- Opowiadanie: cornelius/rupert/travis/tyler - Donos

Donos

Historia alternatywna. Wymienione postacie historyczne. Na koniec kilka wskazówek, w którym miejscu historia potoczyła się inaczej.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Donos

Otwarte kopniakiem drzwi wyleciały z futryny z takim rozmachem, jakby całe swoje nudne, pozbawione głębszego sensu życie, spędzone w bezdusznym więzieniu ze stalowych zawiasów, tylko czekały na ten właśnie moment. Drewniane skrzydło razem z fragmentami ościeżnicy z hukiem uderzyło o wiszący na ścianie korytarza, metalowy wieszak na ubrania, po czym w obłokach wiórowego pyłu zwaliło się prosto na stojąca wrogu, niedużą szafkę na buty. Na koniec, zupełnie jakby bardzo dumne z siebie, z trzaskiem pękło niemal na pół.

Aaron, choć od korytarza dzieliły go trzy pomieszczenia i kilka naprawdę grubych, ceglanych, jeszcze przedwojennych ścian, zerwał się przerażony z łóżka. Przez ułamek sekundy trwał w stanie niedowierzającego otępienia, próbując jednocześnie zdecydować, czy straszny huk był jedynie sennym koszmarem, czy też wszystko działo się naprawdę. Dochodzące z sąsiednich pomieszczeń podniesione głosy oraz stanowczo wykrzykiwane rozkazy rozwiały jego wątpliwości z szybkością wypluwającego pociski karabinu Vickersa.

Aaron rzucił się w stronę stojącego pod ścianą, masywnego biurka z litego, dębowego drewna. Z całych sił pchnął mebel w stronę prowadzących do pokoju drzwi, ale ciężka, kanciasta konstrukcja przesunęła się zaledwie o kilka centymetrów, pozostawiając głębokie rysy na wyłożonej lakierowanymi deskami podłodze. Aaron zaklął półgłosem, spróbował przesunąć biurko jeszcze kawałek dalej, ale ostatecznie zablokował jedynie jedno skrzydło wysokich, drewnianych drzwi. A i to nie do końca.

Klać pod nosem szarpnął za najniższa szufladę stołu, ale ta okazała się zamknięta. Rozgarnął dłońmi ułożone na blacie piramidy papieru, a po chwili z rosnącym przerażeniem rozejrzał się dookoła, lecz nigdzie nie dostrzegł poszukiwanego klucza. Zaklął ponownie. Złapał obiema dłońmi za okuty mosiądzem uchwyt i pociągnął. Raz, drugi, trzeci. Bez rezultatu. Zaparł się jedną noga o ściankę biurka i ponowił bezowocne próby otwarcia szuflady. Aż wreszcie, chyba za szóstym razem, zamek ustąpił. Aaron z dłońmi wciąż zaciśniętymi na metalowym uchwycie poleciał do tyłu, uderzył plecami o filigranowy, nocny stolik i wywinąwszy komicznego fikołka zwalił się ciężko na podłogę. Ukryte w szufladzie luźne kartki papieru rozsypały się po całym pomieszczeniu, cienką warstwą pokrywając podarty materac oraz mieszając się z dokumentami, które wcześniej leżały na blacie biurka. Sądząc po odgłosach dobiegających zza ściany, nieproszeni goście musieli bez ociągania przebijać się przez kolejne pomieszczenia

Aaron jęknął, niezdarnie podniósł się z podłogi, rozmasowując obolały bark. W kompletnej panice zaczął zbierać leżące wokół kartki papieru. Gdy nie mógł już ich więcej unieść, rzucił się na kolanach w kierunku przytulonego do ściany, kafelkowego pieca. Chwycił za ciężką, żeliwną blokadę drzwiczek, która oczywiście boleśnie oparzyła mu dłoń. Aaron zaklął bluźnierczo. Łokciem chronionym przez gruby, wełniany sweter podważył metalową zasuwę, odepchnął ją na bok i wrzucił trzymane w drugiej ręce kartki prosto do trzaskającego wesoło ognia. Odwrócił się, zagarnął z podłogi kolejną porcję celulozowych papirusów i połowę rozsypując wokół pieca, cisnął je w płomienie. Skoczył w stronę biurka, chwycił za kompletnie przypadkowe kopce kartek i zamarł słysząc, jak ktoś uderzył w zablokowane przez mebel drzwi. Upuścił pogniecione zwitki papieru, podbiegł do pieca, rozejrzał się za metalowym pogrzebaczem, ale jak wcześniej klucza do szuflady, nigdzie nie mógł go dostrzec. Chwycił za jedno z leżących pod ścianą, drewnianych bierwion. Za jego pomocą wygarnął z paleniska dwie rozżarzone do czerwoności grudy węgla i kilka nadpalonych kartek, popchnął wszystko na środek pomieszczenia. Niezdarnymi kopnięciami przesunął części rozrzuconych po pokoju papierów w kierunku kopcących delikatnie węgielków. Przedramieniem zgarnął resztki leżących na blacie biurka kartek prosto do zaimprowizowanego ogniska. W kontakcie z rozgrzanym węglem góra papieru zaczęła się powoli dymić.

Aaron nie czekał na efekt końcowy. Niczym w transie dopadł znajdującego się naprzeciwko drzwi, dreniwanego okna. Szarpnął za klamkę, odepchnął ościeżnicę na bok. Trzasnęło pękające szkło. Zewnętrzne skrzydło za nic nie chciało otworzyć się na oścież, więc Aaron musiał przeciskać się przez wąski lufcik, kalecząc dłonie i przedramiona o rozbitą szybę.

Upadł, uderzając boleśnie biodrem o ustawioną pod oknem, drewniano-metalową konstrukcję, służącą za rusztowanie dla robotników odnawiających elewację budynku. Zerwał się na równe nogi zawadzając ręką o leżące obok, metalowe wiadro, które poleciała gdzieś w ciemność i z brzdękiem upadło na ziemię. Pobiegł do krawędzi rusztowania kalecząc bose stopy o nieheblowane deski i ostre skorupy zaschniętego tynku. Obiema dłońmi chwycił się zewnętrznej barierki, spuścił nogi na niższą kondygnację, zeskoczył, ponownie zawadzając o kolejne blaszane wiadro. Był na wysokości pierwszego piętra, więc nie trudził się szukaniem bezpieczniejszego zejścia, lecz po prostu przełożył nogi przez barierkę, opuścił się na rękach i zeskoczył. Prosto w głęboką kałużę błota, lub czegoś, co miało konsystencję błota, ale za to cuchnęło dużo, dużo gorzej.

Aaron podniósł nie ciężko z ziemi. Splunął, kląc przy tym ile się dało. Spojrzał w górę, ale zobaczył jedynie zasłoniętą przez rusztowanie, upstrzoną piegami okien, ścianę kamienicy. Ulokowany na drugim piętrze świetlik w jego pokoju, rozświetlała migotliwa łuna, wyraźnie kontrastująca ze słabym, ale jednostajnym blaskiem bijącym z innych okien. W tańczącym świetle płonącego w pomieszczeniu ognia, Aaron zobaczył ciemne sylwetki wychylające się przez zbitą szybę. Nie czekając, aż wypatrzą go w słabym świetle jedynej, palącej się na ulicy latarni, rzucił się do panicznej ucieczki. Klaszcząc bosymi stopami po mokrych od deszczu, nierównych płytach chodnika pobiegł w dół ulicy. Nie oglądając się za siebie, minął długi szereg sąsiadujących ze sobą, kilkupiętrowych, kamieniczek. Skręcił za róg, w miejscu, gdzie mury domów zastąpił wysoki, gęsty jak ściana dżungli żywopłot utworzony z krzaków bukszpanu. Przebiegł obok kilku uśpionych, jednopiętrowych domków, bezpiecznie ukrytych za palisadą metalowych ogrodzeń. Zatrzymał się dopiero na kolejnym zakręcie, starając się złapać oddech i uspokoić szalejące serce. Pochylił się, oparł dłonie o kolana i potrząsnął energicznie głową, próbując pozbyć się wirujących przed oczami mroczków. Wokół panował sielski, niczym niezmącony spokój jesiennej nocy, któremu towarzyszył blady blask księżyca, przebijający się przez ciągnące po gwiaździstym niebie chmury. Łagodne, choć lodowato zimne podmuchy wiatru, cicho szumiącego w koronach okolicznych drzew, niosły ze sobą urywany, dudniący warkot pędzących w mroku samochodów.

Tuż obok rozszczekał się pies. Aaron aż podskoczył ze strachu. Wściekle ujadającego brytana odgradzał od ulicy wysoki płot z metalowych, kanciastych słupów, ustawionych zbyt gęsto, by ogar zdołał przecisnąć między nimi choćby kawałek pyska. Wielkie czarne bydle wcale nie zwracało na to uwagi i biegało rozjuszone wzdłuż płotu chlapiąc wokół śliną, wyjąc oraz prezentując bogatą kolekcję ostrych zębów.

Aaron zaklął paskudnie, otarł spoconą twarz rękawem swetra, który rozdarł wokół szyi przeciskając się przez nieszczęsne okno. Rzucił za siebie krótkie, zlęknione spojrzenie, ale nie zobaczył absolutnie nikogo w słabym świetle okolicznych latarni. Odwrócił się w stronę wciąż ujadającego psa i splunął siarczyście w jego kierunku, co oczywiście nijak nie uspokoiło rozjuszonej bestii.

Aaron obejrzał się ponownie przez ramię, a choć i tym razem nie dostrzegł nawet śladu pościgu, ruszył dalej pospiesznym truchtem. Przebiegł przez ulicę, ślizgając się stopami po mokrym od deszczu bruku. Wpadł na nieduży, trawiasty skwer, otoczony przez zaniedbany żywopłot i sąsiadujące z nim nieregularne szeregi rozłożystych klonów. Zwolnił, bo z coraz większą trudnością walczył o każdy oddech, a zaścielający parkowe alejki dywan z mokrych liści był tak śliski, że Aaron co chwila tracił równowagę.  Minął ulokowaną w centrum skweru starą, kamienną fontannę, w której jedyną chlupoczącą wodą były kałuże szarej deszczówki. I właśnie wtedy gdzieś niedaleko zaszczekał pies. Aaron zamarł. Nasłuchiwał przez chwilę, ale nie potrafił określić kierunku, z którego dochodziło szalone ujadanie. Nie miał również pewności, że to ten sam pies, który przed minutą szczekał na niego, ale i tak mocno się przestraszył. Choć nogi, zwłaszcza stopy, bolały niemiłosiernie, zerwał się ponownie do biegu.

Wypadł z parku, przeciął na wskroś kolejną ulicę. Po jego lewej stronie wyrósł w górę wielopiętrowy, zwalisty obelisk wyglądającej na opuszczoną fabryki. Najwyższe kondygnacje zakładowych budynków szczerzyły się zębatymi paszczękami powybijanych okien. Otaczający montownię, ceglany mur sypał się w regularnych, kilkumetrowych odstępach, ale wieńczące ogrodzenie zwoje drutu kolczastego dość skutecznie zniechęcały do przeskakiwania na drugą stronę. Wielka, solidna brama z mocno pordzewiałego żelaza stała otworem, lecz wewnętrzny szlaban był opuszczony, a z ulokowanej za wjazdem stróżówki wydobywało się przytłumione brzęczenie radia. Aaron truchtając wzdłuż murów fabryki zastanawiał się, czy nie spróbować przedostać się na teren zakładu i tam się ukryć przed pogonią.

Jego przedłużające się rozważania przerwał nagle huk wystrzału. Aaron przypadł do ziemi. Choć przez chwilę miał wrażenie, że hałas dochodził z terenu fabryki, kolejna salwa z broni palnej szybko rozwiała jego wątpliwości. Spojrzał za siebie, lecz nie dostrzegł nikogo ani w pobliżu bramy do zakładu ani w skrywających park ciemnościach. Kolejny wystrzał łupnął z niewiadomego kierunku. Gdzieś nad głową Aarona świsnęła kula i zaryła z łoskotem w mur fabryki. Aaron, kompletnie zdezorientowany nie wiedział, w którym kierunku uciekać, ale uznał, że najważniejsze to po prostu uciekać. Wszystko jedno gdzie.

Podpełzł na czworaka do popękanej ściany ogrodzenia, zasłaniając głowę ramieniem tak, jakby mogło go to ochronić przed postrzałem. Mur był wysoki, na tyle wysoki, że sięgnięcie dłońmi do jego szczytu było nie lada wyczynem. Aaron ściągnął przez głowę podarty sweter, zamachnął się nim i zarzucił go na wieńczącą ogrodzenie siatkę z drutu kolczastego. Zaimprowizowana, bawełniana kotwica bez problemu zahaczyła o metalowe kolce. Aaron owinął zwisający rękaw swetra wokół dłoni i spróbował się podciągnąć.

O mur trzasnęła kolejna kula. Bardzo blisko. Aaron, niezdarnie podskakując w miejscu, z całych sił podciągnął się jeszcze wyżej. Materiał swetra zaczął pruć się na całej długości, ale jakimś cudem Aaron zdołał uchwycić się zakończenia muru, zanim bawełniane nici puściły na dobre. Wciskając rękę między najwyższe piętro cegieł, a królujące nad nimi zwoje drutu, rozciął całe przedramię o pordzewiałe, żelazne kolce. Wisiał tak przez sekundę, trzymając się jedynie na krwawiącej, omdlewającej dłoni, gdy o mur walnęła następna kula. A po chwili jeszcze jedna. Aaron, choć serce dławiły mu czarne pazury strachu, zdołał zebrać w sobie dość siły, by nie upaść na ziemie. Macając stopą po ścianie znalazł podparcie dla lewej stopy, zapewne w postaci jakiejś lekko wystającej cegły. Podciągając się na rozciętej dłoni oraz poprutych resztkach swetra, zarzucił drugą nogę na szczyt ogrodzenia. Na szczęście wolna przestrzeń między wierzchołkiem muru, a wyrastającymi nad nim pętlami drutu, była na tyle duża, że Aaron szorując brzuchem po pokruszonych cegłach, zdołał przecisnąć się pod zasiekami na drugą stronę.

Zeskoczył, a w zasadzie upadł bez sił na błotnistą ziemię, porośniętą wysoką, pełną chwastów trawą. Rozcięta ręka szczypała niemiłosiernie, ale dużo bardziej bolały rozorane przez drut plecy, gdzie metalowe ciernie pozostawiły głębokie i palące bruzdy, do których błyskawicznie przykleiły się strzępy mokrego podkoszulka sprawiając jeszcze większą udrękę. Zdrętwiałe od wysiłku nogi i poobijane od biegania bez butów stopy, też dawały się Aaronowi we znaki. Ale nie miał wyjścia. Musiał uciekać.

Podniósł się ociężale z ziemi i pokuśtykał wzdłuż muru, klucząc między skąpanymi w ciemnościach, pustymi budynkami fabryki. Z wnętrza gigantycznych gmachów śmierdziało stęchlizną i mdłym, słodkawym odorem, nieprzyjemnie kojarzącym się z palonym cukrem. Aaron dopiero, gdy poczuł nieprzyjemny zapach przypomniał sobie, że faktycznie, jedną z nieczynnych fabryk w okolicy była stara, jeszcze przedwojenna cukrownia. A antyczna przetwórnia miała, o ile dobrze pamiętał, własne ujęcie wody prowadzące do płuczki buraków. Wskakując do rzeki mógł zmylić pogoń, zwłaszcza jeśli miała psy.

Podniesiony na duchu własnym planem, przyspieszył skręcając w głąb terenu fabryki. Truchtając między opustoszałymi budynkami, a wytyczającymi granice alejki, stertami rdzewiejących maszyn, nie zauważył nawet, gdy droga zaczęła się gwałtownie obniżać. Potknął się, noga odjechała mu na bok i uderzył kolanem o wilgotny bruk. Stłumił przekleństwo, zagryzając z bólu szczęki. Podniósł się ostrożnie, ale musiał zwolnić, bo pochyły, śliski teren nie ułatwiał biegu, a wokół panowały iście egipskie ciemności, gdyż większość i tak nielicznych latarni stała martwa. Jeden wciąż działający, wielgaśny kandelabr widział daleko za sobą, zapewne gdzieś w sąsiedztwie bramy wjazdowej. Druga latarnia błyszczała nieśmiało kawałek przed nim, w miejscu, gdzie brukowana alejka kończyła się płaskim, betonowym placem.

Aaron ostrożnie człapiąc w dół uliczki usłyszał cichy, jednostajny szum wody. Ucieszyć się z bliskości celu, jednak nie zdążył. Gdzieś za nim huknął wystrzał, choć Aaron nie miał czasu się przestraszyć, gdyż niemal w tym samym momencie poczuł nagłe szarpnięcie do przodu, jakby coś mocno chwyciło go za lewą nogę i pociągnęło w swoją stronę. Kompletnie stracił równowagę, obie nogi rozjechały się w przeciwnych kierunkach, a ciało wykręciło się niemal dookoła. Oszołomiony nagłym paroksyzmem bólu nie zdołał podeprzeć się na rękach i łupnął cieżko na kamienną ścieżkę. Pochyła alejka zagwarantowała mu dodatkowe wrażenia bólowe pozwalając sturlać się w dół, dzięki czemu obił sobie niemal każdy fragment ciała.

Zatrzymał się dopiero w miejscu, gdzie grunt wracał do względnego poziomu. Kilkumetrowy upadek zakończył lądując prosto w stojącej na końcu alejki, wielkiej kałuży wody. Uderzenie twarzą prosto w malutkie jezioro brudnej deszczówki, ocuciło Aarona lepiej niż solidne trzaśnięcie w policzek. Jęknął przejmująco, z trudem powstrzymując szloch. Spróbował wstać z ziemi, ale nie zdołał nawet podnieść się na rękach. Ból w poobijanym o bruk ciele był tak otumaniający, jakby pogruchotał sobie dosłownie każdą kość. Kto wie, może faktycznie tak było. Szczególnie mocno łupało go w wykręconej na bok szyi, wywichniętym nadgarstku i prawym biodrze, którym zainicjował niezbyt przyjemne spotkanie z powierzchnią alejki. Najgorzej jednak prezentowała się postrzelona noga. Była sztywna, odrętwiała i zupełnie niewrażliwa na dotyk, a jednocześnie bolała tak bardzo, jakby zwalił się na nią cały budynek cukrowni. Aaron nigdy nie czuł wcześniej takiego bólu. Nigdy. Delikatnie pomacał palcami udo, które okazało się całe lepkie i mokre. I to wcale nie od wody z kałuży.

Aaron rozpłakał się z bólu i rozpaczy. Rozejrzał się dookoła, lecz znajdował się niemal w samym środku rzucanego przez latarnię kręgu światła, więc niewiele widział poza oślepiającym, żółtawym blaskiem. Gdzieś poza granicą elektrycznej iluminacji zobaczył rosnące wzdłuż alejki gęste, pełne chwastów krzaki, zapewne pozostałości po zaniedbanym żywopłocie. Zebrał w sobie resztki sił i spróbował podczołgać się w ich kierunku. Zdołał z trudem przekręcić się na bok i przepełznąć niecały metr, gdy usłyszał kroki. Równe, miarowe uderzenia obcasów o kamienne kocie łby. Zbliżające się z każdą sekundą. Aaron w panicznej próbie zmusił się do jeszcze jednego wysiłku. Podczołgał się do wytyczonej przez krawężnik granicy alejki i już prawie dotykał palcami zbawienną ścianę krzaków. Nie zdołał jednak podciągnąć się na wytyczający granicę ścieżki kamienny stopień, choć ten mierzył zaledwie kilkanaście centymetrów.

Dokładnie wtedy kroki nagle ucichły. Aaron odwrócił głowę i zobaczył stojącą na granicy światła, wciąż częściowo skrytą w mroku, ludzką sylwetkę. Słaby blask latarni oświetlał jedynie znajdujące się na brzegu kałuży, ciemne, skórzane buty, czarne, zaprasowane w kant, bawełniane spodnie oraz dolny fragment marynarki utrzymanej w podobnie mrocznej tonacji. Wyżej Aaron dostrzegł ciemną linię krawata, wyraźnie odcinającego się na tle jasnej plamy koszuli. Twarzy stojącego w pobliżu mężczyzny Aaron nie zobaczył, gdyż wciąż skrywał ją cień.

Człowiek w czerni bez słowa zrobił kilka powolnych kroków w prawo, po czym zawrócił i przespacerował się w przeciwnym kierunku, cały czas maszerując na granicy kręgu światła. Ściągnął ochraniające dłonie czarne rękawiczki z cienkiej skóry i z bocznej kieszeni marynarki wydobył niedużą, metalową papierośnicę. Z płaskiego, puzderka wyciągnął pojedynczego papierosa i postukawszy skrętem o stalową obudowę, włożył go do ust. Wciąż spacerując wzdłuż linii światła pogrzebał w kieszeni spodni i wyciągnąwszy paczkę zapałek, odpalił papierosa. Zaciągnął się głęboko dymem, przez co jego twarz na sekundę oświetlił nikły poblask żaru, po czym zgasił zapałkę machając nią w powietrzu i pstryknięciem palców posłał wciąż lekko dymiący patyczek prosto w ciemność.

– Dobry wieczór towarzyszu Werner – powiedział mężczyzna w czerni łagodnym, nienoszącym nawet śladu irytacji głosem. – Nie wyglądacie najlepiej. Nie jesteście przypadkiem chorzy? Chyba coś z wami nie tak.  Zwłaszcza z głową, skoro zmusiliście mnie do biegania za wami po nocy przez pół dzielnicy. Do skakania po rusztowaniach i ganiania po parkach. Może jeszcze do rzeki miałem za wami wskoczyć? Ocipieliście do reszty?

– Myślałem… – wyjąkał słabo Aaron. – Myślałem, że…

– Zasadniczo to gówno mnie obchodzą twoje myśli Werner – przerwał mu stanowczo człowiek w czerni odejmując od ust papierosa.

Z ciemności dobiegły odgłosy przyspieszonych kroków, zlewające się w jedno z podniesionymi, męskimi głosami. Po chwili w świetle latarni pojawiły się kolejne sylwetki. Ciężkie, wojskowe, wysoko sznurowane buciory i utrzymane w szarozielonej tonacji mundury, nie wróżyły niczego dobrego. Jeden z nadbiegających żołnierzy uzbrojony był w popularnego wśród strzelców wyborowych Mosina z doczepionym celownikiem optycznym. Drugi miał w rękach najnowszy model rodzimego karabinu samopowtarzalnego, wzór 43 albo nawet 55. A to wróżyło jeszcze gorzej. Ostatnia konstrukcja Józefa Maroszka, zwana potocznie, jakżeby inaczej Maroszkiem, we wprawnych rękach potrafiła rozprawić się z całym plutonem wrogiego wojska. Albo, jak mówili niektórzy, nawet z całą dywizją. Pancerną w dodatku. Ale w to już nikt nie wierzył, choć głównie dlatego, że nikt nie miał okazji sprawdzić.

– Zdaje mi się, że miałem dla was zadanie towarzyszu Werner – powiedział mężczyzna w czerni zupełnie nie zwracając uwagi na przybyłych żołnierzy i bardzo mocno akcentując słowo „towarzysz”. – Miałem, prawda? Nie było chyba zbyt trudne, o ile dobrze pamiętam. Nie prosiłem chyba, żebyś dowiedział się, jakie nowe spiski knuje miłościwie panująca w Berlinie Różyczka Luxemburg. Zresztą, kto by chciał wiedzieć, co siedzi w głowie tej starej, kulawej, żydowskiej prukwy. O ile w ogóle, to truchło jest jeszcze w stanie o czymkolwiek trzeźwo myśleć. Ile te chodzące zwłoki mogą mieć lat? Sto?

– Dziewięćdziesiąt będzie jak nic, panie poruczniku – podpowiedział usłużnie jeden z żołnierzy.

– Dokładnie. Ciekawe kiedy diabli wezmą Rozalię-Kuternogę. Ale wracając do meritum, to chyba nie stawiałem przed tobą aż takich wymagań, co Werner?

Aaron w odpowiedzi jęknął cicho z bólu.

– Dokładnie. Nie prosiłem też, żebyś doniósł mi, co też planuje Thorez i jego przydupasy z PCF. Bo i co też innego mogą oni planować, poza pocięciem resztek wieży Eiffla na bagnety i wysłaniem Marty’emu, żeby zasrany rzeźnik z Albacete wreszcie uporał się z buntem karlistów. A może prosiłem cię o to, co Werner?

Aaron ponownie jedynie zaskomlał z bólu.

– Nie, oczywiście, że nie. Po co miałbym wydawać tak skomplikowane i zasadniczo niewykonalne polecenia takiej małej, żałosnej gnidzie jak ty. Takiemu kudruplowatemu, obrzezanemu, kurwiemu synowi, który nadaje się jedynie do rozprowadzania socjalistycznych ulotek i podburzania robotników w fabrykach. Rozejrzyj się Werner! Spójrz! To przez ciebie i tobie podobnych wyzwolicieli ludu pracującego, zdychają dobrze prosperujące, przedwojenne zakłady jak ten. Przez ciągłe, cholerne strajki i rozruchy! Myślisz, że co, że robotnicy spalili tę cukrownię sami z siebie? Bo nagle, ni z tego ni z owego, dowiedzieli się, że hrabia Łubieński opycha się truflami, a oni nie? I nagle przyszło im do głowy, że to niesprawiedliwe? Że oni też tak chcą? Że powinni? Że mają do tego prawo? Nie! To przez takich marksistowskich baranów jak ty, którzy wmówili im, że trzy pokolenia ciężkiej pracy Łubieńskich to stanowczo za mało, żeby się czegoś uczciwie dorobić. Że na pewno nakradli! Że wykorzystują biednych robotników! Że to niesprawiedliwe! Że trzeba im to zabrać! Najlepiej siłą. O wtedy byłoby sprawiedliwie prawda? Łubieńskich na drzewo, a wszystko, co wypracowali rozkraść. O przepraszam, sprawiedliwie podzielić. Tak byłoby fajnie, co towarzyszu Werner? Sprawiedliwość, jak to mówicie społeczna. Rozpieprzyć tu wszystko i zbudować nowy, sprawiedliwy ład. Komunistyczny. O tak. O tym właśnie marzycie ty i reszta tobie podobnych, marksistowskich skurwysynów, których sowicie opłaca kulawa Różyczka i reszta czerwonej bandy z Weimarskiej Republiki Rad. Mam rację Werner?

Mężczyzna w czerni, który pod koniec swojej przemowy stał w miejscu i niemal krzyczał, zreflektował się dosyć szybko. Cisnął trzymanym w ustach papierosa na ziemię i bardzo dokładnie zgniótł go obcasem buta, wręcz znęcając się nad resztkami niedopalonego tytoniu i podartą, białą bibułką. Nie wrócił jednak do spacerowania na granicy ciemności, lecz powoli wkroczył w jasny krąg światła emitowanego przez elektryczną lampę. Był wysoki, szczupły, chudy nawet. Marynarka, choć dobrze skrojona, wisiała na jego suchych, wąskich ramionach jak na zbyt małym wieszaku. Jego twarz nie nosiła jednak śladów przesadnej chudości czy niedożywienia. Królowały na niej za to zmarszczki, wijące się wzdłuż oczu i tworzące niemal labirynt między gęstymi, posiwiałymi brwiami, a wysoką linią ciemnych, lekko szpakowatych włosów. Jasne, piwne oczy porucznika były tak podkrążone z niewyspania, że nawet w słabym świetle latarni wyglądał, jakby umazał sobie policzki węglem. Duży, kartoflowaty nos rzucał głęboki cień na nierówną kreskę rzadkich, niezbyt dobrze ogolonych wąsów, które przechodziły w równie słaby i kępkowaty zarost na podbródku i podgardlu. Włosy nosił zgodnie z dawną modą, sięgającą jeszcze czasów wojny, wygolone za uszami i z tyłu głowy, a dłużej zostawione jedynie na szczycie czaszki, żeby wygodnie nosić hełm.

Porucznik powoli zbliżył się do leżącego na ziemi Aarona. Wykonując niemal identyczne ruchy jak wcześniej, wyjął z marynarki papierośnicę, wyciągnął papierosa i postukał nim o blaszane zamknięcie. Odpalił skręta zapałką i pstryknięciem palców wyrzucił ją w mrok. Zaciągnąwszy się głęboko dymem przykucnął obok pojękującego cicho Aarona. I uśmiechnął się brzydko.

– To jak towarzyszu Werner? Dostaliście ode mnie zadanie? Tak czy nie?

– Dostałem – zdołał wydusić z siebie Aaron.

– Dokładnie. Dostałeś proste zdanie. Żadne prawdziwe szpiegowanie. Żadne wielkie spiski. Prosta robota. Dziecko by nawet dało sobie radę. Specjalnie przeniosłem cię tu z Radomia. Załatwiłem robotę w PFK. Załatwiłem mieszkanie. A ty co Werner? Raportów nie składasz. Mieszkanie zmieniasz. A jak wpadam z koleżeńską wizytą, to zamiast poczęstować herbatą, palisz marksistowskie ulotki i spierdalasz oknem. Ładnie to tak?

Aaron nawet gdyby planował odpowiedzieć, to i tak nie zdążył, gdyż z ciemności nadbiegł kolejny żołnierz.

– Panie poruczniku! – zawołał zasapany wojskowy. – Panie poruczniku! Wachman na stróżówce upiera się, żeby po granatowych dzwonić.

– A po jaką cholerę? – człowiek w czarni zaciągnął się dymem, nie odrywając od Aarona przenikliwego spojrzenia.

– Bo mówi, że jak w nocy się strzelają to na pewno bandyci albo czerwoni. I on musi to zgłosić, bo taki jego obowiązek, psia mać!

– A ma tam telefon w tej swojej budzie?

– O dziwo ma panie poruczniku!

– Jezu, co za ludzie. Powiedzcie mu, że my z defensywy.

– Sierżant już powiedział, a on ciągle swoje. Że ma taki obowiązek, bo on tu za wszystko odpowiada. I powiedział jeszcze, że jak my naprawdę jesteśmy z kontrwywiadu, to nie mamy się czego bać granatowych.

– Makowski! – palacz odwrócił się nieznacznie do tyłu.

– Tak jest panie poruczniku – wyprężył się żołnierz z mosinem.

– Idźcie tam i zróbcie, co trzeba. A jak cieć będzie się stawiał to dać mu w łeb, a aparat zniszczyć. Zrozumiano?

– Tak jest panie poruczniku!

Człowiek w czerni wrócił spojrzeniem do Aarona, ponownie zaciągnął się papierosem. Odczekał chwilę, aż kroki żołnierzy ucichną w oddali.

– Zakładam, że zmieniłeś mieszkanie nie po to, żeby się przede mną ukryć, bo byłaby to najgłupsza ucieczka z możliwych, zważywszy, że nie rzuciłeś roboty w PFK. Zakładam więc, że przeniosłeś się do tej gównianej dzielnicy żeby lepiej odegrać rolę biednego robotnika. Może i słusznie. Zakładam też, że te marksistowskie broszury w domu również były ci do tego potrzebne. Mam nadzieję, że się nie mylę. Mylę się Werner?

– Nie… niee  – wyjąkał niewyraźnie Aaron.

– Bardzo się cieszę. To powiedz mi teraz, czemu od miesiąca nie dostałem żadnego raportu?

– Nie ufają mi…

– Bzdura Werner. Bzdura! Wszyscy wiedzą, że jesteś wielkim marksistą. Że kochasz kulawą Róże bardziej niż własną matkę. Że jak w dziewiętnastym Związek Spartakusa z Różyczką i Liebknechtem na czele, demolował Berlin to aż piałeś z zachwytu. Że jak później rozpieprzyli całe Niemcy aż po samą Bawarię i pomagali Thorezowi budować lepszy, socjalistyczny ład we Francji, to aż sikałeś po nogach z radości. Wszyscy wiedzą, że w Radomiu granatowi regularnie zgarniali cię za lewicową propagandę. Za namawianie do strajków i protestów. Za próby sabotażu. W końcu za to trafiłeś wreszcie w moje ręce, tak czy nie?

– Ale podejrzewają… podejrzewają, że te przenosiny do Warszawy i praca w Fabryce Karabinów… no coś im tu nie gra… boją się prowokacji.

– Co ty mi tu będziesz pieprzył Werner? Jakiej prowokacji? Mojej roboty chcesz mnie uczyć? PFK regularnie ściąga ludzi do pracy z innych miast. Zwłaszcza fachowców. A ty Werner, choć żyd i stary socjalista to jesteś dobry stolarz. Z dziada pradziada, że tak powiem. Normalne, że po zamieskzach w Radomiu przeniosłeś się gdzie indziej. Zresztą, załatwiłem to tak, żeby wyglądało, że twoi kumple z Berlina specjalnie cię tu wysłali w jakiejś ważnej misji. Żeby wszyscy myśleli, że masz nadzorować przygotowywanie sabotażu w fabryce. I to było twoje zadanie, pamiętasz? Dowiedzieć się, kto w PFK sprzyja marksistom. Kto jest gotowy do strajku. Kto podburza robotników. I wreszcie, kto jest odpowiedzialny za próby sabotażu z lipca i sierpnia. I za następne. A jestem pewien, że takie będą. A ty co? Żadnych raportów przez miesiąc. Nawet jednego donosu.

– Staram się – zaskomlał Aaron.

– To staraj się bardziej do ciężkiej kurwy nędzy!

Porucznik podniósł się na równe nogi. Zaciągnął się papierosem, strząchnął popiół prosto w kałużę. Uniósł głowę i spojrzał na błyszczące na niebie gwiazdy. Milczał dość długo.

– Trzeba będzie doprowadzić cię do względnego porządku, więc trafisz na jakiś czas do szpitala. A ja już postaram się o to, żeby wyglądało, że któryś z inżynierów w fabryce dowiedział się, że jesteś zatwardziały socjalista i ze strachu nasłał na ciebie bandziorów. Tak profilaktycznie, żebyś przypadkiem robotników nie podburzał. I wszyscy dowiedzą się, że cię obili za miłość do Marksa. Może to ich przekona, że nie jesteś prowokatorem. Ale potem chcę mieć regularnie jeden raport co tydzień. I tyle cholernych donosów ile się da. Tylko bez konfabulowania. Zrozumiano Werner?

Aaron słabo pokiwał głową.

– Musisz wreszcie zrozumieć Werner, że wykonywanie moich poleceń to dla ciebie jedyne wyjście. Jak nie będziesz robił tego, co ci każę ty mała, żydowska wszo, to zadbam o to, by twoi czerwoni kumple dowiedzieli się, że na nich donosiłeś, rozumiesz? Albo zwyczajnie każę cię zatłuc w jakiejś bramie jak psa.  I nawet nie myśl o tym, by bawić się w podwójnego agenta i karmić mnie nieprzydatnymi bzdurami. Nic z tego. Raz na zawsze wbij sobie do tego swojego pustego łba, że nie zaprowadzisz żadnego, cholernego komunizmu w tym kraju. A jak mi nie wierzysz to przypomnij sobie, co twój socjalistyczny guru Marks mówił swego czasu o Carskiej Rosji. Pamiętasz? Nie? Jak chcesz to ci przypomnę. Twierdził, że nie w Rosji wybuchnie żadna proletariacka rewolucja, bo nie mają prawdziwego proletariatu, tylko samych chłopów. I że najpierw muszą sobie wyhodować kapitalizm z prawdziwego zdarzenia, a dopiero później go obalić. No i co? Chociaż w jednym stary żydek miał rację. Chłopi w Rosji za nic nie dali sobie zaszczepić waszych proletariackich bzdur. Carat po wojnie zdechł sam z siebie, a chłopom wystarczyło dać ziemię i mają teraz w Rosji najbardziej demokratyczny ustrój na świecie. Co prawda my to nie Rosja i mamy w Rzeczpospolitej troszkę więcej robotników, ale pamiętaj gnido, że ja jestem z dziada pradziada pańszczyźniany chłop. I waszej marksistowskiej zarazy nienawidzę jak niczego innego na świecie. I w życiu nie pozwolę, żeby to czerwone gówno rozlało się po moim kraju. Zrozumiałeś? To świetnie. Szeregowy! Zabierzcie mi to ścierwo sprzed oczu, bo patrzeć na niego nie mogę.

Koniec

Komentarze

Faktycznie, historia alternatywna jest. Ale przez większość tekstu bohater ucieka. Nie wiadomo przed czym, więc trudno orzec, czy warto mu kibicować. A przez resztę mamy przemowę rzucającą kawę na ławę.

Trafiają Ci się literówki.

zablokował jedynie jedno skrzydło

Źle to brzmi.

Babska logika rządzi!

Przecinki pojawiają się losowo i w niespodziewanych miejscach, dużo ich brakuje. Przede wszystkim, co u ciebie występuje bardzo często, w zdaniach z osobą na końcu:

Rozejrzyj się Werner

Mam rację Werner?

Przed osobą stawia się przecinki. Nazywa się to wołacz.

 

Czasem dziwnie dobierasz słowa, stopy klaszczą, kule łoskoczą, nie podobają mi się. Poza tym, przyznam bezwstydnie, że większość jego ucieczki tylko skakałam wzrokiem po akapitach. Zdecydowanie za długo to trwało.

 

Natomiast bardzo mi się podobała postać porucznika. Świetny, naturalny sposób mówienia, nutka ironi, udawany dramatyzm – jego kwestie były świetnie wyważone. Pod koniec imo za mocno idziesz w łopatologiczne wyjaśnianie historii czytelnikowi, ale nie razi to aż tak.

 

Historia w zasadzie ani mnie grzeje, ani ziębi, zmiany są niewielkie. Brakuje u Aarona charakteru, nie bardzo rozumiem, co on w ogóle robi pod rządami porucznika i jak się znalazł w tej sytuacji (skoro każą mu pisać donosy, a on przez miesiąc tego nie robi, to ja naprawdę nie wiem, czego on się spodziewał).

 

Podsumowując, przyjemne opowiadanie, jak już się przebije przez początkowe akapity. Nie dziwię się, że jest mało komentarzy, bo ja po przeczytaniu pierwszego akapitu trochę umarłam. Dojście do głosu porucznika mocno zmieniło moje zdanie o historii.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Drogi Autorze, jesteś jeden czy jest Was czterech? Dla uproszczenia uznam, że jednak jeden.

 

“zwaliło się prosto na stojąca wrogu“ – stojącą w[spacja]rogu ;)

 

“Na koniec, zupełnie jakby bardzo dumne z siebie, z trzaskiem pękło niemal na pół.“ – dziwne jakieś to wtrącenie…

 

“Klać pod nosem szarpnął“ – Klnąc

 

“szarpnął za najniższa szufladę“ – najniższą

 

“Złapał obiema dłońmi za okuty mosiądzem uchwyt i pociągnął.“

 

“Zaparł się jedną noga o ściankę“ – nogą

 

“Ukryte w szufladzie luźne kartki papieru rozsypały się po całym pomieszczeniu (…)

Aaron jęknął, niezdarnie podniósł się z podłogi, rozmasowując obolały bark. W kompletnej panice zaczął zbierać leżące wokół kartki papieru.“

Nie musisz, osobliwie za drugim razem, podkreślać, że kartki są z papieru; powtarzasz tę samą oczywistą frazę po kilku zdaniach, co daje się zauważyć i zgrzyta.

 

Generalnie już na początku zwracają uwagę trzy rzeczy: 1) stosujesz często bardzo długie i niepotrzebnie skomplikowane zdania, 2) zdecydowanie nadużywasz przymiotników i przysłówków, 3) miejscami interpunkcja Ci szwankuje.

 

“zagarnął z podłogi kolejną porcję celulozowych papirusów“ – za wszelką cenę próbując uniknąć powtórzenia, wpadłeś w skrajny absurd; celulozowe papirusy, serio?

 

“w kierunku kopcących [+się] delikatnie węgielków“

 

“dreniwanego okna“ – to nawet nie jest literówka…

 

“Szarpnął za klamkę, odepchnął ościeżnicę na bok. Trzasnęło pękające szkło. Zewnętrzne skrzydło za nic nie chciało otworzyć się na oścież, więc Aaron musiał przeciskać się przez wąski lufcik, kalecząc dłonie i przedramiona o rozbitą szybę.“

– 1) W jakim znaczeniu użyłeś tu słowa lufcik? Bo lufcik z całą pewnością nie jest “półotwartym oknem”. 2) Z tego, co zrozumiałam, poszła szyba w wewnętrznym skrzydle podczas jego gwałtownego otwierania (pewnie walnęło mocno o ścianę), nie w zewnętrznym – dlaczego więc próbując się przecisnąć przez zewnętrzne bohater pokaleczył sobie ręce o potłuczone szkło?

 

“Aaron podniósł nie ciężko z ziemi.“ – się, a nie “nie”

 

“Aaron zobaczył ciemne sylwetki wychylające się przez zbitą szybę.“ – Raz, że nadal wydaje mi się, że poszła szyba nie w tym skrzydle, a dwa – auć; bohater ledwo się przepchnął i przy tym pokaleczył, a teraz przez jedną “zbitą szybę” (a nie okno) wychyla się aż kilka sylwetek naraz?

 

“W tańczącym świetle płonącego w pomieszczeniu ognia, Aaron zobaczył ciemne sylwetki wychylające się przez zbitą szybę. Nie czekając, aż wypatrzą go w słabym świetle jedynej“

 

“wysoki płot z metalowych, kanciastych słupów, ustawionych zbyt gęsto, by ogar zdołał przecisnąć między nimi choćby kawałek pyska. Wielkie czarne bydle wcale nie zwracało na to uwagi i biegało rozjuszone wzdłuż płotu“ – literówka: bydlę

 

“Aaron zaklął paskudnie, otarł spoconą twarz rękawem swetra“ – Czy bohater spał w swetrze? W końcu prześladowcy zaskoczyli go, kiedy był w środku nocy w łóżku…

 

“nieregularne szeregi“ – oksymoron

 

“tracił równowagę.  Minął ulokowaną“ – zbędna spacja między zdaniami

 

“zaścielający parkowe alejki dywan“; “Wypadł z parku“ – skwer to nie park, zdecyduj się albo na jedno, albo na drugie

 

“przeciął na wskroś kolejną ulicę“ – zastanowiłam się nad tym zwrotem; nie jestem pewna, czy to jest prawidłowe zastosowanie “wskroś”. Wydaje się, że słowo to pasuje raczej do… obiektów trójwymiarowych, czegoś, co ma środek, do którego można dotrzeć. Na przykład człowiek może przemarznąć na wskroś…

 

“Po jego lewej stronie wyrósł w górę wielopiętrowy, zwalisty obelisk wyglądającej na opuszczoną fabryki.“ – Tu już wątpliwości nie mam, słowo obelisk zostało użyte w sposób nieprawidłowy. Poza tym jak coś jest wielopiętrowe to trudno się spodziewać, że wyrośnie inaczej niż w górę…

 

“Spojrzał za siebie, lecz nie dostrzegł nikogo ani w pobliżu bramy do zakładu[+,] ani w skrywających park ciemnościach.“

 

“Kolejny wystrzał łupnął z niewiadomego kierunku. Gdzieś nad głową Aarona świsnęła kula i zaryła z łoskotem w mur fabryki. Aaron, kompletnie zdezorientowany nie wiedział, w którym kierunku uciekać”

 

“by nie upaść na ziemie“ – ziemię

 

“Macając stopą po ścianie znalazł podparcie dla lewej stopy

 

“Ucieszyć się z bliskości celu“ – Ucieszył

 

“coś mocno chwyciło go za lewą nogę i pociągnęło w swoją stronę. Kompletnie stracił równowagę, obie nogi

 

“ciało wykręciło się niemal dookoła“ – wykręciło się dookoła?

 

“łupnął cieżko na kamienną ścieżkę“ – ciężko

 

“wytyczający granicę ścieżki kamienny stopień, choć ten mierzył zaledwie kilkanaście centymetrów.

Dokładnie wtedy kroki nagle ucichły. Aaron odwrócił głowę i zobaczył stojącą na granicy światła“

 

“metalową papierośnicę. Z płaskiego, puzderka wyciągnął pojedynczego papierosa i postukawszy skrętem o stalową obudowę, włożył go do ust. Wciąż spacerując wzdłuż linii światła pogrzebał w kieszeni spodni i wyciągnąwszy paczkę zapałek, odpalił papierosa.“

 

“– Dobry wieczór[+,] towarzyszu Werner“

 

“Chyba coś z wami nie tak.  Zwłaszcza z głową“ – zbędna spacja

 

“– Zasadniczo to gówno mnie obchodzą twoje myśli[+,] Werner“

 

“Z ciemności dobiegły odgłosy przyspieszonych kroków, zlewające się w jedno z podniesionymi, męskimi głosami.“

 

“– Zdaje mi się, że miałem dla was zadanie towarzyszu[+,] Werner“ – przecinek przed wołaczem ważna rzecz; a że, jak widzę, brakuje ich i w innych analogicznych sytuacjach, więcej kopiować nie będę

 

“Nie było chyba zbyt trudne, o ile dobrze pamiętam. Nie prosiłem chyba, żebyś“

 

“Cisnął trzymanym w ustach papierosa na ziemię“ – trzymanego

 

“dłużej zostawione“ – raczej: dłuższe

 

“– A po jaką cholerę? – cCzłowiek w czarni zaciągnął się dymem“

 

“– Makowski! – pPalacz odwrócił się nieznacznie do tyłu.“ – Odwrócił się do tyłu to masło maślane

 

“– Tak jest panie poruczniku – wyprężył się żołnierz z mosinem.“ – nieprawidłowy zapis dialogu; kwestia dialogowa i następujący po niej opis to dwa różne zdania, a “wyprężył się żołnierz“ raczej sensownego zdania samo w sobie nie stanowi. Powinno być:

– Tak jest, panie poruczniku!Żołnierz z mosinem wyprężył się.

 

“Że kochasz kulawą Róże“ – Różę

 

“po zamieskzach w Radomiu“ – kolejny przypadek, w którym literówkę wskazałby moduł sprawdzania pisowni w dowolnym edytorze tekstu… I którą łatwo wyłapać nawet przy pobieżnym przeglądaniu własnego tekstu

 

“Porucznik podniósł się na równe nogi.“ – Wcześniej nie było nic o tym, że kucał/pochylał się? (chyba)

 

“Porucznik podniósł się na równe nogi. Zaciągnął się papierosem, strząchnął popiół prosto w kałużę. Uniósł głowę“

 

“w jakiejś bramie jak psa.  I nawet nie myśl“ – zbędna spacja

 

“Twierdził, że nie w Rosji wybuchnie żadna proletariacka rewolucja“ – podwójne zaprzeczenie, zdanie wyszło bez sensu

 

W ostatnim akapicie słowo “Rosja” pada kilkukrotnie, co deczko razi.

 

I generalnie “Żyd” piszemy wielką literą.

 

 

Podsumowując:

No tak, historia jest alternatywna… Ale opowiadanie niestety nie wciąga, ma przy tym zaburzoną konstrukcję. Bohater ucieka przez większość tekstu a, mimo Twoich starań, ta ucieczka nawet nie jest dynamiczna. Mnogość określeń dosłownie zaśmieca akapity, ponadto baaardzo szczegółowo wszystko opisujesz – co kto robi, co jak wygląda… Zdecydowanie naucz się skreślać przymiotniki, bo inaczej w nich utoniesz. Bogactwo opisów wbrew pozorom nie zależy od liczby określeń.

Druga część tekstu zaś wydaje się służyć wyłącznie termu, by do czytelnika na pewno dotarło, że mamy do czynienia z historią alternatywną. Monolog porucznika jest długi, choć w sumie niewiele wnosi; wydaje się, że gość po prostu lubi słuchać swojego głosu, a to niekoniecznie musi być dla czytelnika ciekawe.

 

Pozdrawiam.

 

 

@Kam_mod XD

Przepraszam, ale Twój komentarz wielce mnie rozbawił: “Przed Werner stawia się przecinki.”

To jakaś nowa zasada pisowni? :D

Oczywiście generalnie masz rację, ale to nie przed “Werner się stawia”, tylko stawia się przed wołaczem, którym w danym przypadku akurat jest Werner ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Po wołaczu też się stawia, jeśli zdanie się na nim nie kończy. ;-)

Babska logika rządzi!

To inna kwestia, ale rzecz jasna słuszna ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@joseheim

 

Nie tłumaczyłam mu zasad gramatyki polskiej – jeśli chłopak do tej pory tej wiedzy tajemnnej o wołaczach nie posiadł, to ja tego nie będę mu wyjaśniać. Nie mówiłam więc ogólnie – wytknęłam tylko często powtarzający się w jego tekście błąd.

Nie sądzę, bym jakoś szczególnie źle dobrała słowa, ale skoro tak cię to razi – wyedytowałam posta.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Kam_mod, w żadnym razie nie miałam na celu Cię urazić, jeżeli tak to odebrałaś, to przepraszam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

O rany, teraz poważnie się zrobiło :( Cóż mogę rzecz – będę uważniejsza na przyszłość, komentując prace innych. Peace!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Poprawki jose jeszcze nie wstawione, więc nie czytam, póki to nie nastąpi.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Mało zajmujące, wręcz nudne opowiadanie – przez większą część tekstu bohater, nie wiedzieć czemu, ucieka, a reszta została poświęcona na łopatologiczny wykład. Czytało się źle, albowiem Donos jest napisany fatalnie, a wskazane błędy wciąż straszą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka