- Opowiadanie: mut - Wywiad (Trudno być dziennikarzem)

Wywiad (Trudno być dziennikarzem)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wywiad (Trudno być dziennikarzem)

WYWIAD

(Trudno być dziennikarzem)

Zwykły lipcowy dzień w pracy. Za oknem słońce prażyło niemiłosiernie, klimatyzacja jak zwykle nawalała, a mimo otwartych na oścież okien i drzwi powietrze w redakcji było ciężkie, gęste i przesiąknięte wonią ludzkiego potu. Wszyscy udawali, że pracują. I tak nie było sensu cokolwiek robić, póki naczelny nie zleci tematu.

Siedziałem przed komputerem i wpatrywałem się w migający kursor DOS-a. Kiedyś, to były lipce – pomyślałem. – Wakacje były, wyjazdy, kąpiele słoneczne, albo w jeziorku. Do dziadka się wyjeżdżało…

Spojrzałem w otwarte okno. Nieruchome konary drzew uspokajały wzrok zielenią liści. I sam nie wiem kiedy odpłynąłem. Znów byłem dzieciakiem, który wyjechał na kilkanaście dni do dziadka na wieś. Znów wdrapywałem się na drzewa, próbowałem jeść kwaśne, niedojrzałe jabłka, odganiałem ptaki próbując kraść wiśnie. Znów pieliłem grządki i pomagałem zbierać stonkę, którą później deptaliśmy z dziadkiem na drodze. Znów siedziałem na ławeczce, oparty o ścianę niewielkiej obórki, przekornie nazywanej Ameryką, a dziadek wyciągał ze studni wiadro, do którego przywiązane były dwie butelki: oranżady dla mnie i piwa dla niego. Dziadek później zapalał jednego ze swych papierosów, które skręcał z resztek tytoniu i kawałka wydartej gazety. To były piękne chwile: pełny żołądek po obiedzie, zimny napój, woń palonego przez dziadka tytoniu i niezwykła opowieść. Za każdym razem inna. Dziwne, że przypomniała mi się właśnie ta:

OPOWIEŚĆ DZIADKA

Bardzo dawno temu… Jeszcze zanim Polacy Polakami się stali… Był sobie jeden cesarz, co na wschodzie rządził. Bizancjum – tak jego państwo nazywano. Dobrym był władcą i sprawiedliwym. Nie dziwota, że na służbę różni doń ludzie przychodzili. Niekiedy maleństwa do niego wysyłali, by w sztuce wojennej od maleńkości ich trenować.

Trafiło do Bizancjum także dwóch chłopców, lat chyba ze pięć mieli. Jeden Germanem był. Niebieskie miał oczy, a włosy jak dojrzałe kłosy żyta. Thorwaldem go nazywano. Drugi z dalekiej północy przybył, skórę miał bladą, jak śnieg, włosy barwy miedzi i tylko oczy czarne, jak węgiel lub smoła. Zwano go Sven. Miłością braterską zapałali do siebie od razu. Razem trenowali, czyścili broń i konie, w wolnych chwilach na ryby chadzali, w jednym pomieszczeniu sypiali. Gdy Thorwald zapodział raz płaszcz, Sven pod swój go przygarnął, gdy wartę deszczową nocą pełnili. Jak Svenowi rzeka jedzenie zabrała, Thorwald własną porcją się podzielił, mimo że sam za wiele nie miał.

Lata mijały, przyjaciele wydorośleli, zmężnieli, rysy twarzy im się wyostrzyły, wyprzystojnieli, a mięśnie mieli jak stal. Powiadano, że dla zabawy w las chadzali i z niedźwiedziami za bary się brali. Zawsze niedźwiedź umykał w knieję, bacząc by który z młodzianów w pogoń się za nim nie puścił.

Stało sie pewnego razu, że obaj stawić się mieli przed cesarzem. Zaufanymi ludźmi jego byli, mimo że pochodzili z innych krajów. A cesarz myślał o powiększeniu swego imperium na północ. Także krzyż chrześcijaństwa chciał on na nowe tereny nieść. Od razu pomyślał o Throwaldzie i Svenie, jako że znali ziemie i zwyczaje ludu tam żyjącego.

– Jedźcie więc – rzekł – i zbierzcie informacje, czy lud tam godzien prawdziwej wiary i naszego władztwa żyje. A baczcie, by nie zohydzić mu chwały Bizancjum.

Przyjaciele ucałowali cesarski pierścień, wzięli listy umożliwiające drogę przez państwa sojusznicze, spakowali się i konie okulbaczyli w mniej niż pół pacierza i ruszyli przed siebie ku nieznanym terenom.

Dni wiele jechali, luna dwakroć pokazała swe pełne oblicze; gór i przełęczy śniegiem zasypanych i oblodzonych minęli bez liku; wilków atakujących ubili kilkaset, aż stanęli nad szeroką, błękitną wstęgą rzeki, która dziś Wisłą zwiemy. Im oczom ukazała się śliczna kraina, pełna rodzących pól i bogatych w zwierzynę lasów. Tylko ludzi za wielu nie widzieli. Ci zaś, których spotykali często uciekali na widok nieznajomych przybyszów. Jedna tylko osada otwarła dla nich swe wrota. Ugoszczono wędrowców prawie po królewsku, słuchano ich opowieści, oprowadzano po ziemiach przystrojonych złotym żytem i różem dzięcieliny, zabierano na polowania, to na dzika, to na tura, uczty wydawano i zdawało się, że nawet nową wiarę mieszkańcy osady są gotowi zaakceptować, a może nawet przyjąć. I nagle coś zaczęło się psuć.

Wędrując po okolicy Thorwald i Sven spotkali pewnego razu śliczną dziewczynę – Rusłanę. Włosy jej były czarne, jak noc w nowiu, oczy błękitne niczym niebo czerwcowe, poliki zawsze rumiane, niby maliny. Uśmiechnięta, wesoła, śpiewem niejednego skowronka lub słowika by zawstydziła. Nie dziwota, że serca młodzieńców zapałały afektem do Rusłany.

Początkowo cała trójka stanowiła zgranych przyjaciół. Razem bawili się podczas uczt, razem pracowali, razem spędzali każdą wolną chwilę. Aż w serca mężczyzn wdarły się, oprócz miłości, inne uczucia: zazdrość, chęć posiadania na wyłączność ukochanej osoby. Thorwald i Sven zaczęli ze sobą konkurować o względy Rusłany. Starali się pokazać z jak najlepszej strony, unikali siebie nawzajem, chcieli odciągnąć dziewczynę od rywala.

I stało się jakoś na jesieni, że dwaj niedawni przyjaciele skłócili się na amen. Rzecz postanowili załatwić po męsku. Każdy zebrał swoich zwolenników, uzbroił ich, wyszkolił i przyrzekli stanąć przeciw sobie na ubitej ziemi. W określonym czasie Thorwald i Sven pociągnęli swoje wojska przeciwko sobie. Na nic zdały się prośby i błagania mieszkańców osady i samej Rusłany. Wojownicy nie usłuchali obietnicy przyjęcia jedynej, prawdziwej wiary, którą złożyła starszyzna grodowa. Jedynym warunkiem zaniechania walki miał być wybór jednego z mężczyzn przez Rusłanę.

– Obu was miłuję – odrzekła dziewczyna – lecz nie jako mężczyzn, ale jak braci. Tyle powiadaliście mi o swoim Bogu, o Jego naukach, miłości bliźnich, że nie mogę wybrać jednego z was. Obaj jesteście mi bardzo bliscy. Dlatego podjęłam decyzję: chcę z wami pojechać do waszej krainy, przyjąć nową wiarę, a następnie chcę służyć Bogu i tylko od Niego być zależna. Chcę służyć nowemu Panu, jak niegdyś dziewice z naszej osady służyły bałwanom naszych przodków.

Thorwald i Sven jeszcze większym zapałali do siebie gniewem. Zaczęli namawiać Rusłanę, by wzięła któregoś z nich za męża, lecz ta nie miała zamiaru zmieniać swojej decyzji. Wtedy to mężczyźni udali się do swych wojsk, by o świtaniu rozpocząć bój. Trzy dni walczyli ze sobą wysłannicy cesarza bizantyjskiego, a do swej prywatnej wojny włączyli niewinnych mieszkańców nowej krainy.

Pod koniec trzeciego dnia, gdy słońce już zachodziło do walczących podjechał goniec z osady:

– Zaprzestańcie boju! – zwołał. – Tragedia się stała! Rusłana nie żyje!

– Ale jak?!… Kto?! Rusłana? Dlaczego?! – dało się słyszeć pytania walczących.

– Nie mogła wytrzymać tego, że bliscy jej sercu ludzie walczą ze sobą – odpowiedział goniec. – Cały czas płakała i zanosiła modły do nowego Boga, aż dwie godziny temu serce jej pękło z żałości.

Żołnierze usłyszawszy te słowa opuścili oręż i sami zapłakali. Chwile potem padli sobie w ramiona i nawzajem zaczęli się przepraszać za to, że przeciwko sobie stanęli do boju. Słońce nie zdążyło jeszcze zajść za horyzont, a na placu boju pozostało tylko dwóch wojowników: Thorwald i Sven. Lecz ich serca były zbyt twarde, by wybaczyć sobie krzywdy. Zaczęli jeden drugiego oskarżać o śmierć Rusłany. I znów starły się ich miecze ze sobą. Walczyli całą noc, aż o pianiu koguta, obaj, w tym samym momencie zadali sobie śmiertelna ranę. Nim wyzionęli ducha przeklnęli siebie nawzajem i przysięgli, że nawet w zaświatach będą się ścigać, aż któryś z nich zwycięży.

Niektórzy powiadają, że czasami, gdy noc jest ciemna i deszczowa słychać jeszcze po okolicy szczęk krzyżujących się mieczy Thorwalda i Svena. A jeśli ktoś nieopatrznie znajdzie się w tym czasie na miejscu boju – marny jego los.

 

Pamiętam jak dziadek przerwał opowieść, a gdy chciałem coś powiedzieć, dokończył:

– Słowa klątwy były silne. Tak silne, że ani Bóg, ani Szatan nie chcieli u siebie wojujących i pałających tak wielką nienawiścią wojowników. Dlatego co pokolenie wracają oni do żywych, by dokończyć swój bój. I co pokolenie pozostawiają cząstkę siebie w szczególnie umiłowanych przedmiotach: mieczu, kolczudze, sztylecie…

– Dziadku – spytałem. – Ale dziś nie ma już rycerzy. W czym w takim razie mogą się zostawiać dzisiaj?

– Widzisz, to może być cokolwiek. Małe lub duże. Zegarek, papierośnica, ulubione pióro czy długopis, a równie dobrze może to być na przykład dom czy szczególne miejsce nad jeziorem. Zresztą to tylko taka opowieść. Nie można wierzyć we wszystko co się usłyszy lub przeczyta. – Dziadek pogłaskał mnie po głowie. – A teraz leć do domu i powiedz babci, żeby dała ci deserek poobiedni. A dla dziadka poproś o jeszcze jedną buteleczkę jasnego piwka.

 

– Ciekawe czy Thorwald i Sven zamieszkali by dziś w internecie? – przeszło mi przez myśl, gdy wróciłem do rzeczywistości. Spojrzałem na zegarek – no tak, minął rapem kwadrans.

Do pokoju weszła pani Jola i oznajmiła, że naczelny wzywa na naradę. Usiedliśmy wokół owalnego stołu, a chwilę potem do pokoju wszedł naczelny, Grzegorz Rybak. Był to dość przystojny mężczyzna, lat około trzydziestu pięciu, o bystrych, błyszczących, szarych oczach. Modnie ostrzyżony, pachnący markowymi perfumami, ubrany w starannie dobrany letni garnitur był obiektem westchnień nie tylko żeńskiej części redakcji

Było to jedno ze standardowych spotkań: kilka pochwał, kilka uwag i zleceń dla fotografów, wysłanie Romka do ratusza na jakieś nudnawe posiedzenie, prośba do Ewy o kontakt z policją, celem zebrania materiałów do „Kroniki wypadków”; Jarek, jak zwykle miał się zająć prognozą pogody, a Stefan sportem.

– A młodzi niech się przejdą po mieście i wyniuchają jakiś ciekawy temat. Coś o ilościach sprzedanych lodów, książek, bądź okularów przeciwsłonecznych i olejków do opalania. Jakiś mały wywiadzik z turystą. Może rozmowa z lekarzem, jak sobie radzić z oparzeniami słonecznymi i co zrobić, by nie dostać udaru. Wiecie, nie za wiele teksu. To nie ma być artykuł, tylko depesza – dokończył.

Wszyscy ruszyli do swoich obowiązków.

– Panie Pawle – zatrzymał mnie nagle, – Mogę prosić do mojego gabinetu? Tak za dziesięć minut. Sprawa pilna.

 

– Zdaję sobie sprawę, że to może być trudny temat, ale proszę potraktować to jako wyzwanie – naczelny bez ogródek przeszedł do sedna sprawy. – Poza tym to może być pierwszy pana artykuł. Pan wie, że na stanowisko mogę zatrudnić tylko jedną osobę, prawda?

Znowu ta stała gadka szefa do stażystów, czy też, jak on nas nazywał – młodych. Szczerze mówiąc zaczynała mi ona już trochę działać na nerwy. I nie tylko mi. Pamiętajcie, że mogę zatrudnić tylko jedno z was – powtarzał nam aż do znudzenia. Fakt – fucha redaktora w dzienniku była jakąś miłą perspektywą, ale nie szczytem moich marzeń. Dlatego odparłem:

– Na pewno? Nie skończy się tak, jak ostatnio?

– Nie rozumiem… – naczelny zrobił minę, jakby naprawdę nie wiedział o czym mówię.

– To ja może przypomnę. Cztery tygodnie temu dostałem zlecenie, by napisać o przygotowaniu miasta do sezonu turystycznego. Pamiętam, jakby to było wczoraj, pańskie pouczenie: ”Proszę iść na dworzec PKP i wczuć się w rolę turysty. Sprawdzić czy jest w pobliży informacja turystyczna, czy dojścia do zabytków są odpowiedni oznakowane, czy stoją plany miasta w widocznych miejscach, jakie są koszta noclegów, itd”. I co? Jak głupi chodziłem po mieście przez dwa dni, obserwowałem, notowałem, wydzwoniłem kupę kasy na zapoznanie się z cennikiem noclegów w hotelach i schroniskach. Potem usiadłem i napisałem artykuł. Wylądował on na pańskim biurku, a pan zajął się nim raptem tydzień temu i stwierdził, że jest on nieaktualny. Pewnie, że był nieaktualny! W tym czasie zagospodarowano miejsce pod budkę informacyjną dla turystów, ustawiono nowe kierunkowskazy z drogą do zabytków, uaktualniono plan miasta, a ceny noclegów zdążyły się zmienić dwa razy. Robota poszła na marne, bo ktoś nawalił i to na pewno nie byłem ja!

– Ależ panie Pawle…

– Proszę mi nie przerywać! Proszę mi tu nie wciskać czy załapię się do pracy, czy nie! Że kolejny artykuł i zbieranie materiałów to sprawdzian dla mnie! Ja chcę się po prostu sprawdzić, i tyle. Jak się komuś spodobają moje teksty, to się załapię. Nie w tej, to w innej redakcji. A może w ogóle nie…

– Panie Pawle! – Naczelny i tak mi wszedł w słowo. – Tym razem jest to sprawa gardłowa. Tekst musi się znaleźć w wydaniu weekendowym, czyli za trzy dni. Owszem, jest to próba dla pana, lecz wierzę, że się panu uda.

Nie chciałem już kontynuować dyskusji z naczelnym. Gdzieś, w głębi duszy przyrzekłem sobie, że jak znów nie wydrukują mojego tekstu, to rzucę tę redakcję i koniec. Zawsze znajdę sobie jakąś robotę. Tak, postanowiłem zebrać informację i napisać ten artykuł, ale jeśli pójdzie nie po mojej myśli, to…

– Tak więc -zrobiłem celową pauzę dla podkreślenia dramatyzmu chwili – o co chodzi?

– Cieszę się, panie kolego, że jednak się pan zdecydował – naczelny uśmiechnął się i zaraz pochylił głowę nad stertą papierów, wydruków i własnoręcznie wykonanych notatek. – Słyszał pan o Rajmundzie Tuku? Nie, raczej nie, bo i skąd? To nauczyciel fizyki w liceum na Bohaterów Wielkiej Wojny. Dostałem z dość pewnego źródła informację, że udało mu się w szkolnym laboratorium dokonać kolapsu grawitacyjnego. Oczywiście takiego w skali mikro. Jeśli to prawda, facet ma szansę na Nobla. Dla naszego dziennika, i oczywiście dla pana, to szansa na podniesienie prestiżu i zyskanie sławy. Panie Pawle – podniósł głowę i spojrzał na mnie. – Pan nie musi pracować w naszej redakcji, ale proszę nie zamykać sobie drzwi do kariery. Mam więc nadzieję, że nadal bierze pan te temat?

– Już podjąłem decyzję – odparłem. – ale jeśli to znów jakaś ściema…

– To super. Ma pan wolne do czwartku. Proszę w tym czasie poczytać cos na temat astronomii, astrofizyki, tych wszystkich kolapsów, i w ogóle. A, i proszę umówić się z tym Tukiem. Wierzę, że będzie chciał się pochwalić swoim odkryciem.

 

W internecie, jak zwykle znalazły się krótkie, zdawkowe informacje. Książki w wypożyczalni, wydane w większości przed 1960 rokiem, mówiły tylko o możliwości istnienia kolapsu. Nowsze publikacje nie były na moją kieszeń, a naczelny nie za bardzo chciał wyłożyć pieniądze na ich zakup. Nie pozostało mi nic innego, jak przesiadywać w dusznej, małej czytelni biblioteki publicznej. Przez otwarte okna dochodziły dźwięki ruchliwej ulicy, biegających za piłką i krzyczących dzieciaków, a od czasu do czasu dochodziło do mych uszu ćwierkacie wróbli czy gruchanie gołębi.

Około południa wyszedłem do holu i telefonicznie umówiłem się na spotkanie z Rajmundem Tukiem. Następnego dnia, około piętnastej miałem się z nim spotkać w szkole, w której uczy. Będzie czas na doczytanie – pomyślałem. Naczelny na wiadomość o moim przygotowaniu do wywiadu zareagował krótkim: „Powodzenia”.

 

Kilka minut przed piętnastą zjawiłem się na umówiony wywiad. Budynek był ogromny, poniemiecki, cały z czerwonej cegły nie pokrytej tynkiem. Według różnych opowieści miał się w nim mieścić w czasie wojny szpital wojskowy, a sala gimnastyczna pełniła zadanie kostnicy. Kiedyś moim marzeniem było zostać uczniem tej szkoły, lecz kryteria przyjęcia były zbyt wygórowane. Teraz szedłem po schodach, jako redaktor lokalnego dziennika. Czułem jakbym był VIP-em.

Minąłem okienko stróżówki. Uprzejmy, starszy gość poinformował mnie, w którym gabinecie znajdę Tuka i jak tam dojść przez labirynt korytarzy. Szedłem miarowym krokiem. Ze ścian spoglądały na mnie twarze absolwentów z kilku dekad. Kilku osobom przyjrzałem się z zainteresowaniem. Były to twarze dzisiejszych lekarzy, prawników, znalazłem też dwóch byłych prezydentów miasta i jednego, ściganego listem gończym przestępcę.

Gabinet Tuka znajdował się na trzecim piętrze, w skrajnym końcu korytarza. Już piętro niżej słyszałem, że mój rozmówca jest u siebie. Puste korytarze niosły odgłos przesuwanych szkieł, kapiącej wody, powolnych kroków, a w powietrzu wyczułem lekką woń ozonu. W końcu stanąłem przed źródłem dźwięków. Drzwi do gabinetu 313 były otwarte. W środku krzątał się starszy facet, lekko przygarbiony, siwowłosy, mimo lipcowego upału ubrany w garnitur.

– Dzień dobry – przywitałem się. – Przepraszam pana bardzo, ale nie jestem pewien, czy dobrze trafiłem. Nazywam się Paweł Naleźny i byłem tutaj umówiony na wywiad z panem Rajmundem Tukiem.

– Tak, to tutaj. Dobrze pan trafił. A już myślałem, że pan zrezygnował. – Głos Tuka był słaby, jakby gość miał za chwilę zejść z tego świata.

Nauczyciel podszedł do mnie i podał mi rękę na przywitanie. Trzymał ją przez chwilę w mocnym uścisku, jakby mnie badał. Jego oczy także z uwagą mi sie przyglądały. Rajmund Tuk, według mnie, był dziwny. Uczesany, jak dziewiętnastowieczny inteligent, z binoklem na nosie, z kieszeni kamizelki wystawał mu łańcuszek, zapewne od zegarka, na lewej dłoni widoczny był sygnet z jakimś herbem (Pewnie rodzinna pamiątka – pomyślałem). Po chwili staruszek pokazał na krzesło ustawione obok jego katedry i rzekł:

– To co by chciał pan wiedzieć, panie… – chciał wypowiedzieć moje nazwisko, ale widocznie wyleciało mu ono z głowy. Cóż, starość. Wcześniej czy później wszystkich nas to czeka.

– Naleźny – podpowiedziałem.

– A, tak. Racja. Panie Naleźny? To co by pan chciał się dowiedzieć?

– Nie tylko ja, panie psorze – postanowiłem zwracać się do niego jak licealista. – Myślę, że dobrze byłoby powiedzieć naszym czytelnikom i całemu światu, czym pan, oprócz nauczania młodzieży, się zajmuje?

– Widzi pan – zaczął wywód Tuk – ja od dziecka interesowałem się fizyką. W wieku ośmiu lat przeczytałem rozprawę Einsteina o teorii względności: wtedy mnie wzięło. Skończyłem fizykę na „ujocie”, ale ze względu na pochodzenie – tu pokazał sygnet z rodowym herbem – nie udało mi sie dostać do instytutu prowadzącego doświadczenia, ani pozostać na uniwersytecie. Wobec tego postanowiłem wyjechać z Krakowa na Ziemie Odzyskane i tu rozpocząłem pracę w liceum. Siedzę tu już ponad 50 lat. Jakoś emerytura mnie nie nęci, a tu… Mam kontakt z młodymi ludźmi, może uda się kogoś zarazić bakcylem fizyki – uśmiechnął się szeroko. – Poza tym mam tu sprzęt, który mogę wykorzystywać w mojej pracy badawczej. Bo widzi pan, redaktorze, od zawsze interesowała mnie fizyka kwantowa. A tu proszę: laboratorium, odpowiednie odczynniki i wszystko z dotacji. Gdzie by mnie było kiedykolwiek stać na taki sprzęt. Ja nie potrzebuję żadnej sławy, nagród czy pieniędzy. Robię to wszystko dla zwykłej satysfakcji.

– Rozumiem. Mógłby pan dokładniej powiedzieć jakie badania pan prowadzi? Wiem, że kolaps to zapadanie się gwiazdy, ale to przecież niewyobrażalna energia. W jaki sposób udało się panu przeprowadzić takie doświadczenie?

Tuk wstał, przeszedł sie po sali cały czas mrucząc coś pod nosem. Zdołałem usłyszeć tylko szczątki wypowiedzi. Do mych uszu doszło, między innymi: „czy to ten?”, „jakby to… on…, czy nie on….”, „znowu tutaj…” i „zróbmy szybko”. Podszedł do tablicy i zaczął wyprowadzać jakieś wzory. Jego mamrotanie pod nosem nie ustawało.

– Sven? – usłyszałem głos Tuka, więc spytałem:

– Pan coś do mnie mówił?

– Nie…, a właściwie tak. Pytałem. Słyszał pan może o badaniach profesora Svena Jőrgenhendgreimera? To szwedzki astrofizyk, który w jednym ze swoich artykułów stwierdził, że udało mu się przeprowadzić w warunkach laboratoryjnych kolaps w skali mikro. – Nauczyciel zaczął znów chodzić po klasie; ręce miał założone za plecami. Ten obraz jeszcze bardziej przekonał mnie, że ten facet swoją osobą pasuje bardziej do XIX wieku niż współczesności. – Ten szwedzki uczony narobił rabanu, a gdy zebrała sie praca i konsylium uczonych okazało się, że blefował. Ale on po prostu popełnił kilka błędów, których ja nie popełniłem. Udało mi się wywołać mikro-kolaps kilkanaście razy z rzędu, lecz boję się, kompromitacji, jeśli coś nie wyjdzie podczas prezentacji. Dlatego nie jestem zbyt przychylnie nastawiony do ogłaszania mojego odkrycia. Jestem gotów powiedzieć co nieco na ten temat, ale czy pokazać eksperyment światu? Jakoś nie jestem do końca o tym przekonany…

Mówiąc te słowa Rajmund Tuk stał za moimi plecami. Wtem poczułem silny ucisk na szyi, i sam nie wiem kiedy znalazłem się skrępowany na podłodze. Nade mną stał Tuk. Jego twarz stała się purpurowa. Zza binokli spoglądały na mnie żądne krwi oczy. W dłoni trzymał jakiś stary, bogato zdobiony, lecz lekko zardzewiały sztylet.

– Pamiętasz go?! – wysapał z nienawiścią. – Pamiętasz go Sven?! Trzeci już raz moje żelazo przebije twoje trzewia. Słyszysz, Sven?! Trzeci raz! Jeszcze tylko jedno spotkanie i czeka mnie nagroda, a ciebie… Ciebie potępienie!

– Ależ to jakaś pomyłka – W moim głosie wyczułem nie tylko nutkę, ale całą gamę strachu. Mimo to starałem sie mówić starannie, wyraźnie i co najważniejsze– powoli. Bez zbytniego podnoszenia głosu. Sam sie sobie dziwiłem, że mi się to udało. – Musiał mnie pan z kimś pomylić. Nie nazywam sie Sven, tylko Paweł, Paweł Naleźny, pamięta pan? Proszę mnie rozwiązać, wypuścić, a ja obiecuję, że nikt się o niczym nie dowie.

– Nie, Sven. Wiem dobrze, że to ty. Wyczułem cię. Od samego początku wiedziałem kim jesteś. Szukałem cię tyle lat, a ty sam przychodzisz do mnie. Dwa razy udało mi się ciebie dorwać, nim ty dorwałeś mnie. Pamiętasz? Przysiągłem ci, że nagroda będzie moja! Nie udawaj, Sven, że nie rozumiesz o czym mówię! Za długo błąkamy sie po tym świecie, byś mi teraz wciskał takie bajki. Twoje nowe imię i wygląd mnie nie zwiodą. To ja będę zwycięzcą! Ja, słyszysz Sven?!

Przypomniała mi się nagle dobra rada, jeszcze z trzeciego roku studiów: Do wariata mówcie spokojnie i starajcie się go przekonać, że nie ma racji, nawet jeśli ma rację – powiadał na każdym wykładzie z resocjalizacji profesor Siwek. Teraz, jak nigdy wcześniej będę miał okazję sprawdzić jak dobrym jestem rozmówcą i negocjatorem. Jak się nie uda to… żegnaj piękny świecie.

– Panie Tuk. To naprawdę jest pomyłka. Pierwszy raz o panu słyszę, a pan pewnie pierwszy raz mnie widzi. Nazywam się Naleźny, Paweł Naleźny i przyszedłem zrobić z panem wywiad na temat pańskiego odkrycia.

– Nie ma żadnego odkrycia! Wszystko to bujdy. Sam podrzuciłem temat do gazety, gdzie pracujesz. Myślisz, że teraz działam sam? O, nie! Mam teraz ludzi, którzy przyniosą mi informacje z samego piekła. Jak będzie trzeba, to wyciągną wiadomości z samego tyłka Lucyfera, a ten się nie zorientuje. Jesteś mój, Sven! Kolejny raz jesteś mój! Myślałeś, że możesz mi ją odebrać?! – Tuk usiadł na mnie okrakiem. Uniósł zardzewiały sztylet, gotowy do zadania śmiertelnego ciosu. Nie obchodziło mnie nawet, gdzie spadnie ten cios. Przeszła mi tylko myśl, czy aby ta broń jest czysta, bo zakażenie gronkowcem często bywa śmiertelne. Oczami wyobraźni widziałem tytuły w prasie: „Młody dziennikarz ofiarą bakterii. Zakażenie spowodowane ranami ciętymi zadanym ostrym narzędziem przez miejscowego szalonego nauczyciela”.

– Panie psorze, proszę o wysłuchanie – zaskamlałem. Jak to człowiek kurczowo trzyma się życia w jego ostatnich sekundach. Ze łzami w oczach zacząłem błagać: Nazywam się Paweł Naleźny. Jestem dziennikarzem lokalnej gazety. Temat zadał mi naczelny, Grzegorz…

– Thorwald! – słyszałem donośny głos naczelnego. Zapewne stał on w drzwiach, lecz siedzący na mnie Tuk uniemożliwiał mi patrzenie w tamtym kierunku. Mój oprawca obrócił głowę. Usłyszałem trzy, ledwie słyszalne kliknięcia, jakby ktoś trzy razy splunął przez zęby, a w chwilę później Tuk osunął się na mnie. W gabinecie wyczułem zapach spalonego prochu. Poczułem coś ciepłego, wilgotnego i nieprzyjemnego w zapachu. To „coś” spływało mi po szyi, ręku, przesiąkało przez koszulę na piersi. Krew – przeszło mi przez myśl. – Dziwne, wcale nie boli.

Po kilku sekundach, które zdawały się wiecznością usłyszał kroki. Ciężkie, bezwładne ciało Tuka zostało strącone ze mnie nogą.

– Nie tym razem, Thorwald – powiedział naczelny. – Tym razem Sven wygrał. A dziewczyna nie była ani twoja, ani moja, kiedy to zrozumiesz? Zginęła przez ciebie, taką miernotę… – Naczelny wymierzył mocnego kopniaka w martwy korpus Tuka.

Naczelny uwolnił mnie z więzów, usiadł naprzeciwko mnie i zaczął instruować:

– Nigdy i nikomu nie powiesz o dzisiejszym zdarzeniu, rozumiesz? Nawet, gdy będziesz umierający i to będą miały być twoje ostatnie słowa. Pamiętaj, że my powracamy, a twoja rodzina chce mieć chyba spokój i możliwość egzystencji przez następne pokolenia? – Potwierdziłem kiwnięciem głowy, że rozumiem. – Nikt i nigdy nie dowie sie od ciebie, co się zdarzyło w to lipcowe popołudnie. A teraz możesz pytać.

– Słyszałem tę historię – odrzekłem. – Sven i Thorwald, dwóch przyjaciół skłóconych przez kobietę; walczących ze sobą przez trzy dni i noce, zabijający się nawzajem i odradzający co pokolenie. Ale nie wierzyłem, że to może być prawda. No i skąd ta różnica wieku?

– Widzisz, nie znasz dalszego ciągu tej historii, bo i niby skąd. Nikt go nie zna. Po walce i naszej śmierci siły wyższe ulitowały sie nieco nad naszymi zbłąkanymi duszami. Zarządziły, że po czterokrotnym zabiciu przeciwnika zwycięzca otrzyma nagrodę – zbawienie. Thorwald zapragnął go, a ja …Cóż, lubię ziemskie życie. Moim celem stało się uniemożliwić mu czterokrotne zabicie mnie. Myślisz, że dlaczego w XVII wieku w Rzeczpospolitej toczyło się tyle wojen? Dlaczego naziści zabijali małe dzieci? Dlaczego panuje przyzwolenie na aborcję? To poniekąd nasza sprawka. Thorwald próbował się do mnie dobrać, zanim osiągałem umiejętności pozwalające mi przeżyć. I cały czas próbuje. Za kilkanaście lat pewnie znów uda sie mu mnie zabić i będzie kombinował jak to zrobić jeszcze trzy razy pod rząd.

– Nie możesz się jakoś zabezpieczyć? – spytałem, a Grzegorz uśmiechnął się z politowaniem.

– Żaden z nas nie wybiera sobie kiedy, gdzie lub w jakiej rodzinie sie odrodzi. Czasami jesteśmy dziećmi zamożnej elity, czasem jednym z piętnaściorga rodzeństwa, a jeszcze innym razem śpimy pod mostem i wyjadamy resztki ze śmietników. Możemy być inteligentni albo na pograniczu upośledzenia. Rodzimy sie na wsi, bądź w mieście, za rodziców mamy patologię albo vipów. Jedno jest tylko pewne – zawsze wracamy na ziemie nad Wisłą. Nie wiemy też kiedy odrodzi sie przeciwnik. Thorwald może być w tej chwili w trakcie poczęcia przez jakąś parkę na łące czy pielgrzymce do Częstochowy, a równie dobrze może sie urodzić za lat dziesięć czy dwadzieścia.

Spojrzałem na naczelnego i zacząłem mu trochę zazdrościć. Być świadkiem tylu niesamowitych wydarzeń historycznych, znać lub widzieć większość bohaterów, o których uczono w szkołach, być mądrzejszym od Google… Jedno mi tylko nie dawało spokoju:

– Nie rozumiem tylko dlaczego Tuk wziął mnie za Svena… To znaczy, za ciebie…

– Wyczuwamy się. Nie wiem, jak to działa. Może to coś związane z feromonami? Ale w ten sposób się odnajdujemy. Założę się, że Thorwald długo trzymał twoja dłoń przy powitaniu. – Potwierdziłem kiwnięciem głowy. – Często przywiązujemy się do pewnych przedmiotów. Thorwald lubi różnego rodzaju bibeloty. Ten sztylet – wziął do ręki zardzewiałe ostrze, które miało pozbawić mnie życia – zakupił podczas VII wyprawy krzyżowej, na którą się udał w celach zarobkowych. Zegarek, to XIX-wieczny Repetier kwadransowy, zaś w jego dyplomatce znajdziesz zapewne pióro Omego model 203, którym namiętnie lubi się chwalić. – Naczelny otworzył zniszczoną, skórzaną teczkę należącą do Tuka-Thorwalda i wyciągnął z niej grube pióro, ozdobione tęczową łuską przypominającą wężową skórę. – Tak, to samo, co w 1932. Tylko dużo bardziej zniszczone – powiedział Grzegorz do siebie.

– A te przedmioty? Jak on je gromadzi? Nie powiesz mi chyba, że ten tutaj – wskazał na zwłoki „profesora” – żył blisko 200 lat?

– Thorwald pożąda tych przedmiotów. Jeśli się wzbogaci, to kupuje je na aukcjach. Jeśli jest biedny – najzwyczajniej na świecie kradnie je. Wydaje mu się, że dają mu one niezwykłą siłę.

– A ty? – spytałem.

– Co ja?

– Też jesteś przywiązany do jakiegoś przedmiotu?

Naczelny-Sven zastanowił się chwilę, myślami oddalił się do innego miejsca lub czasu, odetchnął ciężko i rzekł:

– Do przedmiotu – nie, ale do osoby – tak. Zresztą nie ważne… Jej i tak już nie ma. – Mógłbym przysiąc, że w tym momencie jego oczy zaszkliły się. – Żyję w różnych epokach, od blisko półtora tysiąca lat. Wiele rzeczy widziałem, wiele chciałbym zapomnieć, dużo posiadałem i jeszcze więcej straciłem. Nie chcę żyć tylko przeszłością. Egzystuję w takim, a nie innym czasie i korzystam z tego, co daje mi cywilizacja. Dla mnie śmierć jest niczym pożar dla ciebie. Tracisz dobytek, ale po jakimś czasie bierzesz się w garść i idziesz dalej przez życie. Gromadzisz nowy majątek i nie rozpaczasz już nad tym, co miałeś kiedyś, lecz radujesz się tym co w danej chwili posiadasz. Czasami tylko przychodzą wspomnienia, a wtedy czujesz lekkie ukłucie żalu, że coś się skończyło, że coś styraciłeś. Ale takie jest już życie. Mówi się trudno i żyje się dalej. Życie jest piękne. Nawet wtedy, gdy po raz setny czy tysięczny uczysz się chodzić, mówić, ząbkujesz, dorastasz, ktoś wyśmiewa sie z twoich pryszczy, rzuca cię kolejna dziewczyna, czy też umierasz…

– Jesteś szczęśliwy? – zapytałem.

– Prawie.

– Spotkałeś jeszcze kiedyś Rusła…

– Nie! – przerwał mi stanowczo. – Ona nie jest potępiona. Właściwie to jako jedyna jest teraz szczęśliwa. Czasami mam wrażenie, że jest obok mnie, że czuwa nade mną. Ale to wrażenie szybko mija. Proszę cię, nie mówmy już o niej. Niech odpoczywa w pokoju. – Grzegorz wyciągnął papierosa z kieszenie marynarki i zapalił go.

– Rozumiem – odpowiedziałem. – Tylko nadal nie wiem, jak ten staruch wziął mnie za ciebie.

Odwróciłem głowę i spoglądając z pogardą na niedawnego oprawcę splunąłem na jego ciało.

– Błąd, czynisz bardzo wielki błąd – powiedział spokojnym głosem naczelny. – Nie powinieneś nigdy lekceważyć swego przeciwnika. Choćbyś był nie wiadomo jak wielki, znajdzie się w końcu ktoś potężniejszy od ciebie. Pewnie uważasz mnie za kogoś lepszego niż Thorwald? – Kiwnąłem twierdząco głową. – To źle. Nie jestem lepszy niż on. Nie jestem też gorszy. Jestem taki sam. Mam tylko trochę inne priorytety. A tak… Morderca, nawet wielokrotny, potępieniec, bluźnierca, oszust, wykorzystujący każdą okazję dla swoich przyziemnych celów… Jestem taki sam, jak on, Pawle.

Zrobiło mi się trochę głupio. Nie patrzyłem na Grzegorza w takich kategoriach, w jakich sam mi się przedstawił. Widziałem w nim człowieka uczciwego, niosącego pomoc potrzebującym. Dopiero teraz zrozumiałem, że nie przyszedł ratować mnie, lecz siebie.

– Jak cię Thorwald pomylił ze mną? – kontynuował naczelny. – Uprzejmie wyjaśniam: wyczuł mnie przez twoją dłoń. Pamiętasz, jak dwa tygodnie temu rozdawałam długopisy z logo naszej gazety, a dla ciebie nie wystarczyło? Dostałeś dopiero następnego dnia. Wybacz, że się tobą posłużyłem, ale tylko ty byłeś zdolny z całej redakcji podołać takiemu zadaniu. Długopis dla ciebie cały czas nosiłem przy sobie. Przejął on moją aurę, feromony, czy jak to jeszcze inaczej zwać. Thorwald, czy też Rajmund trzymając twoją dłoń, uważał że ma do czynienia ze mną. – Spojrzał na zwłoki. Oczy „nauczyciela” zdążyły już zajść lekką mgiełką. – Nigdy go nie lubiłem. W 1967 uwalił mnie z fizyki, mimo że potrafiłem niewiele mniej, niż jego prymusi. Któregoś wieczora zaatakował mnie w bramie, wbijając swój sztylet siedemnaście razy w okolice serca. O, nawet teraz widać ślad wyszczerbionej klingi – pokazał mi z bliska niewielki uszczerbek na metalu. – A później podrzucił moje ciało na tory kolejowe, sugerując samobójstwo. Jeszcze skurwiel zmylił śledczych i wcisnął mi do kieszeni list, który rzekomo tłumaczył moje postępowanie. Do dzisiaj uczniowie tej szkoły znają opowieść o chłopaku, który rzucił się pod pociąg, bo go jakaś laska zostawiła.

Spojrzałem na naczelnego… Grzegorza… Svena… sam nie wiedziałem, jak się do niego mam zwracać. Ten facet był niczym Christopher Lambert w „Nieśmiertelnym”, a może nawet lepszy. Wyczułem, że moja obecność zaczyna trochę przeszkadzać mojemu wybawcy. Spytałem:

– I co teraz mamy zamiar zrobić?

– My? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Ty nic. Wracaj do domu, a jutro o dziewiątej widzę cię w moim gabinecie. Ja zajmę się tym ścierwem. – Spojrzał na stygnące ciało wroga. – Idź już. Kamery miały awarię, portier nie zorientuje się do rana, że coś tu się wydarzyło.

– Dzięki – bąknąłem. Tak naprawdę nie wiedziałem co powiedzieć. – Do jutra.

Odpowiedział mi jakimś chrząknięciem, które zapewne miało znaczyć tyle samo, co „nie ma sprawy”, machnął ręką i odwróciwszy się do mnie plecami zajął się ciałem Tuka-Thorwalda. Wychodząc zobaczyłem kątem oka, że obok ciała leży ogromny, czarny, plastikowy worek, zaś naczelny-Sven trzyma w dłoni sztylet swego przeciwnika. Zimna stal błysnęła w promieniu wpadającego, popołudniowego słońca. Nie chciałem na to patrzeć.

– A, jeszcze jedno – zatrzymał mnie głos szefa. – Jesteś przyjęty. Przypomnij mi jutro, że musisz podpisać umowę. Na czas nieokreślony.

Koniec

Komentarze

No cóż, nie porwało mnie. Najbardziej podobała mi się historia opowiedziana prze dziadka.

Uwagi: liczby zapisujemy słownie, trochę literówek, nieco szwankujących przecinków, gdzieś tam zauważyłam zdanie, gdzie z narracji pierwszoosobowej przeszedłeś do trzecioosobowej..

Nie podobała i się rozmowa Pawła z naczelnym – żaden młody, któremu chociaż trochę zależy na otrzymaniu posady, nie będzie się tak odzywał do szefa. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytane. :-)

Babska logika rządzi!

Przykro mi, ale opowiadanie zupełnie do mnie nie przemówiło. Wyjątkowo nie lubię opowieści, kiedy to bohater nagle przypomina sobie jakieś zdarzenie sprzed lat, po czym, dziwnym zbiegiem okoliczności, sprawy układają się tak osobliwie, że jest mu dane uczestniczyć w rzeczonym zdarzeniu lub jego dalszym ciągu.

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia.

Mam nadzieję, Mucie, że lektura Twojego kolejnego opowiadania będzie bardziej satysfakcjonująca.

 

od­ga­nia­łem ptaki pró­bu­jąc kraść wi­śnie. – Literówka.

 

Nie­kie­dy ma­leń­stwa do niego wy­sy­ła­li, by w sztu­ce wo­jen­nej od ma­leń­ko­ści ich tre­no­wać. – Nie brzmi to najlepiej, w dodatku maleństwa, to chyba lekka przesada.

Może: Nie­kie­dy pacholęta do niego wy­sy­ła­li, by w sztu­ce wo­jen­nej od ma­łego ich tre­no­wać.

 

Stało sie pew­ne­go razu… – Literówka.

 

Od razu po­my­ślał o Thro­wal­dzie i Sve­nie, jako że znali zie­mie i zwy­cza­je ludu tam ży­ją­ce­go. – Skoro chłopcy przybyli do cesarstwa jako pięcioletnie dzieci, nie wydaje mi się, by mieli pojęcie o życiu i zwyczajach ludów, z których pochodzili.

 

sta­nę­li nad sze­ro­ką, błę­kit­ną wstę­gą rzeki, która dziś Wisłą zwie­my. Im oczom uka­za­ła się ślicz­na kra­ina […] Ugosz­czo­no wę­drow­ców pra­wie po kró­lew­sku, słu­cha­no ich opo­wie­ści… – A jakim języku porozumiewali się przybysze z miejscowymi?

Ich oczom uka­za­ła się ślicz­na kra­ina

 

dwie go­dzi­ny temu serce jej pękło z ża­ło­ści. – Mieli zegarki?

 

Chwi­le potem padli sobie w ra­mio­na… – Literówka.

 

obaj, w tym samym mo­men­cie za­da­li sobie śmier­tel­na ranę. – Dwóch chyba by nie zginęło od jednej rany.

Proponuję: …obaj, w tym samym mo­men­cie, za­da­li sobie śmier­tel­ne rany.

 

Nim wy­zio­nę­li ducha prze­klnę­li sie­bie na­wza­jem… – Nim wy­zio­nę­li ducha, prze­klę­li sie­bie na­wza­jem

 

– Dziad­ku – spy­ta­łem. – Skoro zapytał, to gdzie jest pytajnik?

 

Cie­ka­we czy Thor­wald i Sven za­miesz­ka­li by dziś w in­ter­ne­cie?Cie­ka­we czy Thor­wald i Sven za­miesz­ka­liby dziś w In­ter­necie?

Co to znaczy zamieszkać w Internecie?

 

był obiek­tem wes­tchnień nie tylko żeń­skiej czę­ści re­dak­cji – Brak kropki na końcu zdania.

 

– Panie Pawle – za­trzy­mał mnie nagle, – Mogę pro­sić do mo­je­go ga­bi­ne­tu?– Panie Pawle.Za­trzy­mał mnie nagle. – Mogę pro­sić do mo­je­go ga­bi­ne­tu?

Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

I nie tylko mi.I nie tylko mnie.

 

jakie są kosz­ta noc­le­gów… – Raczej: …jakie są kosz­ty noc­le­gów

 

– Tak więc -zro­bi­łem ce­lo­wą pauzę… – Bras spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

W in­ter­ne­cie, jak zwy­kle zna­la­zły się krót­kie, zdaw­ko­we in­for­ma­cje.W In­ter­ne­cie, jak zwy­kle, zna­la­zły się krót­kie, zdaw­ko­we in­for­ma­cje.

 

Przez otwar­te okna do­cho­dzi­ły dźwię­ki ru­chli­wej ulicy, bie­ga­ją­cych za piłką i krzy­czą­cych dzie­cia­ków, a od czasu do czasu do­cho­dzi­ło do mych uszu ćwier­ka­cie wró­bli czy gru­cha­nie go­łę­bi. – Powtórzenie. Literówka.

 

Około po­łu­dnia wy­sze­dłem do holu i te­le­fo­nicz­nie umó­wi­łem się na spo­tka­nie z Raj­mun­dem Tu­kiem. Na­stęp­ne­go dnia, około pięt­na­stej… – Powtórzenie.

 

Jego oczy także z uwagą mi sie przy­glą­da­ły. – Literówka.

 

Ucze­sa­ny, jak dzie­więt­na­sto­wiecz­ny in­te­li­gent, z bi­no­klem na nosie… – Ucze­sa­ny, jak dzie­więt­na­sto­wiecz­ny in­te­li­gent, w binoklach na nosie

Binokle nie występują w liczbie pojedynczej.

 

To co by pan chciał się do­wie­dzieć?To co by pan chciał ­wie­dzieć? Lub: To czego by pan chciał się do­wie­dzieć?

 

nie udało mi sie do­stać do in­sty­tu­tu… – Literówka.

 

Sie­dzę tu już ponad 50 lat.Sie­dzę tu już ponad pięćdziesiąt lat.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Tuk wstał, prze­szedł sie po sali… – Literówka.

 

– Nie…, a wła­ści­wie tak.– Nie… a wła­ści­wie tak.

Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

a gdy ze­bra­ła sie praca i kon­sy­lium uczo­nych… – Literówka.

Rozumiem, że zebrało się konsylium, ale jak zebrała się praca?

 

Mimo to sta­ra­łem sie mówić sta­ran­nie, wy­raź­nie i co naj­waż­niej­sze– po­wo­li. – Literówka. Brak spacji przed półpauzą.

 

Sam sie sobie dzi­wi­łem, że mi się to udało. – Literówka.

 

Nie na­zy­wam sie Sven… – Literówka.

 

Za długo błą­ka­my sie po tym świe­cie… – Literówka.

 

Uniósł za­rdze­wia­ły szty­let, go­to­wy do za­da­nia śmier­tel­ne­go ciosu. […] Za­ka­że­nie spo­wo­do­wa­ne ra­na­mi cię­ty­mi za­da­nym ostrym na­rzę­dziem… – Sztyletem zadaje się chyba rany kłute.

 

Po kilku se­kun­dach, które zda­wa­ły się wiecz­no­ścią usły­szał kroki. – Kto usłyszał kroki?

 

Na­czel­ny uwol­nił mnie z wię­zów, usiadł na­prze­ciw­ko mnie i za­czął in­stru­ować: – Czy oba zaimki są niezbędne.

 

Nikt i nigdy nie dowie sie od cie­bie… – Literówka.

 

siły wyż­sze uli­to­wa­ły sie nieco… – Literówka.

 

Thor­wald za­pra­gnął go, a ja …Cóż, lubię ziem­skie życie. – Zbędna spacja przed wielokropkiem, brak spacji po wielokropku.

 

pew­nie znów uda sie mu mnie zabić… – Literówka.

 

w ja­kiej ro­dzi­nie sie od­ro­dzi. – Literówka.

 

Ro­dzi­my sie na wsi… – Literówka.

 

za ro­dzi­ców mamy pa­to­lo­gię albo vipów. – …za ro­dzi­ców mamy pa­to­lo­gię albo VIP-ów.

 

Nie wiemy też kiedy od­ro­dzi sie prze­ciw­nik. – Literówka.

 

a rów­nie do­brze może sie uro­dzić… – Literówka.

 

znaj­dziesz za­pew­ne pióro Omego model 203… – …znaj­dziesz za­pew­ne pióro omego, model dwieście trzy

http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

żył bli­sko 200 lat? – …żył bli­sko dwieście lat?

 

Zresz­tą nie ważneZresz­tą nieważne

 

że coś się skoń­czy­ło, że coś sty­ra­ci­łeś. – Literówka.

 

ktoś wy­śmie­wa sie z two­ich prysz­czy… – Literówka.

 

Pa­mię­tasz, jak dwa ty­go­dnie temu roz­da­wa­łam dłu­go­pi­sy z logo na­szej ga­ze­ty… – Kiedy Grzegorz stał się kobietą?

 

po­ka­zał mi z bli­ska nie­wiel­ki uszczer­bek na me­ta­lu. – Raczej: …po­ka­zał mi z bli­ska nie­wiel­kie wyszczerbienie w me­ta­lu.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wszystkie uwagi-zwłaszcza te krytyczne-mile widziane.

Na usprawiedliwienie dodam, że tekst pisałem kilka lat temu (2009? 2011?). Dopiero fachowe oko potrafi wykazać braki. Dzięki!

W końcu ktoś przeczytał moje wypociny ;-)

Jeśli udało mi się pomóc, bardzo się cieszę. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Nie bardzo widzę motyw „zła poczynionego dobrem”. Nieco naciągając, można go znaleźć wszędzie, ale w oczy się zbytnio nie pcha.

Historia w miarę ciekawa, ale wydaje mi się rozwleczona na zbyt wiele słów. Bohaterowie… dość podobnie do siebie (i nie mam na myśli dwóch starych wojów), tylko nauczyciel ma swoje odchyły od normy. Dlaczego odradzają się na ziemiach polskich? Rusłana to imię rosyjskie, pochodzenia tureckiego. Zaciekawiło mnie, skąd dziadek znał tę historię. Wspominasz coś o rodzinie narratora, ale nie wyjaśniasz tego wątku.

Opowiadanie sporo straciło na wykonaniu – masz trochę rozmaitych błędów: literówki (dość dużo), liczby zapisane cyframi (nawet w wypowiedziach), chyba i jakieś błędy w zapisie dialogów…

Babska logika rządzi!

Rzeczywiście, trudno uwierzyć, że facet sobie przypomniał akurat opowieść dziadka, tuż zanim okazało się, że jest prawdziwa. Bardzo to grubymi nićmi szyte. Rozmowa z naczelnym jest bardzo nierealistyczna, nawet jeśli facetowi zależało akurat na tym konkretnym stażyście. Mógł mu przecież zasugerować, że to osobne zlecenie, poza stażem i będzie za to jakaś kasa, nie (bo nie podejrzewam, że to płatny staż, niestety)? A stażysta nawet, jeśli był na szefa zły, to nie powinien tego okazywać w ten sposób, jeśli nie chce wylecieć z hukiem. W ogóle nie rozumiem jego motywacji – jak problem się pojawił, to aspirujący dziennikarz nie powiedział nic, jak pojawiło się nowe zlecenie to zaczyna szefowi podskakiwać, jakby mu kompletnie nie zależało (to po co tam siedzi?)… ja wiem, ludzie nie są racjonalni, poza tym to twoi bohaterowie. Niemniej mnie się nie podobali.

 

Opowieść dziadka z kolei w mało gawędziarskim stylu. Trudno sobie wyobrazić, że starszy mężczyzna z papierosem i piwkiem będzie opowiadać coś w ten sposób. I dlaczego akurat jakąś wzniosłą legendę z czasów Bizancjum? 

 

Psychologicznie to jest wszystko mało prawdopodobne, a fabuła dość mocno naciągana i przewidywalna. Może lepiej byłoby prowadzić dwie równoległe opowieści: krwistą, pełną akcji historię z czasów słowiańskich i spokojniejszą, ale stopniującą napięcie – z czasów współczesnych. Zostawić tego biednego profesora i kolaps, bo to nie miało nic do rzeczy i pasowało jak pięść do nosa. Zrobić z głównego bohatera na przykład dziennikarza śledczego (jeśli nie policjanta), dodać jakąś tajemnicę, której wyjaśnienie znajduje się właśnie w historii równoległej. Albo pokombinować jakoś inaczej, w sumie nie mój tekst i nie mój pomysł :) Ale czytało się niezbyt dobrze, całość była nużąca a postacie mało prawdopodobne.

 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Konstrukcja opowiadania jest według mnie dość odważna, by nie rzec "karkołomna".

Dziennikarz siedzi nad tekstem → retrospekcja: wraca myślą do czasów dzieciństwa → dziadek opowiada legendę o wojownikach Biznacjum → dziennikarz Paweł zastanawia się, czy duchy wojowników nie przeniosły się do Internetu → potem hop do redakcji i sprawa Rajmunda Tuka i kolaps grawitacyjny w skali mikro.

Podczas lektury towarzyszyło mi pytanie "czy leci z nami pilot?” Czytałem z ciekawości jak z tego wybrniesz. I wybrnąłeś. Niesamowite. Gratulacje :)

To, co napisałeś, było dla mnie szalone i śmieszne, chociaż wrzuciłeś w tę groteskę aborcje i nazistów.

No ale jak jechać to na całość ;) Myślę, że tym łatwiej ujarzmić "rącze” teksty, im więcej się z nimi obcuje, ale nie wiem czy taki jest Twój zamysł.

Przy końcu czytania Twojego opowiadania zapisałem sobie pytanie: “Czy oglądałeś 'Nieśmiertelnego' z Christopherem Lambertem?“

Akapit później przeczytałem odpowiedź :)

Dla mnie to nie jest „Zło dobrem…”, przykro mi L Napisane słabo, nużące i z tego, co sam przyznajesz, to napisane parę lat temu, więc nie dziwi, że do tematu niezbyt dopasowane (choć akurat mogłeś mieć coś idealne w szufladzie, nie przeczę).

Tylko nie "Tęcza"!

Nowa Fantastyka