- Opowiadanie: Mistrz - Szach-mat

Szach-mat

Nowa wersja starego opowiadania. Mam nadzieje, że będzie lekko i przyjemnie.

Napisane na konkurs o smokach.

Życzę miłęj lektury! :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Szach-mat

Dawno, dawno temu, Wielkie Cesarstwo Chi było podzielone na setki małych państewek. Toczyły one między sobą niekończące się wojny. Jednak bitwy nie wyglądały tak jak w późniejszych czasach. Nie przelewano krwi, a wszystko odbywało się na podobnych zasadach co partie szachów, czy shogi.

W tamtym czasie państwem, które zyskiwało widoczną przewagę nad okolicznymi było królestwo Qin. Przyczynił się do tego niezwykle utalentowany generał, Xhao. Niestety w czasie pewnej podróży dyplomatycznej, odnalazła go zabłąkana strzała. Państwo pozostało bez generała. Król Windu Trzeci był genialnym strategiem jednak nie dorastał do pięt  tragicznie zmarłemu Xhao. Dlatego też ogłosił konkurs na nowego generała. Zwycięzcą miał zostać ten, który pokona go w partii szachów. Król przegrał tylko kilka razy w życiu, ale wszystkie partie z tą samą osobą – byłym generałem. Początek Wielkiego Turnieju wyznaczył na pierwszy dzień lata…

 

***

 

„Gdzie ten posłaniec?! Spóźnia się już czwarty dzień!” Myślał Windu stojąc przy oknie w gabinecie wpatrzony dal. Czekał na dostawę szachów. Nie mógł zacząć końcowej fazy turnieju bez nich. Wyłoniono już dziesięciu najlepszych, którzy mieli się zmierzyć z samym królem, ale przyszły cesarz to ktoś więcej niż zwykły człowiek i potrzebuje czegoś więcej niż zwykłych szachów.

Około miesiąca wcześniej posłał po Czarodzieja do sąsiedniego państwa i zlecił mu, by ten wykonał wszystkimi dostępnymi sobie środkami, również magicznymi, najwspanialsze szachy jakie kiedykolwiek istniały. W owym czasie prestiż był najistotniejszą wartością. Krew poszczególnych narodów była tak zmieszana w ludziach, iż w rezultacie każdy mógł sobie wybrać ojczyznę. A każdy wybierał tę ojczyznę, która rokowała najlepiej. Każdy chciał opowiedzieć się po zwycięskiej stronie i wkraść w łaski przyszłego cesarza. Windu wiedział, że pozycja Qin powinna być umacniana wszelkimi dostępnymi środkami. Poza tym, po co się ograniczać do jednego nowego generała, może pozostali widząc potęgę królestwa zadowolą się niższymi stopniami.

Tak naprawdę Windu nie wiedział czego się spodziewać. „Może będzie to wielka rozkładana arena, na której bierki ludzkiej wielkości będą przesuwane za pomocą głosu? A może…”

Z zamyślenia wyrwał go widok na horyzoncie. Zobaczył powoli powiększającą się sylwetkę galopującego jeźdźca. Wydał z siebie westchnienie ulgi. Poczuł ekscytacje i rosnącą ciekawość spowodowaną rychłym otrzymaniem upragnionych szachów.

 

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Wejść!

– Posłaniec, Najjaśniejszy Panie – odezwał się gwardzista zaglądając przez uchylone drzwi.

Do pokoju wszedł człowiek ubrany w strój do konnej jazdy niosąc szachownice zawiniętą w płótno.

– O, mój Najjaśniejszy Panie, przywożę ci przesyłkę. Czarodziej przeprasza za spóźnienie, ale wykonywanie zlecenia przedłużyło się z niezależnych od niego powodów. Tutaj jest list, który pragnie ci przekazać, mój Najjaśniejszy Panie – powiedział podając mu szachownicę oraz kopertę. Następnie wycofał się kłaniając.

Król Windu został sam w pokoju. Zastanawiał się, czy od razu nie rozpakować, ale pomyślał o tym co by się stało z jego pałacem gdyby to naprawdę była rozkładana arena i postanowił, że najpierw przeczyta list.

 

 „Najjaśniejszy Panie!

Przesyłam Ci Twoje zamówienie. Wykonałem dla Ciebie żywe szachy. Na razie, schowane w szachownicy niczym się nie różnią od normalnych, ale jeżeli ustawisz je na planszy, ożyją. Aby grać nie należy ich przesuwać manualnie, gdyż nie będą zadowolone, wystarczy wydawać polecenia głosowe. Mam nadzieje, że taki prezent Cię satysfakcjonuje o mój Najjaśniejszy Panie.

Twój Wierny Przyjaciel, Czarodziej

P.S. Uważaj na smoki!”

 

Ha! Sterowanie głosem zgadł. Król szybko odłożył list i zabrał się do rozpakowywania. Zdjął płótno, jego oczom ukazała się dość klasyczna złożona na pół szachownica. Oczywiście była piękniejsza i kunsztowniej zrobiona niż jakakolwiek plansza jaką widział. Na pierwszy rzut oka dało się zobaczyć ręczne rzeźbienia mistrza nad mistrzami. Na środku każdego pola umocowany był mały szmaragd. Windu domyślił się, że to one będą nadawać życie bierkom szachowym. Na każdym z boków planszy były specjalne miejsca dla zbitych bierek, aby te mogły obserwować dalszy przebieg bitwy. Otworzył i zobaczył dwa równe rzędy przegródek, w których zostały umieszczone bierki. Dech mu zaparło z wrażenia. Były wręcz idealne, nigdy nie widział tak doskonale i realistycznie wykonanych figur i pionków. Materiał, z którego wykonano bierki przypominał alabaster, bądź jakąś czystą odmianę marmuru, jednak w dotyku czuło się drewno.  Ubrania białych miały odcień głębokiej, majestatycznej zieleni. Czarni byli odziani w szkarłat. Windu długo patrzył i nie mógł oderwać wzroku. Nawet piony były idealne w każdym calu. Każdy miał włócznie wyższą od niego samego, oraz lekką zbroje piechura. Oczywiście gwardziści prezentowali się jeszcze wspanialej ze swoimi potężnymi halabardami. Z króli emanował majestat władzy. Generałowie byli przedstawieni jako doświadczeni wieloletnimi bojami weterani. Na sierści koni zaprzężonych do rydwanów widać było pojedyncze włosy. Oglądając je widziało się miniaturę rzeczywistości. I w końcu smoki, chyba najpiękniejsza rzecz jaką w życiu widział. Każda łuska, nawet zęby, wszystko doskonałe. Patrząc na bierki mógł uwierzyć, że są żywe.

Przyszedł czas na pierwszego przeciwnika. Partie miały odbywać się w cztery oczy, aby nikt nie rozpraszał graczy. Oszustwo było wykluczone, w końcu głównym sędzią turnieju był sam król. Wszystko było przygotowane. Windu siedział za stołem w pokoju przyjęć. Szachy były już rozłożone, a bierki toczyły ze sobą głośne rozmowy. Nowy właściciel zdążył się już do tego przywyknąć przez tych kilka dni. Wiedział, że gdy zacznie się gra ucichną.

Do pokoju wszedł postawny młodzieniec. Przywitał się z królem, który wytłumaczył mu sterowanie bierkami. Przeciwnik jako gość miał prawo wyboru koloru, wybrał czarne. Następnie rozpoczęła się rozgrywka.

– e4 – Wywołany pion przeszedł na to pole.

– c5 – Obrona Chinga, król nie lubił tego, jednak istniały rzeczy, których nie lubił bardziej. – Smok na f3. – Smok rozłożył skrzydła i wybijając się przeleciał nad murem pionków lądując na f3.

-Partia była bardzo długa i zacięta…

 

– Smok na g6 – powiedział król, na jego twarzy malował się uśmiech. Przemyślał wszystko i był pewny, że jego wygrana to kwestia kilku ruchów.

Smok tymczasem wylądował na polu obok drugiego białego smoka.

– Cześć, jestem Lewy – odezwał się, wyciągając łapę na powitanie.

– No to w takim razie, ja Prawy. – Drugi smok uścisnął jego dłoń.

– Nie sądzisz przyjacielu, że trochę tu nudno? – Prawy uniósł brwi pytająco. – Oni wszyscy tutaj to żołnierze, może ich to nie nudzi, ale my? Skaczemy z miejsca na miejsce bez większego sensu, a przecież zostaliśmy stworzeni do przygody! Ja chciałbym…

– Oczywiście, że nie nudzi, przecież to jest szalenie pasjonujące. Obserwowanie strategii i taktyki, przewidywanie co zrobią – wciął się do rozmowy czarny generał stojący dwa pola obok.

– Co pan gada? Najciekawsze jest obserwowanie reakcji graczy na poszczególne ruchy. Analizowanie uśmiechów i westchnień i w ogóle zachowań – odpowiedział prawy gwardzista białych.

– Co byś chciał? – zapytał Prawy, kiedy tamci się zajęli sobą.

– Chciałbym…

Jednak w tym momencie przerwał im młodzieniec.

– Rydwan na g6. – Konie poniosły ów rydwan na to pole. Woźnica symbolicznie strzelił z bata w Lewego. Ten wzbił się w powietrze i pofrunął, aby stanąć w rządku zbitych bierek na krawędzi planszy.

Król popatrzył na niego zdezorientowany. „Czy on zgłupiał?” pomyślał.

– Gwardzista g6 – odpowiedział automatycznie nie widząc najmniejszego sensu w posunięciu przeciwnika.

Jednak ten wbrew wszystkiemu uśmiechnął się i odpowiedział z triumfem patrząc w oczy króla:

– Generał b4.

Król popatrzył z niedowierzaniem, ale wiedział, że było już za późno na reakcje. Próbował jeszcze coś wymyślić przeciągając każdy ruch w nieskończoność jednak młodzieniec przewidział wszystko do końca i nie popełnił żadnego błędu. Nie był jeszcze zwycięzcą turnieju, gdyż istniała możliwość, że spośród pozostałych uczestników ktoś pokona króla. Wtedy zwycięzca zostanie wyłoniony w partiach dodatkowych.

Windu serdecznie pogratulował młodzieńcowi.

 

– Smok na e5 – powiedział król ziewając. To była wyjątkowo nudna partia. Przeciwnik był już w dość podeszłym wieku, brakowało mu spontaniczności. Bardzo długo zastanawiał się nad posunięciami. Znowu się zaciął…

– Witaj ponownie Prawy! – zawołał Lewy lądując – Możemy dokończyć naszą rozmowę. Mówiłem, że chciałbym wyrwać się stąd zobaczyć wielki świat, pokonać jakieś prawdziwe potwory, stać się bohaterem!

– Ale jak ty to sobie wyobrażasz? Przecież jesteśmy uwięzieni tutaj, na szachownicy, bez żadnej nadziei na ucieczkę.

– Jak to bez nadziei? Nadziei wystarczy dla wszystkich, wystarczy ją sobie wziąć.

– Hmmm… – Prawy zamyślił się. – Niby takie oczywiste, ale uświadomiłem to sobie dopiero teraz jak o tym powiedziałeś. No dobra, to miejmy nadzieje!

– Bo czasami tak jest, że niby coś jest oczywiste, ale uświadamiamy sobie tego konsekwencje, dopiero jak ktoś nam to powie wprost. – odpowiedział Lewy robiąc mądrą minę. Wyglądało to przekomicznie u smoka o rozmiarach bierki szachowej. Stojący opodal biały generał, zawsze poważny i skupiony, musiał się bardzo wysilić, żeby powstrzymać śmiech. – A poza tym nadzieja nie wystarczy. Trzeba jeszcze szukać okazji i wykorzystać każdą, nawet najmniejszą.

– Dalej niepokoi mnie myśl, że możemy być żywi tylko stojąc na planszy. Przecież zawsze jak król nas ściąga, stajemy się zwykłymi figurkami – odpowiedział Prawy.

– To nie będzie problem, nie słyszałeś jak zastanawiał się nad tym co daje nam życie? – zapytał zdziwiony Lewy – mówił, że to są te małe zielone kryształki – powiedział wskazując pod nogi na szmaragdy.

– Ale jeśli weźmiemy sobie takiego i odlecimy to on zwyczajnie nas złapie – rozważał Prawy.

– Więc właśnie dlatego to nie powinno być „zwyczajnie” tylko wtedy jak nadarzy się okazja, na którą mamy nadzieje – sprostował Lewy.

– Aaaa, no dobra, to już rozumiem. – Prawy uśmiechnął się.

– Smok f3.

 

Na okazje nie czekali zbyt długo.

Po przegranej z młodzieńcem, król zremisował jeden i wygrał sześć kolejnych pojedynków. Przygotowano właśnie szachownice do dziewiątej partii. Król zasiadł za stołem i wpuszczono kolejnego przeciwnika. Windu zlustrował go wzrokiem. Był bardzo podobny do młodzieńca, który pokonał króla w pierwszej partii. Wyglądał odrobinę starzej. Pewnie był z nim spokrewniony, może był jego starszym bratem lub kuzynem. Jego mina nie wskazywała, aby był zadowolony. Windu domyślił się, że pewnie zazdrości krewniakowi wygranej i postawił sobie za punkt honoru swoją.

Przywitał się, grzecznie, ale zimno. Windu wytłumaczył sterowanie, następnie rozpoczęła się rozgrywka. Również czarne.

– e4

– c5 – I znowu…

 

Był dobry, ale nie aż tak dobry jak pierwszy przeciwnik króla. Mężczyzna zyskał przewagę na początku, ale grał zbyt nieuważnie, dlatego później ją stracił. Jego styl gry był zupełnie odmienny od stylu jego młodszego krewniaka. Wszystko wskazywało, że partia dąży do pata, jednak w pewnym momencie śmiałek bardzo nierozważnie zaryzykował, a Windu czujnie wykorzystał sytuację wygrywając w trzech ruchach.

Mężczyzna nerwowo podniósł się od stołu, strącając bierki z szachownicy. Zaczął krzyczeć coś o oszustwie, o tym, że przecież jest lepszy od brata. Król nie czekając, aż tamten się uspokoi wezwał straże.

Piony szybko powstawały i zaczęły pomagać podnieść się rydwanom i koniom. Tymczasem Lewy i Prawy popatrzyli na siebie porozumiewawczo, wyrwali po jednym szmaragdzie i zwiali. Na początku pomyśleli o oknie, ale było zamknięte, zostawały więc otwarte drzwi do sąsiedniego pokoju. W powstałym zamieszaniu nie było trudno przedostać się tam niezauważonymi.

– Udało się! wykrzyknął Prawy.

– To jeszcze nie koniec – zgasił jego entuzjazm Lewy. – Jeszcze musimy znaleźć wyjście na zewnątrz, a tutaj też okna są zamknięte.

– Może spróbujemy przez drzwi?

– Wygląda na to, że to nasza jedyna opcja – odpowiedział. – Przygodo, nadchodzimy!

 

Lecieli długo korytarzem po drodze zwiedzili kilka otwartych pokoi. Nigdzie jednak nie zastali otwartych okien, ani drzwi na zewnątrz. W końcu wlecieli do pokoju, w którym nie było okien. Był przytulny i ciepły. Uznali, że są już bardzo zmęczeni i chwilę odpoczną. Znaleźli idealnie miejsce do tego celu na pustej półce szafy. Gdy wylądowali podeszli do wewnętrznej ścian. Prawy zwinął się w kłębek. Lewy oparł o ścianę, która pod ciężarem smoka zaczęła zapadać się do środka. Smoki poderwały się, jednak było już za późno, ukryte drzwi obróciły się, a oni znaleźli się, no cóż, sami nie wiedzieli gdzie.

Znajdowali się w malutkim pomieszczeniu, bardziej komórce. panował tu półmrok, a jedynym światłem był mdły, czerwonawy blask magicznej kuli zawieszonej pod sufitem. Smoki czuły się zdezorientowane. Na drugim końcu tego małego pomieszczenia dostrzegli coś połyskującego na złoto. Podeszli bliżej, jednak w tym momencie, to coś wydało dźwięk. Mieli przed sobą tajemniczą machinę. Miała kształt krasnoluda z długą brodą. Krasnolud zaczął sunąć ociężale w ich stronę.  Buchnęła z niego para. Nagle, z jego brzucha wyłoniły się dwie rurki, z których zaczęły wylatywać strzały. Pierwsza trafiła Lewego w bok, na szczęście jedynie odbiła się od łusek. Smoki wzleciały pod sufit.

– Masz swoje prawdziwe potwory! – wykrzyknął Prawy.

– Przynajmniej możemy go teraz pokonać. Nie pamiętasz? Przygoda!

Lewy podleciał bliżej krasnoluda i zionął ogniem, w jego stronę. Ten jednakże tylko podniósł swoją mechaniczną rękę i pacnął na odlew smoka, jak gdyby muchę. Odrzucony Lewy uderzył w przeciwległą ścianę i osunął się na podłogę. Nic mu się nie stało, jednak wola walki osłabła.

– Żartowałem, spadamy stąd! – zarządził.

– Ale jak? Nie ma wyjścia!

– Tak samo, jeśli ściana się obróciła w jedną obróci się też w drugą.

Jak powiedział, tak zrobili. Udało im się w ostatniej chwili, bo maszyna już prawie zagradzała im drogę na zewnątrz. Ściana obróciła się, a oni znaleźli się… Okazuje się, że smoki mają bardzo słabą orientację w terenie. Znaleźli się w jeszcze innym pokoju, tym razem normalnych rozmiarów bez drzwi, czy okien. Na przeciwległej ścianie znajdował się ogromny obraz przedstawiający wielkie czerwone, białe i czarne smoki walczące z dziwnymi stworzeniami wyłaniającymi się z dziury w ziemi. Niektóre miały ogony, inne rogi, większość dzierżyła zaostrzone widły lub rzucała ognistymi kulami w stronę smoków. Sceneria skąpana była w ogniu, po obu stronach lawa wytryskiwała z wulkanów. Czarne chmury spowijały niebo.

Oba smoczki wpatrywały się w obraz z rozdziawionymi paszczami. Wtem Lewy ożywił się.

– Popatrz! – Wskazał łapą na jedną z ogromnych bestii. – To my! My tak wyglądamy!

– No to co z tego? – zapytał wciąż zszokowany Prawy.

– Może jest jakiś sposób, żebyśmy teraz stali się tacy i walczyli z tymi… potworami!

– Niby jaki?

– Hmm… Niech no ja się zastanowię. Pamiętasz tego Czarodzieja, który nas stworzył? Może potrafiłby nas zamienić w takie wielkie Smoki?

– A dlaczego miałby to robić? – powątpiewał Prawy.

– Racja… To może jakiś inny czarodziej albo magik. – Lewy rozochoconym wzrokiem rozglądał się po pomieszczeniu – a może tu będzie jakaś wskazówka!

Po obu stronach obrazu znajdowały się szafy i regały. Lewy entuzjastycznie rozpoczął poszukiwania. Prawy sceptycznie do niego dołączy.

– Coś znalazłem – zawołał nieśmiało. – Wygląda jak… nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem.

Znalezisko było owalne, spłaszczone, sypały się z tego czegoś okruchy. Z jednej strony znajdowały się jakieś duże czarne kropki.

– To na pewno to – wykrzyknął Lewy – czuję to! – Podleciał do Prawego, wyrwał mu znalezisko z łap i zaczął mu się przyglądać się ze wszystkich stron. – Zjedzmy to!

– Eee, no dobrze, ale tylko trochę.

Jak postanowili tak zrobili. Już po pierwszym kęsie coś zaczęło się dziać. Obaj poczuli coś dziwnego, jakby zaczynali rosnąć, wyżej i wyżej, szerzej i szerzej. W końcu powiększyli się na tyle, że ściany zaczęły pękać pod naporem ich cielsk. Gdy sufit również przestał stawiać opór i do pomieszczenia dostało się świeże powietrze wraz ze światłem słonecznym Lewy zakrzyknął:

– Nareszcie wolni! – co mówiąc wzbił się wysoko w powietrze i wykręcił potrójną śrubę z saltem.

Prawy znacznie bardziej onieśmielony swoimi nowymi rozmiarami, powoli wzbił się w powietrze, jednak gdy był na tyle wysoko, by dostrzec świat dookoła, oniemiał z wrażenia. Lasy, łąki, jeziora, w oddali góry, oczywiście on nie potrafiłby nazwać wszystkich tych cudów natury. Ponadto w dole dokładnie pod nimi znajdował się tylko częściowo zburzony pałac, który sam w sobie też mógłby zostać uznany za cud świata. Smoki latały to wyżej to niżej, wykonywały najprzeróżniejsze ewolucje w powietrzu, zachwycały się pięknem świata, wdychały świeże powietrze i kąpały się w świetle słonecznym.

Nagle tuż koło nich znikąd pojawiła się ogromna kula ognia lecz tak jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła. Na jej miejscu pozostał krwistoczerwony krąg. Lewy i Prawy nie mieli pojęcia co się dzieje, ale coś pchało ich, aby wlecieć w sam środek kręgu. Nie potrafili oprzeć się temu pragnieniu. Gdy przekroczyli portal sceneria zmieniła się diametralnie. Krajobraz stał się identyczny jak na obrazie, który widzieli jeszcze w pałacu. Stało się nieznośnie gorąco nawet dla smoków. Wszędzie dookoła nich latały inne bestie, niektóre kilkukrotnie przewyższające je rozmiarami. Lewy uśmiechnął się.

– I to rozumiem! – to mówiąc poszybował w stronę demonów wyłaniających się z jam piekielnych zionąc ogniem.

Prawy zastanowił się, ale co mógł zrobić? Poszedł w ślady Lewego. Demony w większości spowite ogniem były niewrażliwe na ogień, smoki musiały rozszarpywać je pazurami lub przegryzać kłami. To jednak narażało je na razy od morderczych ciosów wideł, rogów i opancerzonych ogonów. W pewnym momencie Lewy zwarł się w walce z jednym z mniejszych demonów. Wgryzł mu się w szyję, jednak tamten jakby nie wrażliwy na ból tylko podniósł widły by przebić serce smoka. Widząc to Prawy wrzasnął i zapikował na ratunek przyjacielowi. Spóźnił się. Krew trysnęła z rany, smok zawył i…

 

Obudzili się na podłodze pokoju z obrazem. Prawy spojrzał na Lewego. Nie było śladu po żadnej ranie, także rozmiar wrócił do pierwotnego stanu.

– Cco to było? – spytał Prawy.

– Nnie wiem, ale chyba przyygoda. – Lewy dygotał.

– To pewnie to coś co zjedliśmy przyzwało ten dziwny sen.

– Sen? Popatrz! – Lewy wskazał na obraz. W miejscu, gdzie toczył walkę na śmierć i życie z demonem biały smok bliźniaczo podobny do niego splótł się w morderczym uścisku z… demonem. A tuż nad nimi kolejny biały smok bliźniaczo podobny do Prawego pędził w stronę walczących.

– To tu było? – spytał przestraszony Prawy.

– Nie wiem, może lepiej już wracajmy – rzekł Lewy wycofując się w kierunku, z którego przybyli. Tym razem nie było mowy o pomyłce.

 

Smoki wyleciały z tajemniczego pokoju, tym razem krasnolud się nie obudził. Mimo przygody ich orientacja w terenie się nie poprawiła, krążyły więc dłuższą chwilę po pałacu, aż w końcu natrafiły na jednego z lokajczyków zaprzęgniętych do polowania.

– Szach mat! – krzyknął chłopiec łapiąc smoki za ogony.

Te tylko symbolicznie zionęły ogniem w stronę napastnika. Jednak ogień wcale go nie poparzył. Okazał się tylko tanią sztuczką Czarodzieja.

– Ej! Nie za ogon, trochę szacunku! – protestował Lewy.

– No i tak się skończyła nasza przygoda. Ja tam się cieszę – powiedział Prawy.

– Chyba polubię bycie bierką szachową – zażartował Lewy.

 

Od tamtej pory król Windu traktował swoje smoki dużo lepiej. Dostały specjalne obroże, ze szmaragdem, które pozwalały im pozostać, żywymi poza szachownicą. Dostały miejsce do mieszkania, w jego własnym pokoju. Wyprowadzał je też raz na jakiś czas na spacery na zewnątrz. W zamian musiały mu obiecać, że nie będą próbowały uciekać. Zagroził, że przy następnej próbie odbierze im wszystkie nowe przywileje.

Smoki pomne doświadczeń nie próbowały już uciekać, jednak w głębi duszy obaj czuli, że czegoś im brakuje.

Aha, jedynym śmiałkiem, który zdołał pokonać króla okazał się być, ów pierwszy młodzieniec. Jego kariera generalska była owocna, acz krótka, ale to już zupełnie inna historia.

 

Koniec

Komentarze

Na początku natłok imion i opis – nudny opis wprowadzający – zniechęca do dalszego czytania. Dalej też nie jest ciekawie, a o szachach można pisać i ciekawie, i wartko (np. Szachownica flamandzka – ale co kto lubi).

Pomysł jest, jakaś akcja jest, ale niestety nie wciąga, nie kibicowałem smokom w ich ucieczce i nie czułem się zawiedziony, gdy je “sprowadzono na ziemię” – albo po prostu czegoś nie zrozumiałem, a może szachy to nie moja gra… ;)

Powodzenia

F.S

Początek może odstraszać. Wstęp zainteresował mnie ostatnimi zdaniami. Przypadła mi do gustu scena, gdzie figury zaczęły prowadzić rozmowę o grze – pomysł mógłbyś rozwinąć. 

Miejscami mieszasz pojęcia; fragment z krasnoludem mnie odstraszył (Chiny <–> krasnoludy (?), nie kupuję tak bezpośredniego mieszania mitologii i wierzeń). Przez przygodę smoków nie przebrnąłem, poczułem do nich tylko znikomą sympatię. 

Masz plan i jakiś pomysł. Rozwijaj i szlifuj, może następne opowiadanie porwie :)

YT

Dzięki za opinie. Co do krasnoluda, chodziło mi o wywołąnie skojażenia ze skomplikowanym mechanizmem, a to już ma dużo wspólnego z Chinami. Szczerze, mi się w głowie pojawiały krasnoludy ze skyrima kiedy to pisałem. ;) No nic, jeśli to było dla was nudne, to dobrze, że nie czytaliście poprzedniej wersji.

Wolność.

A ja chyba czytałam poprzednią wersję. Dużo się zmieniło?

Babska logika rządzi!

Dodałem całą historię po walce z mechanicznym krasnoludem, myślę, że to dużo zmienia.

Wolność.

Pasjonujące, jak partia szachów, chciało by się powiedzieć. Przynajmniej po przeczytaniu wstępu i opisu kolejnych batalii.

Jednak Twoja historia ma pewien urok, a zdecydowanie najsympatyczniejsi są Lewy i Prawy. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Wstęp znowu jak do podręcznika pisanego niezbyt wprawną ręką. Nie będę się czepiać jego istnienia, bo sama czasem stosuję, ale dla wstępu musisz mieć usprawiedliwienie, a on sam w sobie powinien być porywający, zwarty, zrobiony w jakiejś oryginalnej formie, żeby czytelnik łyknął go bez bólu i wyniósł z niego wszystko, co trzeba, zamiast ciężaru pod tytułem: borze iglasty, co ja czytam.

 

Myślał Windu stojąc przy oknie w gabinecie wpatrzony dal. Czekał na dostawę szachów. Nie mógł zacząć końcowej fazy turnieju bez nich.

 

Myślał stojący przy oknie i wpatrzony w dal Windu ← to by jeszcze jakoś brzmiało. Czekał na partię szachów ← to brzmi jak najnudniejsze zajęcie na świecie. Nie mógł zacząć końcowej fazy turnieju bez nich ← jeśli nie miał szachów, jak w ogóle rozpoczął turniej?

 

W owym czasie prestiż był najistotniejszą wartością. ← prestiż to nie wartość. Najistotniejszą wartością czego?

 

Poczuł ekscytacjeę ← zazdroszczę mu, że poczuł ekscytację…

 

Może będzie to wielka rozkładana arena, na której bierki ludzkiej wielkości będą przesuwane za pomocą głosu?

 

Każdy miał włócznieę wyższą od niego samego, oraz lekką zbroje piechura.

 

– Witaj ponownie Prawy! – zawołał Lewy(+,) lądując(+.)

 

Podałam tylko przykłady błędów, których jest tu multum. I nawet jeśli dostrzegam uroki pomysłu i chciałabym coś dobrego powiedzieć, to nie mogę, bo szkolne błędy mnie zirytowały. Taki natłok baboli źle na mnie wpływa. Najpierw nauka i beta, potem podstawianie mi takich rzeczy na dyżurze!

 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Przeczytałam i zastanawiam się, czy jest to opowieść o kłopotach kadrowych króla, czy o grze w szachy, czy może bajka o smokach. Wszystkie te sprawy wprawdzie łączą się, ale smoki zdecydowanie wysunęły się na plan pierwszy i zdominowały pozostałe wątki.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Oczy­wi­ście była pięk­niej­sza i kunsz­tow­niej zro­bio­na niż ja­ka­kol­wiek plan­sza jaką wi­dział. – Nie brzmi to najlepiej.

 

będą nada­wać życie bier­kom sza­cho­wym. Na każ­dym z boków plan­szy były spe­cjal­ne miej­sca dla zbi­tych bie­rek, aby te mogły ob­ser­wo­wać dal­szy prze­bieg bitwy. Otwo­rzył i zo­ba­czył dwa równe rzędy prze­gró­dek, w któ­rych zo­sta­ły umiesz­czo­ne bier­ki. Dech mu za­par­ło z wra­że­nia. Były wręcz ide­al­ne, nigdy nie wi­dział tak do­sko­na­le i re­ali­stycz­nie wy­ko­na­nych figur i pion­ków. Ma­te­riał, z któ­re­go wy­ko­na­no bier­ki… – Powtórzenia.

 

oraz lekką zbro­je pie­chu­ra. – Literówka.

 

Z króli ema­no­wał ma­je­stat wła­dzy.Z królów ema­no­wał ma­je­stat wła­dzy

 

widać było po­je­dyn­cze włosy. Oglą­da­jąc je wi­dzia­ło się mi­nia­tu­rę rze­czy­wi­sto­ści. I w końcu smoki, chyba naj­pięk­niej­sza rzecz jaką w życiu wi­dział.– Powtórzenia.

 

Nowy wła­ści­ciel zdą­żył się już do tego przy­wyk­nąć… – Nowy wła­ści­ciel zdą­żył już do tego przy­wyk­nąć… Lub: Nowy wła­ści­ciel zdą­żył się już do tego przy­zwyczaić

 

– e4 – Wy­wo­ła­ny pion prze­szedł na to pole. – Wypowiedź rozpoczynamy wielką literą. Brak kropki po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

-Par­tia była bar­dzo długa i za­cię­ta… – brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

No dobra, to miej­my na­dzie­je! – Literówka.

 

tylko wtedy jak nada­rzy się oka­zja, na którą mamy na­dzie­je – spro­sto­wał Lewy. – …tylko wtedy, kiedy nada­rzy się oka­zja, na którą mamy na­dzie­ję – spro­sto­wał Lewy.

 

Na oka­zje nie cze­ka­li zbyt długo. – Literówka.

 

Przy­go­to­wa­no wła­śnie sza­chow­ni­ce do dzie­wią­tej par­tii. – Literówka.

 

Był bardzo podobny do młodzieńca, który pokonał króla w pierwszej partii. Wyglądał odrobinę starzej. Pewnie był z nim spokrewniony, może był jego starszym bratem lub kuzynem. Jego mina nie wskazywała, aby był zadowolony. – Byłoza.

 

Mieli przed sobą ta­jem­ni­czą ma­chi­nę. Miała kształt kra­sno­lu­da z długą brodą. – Nie brzmi to dobrze.

Skoro rzecz dzieje się na chińskim dworze, może, zamiast egzotycznego krasnoluda, lepszy byłby np. mechaniczny mandaryn.

 

To może jakiś inny cza­ro­dziej albo magik.To może jakiś inny cza­ro­dziej albo mag.

Magik, to sztukmistrz, iluzjonista.

 

po­szy­bo­wał w stro­nę de­mo­nów wy­ła­nia­ją­cych się z jam pie­kiel­nych zio­nąc ogniem. – Co to są jamy piekielne zionąc ogniem?

Pewnie miało być: …po­szy­bo­wał w stro­nę zionących ogniem de­mo­nów, wy­ła­nia­ją­cych się z jam pie­kiel­nych.

 

De­mo­ny w więk­szo­ści spo­wi­te ogniem były nie­wraż­li­we na ogień… – Nie brzmi to najlepiej.

 

To jed­nak na­ra­ża­ło je na razy od mor­der­czych cio­sów wideł, rogów i opan­ce­rzo­nych ogo­nów. – Czy rzeczywiście widły, rogi i ogony miały ciosy, jak, nie przymierzając, słonie?

Proponuję: To jed­nak na­ra­ża­ło je na razy/ uderzenia/ ciosy wideł, rogów i opan­ce­rzo­nych ogo­nów.

 

jed­nak tam­ten jakby nie wraż­li­wy na ból tylko pod­niósł widły by prze­bić serce smoka. – …jed­nak tam­ten, jakby niewraż­li­wy na ból, tylko pod­niósł widły, by prze­bić serce smoka.

 

jed­nak w głębi duszy obaj czuli, że cze­goś im bra­ku­je. – …jed­nak w głębi duszy oba czuły, że cze­goś im bra­ku­je.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytało mi się nieźle, ale przyjrzałabym się przecinkom i literówkom (niedociśnięte alty).

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka