- Opowiadanie: mirekson11 - MANIFEST

MANIFEST

Oceny

MANIFEST

Coraz częściej myślę o napisaniu wielkiego manifestu. Tekstu, będącego syntezą filozofii mojego życia, zapisem krystalicznie czystych wspomnień, którym nadałem rangę Bóstw. Dziennik taki byłby krzykiem niespokojnej duszy, spowiedzią świętego grzesznika, wyznaniem wiary Mirosława Aleksandra Zapały.

Lęk. Pierwsze o czym teraz pomyślałem to strach. Ta emocja zawsze dotyczy przyszłości i, sumując może być albo destrukcyjna albo motywująca. Zatem, obserwując ludzi i zwierzęta, dochodzę do wniosku, że my, mimo wysoko rozwiniętej inteligencji nie nauczyliśmy się zarządzać emocjami. Mimo spenetrowania księżyca i szukania odległych galaktyk, nie znamy siebie, nie wiemy kim jesteśmy, nie mówiąc o tym, że nie mamy zielonego pojęcia dokąd zmierzamy. Paul Auster powiedział kiedyś, że nigdy nie dowiemy się kim naprawdę jesteśmy. Czy odpowiedzią będzie śmierć, która, być może rozjaśni nam umysł i dostarczy odpowiedzi na pytania, które są przyczyną bezsenności milionów istot? Czy Bóg, stworzył nas po to, abyśmy dopiero po śmierci zrozumieli sens życia? Albo, czy nie lepiej pozbyć się pytań bez odpowiedzi i, ufając Bogu oddać mu każde zmartwienie duszy? Jedno jest pewne. Żadna inteligentna istota nie przestanie zadawać pytań, bo pytania są podstawowym mechanizmem rozwoju umysłu, bez nich nie ma życia, nie ma zmian, nie ma nas.

Otwarłszy oczy, zmierzyłem ją głębokim spojrzeniem, troskliwym, opiekuńczym. Zapragnąłem, aby skuliła się cała, jak embrion, chciałem opiekować się każdą częścią jej ciała, tchnąć w nią wszelką energię jaka we mnie się tliła, pobudzać, stymulować, kochać i po stokroć kochać w każdej sekundzie życia.

Nie zbudziła się. Ani nie drgnęła. Specjalnie ubierałem się cichaczem, aby nadal mogła tulić się w jakimś marzeniu. Skręciłem fajkę, rozsunąłem zamek u drzwi wejściowych namiotu i wypełzłem na zewnątrz. Ach, Boże, czy ten raj naprawdę należy do nas? Spytałem w duchu. Po raz już setny w ciągu ostatnich miesięcy poczułem, że do serca napływa nieskończona miłość, uwielbienie życia, piękna, siebie, Lady, wszystkiego co żyje, miłość do Boga.

Odpaliłem fajkę i pogrążyłem się w błogiej bezmyślności, patrząc przed siebie. A przede mną na spokojnych falach ciepłej wody unosiły się kaczątka, przemiłe stworzonka, nieszkodliwe, zatopione w instynkcie, tajemniczej niewiedzy, pożądanym przede mnie stanie bycia tylko tu i teraz.

I właśnie w takiej chwili pojawia się zazdrość o mistyczną bezmyślność zwierząt. Porównując sposób życia Warszawiaków, nerwowych, zagonionych, spragnionych i egzystencję kaczątek, bezapelacyjnie opowiadam się po stronie tych bezmózgów niższego rzędu, zwierzątek. Człowiek i zwierzę działa, by spełnić pragnienia. Zwierzę ma mało pragnień, a więc ma i niewiele do roboty, zaś u ludzi, liczba pragnień wzrasta wraz z pogłębieniem się konsumpcjonizmu. Czym więcej produktów „niezbędnych”, tym więcej morderczej pracy, a co za tym idzie więcej pieniędzy, tym bardziej bezsensowne pragnienia się rodzą. Czy naprawdę musimy zapieprzać na budowie przez dwa tygodnie, żeby kupić telewizor, którego i tak nie będziemy oglądać, a jeśli będziemy, to odciągnie on nas od prawdy egzystencji? Czy niezbędne jest zamienianie się w pogrążonego w zmartwieniach woła, aby za miesiąc tyrania zaoszczędzić na najlepszy dach w mieście, na dach sprowadzany z Chile, którego na pewno będąc nam zazdrościć sąsiedzi, bo przecież w tym celu był kupiony, czyż nie?

Jakie mamy motywy? Co nami kieruje? Przy którym brzegu cumujemy i, czy w ogóle kotwiczymy gdzieś? Gdzie płyniemy, przez jakie morze i, do jasnej cholery, dokąd? Myślę, że czymś bezcennym jest poczucie tożsamości. Piszę o tożsamości kulturowej, regionalnej, rodzinnej, o tym, że gdziekolwiek będziesz, dokądkolwiek się uda twoje dusza, tam będzie twój dom. Niech wewnętrzny włóczykij będzie pełnoprawnych obywatelem wszechświata, pozbawionym niekontrolowanych emocji i lęków, działającym zgodnie z własnymi pragnieniami i, przede wszystkim działającym w zgodzie z samym sobą, żyjącym całkowicie świadomie.

Cenię Cejrowskiego. Cenię ludzi, który mają odwagę mówić wprost o swoich przekonaniach, szczególnie wtedy, gdy nie stoją one w parze z przekonaniami ogółu. Dla mnie wartością jest pewność siebie, zakorzenienie w nadziei i odwadze, które żyją jako małżeństwo w naszych sercach, pomagają przenosić najodleglejsze i największe góry. Odmrażają szczyty uczuć, oczyszczają z brudu niepewności.

O czym marzę? Gdzie zmierzam? Teraz pozwolę sobie odpowiedzieć na te fundamentalne pytania. A więc moim celem jest wspólne życie z Lady Grażyną, mieszkanie z nią, bycie z nią każdego dnia i spłodzenie dziecka, które będę kochał nad życie, nad wszystkie świętości, któremu oddam się w całości. Tak więc ten cel mamy wspólny. Kolejnym zaś jest życie z pisania. To jest mój prywatny świat, sacrum do którego ma dostęp tylko Lady. Patrząc realistycznie jestem w stanie osiągnąć to za jakieś dziesięć, może piętnaście lat. Co więc robię, ażeby urzeczywistnić marzenie duszy? Piszę, napieprzam w klawiaturę tak często jak mogę, niemal codziennie i, z każdym dniem, z każdym miesiącem, co jest pewne, mój styl jest lepszy, bardziej wyrazisty, indywidualny, przekonywujący, jest w nim więcej życia i energii. I niech tak będzie na zawsze, amen!

I jest też szereg innych celów. Między innymi życie w podróży, tworzenie w podróży, praca w drodze, co mogę zyskać dzięki spełnieniu marzenia o pisaniu. Lady niech zarabia na organizacji imprez biznesowych, niech pracuje gdzie chce, ja zaś oddaje całą energię w malowanie słowem i, mam nadzieję, niedługo ujrzę pierwsze materialne owoce mojej kilkuletniej pracy. Zatem tak widzę przyszłość: wstajemy rano, na przykład na wyspie oddalonej o tysiące mil od Pacyfiku, wynurzając się z drewnianego domku na palach, przed oczyma staje nam dżungla. Gdzieś w oddali motyle witają nas trzepocząc ogromnymi, tęczowymi skrzydłami. Po prawej jakaś małpka przeskakuje z gałęzi na gałąź. I nagle, na moje plecy wyskakuje dziecko, moje dziecko, nasze najukochańsze dziecko. Jeśli będzie to chłopak, jego imiona będą Mirosław Aleksander.

Po wypiciu mate, zjedzeniu pożywnego śniadania, lekkiego, zdrowego, biorę się za pisanie. Przed laptopem spędzam płodne trzy godziny. Następnie wskakuję w świat literatury obcej, na kartach zżółkniętych stron spotykam się oko w oko z duszą jakiegoś autora. Rozmawiam z nim bezgłośnie. Potem zaś wspólny obiadek, rodzinny. Następnie kąpiel w ocenie, i tak dalej i tak dalej.  

Opisywałem życie na wakacjach, których będzie wiele w naszym życiu. Zrobię wszystko, bym z Grażyną i z naszym dzieciakiem podróżował jak najwięcej, jak najczęściej.

I to była moja spowiedź z sierpnia roku dwa tysiące szesnastego.

 

 14.08.2016

Zamiast oddawać pokłon telefonom, zamiast modlić się do szklanych ekranów, powinniśmy kłaniać się, na przykład kaczuszkom. O! Czyż nie mam racji? Przecież kaczka unika życia w pośpiechu, ucieka od wszystkiego co niezdrowe, od cywilizacji, zanurza się w niosącej ukojenie wodzie, buduje zwój azyl głęboko w chaszczach, wśród świętej trzciny. Jej praca to szukanie pożywienia i odpoczywanie. Jej etat nie trwa dłużej niż godzinę, a po skończeniu pracy byczy się – ja nazywam to działaniem Królów. Uważam, że tylko wielcy ludzie mogą pozwolić sobie na spokój, wielcy umieją odpoczywać. Zupełnie jak kaczątka.

Chwalimy tandetne filmy, oglądane w wielkich, dusznych salach kinowych, gdzie zatruwamy się badziewnym popcornem, za który przepłacamy, i po seansie wracamy do naszych samotnych domów, aby zabić ciszę i jak najprędzej włączyć telewizor, który zagłuszy nasze myśli, bo przecież nie chcemy myśleć. Po co nam myślenie? Przecież ludzie myślą, że kiedy za dużo myślisz, to rodzą się problemy, tak więc po co myśleć? Czyż nie lepiej udawać, że wszystko jest w porządku i przyjąć sposób życia standardowy, zupełnie, jakby nie było indywidulanego ja, a wszyscy byli robotami, które wyszły spod tej samej maszyny, z identycznym kodem kreskowym? Do czego zmierzam? Chodzi mi o to, że ludzie, zanim uświadomią sobie, że wszystko jest święte i każdy, niemal każdy zasługuje na niebo, powinni zrozumieć własne cierpienie i zapragnąć się z niego wyzwolić. Zaś żeby uświadomić sobie własne cierpienie, trzeba je poznać, zaakceptować, następnie zaś szukać odpowiednich dróg rozwiązania problemów. Kiedy uśmierzysz cierpienie, możesz podjąć próbę zrozumienia siebie samego i własnego przeznaczenia, roli Boga w twoim życia i twojej roli w życiu każdej istoty we wszechświecie.

W pierwszym akapicie chwalę błogą bezmyślność, w drugim zaś nawołuję do myślenia. Nonsens? Otóż nie. Myślenie może niszczyć albo budować. Niszczy wówczas, kiedy nosi piętno zamartwiania, kiedy zanurzamy się w niepokoju, wpuszczamy do mózgu robaki lęku, które plenią się, mnożą, wpędzają nas w nawyk, aż w końcu wypełniają umysł, i człowiek, po przebudzeniu, zamiast witać dzień uśmiechem, chwali go zmartwieniem i z nim idzie w krwawiącym sercu przez cały dzień, aż po latach zdycha na raka albo cukrzycę, zupełnie nie mając pojęcia dlaczego akurat jego dotknęła ta choroba. Przyczyną niemal każdej choroby na kuli ziemskiej są zmartwienia, a więc poddawanie się lękowi. I w tym przypadku myślenie służy do destrukcji. Tak więc w zestawieniu ze spokojnym niemyśleniem kaczątek, zamartwianie jest największym grzechem umysłu, tak więc należy się go bezzwłocznie pozbyć, cisnąć w kąt, zatopić, zabić, zniszczyć, usunąć – zwał jak zwał – to jest niszczyciel, pasożyt, największy pasożyt świata!

Pisałem też o drugim rodzaju myślenia, konstruktywnym. Występuje kiedy budząc się rano, zadajesz sobie pytania typu: co dobrego mnie dziś spotka, co dziś stworzę, kogo ciekawego spotkam, jak uszczęśliwię żonę, i tak dalej. Ma ono znamiona rozwoju, pozwala budować siebie samego w świetle Bożego planu, który nawołuje do ciągłego doskonalenia się, duchowego, cielesnego i mentalnego.  

 

15.08.2016

 

Chrześcijanie klękają przed ołtarzem, przyjmują sakrament, wierząc, że tym samym jednoczą się z Jezusem. Chasydzi gromadzą się w synagogach, wyśpiewując fragmenty Tory i tańcząc w ekstazie. Poganie zbierają się przy ogniskach i tatuują ciała, oddając tym samym cześć Bogom. Muzułmanie udają się w pokorze do Mekki, aby tam chwalić Allacha. Buddyści, klęcząc w pozycji lotosu u stóp wizerunku Buddy, odprawiają nabożne mantry, wierząc, że niebawem doznają oświecenia i sami staną się Buddami. Tak więc pytam, która z tych form jednoczenia się z Bogiem jest prawdziwa? Czy w ogóle istnieje jakiś jedyny słuszny sposób poznania Absolutu? A jeśli każda z form jest prawdziwa, znaczyłoby, że wybór jest indywidualny i każdy nosi w sobie ziarno prawdy. Janek nosi w sercu inne ziarno niż Adam, Julian będzie odprawiał mantry, a Bartłomiej przyjmował sakramenty. Do czego więc zmierzam? Ano do tego, że, według mnie, każdy poznaje Boga na swój własny sposób. Jednemu będzie przeznaczone umrzeć jako wyznawcy Allacha, innemu zaś jako pobożnemu chrześcijaninowi. Które z tych żyć jest dobre, które słuszne? Nie mnie to oceniać, ale wierzę, że każda religia na tej kuli ziemskiej jest słuszna, jeśli odnosi się do prawd uniwersalnych, a stosujący ją ludzie żyją w zgodzie z tymi prawdami i w zgodzie z własnymi sumieniami.

Prawdy uniwersalne są prawami wszechświata. Jeśli zabijasz, ponosisz karę. Nie możesz zabić istoty ludzkiej i uniknąć konsekwencji. Jeśli nie dostaniesz wyroku i jakimś cudem uda ci się oszukać prawo narodowe, dobrze, miałeś szczęście, ale nigdy nie oszukasz prawa wszechświata! To, co niektórzy nazywają karmą, prędzej czy później cię dopadnie. Życie mówi, że za każdy zły uczynek przyjdzie nam kiedyś zapłacić. Płaci się zdrowiem, relacjami międzyludzkimi, tym, co kiedyś nazwiesz fatalizmem. Pytanie więc brzmi, co jest dobre, a co złe? Czy dobro i zło nie jest aby subiektywnym odczuciem ludzkim? Otóż wierzę, że Bóg wyposażył większość ludzi w dar zwany wyrzutami sumienia, abyśmy sami, wedle własnej woli mogli oceniać swoje uczynki. Dzięki poczuciu winy możemy się doskonalić, a więc i uszczęśliwiać. Koniec końców, jeśli dusza odszuka własną drogę zjednoczenia się z Wszechświatem, pozna siebie samego, a więc wszędzie będzie widzieć Boga i będzie żyć w zgodzie z własnym sumieniem, unikając łamania odwiecznych prawd. 

Ostatnio zastanawiałem się nad indywidualizmem transcendentalnym, czyli, innymi słowy indywidualną ścieżką duchową. Kontynuując temat drogi, muszę wyznać, że absolutnie popieram działanie, w którym człowiek interesuje się wszelkimi religiami, filozofiami i nauką, aby dojść do własnych wniosków i, wedle własnego serca obrać jedyną, w jego pojęciu słuszną drogę, której będzie absolutnie wierny. Celem duchowości, moim zdaniem, jest automatyczne szukanie Boga w każdym podmuchu wiatru, w poruszającym się liściu trawy, w słowach brata i żony, we wschodzie i zachodzie słońca, na twarzach przechodniów, w spojrzeniu przyjaciela, wszędzie! Nie można zapomnieć o tym, że te same oczy czynią z dnia piekło i te same oczy mogą zrobić zeń królestwo niebieskie.

 

17.08.2016

 

Jak na mnie wpływa społeczeństwo? Czy nie chcę od niego uciec, skryć się jak łobuz przed wyrokiem surowej matki – w tym przypadku społeczeństwo jest jak głupia, opętana matka, wyładowująca złość na niefrasobliwym dziecku, to znaczy zdrowym dziecku, bo jeśli, według mnie, dzieciństwo przebiega bez okresu buntu, jest niezdrowym dzieciństwem i, koniec końców bunt uaktywni się w najbardziej niespodziewanej chwili. Taki bunt, wyskoczy znienacka, na przykład, kiedy narodzi się twoje dziecko, kiedy dojdzie do przeprowadzi, nieoczekiwanej, kiedy coś będzie się działo poza twoją kontrolą.

O czym więc mówię i do czego zmierzam? Ano, do tego, że dziecko winno rosnąć w swój własny, indywidualny sposób, i nikt, do cholery jasnej, nikt nie ma prawa mówić mu co powinien robić w przyszłości, albo jak, do kurwy, powinien się ubierać, co najwyżej matka z ojcem winni uzmysławiać mu, że w życiu nie chodzi o to, aby być kimś, kto będzie robił to co wszyscy, że w tym dziwnym teatrze, jakim jest życie nie chodzi o to, aby nie pozostawić po sobie nic. Niektórzy powiedzą, prawdziwy facet musi posadzić drzewo, spłodzić syna i wybudować dom. Dobrze. A więc widzę setki takich osób, które wykonały ową powinność, i mówiąc wprost, nie spotykam na ich twarzach wybitnej radość, nie widzę błysku w ich oczach! Minęli się z powołaniem? Czy może uwierzyli w kłamstwo, które mówi, że Bóg każdemu wyznaczył to samo przeznaczenie, czyli spłodzić syna, wybudować dom i posadzić drzewo? Czy naprawdę ludzkość tak nisko upadła? Czy Bóg jest aż tak lekkomyślny? Co więc z ambicjami, co z marzeniami duszy, co, do jasnej cholery z prawdą? A prawda, którą jest przeznaczenie, dla każdego z nas jest osobna. Bóg powołał każdego z nas do innego zajęcia. Ja, na przykład, wolałbym strzelić sobie w łeb, niż żyć samotnie przez całe życie w wiosce, przez sześćdziesiąt lat pracować na budowie po trzynaście godzin na dobę, żyć samotnie, albo z grubą babą, której nie jestem w stanie kochać, a po trzynastu pieprzonych godzinach bydlęcej pracy wracać zmęczonym do domu, gdzie czekać będzie na mnie krzyk niezaspokojonych dzieci, a potem, dzięki Bogu, siedmiogodzinny niespokojny sen, który mógłby być jedną ulgą w tym zawszonym, wyplenionym z ambicji, wiejskim żywocie. Czy dałby radę? Nie! Po stokroć, nie, nie, nie! Wolałbym mieszkać w kurniku u stóp jakiejś góry, w lesie z dzikami, które mniej wadziłyby mi niżli robotnicy budowlani i własna żona, gruba baba, której jedyną ambicją jest ugotować w niedzielę zjadliwą pomidorówkę, tym razem nie z proszku!

A więc pytam, czy każdy mógłby być przeznaczony do tego samego? Przyjmuję, że każdy odpowie sobie na to pytanie. Ktoś kiedyś opowiadał o sokole, żyjącym wśród kur. Ponoć żył jakiś sokół przez lat kilka z kurami. Pewnego razu spojrzał na niebo i ujrzał pięknego ptaka, wolnego, szybującego po niebie niczym Boskie zjawisko. Też chciałbym być takim ptakiem, pomyślał. Jednak nigdy nie wpadł na to, że on właśnie jest sokołem, i to jego przeznaczeniem jest tak właśnie latać! I co stało się z tym sokołem? Ano, zmarł, jak jego towarzyszki kury, w nieświadomości, jak inne kury.

Mówię, krzyczę, wrzeszczę, a wreszcie nakazuję, ludzie, moi kochani ludzie, uwierzcie w siebie, bo nikt nie znajdzie waszego przeznaczenia poza wami samymi! Tylko wy macie tę wyjątkową moc, niepowtarzalną! Tylko wy, nikt inny! Każdy z was stanowi osobny, odrębny kosmos, otoczony niepowtarzalną mozaiką wszechświata, kosmos, zaplątany w nieskończoną sieć połączeń społecznych, emocjonalnych, intelektualnych! Każdy z was jest Bogiem, nad którym unosi się ten sam Bóg. W was jest Królestwo Niebieskie, jak również poza wami! Nie ma czarnego i białego. W miejsce czarnego wstawcie biały, a w miejsce białego czarny! Życie jest jedną wielką fatamorganą niezliczonych paradoksów. Życie jest więc teatrem, a my aktorami i tylko my, każdy z osobna, sam wybiera scenariusz, w którym ma zamiar zagrać główną rolę. Postarajmy się więc, aby ta rola była niepowtarzalna!

 

19.08.2016

 

Koniec

Komentarze

Drogi mirekson11!

Swoim tekstem uszczypnąłeś mnie w lobus frontalislobus temporalis. Na której półkuli, tego jeszcze nie wiem. Chyba obu.

Treść ciężka i męcząca, ale prawdopodobnie o to właśnie chodziło. Osobiście lubię czytać podobne rzeczy, autor staje wtedy nago przed czytelnikiem, bez zbędnych otoczek fabularnych i zmyślnych, poetyckich metafor. Większość powie, że coś podobnego jest bełkotem, ględzeniem. Ale nie dla mnie.

Oceniać nie będę, nie mnie mierzyć i szufladkować.

YT

Dziękuję za cenne uwagi, jednak nago staje tylko przed swoją Kobietą.

 

Przykro mi, ale nie odnalazłam w tym tekście niczego interesującego. Dłużyzny. Myśli filozoficzne i postanowienia na przyszłość ciekawe, ale obawiam się, że jedynie dla Autora.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Rozumiem, Mireksonie, Twoje pragnienie uzewnętrznienia osobistych przeżyć i przemyśleń, ale wybacz, dla mnie te wynurzenia okazały się szalenie nużące i nieinteresujące.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka