- Opowiadanie: Loocikowski - Klątwa Doliny Wiatrów

Klątwa Doliny Wiatrów

Witam, to moje pierwsze opowiadanie zamieszczone na tej stronie. Zwykle stroniłem od internetów i nie jestem przekonany czy powinienem je wstawić tutaj czy na betalistę, ale co tam. Proszę nie szczędzić batów.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Klątwa Doliny Wiatrów

Poszarzałe niebo przecięła błyskawica. Wiatr początkowo kołyszący zbożowymi kłosami nabierał rozpędu i przyganiał granatowe chmury. Powietrze oziębiło się wyczuwalnie.

Huknął grzmot.

Okutany w płaszcz jeździec zaklął i przyganił bułaną klacz do szybszego galopu.

W blasku kolejnej błyskawicy zamajaczył wysoki wiatrak i zarysy rozrzuconych wokół niego chat.

Gruchnęło tak, że aż zadudniła ziemia. Koń spłoszył się i stanął dęba. Gorin przyłożył rękę do łęku, drugą kreślił w powietrzu znaki dziwnie wyginając palce. Kobyłka pochyliła łeb i uspokoiła się momentalnie.

Wichura nabierała mocy. Strzechy na chatach groziły zerwaniem. Jedno ze skrzydeł wiatraka straciło kilka klepek. Spadły w mokrą, rozmiękłą od deszczu ziemię.

Nagle wszystko ucichło.

Lało i grzmiało, ale nie było słychać najmniejszego dźwięku. Na chwilę przestało szumieć zboże, przez moment zamilkło rozgniewane niebo. Taka cisza mogła oznaczać tylko jedno.

 Magię.

 Wokół zrobiło się ciemno, powietrze zgęstniało w nieprzenikniony opar. Z mgły powoli wyłaniały się upiory, obleczone w strzępy materiału i przerdzewiałe zbroje. W wysuszonych, trupich dłoniach ściskały stare, szerokie miecze i topory o spękanych styliskach. W płonących zimno oczach czaił się wiecznie niezaspokojony głód.

Tym razem klacz nie dała się opanować. Gorin zwinnie zeskoczył na ziemię unikając zrzucenia. Koń pędził jak oszalały przez pola. Prędko zniknął we mgle.

 Gorin wyciągnął miecz ze skórzanej pochwy i bez chwili wahania wpadł między zjawy.

Upiory były niesamowicie szybkie, żaden zwykły człowiek nie miałby z nimi szans.

Ale Gorin nie był zwykłym człowiekiem. Był Czarownikiem.

Zwijał się między nimi w unikach, parował ciosy niemożliwe do sparowania. Kolistymi, szerokimi cięciami osłaniał się od zagrożenia. Runy wyryte na długiej  klindze jarzyły się jasnym światłem.

Po każdym uderzeniu widma bladły, pierzchły i rozwiewały się. Gorin był zły. Czuł jak wściekłość zalewa go kolejnymi falami, przyspiesza ruchy, wyostrza zmysły. Oddał się całkowicie pasji, czuł ogarniającą go siłę. Bez żadnych zaklęć, bez gestów uwolnił z siebie moc, pierwotną, brutalną i czystą. Fala energii uderzyła w upiory niszcząc zupełnie ich cielesne powłoki.

Na polu pszenicy, wśród falujących kłosów pozostały jedynie szare strzępy płaszczy

i kawałki strzaskanych pancerzy.

Czarne chmury rozwiewały się, mgła opadła. Światło zatriumfowało ponownie.

 

II

 

– Ależ nam się trafiło! Gordon Ross uśmiechnął się i tęgo pociągnął z kufla. – Czarownik, tutaj w dolinie Wiatrów, w naszym małym Połońcu! Niech mnie cholera jeśli nie jesteś Czarownikiem. Mam rację?

– Masz – Gorin odgarnął długie, ciemne włosy i zabrał się do podanej mu jajecznicy zrobionej przez gospodynię – tęgą kobietę o surowym spojrzeniu. Darował sobie dobre maniery. Od dawna był na szlaku.

– Zakładam, że po tym co wczoraj widziałeś nie odjedziesz zaraz po śniadaniu co? Nie zostawisz nas tym umarlakom na obiad?

– Dobrze zakładasz – odparł Gorin smarując grubo smalcem ogromną pajdę chleba. Opowiedz mi o wszystkim ze szczegółami. Niczego nie pomijaj.

– Po prawdzie to nie mam za wiele do gadania. Przybyłem tu niedawno, ta cała ziemia należy do spółki Vastera i Hormeda z Targaru.

– Targar jest daleko stąd.

– Dlatego na odległą prowincje wysłali mnie jako zarządcę – Gordon wypiął się dumnie.

Jego córka, zamiatająca w kącie izby parsknęła cicho i puściła oko do Gorina. Uśmiechnęła się przy tym. Ładnie.

– Nissa nie kręć się tutaj, tyle razy mówię – Gordon spojrzał na nią i zmarszczył groźnie brew.

– Czyli nie znasz historii tego miejsca? Nie wiesz skąd się mogła wziąć klątwa? – zapytał

Gorin odwracając wzrok od kołyszących się, dziewczęcych bioder.

– Nie, ale wiem kto może coś wiedzieć. Te ziemie kupiono od Tarcha Radlego. Jego

ojciec założył to miejsce, zbudował wszystko wraz z osadnikami. Własnymi rękoma

stawiał wiatrak, którym mielimy zboże, sam kładł strzechę na chaty i obsiewał pola. Synalek nie był już taki pracowity. Cięgiem jeno durchy urządzał i popijawy. – Po śmierci ojca wszystko popadło w ruinę. Większość ludzi odeszła, a Tarch nie widząc innego wyjścia sprzedał ziemię i zostawił sobie jedynie niewielkie poletko. Jeśli ktoś zna te tereny to właśnie on. Możesz jeszcze zapytać jego syna, Missego. Nie jest taki zły, chyba wdał się raczej w dziadka, bo nie tylko swoje obrabia, ale i mi często pomaga.

– A upiory? Co możesz mi o nich powiedzieć?

– Ano sam widziałeś najlepiej – Ross podrapał się w wielką, siwą głowę. Straszne są, pojawiają się o każdej porze dnia i nocy. Zazwyczaj straszą jeno trochę i zaraz znikają. Raz tylko parobka jednego nie znaleźliśmy…, ale tak po prawdzie to bandyci mogli być. Grasuje tu teraz psich chwostów cała zgraja. Robić im się nie chcę to i plądrują kogo popadnie. Aż dziw żeś na nich nie trafił. Kręcą się po drogach, po ruinach… widziałeś ruiny po drodze? – Ha, pewnie że nie widziałeś, trzeba się zapuścić trochę w las żeby je zobaczyć, a tyś gnał gościńcem. – Kiedyś podobno było to wspaniałe miasto. Później zjawili się tam osadnicy i w obrębie starych, ale wciąż jeszcze trzymających się murów założyli wioskę. Nawet młyn wodny mieli, jednak kiedy rzeka zaczęła wysychać wynieśli się. Tak przynajmniej mówili mi miejscowi i jak już się pewnie domyślasz…

– W ruinach straszy. Jasne. W każdych ruinach i starych zamczyskach straszy. Zwłaszcza jeśli w okolicy są ludzie, którzy w to wierzą.

 

III

 

Na drodze prowadzącej do ruin leżał pijak. Gorin dzięki ponadprzeciętnie wyczulonym zmysłom poczuł  go wcześniej niż zobaczył, usłyszał też szelest i posykiwanie w pobliskiej tarninie.

Co najmniej czterech ludzi dyszących głośno. Zasadzka.

Gorin trącił pijaka czubkiem buta.

– Czego? – zabulgotał niewyraźnie mężczyzna. Przez chwilę przyglądał się Gorinowi małymi, świńskimi oczkami. Jego wzrok zatrzymał się na długiej rękojeści miecza wystającej znad barku.

– Nie mam nic do ciebie, ale jak mnie ruszysz to zawołam chłopaków i…

– Spokojnie – powiedział Gorin unosząc ręce. – Jestem czarownikiem. Ross wynajął mnie do zdjęcia klątwy upiorów.

– A, no to zdejmuj sobie do woli mnie tam za jedno, to już nie moje – pijak wykrzywił

na chwilę usta w złośliwym grymasie.

– Ty pewnie jesteś Tarch. – Słyszałem, że znasz dobrze okolicę.

– Ha, mój ojciec założył osadę, którą Ross teraz nieudolnie zarządza. Znał się na magii wiesz? – Tarch spojrzał na niego spode łba. – Skumalibyście się. Podobno kiedyś udało mu się nawet zatamować dopływ wody w rzece i wygnać tych cholernych… taaak, ale to cię pewnie nie interesuje co?

– Interesuje mnie, a jakże, niemal tak bardzo jak ci chłopcy, których przed chwilą chciałeś wołać.

– A nie gniewajcie się panie. – Żachnął się Tarch – Ja tak tylko postraszyć chciałem, myślałem żeście zbój, zbójów u nas tyle… – Ręce pijaka drżały, Tarch pocił się i strzelał świńskimi oczkami od krzaka do krzaka.

Kłamał.

– Oczywiście – mruknął Gorin, nieciekawy dalszej konwersacji.

 Gadanie o ojcu – czarodzieju brzmiało raczej na czcze przechwałki, a bandyci czyhający na gościńcu nie byli jego celem. Nie chciał łamać kodeksu. Zarówno tego, który mu odgórnie narzucono, jak i swojego własnego.

– Do ruin pewnie pójdziesz? Stamtąd upiory myślisz tropić? – powiedział Tarch, wciąż rozglądając się nerwowo na boki.

– Pójdę. Może zimne kamienie powiedzą mi więcej niż ludzie.

 

***

 

Resztki budynków i murów zbudowanych z białych, grubo ciosanych kamieni sterczały smętnie z ziemi, dając jedynie nikłe wyobrażenie o ich dawnej wspaniałości.

Gorin w przeciwieństwie do Rossa i wieśniaków z Połońca wiedział co to było za miasto. Dawno temu, gdy wciąż jeszcze silny był kult Pięciu Bogów, na tych terenach wznosili swoje twierdze Illithowie.

Byli to ludzie okrutni i surowi, czczący Charnela, Boga śmierci, wojny i rzezi. W swoich twierdzach zwykli składać krwawe ofiary z każdego kogo zdołali pochwycić wyprawiając się na dalekie, łupieżcze wyprawy. Gorin wiedział, że wynieśli się z Doliny Wiatrów dawno temu, jeszcze przed czasami Oczyszczenia. Dziwiło go natomiast, że jacyś osadnicy próbowali założyć wioskę w takim miejscu. Jeszcze bardziej dziwiło go jak niedaleko Illithckiej twierdzy utrzymał się Połoniec.

Mijając zrujnowany młyn zatrzymał się na chwilę. Spojrzał na zniszczone koło z wyłamanymi przegrodami. Drewno, z którego było zrobione zsiniało i popękało zupełnie, gatro wyglądało jak skonstruowane z kości. Za młynem, obok leżącej w gruzach chaty stał niewielki, kamienny ołtarzyk. Gorin przejechał palcem po granitowej powierzchni. Te same zdobienia, ta sama technika obróbki co przy murach; najpierw przełup dużych kamieni płaską stroną do zewnątrz, następnie dodanie w środek małych ułomków i zaprawy z odpadów rzeźniczych i padliny.

– Illithowie. – Pomyślał Gorin. – To nie żadni osadnicy, tylko potomkowie tych, którzy zbudowali to miasto. Wrócili na swoje ziemie, a później…

– Czarowniku jesteś tu?

Nissa szła niepewnie przez zniszczone miasto podtrzymując fałdy lnianej, niebieskiej sukienki. Słońce oświetlało jej upstrzoną piegami twarz.

– Spotkałaś po drodze Tarcha i jego bandę? – Gorin próbował przygładzić trochę, sterczące na wszystkie strony czarne włosy. Bezskutecznie.

– Szłam na przełaj przez las, niebezpiecznie teraz na drogach. Skąd wiesz, że Tarch kuma się z okolicznymi zbójcami? – zapytała patrząc na niego ze zdziwieniem.

– Skądś musi brać gorzałę, zresztą mnie nie da się oszukać chowaniem po krzakach.

– Wyczułeś ich magią? – Bursztynowe oczy dziewczyny rozszerzyły się.

– Nie musiałem. Ojciec wie, że tu jesteś?

Nissa przygryzła nerwowo wargę.

– No dobrze. Nic mu nie powiem, ale po co szłaś za mną tak daleko?

– Żeby cię ostrzec. Tatko nie powiedział ci całej prawdy. Kiedyś w tej wiosce żyli źli ludzie, okrutni ludzie…

– Illithowie – wpadł jej w słowo Gorin.

– …byli tu jeszcze zanim ojciec Tarcha, Drossim Radly założył Połoniec. Później się wynieśli, ale po kilku latach wrócili ich potomkowie. Nie dali rady odbudować miasta, zamiast tego założyli niewielką wioskę. Drossim bał się, że mu zagrożą i czarami osuszył rzekę, nawet teraz biegnie tędy jedynie wąski strumyczek. Tamci gdy tylko zaczęło brakować wody do ich młyna zaczęli organizować napady na wioskę Radlego…

– Bo Radly miał wiatrak! – Gorin znowu przerwał opowieść. – Zwykły koźlak, ale bez rzecznego prądu był jedyną alternatywą dla Illithów. – Nie chcieli się zniżać do prymitywnych żaren, łatwiej im było podbić sąsiednią wioskę.

– Tak, ale ojciec Tarcha to przewidział. Na skrzydłach swojego wiatraka umieścił runy mające chronić go przed napadami sąsiadów.

– Skąd to wszystko wiesz? – Gorin nie krył przed nią zdumienia.

– Misse mi powiedział. Ojciec mu zakazał, ale ja się Missemu podobam i on dla mnie wszystko zrobi. – Oczywiście ja nie z takich co je byle parobek może urobić – Nissa uśmiechnęła się znacząco.

– Oczywiście – mruknął Gorin. Ross nie powiedział mu, że ojciec Tarcha znał się na magii. Cholera, on sam w to nie uwierzył, a jednak, kiedyś Moc była potężniejsza niż teraz. Kto wie czym parał się Drossim zanim postanowił założyć swoją wioskę.

Wszystko zaczęło się układać. Upiory pojawiły się w czasie burzy, gdy wiatrak stracił kilka klepek. Później go naprawiono, w zasadzie nie ma zagrożenia jeśli tylko…

– Muszę natychmiast wracać do wioski – powiedział Gorin blednąc nagle. – Zostań tu i nie wracaj, dopóki nikogo po ciebie nie poślę.

– Ale to miejsce jest takie strasznie – Nissa pochyliła się. Promienie słońca igrały z jej cymofanowym naszyjnikiem, zawieszonym między pełnymi piersiami.– Chyba nie zostawisz mnie tu samej?

– Nie mam innego wyjścia. Zostań tu. Wrócę po ciebie Nisso, obiecuję.

– Akurat.

IV

 

– Jesteś w końcu hultaju, czartowska przybłędo! – Tarch Radly mając za sobą czterech drabów czuł się o wiele pewniej niż przy pierwszym spotkaniu. – Nie trzeba ci było wtykać nosa w nie swoje sprawy, to moje ziemie i to ja zadecyduję, które klątwy trzeba odczyniać, a które nie.

– Zejdź mi z drogi Tarch, nie mam ochoty cię zabijać – Gorin zrobił krok do przodu, trzymając rękę blisko rękojeści miecza.

– Ach tak, widzę że nawet rachować nie umiesz niezguło – Radly spojrzał na niego z wyższością kapłana pouczającego prostaczka. – Pięciu na jednego daje dla ciebie bardzo niekorzystny rachunek.

Rzucili się na niego cicho i sprawnie, bez żadnej komendy czy rozkazu. Byli pewni, że bez problemu otoczą go i zabiją. Nie wiedzieli jak szybki może być czarownik w bojowym szale.

Zmysły wariowały, instynkt brał górę nad rozumem. Uniki i zwody wykonywały się same, płynne, arytmiczne i niemożliwe do przewidzenia. Cięcia zaskakiwały kątem i siłą uderzenia. To było jak walka z kilkoma przeciwnikami naraz skupionymi w jednym miejscu.

Ostrze Gorina wydawało się rozdzielać na dwoje, myląc i narzucając mordercze, niemożliwe do zniesienia tępo.

Bandyci padali jeden po drugim pod morderczymi razami czarownika. Tarch cudem uniknął złowieszczego brzeszczotu tylko po to by dostać się prosto pod wymachującego nasiekiem draba

w zielonym kapturze. Tęgo nabita maczuga wyrżnęła go w twarz, wgniatając małe, świńskie oczka jeszcze głębiej w oczodoły. Drab panicznie próbował wyrwać oręż z głowy niedoszłego herszta.

 Nie zdążył.

Dosięgła go śmigła, bezlitosna klinga. Gorin wykorzystał energię uderzenia i przeniósł się za plecy dwóch ostatnich oprychów. Żaden z nich nie był w stanie wyprowadzić choćby jednego ciosu.

Nie mieli najmniejszych szans. Nie wiedzieli jak szybki może być czarownik w bojowym szale.

Gorin nawet się na nich nie obejrzał. Jego wzrok przykuwało niebo, błękitne i czyste poza jednym jego fragmentem.

Nad Połońcem znów zebrały się czarne chmury.

V

 

W niewielkim flakoniku z ciemnego szkła było dość płynu zaledwie na jeden, mały łyczek. Groin przyjrzał mu się krytycznie, odłożył go, po czym sięgnął po następny, błękitny i pękaty. Pociągnął z niego zdrowo i oparł się o starą, skrzywioną wierzbę. Czuł jak pali go cały przełyk. Mieszanka bieluniu, glistnika i belladony, zabójcza dla zwykłego człowieka, rozchodziła się po ciele czarownika, nie czyniąc mu żadnej szkody, skracała jego czas reakcji i uwrażliwiała na Moc.

Kobiety i dzieci zostały w chatach, chłopi pod komendą Rossa stłoczyli się na środku wsi, w ciasnym kręgu stając do siebie plecami. Jeden z nich, z niewiadomych przyczyn siedział na dachu wiatraka przypatrując się wszystkiemu z góry.

Wiatrak nie miał jednego skrzydła.

Upiory sunęły ku nim ze wszystkich stron, wyciągając w stronę żywych odarte ze wszelkiego mięsa, wychudłe ręce. Ich blade, rybie oczy wpatrzone były w upragnione ofiary.

Chłopi zaciekle bronili się przed rozproszeniem. Dźgali martwe, wysuszone korpusy, kruszyli osłonięte przerdzewiałymi hełmami czaszki. Jednak w żaden sposób nie byli w stanie zatrzymać strasznego, trupiego pochodu, zalewającego ich powoli niczym fala przypływu.

Gorin wpadł między nich, wyrąbując sobie drogę szerokimi, wprawnymi ciosami. Eliksir działał, Moc niemal wyrywała się, gotowa by jej użyć. Gorin oddzielił chłopów od zagrożenia barierą jasnej energii. Nieumarłe stwory odbijały się od niej jak rój nieznośnych insektów.

– Ross wiatrak! – ryknął Gorin wskazując na brakujące skrzydło. Kilku chłopów z Gordonem na czele ruszyło naprawić uszkodzenia.

Bariera słabła. Gorin skoczył w stronę upiorów z mieczem w dłoni. Odpędzał ich jak mógł ciosami runicznego brzeszczotu i falami potężnej energii, ale na miejsce każdego przepędzonego pojawiało się kilku następnych.

Gdy Gorinowi wydawało się, że zaraz padnie, otoczony ze wszystkich stron przez nieumarłe bestie, Gordon przybił brakujące skrzydło wiatraka. Mocowanie było prowizoryczne i niedbałe, ale wystarczyło żeby wprowadzić starego koźlaka w ruch.

Nagle wszystkie widma rozwiały się w jednej chwili. Słońce przebiło się przez ciemne, skłębione chmury, upiorna mgła zniknęła. Gorin odwrócił się w samą porę żeby zobaczyć czarny, amorficzny cień, unoszący się przez chwilę na niebie. A może tak mu się tylko zdawało?

 Wiatrak pracował na pełnych obrotach, ale chłopów już przy nim nie było. Ruszyli wszyscy jak jeden mąż, ściągnąć Missego z dachu.

Mieli do pogadania.

 

VI

 

– Co z nim zrobicie? – zapytał Gorin, szykując się do drogi. Jego klacz znalazła się, dziwnym trafem tuż po tym gdy udało mu się przegnać upiory.

– Nadpiłował skrzydło, myślał że przeczeka to wszystko na dachu, kurwi syn był tak głupi, że nie pomyślał co się stanie gdy on sam będzie chciał zejść.

– Przemyślał to lepiej niż myślisz, a raczej zrobił to Tarch. Klątwa dotyczy tego, kto zarządza Połońcem, gdyby dopadły ciebie…

– Urok zostałby zdjęty?

– Do czasu aż ktoś inny przejąłby tu komendę. To bardzo stare czary, jeszcze z czasów kiedy kwitła wiara w Pięciu. Nie jestem w stanie ich przełamać, ale dopóki wiatrak się kręci…

– Rozumiem. – przerwał Ross. – Wypędzimy chłopaka, nie możemy go tu trzymać, za duże ryzyko.

– Zostajecie? – Gorin nie krył zdumienia. – No, no, po tym wszystkim co widziałeś…

– A kto inny będzie chciał tu zostać? Ja przynajmniej wiem z czym mam do czynienia,

a chłopy tu twarde i byle upiora się nie przelękną jak im się od czasu do czasu pokaże.

– Podziwiam cię Ross.

– Bo nie uciekam jak pies z podkulonym ogonem, kiedy moja ziemia jest zagrożona? Każdy gospodarz by tak zrobił.

– Ale nie każdy wygnałby Missego. – Większość wolałaby go pewnie widzieć na palu, albo suchej gałęzi.

– Panów to metody śmiercią za przewinienie odpłacać. My jesteśmy ludzie prości, życie docenić umiemy i milsze nam niźli kolejna mogiła.

– Żegnaj Ross.

– Żegnaj Czarowniku, szczęśliwości w drodze.

 

***

 

Życzenie Gordona miało się niebawem spełnić. Przy rozstajach, na niewielkiej polanie czekała na Gorina niespodzianka.

– Chyba nie myślałeś, że wyjedziesz bez pożegnania? – Nissa leżała w trawie, jak zwykle roześmiana i piękna. Cymofanowy naszyjnik kusił i nęcił otaczającymi go krągłościami, nieskromnie wyeksponowanymi w wydekoltowanej sukience. Gorin również ruszył w jej stronę, przeczesując ręką swoje czarne, długie włosy.

Początek podróży zapowiadał się szczęśliwie.

Koniec

Komentarze

Taka cisza mogła oznaczać tylko jedno.

Grzmot był tak głośny, że rozerwał Gorinowi oba bębenki! A, nie… Czyli ta cisza nie oznaczała tylko jednego.

powietrze zgęstniało w nieprzenikniony opar.

Co?

Jego ojciec założył to miejsce

Jak można założyć miejsce? Niefortunny dobór słów, zmieniłbym.

A, no to zdejmuj sobie do woli mnie tam za jedno, to już nie moje

Ponownie: co?

niemożliwe do zniesienia tępo

Również nie mogę znieść, gdy nóż, którym kroję, jest tępy…

 

 

Tekst wydał mi się bardzo znajomy. Mam wrażenie, że gdyby zamienić kolor włosów głównego bohatera na biały, imię na Geralt, a profesję na wiedźmin, nie byłoby już żadnych wątpliwości. Nie idź, autorze, tą drogą. Jest granica między inspirowaniem się, a kopiowaniem – tutaj została niestety przekroczona. Fabuła jakaś specjalnie zaskakująca i oryginalna nie jest, ale pozostała na tyle ciekawa, że chciałem dowiedzieć się, jak to się skończy. Niestety, Twój klon wiedźmina jest dużo słabszy od oryginału, a nie najlepsza interpunkcja utrudnia czytanie. Zachęcam do stworzenia czegoś od początku do końca swojego – satysfakcja będzie o wiele większa. ;)

Pozdrawiam!

Zgadzam się z przedpiścą – sporo tu sztampy i starych motywów, ale nie jest źle.

Zaplątało Ci się kilka niepotrzebnych enterów. Interpunkcja kuleje.

Okutany w płaszcz jeździec zaklął i przyganił bułaną klacz do szybszego galopu.

Przyganił?

– Dobrze zakładasz – odparł Gorin smarując grubo smalcem ogromną pajdę chleba. Opowiedz mi o wszystkim ze szczegółami. Niczego nie pomijaj.

Czegoś tu zabrakło. Nie tylko przecinka.

W niewielkim flakoniku z ciemnego szkła było dość płynu zaledwie na jeden, mały łyczek. Groin przyjrzał mu się krytycznie, odłożył go,

Czemu się przyjrzał? Bo wygląda na to, że łykowi. Uważaj na zaimki.

Babska logika rządzi!

Faktycznie tekst był napisany mocno pod wpływem Wiedźmina. Nie jestem zbyt doświadczony w pisaniu i chciałem czegoś o co będę mógł się “oprzeć”. Jak nabiorę trochę doświadczenia będę próbował robić coś bardziej po mojemu ;)

Czytałoby się Klątwę Doliny Wiatrów znacznie lepiej, gdyby opowieść nie była tak bardzo wtórna i gdybyś zadbał o lepsze jej wykonanie. Szkoda, że nie poprawiłeś błędów wskazanych przez wcześniej komentujących.

Mam jednak nadzieję, że wykażesz się wyobraźnią i napiszesz także opowiadanie oparte na własnym pomyśle.

 

Po każ­dym ude­rze­niu widma bla­dły, pierz­chły i roz­wie­wa­ły się.Po każ­dym ude­rze­niu widma bla­dły, pierz­chały i roz­wie­wa­ły się.

 

– Ależ nam się tra­fi­ło! Gor­don Ross uśmiech­nął się… – – Ależ nam się tra­fi­ło! Gor­don Ross uśmiech­nął się

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Zajrzyj do tego wątku: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Gor­don wy­piął się dum­nie. – A tak konkretnie, to czym się dumnie wypiął? ;-)

Może, dla jasności sytuacji: Gor­don wyprężył się dum­nie. Lub: Gor­don dum­nie wypiął pierś.

 

– Nissa nie kręć się tutaj, tyle razy mówię… – Raczej: – Nissa nie kręć się tutaj, tyle razy mówiłem

 

sam kładł strze­chę na chaty i ob­sie­wał pola. – …sam kładł strze­chy na chaty i ob­sie­wał pola.

Bo chyba nie kładł jednej strzechy na kilka chat.

 

Cię­giem jeno dur­chy urzą­dzał i po­pi­ja­wy. – Co to są durchy?

 

nie tylko swoje ob­ra­bia, ale i mi czę­sto po­ma­ga. – …nie tylko swoje ob­ra­bia, ale i mnie czę­sto po­ma­ga.

 

Raz tylko pa­rob­ka jed­ne­go nie zna­leź­li­śmy…, – Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

Robić im się nie chcę to i plą­dru­ją kogo po­pad­nie. – Literówka.

 

 Ga­da­nie o ojcu – cza­ro­dzie­ju brzmia­ło ra­czej na czcze prze­chwał­ki… – Ga­da­nie o ojcu-cza­ro­dzie­ju brzmia­ło ra­czej na czcze prze­chwał­ki

W tego rodzaju połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Reszt­ki bu­dyn­ków i murów zbu­do­wa­nych z bia­łych… – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Reszt­ki bu­dyn­ków i murów wzniesionych z bia­łych

 

Za mły­nem, obok le­żą­cej w gru­zach chaty… – Chata, to budynek raczej drewniany, więc chyba nie powinna być w gruzach.

Proponuje: Za mły­nem, obok zrujnowanej/ rozwalonej chaty

 

– Zo­stań tu i nie wra­caj, do­pó­ki ni­ko­go po cie­bie nie poślę. – Raczej: – Zo­stań tu i nie wra­caj, do­pó­ki kogoś po cie­bie nie poślę.

 

za­wie­szo­nym mię­dzy peł­ny­mi pier­sia­mi.– Chyba… – Brak spacji po kropce.

 

Nie mieli naj­mniej­szych szans. Nie wie­dzie­li jak szyb­ki może być cza­row­nik w bo­jo­wym szale. – Ponieważ jeszcze żyjący zbójnicy byli świadkami śmierci trzech kamratów, chyba już wiedzieli, jak szyb­ki może być cza­row­nik w bo­jo­wym szale.

 

Mie­szan­ka bie­lu­niu, glist­ni­ka i bel­la­do­ny… – Mie­szan­ka bie­lu­nia, glist­ni­ka i bel­la­do­ny

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyjrzałabym się przecinkom, ale ogólnie przyjemne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka