- Opowiadanie: BartekS - Koniunkcja

Koniunkcja

Jest to jedno z pierw­szych opo­wia­dań, więc jest pełne błę­dów no­wi­cju­sza, ale mam na­dzie­ję, że mimo to bę­dzie zno­śne.

Zostało dodane pełniejsze zakończenie :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Koniunkcja

Ber­lin, 16.02.2021r.

 

Wasza Emi­nen­cjo,

 

zgod­nie z ostat­ni­mi za­le­ce­nia­mi, prze­sy­łam ra­port sy­tu­acyj­ny stanu fak­tycz­ne­go Armii Cen­trum Woj­ska Pol­skie­go.

Obec­nie linia fron­tu prze­bie­ga przez za­chod­nie przed­mie­ścia Ber­li­na, sztab Armii prze­niósł się już w ca­ło­ści do gma­chu w mie­ście. In­for­mu­ję, że z Bożą po­mo­cą wy­par­li­śmy wroga z więk­szej czę­ści aglomera­cji. Sy­tu­acja na fron­cie jest już sta­bil­na.

W kwe­stii ocze­ki­wa­ne­go spra­woz­da­nia n. t. stanu spo­łe­czeń­stwa za­ję­tych ziem: trud­no okre­ślić te po­zo­sta­ło­ści mia­nem spo­łecz­no­ści (szcze­gó­ły w za­łącz­ni­kach). Ośmie­lę się stwier­dzić, iż te­re­ny te trze­ba bę­dzie za­sie­dlić no­wy­mi osad­ni­ka­mi, po­nie­waż lud­ność, która prze­trwa­ła ko­niunk­cję, de­sta­bi­li­za­cję, par­ty­cy­pa­cję oraz dzia­ła­nia zbroj­ne – nie może sta­no­wić pod­sta­wy bu­do­wa­nia zdro­we­go, ka­to­lic­kie­go spo­łe­czeń­stwa.

Stan in­fra­struk­tu­ry oraz prze­my­słu – za­do­wa­la­ją­cy.

W za­łą­cze­niu do tego listu prze­sy­łam spo­rzą­dzo­ne prze­ze mnie oraz współ­pra­cow­ni­ków ana­li­zy de­mo­gra­ficz­ne za­ję­tych te­re­nów oraz stan dzia­łań zbroj­nych.

 

Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku,

ks. bp. egz. płk. An­drzej Bo­ra­tyń­ski

Ad­iu­tant Szta­bu armii Cen­trum WP

Do­wód­ca sek­cji wspar­cia du­cho­we­go Armii Cen­trum

 

 

 

Obu­dził go ostry dźwięk gwizd­ka. Mi­chał ze­rwał się na nogi i od­ru­cho­wo pod­cią­gnął pasek hełmu, za­re­pe­to­wał ka­ra­bin.

Słoń­ce le­d­wie zdą­ży­ło wznieść się nad ho­ry­zont, mgła za­le­ga­ła w za­głę­bie­niach te­re­nu sza­ro-błę­kit­ną warstwą.

– Kon­takt dwu­na­sta! Wsta­wać, de­bi­le! Kon­takt! – krzy­czał cho­rą­ży.

Wy­zna­czo­ny w plu­to­nie sza­farz biegł oko­pem mię­dzy sta­no­wi­ska­mi. Kro­pił broń, sprzęt, ludzi, be­to­no­we wzmoc­nie­nia oko­pów – sło­wem, wszyst­ko co się dało.

– Masz świę­con­kę? – spy­tał, zbli­ża­jąc się do sta­no­wi­ska Mi­cha­ła i wpraw­nie ma­cha­jąc kro­pi­dłem.

Z usta­wio­nych na wy­so­kich ty­kach gło­śni­ków za­czę­ły pły­nąć psal­my.

– Mam – od­po­wie­dział Mi­chał, ścią­ga­jąc z wia­dra worek fo­lio­wy. Nie starł z twa­rzy nie­licz­nych, draż­nią­cych kro­pli wody świę­co­nej.

Od­bez­pie­czył ka­ra­bin, po­ło­żył dwa ma­ga­zyn­ki i kilka gra­na­tów na kra­wę­dzi okopu, po­sta­wił wia­dro na spe­cjal­nie na­szy­ko­wa­nym sto­li­ku. Ktoś mo­dlił się gło­śno.

Na skra­ju pola wi­dze­nia, mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi, po­ja­wi­ły się pierw­sze po­sta­cie.

Za­głu­sza­jąc i psal­my, i mo­dli­twę, za­czął dud­nić wiel­ko­ka­li­bro­wy ka­ra­bin ma­szy­no­wy.

Go­to­wość. Ode­zwał się z radia głos po­rucz­ni­ka.

Nie otwie­rać ognia!

Cze­kać na roz­kaz!

Nie oba­wiał się, prze­ciw­nik był da­le­ko. Przed do­tar­ciem do umoc­nień, zo­sta­nie zdzie­siąt­ko­wa­ny przez ogień ar­ty­le­rii i broni ma­szy­no­wej.

Do nas dotrą tylko nie­do­bit­ki, po­my­ślał Mi­chał, o ile co­kol­wiek prze­drze się przez pole mi­no­we.

W końcu tak było za­wsze.

Tym razem nie było jak za­wsze. Dwa­dzie­ścia me­trów przed ich po­zy­cją wy­rósł ogrom­ny owal ja­sne­go świa­tła. Por­tal.

Zanim wrota zdą­ży­ły się osta­tecz­nie usta­bi­li­zo­wać, po­słał w nie cały ma­ga­zy­nek. Są­dząc z huku wy­strza­łów, po­dob­nie jak resz­ta od­dzia­łu. Z po­cząt­ku po­rucz­nik krzy­czał coś przez in­ter­kom, póź­niej sły­chać było już tylko trza­ski.

Przy­klęk­nął, żeby prze­ła­do­wać. Z są­sied­nie­go sta­no­wi­ska do­biegł go ma­ka­brycz­ny krzyk.

Sku­lił się w swoim oko­pie.

Wciąż sły­szał mia­ro­we dud­nie­nie WKM oraz nie­licz­ne strza­ły od­da­wa­ne przez ko­le­gów.

Usły­szał rów­nież bo­jo­we okrzy­ki i wycie nad­bie­ga­ją­cych prze­ciw­ni­ków.

Wy­chy­lił się z okopu. Kil­ka­na­ście me­trów przed jego po­zy­cją, stała ogrom­na hu­ma­no­idal­na po­stać. Wiele rze­czy po ko­niunk­cji nie speł­ni­ło ocze­ki­wań ludz­kiej wy­obraź­ni, ale aku­rat de­mo­ny sta­nę­ły na wy­so­ko­ści za­da­nia. Wy­glą­da­ły do­kład­nie tak, jak lu­dzie je sobie wcze­śniej wy­obra­ża­li.

Byle nie serią.

Musz­ka, szczer­bin­ka, spust, spust, spust…

Tra­fił, był pe­wien, że tra­fił. Nie­mal­że wi­dział kule ude­rza­ją­ce w pier­si po­two­ra.

Opu­ścił ka­ra­bin. Be­stia spoj­rza­ła mu w oczy.

Dłoń za­ci­snę­ła się na chwy­cie broni… Par­cia­ny pas nośny strze­lił, gdy nie­ocze­ki­wa­nie wy­pro­sto­wał rękę, na­pi­na­jąc wszyst­kie mię­śnie ciała. Czuł, że wy­prę­żo­ny, na­cią­gnię­ty jak stru­na unosi się w po­wie­trze.

Nie mógł ode­rwać wzro­ku od okrut­nych, zło­śli­wie uśmiech­nię­tych i prze­ra­ża­ją­co ludz­kich oczu po­two­ra. Za­tra­cał się w nich, czuł, jak obca wola de­li­kat­nie wpeł­za do jego myśli. Czuł ośli­zgłe­go ro­ba­ka cu­dzej jaźni. Mało tego, czuł że dzia­ła to w obie stro­ny.

Po­twór krzyk­nął, a w jego ryku za­brzmiał ból.

Be­stia upa­dła. Mi­chał pa­trzył z góry jak wije się na tra­wie obok jego sta­no­wi­ska. Obo­jęt­nie, nie­obec­nie ob­ser­wo­wał jak miota się w ago­nii.

Jesz­cze przez chwi­lę uno­sił się w po­wie­trzu, pa­trząc na wy­dę­te tru­chło, le­żą­ce u jego stóp.

Ciem­ność za­pa­dła do­pie­ro, gdy z im­pe­tem ude­rzył w zie­mię.

 

* * *

 

Obu­dził się w bia­łej, świe­żo kroch­ma­lo­nej po­ście­li. Ode­tchnął z ulgą. Żebra, ramię i bark bo­la­ły nie­mi­ło­sier­nie.

Pokój był duży, wy­so­ko skle­pio­ny, znaj­do­wa­ły się w nim je­dy­nie łóżko, szafa i nie­wiel­ki sto­lik z krze­słem.

Skrzyp­nę­ły otwie­ra­ne drzwi.

– Na­ka­za­no mi was po­wi­tać – po­wie­dzia­ła nie­okre­ślo­nej płci po­stać, która we­szła wraz ze zbroj­ną stra­żą.

Straż­ni­cy mieli na sobie błysz­czą­ce po­le­ro­wa­ną stalą zbro­je pły­to­we, pięk­nie, acz­kol­wiek zu­peł­nie nie­prak­tycz­nie cy­ze­lo­wa­ne w ro­ślin­ne wzory. Obaj mieli dłu­gie, kar­mi­no­we płasz­cze, spły­wa­ją­ce z ra­mion spod dłu­gich blond wło­sów. Wy­glą­da­li jak dwa za­ku­te w zbro­je che­ru­bin­ki.

– Szaty znaj­dzie­cie w sza­fie – po­wie­dział. – Straż za­cze­ka przed drzwia­mi. Pan ocze­ki­wał wa­sze­go prze­bu­dze­nia.

 

We­szli przez go­tyc­kie, ostro­łu­ko­we drzwi.

Po­miesz­cze­nie wy­glą­da­ło jak ga­bi­net. Wy­ło­żo­ne gu­stow­ną bo­aze­rią ścia­ny spra­wia­ły miłe, przy­tul­ne wra­że­nie. Je­dy­ne ume­blo­wa­nie sta­no­wi­ło prze­stron­ne, ele­ganc­kie biur­ko z wy­mosz­czo­nym ak­sa­mi­tem fo­te­lem. Dzię­ki po­trój­nym, go­mół­ko­wym oknom było za­la­ne cie­płym świa­tłem. Sufit zdo­bił ogrom­ny fresk, przed­sta­wia­ją­cy pa­ra­du­ją­ce przez duży plac cen­tau­ry. W tle wi­docz­ne były barw­ne fron­to­ny an­tycz­nych bu­dow­li.

Za biur­kiem sie­dzia­ła ka­ry­ka­tu­ral­nie chuda, nie­na­tu­ral­nie wy­so­ka po­stać. Na widok Mi­cha­ła uśmiech­nę­ła się rzę­dem krót­kich, spi­cza­stych ząb­ków. Straż­ni­cy szarp­nię­ciem zmu­si­li go, by sta­nął na środ­ku.

– Witaj w moich skrom­nych pro­gach. – Go­spo­darz ski­nął ręką, a che­ru­bi­ny wy­szły bez słowa. – Przy­kro mi z po­wo­du oko­licz­no­ści, w ja­kich się tu zja­wi­łeś.

Mi­chał nie od­po­wie­dział, głów­nie dla­te­go, że nie wie­dział co od­po­wie­dzieć. Go­spo­darz sta­nął krok przed nim.

– Nie cie­ka­wi cię, dla­cze­go aku­rat cie­bie jed­ne­go moi pod­wład­ni za­bra­li z pola bitwy? - Mi­chał wbrew woli za­darł głowę i spoj­rzał na roz­mów­cę. – To w końcu nie­li­che wy­róż­nie­nie.

– Co ze mną bę­dzie?

– Za­le­ży od cie­bie. To za­ska­ku­ją­ce, ale ty, czło­wiek, mo­żesz mieć dla mnie znacz­ną war­tość. – Go­spo­darz spoj­rzał za okno. – Za­rów­no po­znaw­czą jak i prak­tycz­ną. Po­mów­my na ta­ra­sie, dzi­siaj jest stam­tąd pięk­ny widok.

– Nie wiem nawet, z kim roz­ma­wiam.

– Je­stem Argen ein Ven­fict, Mark­graf ziem na któ­rych cię poj­ma­no – po­wie­dział otwie­ra­jąc środ­ko­we drzwi. – Do­wo­dzę cho­rą­gwia­mi wal­czą­cy­mi z two­imi ro­da­ka­mi. Moi lu­dzie nie biorą jeń­ców. – Mark­graf wy­szedł na taras i oparł się o ba­lu­stra­dę, wspar­tą na mi­nia­tu­ro­wych ko­lum­nach do­ryc­kich. – Po­dejdź, pro­szę.

Pod­cho­dząc Mi­chał pod­niósł z pliku le­żą­cych na biur­ku kar­tek nożyk do otwie­ra­nia li­stów.

Widok fak­tycz­nie za­pie­rał dech w pier­si. Wy­so­kie, przy­kry­te jesz­cze śnie­giem szczy­ty gór i uro­cza, luźno za­bu­do­wa­na miej­sco­wość two­rzy­ły pięk­ny gór­ski pej­zaż.

– Co za­mie­rzasz zro­bić? – spy­tał głów­no­do­wo­dzą­cy armii, która pod­bi­ła Niem­cy i Fran­cję, a roz­bi­ła się do­pie­ro na ba­stio­nach Po­zna­nia, Wro­cła­wia i Szcze­ci­na. – Czy może he­ro­icz­nie po­świę­cisz się i za­bi­jesz mnie, by póź­niej polec z rąk straż­ni­ków?

Mi­chał nie wie­dział, co się dalej stało. Ramię prze­szył mu ostry ból, a dłoń sama wy­gię­ła się pod nie­na­tu­ral­nym kątem. Nożyk brzęk­nął o płyty ta­ra­su.

– Po­zo­staw­my to za­gad­nie­nie w sfe­rze teo­rii – po­wie­dział Argen bez emo­cji. – Po­dejdź do mnie, odrę­twie­nie zaraz minie.

Mi­chał sta­nął obok niego, ma­su­jąc bo­lą­ce przed­ra­mię.

– Ro­zej­rzyj się. U twych stóp leży mia­stecz­ko Te­ger­nes­se. Tu bę­dzie­my osie­dlać wier­nych nam ludzi. – Mark­graf spoj­rzał na Mi­cha­ła. – Tu bę­dzie­my ich uczyć ar­ka­nów ma­gicz­nych. Rzecz jasna, tyczy się to tylko tych uta­len­to­wa­nych. Pa­mię­tasz co­kol­wiek ze swo­je­go poj­ma­nia?

– Nie, ostat­nie co pa­mię­tam to ko­la­cja i wie­czor­na msza – od­po­wie­dział, uzna­jąc że ta in­for­ma­cja nie ma zna­cze­nia.

– Ekra­no­wa­łeś i re­flek­so­wa­łeś in­ten­cję de­mo­na. – Argen pa­trzył na Mi­cha­ła prze­szy­wa­ją­co. – A na pod­sta­wie póź­niej­szych badań i te­stów sza­cu­ję, że je­steś naj­bar­dziej ape­rent­nym czło­wie­kiem, ja­kie­go spo­tka­łem.

Mi­chał nie uznał za ce­lo­we od­po­wia­dać.

– Ape­rent­ność to otwar­tość na prze­pływ ener­gii, mocy która two­rzy magię. To twój dar i ta­lent, który sta­nie się praw­dzi­wie war­to­ścio­wym, gdy go oszli­fu­jesz. – Argen po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu. – Pro­po­nu­ję ci naukę. Wię­cej nawet, pro­po­nu­ję byś zo­stał moim oso­bi­stym adep­tem.

– Chyba cię po­je­ba­ło – od­parł Mi­chał spo­koj­nie.

– Ro­zu­miem twoją re­ak­cję i nie będę tego trak­to­wał jak od­po­wie­dzi. – Mark­graf uśmiech­nął się, tym razem nie po­ka­zu­jąc zębów. – Prze­myśl to, sto­isz na progu nie­zba­da­ne­go. Teraz, gdy upa­dła pierw­sza kost­ka do­mi­na, i tak bę­dziesz mu­siał zro­bić ko­lej­ny krok. Chcesz wę­dro­wać sam, czy wo­lisz iść z prze­wod­ni­kiem?

– Nie za­mie­rzam…

– Do­pó­ki twoje zdol­no­ści były uśpio­ne, po­zo­sta­wa­ły asymp­to­ma­tycz­ne. Teraz efek­ty będą na­ra­stać la­wi­no­wo. Nie zdo­łasz ani tego ukryć, ani się tego wy­przeć, a chyba wiesz, co ten wasz ko­ściół robi z ta­ki­mi jak my? Stos? Tak?

– Wi­wi­kre­ma­cja…

– Masz kilka dni, od­da­ję do two­jej dys­po­zy­cji kom­na­ty dla gości. Są bez­po­śred­nio po­łą­czo­ne z bi­blio­te­ką. Znaj­dziesz tam kilka ksią­żek w swoim ję­zy­ku, choć nie bę­dzie ich wiele. W za­kre­sie tych po­miesz­czeń w żaden spo­sób nie będę ogra­ni­czał two­jej swo­bo­dy. Mamy środę, w po­nie­dzia­łek dasz mi od­po­wiedź na moją pro­po­zy­cję.

Che­ru­bi­ny od­pro­wa­dzi­ły go do jego wy­twor­ne­go miej­sca od­osob­nie­nia.

 

Ty­dzień póź­niej sie­dział w ga­bi­ne­cie, w ławce żyw­cem wy­ję­tej z pru­skie­go gim­na­zjum. Pa­trzył na za­pi­sa­ne cią­ga­mi dziw­nych znacz­ków ta­bli­ce i czuł się po­now­nie jak na lek­cjach ro­syj­skie­go w pod­sta­wów­ce.

– Mi­cha­le – po­wie­dział Mark­graf – je­że­li mam cię uczyć ar­ka­nów, mu­sisz opa­no­wać język, w któ­rym na­pi­sa­ne są te wszyst­kie księ­gi. – Wska­zał za­le­ga­ją­ce na pół­kach to­misz­cza.

– Uczę się, Mi­strzu.

– Jak widać, zbyt pa­syw­nie.

Jesz­cze raz roz­wa­żył swoją sy­tu­ację i nie­odmien­nie do­szedł do tych sa­mych wnio­sków. Moż­li­wo­ści uciecz­ki na razie nie wi­dział. Nie miał też po­ję­cia, co by z nim zro­bio­no gdyby od­mó­wił współ­pra­cy, a tak miał więk­szą swo­bo­dę, a więc i wię­cej moż­li­wo­ści. Do tego prze­ciw­nik nie­ja­ko wkła­dał mu broń do ręki.

– Robię, co mogę, nic nie po­ra­dzę, że nigdy nie spo­tka­łem się z czymś takim – od­po­wie­dział spo­koj­nie. – W na­szym ję­zy­ku liter jest znacz­nie mniej.

– Ko­lej­ny raz po­wta­rzam, chart jest wię­cej, po­nie­waż ozna­cza­ją całe sy­la­by. – Argen pa­trzył na niego z po­li­to­wa­niem. – Jest wię­cej kom­bi­na­cji.

– Pa­mię­tam. Po pro­stu…

– Nie ro­zu­miem cię, to nie tylko twój je­dy­ny obo­wią­zek, ale i je­dy­na roz­ryw­ka. Tym­cza­sem tobie zaj­mu­je dwa ty­go­dnie opa­no­wa­nie pod­sta­wo­wych zna­ków! Co bę­dzie, gdy przej­dzie­my do al­fa­be­tu hie­ro­fa­nicz­ne­go?

 

* * *

 

Mistrz sie­dział na pod­ło­dze w po­zy­cji kwia­tu lo­to­su i me­dy­to­wał.

A Mi­chał stał i ob­ser­wo­wał dużą, ide­al­nie pustą salę. Czuł pod­nie­ce­nie, czyż­by pierw­sze za­ję­cia do­ty­czą­ce magii sensu stric­te? Czyż­by w końcu miał się na­uczyć cze­goś wy­kra­cza­ją­ce­go poza ma­te­ma­ty­kę, fi­zy­kę, bio­lo­gię czy przede wszyst­kim język?

Pra­cow­nia ani­mi­stycz­na.

Miesz­kał na zamku dość długo, by wie­dzieć, że nic nie jest tu przy­pad­ko­we. Za­czy­na­jąc od ka­mie­ni i wzoru po­kry­wa­ją­cej pod­ło­gę mo­zai­ki, przez układ fre­sków i barw­nych wi­tra­ży, a koń­cząc na skom­pli­ko­wa­nym ży­ran­do­lu.

– Mi­cha­le, dziś przej­dziesz pierw­szy test – po­wie­dział Argen, nie zmie­nia­jąc po­zy­cji.

– Tak, Mi­strzu.

– Jeśli przej­dziesz go po­zy­tyw­nie, roz­pocz­nie­my naukę wła­ści­wą – na­uczy­ciel nawet nie otwo­rzył oczu. – Je­stem pe­wien, że sobie po­ra­dzisz, tak z te­stem, jak z nauką. Twoja zna­jo­mość ję­zy­ka po­zo­sta­wia jesz­cze wiele do ży­cze­nia, lecz dalej do­sko­na­lić się mo­żesz już pod­czas nauki Ar­ka­nów.

Mi­chał nie sko­men­to­wał.

– Stań na tej sze­ścio­ra­mien­nej gwieź­dzie.

Sta­nął we wska­za­nym miej­scu. Był teraz do­kład­nie na środ­ku sali, pod ży­ran­do­lem.

Uświa­do­mił sobie, że we wszyst­kich in­nych po­miesz­cze­niach, świa­tła do­star­cza­ją roz­licz­ne lampy i kin­kie­ty. Przyj­rzał się kon­struk­cji nad swoją głową i do­strzegł, że nie ma tam miej­sca na żaden pło­mień ani ża­rów­kę.

– Spójrz mi w oczy – po­wie­dział roz­ka­zu­ją­co Mistrz.

Szli­fo­wa­ne krysz­ta­ły cicho po­dzwa­nia­ły.

Po­wo­li za­czy­nał czuć. Czuć całym cia­łem i całym sobą.

Nagle wszyst­ko uci­chło, jakby ktoś na­krył go gru­bym, szkla­nym klo­szem. Wokół za­le­gła ciem­ność.

 

Czuł, że idzie.

Ob­ser­wo­wał oto­cze­nie przez swoje oczy. Chciał się za­trzy­mać, lecz szedł. Chciał krzy­czeć, lecz za­ci­skał usta w mil­cze­niu.

Mijał po­ka­le­czo­ne szrap­ne­la­mi drze­wa oraz wi­dział szy­ku­ją­cych się do walki ludzi i go­bli­ny.

Czuł się jak pa­sa­żer w sa­mo­cho­dzie.

Usły­szał jak wy­po­wia­da obce słowa w nie­zna­nym, chra­pli­wym ję­zy­ku. Usły­szał jak ktoś mu od­po­wia­da.

Otwo­rzył trzy­ma­ną w ręku, za­pi­sa­ną zna­ka­mi książ­kę.

Za­śmiał się.

Ciem­ność.

Znowu szedł, sły­szał jak kule i szrap­ne­le prze­la­tu­ją tuż obok, nie­mal mu­ska­jąc jego po­licz­ki.

Zna­jo­my dźwięk psal­mów.

Tra­wia­ste zbo­cze z lasem na szczy­cie, gdzie­nie­gdzie nie­wiel­kie wy­brzu­sze­nia trawy bły­ska­ją­ce ogniem wy­strza­łów.

Przed nim oko­pa­ny BWP.

Wbrew woli mach­nął od nie­chce­nia ręką, a po­jazd wy­fru­nął w po­wie­trze, upa­da­jąc na nad­bie­ga­ją­cych żoł­nie­rzy.

Szedł dalej.

Lu­dzie gi­nę­li wokół. Umie­ra­li sie­cze­ni sza­bla­mi, rą­ba­ni ta­sa­ka­mi, roz­ry­wa­ni gra­na­ta­mi.

Ktoś wylał na niego wia­dro lo­do­wa­tej wody. Za­trzy­mał się.

Był już na gra­ni­cy lasu.

Przed nim stał żoł­nierz.

Ke­vla­ro­wy hełm, ka­mi­zel­ka sztur­mo­wa, sza­lo­ko­mi­niar­ka na szyi.

Jest zimno, do­tar­ło tępo do Mi­cha­ła.

Żoł­nierz za­mo­czył rękę w wia­drze i skro­pił go, kre­śląc w po­wie­trzu znak krzy­ża.

Krzy­czał?

Sanc­te Mi­cha­el Ar­chan­ge­le, de­fen­de nos in pro­elio! – Mi­chał czuł, że robi krok w jego stro­nę. – Con­tra ne­qu­itiam et in­si­dias dia­bo­li esto pra­esi­dium. Im­pe­ret illi Deus, sup­pli­ces de­pre­ca­mur!

– Tuque, Prin­ceps mi­li­tiae Ca­ele­stis, sa­ta­nam alio­sque spi­ri­tus ma­li­gnos! – Trzy po­sta­cie zbli­ży­ły się, gło­śno od­ma­wia­jąc mo­dli­twę. Zmu­sił się do od­wró­ce­nia głowy w tym kie­run­ku.

Qui ad per­di­tio­nem ani­ma­rum per­va­gan­tur in mundo!

– Di­vi­na vir­tu­te in in­fer­num de­tru­de!

– Amen! – Wy­rze­kli jed­no­cze­śnie. Mi­chał się za­trzy­mał.

Vade retro sa­ta­nis! – Krzyk­nął sto­ją­cy przed nim żoł­nierz. Czuł, że prze­krzy­wia głowę.

Potem był ból, po­twor­ny, skrę­ca­ją­cy trze­wia ból, jakby ktoś wbi­jał mu w mózg za­rdze­wia­łe gwoź­dzie.

Po nie­koń­czą­cym się cier­pie­niu na­sta­ła ciem­ność.

 

* * *

 

Czuł, że tonie. Lo­do­wa­ta woda wdzie­ra­ła mu się w usta, przy każ­dym wde­chu.

Szar­pał się z ca­łych sił, wal­czył, trzy­ma­ny krzep­ki­mi rę­ko­ma.

Nagle wy­cią­gnię­to go i rzu­co­no na przy­krę­co­ne do pod­ło­gi krze­sło. Ręce i kost­ki krę­po­wa­ły kaj­dan­ki.

Po­miesz­cze­nie miało nisko skle­pio­ny sufit i de­pre­syj­nie be­to­no­we ścia­ny. Bun­kier? Piw­ni­ca?

– Wiesz, dla­cze­go prze­naj­święt­sza Rzecz­po­spo­li­ta nie po­dzie­li­ła losu Fran­cji i Nie­miec? – Prze­słu­chu­ją­cy za­czął, nie dając mu nawet czasu na wzię­cie od­de­chu. – Dla­cze­go jest groź­niej­sza niż po­tęż­na Fe­de­ra­cja Ro­syj­ska?

Mi­chał nie od­po­wie­dział, łap­czy­wie chwy­ta­jąc po­wie­trze cie­szył się swo­bo­dą od­de­chu.

– Rzecz jasna, było kilka czyn­ni­ków – kon­ty­nu­ował – prze­sta­rza­ły sprzęt, nie­usz­ko­dzo­ny im­pul­sem elek­tro­ma­gne­tycz­nym, sto­sun­ko­wo młoda, jed­no­rod­na po­pu­la­cja, et ce­te­ra Lecz wiesz co było naj­waż­niej­sze?… Wiara!

Wal­nął pię­ścią w stół i wstał.

– I dla­te­go, śmie­ciu, je­steś taki kurwa nie­bez­piecz­ny. – Pa­trzył Mi­cha­ło­wi z bli­ska w oczy. – Bo wrzu­ci­li­śmy cię wła­śnie do wanny je­ba­nej wody świę­co­nej, a na tobie nie ma nawet znaku. – Usiadł i za­pa­lił pa­pie­ro­sa. – Więc teraz po­wiesz do­kład­nie wszyst­ko, co będę chciał, żebyś po­wie­dział…

– Je­stem ka­pral Mi­chał Ser­du­ik, Czwar­ty Ochot­ni­czy Pułk Pie­cho­ty Zmo­to­ry­zo­wa­nej…

– Morda w kubeł! – Major aż opluł stół gu­biąc pa­pie­ro­sa. – Od­po­wia­daj na py­ta­nia…

– Nie prze­kli­naj­cie, ma­jo­rze – po­wie­dział męż­czy­zna opar­ty o ścia­nę. Pod roz­pię­tą bluzą mun­du­ro­wą widać było czar­ną ko­szu­lę z ko­lo­rat­ką. – I po­zwól­cie mu mówić.

Mi­chał roz­po­znał w nim żoł­nie­rza, który za­szedł mu drogę.

– Dla­cze­go niby…

– Po­nie­waż ma­jo­rze nie chce­cie, aby Świę­te Ofi­cjum od­nio­sło wra­że­nie, że mi prze­szka­dza­li­ście – uśmiech­nął się nie­ład­nie.

 

 La­bo­ra­to­rium ulo­ko­wa­no w po­zba­wio­nym okien lochu. Nie­któ­re od­czyn­ni­ki i mik­stu­ry były bar­dzo wraż­li­we na świa­tło.

Mistrz Argen pra­co­wał. W sku­pie­niu od­mie­rzał pre­cy­zyj­ne por­cje skład­ni­ków i pół­pro­duk­tów. Za­wa­hał się, gdy prze­rwa­ło mu gło­śne pu­ka­nie w ma­syw­ne, okute stalą drzwi.

– Wejść – roz­ka­zał, wsy­pu­jąc za­war­tość pró­bów­ki do zbior­nicz­ka osa­do­we­go.

– Ja­śnie Panie, na­ka­za­li­ście za­mel­do­wać, gdy bę­dzie­my mieli ja­kie­kol­wiek in­for­ma­cje – po­wie­dział stary, do­stat­nio odzia­ny czło­wiek nie prze­kra­cza­jąc progu. – Zo­stał wzię­ty żyw­cem i prze­szedł już wstęp­ne śledz­two. Wiemy, że bę­dzie prze­wie­zio­ny do War­sza­wy jesz­cze dziś wie­czo­rem. Re­ali­za­cja planu prze­bie­ga więc zgod­nie z ter­mi­na­mi.

– To pewne in­for­ma­cje? – spy­tał mark­graf nie od­wra­ca­jąc wzro­ku od umiesz­czo­ne­go w wy­wa­rze ter­mo­me­tru.

– Tak – od­parł męż­czy­zna.

– To do­brze – od­po­wie­dział Argen nie po­świę­ca­jąc czło­wie­ko­wi już wię­cej uwagi. – Bar­dzo do­brze.

 

Mi­chał nie sta­wiał oporu. Ani wtedy, gdy we­szli do jego cia­snej, po­zba­wio­nej wszel­kich urzą­dzeń celi, ani gdy za­rzu­ca­li mu na głowę gruby, czar­ny worek. Po­szedł po­kor­nie, ze spo­ko­jem ska­zań­ca, pew­ne­go nie­uchron­no­ści swo­je­go losu. Dwóch ro­słych spe­cjal­sów pro­wa­dzi­ło go mię­dzy sobą, mocno trzy­ma­jąc jego ra­mio­na. Co miał­by osią­gnąć ucie­ka­jąc? Zu­peł­nie obo­jęt­nie po­zwo­lił wsa­dzić się do sa­mo­cho­du, a póź­niej wpro­wa­dzić po dłu­giej sta­lo­wej ram­pie na po­kład sa­mo­lo­tu.

Dzię­ki temu nie uszko­dzo­no go w trak­cie trans­por­tu.

 

Wpro­wa­dzo­no go do schlud­ne­go, skąpo urzą­dzo­ne­go po­ko­ju. Przez małe okna wle­wał się blask słoń­ca. Gdy straż­ni­cy wy­szli, usiadł na krze­seł­ku przy szkol­nej ławce.

Od rana czuł się za­gu­bio­ny, to był pierw­szy dzień, gdy na­kar­mio­no go do syta, choć pro­sto. Po­zwo­lo­no mu nawet wejść pod prysz­nic.

– Szczęść Boże.

Aż się po­de­rwał, gdy z roz­ma­chem otwar­to drzwi. Ksiądz miał na sobie su­tan­nę, a nie zdar­ty, po­lo­wy mun­dur, ale i tak go po­znał.

– Spo­koj­nie synu – po­wie­dział ka­zno­dzie­ja. – Usiądź.

Po­słu­chał, nie­pew­nie opusz­cza­jąc się na sie­dze­nie. Ksiądz zajął miej­sce po dru­giej stro­nie ławki.

– Wy­bacz po­lo­we wa­run­ki. Gmach Se­mi­na­rium nie był prze­wi­dzia­ny do peł­nie­nia funk­cji aresz­tu. Dziś wie­czór zo­sta­niesz prze­słu­cha­ny przez przed­sta­wi­cie­li Świę­te­go Ofi­cjum. – Mi­chał nie zdo­łał po­wstrzy­mać drże­nia. – Nie oba­wiaj się. Oj­co­wie in­kwi­zy­to­rzy będą sta­ra­li się oca­lić twoją nie­śmier­tel­ną duszę. – Ka­pe­lan sie­dział pa­trząc na więź­nia prze­ni­kli­wym wzro­kiem. – Czy chcesz mi jesz­cze o czymś opo­wie­dzieć?

Mi­chał bał się jego wzro­ku, ze spusz­czo­ną głową pa­trzył pod swoje nogi.

– Nie, księ­że – od­po­wie­dział w końcu, po ner­wo­wo prze­dłu­ża­ją­cym się mil­cze­niu.

– Synu, je­stem tu, by ci pomóc. – Ka­pe­lan wstał i pod­szedł do okna. – Chcę dobra nawet tych owie­czek, które otar­ły się o Zło.

– Nie zro­bi­łem ni­cze­go złego ojcze.

– Ro­zu­miem – po­wie­dział ksiądz, fleg­ma­tycz­nie wy­glą­da­jąc za okno. – Lecz mu­sisz pa­mię­tać, że wy­ro­ki sług in­kwi­zy­cji są su­ro­we. Muszą takie być.

– Mam czy­ste su­mie­nie…

– Uści­sną­łeś rękę Złego. Przy­ją­łeś jego nauki. – Ka­pe­lan od­wró­cił się szyb­kim ru­chem od okna.

– Mu­sia­łem…

– Synu, po­świę­ci­łeś życie wiecz­ne, bojąc się stra­cić życie do­cze­sne. – Ksiądz oparł się rę­ko­ma o ławkę. – To zro­zu­mia­łe. To ludz­kie. Lecz ten wybór… – Ka­pe­lan za­wa­hał się. – Ten wybór otwo­rzył furt­kę w twej duszy. Za twoją zgodą, i przez tą zgodę pa­ra­łeś się magią, czar­no­księ­stwem.

W Mi­cha­le na­ra­stał strach.

– Je­że­li in­kwi­zy­cja uzna, że… – za­czął.

– Tak, je­że­li zo­sta­niesz uzna­ny za czar­no­księż­ni­ka… – Ka­pe­lan zro­bił efek­tow­ną pauzę. – Dla­te­go mu­sisz do­kład­nie i ze szcze­gó­ła­mi wszyst­ko mi opo­wie­dzieć.

– Wszyst­ko co wie­dzia­łem, wy­ja­wi­łem już wcze­śniej – od­parł Mi­chał.

– Synu, ro­zu­miem twoją fru­stra­cję, ale to na­praw­dę ważne. – Ksiądz usiadł spla­ta­jąc ręce na brzu­chu. – Nie­kie­dy, gdy spoj­rzy­my na wy­da­rze­nia z dy­stan­su czasu, do­strze­ga­my wię­cej, niż wcze­śniej.

Mi­chał za­czął mówić. Naj­pierw po­wo­li i cicho, póź­niej pew­nie i szyb­ko. Reszt­ki na­dziei dały mu na to siły. W końcu, roz­ma­wiał z nim jesz­cze ka­pe­lan, nie in­kwi­zy­tor.

 

Bły­snę­ły fle­sze. Mi­chał od­ru­cho­wo za­sło­nił oczy ręką. Sala są­do­wa była pełna dzien­ni­ka­rzy.

Straż­ni­cy po­pro­wa­dzi­li go plek­si­gla­so­wym tu­ne­lem do wy­ko­na­nej z tego sa­me­go two­rzy­wa klat­ki, a na­stęp­nie po­sa­dzi­li na twar­dej, drew­nia­nej ławie. Lampy apa­ra­tów bły­ska­ły nie­zno­śnie. Po­wi­nien już przy­wyk­nąć. Która to już roz­pra­wa? No tak – ostat­nia.

Jego obroń­ca fleg­ma­tycz­nie i od nie­chce­nia skła­dał ja­kieś pa­pie­ry. Ot tak, żeby zająć czymś ręce.

– Pro­szę wstać, sąd ogło­si wyrok – po­wie­dział sę­dzia spra­woz­daw­ca. – Wyrok w imie­niu Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej z bło­go­sła­wień­stwem Świę­te­go Ofi­cjum – ogło­sił gdy wszy­scy wsta­li.– Sąd w skła­dzie tu obec­nym po­sta­no­wił…

 

Świa­tło, które wdar­ło się przez otwar­te drzwi wana, ośle­pi­ło go na chwi­lę po­tę­gu­jąc obez­wład­nia­ją­cy strach. To już? Krzep­kie ręce chwy­ci­ły go za ra­mio­na i bru­tal­nie po­de­rwa­ły z ławki, upadł na ko­la­na. Skute ręce utrud­nia­ły utrzy­ma­nie rów­no­wa­gi. Ponad licz­nym tłu­mem do­strzegł wy­so­ki stos z usta­wio­ną na szczy­cie plat­for­mą i gru­bym, pio­no­wym palem.

Do­tar­ła do niego nie­uchron­ność za­sły­sza­ne­go kilka dni temu wy­ro­ku. Zwie­rzę­ce prze­ra­że­nie zmro­zi­ło mu krew w ży­łach. Rzu­cił się na pod­ło­gę, wście­kle wierz­ga­jąc no­ga­mi. Schwy­ci­li go za czar­ne ubra­nie i po­wle­kli w stro­nę tyl­nych, sze­ro­ko otwar­tych drzwi fur­go­net­ki. Pró­bo­wał wal­czyć o swoje życie, za­pie­ra­jąc się sto­pa­mi o bocz­ne słup­ki. Mocne ude­rze­nie drew­nia­nej kolby po­zba­wi­ło go przy­tom­no­ści.

Gdy się obu­dził, miał dużo więk­sze pole ma­new­ru. Łań­cu­chy były na tyle dłu­gie, że mógł dojść nie­mal do kra­wę­dzi plat­for­my, o śred­ni­cy metra. Miał stąd dużo lep­szy widok. Eg­ze­ku­cja zgro­ma­dzi­ła całą masę ludzi ze sto­li­cy i oko­lic, ga­wiedź ci­snę­ła się upchnię­ta nawet w bocz­nych ulicz­kach.

Ostry za­pach ben­zy­ny i so­sno­we­go drze­wa wier­cił Mi­cha­ło­wi w nosie. Do­tar­ło do niego, gdzie się znaj­du­je. Ze­rwał się na równe nogi, omal nie spa­da­jąc z po­de­stu. Na wiel­kich te­le­bi­mach jakiś ka­zno­dzie­ja em­fa­tycz­nie pe­ro­ro­wał, z gło­śni­ków nio­sło się grzmią­ce ka­za­nie. Mi­chał ro­zej­rzał się szu­ka­jąc drogi uciecz­ki i bez­na­dziej­nie szar­piąc łań­cuch. Prze­ma­wia­ją­cy za­koń­czył ostrym tonem, a z tłumu pod­niósł się wrzask.

Spo­strzegł, że obraz na ekra­nie się zmie­nił, po­ka­zy­wał teraz od­święt­ny, ubra­ny w ga­lo­we mun­du­ry po­czet, który zbli­żał się z po­chod­nią do stosu.

Mi­chał krzy­czał. Wył. Z ca­łych sił, lecz mimo to, nie był w sta­nie prze­krzy­czeć tłumu.

Z gło­śni­ków spo­koj­nie pły­nę­ła pieśń re­li­gij­na, tym­cza­sem Mi­chał za­czął czuć na­ra­sta­ją­ce z każdą chwi­lą cie­pło. Drew­no zbie­ra­no w po­śpie­chu, nie było więc do­sta­tecz­nie wy­su­szo­ne i po­mi­mo su­te­go ob­la­nia ben­zy­ną roz­pa­la­ło się po­wo­li, lecz nie­ubła­ga­nie. Gdy tem­pe­ra­tu­ra za­czę­ła sta­wać się nie­moż­li­wa do wy­trzy­ma­nia, zre­zy­gno­wał. Osu­nął się na go­rą­ce belki po­de­stu, wsłu­chu­jąc się w ogłu­sza­ją­cy ryk ga­wie­dzi. Chciał krzy­czeć, ale w go­rą­cym, coraz bar­dziej za­dy­mio­nym po­wie­trzu cięż­ko było zła­pać od­dech. Deski, na któ­rych sie­dział za­czy­na­ły pa­rzyć go przez spodnie. Po chwi­li, na kra­wę­dzi pla­for­my, do­strzegł pierw­sze, nie­wiel­kie ję­zycz­ki ognia. Po­wo­li prze­sta­wał wi­dzieć ota­cza­ją­cy go jesz­cze świat. Dym i naf­to­we opary po­zba­wia­ły go po­wo­li przy­tom­no­ści.

W ma­li­gnie znów prze­niósł się do mięk­kie­go, wy­god­ne­go łóżka w prze­stron­nym, zam­ko­wym po­ko­ju. Mistrz sta­nął mu przed ocza­mi jak żywy, całą swą nie­na­tu­ral­ną po­sta­cią. Przy­kuc­nął przy nim i po­ca­ło­wał go w usta.

Wtedy to po­czuł. Po­czuł, że ma moc i wie, jak ją wy­ko­rzy­stać. Prze­stał czuć śmier­dzą­cy dym i upo­rczy­wą tem­pe­ra­tu­rę. Ze­rwał się na równe nogi wy­wo­łu­jąc wy­jąt­ko­wo gło­śny ryk tłumu.

Ksiądz na ekra­nie znów pe­ro­ro­wał, być może re­la­cjo­no­wał ce­re­mo­nię. W ota­cza­ją­cym go ha­ła­sie, mie­sza­ni­nie wycia i trans­mi­sji nie był w sta­nie zro­zu­mieć, co mówi.

Sta­nął na kra­wę­dzi plat­for­my i sku­pił drob­ną część roz­pie­ra­ją­cej go ener­gii na za­mknię­tych na jego nad­garst­kach kaj­da­nach. Że­la­zne bran­so­le­ty eks­plo­do­wa­ły w setki drzazg.

W jego stro­nę zbli­ży­ła się osa­dzo­na na wy­się­gni­ku ka­me­ra.

 

Mistrz Argen ein Ve­ne­fict uśmie­chał się obej­mu­jąc dłoń­mi dużą, ob­sy­dia­no­wą kulę.

Sztab sie­dział zgro­ma­dzo­ny w mil­cze­niu. Wódz go­bli­nów był nie­za­do­wo­lo­ny, jego wo­jow­ni­ków wy­klu­czo­no z udzia­łu w ope­ra­cji.

– Go­to­we – po­wie­dział mark­graf.

– Cho­rą­ży? – spy­tał ge­ne­rał w mun­du­rze Bun­de­sweh­ry.

– Wszyst­kie od­dzia­ły KSK po­twier­dzi­ły go­to­wość – za­mel­do­wał sie­dzą­cy przy skom­pli­ko­wa­nej ra­dio­sta­cji żoł­nierz.

– Panie, moi wo­jow­ni­cy są go­to­wi, mogą… – za­czął wódz.

– Nie. – Sta­now­czo wszedł mu w słowo mark­graf. – W tej bi­twie wezmą udział wy­łącz­nie lu­dzie.

– Czy to roz­sąd­ne, by całą walkę opie­rać na na­jem­ni­kach? – Go­blin dalej pró­bo­wał ar­gu­men­to­wać.

– De­cy­zja za­pa­dła. – Uciął krót­ko Argen.

 

Reszt­ki stosu wa­la­ły się wśród po­gię­tych ba­rie­rek prze­ciw­tłu­mo­wych. Na placu pa­no­wał chaos. Im­plo­zja spo­wo­do­wa­na roz­dar­ciem wy­wo­ła­ła po­tęż­ne znisz­cze­nia. Po­pę­kał nawet as­falt i fron­ty oko­licz­nych bu­dyn­ków. Wokół sza­la­ły de­mo­ny i widma, które mimo, że roz­dar­cie trwa­ło le­d­wie se­kun­dy, licz­nie wdar­ły się do tego świa­ta.

Pa­pie­ska Gwar­dia Wa­do­wic­ka i woj­ska gar­ni­zo­no­we były za­ję­te walką. Po­li­cja usi­ło­wa­ła opa­no­wać pa­ni­kę i ewa­ku­ować tłum. BOR pró­bo­wał wy­pro­wa­dzić VIP-ów. Nikt nie prze­wi­dział ta­kie­go roz­wo­ju wy­da­rzeń.

Mi­chał stał wśród roz­rzu­co­nych szcząt­ków krzy­cząc w dziw­nym, nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­ku.

Żoł­nie­rze wy­bie­ga­li z por­ta­lu czwór­ka­mi, szyb­ko i bar­dzo bli­sko sie­bie. Zgod­nie z pla­nem ewa­ku­acji zna­leź­li się do­kład­nie za ple­ca­mi Mi­cha­ła. Szyb­ko za­ję­li wy­zna­czo­ne sek­to­ry, a przed­ostat­ni z nich za­apli­ko­wał mu strzał­kę ze środ­kiem usy­pia­ją­cym. Mi­chał nie­mra­wo i już nie­przy­tom­nie spró­bo­wał do­się­gnąć jej ręką. Chwi­lę stał tak, w dziw­nej po­zy­cji, nim upadł.

Sa­ni­ta­riu­sze spraw­nie prze­ło­ży­li go na nosze i ru­szy­li bie­giem w stro­nę por­ta­lu.

Na­jem­ni­cy nie wda­wa­li się w walkę i wy­co­fa­li za ze­spo­łem ewa­ku­acyj­nym. Nikt nie zwró­cił uwagi na nie­wiel­ką skrzy­nię, którą zo­sta­wi­li za sobą.

 

Od chwi­li, gdy medyk wstrzyk­nął Mi­cha­ło­wi wy­bu­dza­ją­cą mie­szan­kę mi­nę­ły może dwie go­dzi­ny. W tym cza­sie po­zwo­lo­no mu się umyć i dojść do sie­bie.

Wpro­wa­dzo­no go do zna­ne­go mu ga­bi­ne­tu. Mistrz już cze­kał z kie­li­chem w dłoni.

Mi­chał stał osłu­pia­ły. Mistrz po­dą­żył za jego wzro­kiem.

– Tak, za­sa­da zmia­ny licz­by zia­ren w ko­mór­kach pod­sta­wo­wych ma­te­rii była mi znana od dawna. Sta­no­wi pod­sta­wę al­che­mii. – Mark­graf pa­trzył z dumą na swoje dzie­ło. – Choć przy­znam, że nie przy­szło mi do głowy tak nisz­czy­ciel­skie jej wy­ko­rzy­sta­nie.

Za oknem, wi­dział nie­wiel­ki z tej od­le­gło­ści obłok pyłu, gazu i ognia ukła­da­ją­cy się w kształt nu­kle­ar­ne­go grzy­ba.

– Wy­ko­rzy­sta­łeś mnie… – wy­szep­tał Mi­chał.

– Nie­ste­ty, te­le­por­ta­cja wiąże się z pew­ny­mi pro­ble­ma­mi – od­parł po chwi­li mistrz. – Więc mu­sia­łem wy­sta­wić cię na pewne ry­zy­ko.

– Ty…

– Spo­koj­nie, Mi­cha­le. – Argen od­wró­cił się do niego. – Od­no­śnie te­le­por­ta­cji, je­stem pe­wien, że chęt­nie po­znasz szcze­gó­ły. W two­jej kom­na­cie po­le­ci­łem zo­sta­wić od­po­wied­nie księ­gi.

– Nigdy nie będę… – Mi­chał uciął zda­nie. Przed ocza­mi sta­nął mu osnu­ty dymem widok z War­szaw­skie­go stosu.

– Gdy­byś nie chciał, nie wy­ko­rzy­stał­byś tej mocy, którą ci dałem, nie byłem wtedy w sta­nie zmu­sić cię do cze­go­kol­wiek – po­wie­dział Argen do­bit­nie. – Ale chcia­łeś, i oka­za­łeś się na­praw­dę obie­cu­ją­cym adep­tem.

– To zna­czy? – spy­tał Mi­chał zre­zy­gno­wa­ny.

– Opła­ci­ło się cie­bie ra­to­wać.

Koniec

Komentarze

Jest jakiś pomysł na fabułę. Nawet mi się spodobało spojrzenie na problematykę. No bo faktycznie – co bojownicy o wiarę zrobiliby z takim “swoim”?

Poza tymi refleksjami niewiele mnie zainteresowało, ale ja w ogóle nie przepadam za militariami.

Interpunkcja mocno kuleje. Coś się posypało przy kopiowaniu na początku.

Parciany pas nośny strzelił, gdy nieoczekiwanie wyprostował rękę,

Uważaj na zgubione podmioty. Z tego zdania wynika, że pas miał rękę.

– Jestem kapral Michał Serduik, 4 Ochotniczy Pułk Piechoty Zmotoryzowanej…

Liczby w beletrystyce raczej piszemy słownie, a w dialogach już obowiązkowo. No bo jak wymówić 4?

Babska logika rządzi!

Dziękuję za Twój komentarz. Wskazane błędy poprawię, ale na swoją obronę odnośnie “4” dodam – nigdy nie spotkałem się z słownym zapisem numerów jednostek wojskowych, więc w tej formie wygląda to dla mnie dziwnie.

Początek spodobał mi się najbardziej, był intrygujący. Wraz z pojawieniem się Mistrza i nauki nieco straciłam zainteresowanie, a końcówka wydała mi się strasznie chaotyczna. Samego zakończenia chyba nie zrozumiałam.

Jest sporo powtórzeń i zagubionych przecinków.

wroga z większej części aglom

Wasza Eminencjo,

eracji. Sytuacja na froncie jest już stabilna.“

Chyba się Eminencja przesunęła z początku w środek ;P

 

“ciężko określić te pozostałości“ –> nie ciężko, a trudno/niełatwo

 

“ponieważ ludność[+,] która ocalała koniunkcję“ – ocalała koniunkcję? Nieprawidłowe sformułowanie, raczej: przetrwała

 

“Wstawać[+,] debile!“

 

“Wyznaczony w plutonie szafarz biegł okopem między stanowiskami. Kropił broń, sprzęt, ludzi, betonowe wzmocnienia okopów – słowem wszystko[+,] co się dało.“ – W jakim znaczeniu używasz tu słowa “szafarz”?

 

“– Masz święconkę? – spytał, zbliżając się do stanowiska Michała“ – Kto spytał? Brak dookreślenia podmiotu; ostatnim nie był szafarz, bo poprzednie zdanie dotyczyło tyk z głośnikami.

 

“– Mam – odpowiedział“ – Jak wyżej, brak dookreślenia podmiotu. Kto odpowiedział?

 

“…posłał w nie pół magazynka.

(…)

Przyklęknął, żeby zmienić magazynek.“

Straszne marnotrawstwo, skoro zmieniał magazynek opróżniony tylko w połowie ;p

 

“Kilkanaście metrów przed jego pozycją[-,] stałą ogromna humanoidalna postać.“ – literówka: stała

 

“Zatracał się w nich, czuł, jak obca wola delikatnie wpełza do jego myśli. Czuł obcego, oślizgłego robaka obcej jaźni.“ – zdecydowanie za dużo tej obcości

 

“Wrażenie było tak silne, że omal nie spadł z łóżka.“ – Nie rozumiem. Jakie wrażenie? Wrażenie czego?

 

“Pokój był duży, wysoko sklepiony, były w nim jedynie łóżko…“

– mamy tu też powtórzenie słowa “łóżko” w dwóch kolejnych zdaniach, przy okazji.

 

“weszła wraz z zbrojną strażą.“ → ze

 

“Strażnicy mieli na sobie błyszczące polerowaną stalą zbroje płytowe, pięknie, aczkolwiek zupełnie niepraktycznie cyzelowane w roślinne wzory. Obaj mieli długie…“

 

“– Szaty zastaniecie w szafie – powiedział.“ – Raz, że raczej “znajdziecie” niż zastaniecie, dwa – kto powiedział? Brak dookreślenia podmiotu, a poza tym dopiero co to była “nieokreślonej płci postać”. Ta postać, nie “on”.

 

Pomieszczenie wyglądało jak gabinet. Wyłożone gustowną boazerią ściany sprawiały miłe, przytulne wrażenie. Jedyne umeblowanie stanowiło przestronne, eleganckie biurko z wymoszczonym aksamitem fotelem. Dzięki potrójnym, gomółkowym oknom pomieszczenie było zalane miłym, ciepłym światłem.“

– tu oczywiście pewnie się czepiam, ale “przestronny” nie jest określeniem, które pasuje mi do biurka… A w każdym razie nie do zamkniętego biurka, którego wnętrza nie widzimy.

 

“– Witaj w moich skromnych progach[+.]gGospodarz skinął ręką, a cherubiny wyszły bez słowa.“

 

“Nie odpowiedział, głównie dlatego, że nie wiedział co odpowiedzieć.“ – Kto nie odpowiedział? Znowu brak dookreślenia podmiotu (ostatnim był gospodarz).

 

“Spojrzał za okno.“ – Kto?

 

“– Nie wiem nawet[+,] z kim rozmawiam.“

 

“– Jestem Argen ein Venfict, Markgraf ziem na których cię pojmano – powiedział otwierając środkowe drzwi. – Dowodzę chorągwiami, z którymi walczą twoi rodacy.

– Moi ludzie nie biorą jeńców[+.] – Markgraf wyszedł na taras i oparł się o balustradę, wspartą na miniaturowych kolumnach doryckich.“

Dlaczego kwestie dialogowe, które wypowiada ta sama osoba, rozbiłeś na dwie części, zaczynające się w nowych akapitach?

 

“Podchodząc podniósł z pliku leżących kartek nożyk do otwierania listów.“ – Jesteśmy na tarasie, to nie jest naturalne miejsce dla “leżących kartek”. Gdzie leżały, na czym? Był tam jakiś stolik, mebel?

Nie wspominając o tym, że byłam przekonana, że to Markgraf wziął nożyk, bo podmiot nie został zmieniony i nie ma żadnej wskazówki mówiącej, że zrobił to Marcin…

 

“Podejdź do mnie, drętwienie zaraz minie.“ → odrętwienie

 

“Stanął obok niego, masując bolące przedramię.“ – Kto stanął?

 

“– Rozejrzyj się. U twych stóp leży miasteczko Tegernesse. Tu będziemy osiedlać wiernych nam ludzi[+.]sSpojrzał na Michała.“ – Kto spojrzał?

 

“– Nie, ostatnie co pamiętam to kolacja i wieczorna msza – odpowiedział, uznając że“ – Kto odpowiedział?

 

“– Ekranowałeś i refleksowałeś intencję demona[+.] – Argen patrzył na Michała przeszywająco.“

 

“– Aperentność[-,] to otwartość na przepływ energii, mocy która tworzy magię. To twój dar i talent, który stanie się prawdziwie wartościowym, gdy go oszlifujesz[+.]pPołożył mu rękę na ramieniu.“ – Kto położył?

 

“– Rozumiem twoją reakcję i nie będę tego traktował jak odpowiedzi[+.] – Markgraf uśmiechnął się,[+spacja]tym razem nie pokazując zębów.“

 

“– Nie zamierzam …“ – a tu zbędna spacja przed wielokropkiem

 

“– Wiwikremacja …“ – j.w.

 

“– Masz kilka dni, oddaję do twojej dyspozycji komnaty dla gości. sSą bezpośrednio połączone z biblioteką.“

 

Hmm… Niby opisujesz pobieżnie rozmówców bohatera, ale nie nadajesz im żadnych “demonicznych” cech. Czy w takim razie czytelnik powinien zakładać, że Markgraf oraz strażnicy wyglądają jak ludzie? (pomijając wzmianki o chudości/wysokości?).

 

“– Michale – powiedział Markgraf – jeżeli mam cię uczyć arkanów, musisz opanować język, w którym napisane są te wszystkie księgi[+.]wWskazał zalegające na półkach tomiszcza.“

 

“– Kolejny raz powtarzam, chart jest więcej, ponieważ oznaczają całe sylaby[+.] – Argen patrzył na niego z politowaniem.“

 

“– Pamiętam. Po prostu …“ – znowu zbędna spacja przed wielokropkiem

 

“– Jeśli przejdziesz go pozytywnie, rozpoczniemy naukę właściwą[+.]nNauczyciel nawet nie otworzył oczu.“

 

“– Jeśli przejdziesz go pozytywnie, rozpoczniemy naukę właściwą – nauczyciel nawet nie otworzył oczu. – Jestem pewien, że sobie poradzisz, tak z testem, jak z nauką. Twoja znajomość języka pozostawia jeszcze wiele do życzenia, lecz dalej doskonalić się możesz już podczas nauki Arkanów.“

– anyway, wcześniej “arkana” pisane były małymi literami, dlaczego nagle stały się Arkanami?

 

“– Stań na środku, na tej sześcioramiennej gwieździe.

Stanął we wskazanym miejscu. Był teraz dokładnie na środku sali“

 

“Uświadomił sobie, że we wszystkich innych pomieszczeniach[-,] światła dostarczają rozliczne lampy i plafony.“

– czy to na pewno plafony dostarczały światła…?

 

“Przyjrzał się konstrukcji nad swoją głową i dostrzegł, że nie ma tam miejsca na żaden płomień ani żarówkę.

– Spójrz mi w oczy – powiedział rozkazująco Mistrz.

Szlifowane kryształy podzwaniały nad jego głową.“

– płomień albo żarówkę? Czy nie powinno być raczej: świecę albo żarówkę? Na płomień to pewnie miejsce by się znalazło…

 

“Nagle wszystko ucichło, jakby ktoś nakrył go grubym, szklanym koszem.“ – Domyślam się, że literówka: kloszem.

 

“Michał czuł, że robi krok w jego stronę.“ – Kto robi krok w czyją stronę?

 

“– Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio! – Michał czuł, że robi krok w jego stronę. – Contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium. Imperet illi Deus, supplices deprecamur!

– Tuque, Princeps militiae Caelestis, satanam aliosque spiritus malignos!tTrzy postacie zbliżyły się, głośno odmawiając modlitwę. Zmusił się do odwrócenia głowy w ich stronę.“

 

– Amen!Kkrzyknęli jednocześnie.“

 

– Amen!Krzyknęli jednocześnie. Michał się zatrzymał.

Vade retro satanis!krzyknął stojący przed nim żołnierz.“

 

“Czuł[+,] że przekrzywia głowę.“

 

“Czuł[+,] że tonie.“

 

“– Wiesz, dlaczego przenajświętsza Rzeczpospolita nie podzieliła losu Francji i Niemiec? – przesłuchujący zaczął[+,] nie dając mu nawet czasu na wzięcie oddechu.“ – Albo Przesłuchujący zaczął, albo trzeba odwrócić szyk: zaczął przesłuchujący.

 

“łapczywie łapiąc“ – bardzo niefortunne złożenie

 

“– Rzecz jasna, było kilka czynników – kontynuował[+.]pPrzestarzały sprzęt“ – Kto kontynuował?

 

“etc. etc. etc.“ – w tekstach beletrystycznych nie stosujemy takich skrótów. Wypada napisać dokładnie, co kto powiedział. Bo co powiedział dany człowiek? “Etckropka” czy “et cetera”?

 

“Lecz wiesz co było najważniejsze? … Wiara!“ – znowu niewytłumaczalna spacja przy wielokropku…

 

“– I dlatego, śmieciu, jesteś taki kurwa niebezpieczny[+.]pPatrzył Michałowi z bliska w oczy.“

 

“– Bo wrzuciliśmy cię właśnie do wanny jebanej wody święconej, a na tobie nie ma nawet znaku[+.]uUsiadł i zapalił papierosa.“

 

“– Jestem kapral Michał Serduik, 4 Ochotniczy Pułk Piechoty Zmotoryzowanej…“ – Nie 4, tylko Czwarty

 

“– Morda w kubeł! – aAż opluł stół wypluwając papierosa.“ – Kto opluł? I ponownie: “opluł wypluwając” to niefortunne złożenie

 

“– Odpowiadaj na pytania …“ – Zbędna spacja

 

“– Dlaczego niby …“ – j.w.

 

“– Ponieważ[+,] majorze[+,] nie chcecie, aby Święte Oficjum odniosło wrażenie, że mi przeszkadzaliście[+.]uUśmiechnął się nieładnie…“ – Dlaczego kończysz wielokropkiem?

 

 

Ok. Przyznam, że zainteresował mnie wykreowany przez Ciebie świat. Podoba mi się wątek wojen demoniczno-religijnych po – zasugerowanym – jakimś rodzaju Apokalipsy. Tyle tylko, że urywasz w momencie, w którym opowiadanie tak naprawdę dopiero się zaczyna. To nie jest opowiadanie, to jest fragment. Niczego nie tłumaczysz. Nie wiemy, dokąd bohater trafił, z kim rozmawiał, kto go uczył i w jakim celu. Nie wiemy, co teraz bohater zrobi po powrocie do świata “ludzi”. Wprowadzasz na samiutki koniec postać księdza, która najwyraźniej ma znaczenie, a o której nic nie wiadomo… A szkoda. Rozwiń to. Bo w tej formie tekst jest po prostu niepełny, a taki nie może dostarczyć satysfakcjonującej lektury.

 

Przy okazji – jeśli coś dopiszesz i domkniesz tę opowieść – zachęcam do dodania tagu “Alternatywy”. Akurat mamy na portalu taki konkurs. A Twoje uniwersum zdecydowanie się łapie na świat alternatywny ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim, postaram się pójść za Twoją radą i dopisać coś jeszcze, cieszę się, że spodobał Ci się koncept. Co do szafarza – chodziło o osobę świecką, która ma możliwość udzielania niektórych sakramentów.

Dziękuję też za pracę w znalezienie tych wszystkich błędów (już poprawione).

Czytałam z ciekawością, by na koniec doznać rozczarowania mało satysfakcjonującym finałem. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że, zgodnie z deklaracją, postarasz się jeszcze, by opowiadanie miało porządne zakończenie. ;-)

 

mgła za­le­ga­ła w za­głę­bie­niach te­re­nu sza­ro-błę­kit­nym opa­rem. – Mgła, to opar.

Proponuję: …mgła za­le­ga­ła w za­głę­bie­niach te­re­nu sza­robłę­kit­ną warstwą.

 

Dłoń za­ci­snę­ła się na chwy­cie broni… – Co to jest chwyt broni? Dłonią można coś chwycić i ścisnąć, ale nie wiem, jak dłoń może zacisnąć się na chwycie.

 

pod­wład­ni za­bra­li z pola bitwy? - Mi­chał wbrew woli… – Po pytajniku, zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

Mark­graf uśmiech­nął się,tym razem nie po­ka­zu­jąc zębów. – Brak spacji po przecinku.

 

bę­dziesz mu­siał zro­bić ko­le­ny krok. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, nie ukrywam, że cieszy mnie taka opinia od Ciebie :) Nad dopisaniem już pracuję i jestem na dobrej drodze.

Jestem przekonana, że dobra droga zaprowadzi Cię do celu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kilkanaście metrów przed jego pozycją[-,] stała ogromna humanoidalna postać

Ciemność zapadła dopiero[+,] gdy z impetem uderzył w ziemię.

Sufit zdobił ogromny fresk, przedstawiający paradujące

Markgraf wyszedł na taras i oparł się o balustradę, wspartą na miniaturowych kolumnach doryckich

Do dwóch powyższych: teoretycznie te przecinki mogą sobie być. Ale przyjrzyj się, jak w literaturze zapisuje się zdania zawierające przydawki imiesłowowe. Zaleca się umieszczanie ich przed rzeczownikiem (wspartą… balustradę, przedstawiający paradujące… fresk), choć z tego, co widziałem, częstszym rozwiązaniem jest Twoja metoda, ale bez przecinka (przecinek wyłącznie wtedy, gdy jest to dopowiedzenie, wtrącenie… no, dużo jest tych wyjątków w sumie;). To w ogóle jeden z trudniejszych tematów w interpunkcji.

 tak będziesz musiał zrobić koleny

Chyba cię pojebało – odparł Michał spokojnie.

To uderza tak nagle, że aż nie pasuje do reszty w tym swoim osamotnieniu.

Robię [,+] co mogę, nic nie poradzę,

Wszystkie uwagi są oczywiście subiektywne, nie jestem żadnym teoretykiem, wypowiadam się wyłącznie na podstawie własnego gustu.

Więc tak, nie moja tematyka, demony vs wiara, trudne to dla mnie do przełknięcia. Gdy się nad tym głębiej zastanowię, to właściwie jest potencjał, lecz jakoś go nie poczułem w trakcie lektury. Mam jednak spore wymagania co do języka (kiedyś nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy) i czasem najlepszy tekst mnie odrzuca, gdy technicznie jest poniżej pewnego, wydumanego, poziomu. Tu dramatu nie ma, ale też i żadnych ochów i achów. Taka przeciętna poczekalni. Może przydałoby się popracować nad płynnością i brzmieniem (rytmem) tekstu.

Podobała mi się natomiast dbałość o szczegóły, brak monotonii i mnogość pomysłów.

Zdziwiła mnie nieco uwaga odnośnie Rosji. Prawosławie, przynajmniej wedle moich obserwacji, dużo silniej zakorzenia się w społecznościach, gdyż ma pewien kompleks niższości (przekuty w poczucie siły i jedności – znamy to skądś?). Jak widać, nie bez podstaw.

Mam nadzieję, że pomogłem.

Vargu, Twój komentarz subiektywnie uznam za bardzo pomocny :) Wezmę sobie uwagę do serca i zwrócę na to uwagę (szczególnie, że nie pierwszy mi o tym piszesz).

Czytam, czytam, skoro się poszerzyło…

 

“– Rzecz jasna, było kilka czynników – kontynuował – przestarzały sprzęt” – kontynuował kto?

 

“stosunkowo młoda, jednorodna populacja, et cetera Lecz wiesz co było najważniejsze?“ – brak kropki na końcu zdania

 

“Walnął pięścią w stół i wstał.“ – znowu: kto?

 

“Patrzył Michałowi z bliska w oczy.“ – j.w. Raz nazwałeś podmiot mówiący “przesłuchującym”, ale potem skaczesz pomiędzy nim a Michałem, nie dookreślając tego.

 

“– Morda w kubeł! – Major aż opluł stół gubiąc papierosa.“ – I nagle wyskakujesz z jakimś majorem, którego wcześniej nie przedstawiłeś…

 

“– Ponieważ[+,] majorze[+,] nie chcecie, aby Święte Oficjum odniosło wrażenie, że mi przeszkadzaliście[+.]uUśmiechnął się nieładnie…“ – To zdanie nadal nie poprawione, poza usunięciem wielokropka ;)

 

“– Spokojnie[+,] synu“

 

“a nie zdarty, polowy mundur, ale i tak go poznał.

– Spokojnie synu – powiedział kaznodzieja. – Usiądź.

Posłuchał, niepewnie opuszczając się na siedzenie. Ksiądz zajął miejsce po drugiej stronie ławki.

– Wybacz polowe warunki.”

 

“Kapelan siedział patrząc na więźnia przenikliwym wzrokiem. – Czy chcesz mi jeszcze o czymś opowiedzieć?

Michał bał się jego wzroku, ze spuszczoną głową patrzył pod swoje nogi.“

 

“po nerwowo przedłużającym się milczeniu.“ – niezgrabne

 

“– Nie zrobiłem niczego złego[+,] ojcze.“

 

“flegmatycznie wyglądając za okno“ – flegmatycznie niezbyt pasuje do wyglądania przez okno

 

“– Lecz musisz pamiętać, że wyroki sług inkwizycji są surowe. Muszą takie być.

– Mam czyste sumienie…

– Uścisnąłeś rękę Złego. Przyjąłeś jego nauki. – Kapelan odwrócił się szybkim ruchem od okna.

Musiałem…”

 

“i przez tą zgodę parałeś się magią“ – tę

 

“– Wszystko[+,] co wiedziałem, wyjawiłem już wcześniej – odparł Michał.“

 

“Powinien już przywyknąć. Która to już rozprawa?“

 

“ogłosił gdy wszyscy wstali.– Sąd w składzie tu“ – brak spacji przed półpauzą

 

“Światło, które wdarło się przez otwarte drzwi wana, oślepiło go na chwilę[+,] potęgując obezwładniający strach.“

 

“ubrany w galowe mundury poczet“ – hm, to nie poczet był ubrany w mundury, tylko tworzący go ludzie…

 

“Deski, na których siedział[+,] zaczynały parzyć go“

 

Powoli przestawał widzieć otaczający go jeszcze świat. Dym i naftowe opary pozbawiały go powoli przytomności.“

 

“– Nie. – Stanowczo wszedł mu w słowo markgraf.“ – albo bez kropki po nie i “stanowczo” małą literą, albo trzeba odwrócić szyk zdania po półpauzie: Markgraf stanowczo…

 

“– Decyzja zapadła. – Uciął krótko Argen.“ – j.w.

 

“Implozja spowodowana rozdarciem wywołała potężne zniszczenia.“ – rozdarciem czego?

 

“Wokół szalały demony i widma, które mimo [+tego], że rozdarcie trwało ledwie sekundy” – wiem, że to generuje powtórzenie (tego świata), ale można je wyeliminować, a tutaj wyraźnie “tego” brakuje…

 

“Od chwili, gdy medyk wstrzyknął Michałowi wybudzającą mieszankę[+,] minęły może dwie godziny.“

 

“Za oknem[-,] widział niewielki z tej odległości obłok pyłu”

 

Tak, teraz opowieść ma zakończenie – otwarte, ale zakończenie ; ) Fajnie, że zdecydowałeś się ją rozwinąć i dorzucić tekst do konkursu ;)

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo dziękuję za ponowną lekturę i ponowne wyszczególnienie błędów :) Przyznam, że potwornie wstyd mi za te niepoprawione.  Obiecuję zająć się tym jak tylko znajdę chwilę. Mam nadzieję, że dopisane zakończenie się podobało :)

Owszem, całkiem, całkiem ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka