- Opowiadanie: ocha - Bunt

Bunt

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Bunt

– Jest idealna.

W głosie Ongiego Kadana brzmiały duma i triumf. Igar Tannu ponownie spojrzał na przedstawioną mu dziewczynę i upewnił się w przekonaniu, że nie potrafi podzielić pewności towarzysza.

– No, nie wiem – mruknął.

Ongi roześmiał się.

– Mamy tę, której potrzebujemy. Księżycową dziewczynę, zmartwychwstałą wojowniczkę.

Igar zacisnął wargi w pełnym niesmaku grymasie, jak zawsze, gdy słyszał tę absurdalnie nadętą przepowiednię. Teraz konfrontował ją z rzeczywistością.

Księżycowa dziewczyna, zmartwychwstała wojowniczka patrzyła na mężczyzn spode łba i lekko kołysała się na piętach. Zabrudzona sukienka z surowego płótna okrywała jej chude ciało.

– Jak się nazywasz? – spytał Tannu.

Dziewczyna drgnęła, spłoszony wzrok skierowała na Ongiego. Pośpieszył z pomocą:

– Urodziła się jako Mandula Anisz. Ale teraz to Iren Emese.

– Opowiedz mi o jej zmartwychwstaniu.

– Wyczuwam chęć przyczepienia się do szczegółów, Igarze. Ale dobrze. Ten punkt rzeczywiście musiał zostać nieco nagięty. Dotarły do nas wieści, że pewna dziewczyna ze znakiem księżyca na czole zmarła i oczekuje się jej powrotu. Jednak uparcie pozostawała w grobie. Niespodzianka, przyznasz. Na szczęście nie wszyscy zmarnowali ten czas na bierne czuwanie. Znalazłem ją, tę tutaj. Niezwykle podobną do tamtej. Potwierdzili to nawet rodzice zmarłej i z radością powitali powstałą z mogiły córkę.

– Ach, tak. – Czarne, lekko skośne oczy Igara zwęziły się jeszcze bardziej.

– Oczywiście, nie za darmo. Zasłużyli na rekompensatę. Sporo przeszli.

– Czyżby nasi nekromanci znowu zawiedli?

Zapatrzony w dziewczynę Ongi musiał nie wyczuć kpiny w głosie towarzysza, bo wzruszył ramionami i zaczął tłumaczyć:

– Nekromanci? To przecież oszuści. Aszodanie mają swoich tynkturzystów, próbujących zamienić zwykłe metale w złoto, a my naszych nekromantów. Jedni i drudzy są tak samo skuteczni. W wyciąganiu pieniędzy. Jedni warci drugich.

Igar podszedł do dziewczyny i odsunął jej skołtunioną grzywkę, odsłaniając szary księżyc na czole. Skrzywił się niechętnie na widok koślawego tatuażu i wciąż poczerwieniałej wokół niego skóry.

– To można łatwo poprawić. – Szybko zareagował Ongi, podchodząc kilka kroków. Położył dłoń na czole dziewczyny, przymknął oczy. Trwał tak chwilę, aż począł drżeć, a na skroniach pojawiły mu się krople potu. Wreszcie oderwał rękę i z pełnym zadowolenia uśmiechem przyjrzał się swojemu dziełu.

Księżyc pulsował delikatnym, srebrzystym światłem. Igar przyznał w duchu, że wygląda efektownie. Jednak Ongi sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz zemdleć. Ta mała sztuczka wyczerpała go. Magia była zdecydowanie przeceniana; w ogromnej większości przypadków polegała na wywoływaniu chwilowych iluzji, drobnych transformacjach, niemal kuglarskich sztuczkach. A ilość sił, jakie pochłaniała, zazwyczaj okazywała się niewspółmierna do efektów.

Ale Ongi był uszczęśliwiony, Igar więc nie podzielił się z nim swoimi przemyśleniami.

– Ładnie – orzekł. – Tylko czy ktokolwiek się na to nabierze?

– Oczywiście. Jednak w tym już twoja głowa. Wierzę w ciebie.

Igar wciąż nie wyglądał na przekonanego.

– Nie lekceważ siły legendy. Ludzie na nią czekają, wystaczy im ją podetknąć pod nos. Dostarczyłem dziewczynę idealną. Niemal idealną. To dla dobra rebelii, pamiętaj.

Igar Tannu westchnął i pokiwał głową.

 

***

 

Dziewczyna szła środkiem szpaleru, a dziesiątki par oczu obserwowały ją uważnie. W sali obrad ratusza miasta opanowanego przez buntowników panowało zupełne milczenie. Igar Tannu z dobrego miejsca obserwował idącą. Lepsze mieli tylko generał Hagar Szamok i towarzyszących mu sześciu mężczyzn z ogolonymi głowami, w ascetycznych, czarnych szatach. Krzewiciele odnowionej wiary, samozwańczy kapłani zasadniczej bogini Dii. Igar z trudem powstrzymywał okazywanie im swojej niechęci. Wciąż było na to za wcześnie.

Skupił wzrok na dziewczynie. Musiał przyznać, że prezentuje się dobrze. Jeszcze rano zastanawiał się, czy lekka skórzana zbroja nie jest zbyt archaiczna, ale teraz uznał, że po prostu robi wrażenie. Tak można było wyobrażać sobie personifikację starej legendy. Ciemne włosy upięto do tyłu, zapleciono w prosty warkocz. Nic nie zasłaniało czoła, na którym wyraźnie jaśniało księżycowe znamię. Nie była piękna, jednak biła od niej jakaś siła, spotęgowana panującą w sali atmosferą.

Szła prosto, z dumnie uniesioną głową, dokładnie tak, jak ją nauczył. Zignorowała szloch, który nagle przeciął ciszę. Igar poruszył się niespokojnie – opłacona „matka” księżycowej głośno wytarła nos. Miał nadzieję, że jej starania, by wypaść wiarygodnie, nie przerodzą się w groteskę.

Ale nikt nie zwracał uwagi na starą kobietę. Wszyscy patrzyli, jak dziewczyna z przepowiedni zbliża się do generała Szamoka, by oddać mu hołd i przypieczętować jego władzę nad powstaniem. Stanęła przed dowódcą i jego ponurą świtą, zawahała się i rozejrzała wokół. Odwróciła się w lewo, niemal przebiegła kilka kroków i runęła na kolana, tuż przed ławą, na której zasiedli oficerowie Szamoka. W stodole zapanował gwar, szyje wyciągnęły się, bo każdy chciał widzieć, co się wydarzyło.

Dziewczyna pokornie klęczała przed pułkownikiem Vilmosem Harmatem, do niedawna prawą ręką generała, od niedawna w niełasce. Kapłani skutecznie przekonali Szamoka, że nie może otaczać się ludźmi o tak niepewnej moralności.

Wszyscy patrzyli na tę scenę w zdumieniu, a najbardziej zaskoczony był sam Harmat. Generał Szamok pobladł, tylko oczy płonęły mu z gniewu. Pułkownik, po długiej chwili wahania wstał, podał rękę klęczącej dziewczynie i podniósł ją z kolan. Obecni zaczęli głośno wiwatować i wykrzykiwać nazwisko uwielbianego Harmata. Czarni kapłani Dii zerwali się z miejsc, ale to wszystko, na co było ich teraz stać. Igar Tannu opuścił głowę, ukrywając uśmiech.

 

***

 

Ongi Kadan chwycił Igara za rękaw, gdy tylko wyszli z ratusza, i pociągnął go w pustą uliczkę. W jego oczach błyszczały pełne złośliwej uciechy iskry.

– I ty mnie oskarżasz o oszustwo? – zapytał.

Igar wzruszył ramionami.

– Nie oskarżam. Kalkuluję ryzyko.

– Twój plan nie był ryzykowny?

– Oczywiście, że był. Ale tego warty.

Ongi pokiwał głową.

– To prawda. Pułkownik Harmat jest lepszym dowódcą od generała Szamoka. I ma lepszych doradców.

– Ma lepszych i nie tak śmiertelnie przekonanych o swojej jedynej słuszności doradców – uzupełnił Igar. – Dziewczyna pomoże powstaniu. Ja postaram się pomóc, by ludzie, po jego zwycięstwie, wreszcie chociaż trochę odetchnęli. Ponurzy przywódcy pragną ponurego świata. Już za długo było ponuro.

 

***

 

Igar stał przy oknie w sypialni, obracał w palcach nóżkę kieliszka z niebieskiego szkła i myślał o tym, jak długą drogę przebył od czasów, gdy był złodziejem i awanturnikiem. Za rządów obalanego właśnie króla żył poza prawem, codziennie ryzykując, że ktoś go zabije. Królewscy gwardziści na pewno nie stanowili dla niego takiego problemu, jak członkowie konkurencyjnych szajek. Polityka go nie interesowała, dlatego też wciąż pamięta zdumienie, jakie go ogarnęło, gdy podczas jednej z pijatyk dwóch z jego złodziejskich towarzyszy nagle zaczęło głośno przeklinać rządy władcy i panującą niesprawiedliwość. On milczał, nie wyrzekł ani jednego słowa, zaskoczony i zamroczony alkoholem.

Ale i tak po niego przyszli. Ściągnęli rano z łóżka, wciąż półprzytomnego, i zamknęli w jakiejś piwnicy. Jego dwaj kompani już w niej tkwili. Wyciągano ich po kolei, zadawano mnóstwo pytań, na które nie miał odpowiedzi. I bili. Mocno, boleśnie, w przemyślany sposób.

Ku własnemu zdziwieniu okazał się twardy. Po każdym kolejnym przesłuchaniu narastał w nim przekorny, hardy upór. Co prawda nie miał też nic do powiedzenia, bo nie wiedział, o jakim spisku mowa, jakie nazwiska ma podać. Ale innym to nie przeszkadzało. Cele zapełniały się ogłupiałymi, zdumionymi i przerażonymi ludźmi. Przesłuchujący chcieli nazwisk, więc im je podawano. Jakiekolwiek.

Po kilku tygodniach dano mu względny spokój. Jego towarzyszy powieszono. On miał lżejsze zarzuty, bo przecież tylko przysłuchiwał się zdradzieckim knowaniom. Po roku wypuścili go, na mocy jednej z kolejnych amnestii. Podejrzewał, że aresztowano tak wielu ludzi między innymi po to, by mieć kogo wypuszczać w niezliczonych aktach łaski.

Rebelia pochłonęła go całkowicie. Zaoferował jej swoje usługi oraz spryt i szybko stał się wpływową postacią. Zaufanym człowiekiem generała Szamoka. Nagle poczuł, że robi coś ważnego. Czuł się z tym dziwnie, ale dobrze.

Euforia trwała krótko. Szamok zaczął otaczać się nowymi ludźmi, uwierzył we własną wyjątkowość i misję. Miał ją zresztą rzeczywiście – problem był tylko taki, że im bardziej się nad nią zastanawiał, im częściej słuchał podszeptów nowych doradców, tym jego wizja stawała się ciaśniejsza, tym mniej było w niej miejsca dla tych, którzy nie do końca się z nią zgadzali. Którzy, pełni naiwności i serdecznej troski, starali się z nią polemizować. Igar Tannu nie był naiwny. Robiło mu się coraz duszniej, miał jednak wystarczającą ilość instynktu samozachowawczego, by się ze swoimi odczuciami nie obnosić. Ratował siebie, podczas gdy w mieście coraz więcej osób goliło głowy i przywdziewało długie, czarne szaty.

Nigdy nie potrafił pojąć prawdziwych, nieustępliwych idealistów. Dla niego życie, to nowe życie, polegało na kompromisach. Rebelia też musiała na nie pójść. Inaczej stanie się karykaturą samej siebie. Czymś, w czym znowu nie będzie dało się żyć, co znowu będzie chwytało żelazną pięścią za gardło. On to rozumiał, pułkownik Harmat to rozumiał. Generał Szamok – nie.

Zasłuchał się w ciszę za oknem. Jeszcze kilka tygodni temu byłaby nie do pomyślenia. Nazywali to miasto – miasto, które Igar znał od podszewki – wyspą wolności, jednym z nielicznych miejsc całkowicie opanowanych przez powstańców. Ale od niedawna ta wyspa trwała w nabożnym milczeniu, świętej powadze. Szamok i jego armia samozwańczych kapłanów dbali o to, by nikt niegodnym zachowaniem nie obrażał bogini Dii. To ona, opiekunka ludu, dała im wymodlone zwycięstwo. A Dia nie miała poczucia humoru. Lubiła skromność, pracowitość, prostotę. Zabawa nie leżała w jej naturze.

Igar uniósł do ust ładny, filigranowy kieliszek i napił się wina. Było cierpkie, niezbyt dobrego gatunku. Znużony położył się na łóżku i z rozkoszą zanurzył w czystej, pachnącej świeżością pościeli. Wino rozluźniło go, wywołało uśmiech. Poczuł przyjemność, więc popełnił wykroczenie.

Pomysł z księżycową dziewczyną nieświadomie podsunął mu sam Szamok, zafascynowany starymi baśniami i przepowiedniami, w których szukał potwierdzenia własnej roli i wielkości. Igar skontaktował się z Ongim Kadanem, którego znał jeszcze z dawnych czasów i wiedział, że może ufać mu niemal bezgranicznie. Wciąż wszystko mogło się zdarzyć, jednak ulga, jaką zauważył na twarzach większości zgromadzonych w ratuszu osób, kiedy dziewczyna runęła na kolana przed Harmatem, dawała mu graniczącą z pewnością nadzieję, że ryzykowna gra opłaciła się.

 

***

 

Trwał impas. Igar postanowił odwiedzić Harmata.

– Na co czekasz, pułkowniku? – Od razu przeszedł do sedna.

Harmat zmierzył go zimnym spojrzeniem szarych oczu. Białka miał naciągnięte krwią. Wykrzywił wargi w imitacji uśmiechu.

– Przemyślałem sprawę i poniewczasie doszedłem do tego, kto za wszystkim stoi. Jak to zrobiłeś, Tannu? Kiedy mnie jej pokazałeś?

– Nadarzyła się okazja. Zrobiłem, co było trzeba zrobić. Wiesz o tym dobrze.

– Wolałbym, żeby nie traktowano mnie jak pacynkę. Wiesz, w co mnie wmanewrowałeś?

– Nie było innego wyjścia.

Igar zamilkł. Poczekał, aż cisza stanie się trudna do zniesienia i pułkownik będzie musiał ją przerwać.

– Dlaczego ja?

Odpowiedź była tak oczywista, że Igar z trudem powstrzymał pełne irytacji wzruszenie ramion.

– Nie wszczęliście powstania po to, by zacząć nowe prześladowania. Nie po to, by utorować drogę do nowej tyranii. Nieważne, że Szamok nazywa ją prawdziwym wyzwoleniem. Po prostu jesteś rozsądniejszy. Żołnierze cię popierają. Iren Emese cię wybrała.

Harmat parsknął głośno i nieprzyjemnie.

– Iren Emese! Tannu, nie możesz wierzyć w takie rzeczy! Oczywiście, że w nie nie wierzysz. – Zreflektował się. – Sam to ukartowałeś.

Ale Igar pozostał spokojny i poważny.

– Nie jest ważne, pułkowniku, w co wierzymy ja czy ty. Ważne, w co wierzą ludzie. I generał Szamok.

Harmat wbił w niego ciężkie, znużone spojrzenie.

– Dobrze, Tannu. Ale jeszcze musimy poczekać. Przed nami ważna bitwa. Najpierw niech rebelia zwycięży, potem będziemy mogli zacząć się między sobą żreć.

Igar poczuł, jak po kręgosłupie biegnie mu chłód. Nieracjonalny, bezsensowny, bo przecież pułkownik miał rację. Skinął głową, odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

– Byle szybko – rzucił jeszcze w progu.

 

***

 

Wszystko poszło tak, jak zaplanował. Prawie wszystko. Dwa tygodnie ciężkiej pracy przyniosły efekty. Dziewczyna potrafiła utrzymać się na koniu i efektownie machać szablą. Więcej nie potrzebował.

Do decydującej bitwy z armią królewską doszło, jak się spodziewano, pod murami miasta. Dowództwo rebelii wspólnie uznało, że należy wykorzystać uniesienie i wiarę we własnych szeregach, nie zmuszając wrogów do uciążliwego oblężenia.

Mieli rację.

Igar bez problemu znalazł ochotników do eskorty, mającej chronić księżycową dziewczynę podczas walki. Uwielbiano ją, traktowano niemal jak boginię. Gdy szła ulicami, kłaniano jej się do ziemi, oczekiwano błogosławieństw, całowano ścieżki, których dotknęły jej stopy. Igar musiał dać jej trochę wolności. Niechętnie, bo obawiał się, że dziewczyna zacznie za dużo gadać, z tym swoim prostym wiejskim zaśpiewem, ale nie miał wyjścia. Nie mógł przecież trzymać bóstwa w zamknięciu. Grunt, że wieczorami zawsze była, gotowa do nauki i ćwiczeń.

Więc doszło do bitwy. Zgodnie z planem w pewnej chwili dziewczyna zalała się krwią i musiano ją, nieprzytomną i zapewne śmiertelnie ranną, znieść z pola bitwy. Trafiła do ustronnego namiotu, w którym Igar Tannu wyjął zza jej kurtki worek z resztką świńskiej krwi, z powrotem wetknął do ręki szablę i kazał wracać, zanim panika i rozpacz całkiem obejmą powstańcze wojska.

– Jesteś świetną aktorką, Mandulo – pochwalił ją, świadomie używając prawdziwego imienia.

Zmierzyła go rozognionym, gniewnym spojrzeniem.

– Nie wiem, o kim mówisz – warknęła. – Nazywam się Iren Emese.

Poczuł dziwne ukłucie w sercu, ale nie miał czasu zastanawiać się nad jego przyczyną. Powrót księżycowej dziewczyny rebelianci przywitali dzikimi okrzykami triumfu, ulgi i nowej mocy. Żołnierze króla cofnęli się w przerażeniu. Ile razy ta kobieta może zmartwychwstawać? Bogowie najwyraźniej ich opuścili, a Dia sprzyjała powstaniu. Właśnie wtedy bitwa zaczęła zmierzać ku końcowi.

 

Być może teraz znalazłby czas, by przeanalizować to, co się wydarzyło. Dla odmiany nie miał na to sił. Nie znalazł ich nawet dla Abigal Cili, która patrzyła na niego, próbując ukryć rozczarowanie. Jej obecność koiła go, nie miał jednak ochoty na nic więcej. Zwłaszcza, że jutro będzie musiał stawić czoła nowym wyzwaniom.

Uwielbiał Abigal, ale czasem go denerwowała. Tak jak teraz, gdy postanowiła zmusić go do myślenia.

– Nie czas już dla ciebie na udomowienie? Na żonę i dzieci?

Doskonale wiedział, że nie jest to z jej strony żadna propozycja. Abigal nie należała do tych, którym pasowałoby rodzinne życie u boku jednego mężczyzny. Raczej sondowała grunt, sprawdzała, jak długo Igar będzie jej jeszcze dostarczał przyjemności.

Wbrew woli zastanowił się nad jej słowami. Miał trzydzieści pięć lat. To dobry wiek na założenie rodziny. Ale rzeczywistość wokół zmieniała się tak gwałtownie, była tak nieprzewidywalna. Nie obawiał się tego, by musiał się o kogoś troszczyć. Uświadomił sobie nagle, że bliskie osoby byłyby jego słabością, czułym punktem, w który dałoby się boleśnie uderzyć.

– Nie, jeszcze nie czas – szepnął i sięgnął po gruszkę, zbyt dojrzałą, pokrytą brązowymi plamami. Skrzywił się z niechęcią. Coraz trudniej było o satysfakcjonującą jakość.

Abigal uniosła się nieco, machnęła prawą ręką. Gruszka stała się idealnie żółta, zachęcająca jak źródło czystej wody na pustyni. Po sypialni rozniósł się obezwładniający zapach lepkiej słodyczy. Iluzja była doskonała, chociaż na pewno krótkotrwała.

– Abigal – jęknął Igar.

Uśmiechnęła się i leniwie przeciągnęła.

– No co? Dobra jestem, prawda?

– Nie możesz…

– Czego nie mogę? Uprzyjemnić nam paru chwil? Przecież niedługo skończy się ten mrok, sam mówiłeś. Co jest złego w drobnych przyjemnościach?

– Nic. Masz rację – wymamrotał i odłożył gruszkę. Patrzył na nią, aż złudzenie się zakończyło i owoc ponownie pokryły brązowe plamy.

Położył głowę na poduszce i zasnął twardym snem.

 

***

 

Obudziło go silne szarpnięcie za ramię. Oczy Abigal gorączkowo błyszczały w półmroku.

– Coś się dzieje – szepnęła zaniepokojona.

Rzeczywiście, z zewnątrz dobiegał przytłumiony rwetes. Igar wstał, podszedł do okna i zaklął. Już zaczęli? Tak wcześnie? Przyśpieszyli termin nie konsultując się z nim? Nagle jednak poczuł, że coś się nie zgadza. Wśród przemykających ulicą sylwetek dostrzegł kilka w prostych, długich, czarnych szatach. Przez chwilę łudził się, że szarówka przedświtu fałszuje obraz. Nie pomylił się jednak. Generał Szamok ich wyprzedził.

Ubierali się w pośpiechu. Otworzył niskie drzwi prowadzące do sąsiedniego pomieszczenia. Od kilku lat nie potrafił zasypiać w pokoju, z którego nie było drugiego wyjścia. Teraz w myślach błogosławił własną paranoję. Wydostali się do nieużywanej klatki schodowej, zbiegli w dół. Znał to miasto, znał je świetnie, jeszcze od czasów, kiedy był w nim złodziejem i awanturnikiem. Równie dobrze jak ulice poznał jego podziemne ścieżki i korytarze. Nie bez przyczyny wybrał dla siebie ten dom.

Dotarli do piwnicy. Abigal chwyciła go za łokieć, mocno wbijając w niego paznokcie. Spojrzał na nią zniecierpliwiony.

– Moi rodzice – szepnęła zachrypniętym głosem. – Nie zostawię ich.

Poczuł irytację. Chciał odpowiedzieć, że będą bezpieczniejsi tu, w mieście, niż uciekając z nimi. Ale doskonale wiedział, że to kłamstwo. A w oczach Abigal widział jedynie upór i determinację.

– Gdzie mieszkają? – zapytał niechętnie.

– Na Krzywej, tuż przy starej łaźni.

Obliczał coś chwilę w myślach, wreszcie skinął głową.

– Dobrze – orzekł.

 

***

 

Należało wytrzymać do zmroku. Piwnica starej, nieczynnej od dawna łaźni była przestronna i nawet dość wygodna, miała jednak jeden, niepodważalny mankament. Nie łączyła się z podziemnym korytarzem biegnącym poza mury miasta. Ale droga ucieczki była o kilkadziesiąt kroków dalej – wystarczyło przeskoczyć dwie szerokie ulice i dostać się do zrujnowanego budynku konnej poczty i jego piwnic. Łatwo i szybko, oczywiście, jeśli ludzie Szamoka również nie znali tej ścieżki.

Igar niespokojnie przechadzał się po nierównym klepisku. Rodzice Abigal, znani w mieście, nieco zbyt pyskaci nauczyciele, stanowili przeszkodę. Dziewczyna mogłaby wykorzystać swoje zdolności, ale cztery osoby… Nie, to przekraczało jej umiejętności. Doskoczył do niej.

– Abigal, muszę wyjść. Muszę zobaczyć, co tam się dzieje.

Spojrzała w jego bladą twarz, rozognione oczy i pokręciła głową.

– Proszę, Abigal. Będę ostrożny. Wrócę po was. Ale jeśli coś… Z podziemi poczty jest prosta droga poza miasto. Wyjdziecie przy młynie, wiesz gdzie.

 

***

 

Zgodziła się wreszcie. Miał godzinę, zanim iluzja przestanie działać. Patrzył na płonące miasto oczami, które dla innych były niebieskie, a wiatr szarpał jego wręcz nienaturalnie jasnymi włosami. Abigal chyba nieco przesadziła, ale nie był to czas, by przejmować się detalami.

Na ulicach, którymi szedł w stronę rynku, leżały trupy. Przekraczał je ostrożnie, próbując nie zaglądać im w twarze. Jednak jedna sylwetka była aż za bardzo charakterystyczna. Rude, kręcone włosy, zbyt pstrokata kurtka. Ongi Kadan został uderzony w głowę czymś ciężkim, z dużej dziury w czaszce powoli przestawała cieknąć krew.

Oprócz ciał nie było tu nikogo. Okazał się zbyt ostrożny, nie decydując się na ostatni etap ucieczki w dzień. Powinien był wrócić i zabrać swoją gromadkę do budynku poczty, coś jednak ciągnęło go na rynek. Im bardziej się do niego zbliżał, tym bardziej oczywistym było, że miasto jednak nie wymarło. Gwar stawał się coraz wyraźniejszy, wreszcie dostrzegł też pierwszych żywych ludzi. Tłum gęstniał powoli, był coraz bardziej rozgorączkowany.

Przepchnął się do przodu. Na pośpiesznie skleconym podeście stali generał Szamok i Iren Emese, w otoczeniu ponurych, czarnych postaci. Iren nie przypominała tej zagubionej dziewczyny, którą poznał parę tygodni wcześniej. W jej oczach płonął ogień, czarne włosy otaczały jej głowę jak gęsty dym. Księżyc na czole jasno pulsował. Mówiła coś z pasją, wskazując za siebie. Igar przesunął się jeszcze nieco bardziej do przodu, by zobaczyć, co tam jest, i kolana się pod nim ugięły.

Pułkownik Harmat, kilku jego oficerów i pomniejszych przywódców rebelii klęczało ze skrępowanymi na plecach rękami. Ubrania na nich były poszarpane i pokrwawione. Przedstawiali żałosny widok. Wiatr przyniósł w stronę Igara słowa przemawiającej dziewczyny.

– Ci głupcy, ci zdrajcy myśleli, że oszukają potężną Dię! Zdradzili powstanie, myśląc, że ich podłość przejdzie niezauważona. Igrali z boginią, zbyt pyszni, by zdać sobie sprawę z tego, że to ona wystawiła ich na próbę. To ona odkryła ich prawdziwe zamiary, ich zakłamaną naturę! Ja jestem jej narzędziem! Wyłapiemy ich wszystkich, jednego po drugim. Wszyscy poniosą karę, wszyscy! Musimy przejść przez moralną odnowę, musimy oczyścić siebie i ten kraj. Wtedy rebelia wygra naprawdę!

Igar poczuł, jak po kręgosłupie przebiega mu zimny dreszcz. Stał jak skamieniały, gdy głowy jeńców zaczęły po kolei spadać na surowe deski podestu.

 

***

 

Igar Tannu oparł się o kamienny mur nieczynnego młyna. Szum przepływającego strumyka nieco tłumił dobiegające z miasta wrzaski. Abigal z rodzicami coś cicho szeptali za jego plecami, ale on nie zwracał na nich uwagi. Patrzył w stronę swojego miasta, na czerwoną łunę rozświetlającą ciemność nocy.

– Co jej się stało? Tej dziewczynie? – usłyszał pytanie Abigal.

Uśmiechnął się cierpko.

– Uwierzyła w siebie – odparł.

Po raz pierwszy od dawna poczuł prawdziwy, paraliżujący, trzymający za gardło strach.

Powstanie zwyciężyło.

Koniec

Komentarze

Grunt, że wieczorami zawsze była, gotowa do nauki i ćwiczeń

Kurczę, zjechałem tu, żeby to wypisać, a Ty mi to ostatnie zdanie i w ogóle… :) No nic, rzadko bywam pierwszy, to wtopiłem.

A chodzi mi o to, że dziwne to zdanie. Aż się prosi o wywalenie przecinka, a jeśli być miał, to nieporadne to nieco.

 

W akapicie o Abigal dość późno dowiadujemy się o jakim mężczyźnie mowa. Troszkę to utrudnia odbiór, zważywszy, że mamy skok do nowej postaci. Ludzie stosują tak różne sposoby na “szatkowanie” narracji, że to naprawdę nie było dla mnie oczywiste. Ale może to tylko taki mój nieogar.

jeszcze od czasów, kiedy był w nim złodziejem i awanturnikiem

z czasów nie brzmi lepiej?

 

Tyle uwag technicznych, coś tu i ówdzie mnie ukłuło, ale niech ktoś mądrzejszy się wypowiada.

Napisane jest doskonale, płynnie i bez przynudzania. Zabrakło mi tylko czegoś, co by mnie wciągnęło, ciekawiło (nawet gdy jeszcze nie znałem zakończenia heh), czegoś co nie pozwoliłoby się oderwać. Czy bunt się uda? Co z dziewczyną? Dlaczego nie generał? – nie poczułem, że chcę to wiedzieć. Dziwne.

Z tego powodu czytałem partiami i znów bolał mnie stroboskop narracyjny – ale tak mam, tym się nie przejmuj. Na końcu zacząłem się gubić (co się dzieje? kto, co, po co?), za to puenta doskonała. Najbardziej zamieszała mi Abigal (a propos – świetnie dobrałaś imiona). Jakoś nie umiem uzasadnić jej obecności.

Podsumowując, dobry tekst, ciekawa opowieść (gdy spojrzeć na nią z góry), ale coś mi szwankowało z jej przedstawieniem. Spokojne 5, biblioteka moim zdaniem się należeć będzie.

– Oczywiście, że był. Ale tego warty. – tu chyba czegoś zabrakło albo z dwóch zdań trzeba zrobić jedno

Białka miał naciągnięte krwią. – wydaje mi się, że powinno być: nabiegnięte 

Wydostali się do nieużywanej klatki schodowej – raczej na klatkę 

Ciekawe i życiowe. Dobrze napisane. 

Edith: też zatrzymałam się przy tym pierwszym zdaniu wytkniętym przez Varga, ale przemyślałam i wyszło mi, że rozumiem intencje autorki. Ten sposób zapisania jest prawidłowy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Vargu, Bemik – wielkie dzięki.

Na razie nie będę poprawiać, bo to na konkurs, więc niech jurorzy przeczytają, jak to sobie spisałam, a nie jak inni mi popoprawiali. ;)

Te przecinki tu mogą gryźć czytelników w kilku miejscach, zdaję sobie z tego sprawę. Tak jak napisała Bemik – zdarza się, że mają podkreślić jakąś moją intencję. Problem w tym, że czytelnicy nie mają obowiązku siedzieć mi w głowie, więc może wyjść to różnie. :)

I rozumiem, Vargu, co piszesz o szatkowaniu i stroboskopie narracyjnym – wydaje mi się, że możesz go tu odczuwać bardziej niż w wielu innych tekstach. To taki trochę eksperyment – chciałam opisać potencjalnie długą historię w sposób oszczędny i skondensowany. Mam tendencję do pisania o małych rzeczach w sposób rozwlekły. Tu próbowałam odwrotnie.

Dziękuję za uwagi i słowa bardziej miłe niż niemiłe. ;)

Przeczytane. :-)

 

Ależ dlaczego miałabyś nie poprawiać wytkniętych usterek?

Babska logika rządzi!

Tekst napisany sprawnie, ale nie wciągnęło mnie. Bohaterowie męscy zlali mi się w jedno. Miałam wrażenie, że intryga zbyt grubymi nićmi szyta – trudno było mi uwierzyć, że w świecie, gdzie istnieje magia, przeszedł tak prosty podstęp, no i od samego początku zastanawiało mnie, w jaki oni sposób kierują tą dziewczyną i czemu ona się daje, może dlatego końcówka nie wzruszyła. No i nie widzę tego zła dobrem :)

A bo, Finklo, tak sobie myślę, że jeśli wysyłam tekst na konkurs, to już nie mam jak go poprawić. Więc dlaczego tu miałoby być inaczej? Niech na razie sobie zostanie, jak jest. 

 

Bellatrix– dziękuję. Ta magia taka rachityczna! ;) A oprócz tego historia mocno oparta na faktach.

 

Katastrofie – cieszy mnie Twoja ocena 5. Gdybyś tu zajrzał – czy mógłbyś zostawić komentarz? Zdarza mi się czytać Twojej opinie i myślę, że mogłaby być dla mnie interesująca.

Mam podobnie jak Varg i Bellatrix. Sprawnie, dobrze napisane, ale nie wciągnęło. Fajny pomysł z rebelią. Co do postaci to pasowały do tekstu, aczkolwiek męskie były mało wyraziste. A osoba Abigail kojarzyła mi się z imienniczką z pierwszej części growego Wiedźmina. Ogólnie niezłe opowiadanie, gdybym mógł kliknąłbym bibliotekę :)

Ocho, wszyscy uczestnicy w tym konkursie nie wysyłają, tylko publikują i mogą poprawiać. Czemu Ty nie?

Babska logika rządzi!

Belhaju, i słodko mi, i gorzko. ;) Dziękuję.

 

Finklo – a, jakoś tak. Może gdyby te błędy były bardziej drastyczne, to moja nieugiętość stanęłaby przed silniejszą pokusą. A tak to się twardo opieram, o! ;)

Niestety miałam podobne odczucia jak Belhaj i Bellatrix, że bohaterowie byli zbyt mało wyraziści, jakby zbyt podobni do siebie. Choć temat może i ciekawy, mam wrażenie, że przez bohaterów trochę stracił.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Uch, udało mi się spieprzyć bohaterów. To już chyba rzeczywiście lipa. ;(

 

Morgiano, dzięki za wizytę i komentarz.

Wprawdzie to nie są moje klimaty, ale muszę napisać, że opowiadanie dobrze się czyta. Jak zwykle u Agnieszki, oficerowie stanowią ważne postacie. Pozdrawiam uśmiechnięty.

Jak zwykle u Agnieszki, oficerowie stanowią ważne postacie.

O, rzeczywiście. Chociaż jednak wolę tych młodych i przystojnych. ;)

Dziękuję, Ryszardzie, za miłe słowa i pozdrawiam.

Bardzo przyjemnie się czyta, ale według mnie historia jest zbyt banalna i przewidywalna. Ciekawiej by było jakby, no nie wiem, okazało się, że ta prawdziwa zmartwychwstała i zabiła tą nieprawdziwą, a potem jeszcze się okazało, że to ten generał tak sprytnie wymyślił? (Może nie, ale jakaś bardziej skomplikowana intryga byłaby ciekawsza.)

Poza tym ukuło mnie, że Igar miał taki masterplan, tyle wysiłku w niego włożył, a tak naprawdę jedyne co się stało to… nic (poza morale w bitwie). Bardziej logiczny byłby dla mnie jakiś nagły, oddolny przewrót na rzecz Hagara.

Rozumiem, że na faktach, ale fakty same w sobie często są nudne. ;)

Wszystko to nie zmienia faktu, że zważywszy na bardzo wysoki poziom techniczny, zapewniłaś mi kilka przyjemnie spędzonych minut. 

Wolność.

Nie wątpię, że byłoby ciekawiej, ale za to o czymś zupełnie innym. :)

Dzięki za przeczytanie, cieszę się, że tekst zapewnił Ci kilka przyjemnych minut.

Ogólnie, w wielu kwestiach zgadzam się z przedpiścami. Czyta się miło, gładko, doceniając porządny warsztat. Bardzo spodobało mi się zakończenie, dwuznaczna gra słów. Ogólnie jednak czegoś brakuje. Czytało mi się przyjemnie, ale całkowicie z punktu widzenia obserwatora, nie udało mi się wsiąknąć w fabułę i utożsamić z bohaterami. 

Dzięki, Werweno. Cieszę się, że zauważyłaś ten finał, i że Ci się spodobała ta mała zagrywka.

 

W sumie dobrze, że ta krytyka spadła akurat na ten tekst, bo jestem ją w stanie w miarę bezboleśnie łyknąć. Jak już pisałam – próbowałam czegoś dla mnie nowego, to znaczy opisanie obszernej historii w sposób oszczędny i skrótowy. Chyba tak nie umiem, a przynajmniej traci na tym to, co podobno często jest siłą moich tekstów – bohaterowie. Zazwyczaj zżywam się z nimi w sposób lekko nienormalny, a jeśli tego nie zrobię – nie potrafię pisać. ;)

Chyba wrócę do moich psychologicznie niepokojących relacji z wyimaginowanymi postaciami. :)

Pewnie, pewnie, im bardziej Ty się zżyjesz, tym bardziej zżyje się czytelnik :) A zdrowa psychika – no cóż, to chyba jest to poświęcenie na które każdy pisarz musi być gotów ;P

Ocho, kibicuję tym psychicznie niepokojącym relacjom. laugh

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Werweno, Morgiano – :)))

Macie rację. Zdrowie psychiczne jest zdecydowanie przeceniane! ;)

Czyżby kolejny argument za wyższością SF nad fantasy? W tym pierwszym autor może skoncentrować się na genialnym i przełomowym wynalazku, nie ryzykując zdrowia… ;-)

Babska logika rządzi!

W każdym przypadku chodzi o priorytety autora. Fantasy czy SF to po prostu scenografia. :)

Jestem w obozie Bellatrix, belhaja i Morgiany :P Niemniej bardzo dobrze napisane i niezmiernie podobał mi się motyw magii jako niczego szczególnego, w dodatku piekielnie męczącego. Coś innego od nieustannej gloryfikacji i motywu mogę wszystko. No i rola księżycowej dziewczyny odmalowała kilka obrazków w mojej wyobraźni.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Po prostu jesteś w obozie większościowym. ;)

Magia u mnie zazwyczaj taka kłopotliwa, a tutaj – dodatkowo – trzeba było doczepić, żeby jurorzy się nie czepiali. Ale ciiicho! ;)

Dzięki za komentarz.

Przeczytawszy :)

Tylko nie "Tęcza"!

Cieszę się, że Ci gorączka spadła. ;)

A ja nie ze wszystkim się zgodzę. Zgodzę się z tym, że tekst czytało się świetnie! Nie zgodzę się (a w zasadzie powinno być, że moim zdaniem…) żeby opowiadanie ucierpiało z powodu sposobu prowadzenia narracji. Może dlatego, że sam lubię przy niej kombinować. Tak, czy inaczej, ani przez moment nie miałem problemu kto, kogo, z kim i dlaczego ;-) Czy postacie są płaskie? Nie odebrałem tego w ten sposób. Zastanawiam się, czy nie przesadzacie, zważywszy, że mamy do czynienia z opowieścią, hmm, chyba można rzec przygodową i rozpisaną w niespełna 22k znaków? Zgodzę się natomiast z tym, że fabuła nie niosła zbyt wielu zaskoczeń ;-) Tyle, że jeśli o mnie chodzi, to akurat nie stanowi to grzechu śmiertelnego, jeżeli opowiadanie jest sprawnie napisane, a to jest. Generalnie, myślę, że w tym pomyśle jest potencjał na nieco dłuższy tekst. Można by wówczas skomplikować zarówno intrygę jak i portrety bohaterów.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Dzięki, KPiachu, za obronę tego tekstu. Jest ona dla mnie wyjątkowo ważna, bo stwierdziłam, że tym razem się zawezmę, i sama bronić go nie będę. ;) Zresztą, oczywistym jest, że skoro kolejna osoba wysuwa te same zarzuty, to coś musi być na rzeczy. A w końcu chodzi o odbiór czytelników, a nie intencje i koncepcje autorki.

 

w tym pomyśle jest potencjał na nieco dłuższy tekst Gdybym napisała tu dłuższy tekst, na pewno byłby bardziej “mój”. Chciałam wziąć udział w tym konkursie, ze względów ambicjonalnych (wink) ale w ogóle nie miałam czasu na pisanie czegoś dłuższego. Zresztą, jak teraz się na to opowiadanie patrzę, to nie wyobrażam sobie spisania tej historii w czymś krótszym niż powieść. Wtedy można by pokomplikować, bohaterów uczynić żywymi, i jeszcze porozpisywać się na temat nieistotnych, niepopychających akcji do przodu, pierdół. :)

 

Skondensowany pomysł, dobrze się czytało :) Dopinam się do zdania Werweny – dwuznaczna gra słów świetnie wkomponowana na koniec. Odczucia co do przewidywalności fabuły zawsze bazują na indywidualnych doświadczeniach czytelnika, ja nie byłem bardzo zaskoczony ale – odbiór był pozytywny. Rachityczna magia – taka dobra :)

Dzięki, Banshee, za miłe słowa. Bardzo się cieszę, że ta gra słów przypadła Ci do gustu. Mnie też się podoba. ;)

Przeczytałam :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

:)

Się jury wyrabia. Niemal całe. :)

Wygląda na to, że kobiety mają pierwszeństwo… ;-)

Babska logika rządzi!

:)

A na marginesie – zdumiał mnie fakt, że – odkąd ten tekst znalazł się w bibliotece, a więc na głównej stronie – znacząco wzrosła liczba odwiedzin (chociaż komentarzy już nie bardzo). A zawsze myślałam, że to taki pic na wodę. 

Cześć, mam nadzieje, że to co napiszę, pomoże Ci w dalszej twórczości, a nie zniechęci.

Staram się zawsze pisać swój komentarz zanim przeczytam inne; z tego co widzę, nie jestem osamotniony w swoich odczuciach.

Jest tu wszystko co powinno być w dobrym, "mesjanistycznym" spisku: matactwa dążące do wypełnienia się proroctw, tępa wiara mas, którymi łatwo manipulować, fanatyczni kapłani, przewrót, masakra i ofiary. Jednak od czasów Diuny i knowań zakonu Bene Gesserit napisano i nakręcono już wiele o mesjaszach, tych prawdziwych, tych fałszywych i tych, którzy stali się prawdziwymi, chociaż nic na to nie wskazywało, a także tych nieprawdziwych, którzy sami uwierzyli w to, że są tymi prawdziwymi.

 

Przepraszam Cię, że napiszę wprost, ale to opowiadanie nie zaangażowało moich emocji. Zmartwychwstała księżycowa dziewczyna na ceremonii odwróciła się od jednego nazwiska, a zwróciła ku innemu, a ja tylko na podstawie osądu głównego bohatera Igara – powinienem uwierzyć, że to dobry wybór. I wierzę oczywiście, jednak moje zainteresowanie historią wcale przez to nie rośnie.

Czytam już którąś z kolei z prac konkursowych i widzę, że startują w nim teksty dużo gorzej napisane od Twojego, a jednak większość zaciekawiła mnie bardziej niż Twój. Myślę, że to dlatego, że trudno mi się zidentyfikować z bohaterem, o którym wiem jedynie, że jest trochę bardziej bystry od reszty, trochę twardszy i że stronił od polityki, dopóki ona stroniła od niego.

Jednak opowiadanie napisane zgrabnie, zgrzyty nieliczne, jeśli czas mi pozwoli, chętnie zapoznam się z innymi Twoimi tekstami, bo piszesz z klasą i to jest zauważalne.

mam nadzieje, że to co napiszę, pomoże Ci w dalszej twórczości, a nie zniechęci

Też mam taką nadzieję. ;)

Dzięki.

No cóż, opowiadanie bardzo zacne i porządnie napisane. Przeczytałam z dużą przyjemnością i zaciekawieniem, i tylko na koniec pojawił się żal, bo opowieść okazała się dla mnie zbyt krótka. Szkoda, że nie mogłam poznać bohaterów nieco bliżej.

 

Lu­dzie na nią cze­ka­ją, wy­sta­czy im ją po­de­tknąć pod nos. – Literówka.

 

Biał­ka miał na­cią­gnię­te krwią. – Nie jestem przekonana, czy to jest najlepsze określenie? Wiem, że herbata może naciągać, zioła, ale białka naciągnięte krwią… To mi po prostu źle brzmi.

Może: Biał­ka miał podeszłe krwią. Lub: Białka podbiegły mu krwią. Albo: Białka miał przekrwione.

 

W jej oczach pło­nął ogień, czar­ne włosy ota­cza­ły jej głowę jak gęsty dym. – Czy oba zaimki są konieczne?

 

Mu­si­my przejść przez mo­ral­ną od­no­wę… – Mu­si­my przejść mo­ral­ną od­no­wę

Wydaje mi się, że można przejść moralną odnowę, tak jak przechodzi się świnkę czy odrę, a nie przez świnkę i nie przez odrę.

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, za to przez Odrę można przejść. ;-)

Babska logika rządzi!

No, niby można, tyle że zależy to jeszcze od stanu wód Odry. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Blisko źródeł pewnie wahania nie są takie ogromne. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki, Regulatorzy. Ostatnio powstało trochę nowych bohaterów, których pewnie prędzej czy później poznasz nieco bliżej. :)

Poprawki wprowadzę po rozstrzygnięciu konkursu.

Hej, jeszcze możesz wprowadzać. Konkurs przedłużony do końca tygodnia.

Babska logika rządzi!

Wiem. :)

Poczekam, Ocho, aż bohaterowie będą gotowi na spotkanie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Warunki konkursowe spełnione. Jedyne, do czego mam wątpliwości i mogłabym się czepiać, to słaby element fantastyczny. Owszem, jest nieprzyjemna bogini, ale i w rzeczywistych panteonach takie się chyba trafiały, a ludzie w nie wierzyli. Owszem, ktoś tam czasem użyje magii, ale mało spektakularnie i dałoby się napisać ten tekst bez czarów.

Dobry tekst. Postacie bardzo zróżnicowane. Dajesz porządny powód do polubienia głównego bohatera, do kibicowania mu. Aż szkoda, że się nie udało. Ale nie mogło – takie warunki konkursu. :-(

Fabuła ciekawa, może nie trzyma kurczowo w napięciu, ale czytałam z zainteresowaniem.

Warsztat wiadomo, że przyzwoity. I wiadomo, że zwracałam na to uwagę. :-)

Babska logika rządzi!

Jaki miły komentarz. :) Cieszę się, że główny bohater nie tylko nie zlał Ci się z pozostałymi, a nawet go polubiłaś. 

Jedyne, do czego mam wątpliwości i mogłabym się czepiać, to słaby element fantastyczny. (…) dałoby się napisać ten tekst bez czarów. – Cóż Ci mogę na ten temat napisać? Masz rację! ;)

Sprawnie napisane opowiadanie i całkiem niezły pomysł. Moim zdaniem można to było trochę lepiej "zakręcić" , bo jak już pisali inni, ten podstęp z księżycowym tatuażem jest za łatwy do przejrzenia. Został Ci spory limit znaków i moim zdaniem mogłaś go wykorzystać, żeby lepiej pokazać ewolucję bohaterki, pokusić się o jakiś zwrot akcji typu "ona się usamodzielnia  – on jej ściąga cugle, bo ma możliwość – ona się jednak wyrywa". A tak fabuła zrobiła się dość prosta. No i scena ucieczki – bardzo mi jej brakowało. Są w kryjówce a potem siup, poza miastem. Wyjaśnienie, o co chodzi z tą rebelią, generałami itd zajmuje zbyt dużo miejsca, lepiej by było powplatać to w akcję. 

 

Mimo to doceniam pomysł i dobry zarys postaci (szczególnie głównego bohatera). Czuje się w tej historii prawdziwość (w sensie zastępowania jednego reżimu przez kolejny, gorszy). 

 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dzięki. :)

 

Został Ci spory limit znaków i moim zdaniem mogłaś go wykorzystać

Muszę znowu powtórzyć – masz rację. ;) Nawet mocno się zastanawiałam, czy opublikować ten tekst, czy wykorzystać motyw w jakimś pełnokrwistym opowiadaniu, kiedy będę miała czas takie napisać. W końcu uznałam, że jedno nie wyklucza drugiego.

Pomysłu właściwie nie ma co doceniać – z historii wzięty i lekko zmodyfikowany. A przynajmniej z interpretacji historii. :)

Niewątpliwą zaletą „Buntu” jest po prostu piękny warsztat. Przy paru zdaniach, aż zgrzytałam zębami z zazdrości. Finałowe zdanie też mi się bardzo podobało. Natomiast historia mogłaby być zwyczajnie dłuższa – obecnie wyszły takie trochę obrazki z rewolucji. Bardzo dobrze się to czyta, ale budującym napięcie wstępem zaostrzyłabyś mi zęby na grubszą intrygę, gdybym z góry nie wiedziała, ile znaków ma tekst ;) Ogólnie wyczuwam w kościach potencjał na zajebistość, ale w tak krótkiej formie wyszła biblioteka zamiast murowanego piórka, że tak to brzydko ujmę. Pomysł na fabułę jest super, tylko to teraz wygląda, jakbyś sobie momenty przystankowe w punktach opisała, pomijając kilka fragmentów pomiędzy.

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo, dzięki. Masz rację i tyle. ;P Obrazki z rewolucji.

 

Pocieszę samą siebie tylko tym, że również wyczuwam potencjał na zajebistość. I ta zajebistość, z tym motywem, kiedyś nastąpi. :)

Trzymam cię za słowo! :D

Tylko nie "Tęcza"!

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, Anet. :)

Nowa Fantastyka