy stonogi tworzą gniazda?

Gniazda, kolonie, skupiska, o coś takiego mi chodziło. 

 

Wszystko inne jest ok, ale bóle głowy mi nie pasują, bo mamy perspektywę Vanderkrugera, a on przecież tego bólu głowy nie odczuwa i nie wie, jaki on jest.

Fakt, nie doświadcza tego osobiście, ale: a) żona mogła się poskarżyć na ból i b) po ludziach jednak zwykle widać, że cierpią ;)

Cieszę się, że ostatecznie odchodzisz od stołu syty ;)

 

regulatorzy, dziękuję za komentarz, łapankę i klika :) 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak na gravel to słabo. Jak nie na gravel też nuda. Zerowa fabuła, schematyczność, opisy, które nużą, niewiarygodne postaci. Błędów nie zauważyłem, bo nie szukałem. Na szczęście dla autorki, jest tu kilku fanów,którzy klikną każdy tekst. \

Dlatego przestrzegam: Nie popadaj autorko w samozachwyt, i nie słuchaj podszeptów złych doradców. Pisz dalej, tylko lepiej.

 

A ten fragment może być składową większej całości, jeśli planujesz rozbudować Stunożne miasto.

pozdrawiam

Witam, opowiadanie mnie wciągnęło i czytałem zza zaciekawieniem, trochę końcówka mnie rozczarowała (miałem nadzieję, że znajdą jakieś lekarstwo czy coś i żona detektywa przeżyje – ale to tylko moje zdanie)

PS jak czytałem to przypominała mi się “Dżuma” Alberta Camusa :)

Pozdrawiam 

Muszę napisać coś mądrego, żeby się Cień ode mnie odczepił, więc: ja tam nie widzę, żeby fabuła była zerowa (jest wszystko, czego potrzebuję, zwłaszcza życiowa prawda, metafory i emocje). Wypowiedź gwidona o fanach klikających każdy tekst uznaję za wysoce krzywdzący nie tylko dla autorki, ale i na przykład dla mnie, bo kliknęłabym go z dziesięć razy, gdybym mogła. Opowiadanie jest świetne, postaci tak żywe, że zostają w wyobraźni na długo. Będę twoim doskonałym doradcą i powiem: pisz tak dalej!

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Ludzkie problemy w oryginalnej, obcej scenerii. Niestety zgadzam się, że to tylko epizod, a nie pełnokrwiste opowiadanie. Dołożyłaś po prostu kolejną cegiełkę do wykreowanego świata, ale tekst zdaje się tylko wycinkiem, fragmentem większej całości.

Napisane przednio, czyta się jednym tchem i chce się więcej. Ja po przeczytaniu czuję niedosyt.

gwidonie, dziękuję za komentarz, szkoda, że się rozczarowałeś. Do samozachwytu mi jednak daleko, taką przynajmniej mam nadzieję, a teksty wrzucam po to, by się uczyć. Z palców Twych wszak mądrość spływa: Pisz dalej, tylko lepiej. Taki jest plan. Ale jakoś trzeba się rozwijać – czemu nie poprzez wrzucanie tekstów i słuchanie rad komentujących?

 

Bracken, dziękuję. Szkoda, że końcówka rozczarowała, ale nie lubię happy endów i prawie nigdy nie kończę nimi opowiadań.

 

Naz, dziękuję bardzo. Cieszę się, że aż tak Ci się podobało. 

 

belhaju, dziękuję za wizytę. 

 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

 Mocna, życiowa historia, ładnie pogłębia "Depresję Stunożnego Miasta". Krótka, “reporterska” forma mi bardzo podeszła. Wywaliłbym tylko dwa "jakisie" z fragmentu o zdarzających się codziennie wypadkach.

Przyczajony użyszkodnik

Jako samodzielne opowiadanie – za mało (ale w ten dobry sposób za mało, że chce się dużo, dużo więcej :)).

Jako część większej całości – bardzo na tak.

 

Solidna dawka emocji miękko osadzona na fantastycznym fundamencie Stunożnego Miasta (nie znam “Depresji…”). Bez najmniejszego uczucia znużenia zanurzałem się w strumień myśli Vanderkrugera. Przez pewien czas nie miałem pewności, czy bohater był tchórzem i egoistą, czy może altruistą, który nie chciał swoim smutkiem zalewać żony, ale wystarczyła odrobina cierpliwości i wszystko się wyjaśniło, a na koniec nawet odmieniło =).

Jeszcze należy się pochwała za styl. Podoba mi się, że nie ma tutaj dziwnych, przekombinowanych konstrukcji gramatycznych, a jednocześnie literki jakoś ładnie koło siebie stoją. Dzięki temu czytało się łatwo i przyjemnie.

gravel, cała przyjemność po mojej stronie :)

 

A z tymi gniazdami, to nie znam się na stonogach, ale czasami szlajam się tu i tam, i jeszcze nigdy nie widziałem, żeby stonogi miały gniazda ani coś w tym stylu.

Poza tym odniosłem wrażenie, że tamten fragment sam sobie przeczy, bo skoro albo stonogi składały jaja w tych gniazdach (które trzeba było usuwać) albo w całym jej ciele.

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Dziękuję nowym czytaczom za komentarze. Cieszę się, że się podobało ;)

 

B.A., przykro mi, ale totalnie tego przeczenia nie widzę. Gniazda mogły być w całym ciele, nie? ;) Ale spoko, pomyślę, jak to zmienić, skoro aż tak kłuje w oczy. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Może masz i rację, a się czepiam. Zresztą to jest bardzo drobna rzecz i wspomniałem o niej, tylko dlatego że na chwilę wytraciła mnie z tekstu.

Piszu, piszu ;)

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Ładne, chociaż nieco efekciarskie. Podobała mi się próba odmalowania uczuć głównego bohatera i to jest dla mnie wystarczająca fabuła. Jednak mimo wszystko mam wrażenie, że poszłaś trochę na łatwiznę i zamiast odmalowywać subtelności, wolałaś tu i ówdzie walnąć młotem między oczy :) Ta scena z matką “ćpuna” była zbyt prosta, zbyt oczywista. Wolałabym bardziej, no właśnie, subtelny sposób na wywołanie przemiany bohatera.

 

Warsztatowo super, ale to u Ciebie norma, więc co ja tam będę… Ogólnie bardzo fajny pomysł na pociągnięcie tematu Stunożnego Miasta, takie przejście od drapieżnej groteski do nastrojowej opowieści o uczuciach. Niemniej myślę, że gdyby to jeszcze przemyśleć i złożyć oba opowiadania w całość, dodać porządną fabułę i jeszcze parę ciekawych epizodów… to byłoby naprawdę coś. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

A pochłaniał namiętnie wszystkie, lektury, które wpadły mu w ręce.

 

Sugeruję trzecie (?) podejście to tego zdania, chyba pierwszy przecinek powinien z niego zniknąć : > ?

 

ed.:

Liczyłem na jakąś wymianę komentarzy ;)

Z braku takowej, wypowiem się ad meritum, zanim wrażenie wyleci mi z głowy. Muszę kiedyś znaleźć chwilę na lekturę Miasta, ponieważ wykreowany klimat bardzo mi się spodobał. Przyznaję rację tym, którzy narzekali na rozmiar opowiadania, natomiast nie mogę zgodzić się z zarzutem braku fabuły. Rozmowa detektywa z matką zaginionego zagrała na kilku strunach w duszy. Nie zastanawiałem się nawet nad ewentualną przemianą, bardziej nad osamotnieniem i wzajemnym niezrozumieniem bohaterów.

Co do tytułu, przykuł moją uwagę, natomiast skojarzenia mam dość jednoznaczne – z Żeromskim. Już po lekturze miałem mieszane odczucia co do tego, czy nie dałoby się jednak wymyślić dla tekstu lepszej nazwy ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Epizod.

Powinnaś dac tag ‘fragment’ i dramatu bibliklików a gwidona podpuszczacza by nie było ;-) Ale gwidon tak zawsze, stara szkoła: jak dobrze idzie to zetnij z nóg, by zmotywować do większej pracy i pokazania, na co cię naprawdę stać ;-)

 

Ładnie napisane, postaci zaciekawiają, morał jest, fabuły zero. A wydawało mi się, że będzie o radzeniu sobie z nieuchronnym (i było, ale tak bez wyraźnego problemu fabularnego), a przede wszystkim o walce z wiatrakami, czyli nie poddawaniu się, przez załamkę, do akceptacji (a tu akceptacja przyszła ot tak, z epizodu w aktach). 

 

Ależ ty ładnie piszesz, Gravel!

 

Ale fabuły niet.

 

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przyznaję rację tym, którzy narzekali na rozmiar opowiadania, natomiast nie mogę zgodzić się z zarzutem braku fabuły. Rozmowa detektywa z matką zaginionego zagrała na kilku strunach w duszy.

Nie mylmy wydarzeń z sentymentami. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam jako szorciaka i jak dla mnie fabuły było wystarczająco. Był temat, były emocje, był znakomity styl gravel. I Stunożne Miasto, do którego miło było wrócić. Jestem usatysfakcjonowana w pełni i mam nadzieję, że kolejny obrazek ze Stonogi to znak, że będziesz dalej ten świat rozwijać. Może doczekamy się stunożnej powieści? :)

 

Poszłam nominować.

 

PS Zastanawiam się, co odróżnia ulice z Stunożnym mieście od korytarzy? Używasz obu słów ale trudno mi wyczuć, czy jest jakaś różnica, powiedzmy, architektoniczna?

“Stonoga nigdy się nie zatrzymuje. Gargantuiczna maszyna szła przed siebie niestrudzenie, i nawet najstarsi mieszkańcy miasta nie pamiętali, by kiedykolwiek się zatrzymywała.”

 

“Obecność Ady w jego życiu tak samo.

Miał kilka nawyków, utartych schematów życia, których się trzymał od lat i dzięki temu był szczęśliwy.

Praktycznie całe życie pracował na nocną zmianę…”

 

“Po pracy poszedł bezmyślnie tam, gdzie poniosły go nogi. Wielka Stonoga była istnym…” ; )

 

“A pochłaniał namiętnie wszystkie[-,] lektury, które wpadły mu w ręce.“

 

“…zamiast wrócić w bezpieczne, znane rejony miasta. Chwilowo zapomniał, że nie jest na służbie.

Zerknął na tabliczkę z nazwą korytarza i przywołał w pamięci mapę miasta.“

 

 

I ja odebrałam tekst jako ledwie epizod, lekkie uchylenie zasłony uniwersum, a nie pełnoprawne opowiadanie, znaczy samodzielną całość. Owszem, ładnie napisane, smutne, melancholijne, depresyjne i w ogóle, ale do niczego w sumie nie prowadzi.

Humor mi się popsuł dodatkowo w ten szary, zimny dzień ; / Ale to oczywiście dobrze – bo nawet jeśli to tylko urywek, to budzi emocje ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Finklo, moim zdaniem spotkanie to wydarzenie i zarazem oś fabuły : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ja tam osi wolę upatrywać w czymś, co bohaterowie robią świadomie i z premedytacją. Ale pewnie zostaniemy przy własnych zdaniach. Gravel też. :-)

Babska logika rządzi!

Najpierwsiejsza sprawa najważniejsza, czyli przeprosiny. Zmitrężyłam trochę z odpisywaniem, za co przepraszam. Pochłonęło mnie tzw. życie (nie polecam). 

 

Mirabell, subtelności nigdy nie były moją mocną stroną ;) Pomysł, by złożyć opowiadania w całość, muszę przyznać, kusi… 

Dzięki za komentarz. 

 

Nevaz, dzięki za zauważenie błędu. Tak to jest, jak się człowiek zapląta we własnych poprawkach. Cieszę się, że Ci się podobało i oczywiście zapraszam do lektury i drugiego opka. Co do tytułu – jakoś mi się uparcie zagnieździł w głowie i nie chciał wyjść. 

 

Psycho, dziękować. “Ładnie, ale fabuły niet” – mam koncept na kolejny tatuaż, dobre podsumowanie życia ;) Obiecuję się poprawić i zacząć coś kombinować z fabułą. Chociaż po ostatnich doświadczeniach z opowiadaniami, w których rzeczywiście coś się dzieje, dochodzę do wniosku, że generalnie tu jest sytuacja albo albo: albo ładnie, albo fabuła ;)

 

Werweno, dziękuję. Ale żadnych powieści, książki są fuj. 

W ogólnym założeniu ulice stosowałam po prostu jako synonimy korytarzy. Zapewne nie jest to dobry zabieg i może wybić z rytmu czytania, za co przepraszam. 

 

jose, dziękuję za uwagi i wyłapanie aż tylu powtórzeń. Masakra. 

Napisałabym, że mi przykro, że zepsułam Ci humor, ale cieszy mnie ludzka krzywda i cierpienie, więc tego nie napiszę. 

 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Nie ma albo-albo. Jest cierpliwa praca z tekstem. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Napisałabym, że mi przykro, że zepsułam Ci humor, ale cieszy mnie ludzka krzywda i cierpienie, więc tego nie napiszę. 

:D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Miło było wrócić do Stunożnego Miasta, bo to świetnie wykreowany świat. Szkoda, że fabuły tyle, co kot napłakał, aż musiałem sprawdzić, czy się mi się zgrało całe opowiadanie. Liczyłem na jakąś intrygę. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby wyszedł zbiór opowiadań czy powieść w tym świecie, to bym kupił.

Mnie tam opowiadanie całkiem poruszyło. Jak napisane – wiadomo. Chyba nawet będzie jednym z moich ulubionych Twojego autorstwa. Ale mam dwie uwagi. Po pierwsze tę historię można by potraktować brzytwą Lema, bo przedstawiasz spojrzenie na śmiertelną chorobę. Stunożne Miasto jest tu przykrywką. Metaforą. A może ułatwieniem napisania o takich sprawach? To tylko taka uwaga, nie zarzut. Pomysł fantastycznej choroby pasującej do Twojego uniwersum jest ciekawy. Poza tym fajnie się czyta o tym świecie. Tak więc przerobienie tego na zwykły dramat mogłoby się okazać nudniejsze. 

Po drugie: po co Ci takie przedmowy? Zastrzeżenie, że “brak fabuły” wcale nie jest kierowane tylko do Finkli, widzą je wszyscy. Potem w komentarzach przytakują, że faktycznie, nie ma fabuły. W ten sposób zdajesz się mówić: “tak miało być, nie bijcie za te niedoróbki, ale chwalcie, jak ładnie piszę”. Jeśli kiedyś będziesz profesjonalną pisarką, też będziesz przed każdym opowiadaniem informować o słabościach tekstu? Wyobraź sobie, że wokalista przed wykonaniem utworu obwieszcza publiczności, że w trzeciej zwrotce będzie fałszował. Tak w moich oczach wyglądają niektóre fragmenty Twoich przedmów. 

Przypuszczam, że to Finkla najgłośniej marudziła na braki fabularnie pod którymś z poprzednim tekstów i to może trochę być komunikat “pamiętam o dotychczasowych uwagach”. Albo knebelek. ;-)

Babska logika rządzi!

W ten sposób zdajesz się mówić: “tak miało być, nie bijcie za te niedoróbki, ale chwalcie, jak ładnie piszę”.

Hm. Nie miałam zamiaru tak zabrzmieć i nie sądziłam, że tak można moje ostrzeżenie z przedmowy zinterpretować. To miało być oczko puszczone do Finkli, która istotnie marudziła (nie raz ;)) na braki fabularne. Takie trochę przeprosiny, że znowu nie wstrzelę się w jej gusta :D Finkla bowiem woli chyba mięsną, solidną fabułę, a nie moje zwyczajowe pitu-pitu o niczym ;)

Ale generalnie fajnie, że opko poruszyło i się podobało. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Podobało mi się :)

Nowa Fantastyka