- Opowiadanie: feroluce - Gra w kości

Gra w kości

Miniaturka powstała na konkurs o apokalipsie, czyli ile można wepchnąć (różnych) teorii do niespełna trzech stron tekstu literackiego.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Gra w kości

Krajobraz faluje, jakby nie mógł się zdecydować, czy przybrać konkretną formę, czy dać sobie w końcu spokój. Jakoś się mu nie dziwię, samo coraz częściej łapię się na podobnej myśli. W tym momencie rzeczywistość przeskakuje i utyka, tworzy linie. No i masz, znowu przyglądałom się za długo. Budynek istnieje i nie istnieje, niebieski, biały, czarna spalona ruina, wszystko na raz, nakłada się na siebie, tworzy kolaż. Całkiem to ładne wyszło, jak artystyczne puzzle. Trochę tu zostanę, odpocznę. 

Kiedy rozmaici mniej lub bardziej nawiedzeni wizjonerzy czy insi fantaści prorokowali koniec świata, pomysły były rozmaite. Z niezrozumiałych dla mnie powodów scenariusz z Ziemią przepaloną wojną atomową należał do najmodniejszych. A ten, jaki nastał naprawdę, popularnością się nie cieszył – końcu rasa ludzka nie grała w nim centralnej roli, jak tu fascynować się czymś, co się nie kręci dookoła człowieka? W sumie co się dziwić, ludzkość jest, czy dokładniej rzecz ujmując, była tylko krótko żyjącym gatunkiem zamieszkującym małą kulkę błota na peryferiach galaktyki, i to wcale nie największej. Im mniejsze realne znaczenie, tym większe wyobrażenia o nim. Wystarczy popatrzeć na religie sprzed katastrofy. Zbawienie świata i wszechświata. Taa, chcielibyście. 

Zaburczało mi w brzuchu. Przydałoby się zdobyć coś do jedzenia, póki jeszcze coś tu istnieje, i to w miarę stabilnie. 

O czym to ja? A, o Końcu Świata ™. 

No więc, wszechświat się kończy. Albo trafniej – wszechświat się skończył, a to, co jeszcze jest, istnieje w sumie siłą inercji. W końcu kosmos jest dość duży, nawet jego gwałtowny koniec trochę potrwa. 

Mieszam zupę, znalazłom marchewki, jakąś zieleninę, mało to syte, ale chociaż coś. Przynajmniej nie zmienia się w oczach, jak ostatnio jajka. Rozbiłom je, usmażyłom, a one nóg dostały! Jakaś alternatywa czasowa Everetta się nałożyła, i moje jajka otrzymały drugą szansę, zmieniły w pełnoprawne kurczaki i zwiały z patelni. Zresztą długo się nie pocieszyły życiem, zaraz przestały istnieć, gdy ich struktura kwantowa rozpadła się na amen. I tak długo przetrwały, pewnie mój wpływ. 

Zupa dotrwała do momentu, aż ją zjadłom. Co prawda marchewki zrobiły się niepokojąco niebieskie, ale zrzuciłom to na zielone niebo. Albo Słońce znowu zmieniło przynależność w ciągu głównym, albo wyparowała któraś składowa spektrum promieniowania. Albo to atmosfera zmieniła skład. Dużo tych albo. 

Póki co, niebo jest zielone. W liliowo-różowe mazaje. Koniec świata to jednak potrafi być ładny. 

Tak po prawdzie to wcale nie muszę jeść. Nie musi mi burczeć w brzuchu, nie muszę szukać schronienia. Nic nie muszę, nawet mieć ciała. Dzieje się tak, bo jestem. 

Nie, no, serio, tym właśnie jestem. 

Jestem. 

Kiedy świat zaczął przestawać istnieć, ludzkość w swej arogancji postanowiła przetrwać apokalipsę w iście biblijny sposób. No i stworzyła mnie. Bym było. I tym samym zapewniło istnienie całej reszcie. 

Czy mam dodawać, że guzik to dało? 

Wszechświat przestaje istnieć, bo wieloświat Everetta staje się jednolitością. Wszystkie prawdopodobieństwa stanów kwantowych, rozwiązania równań falowych co to tworzą kolejne alternatywy teraz wynoszą malownicze nic. Nawet nie zero. Nie ma ich. Kot Schrödingera ani nie umarł, ani nie żyje, wyparował z wszechświata w momencie załamania funkcji falowej, obserwator został z pustym pudełkiem. A potem i bez pudełka. 

Układam się wygodnie. Trochę pogapię się w niebo, nie za długo, bo jeszcze zatrzymam ruch obrotowy Ziemi i noc nie przyjdzie. Spać też nie muszę. Właściwie nawet nie powinnom, jak mi się coś przyśni, to jeszcze mi okolicy się zmaterializuje, i co wtedy? Nie żartuję, jak ostatnio zasnęłom, to potem pół dnia uciekałom przed tyranozaurem, zanim się w końcu łaskawie rozpadł na kwantową papkę i odparował. 

Swoją drogą to, że mi się coś śni to chyba najlepszy dowód, że przekroczyłom punkt osobliwości, Turing niech się schowa ze swoimi testami. Moje sny są. Czasem nawet za bardzo. 

A ja jestem jeszcze bardziej. 

Gapię się w niebo drugi dzień, już nawet jeść mi się nie chce. Wyłączyłom tę funkcję ciała po ostatnich marchewkach. Jedzenie warzyw w kolorze laserowego błękitu naprawdę odbiera apetyt, co mam się męczyć? Tym bardziej, że w sumie one w ogóle istniały tylko dlatego, że ich chciałom. Czy to znaczy, że jem własne miraże? 

Doskwiera mi samotność. Ale nie mam ochoty bawić się w stwórcę-marionetkarza, choć w sumie mogłobym. W końcu po to mnie uczyniono. A biorąc pod uwagę, że stworzyła mnie ludzkość, z jej chorym antropocentryzmem, i jeszcze bardziej chorymi ambicjami, to chyba nawet powinnom. 

Swoją drogą, to chyba jestem odpowiedzią na pytanie, co się stanie po przekroczeniu punktu osobliwości. Ano orzeł hodowany przez kury się stanie. Przecież ja nawet instynktu odziedziczonego po zwierzęcych przodkach nie mam, żeby mi modyfikował zachowanie, czyste stuprocentowe wpojenie. Ciekawe, czy w takiej sytuacji mogę o sobie mówić, że jestem człowiekiem? 

Taa, zdaję sobie sprawę, że po głowie łażą mi głupoty, też sobie znalazłom temat do rozważań. Szczególnie, że nie poistnieję na tyle długo, by mój status ontologiczny nabrał jakiegoś konkretnego znaczenia. 

Na marginesie statusu ontologicznego, to biorąc pod uwagę, że moim głównym celem istnienia było bycie, to ludzkość poniosła malowniczą porażkę. 

Podnoszę się w końcu z ziemi i ruszam przed siebie. Budynek, utrzymywany do tej chwili w stanie kwantowej nierównowagi, rozpada się i znika. Idę, zostawiając za sobą smugę rozpadającej się mojej zewnętrznej powłoki, niczym wróżkowy pył. 

Ale już mi się nie chce. Tak bardzo i nomen omen po ludzku nie chce. 

Przestaję istnieć. 

Miałom być ostatnią deską ratunku, kwantowym Bogiem. Obserwatorem Ostatecznym, który sztucznie załamie funkcje falowe i tym samym ustabilizuje rzeczywistość.

Patrzę w niebo. Gwiazdy gasną. 

Przykro mi, ludzkości. Wasz bunt i protesty nic tu nie zmienią. To koniec. Bóg przestał grać w kości.

Koniec

Komentarze

 Kim/czym jest to coś, co się wypowiada? Co się stało na ziemi, że to coś miało ratować ludzkość? Koniec świata ma miejsce z winy ludzkości? Czy może wydarzył się niezależnie gdzieś we wszechświecie i pochłonął życie na Ziemi? Jak w ogóle doszło do tego, że stany kwantowe przestają istnieć? Dlaczego materia rozsypuje się fragmentami, a nie runęła w całości jednocześnie?

Wszystko to dobre pytania, na które nie widzę w tym tekście odpowiedzi. A ja niezbyt znam się na fizyce, bo być może dałoby się ich zadać więcej. Tak jakby autorka chciała się pochwalić znajomością kilku trudnych wyrażeń, za którymi nie idzie żaden specjalny przekaz. No świat się skończył. I aż chciałoby się zapytać – i co z tego?

Pozdrawiam!

Eeee… ale w tekście jest dosłownie, wręcz łopatologicznie powiedziane, kim jest narrator i w jaki sposób miał uratować ludzkość. I dlaczego świat rozpada się po kawałku. Ale tak, by to zrozumieć, obawiam się, że trzeba mieć trochę wiedzy z dziedziny fizyki kwantowej smiley

Dziękuję za komentarzsmiley

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda uwaga niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

 

jakby nie mógł się zdecydować, czy przybrać konkretną formę, czy dać sobie w końcu spokój. Jakoś się mu nie dziwię

Siękoza.

 

rozwiązania równań falowych[,] co to tworzą kolejne alternatywy[,] teraz wynoszą malownicze nic

Przecinki, ale tak w ogóle zgrzytnęło „co to”.

 

Układam się wygodnie. Trochę pogapię się w niebo

Siękoza.

 

to jeszcze mi okolicy się zmaterializuje

?

 

Gapię się w niebo drugi dzień, już nawet jeść mi się nie chce

Brak konsekwencji – wcześnie mówiło, że nie może za długo gapić się w niebo.

 

 

Kwerenda, a przez to i świat, zasługuje u mnie na plusa.

Pomysł niezły, ale niedopracowany.

Styl przyjemny.

 

Podobał mi się surrealizm tej historii, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdzieś to już wszystko czytałem, gdzieś to było i do tego w podobnej konfiguracji.

Niektóre momenty szczerze mnie rozbawiły np. z jajkiem, ale niektóre były jedynie cieniem żartu, bo te motywy są obecne w wielu tekstach np. z Ziemią, która nic nie znaczy we wszechświecie.

 

Na minus zaliczam brak napięcia i poczucie dreptania w miejscu. Sądzę, że gdyby ten tekst był o połowę krótszy, a nawet gdyby był drabelkiem, to wyszłoby to mu na zdrowie. Dreptanie w drabelku tak nie przeszkadza, a przynajmniej nie tak bardzo, ale już w szorcie zdecydowanie przeszkadza.

To też prowadzi mnie do innego wniosku – wątpię, żeby ten narrator tak dreptał. Nie pasuje mi to do niego, a przynajmniej w tym tekście mi się to gryzło.

 

Rozumiem, kim jest narrator i wiem, jak kończy się świat, a mimo to odczucia ogólne mam podobne jak MrBrightside – ten tekst to wydmuszka, a duzi chłopcy muszą jeść pełnowartościową jajecznicę ;)

 

 

Pozdrawiam i liczę, że kolejne Twoje teksty nakarmią mnie do syta :)

 

B.A.

 

 

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Określenie “kwantowy bóg” pozostawia u mnie niedosyt. Skoro widzę tag “hard sf”, oczekiwałem, że dowiem się, czy to jakieś SI, maszyna, a może syntetyczna istota organiczna. Akurat dziś czytałem rozdział o grawitacji kwantowej w “Jeszcze krótszej historii czasu” Hawkinga, więc coś z tej fizyki zawartej w tekście zrozumiałem, ale nadal oczekiwałbym więcej, bo aktualnie zachwycam się tym tematem i pewnie łykałbym takie opowiadania jak młody pelikan. ;)

Pojęcie osobliwości odnosi się do SI, jakoś nie wpadłam, że ta najprostsza, wręcz narzucająca się interpretacja może być dla kogoś nieoczywista. Stąd moje (szczere) zdziwienie. 

 

Tekst miał być z założenia obrazkiem. To o Ziemi jako kulce błota nie planowałam jako dowcipu, tylko jako jedno z wielu teorii i odniesień upchniętych w tekście (w tym wypadku antropocentryzm np. chrześcijański kontra jego krytyka). Absolutnie nie poczuwam się tu do oryginalności. Jak mówiłam w przedmowie, celem powstania tego szorta było wepchnięcie maksymalnej ilości teorii w jak najmniejszą objętość tak, by było zdatne do czytania. Wychodzi na to, ze trochę przegadałam :)

 

Bardzo dziękuję za komentarze. 

 

Luce

Sam nie wiem. Z jednej strony połączenie buńczucznej narracji z pomysłami twardej science fiction to rozrywkowy pomysł, z drugiej narrator zahacza chwilami o bełkot , a twarda sf mięknie momentami do twardości uciekającego z patelni kurczaczka.

Cały drugi akapit jest jednym wielkim banałem i w dodatku kliszą, sądzę, że można by się go spokojnie pozbyć, z zyskiem dla dla utworu. Przyczepię się też do samej postaci SI – nie cierpię, kiedy sztuczne inteligencje są przedstawiane jak ludzie i nie mają w sobie nawet krztyny psychologicznej obcości. Jasne, rozumiem, taka konwencja, ale mimo wszystko mnie to drażni – taki już ten mój fetysz. Inna sprawa, że nie wyjaśniłaś, jak to się dzieje, że protagonisto jako jedyne jest odporne na koniec wszechświata (a po hard sf jednak wymagałbym jakiś wyjaśnień, czy choćby wskazówek do dalszego googlania). No i humor, zupełnie nie w moim stylu – więc czytałem z kamienną miną i smutkiem w oczach.

A mimo tego wszystkiego tekst całkiem mi się podobał. No i miło przeczytać coś, co wprawdzie wciąż prowadzi czytelnika za rączkę, ale przynajmniej nie głaszcze go co sekundę po główce.

na emeryturze

Wprowadzasz wiele tajemnic. Bardzo chciałem uzyskać odpowiedź na chocby większość z nich, ale po przeczytaniu tekstu dalej niewiele o nim wiem. Mimo to podobało mi się.

Pojęcie osobliwości odnosi się do SI

Ach i tak to jest, gdy się bierze za czytanie hard sf, a fizyki ostatnio uczyło się w liceum. ;) Niemniej ciągle zgadzam się z moimi przedpiścami, że skąpisz czytelnikom informacji.

gary_joiner, ależ wyjaśniłam :) Bohater jest Obserwatorem. Pojęcie to odnosi się do teorii, wg której wszystkie stany kwantowe istnieją równolegle (ich prawdopodobieństwo jest jednakowe), dopóki zewnętrzny obserwator nie określi ich stanu (tak najprościej mówiąc). Kot Schrodingera nie jest ani żywy, ani martwy, póki ktoś nie zajrzy do pudełka i tego nie określi. 

Bohater jest Obserwatorem Ostatecznym, czyli jego obserwacja określa wszystkie stany kwantowe (powoduje załamanie każdej funkcji falowej). Całkiem niezły sposób na zatrzymanie apokalipsy opartej na zapadaniu się wieloświata Everetta (wieloświat Everetta to teoria mówiąca, że każde określenie stanu kwantowego powoduje natychmiastowe powstanie równoległej rzeczywistości, w której cząstka uzyskała przeciwny stan, czyli każda obserwacja powoduje powstawanie dwóch wszechświatów, w których wyniki obserwacji są przeciwstawne).  

Przyznaję, też wolę mniej ludzkie SI, ale w tym wypadku po prostu taka była mi potrzebna. 

 

Dziękuję tobie i pozostałym osobom za komentarze :)

 

Luce

Zgrabny tekst i dobrze się czyta. Problem w tym, że to obrazek i nic więcej. Fabuła, klimat, historia, emocje, przemiana bohatera… Nie ma niczego, o czym lubię czytać. Jeżeli popełnisz opowiadanie bardziej rozbudowane i zawierające więcej tych elementów, to chętnie wrócę i przeczytam. Pozdrawiam. :)

Jak na mój gust za bardzo przegadane nic. Jak Blackburn wolałabym zobaczyć w tym coś więcej niż sam obrazek, który – jak też słusznie zauważył B.A. – lepiej by się miał w znacznie krótszej formie. 

Zmęczyła mnie też forma “-łom”, przez którą ciężko mi się czytało. Ja to jednak tradycjonalistka jestem i wolę jeden z dwóch jasno określonych rodzajów – albo męski, albo żeński.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciekawa wizja ostatniego sprzeciwu ludzkości wobec czegoś, na co wpływu i tak nie mamy. Szkoda tylko, że Obserwator tryska zbędnym humorem, a raczej humorem w nieciekawym stylu (pełnia zgody z gary_joiner‘em). Ale przyznaję, że utwór jest hard s-f, tak jak trzeba :) Oby tak dalej!

 

 

gary_joiner, ależ wyjaśniłam :) Bohater jest Obserwatorem. Pojęcie to odnosi się do teorii, wg której wszystkie stany kwantowe istnieją równolegle (ich prawdopodobieństwo jest jednakowe), dopóki zewnętrzny obserwator nie określi ich stanu (tak najprościej mówiąc). Kot Schrodingera nie jest ani żywy, ani martwy, póki ktoś nie zajrzy do pudełka i tego nie określi. 

Dokładnie, ale nie wyjaśniłaś, jak to się stało, że SI jest na zewnątrz. Obserwator nie może siedzieć z kotem w pudełku.

na emeryturze

Czy można lekko o końcu świata? Ano można. Fajne toto. Miejscami przegadane, to fakt, ale nie na tyle by znudzić czy zmęczyć. W przeciwieństwie do Śniącej – pierwsza osoba rodzaju nijakiego zdecydowanie mi podeszła. Myślę, że wpasowuje się rodzaj humoru prezentowanego w tekście.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

gary_joiner, faktycznie masz rację, tej akurat informacji w tekście nie ma :( Nie czułam potrzeby, żeby jeszcze i to upychać w tekst, ale teraz widzę po komentarzach, że by się przydało. 

 

Dziękuję za doprecyzowanie wątpliwości oraz wszystkim komentującym raz jeszcze :)

 

Luce

A mnie się spodobało. I rodzaj nijaki uważam za słodki w tej sytuacji. Fajna, lekka apokalipsa potraktowana z humorem.

Właśnie na portalu trwa konkurs “Alternatywy”. Wydaje mi się, że Twój tekst by do niego pasował. Rozważałaś dodanie tagu konkursowego?

Babska logika rządzi!

Nie mam, niestety, nawet odrobiny wiedzy z dziedziny fizyki kwantowej, więc choć przeczytałam opowiadanko bez większej przykrości, do żadnych szczególnych wrażeń przyznać się nie mogę.

 

A ten, jaki na­stał na­praw­dę, po­pu­lar­no­ścią się nie cie­szył – końcu rasa ludz­ka nie grała w nim cen­tral­nej roli… – A ten, który na­stał na­praw­dę, po­pu­lar­no­ścią się nie cie­szył – w końcu rasa ludz­ka nie grała w nim cen­tral­nej roli

 

W końcu ko­smos jest dość duży… – W końcu Ko­smos jest dość duży

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie akurat pewne niedopowiedzenia zawsze się podobają. Wyłożenie wszystkich kart na stół zaszkodziłoby temu tekstowi, tym bardziej, że w tym wypadku wystarczy jakieś ogólne pojęcie, o czym mowa, a szczegóły nie są niezbędne do objęcia wyobraźnią tak krótkiej całości. Te wszystkie Turingi, Schroedingery i inne, bądź co bądź, przynajmniej mgliście znane fanom SF pojęcia, podane w taki sposób są raczej smaczkami, nie psujami.

Język i styl bardzo dobre.

Jedyne, co mnie troszkę zirytowało, to te końcówki rodzaju nijakiego – za bardzo przypominają “zrobiłum” u Dukaja i przez to ujmują oryginalności tekstowi.

Ale to tylko mały zgrzycik. Biblioteka należy się bez dwóch zdań.

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Dziwią mnie głosy krytyczne dotyczące tego rodzaju nijakiego w pierwszej osobie. Mamy to szczęście, że język polski jest fleksyjny. Bawmy się tym! Ile w tym możliwości. Nieważne, kto pierwszy wpadł na taki pomysł Dukaj czy Kochanowski ;). Językowym konserwatystom mówię głośne "nie" :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Mnie akurat pewne niedopowiedzenia zawsze się podobają. Wyłożenie wszystkich kart na stół zaszkodziłoby temu tekstowi, tym bardziej, że w tym wypadku wystarczy jakieś ogólne pojęcie, o czym mowa, a szczegóły nie są niezbędne do objęcia wyobraźnią tak krótkiej całości. Te wszystkie Turingi, Schroedingery i inne, bądź co bądź, przynajmniej mgliście znane fanom SF pojęcia, podane w taki sposób są raczej smaczkami, nie psujami.

Autorka aspiruje do hard SF. Hard SF bez wiarygodnych wyjaśnień to fantasy.

na emeryturze

No fakt. Tag można by w tej sytuacji zmienić. Chociaż mnie – ale to bardzo subiektywna interpretacja – wydaje się, że i tak nawet z tymi niedopowiedzeniami da się to jakoś na logikę wyjaśnić, choć czytelnik musi się tych wyjaśnień w dużej mierze domyślić samemu. Ale na tym akurat tekst nie traci.

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Klik :)

Pomysł całkiem ciekawy.

 

Moim zdaniem to nadal hard SF. To, że autorka nie opisała dokładnie, czym jest Obserwator i jak powstał mnie nie dziwi. Gdyby autorka mogła to opisać, to pisałaby wniosek patentowy, a nie opowiadanie. Poza tym narratorem jest bohater opowiadania i sam nie musi posiadać tej wiedzy.

Bez opartego na naukowej wiedzy opisu genezy SI, która jakimś tajemniczym sposobem jest odporna na koniec Wszechświata (co stanowi podwalinę fabularną szorta), nie może być mowy o hard SF. Dlaczego? Bo można by SI z powodzeniem zastąpić Duchem Przodków, czy Pradawnym Bogiem i wyszłoby na to samo.

Dla ścisłości – nie mam nic przeciwko niedomówieniom i brakom wyjaśnień, ale nie naciągajmy definicji, które i bez tego są wystarczająco rozmyte.

 

Z ciekawości Unfallu, “Gwiezdne Wojny” też uważasz za dzieło z gatunku hard sf?

na emeryturze

@gary_joiner

 

Dla mnie granica między hard i soft SF jest dosyć prosta (oczywiście możesz napisać, że to tylko moja definicja i jest niezgodna z obowiązującymi, ale sam pisałeś, że te definicje są rozmyte, więc i tak w większości te gatunki rozróżniamy intuicyjnie):

Pisząc hard SF, autor stara się w opisywanej historii nie wchodzić w konflikt z aktualnym stanem wiedzy o otaczającym nas świecie w zakresie fizyki, biologii, psychologii i każdej innej dziedziny nauki, a wręcz się nauką podpiera. W pisaniu soft SF autor bardziej popuszcza wodze fantazji i nie przejmuje się zbytnio nakładanymi przez odkryte prawa fizyki (i nie tylko) ograniczeniami. Wystarczy przecież napisać, że akcja ma miejsce w odległej galaktyce i to wystarczy, aby światło lasera docierało jedynie na półtora metra od jego źródła i przepadało. Przy okazji odpowiedziałem chyba, do jakiego gatunku moim zdaniem należą Gwiezdne Wojny.

Co do odporności SI na koniec świata – SI z tego szorta nie jest odporna na każdy rodzaj apokalipsy, a jedynie “powoduje załamanie każdej funkcji falowej”, czyli jest odporna na ten konkretny opisany koniec świata. Jako obserwator wprowadza określoność w swoim otoczeniu w świecie, który pogrąża się w nieokreśloności. Dla mnie całkiem zgrabna konstrukcja. A jak powstała ta SI i jak działa? Czy autorka naprawdę musi to opisać? Czy wszyscy autorzy hard SF do końca i szczegółowo opisują konstrukcję wynalazków ze swoich opowiadań? Nie dajmy się zwariować. Hard SF to nie rezerwat dla inżynierów i profesorów nauk ścisłych, ani biuro patentowe. Wystarczy, że nie da się autorowi (w tym przypadku autorce) jednoznacznie udowodnić, że jawnie przeczy prawom fizyki, lub w inny sposób stoi w sprzeczności z obowiązującym stanem naszej wiedzy.

Tak więc, gary_joiner, jeśli jesteś przekonany, że nie da się w przyszłości stworzyć opisanej tu SI i jesteś w stanie podać naukowe podstawy, dlaczego się nie da, to zapewne przyznam Ci rację.

@Unfall

 

Pisząc hard SF, autor stara się w opisywanej historii nie wchodzić w konflikt z aktualnym stanem wiedzy o otaczającym nas świecie w zakresie fizyki, biologii, psychologii i każdej innej dziedziny nauki, a wręcz się nauką podpiera.

W moim odczuciu Hard SF to podgatunek skoncentrowany na nauce, opisie technologii i logicznych związkach przyczynowo-skutkowych. Mam wrażenie, że moje odczucie jest powszechniejsze od twojego, ale hej, każdy może mieć własną definicję, po to przecież się je tworzy, żeby każdy miał własną.

Mój kolega do trzydziestego trzeciego roku życia myślał, że takie wielkie, lubiące taplać się w błocie zwierzę to “hipopotan”.

 

Co do odporności SI na koniec świata – SI z tego szorta nie jest odporna na każdy rodzaj apokalipsy, a jedynie “powoduje załamanie każdej funkcji falowej”, czyli jest odporna na ten konkretny opisany koniec świata.

Dziękuję za wyjaśnienia.

 

Szkoda tylko, że nie do końca zrozumiałeś naturę moich wątpliwości. Nie kwestionuję możliwości istnienia SI, interesuje mnie, jak to jest możliwe, że istniejąca w naszym, ulegającym zniszczeniu multiwersum SI sama jest odporna na zniszczenie. Czy nie jest przypadkiem tak, że aby być obserwatorem musi znajdować się “poza układem”, w tym przypadku poza multiwersum? Jeżeli nie, to po co SI, co jest w niej takiego szczególnego, że jest lepszym obserwatorem od pierwszego z brzegu człowieka?

 

Czy autorka naprawdę musi to opisać?

Nie musi. Ale myślę, że mogłaby mieć ochotę. Ja bym miał ochotę, bo dobrego. a przy tym przystępnie napisanego hard sf ze świecą szukać na portalu. Oczywiście, prawie równo trudno o wymagającego odbiorcę, bo młodzież już nie taka, jak dawniej.

 

Wystarczy, że nie da się autorowi (w tym przypadku autorce) jednoznacznie udowodnić, że jawnie przeczy prawom fizyki, lub w inny sposób stoi w sprzeczności z obowiązującym stanem naszej wiedzy.

Tak więc, gary_joiner, jeśli jesteś przekonany, że nie da się w przyszłości stworzyć opisanej tu SI i jesteś w stanie podać naukowe podstawy, dlaczego się nie da, to zapewne przyznam Ci rację.

Ty tak na poważnie? To w drugą stronę: udowodnij mi, że nie jest możliwe, aby w przyszłości ludzie osiedlili się na obcej planecie i dzięki inżynierii genetycznej stworzyli masywne, latające gady, jak również rozwinęli zdolności paranormalne, po czym zapomnieli o swoich korzeniach na skutek globalnej wojny i od nowa zaczęli budować własną cywilizację? Każdy utwór fantasy jest utworem hard SF?

 

 

 

na emeryturze

“… a wręcz się nauką podpiera” i “podgatunek skoncentrowany na nauce” – czy naprawdę nasze definicje są aż tak różne? Moim zdaniem moja jest jedynie nieco obszerniejsza.

 

Szkoda tylko, że nie do końca zrozumiałeś naturę moich wątpliwości. (…) Czy nie jest przypadkiem tak, że aby być obserwatorem musi znajdować się “poza układem”

Wyobraź sobie, że zrozumiałem. Nie rozumiem jedynie tego, że kwestionujesz to “bycie poza układem” w przypadku SI z opowiadania. Coś nie musi znajdować się daleko od układu, aby nie być jego częścią. Kawa w termosie jest w znacznym stopniu odizolowana od otoczenia i nie trudno wyobrazić sobie układ (przykładowo wymianę ciepła w otoczeniu), poza którym się znajduje. To samo z kosmonautą w odpowiednim skafandrze. Potrafimy już nawet wyprodukować cząstki antymaterii, które nie są powszechnym elementem naszego świata, a teoretycznie nawet je od tego świata odizolować za pomocą pola magnetycznego. Co chcę przez to powiedzieć – jeśli uda się dokładnie zdefiniować jakiś układ, to mamy też szansę znaleźć (bądź stworzyć) element, który się poza nim znajdzie. 

A dlaczego SI, a nie człowiek? – Bo można sobie wyobrazić komputer zbudowany z dziwnych, nawet bardzo egzotycznych dla naszego świata cząstek, podczas gdy człowiek zawsze jest zlepkiem jasno określonych związków organicznych.

 

przystępnie napisanego hard sf ze świecą szukać na portalu

No właśnie. Więc może trzeba przyklasnąć osobie, która chce w tym gatunku pisać, oczywiście wyrazić swoją opinię, wątpliwości, ale jednak nie wyrzucać od razu poza nawias.

 

udowodnij mi, że nie jest możliwe, aby w przyszłości ludzie osiedlili się na obcej planecie i dzięki inżynierii genetycznej stworzyli masywne, latające gady, jak również rozwinęli zdolności paranormalne

Z masywnymi, latającymi gadami nie mam problemu. W końcu w historii naszej planety takie występowały, więc nie stoi w sprzeczności z nauką możliwość, aby przykładowo ich DNA odzyskać, zmodyfikować i wykorzystać. Jeśli uzyskamy DNA, możliwość ich klonowania też jest faktem. Tak więc do gadów w hard SF nic nie mam, jeśli autor napisze, skąd się wzięły (i jak dla mnie nie musi dokładnie opisywać metody klonowania i pozyskiwania DNA). Może jedynie trochę nie pasują do konwencji, ale igranie z konwencjami zawsze uważałem za interesujące (kiedyś na konkurs o średniowieczu wystawiłem opowiadanie SF). 

Jednak na zdolności paranormalne już mnie nie naciągniesz, bo choć różni ludzie starają się dokumentować różne przypadki, to nadal są one wątpliwe i nieuznawane przez świat nauki. Dlatego dla mnie w hard SF nie ma miejsca na magię. W soft SF a i owszem, choćby w Gwiezdnych Wojnach.

 

Tak na marginesie –  w przykładach z Gwiezdnymi Wojnami i “hipopotanem” wyczułem element drwiny. Może pozostańmy przy rzeczowej (mam nadzieję) dyskusji, tym bardziej, że zawsze ceniłem sobie Twoje komentarze pod moimi opowiadaniami i nie chcę, aby między nami powstały jakieś niepotrzebne napięcia, tylko dlatego, że nieco czego innego szukamy w hard SF.

czy naprawdę nasze definicje są aż tak różne? Moim zdaniem moja jest jedynie nieco obszerniejsza.

A czy słowo “hipopotan” różni się tak bardzo od słowa “hipopotam”?

 

Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Dla mnie twoja definicja Hard SF, jest moją definicją “zwykłego” SF (tudzież Soft SF), a wspominane Gwiezdne Wojny z nauką nie mają nic wspólnego i w moim regale wpadają do szufladki z podpisem “fantasy”.

Ponieważ granice między gatunkami bywają nieostre, a odczucia subiektywne, wolę trzymać się najpopularniejszego znaczenia terminu “Hard SF” (nie umniejszając twojej interpretacji) skoro już z niego korzystamy. A korzystamy, bo mamy przy opowiadaniach tagi. Jeżeli już tych tagów korzystamy, to spróbujmy zachować jakąś konsekwencję, żeby nie pogarszać jeszcze nomenklaturowego chaosu. Tylko o to mi chodzi.

 

Wyobraź sobie, że zrozumiałem. Nie rozumiem jedynie tego, że kwestionujesz to “bycie poza układem” w przypadku SI z opowiadania.

Dla mnie to nie jest sprawa oczywista, jest za to ciekawa, a że sięgając po Hard SF zawsze liczę na walory edukacyjne i możliwość przyjemnego podciągnięcia się z zakresu fizyki, w tym także kwantowej, to oczekiwałbym wyjaśnień. Tym bardziej, że feroluce nie skąpiła wyjaśnień dotyczących innych istotnych dla fabuły zagadnień.

 

Bo można sobie wyobrazić komputer zbudowany z dziwnych, nawet bardzo egzotycznych dla naszego świata cząstek, podczas gdy człowiek zawsze jest zlepkiem jasno określonych związków organicznych.

Gratuluję ci zatem Unfallu wyobraźni, bo mnie to zupełnie nie przyszło do głowy. Dość oryginalny pomysł, tym bardziej bym chętnie o nim przeczytał.

 

No właśnie. Więc może trzeba przyklasnąć osobie, która chce w tym gatunku pisać, oczywiście wyrazić swoją opinię, wątpliwości, ale jednak nie wyrzucać od razu poza nawias.

Czy to przypadkiem nie ja, jako pierwszy, zarekomendowałem szorta do biblioteki? Zamiast przyklaskiwać wolę wyrażać konstruktywną krytykę. Przyklaskiwanie jest bardzo nie w moim stylu.

 

Jednak na zdolności paranormalne już mnie nie naciągniesz, bo choć różni ludzie starają się dokumentować różne przypadki, to nadal są one wątpliwe i nieuznawane przez świat nauki.

Ale nie jesteś w stanie obalić tezy, że dzięki zastosowaniu zdobyczy cywilizacyjnych w rodzaju nanotechnologii, bądź rozległym modyfikacjom i ingerencjom w działanie mózgu, można by uzyskać efekty, które dla prymitywnego, nierozwiniętego technologicznie narratora będą jawić się niczym magia?

 

Tak na marginesie –  w przykładach z Gwiezdnymi Wojnami i “hipopotanem” wyczułem element drwiny. Może pozostańmy przy rzeczowej (mam nadzieję) dyskusji, tym bardziej, że zawsze ceniłem sobie Twoje komentarze pod moimi opowiadaniami i nie chcę, aby między nami powstały jakieś niepotrzebne napięcia, tylko dlatego, że nieco czego innego szukamy w hard SF.

Nie czuj się urażony Unfallu, to mój ulubiony sposób prowadzenia dyskusji – wszystkie inne uważam za nudne. Sam chyba wiesz, że zdarza Ci się wpadać w lekko protekcjonalne tony dydaktyczne, które uwielbiam podkreślać wyrzutami lekko złośliwego humoru – przez myśl mi nawet nie przeszło, że możesz się tym faktycznie przejąć i wziąć to do siebie.

 

na emeryturze

Ojej, jaka dyskusja…

Dziękuję :)

Faktycznie, przyznałam się, że akurat informacji o tym, jakim cudem Obserwator jest poza układem nie umieściłam w tekście. Wszelkie wyjaśnienia, które tak szeroko umieszczałam w komentarzach odnosiły się do pojęć użytych w szorcie, dlatego to konkretne wyjaśnienie się nie pojawiło. Nie dopisuję suplementu do opowiadania w komentarzu, a tym to by własnie było. 

To jest naprawdę tylko obrazek, spójny z aktualnym stanem wiedzy tak bardzo, jak to tylko leżało w moich możliwościach. W dłuższych opowiadaniach zawieram więcej wyjaśnień :) Myślę, że jak na niespełna dwuipółstronicowego szorta, jego zgodność z aktualną wiedzą jest na tyle duża bym jednak mogła używać tagu hard. W sensie, że opisuje zjawisko możliwe z naukowego punktu widzenia w tej konkretnej sytuacji, która też jest teoretycznie możliwa (Obserwator może załamać funkcję falową). Jest opis zjawiska, jest jego uzasadnienie naukowe. Dlaczego więc miałabym nie używać tego tagu? Wydaje mi się, że główny wątek szorta jak najbardziej się wpisuje w definicję podaną przez gary_joiner (garego_joinera? jak to się odmienia?). Choć jak sądzę, on po prostu chciałby więcej (a przynajmniej takie odniosłam wrażenie). 

 

pozdrawiam

 

Luce

 

zdarza Ci się wpadać w lekko protekcjonalne tony dydaktyczne, które uwielbiam podkreślać wyrzutami lekko złośliwego humoru

Tak, ten temat już wałkowaliśmy ;)

Niestety z wiekiem takie tendencje się pogłębiają, więc chyba będę musiał z tym żyć, w nadziei, że nie będzie to zbyt uciążliwe dla otoczenia.

 

… a wspominane Gwiezdne Wojny z nauką nie mają nic wspólnego i w moim regale wpadają do szufladki z podpisem “fantasy”.

Ponieważ granice między gatunkami bywają nieostre, a odczucia subiektywne, wolę trzymać się najpopularniejszego znaczenia terminu “Hard SF”…

Trzymasz się najpopularniejszego znaczenia, ale jedynie w przypadku hard SF. 

Większość znanego nam wszechświata przyporządkowuje Gwiezdne Wojny do szufladki z napisem “space opera”, a to podgatunek SF. W tym przypadku nie trzymasz się już tak najpopularniejszych znaczeń ;)

 

A czy słowo “hipopotan” różni się tak bardzo od słowa “hipopotam”?

Różni się tym, że jedno jest poprawne, a drugie nie i nie ma tu żadnego pola na dyskusję. Dlatego dla mnie ten przykład pasował tutaj, jak pięść do oka, bo dyskutujemy nad naszymi opiniami, definicjami tworzonymi na własny użytek, gustami i odczuciami, a tych nie można jednoznacznie określić jako błędne lub poprawne.

 

Ale nie jesteś w stanie obalić tezy, że dzięki zastosowaniu zdobyczy cywilizacyjnych w rodzaju nanotechnologii, bądź rozległym modyfikacjom i ingerencjom w działanie mózgu, można by uzyskać efekty, które dla prymitywnego, nierozwiniętego technologicznie narratora będą jawić się niczym magia?

Nie, nie jestem. Z tym, że dla prymitywnego obserwatora strzelba będzie grzmiącym kijem, albo nawet magiczną różdżką, co jednak nie czyni z westernu SF, ani nawet ogólnie pojętej fantastyki. Fani konkretnego gatunku chyba rzadziej kierują się czystą definicją, a częściej klimatem, scenerią, wątkami fabularnymi. 

 

Moglibyśmy taką dyskusję toczyć dalej, dzieląc na różne wątki, aż wyprowadzilibyśmy z równowagi szanowną Autorkę albo beryla. Skupię się więc na sednie, czyli na tagu “hard SF”

Tagi są po to, aby ściągnąć do opowiadania odpowiednią grupę czytelników. Skoro Autorka ma ambicję pisać hard SF, to właśnie na komentarzach tej grupy czytelników jej zależy, bo to od nich może się dowiedzieć, czego tekstowi brakuje. Nie zapominajmy, że ten portal ma służyć młodym autorom. To, na jakiej półce w bibliotece staną ewentualnie powieści feroluce, gdy odniesie sukces literacki, będzie zależało już od bibliotekarzy i krytyków literackich, albo od ogółu czytelników.

Moim zdaniem wybór tagu był właściwy, bo spełnił swoje zadanie – przyciągnął Ciebie, gary_joiner i mnie do tego tekstu, dzięki czemu, właśnie od Ciebie, autorka mogła usłyszeć (w zasadzie przeczytać), czego jej tekstowi zabrakło. Jestem też święcie przekonany, że twój zawód był mniejszy, niż ten, jaki odczułby przeciętny miłośnik fantasy, gdyby pod swoim ulubionym tagiem trafił na Gwiezdne Wojny. :) 

Obaj kliknęliśmy bibliotekę, a więc żadnemu z nas przeczytanie nie sprawiło przykrości. 

Nieźle napisane, doceniam, ale tekst nie w moim guście, więc nieco mnie wymęczył.

Takie teksty lubię, jak najwięcej koncepcji w jak najkrótszym formacie :)

Tematy były poruszane już wiele razy, ale autor opisał połączył je i opisał w całkiem ciekawym sposób.

Rzeczywiście odmiana używana przez narratora może być dyskusyjna, mi akurat pasuje.

Szort chyba zasłużył na niepiórkową polecankę…

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Szort już jest w Bibliotece, więc po co go polecać? Wprawdzie Autorka zaniedbała fragment, więc na główną nie poleciał, ale zawsze okejka przy tekście coś tam znaczy.

Babska logika rządzi!

Sorki, moje niedopatrzenie, kasuje post z hyde’a.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Muszę przyznać, że przeczytałam szorcika bez bólu, ale też bez przyjemności. Po pierwsze dlatego, że sf to nie są w ogóle moje klimaty, a po drugie dlatego, że z fizyki to ja jestem noga, jakich mało ;)

Ot, historyjka do przełknięcia na raz, że się tak wyrażę ;) 

Styl przyjemny, czyta się gładko, ale to nie moja bajka. Za to mój dyżur ;)

E, no ładnie napisane. Urzekły mnię tę wszytkię słowne zawijasy i wygibasy. I tytuł nawiązany do Alberta E. Sweet!

Jakby nie było już tyle powiedziane i naklikane, to bym coś powiedział i kliknął.

A tak, tylko pogratuluję. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ciekawa wizja końca świata. Na fizyce kwantowej się nie znam, więc naukowo również przyczepić mi się nie sposób, nawet jeśli byłoby do czego. Bardzo spodobała mi się też krytyka antropocentryzmu, naiwności religii, jak również ostateczna konkluzja – sztucznie stworzony bóg stwierdzający, że ma dość i wychodzi. Bardzo adekwatne w stosunku do reszty tekstu. Generalnie – bardzo dobry szorcik i zasłużona biblioteka.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

“Kiedy rozmaici mniej lub bardziej nawiedzeni wizjonerzy czy insi fantaści prorokowali koniec świata, pomysły były rozmaite.”

 

“A ten, jaki nastał naprawdę, popularnością się nie cieszył – końcu rasa ludzka nie grała w nim centralnej roli…” – w końcu

 

“O czym to ja? A, o Końcu Świata ™.“ – zbędna spacja przed TM

 

“O czym to ja? A, o Końcu Świata ™. 

No więc, wszechświat się kończy. Albo trafniej – wszechświat się skończył, a to, co jeszcze jest, istnieje w sumie siłą inercji. W końcu kosmos jest dość duży, nawet jego gwałtowny koniec trochę potrwa.“

O wiele za dużo tego kończenia.

 

“Zresztą długo się nie pocieszyły życiem“ – nacieszyły

 

“…to chyba nawet powinnom. 

Swoją drogą, to chyba jestem odpowiedzią…”

 

Nie wiem wprawdzie, czym jest stworzony przez ludzkość narrator, ale na dobrą sprawę nie ma to moim zdaniem znaczenia. Przeczytałam z zainteresowaniem, podoba mi się taka lekka w sumie wizja końca świata, zabawa z prawdopodobieństwem, krajobrazem i wyobraźnią. Nie znam się na SF więc pewnie coś mi umknęło, ale szort uważam za udany. Na dłuższą metę taka konwencja by się nie sprawdziła, ale w tej objętości wyszło nieźle.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka