- Opowiadanie: Armored - Nekromanta

Nekromanta

Zdecydowanie zbyt długo zwlekałem z napisaniem czegokolwiek. To opowiadanie przerywa moją roczną “blokadę twórczą” :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla, Nevaz, regulatorzy

Oceny

Nekromanta

“Wtenczas cała kraina opływała w dobrobyt. Ziemia dawała dobre plony, a bydło było zdrowe i liczne. Jednak mądry król zmarł, a tron przejął jego młody syn. Pragnął on posiadać więcej niż ojciec i zarządził, by poddani składali daninę dwa razy częściej. Skarbiec wypełnił się złotem, ale w krainie zapanował niedostatek. Króla zaślepiła chciwość, chciał posiadać więcej niż władcy sąsiednich ziem. I zarządził, by pańszczyznę odrabiano dwa razy częściej. Złoto wysypywało się z każdej komnaty na zamku, lecz w krainie zapanował głód. I znów królowi było mało, chciał mieć więcej niż jakikolwiek władca żyjący we Wszechziemi. Zarządził więc, by jego poddani oddali mu wszystko, co mieli i stali się jego niewolnikami. Zniecierpliwiła się wtedy Śmierć, widząc jak nieudolnie król włada podległymi jej duszami. W przypływie litości zabrała wszystkich poddanych w swoje objęcia, gdzie nie musieli już cierpieć głodu i niedostatku, wolni od jego rządów.”

 

Przypowieść o zapomnianej krainie.

 

Nofre zatrzymał się w pół kroku. Martwa kraina wciąż uparcie milczała, a szat nekromanty nie poruszał nawet najlżejszy powiew wiatru, ale coś się zmieniło. Przez materiał torby przebijały się delikatne wibracje.

Nie bacząc na przegniłe szczątki roślin walające się po ziemi, mężczyzna klęknął i począł gorączkowo przeglądać swój dobytek. Przez bladą, zmęczoną twarz przebiegł cień uśmiechu, gdy Nofre potwierdził swoje przypuszczenia. Ossaskop drżał nieprzerwanie, a przez wszechobecną ciszę zaczęło przedzierać się ciche buczenie.

Nekromanta odetchnął i wyprostował się. Cała kraina zdawała się obserwować, jak w skupieniu wodzi wokół przyrządem, usiłując ustalić, z której strony nadchodzi sygnał. W końcu mężczyzna zszedł ze ścieżki i bez wahania zagłębił się w mroki panujące pomiędzy obumarłymi kikutami drzew. Ostatecznie, czego miał się bać? W promieniu tysięcy mil w każdą stronę nie pozostało nic, co mogłoby stanowić dla niego jakiekolwiek zagrożenie.

Buczenie przybrało na sile, a drgania ossaskopu sprawiły, że kontury pręta stały się nienaturalnie rozmyte. Nofre przystanął pod zbutwiałym pniem czegoś, co kiedyś mogło być dębem, i rozejrzał się. Trudno było dostrzec cokolwiek w półmroku panującym na tym poziomie, ale jeden z wystających z bagnistej gleby korzeni przyciągnął jego uwagę. Nekromanta uspokoił ossaskop cichym zaklęciem i pochylił się nad znaleziskiem.

Kość już dawno sczerniała ze starości i rzeczywiście na pierwszy rzut oka wyglądała jak korzeń. Z pewnością jednak należała do człowieka. Nofre zbyt dużo czasu spędził w ciasnej komnacie, studiując każdy cal ludzkiego ciała, by mieć co do tego jakiekolwiek wątpliwości.

W ruch poszedł zakrzywiony sztylet, po raz kolejny nacinając głęboką bliznę na ramieniu Nofrego. Gdy pierwsza szkarłatna kropla skapnęła na kość, mężczyzna zabandażował ranę. Lepiej było nie marnować krwi w takim miejscu, jak to.

Inkantacja poszła szybko i sprawnie. W rytm śpiewnych słów zaklęcia, kość najpierw pokryły nitki mięśni, a później szara skóra. Ręka wystająca z ziemi zaczęła konwulsyjnie zaciskać i rozluźniać pięść, jakby błagając o ratunek.

Nofre, czując jak opada na niego zmęczenie, zwlekał z udzieleniem pomocy swojemu nowemu ożywieńcowi. Dopiero kiedy czarne plamy zniknęły sprzed jego oczu, chwycił dłoń i pociągnął. Wraz z wynurzającą się z bagna głową dał się słyszeć świst wciąganego powietrza. Odruch, który będzie trzeba wyplewić. Nofre nienawidził, gdy w nocy trupy zaczynały chrapać, wbrew wszelkiej logice usiłując pozbyć się ziemi z płuc.

– Panie… – zaczął ożywieniec, wciąż krztusząc się błotem.

– Imię – warknął Nofre, krytycznie przyglądając się swojemu nowemu nabytkowi. Chude, zmizerniałe ciało mogło należeć jedynie do wieśniaka. Choć teraz był łysy, za życia włosy pewnie porastały każdą część ciała. Niestety nekromanta nie mógł wybrzydzać, to były jedyne zwłoki, na które natknął się od kiedy wkroczył na Pas Morbiriowy. Będą już ze dwa miesiące.

– Otis, panie – wyrzęził chłop.

Nawet imię miał jak dla wołu.

– Posłuchaj… Otisie. Opowiedz mi ostatnią rzecz, którą pamiętasz.

Oczy chłopa, choć wciąż nie odzyskały normalnej barwy po wskrzeszeniu, zaszkliły się. Całym jego ciałem wstrząsnął nagły dreszcz.

–  Choroba… Wiedzieliśmy, że nadchodzi, ale myśleliśmy, że mamy jeszcze trochę czasu. Cała moja wioska przygotowywała się do ucieczki, myśleliśmy, że razem łatwiej będzie później jakoś poukładać sobie życie. I wtedy moja skóra zaczęła ciemnieć.

Nofre skubnął brodę w zaciekawieniu. Relacja wieśniaka potwierdzała to, czego do tej pory udało mu się dowiedzieć. Morbiria najpierw atakowała ludzi, dopiero później choroba przenosiła się na zwierzęta, rośliny i wszelkie inne żywe organizmy.

– Wiedziałem, że dla mnie nie ma już ratunku – kontynuował zapłakanym głosem Otis. – Ale reszta wciąż miała szansę. Moja żona i córka…

– Pomyślałeś pewnie, że jeśli uciekniesz i umrzesz w samotności, to inni nie zdążą się zarazić. Jak szlachetnie – przerwał ze zniecierpliwieniem Nofre. Najważniejsze już usłyszał, resztę tej płaczliwej tragedii mógł sobie darować. – A teraz skup się. Pamiętasz swego dawnego pana, króla Parosa?

Na twarzy Otisa odmalowała się autentyczna groza. Nofre nie wiedział nawet, że ożywieńcy mogą mieć tak bogatą mimikę. Już samo to starczyło mu za odpowiedź, więc kiedy chłop otworzył usta, nekromanta przerwał mu następnym pytaniem.

– Potrafiłbyś wskazać mi drogę do jego zamku?

Otis opuścił głowę, ale po chwili niepewnie nią skinął. Nofre poczuł jak zalewa go fala triumfu. Położenie Twierdzy Salesh zostało usunięte ze wszelkich kronik i map wraz z całą krainą, znaną teraz tylko jako Pas Morbiriowy. Wolano zapomnieć o owianej legendami tragedii, jaka się w niej wydarzyła. Z ludzkiej pamięci nie da się jednak niczego do końca wymazać. A fakt, że wszyscy, którzy mogliby cokolwiek pamiętać, nie żyli, nie stanowił problemu.

*

Płomień dogasał. Ożywieniec leżał po jego drugiej stronie, odwrócony plecami do nekromanty. Nikły blask odbijał się w zmrużonych oczach Nofrego wpatrujących się gdzieś ponad ogniskiem. Po chwili mężczyzna zamrugał i głęboko westchnął. Sytuacja przedstawiała się nieciekawie. Długa medytacja potwierdziła jego domysły.

Kończył mu się czas.

Wchodząc na Pas Morbiriowy, Nofre wyciszył głód, żeby się nie rozpraszać. Wiedział, że ze zdobyciem pożywienia w krainie, gdzie wszelka zwierzyna i roślinność wyginęły, będzie trudno, ale zbagatelizował sprawę. Nie mógł wziąć zbyt dużej ilości zapasów, ale kontrola nad procesami w swoim ciele powinna była umożliwić mu przeżycie na tym, co miał. A jednak przeliczył się. Walka z wirusami morbirii, wbrew wszelkiej logice wciąż żyjącymi w powietrzu, pochłaniała zbyt dużo energii.

Nofre sięgnął do torby. Ignorując niedbale wrzucone do niej cenne artefakty i narzędzia, wyciągnął z jej odmętów mały, niepozorny flakonik. Nawet ta niewielka ilość esseny, jaką wskrzeszony przez mężczyznę alchemik zdołał przez te wszystkie lata niewolniczej pracy wytworzyć, odnowiłaby w pełni jego siły. Pragnął zachować ją na bardziej skrajną sytuację, ale chyba nie miał wyboru.

Nekromanta odkorkował buteleczkę i zbliżył do ust. Zanim jednak życiodajny napój choćby zwilżył jego wargi, mężczyzna zamarł. Powoli zapieczętował flakonik z powrotem i odłożył go na ziemię. Naprzeciw niego, tuż za kręgiem światła rzucanym przez ognisko, siedział zgarbiony cień.

Sylwetka nie poruszyła się nawet o cal, widząc, że została odkryta. Jedynie jej oczy utkwione w Nofrem pobłyskiwały złowrogo światłem odbitym od ogniska. Nekromanta pozwolił sobie jeszcze na dwie sekundy bezruchu, podczas których rozważał wszelkie możliwe sposoby, na które nieznajomy mógł go tak blisko podejść. Dopiero, gdy uznał, że to niemożliwe, zerwał się do ataku.

Postać błyskawicznie rzuciła się do ucieczki, ale w tym samym czasie uderzyła ją klątwa. Nitki mroku wyrosły z ziemi i oplotły ofiarę, ale niemal od razu rozpierzchły się, skonfundowane. Tajemniczy gość zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Nofre dopadł do miejsca, w którym tamten jeszcze przed chwilą stał i począł gorączkowo macać ziemię.

Nic.

Żadnego śladu, zupełnie jakby nic tutaj się nie wydarzyło. Nofre opanował przyśpieszone bicie serca i wziął kilka głębokich oddechów. Musiało istnieć logiczne wytłumaczenie, ludzie tak po prostu nie pojawiają się i nie znikają, a już zwłaszcza nie na Pasie Morbiriowym.

Oczywiście dało się to łatwo wyjaśnić. Palce nekromanty zrobiły głębokie bruzdy w mokrej ziemi. Ale nie tego wyjaśnienia potrzebował.

*

Bagna wyglądały groteskowo skąpane w ostrym świetle. Każdy powyginany konar, każdy martwy krzak został wyrwany ze swojego naturalnego mroku i wystawiony na światło dzienne.

– Błagam panie, odpocznijmy chociaż chwilę!

Słysząc żałosne pojękiwania Otisa, Nofre westchnął i wzniósł oczy ku niebu. Dzisiejsze słońce rzeczywiście nie miało dla nich litości. Było ogromne i znajdowało się wyjątkowo blisko, więc oprócz ostrego blasku, byli wystawieni na niemiłosierny żar.

– Idziemy dalej – zdecydował po krótkiej obserwacji.

– Ależ panie…

– Cisza. Za maksymalnie dwie godziny żar zelżeje, a my nie mamy czasu na postoje.

Po chwili ożywieniec zrównał się z nim krokiem.

– O co chodzi? – warknął nekromanta, czując na sobie wzrok wieśniaka.

– Proszę o wybaczenie, panie. Po prostu nie wiedziałem, że jesteś również astronomem. W czasach przed chorobą byli oni u nas bardzo cenieni. Naszej wioski nie stać było na opłacenie astronoma przez cały cykl żniw, ale gdy zbliżały się zasiewy wynajmowaliśmy…

– Tak, znam podstawy astronomii – przerwał mu Nofre, czując narastające rozdrażnienie gadatliwością towarzysza. – Ale nie potrzebujesz wcale ogromnej wiedzy, żeby móc ocenić tor ruchu słońca. Spójrz. – Mężczyzna wskazał na niebo, wiedząc, że to jedyny sposób, żeby choć na chwilę uciszyć ożywieńca. – Dzisiejsze słońce nie leci w linii prostej, lecz delikatnym slalomem, z tendencją do skrętu na północ. Ponadto porusza się powoli, więc, używając języka mojego mistrza, ma niewielką energię. Najprawdopodobniej niedługo słońce odbije zupełnie na północ i po odzyskaniu energii będzie kontynuować podróż na zachód, ale co ważniejsze: zostawi nas w spokoju.

– Niesamowite – szepnął Otis, zasłaniając oczy przed światłem i usiłując dojrzeć na niebie to samo, co Nofre. Zrezygnował jednak, gdy nekromanta ruszył dalej bez niego.

Przez pewien czas szli dalej w milczeniu, usiłując omijać zupełnie odsłonięte tereny. Słońce rzeczywiście zaczęło powoli sunąć na północ, więc cienie zrobiły się dłuższe, a żar osłabł.

– Czy twój mistrz był astronomem? – Kolejne pytanie wyrwało Nofrego z zamyślenia.

Nekromanta spojrzał z ukosa na Otisa. Na twarzy wieśniaka malowała się autentyczna ciekawość. Żaden z jego poprzedników nigdy nie wykazywał tego rodzaju emocji. Być może Nofre zdołałby zaszczepić jakąś symulację dociekliwości w umyśle ożywieńca, ale wymagałoby to dłuższego i bardziej skomplikowanego rytuału. Dla wezwania Otisa użył podstawowej formuły. Nigdy wcześniej nie zanotowano również samoistnego powrotu dawnych cech u ożywieńców, a przynajmniej Nofre o niczym takim nie wiedział. Tak czy inaczej, warto było kontynuować ten eksperyment.

– I tak, i nie. Znał się na niebie lepiej niż większość astronomów, lecz w wielu dziedzinach przewyższał specjalistów. Jego główną pasją była jednak inna nauka.

– Czarna magia?

Niezależnie od krainy, a przez ostatnie dziesięć lat podróży Nofre przemierzył ich już wiele, nekromancja zawsze wzbudzała ten niczym nieuzasadniony strach wśród mniej oświeconych ludzi. Natknął się nawet na dziwaczne kraje, które sztucznie blokowały rozwój nauki, zabraniając nekromancji. Przez takie ziemie przemykał jak najszybciej.

– Nie. Mistrz wiele mnie nauczył, ale nie podzielał moich zainteresowań. Jego wyborem była logika. Dużą wagę przykładał do poprawnego wnioskowania i rozumowania. W moim kraju jego teorie zrewolucjonizowały matematykę, fizykę i filozofię. – Nofre darował sobie szczegóły, wiedząc, że Otis i tak ich nie zrozumie. Pewnie nawet nie znałby większości tych słów, gdyby nekromanta nie wtłoczył mu ich do głowy razem z całym swoim językiem przy ożywieniu.

Zza pobliskiego drzewa wyszedł mężczyzna w kapturze. Przeszedł parę kroków i zniknął za następnym pniem. Wszystko odbyło się w całkowitej ciszy, tuż przed oczami zszokowanego Nofrego.

– Wszystko w porządku, panie? – spytał Otis, przyglądając się z powątpiewaniem, jak nekromanta z coraz większą grozą obchodzi wokół drzewo na ich drodze.

Nofre spojrzał ze zdziwieniem na wieśniaka. Ten zachowywał się, jakby nic specjalnego się nie stało.

– Otisie… Widziałeś tu kogoś?

– Tylko ciebie, panie.

Nofre powoli usiadł i oparł się plecami o pień. Powinien był się zorientować już przy ognisku, jednak wtedy wolał pozostać ślepy na niewygodną prawdę. Nie mógł jednak dłużej jej ignorować.

– Posłuchaj mnie Otisie, to bardzo ważne – zaczął najspokojniejszym głosem, na jaki było go stać, przy okazji sięgając do torby i wyciągając z niej zwój czegoś, co wyglądało na zwykłą linę. – Wraz z ożywieniem przekazałem ci podstawową wiedzę o moim charakterze. Wiesz, jakie byłyby moje reakcje na różne zdarzenia. Jeżeli w jakimkolwiek momencie zachowam się inaczej niż mój charakter by na to wskazywał, zarzuć to na mnie.

– P-panie?

– Oszalałem, Otisie. A szalony nekromanta to bardzo niebezpieczna sprawa. Ta lina została opatrzona zaklęciami pieczętującymi, specjalnie do unieruchamiania istot o magicznych właściwościach. Chciałem ją wykorzystać w innym celu, ale to jest ważniejsze. Zrozumiałeś mnie?

Otis wbił wzrok w ziemię, nie odpowiadając. Cała jego gadatliwość nagle zniknęła bez śladu. Po chwili jednak skinął niepewnie głową.

*

Nawet pomimo upływu lat, forteca wyglądała naprawdę okazale. W normalnych okolicznościach opuszczony zamek byłby w całości pokryty mchem, ale morbiria zadbała o to, by żadna roślina nie zadomowiła się na murach Twierdzy Salesh. Całość prezentowała się tak samo dumnie, jak w dniu, w którym ją zbudowano.

Nofre obserwował fortecę w zadumie. Cały czas czuł na sobie badawczy wzrok Otisa, ale nie tylko. Dwa cienie obserwowały go ukryte w mroku puszczy, a jeden siedział na gałęzi drzewa dokładnie nad nim. Nekromanta starał się udawać, że ich nie widzi. Już od paru dni podążały za podróżnymi, zawsze trzymając się w zasięgu wzroku, zupełnie jakby naśmiewały się z Nofrego.

– Idziemy dalej, panie? – W głosie ożywieńca pobrzmiewało zwątpienie. Zapewne strach przed tym miejscem, który odczuwał za życia był na tyle duży, by ciało pamiętało go nawet po śmierci.

– Tak, zamyśliłem się po prostu.

Fosa wokół zamku zamieniła się w mętne bajoro, ale most zwodzony był opuszczony, jakby zapraszając gości do środka. Wnętrze zamku śmierdziało zgnilizną, ale węch Nofrego wystawiony na ciężkie próby od czasu wejścia w Pas Morbiriowy niemal nie wyczuł różnicy.

W twierdzy panował półmrok. Drobiny kurzu wzniecone przez kroki gości mieniły się leniwie w bladym świetle padającym z wąskich okien. Spokój i cisza dosłownie promieniowały ze starych ścian. Nofre przeszedł się powoli po sali wejściowej. Nic nie wskazywało na to, że parę wieków temu to właśnie tutaj odbył się jeden z najbrutalniejszych rytuałów w tej części Wszechziemi. Nekromanta wyczuwał jedynie delikatne wahania magii, będące pozostałościami po tamtych wydarzeniach. Wiedziony tymi właśnie drganiami, ruszył w głąb zamku. Otis cichutko podreptał za nim.

Im bliżej celu byli, tym bardziej rosło podekscytowanie Nofrego. Zdecydowanie zbyt długo czekał na tę chwilę. Zniknęły nawet cienie, zupełnie jakby nawet one bały się tego zakazanego miejsca. W końcu przybysze stanęli przed ogromnymi, pozłacanymi drzwiami. Nekromanta wiedział, że to za nimi znajdzie odpowiedzi.

– Czy wiesz, co znajduje się po drugiej stronie, Otisie? – spytał, opierając dłoń na kunsztownych zdobieniach pokrywających wrota.

Ożywieniec jakby schował się w sobie.

– Sala tronowa, panie – odpowiedział cicho.

– Otwórz drzwi.

Otis posłusznie, choć z ociąganiem naparł na wrota i z cichym stęknięciem wykonał polecenie. Nofre odepchnął go z drogi i zamaszystym krokiem wszedł do środka. Wnętrze zachowało się doskonale, ale nekromanta pozostał ślepy na przepych, jakim otaczał się król Paros. Interesował go jedynie tron, stojący na końcu sali. Pusty.

Mężczyzna poczuł ostry, palący ból w całym ciele, który na chwilę go oślepił. Z krzykiem zgiął się wpół i upadł na kolana. Dopiero po paru sekundach do jego umęczonego umysłu dotarło, co się wydarzyło.

– Otisie… – wydusił z siebie, jednocześnie próbując poluzować krępujące go więzy. Lina jednak tylko bardziej się zaciskała, wysyłając kolejne fale bólu.

Wieśniak obszedł nekromantę, przyglądając mu się z uwagą. W jednej chwili z jego twarzy zniknął wyraz przerażenia, zastąpiony przez kpiący uśmieszek.

– Prosto w sidło – skontrastował, stojąc nad Nofrem. Nawet głos mu się zmienił, przechodząc w głębszy i bardziej pewny siebie. – Wodzenie cię za nos było czystą przyjemnością.

– Paros jak sądzę? – spytał nekromanta, mimo bólu starając się brzmieć pewnie.

– Świetna dedukcja, twój mistrz byłby z ciebie dumny. – Paros klasnął w dłonie i wybuchnął śmiechem.

Król przeszedł niespiesznie przez całą salę i usiadł na tronie. Pogłaskał czule złotą poręcz, po czym pstryknął palcami. Przez wrota wlała się rzeka ludzi, która porwała sparaliżowanego Nofrego i zaniosła go przed oblicze Parosa, gdzie został bezceremonialnie rzucony na podłogę.

– Masz swoje „mary” – zakpił król. – Wystarczyło zdjąć z nich zaklęcie i znów wyglądają jak prawdziwi ludzie, nieprawdaż?

Nofre zmusił się, by spojrzeć w górę. Policzki ludzi były zapadnięte, a oczy podkrążone. Nawet początkujący adepci nekromancji zorientowaliby się, że to ożywieńcy.

– Moi najdrożsi poddani – kontynuował Paros. – Za życia nie byli wcale tacy posłuszni. Wyobraź sobie, że zdarzało im się kwestionować moje rozkazy. Swojego króla! Nawet moja straż odmówiła, gdy chciałem, by sprowadzili mi paru wieśniaków, na których mógłbym ćwiczyć nekromancję. To wszystko nie mogło ujść im płazem. Nie miałem żadnych oporów, by stworzyć morbirię, która ich wszystkich wybiła.

Paros ewidentnie upajał się brzmieniem własnego głosu. Przestał nawet zwracać uwagę na zwiniętego u swoich stóp Nofrego.

– Ich energia zapewniła mi coś, czego pragną wszyscy: życie wieczne. Zapewne po to tu przybyłeś, głupcze. Myślałeś, że uda ci się zgłębić moją tajemnicę i sam osiągniesz to, co ja. A tak naprawdę szedłeś coraz głębiej w moją pułapkę. Obserwowałem cię poprzez oczy moich poddanych odkąd wszedłeś do mojego królestwa. Gdybyś był zwykłym poszukiwaczem przygód, morbiria od razu by cię zgładziła. Ale ciebie choroba się nie imała. Tylko nekromanta byłby w stanie się jej oprzeć. Musiałem dowiedzieć się, kim jesteś, więc na chwilę przerwałem moje zaklęcie i pozwoliłem ci przywrócić mnie do życia.

Paros wybuchnął nagłym śmiechem.

– Mogłem rozkazać moim poddanym, by mi cię przyprowadzili, ale nie zależało mi na tym, co możesz powiedzieć na torturach. Chciałem dowiedzieć się, co skrywa umysł człowieka, który ośmiela się wejść do mego królestwa. Przekazałeś mi informacje o tym wraz z zaklęciem ożywienia. A także o tym, co nosisz ze sobą.

Paros wykonał ruch ręką i z tłumu wyszedł ożywieniec trzymający torbę Nofrego. Podszedł do króla i pochylił się w głębokim ukłonie. Ten wziął dobytek nekromanty do ręki i wyciągnął jeden przedmiot, całą resztę odrzucając na bok. Torba spadła na schody z głośnym chrzęstem.

– Czystą przyjemnością było obserwować, jak wijesz się, próbując wytłumaczyć znikających ludzi. Wiedziałem, że twój najgłębszy strach w końcu zwycięży i zaakceptujesz fakt swojego szaleństwa. Ale muszę przyznać, że mile mnie zaskoczyłeś, samemu wręczając mi narzędzie do spętania cię. A wracając do tematu: moje zaklęcie nie jest idealne. Oczywiście żyję, ale moje ciało… – Paros spojrzał wymownie na swoje białe palce – dalekie jest od świetności. Na szczęście dzięki tobie mogę to zmienić.

Król wyciągnął rękę. Flakon z esseną pobłyskiwał delikatnie w bladym świetle dnia.

– Ta ilość wystarczy, bym odzyskał sprawność na kolejne cztery wieki. Przez ten czas razem usprawnimy morbirię, tak, by zajęła całą Wszechziemię.

Paros odkorkował buteleczkę i uniósł do ust. Nofre patrzył jak mikstura powoli znika w jego gardle. Nagle król wytrzeszczył oczy i wypuścił z rąk w połowie opróżniony flakon. Ten rozbił się u podnóża tronu, a kwas z sykiem zaczął wżerać się w marmur. Paros złapał się za gardło i gwałtownie wciągnął powietrze.

Nofre wstał ze stęknięciem i szybkim zaklęciem oswobodził się z więzów. Ożywieńcy stłoczeni wokół spoglądali obojętnie jak podchodzi do płóciennej torby i otwiera ją.

– Naprawdę sądziłeś, że nie dam rady wydostać się z pułapki, którą sam stworzyłem? – spytał, przetrząsając torbę. – Wydaje mi się, że tego szukałeś.

Nofre odwrócił się do Parosa, pokazując znalezisko. Niepozorny zielony flakonik.

– Kiedyś znajdował się w niej Cień Żmii, specyfik do oczyszczania artefaktów. Nie zabije cię, to jest, jeżeli wciąż możesz umrzeć, ale z głosem będziesz musiał się pożegnać. Bez rozkazów twoi ożywieńcy są bezużyteczni. A teraz…

Nekromanta podszedł do pobladłego Parosa i zarzucił na niego sznur. Ten od razu zacisnął się na jego tułowiu z cichym sykiem, sprawiając, że z gardła mężczyzny dobył się nieartykułowany skrzek. Nofre położył mu rękę na czole.

Jak utrzymujesz zaklęcie morbirii? – spytał w myślach.

Paros spojrzał na niego z nienawiścią.

Od kiedy wiedziałeś?

Zacząłem podejrzewać już przy ognisku. Szaleństwo również rozważałem, jedynie głupiec podchodziłby do problemu tylko z jedną hipotezą. Ostatecznie przekonała mnie twoja ciekawość.

Twarz króla wykrzywił pogardliwy uśmiech.

Nie doceniłem cię, nekromanto.

Powinieneś był. Mówiłem ci, że mój mistrz był logikiem. Myślenie przyczynowo skutkowe to pierwsza rzecz, jakiej mnie nauczył. Miałeś rację, boję się szaleństwa. Chcesz wiedzieć dlaczego? Twoja kraina jest odpowiedzią na to, do czego zdolny jest szalony nekromanta. Ale mój strach nie przesłania mi faktów. Gdyby doszło do walki, nie pokonałbym całej twojej armii ożywieńców. Postanowiłem więc zagrać w twoją grę i czekać na okazję. Na szczęście dobrze odgadłem czego ode mnie chcesz.

Spodziewasz się, że po tym wszystkim zdradzę ci tajniki wiecznego życia?

Nie potrzebuję wiecznego życia. Chcę tylko wiedzieć, w jaki sposób wciąż utrzymujesz morbirię w powietrzu.

Pierwszy raz od początku ich mentalnej rozmowy na twarzy Parosa pojawił się wyraz konsternacji.

Po co ci morbiria, jeśli nie dlatego?

Nofre westchnął. Znowu miał przed sobą Otisa pragnącego dowiedzieć się, w jaki sposób działa świat. I choć cała ich relacja była kłamstwem, postanowił odpowiedzieć mu ten ostatni raz.

Tak jak kiedyś wspominałem, teorie mojego mistrza zrewolucjonizowały naukę w kraju, z którego pochodzę. Jednak jego najbardziej znaczące odkrycie obeszło się bez echa. Do końca życia starał się ostrzec kogo się dało, jednak nikt go nie słuchał. Otóż astronomowie wielu krajów już dawno udowodnili, że Wszechziemia jest nieskończoną płaszczyzną. Słońca podróżują nad nią od wchodu do zachodu z różną prędkością i w różnej odległości, zawsze jednak trzymając się pewnych ustalonych granic. Mój mistrz na tej podstawie wydedukował, że Wszechziemia musi być równomiernie zaludniona. Skoro tak jest, to na nieskończonej powierzchni musi znaleźć się kraina najlepiej rozwinięta, która w tej chwili podbija wszystkie sąsiednie kraje. Będzie rosnąć w siłę coraz bardziej i powiększać się w tempie wykładniczym, aż w końcu dotrze do nas. Na łożu śmierci mistrz wymógł na mnie przysięgę, że zapobiegnę temu.

Paros przyglądał się mu badawczo, po chwili jednak wybuchnął chrapliwym śmiechem.

A więc chcesz otoczyć swoją krainę morbirią? Przebyłeś taki szmat drogi po to, by uratować swój kraj przed jakimś widmowym zagrożeniem z bliżej nieokreślonej przyszłości? W takim wypadku mam dla ciebie złą wiadomość. To ja jestem centrum morbirii. Czerpie ona z energii życiowej, którą wiele lat temu zabrałem tej krainie. Już zawsze będzie ona istnieć tylko wokół mnie.

Rzeczywiście, nie można było zmusić do współpracy kogoś, kto nie miał nic do stracenia, kto i tak był nieumarły. Nofre patrzył przez chwilę na triumfalne oblicze Parosa. Król myślał, że wygrał. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co właśnie powiedział.

*

Jerav starał się nie zwracać uwagi na dochodzące do niego z tyłu dźwięki posapywania. Drugi strażnik ewidentnie nie potrafił poradzić sobie z górzystym terenem granicy. Jerav go nie winił. Praca w mieście nie wymagała zbyt dużo wysiłku fizycznego, najwyżej obchodu dwa razy dziennie, a i z tego dawało się wymigać. Jeśli jednak ktoś z tym przesadzał, to kończył na takiej misji, jak ta.

– Przeklęta stolica – wycharczał Keva w przerwie między stęknięciami. – Gdy chcemy dofinansowania na rozbudowę miasta, to milczą jak grób, ale pojawia się jakiś tajemniczy ważniak i do kogo go odsyłają? Do Reny, niech tam się nim martwią!

– Ciszej tam. – Jerav miał powoli dosyć narzekania kolegi. – Nie słyszałeś? Każde większe przygraniczne miasto dostało takie zadanie. Było nie migać się od obowiązków, to siedziałbyś teraz w ciepłym garnizonie i grał w karty.

Swoją drogą, gdyby nie długi karciane, mnie też by tu nie było, skarcił się w myślach.

– Chyba już wystarczy, co? – Czerwona twarz Kevy zdradzała, że i tak więcej by nie uszedł. – Stąd widać już Atamarię.

Rzeczywiście, pierwsze miasto przygraniczne po drugiej stronie gór wyrastało dumnie nad lasem.

– Racja, możemy zacząć kopać.

Jerav zdjął z pleców dwie łopaty i rzucił jedną Kevie. Sam naparł butem na swoją i odrzucił na bok pierwszą kopę ziemi. Dopiero po chwili zorientował się, że drugi strażnik do niego nie dołącza.

– Co jest? – spytał, odwracając się z irytacją.

Keva stał w miejscu, przyglądając się pakunkowi.

– Przeszliśmy z tym taki kawał drogi, więc należy nam się chyba wiedzieć, co takiego niesiemy.

– Rozkazy były jasne. Zanieść na granicę, zakopać, nie otwierać. Mało ci jednej kary?

– Daj spokój. – Keva wzniósł na kolegę błagalne spojrzenie. – Nie jesteś ani trochę ciekaw, co jest w środku? Nikt się nie dowie.

– Ani trochę. – Jerav wrócił do kopania. – Przy okazji, słyszałeś o Pasie Morbiriowym? Podobno pierwsi osadnicy zaczynają osiedlać się na skraju tego pustkowia. Choroba chyba wreszcie odpuści…

Przerwał mu nagły krzyk drugiego strażnika. Keva stał z szeroko otwartymi oczami i wpatrywał się w leżący u jego stóp, otwarty pakunek.

– Czemu ty mnie nigdy nie słuchasz! – krzyknął Jerav i w tym momencie jego wzrok padł na zawartość tajemniczej paczuszki.

Ludzki mały palec wygrzebał się ze szmat i począł powoli pełznąć w sobie tylko znanym kierunku.

Koniec

Komentarze

“Niskie buczenie” brzmi trochę niefortunnie, bo buczenie nie ma wzrostu. Może “buczenie o niskim tonie”, czy coś podobnego wyglądałoby lepiej?

“Nofre przystanął pod zbutwiałym pniem czegoś, co kiedyś pewnie było dębem“ – Jak po zbutwiałym pniu poznać gatunek drzewa? Pewność lepiej zamienić na przypuszczenie i już będzie cacy.

Wydaje mi się, że kości ze starości bieleją, a czernieją tylko w specyficznych warunkach – jeśli są spalone, “zachowało się” na nich trochę tkanek albo są zwyczajnie brudne. Ale kłócić się nie będę, bo nie mam gdzie tego aktualnie sprawdzić. :p

SUPERWIRUS mający powinowactwo do antygenów wszystkich żywych organizmów! :v Ja wiem, że to fikcja, że to fantasy… Ale uodparnianie Nofre na taki ultrapatogen robi z niego niezłego koksa!

Czy widząc nieznajomego, Nofre nie powinien napić się eliksiru, zamiast go odłożyć? W końcu czuł się osłabiony, a mikstura miała go wzmocnić. Do tego nieznajomy mógł okazać się nieprzyjacielem i sprowokować starcie.

“(…)usiłując omijać zupełnie odsłonięte tereny i przeskakiwać od cienia do cienia. Słońce rzeczywiście zaczęło powoli sunąć na północ, więc te zrobiły się dłuższe(…)” – do czego odnoszą się “te”? Tereny zrobiły się dłuższe?

Nofre powinien się połapać, że coś jest nie tak, gdy pytając wieśniaka co jest za drzwiami do najważniejszego, najpewniej też najbogatszego pomieszczenia w twierdzy, ten bez zająknięcia odpowiada, że sala tronowa. Skąd miałby to wiedzieć?

Obawiam się, że wirusa nie da się już bardziej usprawnić, skoro jest w stanie zaatakować WSZYSTKO. Globalna pandemia jest kwestią czasu dużo krótszego niż cztery wieki. :D

Nofre to kawał buca. Bardzo niegrzecznie odzywał się do przyzwanego chłopa. Rozumiem, że był w sytuacji, która mu na to pozwalała i to twój wybór, autorze, jaką tworzysz postać, ale nie polubiłem go.

 

Ponarzekałem, ale lektura ogólnie całkiem przyjemna i lekka. Wygląda na fragment większej całości, ale zamknięty, więc jest ok. Kłuło trochę, że zarówno król, jak i nekromanta tłumaczą wszystko czytelnikowi i sobie nawzajem w dość łopatologiczny sposób. Bez fajerwerków jak dla mnie, ale też bez rozczarowania. Pozdrawiam!

Ciekawa historia. Zdaje się, że to rzadko spotykany motyw w fantasy. Twisty w fabule są. Spodobało mi się.

Gdy pierwsza szkarłatna kropla skapnęła na kość, mężczyzna zabandażował ranę.

To ranę na jedną kroplę trzeba bandażować?

Szaleństwo również rozważałem, tylko głupiec podchodziłby do problemu tylko z jedną hipotezą.

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

MrBrightside – wirus został stworzony przez nekromantę, więc kto jak kto, ale akurat jego koledzy po fachu powinni umieć się przed nim bronić :) Co do usprawiedliwienia zachowania Nofrego przy ognisku, to chciał złapać intruza jak najszybciej. Poza tym “połapał się”, że *** SPOILER ALERT *** Otis nie jest tym, za kogo się podaje, jeszcze zanim weszli do zamku. Jeżeli już, to przytyk należy się Parosowi, za to, że nie utrzymywał farsy do końca *** SPOILER END ***. A morbiria nie działała bez energii życiowej Parosa, więc jakieś pole do poprawek było. Z tym, że Nofre był bucem akurat nie będę się spierał, ale praca z ożywieńcami zapewne wyrobiła w nim relację pan i poddany. Do reszty błędów pokornie się przyznaję i poprawiam.

Finklo, dziękuję za dobre słowo i punkta :D

Z tym wirusem, to zwykłe moje czepialstwo, wybacz. Gdy ma się świadomość, że przez wielu wirusy nie są nawet uznawane za coś żywego, to argumentacja, że Twój potrzebuje czyjejś życiowej energii, aby istnieć, jest nieco dezorientująca. ;)

Dobrze napisana historia. Nekromanta kojarzył mi się z tym występującym w drugiej części Diablo. Mam podobne wrażenie jak MrBrightside, że to część większej całości. Świat wydaje się ciekawy, więc pozostaje czekać na kolejne teksty.

Czepialstwo wybaczam, a nawet zachęcam do niego. Ale fantastyka rządzi się własnymi prawami, więc i magicznie stworzone wirusy mogą być inne.

Nie grałem w Diablo, więc nie mam porównania, ale nad cyklem o Wszechziemi się zastanawiam ;) Zobaczę, jak to opowiadanie się przyjmie.

Nekromantę przeczytałam z zaciekawieniem i nie bez przyjemności, i nie miałbym nic przeciw temu, by móc przeczytać więcej. :-)

Choć zdarzają się jeszcze potknięcia, to muszę przyznać, że poczyniłeś postępy. W porównaniu z poprzednimi, to opowiadanie jest napisane lepiej. :-)

 

Nofre za­trzy­mał się wpół kroku.Nofre za­trzy­mał się w pół kroku.

 

Nie ba­cząc na prze­gni­łe szcząt­ki ro­ślin wa­la­ją­cych się po ziemi… – Walały się szczątki, nie rośliny, więc: Nie ba­cząc na prze­gni­łe szcząt­ki ro­ślin wa­la­ją­ce się po ziemi

 

Cięż­ko było do­strzec co­kol­wiek w pół­mro­ku… – Trudno było do­strzec co­kol­wiek w pół­mro­ku

 

dał się sły­szeć głę­bo­ki haust po­wie­trza. – Czy powietrze lub jego część, tu haust, może być słyszalne?

Pewnie miało być: …dał się sły­szeć świst/ poświst głę­bo­ko nabieranego/ wciąganego po­wie­trza.

 

Oczy chło­pa, choć wciąż nie od­zy­ska­ły nor­mal­nej barwy po wskrze­sze­niu, ze­szkli­ły się. – …za­szkli­ły się.

 

do­pie­ro póź­niej cho­ro­ba prze­ska­ki­wa­ła na zwie­rzę­ta… – Raczej: …do­pie­ro póź­niej cho­ro­ba prze­nosi­ła się na zwie­rzę­ta

 

Wie­dział, że ze zdo­by­ciem po­ży­wie­nia w kra­inie, gdzie wszel­ka zwie­rzy­na i ro­ślin­ność wy­gi­nę­ły, bę­dzie cięż­ko… – …bę­dzie trudno

 

– Jak ryba w sidło – skon­tra­sto­wał, sto­jąc nad No­frem. – Sidła chyba nie służą do łapania ryb.

 

Nawet głos mu się zmie­nił, prze­cho­dząc na głęb­szy i bar­dziej pewny sie­bie. – …prze­cho­dząc w głęb­szy i bar­dziej pewny sie­bie.

 

Prze­stał nawet zwra­cać uwagę na zwi­nię­te­go u jego stóp No­fre­go.Prze­stał nawet zwra­cać uwagę na zwi­nię­te­go u swoich stóp No­fre­go.

 

Pod­szedł do króla i po­chy­lił się w głę­bo­kim ukło­nie, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie. Ten wziął do ręki i wy­cią­gnął jeden przed­miot. – Powtórzenia.

 

Jak utrzy­mu­jesz za­klę­cie mor­bi­rii?, spy­tał w my­ślach. – Po pytajniku nie stawia się przecinka.

Proponuję: Jak utrzy­mu­jesz za­klę­cie mor­bi­rii? –  spy­tał w my­ślach.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wytknięcie błędów, już je poprawiłem. Zawsze wydawało mi się, że istnieje określenie “jak ryba w sidło”, ale że nie mogę go nigdzie znaleźć, to widocznie się pomyliłem. Dobrze wiedzieć, że robię postępy, chociaż zdecydowanie, żeby to utrzymać, muszę pisać częściej, niż raz na rok :D

O tak, zdecydowanie! Dobrze, że sam doszedłeś do takiego wniosku. ;-D

Tobie i sobie życzę kolejnych, coraz lepszych opowiadań.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wypada mi Cię przeprosić, autorze, że dopiero dziś zabrałem się za napisanie komentarza, choć z tekstem zapoznałem się chyba z miesiąc temu.

Spodobała mi się twoja historia, w pełni przekonuje mnie tłumaczenie, że magiczne wirusy rządzą się swoimi prawami – i generalnie nie miałem żadnych zgrzytów w tym aspekcie “technicznym” tekstu (może też dlatego, że pojęcia nie mam o wirusach). Odebrałem to raczej jako fajny, oryginalny pomysł. 

Co do zastrzeżeń: Nofre przypadł mi do gustu jako protagonista, ale chyba pierwszy raz zwracam komuś uwagę, że opis głównego bohatera jest zbyt skąpy. Oczywiście mam w głowie pewne wyobrażenie “standardowego nekromanty”, ale zdecydowanie uważam, że gdzieś na początku powinno się pojawić nieco więcej wskazówek co do wyglądu Nofrego (wyłapałem “bladą, zmęczoną twarz” – trochę mało).

A poza tym… <3 ossaskop!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fajne :)

Nowa Fantastyka