- Opowiadanie: Cień Burzy - Dziewiąta syrena

Dziewiąta syrena

Odpad z czegoś.

“Pierwszoosobowa narracja i początek - "mało dynamiczne", nie wciągają w tekst. Opisany temat - też raczej z tych "mniej spektakularnych". Na poziomie zdań to jest może OK - ale jako całość mnie nie przekonało jednak. (Suspens, temat, dramat, emocje - tego zabrakło IMO).” /MC/

Od siebie dodam jeszcze, że każdy zarzut o brak fantastyki uznam za uzasadniony.

Wiecie więc już, że należy spodziewać się raczej postapokaLIPY.

 

Tradycyjnie, ukłon Bogini Regulatorzy.

 

Peace!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Dziewiąta syrena

Gdy byłem dzieckiem, ktoś, chyba dziadek, powiedział mi, że kiedy zaczynają wyć syreny alarmowe w remizie naszej OSP, należy bardzo uważnie się w nie wsłuchiwać, bo to komunikaty kierowane do ludności i kiedyś mogą ocalić mi życie.

I rzeczywiście: Pojedyncza syrena była hołdem dla strażaka wyruszającego do swojej ostatniej akcji – pamiętam, że kiedyś marzyłem, by i na moim pogrzebie rozbrzmiał jej metaliczny lament – dwie informowały o otwarciu śluz na pobliskiej zaporze, trzy to oczywiście pożar, a cztery ostrzegały przed klęskami żywiołowymi. Piątki, szóstki, siódemki i ósemki chyba nie było, albo może ja po prostu nie pamiętam jakie posłannictwo miałyby nieść, ale pozostawała jeszcze dziewiątka… A dziewięć syren miało oznaczać najgorsze.

 

Lata później, na lekcjach przysposobienia obronnego, dowiedziałem się, że to, co usłyszałem, nie do końca jest prawdą; że istnieją oficjalne, uniwersalne kody alarmowe i to na nie powinienem zwracać uwagę. Nigdy jednak nie zdołałem ich nawet zapamiętać, natomiast gdy tylko rozbrzmiewało larum strażackiego wyjca na naszej remizie, wsłuchiwałem się w nie całym sobą, skrupulatnie licząc każdą następną syrenę, jednocześnie zafascynowany i przerażony. Zupełnie automatycznie kierowałem oczy na północ, ku centrum mojej wioski, drzemiącej spokojnie w dolinie u bram Beskidu Małego i nieśmiało sięgającej przysiółkami na stoki najbliższych gór. Na północy bowiem znajdowała się remiza i to właśnie stamtąd dochodził złowrogi jazgot, odbijający się nieskończonym echem od każdego szczytu.

Nigdy nie usłyszałem więcej niż trzy syreny naraz, choć – podobno – podczas niesławnej powodzi roku dziewięćdziesiątego siódmego, rzeczywiście dołączyła do nich i czwarta. Wtedy jednak byłem zbyt mały, by zwrócić na to uwagę. A może już po prostu spałem, bo dopiero nocą woda zaczęła wdzierać się do naszego domu.

 

Tego dnia, początkiem września dwa tysiące szesnastego roku, wczesnym popołudniem, również nie usłyszałem dziewięciu syren. Ani nawet trzech. Była tylko jedna… a jednocześnie było ich nieskończenie wiele.

 

Szedłem pod górę wschodnim stokiem Wielkiego Obłazu, wśród coraz bardziej dziczejących łąk – w dzisiejszych czasach już prawie nikomu nie chce się trzymać gospodarki i szarpać o każdy kłos z kiepską tutejszą ziemią, bo zwyczajnie się to nie opłaca – i próbowałem rozgnieść w dłoniach dwa młode orzechy. W kieszeniach roboczych spodni kolejne grzechotały jakby radośnie, niecierpliwie czekając na swoją kolej, natomiast zwinięta w kulę i upchana w malutkiej kieszeni reklamówka, do której miałem nadzieję zebrać choć kilka grzybów, przy każdym kroku irytująco uwierała w tyłek.

Od mieszanego lasu, który pokrywał szczyt Obłazu niczym bujna, zielona szczecina, dzieliło mnie jeszcze może kilkadziesiąt metrów łagodnego zbocza, gdy wznoszący się wysokim tonem ryk pożarniczej syreny bezwzględnie nakazał się zatrzymać.

Szybko uświadomiłem sobie jednak, że nie jest to nasz wyjec – dźwięk był zbyt cichy, ledwie słyszalny, jakby pochodził z bardzo daleka. Potem jednak dołączył do niego następny, już nieco głośniejszy, a po chwili jeszcze jeden i wreszcie: jest! – zawyła i nasza syrena, głośno, napastliwie, złowrogo. A góry jej odpowiedziały echem… Nie, to nie tylko góry – to tam dalej, po drugiej stronie, w kolejnych wioskach wyją syreny! Znów ciszej, wytłumione lasem. ale mimo to zbyt wyraźnie, by dało się im zaprzeczyć. I żadna, żadna nie chce umilknąć; przekrzykują się nawzajem, jazgoczą, zlewają w jeden, niekończący się lament, kaleczą ciszę, gwałcą spokój letniego popołudnia…

Znów spoglądam na północ. Mam stąd doskonały widok, lepszego miejsca na taką okazję nie mógłbym sobie wymarzyć. Za mną, na południu – Żar; po prawej – Groń, Kiczera, Micherdówka; po lewej – szczyt Obłazu; przede mną – jak okiem sięgnąć równina; wsi moja spokojna, dalej Kęty, Brzeszcze, Oświęcim. Cywilizacja, życie, ludzie.

I nikt nie słyszy, nikt nie reaguje.

Gdzieś niedaleko samotny traktor nieudolnie próbuje zagłuszyć apokalipsę; punkciki samochodów nadal bez pośpiechu przemieszczają się po asfaltowej niteczce, którą jakiś głupiec próbował opleść koryto Soły, hen tam, w dole; do piekielnego zawodzenia nie dołączają syreny wozów strażackich, policji ani karetek… Zupełnie jakby płynące zewsząd ostrzeżenie było zbyt nieprawdopodobne, by dało się w nie uwierzyć. Bo niby przed czym to ostrzeżenie? Czym straszą syreny, skoro nic się nie dzieje, skoro świat nadal jest taki sam, jaki był jeszcze tę minutę, dwie, trzy minuty temu…?

Syreny zadają kłam normalności, normalność – syrenom.

Komu wierzyć?

Stoję tak – chyba tylko mnie jednego na całym świecie wyjce zdołały zatrzymać – w nieskończoność, choć nogi pode mną miękną coraz bardziej, serce szarpie się w piersi jak szaleniec spętany kaftanem, po czole obficie ścieka pot, a mimo to ręce drżą jak od gorączki. Syreny nie cichną, świat nadal nie odpowiada, nie reaguje… A może nie ma na co? Może tylko ja jeden słyszę? Może tylko w mojej głowie ten wrzask?

Nieważne, niech to po prostu ucichnie… – to była ostatnia myśl, jaką zapamiętałem.

 

Ocknąłem się otępiały i mocno zamroczony, a głowę rozrywał tak przenikliwy ból, jakbym miał kaca po wypiciu przynajmniej kilku butelek taniego wina.

Przez długą chwilę nie wiedziałem, co się dzieje i nic mnie to nie obchodziło. Chciałem po prostu znów zapaść w sen; uciec od tego bólu. Z całej siły zacisnąłem powieki, by chronić nadwrażliwe oczy przed światłem słonecznym i zwinąłem się w kłębek, pojękując cicho. I pewnie w takiej pozycji już bym pozostał, gdyby nie mrówki, które mnie oblazły i zaczęły boleśnie kąsać. Zmusiłem się, by wstać i strząsnąć z siebie wszystkie owady, które podjęły heroiczną próbę pożarcia mnie żywcem. Dopiero kiedy się ich pozbyłem, zaczęło do mnie docierać, że stało się coś dziwnego. Odszedłem kilka kroków od mrowiska, usiadłem w trawie, rozmasowałem boląca głowę i zacząłem się zastanawiać. Najpierw uznałem, że za moje fatalne samopoczucie odpowiedzialny jest właśnie kwas mrówkowy, którego dziwnie agresywne owady musiały mi zaaplikować całkiem sporo, ale potem myśli i wspomnienia powoli zaczęły wracać na swoje miejsca. I wtedy sobie przypomniałem.

Syreny.

Przez jedną krótką chwilę miałem wrażenie, że umilkły, ale gdy tylko zwróciłem na nie uwagę, natychmiast z powrotem wdarły się do mojego świata ze złowieszczym jękiem, potęgując ból głowy. Widocznie przestałem je słyszeć, bo dla mojego mózgu stały się już elementem tła i przestał je rejestrować.

Jak długo w takim razie byłem nieprzytomny?

Niezgrabnie wygrzebałem telefon z kieszeni, wysypując przy tym kilka orzechów, i zerknąłem na wyświetlacz – prawie piętnasta. A więc odpłynąłem na jakieś dwie godziny. A mimo to syreny nadal wyją i nic się nie zmieniło…

Ale czy na pewno? Coś mi się jednak nie zgadzało, coś było… inaczej. Zamknąłem oczy i zacząłem wsłuchiwać się w otoczenie uważniej. Z początku nie potrafiłem wyłapać dysonansu, lecz nagle zrozumiałem – nie słychać absolutnie nic poza tymi cholernymi wyjcami. Świergot ptaków, szczekanie psów, cichy, ale wyraźny szum przejeżdżających w oddali samochodów, warkot ogrodowych kosiarek i pił tarczowych, porykiwanie ciągnika… Wszystko to, co składa się na kojącą wiejska ciszę, teraz odeszło, pozostawiając po sobie… pustkę; pustkę, w której znalazło się miejsce tylko dla syren. Tak, jakbym na świecie pozostał tylko ja i wyjce.

I te cholerne mrówki.

Spróbowałem podnieść się z ziemi, bo wysokie, niekoszone jeszcze tego roku trawy zasłaniały mi cały świat, a chciałem znów spojrzeć w dolinę, tam, gdzie toczyło się prawdziwe życie. Jednak pierwsza, najwyraźniej zbyt gwałtowna próba, skończyła się katastrofą. Głowę przeszył ból, który porównać można chyba tylko do miażdżenia w imadle, a żołądek wykręcił salto, kopniakiem z półobrotu pozbywając się wszystkiego, co w nim zalegało. Zwymiotowałem białymi drobinkami orzechów w czerwono-żółtej galarecie. Papka cuchnęła tak okropnie, że musiałem odczołgać się kilka metrów, nim pozwoliłem sobie znów upaść w trawę i jęczeć z bólu. A mimo to nie zdołałem uwolnić się od smrodu żółci i gnijącego mięsa – miałem go w ustach i w nosie, w którym utknął razem z kawałkiem orzecha. Teraz był jednak na tyle już słaby, że praktycznie umykał mojej świadomości, coraz mocniej miażdżonej niewidzialną prasą.

 

Znów musiałem stracić przytomność, jednak tym razem chyba nie na długo. Syreny wyły nadal, orzech, który przedtem tkwił w nosie, teraz oparł się o dolną wargę, łaskocząc nieprzyjemnie, a słońce świeciło wysoko, wciąż jeszcze na południowej stronie nieba. Ale ból głowy zelżał, niemal ustąpił, a żołądek się uspokoił. Wysmarkałem do rękawa resztki wymiocin i wcale nie byłem zaskoczony, kiedy z nosa puściła mi się krew.

Przez chwilę próbowałem zatamować krwotok garścią wyrwanej trawy, którą przyłożyłem do nozdrzy, ale szybko okazało się, że to na nic. Położyłem się więc na plecach i odchyliłem głowę do tyłu najbardziej jak tylko mogłem, z cichą nadzieją, że grawitacja rozwiąże problem.

Wiedziałem już, co się dzieje, ale wizje, które kotłowały mi się pod zamkniętymi powiekami, były zbyt nieprawdopodobne i absurdalne, bym mógł się ich bać.

To się po prostu nie mogło zdarzyć.

 

Nagle przypomniałem sobie o telefonie. Trzeba zadzwonić do domu, upewnić się, że moim bliskim nic się nie stało, że to wszystko jest tylko porąbanym snem. Po omacku, bojąc się poruszyć głową, zacząłem macać kieszenie, potem grzebać w nich gorączkowo – nie ma!

Kurwa mać!

 

Kiedy widziałem go ostatnio? No tak, sprawdzałem godzinę… Musiał zostać tam, w trawie, gdzieś obok nieprzetrawionych orzechów. Obym go tylko nie obrzygał…

Wstałem bardzo powoli, zaciskając palce lewej ręki na nosie, żeby choć trochę zatamować krwawienie. Bezskutecznie. Jasnoczerwony strumyk natychmiast znalazł ujście między nimi i spłynął dalej, po dłoni, przez nadgarstek, aż zniknął w czeluściach rękawa flanelowej koszuli. Postanowiłem na razie nie zwracać na to uwagi, tylko skupić się na odzyskaniu komórki. Stałem przez chwilę niepewnie, nim nabrałem pewności, że nie mam problemów z zachowaniem równowagi, a poruszanie nie skutkuje nawrotem koszmarnego bólu, a potem ostrożnie poczłapałem z powrotem na miejsce, w którym zostawiłem drugie śniadanie.

Smród zastałych wymiocin przebił się przez zatkany nos do mojej świadomości już na kilka kroków przed tym, nim odnalazłem jego źródło. Co gorsza, stał się chyba jeszcze wstrętniejszy i trudniejszy do zniesienia niż na początku; kwaśniejszy i jakby cięższy. Na szczęście był też i mniej intensywny, więc zatrzymałem się tylko na moment, walcząc z mdłościami, a potem ruszyłem dalej. Kiedy jednak dotarłem na miejsce, mój żołądek gwałtownie skurczył się w proteście przeciwko wielkim muchom z błyszczącymi, zielonymi odwłokami, które dziesiątkami brodziły w cuchnącej brei, i znów zwymiotowałem. Tym razem wykrztusiłem jednak tylko trochę gęstej, czarnej śliny zmieszanej ze świeżą krwią. Próbowałem splunąć, by pozbyć się tej cuchnącej zgniłym mięsem flegmy, ale zabrakło mi sił, więc spłynęła po brodzie, nim rękawem koszuli niezdarnie rozmazałem ją po całej twarzy.

 

Telefon leżał tuż obok kałuży, ale na szczęście był czysty i suchy. Złapałem go i zacząłem się oddalać najprędzej, jak tylko mogłem, ścigany odorem własnej śmierci. I choć krew ciekła mi z nosa coraz obficiej, nie położyłem się, tylko rozejrzałem uważnie dookoła.

Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się normalne, niezmienione: porozrzucane na stoku wzgórza domy, w większości wybudowane tuż po wojnie ceglane graniastosłupy – solidne i praktyczne – tu i ówdzie pranie suszące się w słońcu; na widocznych w dolinie drogach kilka samochodów; zakola Soły lśniące niczym wielkie lustro, wieża kościoła górująca nad centrum mojej wioski, dalej ocean stali i betonu, aż po rozdrapany pazurami fabrycznych kominów horyzont, stykający się z niebem gdzieś na północy.

Ale wszystko było nieruchome, martwe. Jakbym patrzył nie na prawdziwy świat, a na doskonale namalowany pejzaż. Jednak obraz, który się przede mną rozciągał, po dokładniejszej lustracji okazał się wcale nie być taki piękny i sielankowy, jak by się chciało. Nawet tutaj, ze szczytu własnego, bardzo szybko kurczącego się świata, widziałem, że nie wszystkie stojące kilka kilometrów dalej samochody znajdywały się na szosie. Część owszem, a inne zdążyły jeszcze zjechać na pobocze, lecz niektóre wyleciały z drogi do rowów, na barierki, na drzewa, pod koła innych wozów… A teraz każdy tkwił w miejscu, w którym dokonał żywota. Mógłbym też przysiąc, że tu i ówdzie widziałem miniaturowych ludzików, porozrzucanych po krajobrazie równie bezładnie co samochody, i równie jak one nieruchomych.

Stałem tak przez bardzo długą chwilę, z rosnącym przerażeniem i desperacją szukając jakiegokolwiek ruchu, dowodu, że nie zostałem zupełnie sam. Ale – jak na złość – nawet wiatr zamarł, odzierając Beskidy z iluzji życia, którą zawsze tak chętnie pokazywał wśród źdźbeł trawy i koron drzew.

W końcu poczułem mocne zawroty głowy i musiałem się położyć. Po chwili krwotok z nosa nieco się zmniejszył, ale za to bardzo mocno zachciało mi się spać. Zwalczyłem jednak pokusę, by zamknąć oczy i skupiłem całą uwagę na telefonie.

Serce zabiło mi mocniej – miałem pełen zasięg. Więc może jednak…?

Podniecenie, trucizna w żyłach, osłabienie, utrata krwi? Pewnie wszystko naraz, a może coś zupełnie jeszcze innego. Niezależnie od przyczyn, ręce trzęsły mi się tak bardzo, że z trudem zdołałem wybrać numer do żony. Dotykowy wyświetlacz szybko zapaskudził się krwią, ale to nie miało znaczenia.

Teeet… Teeet… Teeet…

– Odbierz, kochanie! – modliłem się, ni to do żony, ni do telefonu. Na pewno nie do Boga. – No… proszę…

Tet, tet, tet, tet…

Spróbowałem jeszcze raz. Znów bez skutku.

– ODBIERZ! KURWA! TEN TELEFON! – ryczałem w przestrzeń, próbując po raz trzeci. Sam przed sobą nie zdołałem jednak ukryć, że w tym krzyku nie ma gniewu, a wyłącznie strach.

Nadal nic.

Wreszcie dałem spokój. Rękawem spróbowałem zetrzeć z ekranu krew, ale tak naprawdę tylko bardziej ją rozmazałem. Dotyk jednak działał, a ja byłem w stanie odczytać komunikaty. Wybrałem numer mamy. Kolejne trzy próby nawiązania połączenia – znów bez rezultatu. Więc do taty.

Jeden sygnał, drugi, kolejny i jeszcze jeden, i nagle delikatne: trzask!

– Boże, tato, tak się…

TU NUMER 753 6…

Kurwa!

Zostawiłem tacie na poczcie bełkotliwą prośbę, żeby się odezwał jak najszybciej, bo dzieje się coś złego i bardzo się o nich boję i… Na koniec już miałem dodać, że bardzo ich kocham, ale zawahałem się na moment. Okazja minęła, szansa przepadła, rozłączyłem się.

Dlaczego tego nie powiedziałem? Co mnie powstrzymało?

Reakcja jak zwykle spóźniona o te ćwierć sekundy, cierpienie do końca życia.

 

112

Linia zajęta.

 

997

Linia zajęta.

 

998

Nikt nie odbiera.

 

999

Linia zajęta.

 

Starłem łzy spływające po policzku.

Czerwone.

 

112. Znowu.

Linia zajęta…

 

A syreny nadal wyją; prywatny koncert, tylko dla mnie.

A może niekoniecznie? Może to tylko tutaj tak…?

 

Poproszę kolejne koło ratunkowe: telefon do przyjaciela.

Łódź milczy, wszystkie telefony. Warszawa – cisza. Gdynia – poczta. Kraków – nic. Wrocław, Białystok… Może chociaż ten cholerny Białystok, ktokolwiek, proszę…

Ale nie…

Londyn, Edynburg, Amsterdam, Kolonia, Gdzieśtown w Norwegii, nawet Sydney… – Kolejna korzyść z posiadania rodziny i przyjaciół na całym świecie: łatwo się upewnić, że wszystko, ale to absolutnie wszystko szlag trafił.

Zostałem sam.

Rozszlochałem się jak dziecko, a potem dostałem ataku kaszlu – na zmianę plułem krwią zaległą w płucach i wymiotowałem tą z dna żołądka. Ból znów zaczął rozsadzać głowę, a potem rwać mięśnie, wykręcać stawy i pożerać kości.

Jeśli krzyczałem, to nie słyszałem własnego krzyku. Płaczu też nie.

Trwało to w nieskończoność, a gdy wreszcie minęło, pomyślałem – z prawdziwą ulgą – że to już koniec, że umieram, a może już umarłem.

Zamiast tego nagle poczułem się o wiele lepiej, jakbym razem z krwią wypluł z siebie śmierć. Przynajmniej na jakiś czas. Nie, nie byłem zdrowy, ale znów zdolny do racjonalnego myślenia, dostatecznie silny, by coś jeszcze zrobić.

Tylko co?

Wrócić do domu, do rodziny, to oczywiste. Nie chcę umrzeć zupełnie sam.

Najpierw, z niemałym trudem, podniosłem się na klęczki. Dalej poszło już łatwiej. Stałem bardzo niepewnie, ale droga prowadziła w dół, więc wystarczyło zrobić pierwszy krok, a potem już tylko pilnować, żeby nogi się nie poplątały. Przecież mam niedaleko, może pół kilometra. A później to już bajka…

Z każdym pokonanym metrem ból powoli wracał, za to świadomość odchodziła. Jeśli można do czegoś porównać ten marsz, to tylko do pijackiej eskapady przez najniższy krąg piekła. Krew z nosa znów puściła się fontanną, której nie byłem w stanie zatrzymać, a ból dosłownie rozsadzał mi czaszkę. A mimo to, zataczając się i jęcząc, jakoś dotarłem do samochodu i zdołałem wgramolić się do środka.

Chwila odpoczynku w miękkim fotelu omal nie kosztowała mnie kolejnej utraty przytomności. A ta – zapewne – śmierci. Otrząsnąłem się dosłownie w ostatniej chwili i to tylko dlatego, że znów dostałem ataku kaszlu. Nie trwał długo, ale i tego starczyło, bo krew zapaskudziła cały kokpit, kierownicę i przednią szybę.

Tyle dobrego, że to nie ja będę musiał tu posprzątać, pomyślałem ironicznie, a potem wyciągnąłem ze schowka chusteczki higieniczne i brutalnie wepchałem je sobie do nosa, by zatrzymać krwawienie. Ku mojemu zaskoczeniu, nawet pomogło.

Z trudem przekręciłem kluczyk i ruszyłem.

Na szczęście lata morderczego treningu w ekstremalnych warunkach nie poszły na marne i ciało wykonywało zabójczo precyzyjne ruchy niemal bez udziału świadomości: Sprzęgło, jedynka, gaz, lekki skręt w lewo, sprzęgło, dwójka – z niejakim trudem, ale weszła – gaz, sprzęgło… Przyłapałem się nawet na tym, że na skrzyżowaniu zatrzymałem się na stopie i włączyłem kierunkowskaz.

Niesamowite, jakie duperele potrafią człowieka rozśmieszyć do łez, kiedy wraca do domu, by móc umrzeć razem z bliskimi. Pieprzony kierunkowskaz, kto by pomyślał?

Po drodze mijałem trupy, zarówno pieszych jak i zmotoryzowanych, ale nie traciłem resztek sił, by się zatrzymywać i im przyglądać – teraz już nabrałem pewności, że na to będę miał dosyć czasu we własnym domu.

Nie wiem, kiedy zacząłem tracić wzrok, ale wiem, kiedy zdałem sobie z tego sprawę: nastąpiło to dokładnie w chwili, kiedy na zakręcie zderzyłem się czołowo z samochodem jadącym po moim pasie… Tyle, że ten samochód nie jechał. Kierowca uderzył najpierw w barierkę, a potem odbił się na środek jezdni. I tak już został.

A ja go nie zauważyłem.

Jechałem bardzo wolno, więc stłuczka nie była mocna i mój opel najwyraźniej nie ucierpiał za bardzo. Wycofałem bez problemu, ominąłem przeszkodę i pojechałem dalej. Prosto do kochającej żony.

Nie pamiętam, jak wydostałem się z samochodu i dotarłem do domu. Chyba na czworakach, bo kiedy uzmysłowiłem sobie, że jestem we własnym salonie i patrzę na Natalię, poczułem, że pieką mnie kolana i zdarta skóra na dłoniach.

Natka siedziała na kanapie, w rękach trzymała telefon. Na jej twarzy malował się wyłącznie lekki niepokój. Nie było tam natomiast bólu i strachu. Widocznie nawet nie zdawała sobie sprawy, że umiera. Nie zdążyła nic poczuć.

Szczęściara.

A ja? Dlaczego żyłem… jeszcze… choć wszyscy dookoła umarli tak szybko, nagle i… bezboleśnie? W czym byłem od nich lepszy? Albo gorszy? A może miałem po prostu tego pecha, że cokolwiek nas zabiło, do mnie, na górskim odludziu, dotarło już osłabione albo w mniejszej dawce i nie zdołało wykończyć od razu, tylko skazało na powolną agonię?

I jakie to ma teraz znaczenie tak naprawdę?

Dla mnie niewielkie, a dla Natalki – żadnego.

Usiadłem obok niej, z zimnych palców wyjąłem komórkę, w zamian ofiarując swoją, wciąż jeszcze ciepłą – zbyt ciepłą – dłoń. Przyjęła ten gest raczej obojętnie. Więc jeśli zajrzę do jej telefonu, też pewnie się nie obrazi… To nie tak, że podejrzewałem ją o coś. Po prostu chciałem wiedzieć, co najważniejsza dla mnie osoba robiła w chwili śmierci. Nagle zdałem sobie sprawę, że tłumaczę się jej na głos. Widocznie myśli zaczęły mi się mącić.

Odblokowałem telefon i zobaczyłem swoją własną gębę na zdjęciu przypisanym do kontaktu. A więc, gdy to wszystko się zaczęło – a raczej skończyło – próbowała do mnie zadzwonić. Byłem ostatnią myślą w jej życiu.

Czule uścisnąłem dłoń Natalki i pocałowałem ją w usta.

Cuchnęła zgniłym mięsem.

Zwymiotowałem ciemną krwią. Wprost na jej piersi. Ale o to też nie miała żalu. Oparłem głowę na ramieniu żony, wypierając wspomnienie ohydnej woni kwiatowym zapachem jej włosów; wciąż tak samo miękkich i przyjemnych w dotyku jak zawsze.

W tym momencie syreny ucichły. Wszystkie naraz, jakby ktoś odłączył je od prądu… I może faktycznie tak było? Jeżeli przy życiu nie został nikt, prócz mnie, pozostawiona bez nadzoru elektrownia… Bez sensu, powinna pracować automatycznie jeszcze przez jakiś czas. A może stała się kolejnym celem?

Nieważne, tego się już nie dowiem.

Ale ta cisza, ta pustka… Chciałem już po prostu umrzeć, tak jak wszyscy, w objęciach żony, do końca wszechświata czuć jej kwiatowy zapach. Ale ta cisza mi nie pozwalała. Wierciła mój umysł coraz bardziej i bardziej, była jak komar, który zaczyna latać człowiekowi nad głową, gdy próbuje zasnąć. Nieważne, jak bardzo chce się ją zignorować, w końcu i tak trzeba wstać i zrobić z tym cholerstwem porządek.

Ja też wstałem. Musiałem. Przecież nie mogłem tego tak zostawić.

Wyszeptałem jeszcze Natalce wprost do ucha, że bardzo ją kocham i przepraszam, że opuszczam ją w takiej chwili, ale przecież muszę coś z tym zrobić. Na koniec pieszczotliwie przygryzłem płatek jej małżowiny i podniosłem się z kanapy. Nim dotarłem do wyjścia, dwa razy upadłem. Najpierw po prostu nogi odmówiły mi posłuszeństwa, a potem, zamiast trafić na drzwi, wyrżnąłem o ścianę. Wzrok znów mnie oszukał.

Poczułem to uderzenie, tak jak czułem ból w każdym nerwie, ale… ale tak naprawdę już chyba tylko wiedziałem, że to czuję. Wiedziałem i nic więcej.

Dojazd do remizy zajął mi niemal dwadzieścia minut, choć powinien nie więcej niż pięć – świat zrobił się wypłowiały i niewyraźny, trudno było mi się w nim poruszać.

Wszystkie bramy wyjazdowe stały otwarte, ale żaden wóz nie zdążył opuścić posterunku, choć ich załogi wyglądały na gotowe do akcji. Może po prostu strażacy w porę zrozumieli, że tak naprawdę nie ma już ani po co, ani dokąd jechać?

Minąłem samochody, nie przyglądając się ludziom, którzy w nich siedzieli – bałem się, że już nie rozpoznam żadnego z nich, choć przecież doskonale znałem wszystkich – i ruszyłem w głąb remizy, prosto do sygnalizacji alarmowej. Nigdy nie udało mi się zostać strażakiem, nawet w naszej OSP, ale przed ślubem byłem tutaj częstym gościem i wiedziałem o budynku wszystko. I chyba tylko dlatego, choć potykałem się co chwila i coraz mocniej kaszlałem krwią, a po schodach na piętro już bardziej wdrapywałem się niż wchodziłem, jęcząc przy tym z bólu, jakoś udało mi się dotrzeć do celu.

Położyłem się na podłodze i odpoczywałem przez chwilę, już nawet nie tyle kaszląc krwią, co rzężąc nią i plując obficie. Oddychałem z prawdziwym trudem, niemal się dusiłem, więc wygrzebałem prowizoryczne zatyczki z nosa i od razu poczułem się odrobinę lepiej. Chusteczki były zupełnie czerwone i lepkie, wyglądały jak kawałki świeżego mięsa, ale przynajmniej zatrzymały krwawotok.

Czas mi się kończy – przyjąłem tą myśl niemal z ulgą. Będę mógł odpocząć. I dołączyć do… do wszystkich. Ale dopiero za chwilę; teraz mam przecież jeszcze coś do zrobienia.

Z trudem wstałem i próbowałem ponownie odpalić syrenę, ale pozostała głucha. Faktycznie nie było już prądu.

A więc to koniec. Nie udało się. Próbowałem, ale zawiodłem.

Po cholerę mi to w ogóle było? W domu czeka żona pachnąca kwiatami… i rozkładającym się mięsem.

Chciałem się poddać i już po prostu zasnąć… ale ten komar wciąż nie dawał mi spokoju. A ja przecież jeszcze mogę się go pozbyć, uświadomiłem sobie nagle.

Kluczyki od magazynku były dokładnie tam, gdzie powinny być, wyjec na korbkę również. Tyle, że stał się nagle niewyobrażalnie ciężki. Jeszcze niedawno ważył nie więcej niż dziesięć, dwanaście kilogramów, a teraz – całe tony. Nie byłem w stanie unieść urządzenia, ledwo udawało mi się je ciągnąć po podłodze. O wyjściu na dach nie było nawet mowy, więc wytargałem syrenę na balkon i ustawiłem ją frontem do świata. Kosztowało mnie to resztki sił, więc opadłem na beton i plecami oparłem się o ścianę. Ale gdy tylko zacisnąłem dłoń na korbie, wiedziałem już, że było warto.

Choć intensywnie mrugałem powiekami, nie byłem już pewien, czy mam otwarte, czy zamknięte oczy; coraz trudniej było dostrzec różnicę.

– Pierwsza dla was, panowie! – wychrypiałem. – Wezwanie na ostatnią akcję.

I zakręciłem. Potworne, ogłuszające wycie rozerwało mi głowę. Krew znów puściła się z nosa i ciekła z oczu zamiast łez. Ale to już przecież nie miało znaczenia, bo poczułem prawdziwą ulgę; jakieś wewnętrzne spełnienie.

Nie zdołałem jednak kręcić długo. Kilka obrotów korbą, może kilka sekund i tyle. Musi wystarczyć.

– Druga dla ciebie, kochanie. Ślicznie dziś pachniesz.

I znów zawyło. Piękny dźwięk.

– Trzecia… – Obmacałem kieszenie. Orzechy nadal tam były. Telefon także. Krew zaschła na wyświetlaczu, ale dotyk działał. Wykręciłem numer. – Tatusiu, to dla was… – I znów rozległ się dźwięk syreny. Krótki, stanowczo zbyt krótki. Ale nie miałem już sił. – Bardzo was kocham, przekaż to, proszę, mamie.

Przerwałem połączenie. Spojrzałem jeszcze na wyświetlacz i zmarszczyłem brwi. Zegar wskazywał, że nie wybiła jeszcze nawet osiemnasta… A więc minęło może pięć godzin odkąd rozległy się syreny. Pięć godzin od chwili, gdy świat przestał istnieć.

– Czwarta… – Nie mogłem wymyślić nic mądrzejszego, więc wycharczałem: – Czwarta dla mnie. Ostatnie spełnione marzenie.

Dwa, może trzy obroty korbą. Tyle trwał mój pogrzeb.

 

Piątej, szóstej, siódmej i ósmej syreny – wątłych, słabych, króciutkich – nie przypisałem nikomu. Tak chyba powinno być.

Musiałem co chwilę zmieniać rękę, by móc jeszcze kręcić korbą. Nie zwracałem już uwagi na to, że nie widzę ani wyjca, ani dłoni, które wprawiają go w ruch. I choć jakaś część mnie była świadoma, że to są moje ręce, z każdym następnym sygnałem byłem coraz bardziej zdenerwowany i podniecony. Całe życie bałem się jej bardziej niż czegokolwiek innego na świecie, a mimo to chyba od zawsze wiedziałem, że w końcu ją usłyszę – dziewiątą syrenę, zwiastun najgorszego.

– Wojna! – Złapałem korbę obiema rękami i kręciłem nią tak długo, aż zupełnie opadłem z sił. – Wojna…

Koniec

Komentarze

Hmmm. “Mało dynamiczne” to dobre określenie opowiadania. Apokalipsa taka bardzo osobista, intymna wręcz. Aż głupio tak podglądać faceta.

Przez długą chwilę nie wiedziałem, co się dzieję

Literówka.

Babska logika rządzi!

Ciekawe – i fajne – ujęcie tematu. Dziękuję.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Aha – tak z ciekawości – dlaczego bohater umierał najwolniej? Nic nie wyjaśniasz…

Babska logika rządzi!

Literówka poprawiona.

 

No cóż, facet sam nie wie. Jego to po prostu spotkało. Ale wrzucę gdzieś zdanko czy dwa z raczej przypuszczeniami niż wnioskami.

A co do dynamiki, to nie było jej w planach po prostu, nie na to obliczany był tekst.

 

Peace!

 

Edytka:

Coś tam doskrobałem.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziewiątej syrenie brak wartkiej akcji i mogę tylko snuć domysły, co jest przyczyną opisanej sytuacji, ale uważam, że właśnie to znakomicie buduje klimat opowiadania. Okazuje się, że umiejętne przekazanie doświadczeń tylko jednego bohatera, może dać pojęcie o apokalipsie.

 

Cieniu, opisałeś wszystko tak realistycznie, że dźwięk każdej strażackiej syreny będzie mi przypominał Twoje opowiadanie – a mieszkam tuż przy remizie. :-)

 

skoro świat nadal jest taki sam, jaki był jesz­cze mi­nu­tę, dwie, trzy mi­nu­ty temu…? – …jaki był jesz­cze mi­nu­tę

 

że nie wszyst­kie znaj­du­ją­ce się kilka ki­lo­me­trów dalej sa­mo­cho­dy znaj­dy­wa­ły się na szo­sie. – Powtórzenie.

Proponuję: …że nie wszyst­kie stojące/widoczne kilka ki­lo­me­trów dalej sa­mo­cho­dy znaj­do­wa­ły się na szo­sie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż mogę rzec ponad ponowne: dziękuję?

Może tylko: poprawiłem.

No i oczywiście bardzo, bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się podobało.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Tu nie ma dramatu i emocji???? Wow. Serio?

Mnie przy trzeciej syrenie stanęły łzy w oczach i właściwie nadal tam stoją…

 

Finkla świetnie to ujęła, że to szalenie intymne, zgadzam się z Reg, że realistyczne, właściwie podczas lektury zapomniałam, że to tylko opowiadanie.

I tak dla rozładowania emocji: hej, też tak macie że siadacie sobie do śniadanka/obiadku i myślicie – “a, przeczytam cuś na fantastyce”? Może powinien istnieć tag ostrzegający, by tego nie robić? ;)

Eeee… WOW!

 

Kłaniam się w pas, Werwenko. Za wszystko. I znowu: czynisz mnie autorem spełnionym. Jakież to… bezcenne.

 

Peace!

 

P.S.

Ale tego o śniadaniu chyba nie do końca zrozumiałem. Może dlatego, że sam tak nie mam…

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Werweno, nie. Staram się nie jeść przy kompie. Wtedy czytam coś papierowego. ;-)

Babska logika rządzi!

Ja, generalnie, też. Albo oglądam bzdury.

 

Peace!

 

P.S.

Pamiętam o swoim dyżurze.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Chodziło mi o to, że realizm niektórych opisów nieco mi zepsuł wrażenia smakowe ;)

Dobrze opisana, kameralna, jak wspomniała Finkla, osobista apokalipsa.

Mimo, że przeczytałem z zainteresowaniem, czegoś w tekście zabrakło. Do tego duża ilość krwi i obrzydliwości, a bohaterem jest przecież jeden człowiek.

Co od niedopowiedzeń to moim zdaniem pasują do klimatu opowiadania.

W kieszeniach roboczych spodni kolejne grzechotały jakby radośnie

Zastanowiłbym się, czy to jakby jest konieczne. Grzechotanie jest dość typowe dla orzechów, a do radośnie to jakby nie pasuje.

utknął razem z kawałkiem orzecha. Teraz był jednak na tyle już słaby,

słaby kawałek orzecha (ale dało się zrozumieć, o co Ci chodzi, więc może ok)

tu i ówdzie widziałem miniaturowych ludzików

nie powinno być: miniaturowe ludziki?

Kiedy byłem mały, to syreny na wioskach włączało się ręcznie (nie wspominając o tych “kręconych”), więc ktoś tam musiał stać, żeby toto wyło. Ale to już się pewnie daaawno zmieniło. Muszę spytać kumpla.

Co tu rzec? Bardzo dobrze napisane, Cieniu. Obrazowo, płynnie, przejmująco. Dobry początek, mocne zakończenie. Łyknąłem w całości jak smok owieczkę. Brak akcji zresztą nigdy mi nie przeszkadzał.

A jednak… trochę mało. Po prostu fabularnie nic nowego. Może dlatego, że sam sobie często wyobrażam koniec w ten właśnie sposób i przywykłem :)

Piątka.

Z maleńkim plusikiem za brak zombie.

To ja już wiem, dlaczego moja Hania tak się boi syreny. Aż musiałyśmy wymyślić sobie specjalną bajkę – znacznie bardziej podnoszącą na duchu niż to opowiadanie. 

Nie przeszkadza mi brak akcji, doceniam dramatyzm i piękne pióro, ale mnie również czegoś brakowało w tym tekście. Od razu mówię, że sama nie wiem czego. Jakoś nie złapało i nie wessało. To dziwne, bo zwykle mam inne zdanie niż ten pan zacytowany w przedmowie. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Hmmm. Może polubienia bohatera, zanim zacznie się mu współczuć?

Babska logika rządzi!

Może. Naprawdę trudno mi się określić, ale dla mnie to opowiadanie jest jakieś niepełne.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Z tym polubieniem to coś może być na rzeczy. Faktycznie. I jakbyśmy (!SPOILER!) poznali tych pobocznych bohaterów (ojca, żonę/dziewczynę…) wcześniej – znaczy żywych – to i końcówka byłaby mocniejsza. Nie wiem, czy to nie podpada pod tani chwyt, ale tutaj był chyba konieczny.

Bardzo lubię pierwszoosobową narrację, mimo ograniczeń jakie narzuca w przedstawianiu fabuły. Jestem wtedy bardzo blisko bohatera. Najmocniejszą stroną opowiadania są ładne zdania. Ogromny plus, wręcz gigaplusior, za postawienie zagadki – co się stało? To pytanie utrzymywało moją uwagę przez cały tekst. Niestety na koniec wielkie rozczarowanie, bo… że w… (bez spoilerów), ale tak ogólnie, a chciałoby się konkretnie. Rozumiem jednak, że bohater też nie znał szczegółów, a mamy tu narrację pierwszoosobową. Podoba mi się sprawa “dziewięciu syren” i że bohater chciałby je usłyszeć, a zarazem nie chciałby, bo wie, że oznaczałoby to zło. Na koniec spełnia się jego… hmm… marzenie. Bardzo podoba mi się ten motyw.

W tekście nie ma absolutnie emocji – no na mój odbiór, nie poruszyło żadnej strunki. A może po prostu jestem zimnym draniem. Więcej, scena “spotkania“ z żoną jest… no mogę napisać, że mnie rozbawiła, nie wiedzieć czemu. On jej chyba nie kochał. Wybacz, Cieniu, ale serio, coś z tą sceną jest nieteges – zero tragizmu. Gdy bohater jechał samochodem, aż mnie zdziwienie wzięło, że się nie zatrzymał, widząc pierwszych leżących ludzi, i nie sprawdził czy ktoś żyje, czy komuś pomóc. Ale może był w szoku. No i jeszcze jednego mi zabrakło: powiadomień esemes o zagrożeniu. Jeżeli był czas, żeby zawyły syreny, to i był na esemes o zagrożeniu – i tu byłoby pole do popisu, żeby się czegoś dowiedzieć.

Ogólnie ciekawe opowiadanie z motywem dziewięciu syren. Minusy jednak też mają silne oddziaływanie – ale to moje widzimisię.

 

Ciao! :)

 

 

 

Zbiorcze: Dziękówa. Za komentarze, klepanie, uwagi i takie tam. i super, że do każdego i każdej z Was coś w tym tekście przemawia. A że budzi kontrowersje i czyni dosyć spory dysonans odbiorczy, to tylko… ciekawiej.

 

Szkoda, że nie załapało, a jeszcze większa, że nie wiadomo w sumie – dlaczego. Miałbym jakiś punkt wyjścia. Choć i tak mam już nad czym popracować.

W ramach ciekawostki – albo w ramach usprawiedliwiania się – zdradzę, że tekst został napisany, tradycyjnie już, na kolanie, w ciągu jednej nocy, na obcym laptopie i w obcej ziemi, gdzieś na początku podróży tysiąca kilometrów z Beskidów do Bydgoszczy i z powrotem, odbytej cintkiem takim jak ja: zbyt już starym, brzydkim i rozpadającym się, ale wciąż niemożliwym do zajebania (najfajniej było w Łodzi, z Nowofantastami i Spółką). Również tradycyjnie gonił mnie wtedy termin, a limit dyszał w kark. Skończyłem o świcie i patataj na północ.

Nawet, gdy wysyłałem tekst do MC, ot tak, dla zjeburków, jakoś specjalnie go nie dopracowywałem. Teraz tym bardziej; tyle, co dziewczyny wskazały.

W moich stronach syreny są zautomatyzowane, jestem tego niemal pewien.

Blackburnie – jesteś zimnym draniem. W dodatku psychopatą.

Ale – a może właśnie za to? – i tak Cię lubię.

A system ostrzeżeń esemesowych u nas albo nie działa, albo działa, kiedy ktoś wyrazi chęć i wyśle jakiegoś tam esemesa na numer z kubka na kawę.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

najfajniej było w Łodzi, z Nowofantastami i Spółką

No! Spróbowałbyś napisać co innego… ;-)

Babska logika rządzi!

Zacząłem czytać, jednakowoż odpadłem, i to prędko. Widać, że autor nie zrobił trzeciego, ostatniego szlifu tekstu – cięć.  No i wyszło, jak wyszło, czyli wyszło przegadanie.

Tekst się ciągnie… Bardzo długi wstęp o rodzajach rozumienie ilości dźwięków syren, opis geografii itp. Brak najmniejszego zwiastuna tajemnicy.  Coś się niby dzieje, ale w sumie nic się nie dzieje, i to długo.  Przynudnawe wprowadzenie w opowieśc. nic specjalnie ciekawego nie wnoszące. 

Mogło być pewnie ciekawie, ale nie jest, bo przegadanie zabiło intrygę.

Szkoda. Jakby skrócić opowiadanie tak o jedną trzecią, pewnie byłoby i żwawiej, i bardziej interesująco.

Pozdrówka.

Rogerze, dzięki za wizytę i komentarz, ale obawiam się, że muszę Cię srogo rozczarować. Jeśli miałbym zmieniać objętość tego tekstu, to tylko i wyłącznie w górę, żeby był jeszcze bardziej przegadany i nudny. Całe szczęście, jak widać, że mi nie zależało.

Geografia i opis syren natomiast… Do opowieści zapewne faktycznie nic nie wnoszą, ale do życia – już i owszem. Ale to smaczek tylko dla garstki górali błotnych i ich ewentualnych gości, czyli ludzi, którzy, nota bene, i tak nigdy nie przeczytają ani dziewięciu, ani jednej nawet syreny.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Blackburn – psychopata. Brr… podoba mi się. <patrząc na swoje odbicie w szybie okna, ujrzałem zmienioną twarz – powiększone oczy emanujące szaleństwem, wyszczerzony uśmiech ukazujący ostre zęby i… jakby na moment wężowy język wysunął się z ust. hmm… przystojniak> ;)

wcale się byłem zaskoczony, kiedy z nosa puściła mi się krew.

 

wcale nie byłem

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Czyzbym stworzyl (kolejnego) potwora? Navezie, poprawione, dzieki. Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Navezie

 

Nevazie

 

Proszę.

Wkrótce opracuję komentarz merytoryczny.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Przeczytałam i muszę przyznać, że jestem pełna obrzydzenia. W tym momencie, jak on sobie coś rozcierał na twarzy to aż mi coś podeszło do gardła.  Opisy były bardzo realistyczne… ale z drugiej strony nie wiem, czy czytelnicy będą zadowoleni z uczuć, jakie w nich wywołujesz. Ja doceniam kunszt (fajnie, obrazowo napisane – cała historia trzyma równy poziom) ale jestem zniesmaczona. Ble.

Tego dnia, początkiem września dwa tysiące szesnastego roku, wczesnym popołudniem, również nie usłyszałem dziewięciu syren.

To brzmi jakbyś używał początku września do słuchania. Poprawnie chyba: na początku września.

 

Scenę spotkania z żoną czytałam dwa razy. No, on wchodzi do pokoju, ona siedzi z telefonem, spoko, kilka zdań później dowiaduję się, że jest martwa, cofam się, chwila, nie no, nic o tym nie ma. Wiesz, dla mnie ta scena była takim ostatecznym potwierdzeniem, że to faktycznie koniec świata, a nie… no nie wiem, po prostu jakieś wydarzenie, które pozbawiło wszystkich przytomności. No i jak ona tak siedziała z tym telefonem to skąd miałam wiedzieć, że nie jest żywa, brzmiała jak żywa. I dlaczego po dwóch godzinach zaczęła już gnić?

Szkoda, że nic nie zostało wyjaśnione, choćby jakieś naprowadzenia by się przydały.

Klamra kompozycyjna mi się bardzo podobała. Bardzo realistycznie to brzmiało, bez problemu mogłabym uwierzyć, że w jakiejś remizie faktycznie się używa syren po swojemu i wszyscy i tak wiedzą, co to znaczy. W sumie z całej historii podobał mi się najbardziej początek i koniec ;)

 

PS. Notabene (vide twój komentarz powyżej) pisze się łącznie.

Nevazie, wybacz. Za kazdym razem zwracam uwage na pisownie Twojego nicku, a i tak wychodzi jak wychodzi. Chyba stales sie moja dysleksja. Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Tak do końca, to nie jestem pewien jaka broń została użyta, więc może przy… ekhm! …czepiam się niepotrzebnie.

“Wojna!” – na końcu mówisz - więc idąc logicznym tokiem rozumowania, że te wszystkie syreny, alarmy, trupy w samochodach, masowa zagłada – pewnie jakieś “niuki” poleciały. Tak? Jak, tak, to już  kończę wywód.

Czy włączony telefon przetrwałby impuls EMP?

 

Ładnie napisane, ale chyba trochę za reportersko. Za dużo czasowników dokonanych IMO.

 

Edit; Shit! Chciałem kliknąć “Przeczytane”, a dodałem Cię do biblioteki. Sorry!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ależ niefart! ;-)

Uważam, że wart bardziej wyszukanych bluzgów niż banalny “shit”. ;-)

Babska logika rządzi!

Kam, Tobie odpisze juz z domu, na spokojnie – teraz, na szybko: dzieki, ciesze sie, masz racje. Zalthcie, z poczatku myslalem, ze mozesz po prostu cofnac, ale byles Piata, a nie Czwarta Sila (kto byl czwarty?), wiec chyba musze napisac do beryla albo dj'a, zeby anulowal Twoj glos. Ale to tez z domu. Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dobra, luz. Masz ten głos “na zaliczkę”. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Hmmm. W nieco podobnej sytuacji, kiedy Bemik dała mi cztery głosy, poprosiłam Czytelników z mocą sprawczą o informację, czy bibliotekowaliby tekst. I w końcu się piątka uzbierała. :-)

Tobie tylko jednego brakuje, więc będzie łatwiej.

Babska logika rządzi!

Przedobrzyłeś tylko z jednym ---no, z dwoma elementami – wymiotami i krwawieniem. Reszta do przełknięcia. A gdybyś jednak nieznacznie bo nieznacznie, ale skrócił niektóre rozwlekłości, byłoby OK.

Hej Piotrek,

 

Małą apokalipsę, tak zręcznie ukształtowaną przez Konwickoego w toku standardowej edukacji współczesnych Polaków, chyba widzimy tak samo: przez przez pryzmat jednostki, nie społeczności, przez paradygmat najbliższych, nie społeczności, przez koszulę bliską ciału, nie dramat odzieżowy ogółu.

 

Uzmyslawia mi ten tekst, jak niewiele o sobie wiemy, choć wirtualnie się znamy, choć dekada nas różni najmniej, czas dzieciństwa inny, wychowanie, realia, w których dorastalismy. A mimo to ważne sprawy, zagadnienia, zostały te same: gdzie się zwrócę w obliczu końca końców, gdzie pójdę, nawet, gdy intuicja podpowiada odpowiedzi na niewypowiedziane pytania?

 

 

Zawsze tam.

 

 

Emocje. Na tym oparles ten odpad z, jak zgaduję, Metra. Ryzykowna taktyka, bo mocno zależna od odbiorcy (np. nie wszyscy mają po kogo wrócić, z kim umierać, lub… nie chcą). Nie przedstawiłeś żony, dziecka przed spotkaniem w finale (brak zbudowania sympatii do nich), przez co zawodzi nieco kulminacja. Parę zdań pewnie by wystarczyło.

Ja wiem, gdzie pójdę, gdy świat się skończy, tu chyba wiesz, gdzie chciałbyś pójść. Takie małe wyznanie wiary w kilka prostych, banalnych wartości. Tylko to zostawiłeś w tekście, licząc, że czytelnik zbuduje sobie obraz uczuć protagonisty do bliskich sam.

Poszedłem tam, wraz  z Tobą.

 

Technicznie; przewijalem opisy w dół, bo z góry znam ich cel i rolę. Niechybny znak  wpadki, jak 44 żelazka na parapecie u Stirlitza. To można oszczędniej w słowach, a równie mocno. To bym w tekście zmienił. Koncept ok. Do cięć – przystąp!

 

Podoba mi się , mimo wad

 Człek, przypadkiem przeżywając, z dala od epicentrum, swoje dzieci – zdaje mi się być najsmutniejszym reliktem ginącego świata. Uwagi merytoryczne: wydaje mi się, że impuls EMP zabrałby prund wcześniej, gość z tym objawami choroby popromiennej nie usłyszylby już syren. Chyba, że te trupki na drodze dopadło promieniowanie neutronowe z bardzo daleka?

 

Lub ktoś inny przeżył i pokręcił ręcznie. Ale tego wniosku w tekście nie sprzedajesz, a szkoda…

 

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ogólnie przeczytałam z zainteresowaniem, bo tekst dobrze napisany i ciekawy, ale po jego zakończeniu zostałam z masą pytań, na które nie otrzymałam odpowirdzi, choć to wcale mi nie przeszkadzało. Nie mam zarzutu, co do treści opowiadania, bo naprawdę jest ciekawe i realistyczne. Dla mnie jedynie zabrakło tych emocji między światem, w którym żył, jak i jego bliskimi. Wypunktował to chyba Blackburn, choć nie uważam tego za jakąś wielką wadę. Twój tekst bez specjalnego wyjaśnienia, tego co się wydarzyło, przyjmuję takim jakim jest i oceniam naprawdę dobrze. Głównie z powodu opisów i tragedii bohatera, z którą zmaga się sam, bo chyba jest jedynym pozostałym przy życiu.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Zgadzam się połowicznie z Adamem – przedobrzyłeś z rzyganiem. Opowiadanie ewidentnie stawia na realizm, ale czasem ilość słów nie przekłada się na efekt. Oddzielając wąską (?) grupę czytelników, którzy lubią opisy wymiotowania, wydaje mi się, że reszta skorzystałaby gdybyś je odrobinę skrócił. Moim zdaniem tamten moment powinien nam uzmysłowić przede wszystkim zamieszanie (i drepczący strach) w głowie protagonisty. W sumie podobne wrażenie miałem z orzechami i torbą na grzyby – wywaliłbym jedno, bo rozumiem, że obydwa rekwizyty spełniają podobną rolę w tekście, wprowadzając nas w środowisko małej ojczyzny bohatera. 

Może PsychoFish ma rację, że twoja “taktyka” była ryzykowna, bo zależna od odbiorcy. Do mnie opowiadanie w tej części w pełni przemówiło, łatwo było mi utożsamiać się z bohaterem. Za wywołanie tych emocji kliknąłbym w bibliotekę, choć zauważone wyżej mankamenty, nieznacznie, ale oddalają Dziewiątą od doskonałości ;P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Och, ależ ja bym sobie podyskutowała na temat krwawień, rzygania i takich tam… A tu szans brak, chwalić Boginię, że jestem w stanie wyklepać coś poza “przeczytałam z przyjemnością”. Ciekawy pomysł na kameralną apokalipsę, a choć baudlerowskie opisy zwykle mnie raczej śmieszą niż brzydzą czy pozwalają wczuć się w klimat, to… no właśnie: przeczytałam z przyjemnością;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Znów ciszej, wytłumione lasem. ale mimo to zbyt wyraźnie, by dało się im zaprzeczyć. – zaplątała się kropka w środku zdania. 

 

Robota goni i się o mnie upomina, więc dokończę później. 

 

Edytka.

Wróciłam. 

 

Kiedy byłem mały, to syreny na wioskach włączało się ręcznie (nie wspominając o tych “kręconych”), więc ktoś tam musiał stać, żeby toto wyło. Ale to już się pewnie daaawno zmieniło. Muszę spytać kumpla.

i

Jeżeli był czas, żeby zawyły syreny, to i był na esemes o zagrożeniu – i tu byłoby pole do popisu, żeby się czegoś dowiedzieć.

Toć sam bohater nie jest pewien, czy syreny wyją w rzeczywistości, czy tylko w jego głowie. I tego się trzymam na podstawie przekazanych nam przez niego informacji. 

 

Późno zajrzałam, chyba nic nowego nie mam do dodania. Rzygów było jak dla mnie za dużo, zbyt obrazowo, samej mi się zbierało od czytania. Pomijając jednak ten jeden element, to jestem pod wrażeniem tak przedstawionego osobistego końca świata. Niby nic, ale jednak coś i to bardzo klimatyczne. 

Możesz mnie zaliczyć do grona tych raczej* zadowolonych z lektury czytelników. 

* “raczej” to taki minus za wiesz już co. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Lata później, na lekcjach przysposobienia obronnego, dowiedziałem się, że to, co usłyszałem, nie do końca jest prawdą;

 

wśród coraz bardziej dziczejących łąk – w dzisiejszych czasach już prawie nikomu nie chce się trzymać gospodarki i szarpać o każdy kłos z kiepską tutejszą ziemią, bo zwyczajnie się to nie opłaca – i próbowałem rozgnieść w dłoniach dwa młode orzechy. ← niepotrzebne wtrącenie

 

Znów ciszej, wytłumione lasem,. ale mimo to zbyt wyraźnie

 

Widocznie przestałem je słyszeć, bo dla mojego mózgu stały się już elementem tła i przestał je rejestrować.

 

trochę gęstej, czarnej śliny(+,) zmieszanej ze świeżą krwią.

 

 

 

Cokolwiek chciałabym napisać, nie mogę. Zapytać: ku*wa, Cieniu, dlaczego tak robisz? też bez sensu. Po prostu pójdę sobie z wielką pustką w duszy.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

przegadane z umiarem

w pozostałym zakresie się podobało

 

 

Ignorancja to cnota.

“Wszystko to, co składa się na kojącą wiejska ciszę“ – literówka: wiejską

 

“Teraz był jednak na tyle już słaby, że praktycznie umykał mojej świadomości, coraz mocniej miażdżonej niewidzialną prasą.

 

Znów musiałem stracić przytomność, jednak tym razem chyba nie na długo. Syreny wyły nadal, orzech, który przedtem tkwił w nosie, teraz oparł się…“ – Hm, marudzę, nie? ;)

 

No więc przeczytałam. Mam mieszane uczucia. Lubię postapo w różnych wariantach, więc nie mam nic przeciwko takiemu jednostkowemu ujęciu, jest w tym klimat. Zgadzam się jednak z przedmówcami w kilku aspektach: miejscami tekst jest ewidentnie przegadany; wiem, że tutaj nie chodzi o dynamikę, ale jednak tempo jest zwolnione nadmiernie. Poza tym zgadzam się co do ambiwalentnego podejścia do obrzydliwości – tak jakoś się złożyło, że akurat czytałam, jedząc śniadanie… Po trzecie jednak brakuje mi tu choć śladu jakiegoś wyjaśnienia – co to za magia sprawiła, że cały świat padł w jednym momencie, wszystkie kontynenty jak jeden mąż, a jednak telefony działały? I prąd przez jakiś czas też, a potem i prąd padł wszędzie jednocześnie jak nożem uciął? Już pal licho, czemu akurat bohater wytrzymał dłużej niż reszta, nie mam problemu z przyjęciem, że jakiś tam procent jednostek ludzkich faktycznie ma w sobie coś, co walczyło dłużej.

Podsumowując – przeczytałam z zainteresowaniem, opowiadanie ma w sobie coś, ale z drugiej strony też czegoś w sobie nie ma. Jak to się mówi: czytało się dobrze, ale nie pozostanie na dłużej w pamięci, niestety.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

O w rzyć… coś tak kojarzyłem, że gdzieś zalegam z masą komentarzy do nadrobienia, ale… kurde, jest Was tutaj tylu, że chyba podświadomie wyparłem wszystkich, przygnieciony masą roboty, jaką mam tutaj do odrobienia. Zgroza.

No, ale skoro już tu zajrzałem i rozpaczliwie szukam wymówki, żeby nie pisać tego, co pisać zapewne powinienem…

 

Zathcie, nie niuki, a raczej jakaś broń chemiczna albo biologiczna. Od atomówek właśnie chciałem uciec.

 

Adamie, z Twoich ust zwrot “do przełknięcia” to jak nagana od Prezesa.

 

Psycho

Uzmyslawia mi ten tekst, jak niewiele o sobie wiemy, choć wirtualnie się znamy, choć dekada nas różni najmniej, czas dzieciństwa inny, wychowanie, realia, w których dorastalismy.

Tu się mylisz – co dziwne, bo wiek mój znać powinieneś, jako że kiedyś go zdradziłem Tobie, Fifi i Emi. Tak czy inaczej, na palcach jednej, choć może postczarnobylskiej, ręki można by wzmiankowaną różnicę wyliczyć.

 

A mimo to ważne sprawy, zagadnienia, zostały te same: gdzie się zwrócę w obliczu końca końców, gdzie pójdę, nawet, gdy intuicja podpowiada odpowiedzi na niewypowiedziane pytania?

Ja tam zawsze uważałem, że pod wieloma względami jesteś jakby mną, tylko… BARDZIEJ. A Twój komentarz tylko potwierdza, że albo miałem rację, albo pomyliłem się tylko nieznacznie.

 

Na tym oparles ten odpad z, jak zgaduję, Metra.

Nie, to było coś innego. Ostatni dzień pary, bodajże. Tam była możliwosć wyboru między steampunkiem a postapokalipą. No to napisałem postapokalipę. Taką no, może bardzo delikatnie post…

Co mogę jeszcze rzec? Bliskich – zwłaszcza żony – w tekście nie przedstawiałem chyba głównie dlatego, że wszystko prócz niej (i, rzecz jasna, opisanych zdarzeń, choć przecież mamy jeszcze wrzesień, dokładnie taki jak w tekście, więc kto wie, kto wie?) jest… Niach, nieważne.

 

 

Morgianko, bardzo się cieszę się, że tym razem Cię nie obrzydziłem, a miast tego ukontentowałem.

 

Nevazie (ha, udało mi się zapisać Cię bez błędu! Jestem Pro!^^),

Zarówno reklamówka jak i orzechy znalazły się w tekście, ponieważ naprawdę były na Obłazie, kiedy zaczęły wyć syreny. A ściślej – syrena. Wymiotów za to nie było, ale jakoś tak mi pasowały.

Dzięki za wirtualny klik i cieszę się, że w Twojej opinii na niego zasłużyłem.

 

Alex, nadrobimy, mam nadzieję. Fajnie, że Ci się.

 

Śpioszko, wiem za co. Mimo wszystko sugestywność przedstawionych obrazów pozwolę sobie zaliczyć in plus, bo, prawdę rzekłszy, nie spodziewałem się, że będą miały aż taką moc, że na kazdym robią tak silne – choć niekoniecznie dobre – wrażenie.

Syreny w opowiadaniu jednak wyły naprawdę. U nas jednak nie funkcjonuje system ostrzeżeń esemesowych. A w każdym razie ja się nie zetknąłem. Choć mam kubek, na którym są jakieś gminne po coś numery, na które można wysłać jakieś esemesy. Może to je to?

 

Nazik – to, co uznajesz za niepotrzebne wtrącenie, jest po prostu faktem. Tyleż smutnym co i przerażającym.

Za poprawki dziękuję.

Może i dobrze, że nie zapytałaś, bo nie umiałbym Ci odpowiedzieć, nawet przy założeniu, że wiem, jak zdefiniować “to”.

 

Katastrofie, dzięki. Tylko i aż tyle.

 

Dżozi

 

Hm, marudzę, nie? ;)

Ano.^^

 

Teraz już zbiorczo: Dzięki wszystkim za poświęcony czas, komentarze, uwagi i kliki. Przepraszam też wszystkich, którym zepsułem apetyt – nie miałem tego w planach.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cóż, przeczytałem, Cieniu. Na pierwszy ogień poszła Dziewiąta Syrena, jako, że millenia temu dodałem ją sobie do kolejki ;D

Czy stała się ona dla mnie zwiastunem najgorszej lektury w dziejach, przy której krew strumieniami płynęłaby z nosa?

Nic podobnego! Wręcz przeciwnie, mimo sporej ilości zastrzeżeń, muszę przyznać, że lektura okazała się całkiem satysfakcjonująca :D

Twój styl jest na tyle przejrzysty, że w przeciwieństwie do wielu innych czytanych przeze mnie tekstów (książek, opowiadań) właściwie w ogóle nie musiałem się wdrażać. Od pierwszych zdań czytało się bardzo przyjemnie i gładko przemknąłem przez całą opowieść :)

Kolejną zaletą jest nastrój wyobcowania i przerażenia bohatera – oddałeś to bardzo wiarygodnie, co naturalnie zwiększyło immersję, sprawiło, że dźwięk syren w istocie zdawał mi się złowróżbny. Fajnie.

W części pochwalnej muszę jeszcze zwrócić uwagę na konstrukcję – pomimo, że lwią część stanowią opisy i analiza posunięć bohatera, tekst jest nadzwyczaj lekki, przejrzysty. Brak dialogów, które zazwyczaj pełnią tę funkcję, udanie zastąpiłeś przemyśleniami tegoż strażaka.

W kwestii dynamizmu tekstu, o którym chyba niektórzy pisali (komentarze jedynie przejrzałem), stanąłbym po stronie obrońców – niespieszne tempo sprawia, że rośnie groza sytuacji. Wszak nie miało to być opowiadanie akcji!

 

Teraz trochę dziegciu, a choć wad nie jest dużo, to w moich oczach są dość poważne ;P

Przede wszystkim, po co tyle rzygania? Nie obrzydzają mnie takie rzeczy, zajrzeć do bizarro też czasem lubię, ale w tym tekście to było nie na miejscu. Przesada, jednym słowem. Podobnie jak krwawienie z nosa.

Chciałeś zaakcentować w jak poważnym stanie był ten gość, wyszło nieeeco karykaturalnie.

Druga sprawa zakończenie – nic nie wyjaśnia. Początek był bardzo zachęcający, wymieniłeś co oznaczają poszczególne sygnały, przy dziewiątym pozostawiając niedopowiedzenie. Wkurzyłem się na Ciebie, że tak to zostawiłeś :P

Jeśli zaś chodziło o wojnę nuklearną, to chyba trochę zbyt “przyziemne” wyjaśnienie, również niezbyt satysfakcjonujące ;)

 

Tyle ode mnie, do poczytania później, Cieniu ;)

 

Dziewiąta syrena jest napisana bardzo starannie, na koniec mam jednak dwie drobne uwagi:

Rozszlochałem się jak dziecko, a potem dostałem ataku kaszlu – na zmianę plułem krwią zaległą w płucach i wymiotowałem tą z dna żołądka.

Hehe :D To właściwie pierdoła, niemniej mnie rozbawiła. Spójrz TU. Jeżeli krew pochodziła z dna, to chyba biedaczyna miał tam jaki wrzód krwawiący ;P

Chusteczki były zupełnie czerwone i lepkie, wyglądały jak kawałki świeżego mięsa, ale przynajmniej zatrzymały krwawotok.

A tu wkradła się literówka :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Muszę przyznać, mości CountPrimagenie (zrobiłem sobie kopiuj-wklej, więc na pewno nie ma błędu w nicku ;), że Twoje dwa zarzuty to niezbyt sporo.

 

Fascynuje mnie jedna rzecz w sumie – taki Głuchowski, Dmitrij z imienia, zrobi sobie apokalipsę, nie wyjaśnia nic nikomu, co się wydarzyło tak naprawdę, bo nikt z bohaterów tego nie wie. A mimo to wydali mu o tym trzy książki (taką se, badziewną jak mało który badziew i całkiem spoko), a w dodatku dorobił się rzeszy fanów, zasłynął na cały świat, stworzył własne uniwersum, pod które podczepiają się dobrzy, słabi i beznadziejni autorzy zewsząd i zapewne trzepie taaaaakie hajsy. Cieniu zrobi coś w sumie podobnego i co? I wszyscy mu suszą głowę, że źle tak jest i niedobrze i w ogóle ble i foch! Życie – takie sprawiedliwe.^^

Co do rzygów natomiast… panta rhei. Panta rhei.

 

Dzięki Ci wielkie za odwiedziny i komentarz. Cieszę się, że mimo wszystko opowiadanie Ci się podobało.

Gdybyś się kiedyś nudził, to zapraszam pod inną moją szkrobaninkę. Obiecać mogę jednak tylko jedno: mniej rzygów.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Obiecać mogę jednak tylko jedno: mniej rzygów.

Haha, przekonałeś mnie ;)

 

Co do Metra – chłopina napisał to widać w odpowiednim momencie i trafił na podatny grunt…  Inna sprawa, że przeciętny czytelnik nie zastanawia się wiele nad tym, co czyta, nie zadaje pytań i przełknie, co dostanie od autora (takie są przynajmniej moje osobiste obserwacje). Wystarczyło poczucie zagrożenia, ciemność i wspólnota zamieszkujących podziemie ludzi…

A może nie :/

Osobiście, nie jestem wielkim fanem tej serii, więc fenomenu również do końca nie pojmuję ;(

 

A że od Cienia wymaga się więcej, niż od Dmitrija? To już Twój problem, musisz go zaakceptować ;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A że od Cienia wymaga się więcej, niż od Dmitrija? To już Twój problem, musisz go zaakceptować ;P

(Wstaw tutaj sobie kilka, kilkanaście wyrażających radość, względnie ładnych emotikon, a będziesz miał wizualizację mojej na Twe słowa reakcji).

 

Dziękuję.

 

Ja prawdę mówiąc, choć lubię postapokalipsę w każdym niemal wydaniu, też nie do końca pojmuję fenomen Metra. Może to po prostu pokłosie samego sposobu powstawania pierwszej części – internety, współpraca z czytelnikami – a może faktycznie wstrzelił się z tą postapokalipsą w nastroje społeczne w idealnym momencie.

Jakkolwiek by nie było, faktem pozostaje, że koło totalnych gniotów, które spłodziło to uniwesum – ”Korzenie niebios”, “Metro 2034” i pewnie z kilka innych tytułów – powstało też parę naprawdę dobrych opowieści, jak choćby robiące furorę “Prawa…” Szabałowa.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Opowiadanie  jest z tych ciężkich. Akcja toczy się bardzo wolno, jeśli w ogóle można o niej mówić, ale to nadaje tekstowi smaku. Zatrzymujesz się nad apokalipsą w jednym, konkretnym miejscu. Ukazujesz  koniec świata z punktu widzenia jednego człowieka. Wpuszczasz  czytelnika do głowy postaci i ogołacasz ją ze wszystkiego. Nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji w której tyle masek spadłoby z twarzy człowieka,  bo przecież nie ma już nic do ukrycia. Został na świecie sam ze sobą. 

I co robi? Idzie do żony. Do osoby, która poświęciła mu swoją ostatnią myśl.  To takie słodko – gorzkie , znaleźć pocieszenie w otoczce/ sposobie odejścia kochanej  osoby. Nie chcę się rozpisywać o emocjonalności i wrażeniu, jakie wywarła na mnie ta scena – wszystko świetnie podsumowuje komentarz PsychoFisha :)

Końcówka może i wypada blado przy  pożegnaniu z ukochaną, ale już sam samiutki koniec jest bardzo dobry. W swojej prostocie i siłę wyrazu świetnie podsumowuje dramatyczny klimat :)

 

Lenah,

W pierwszym odruchu miałem zamiar odpowiedzieć Ci w sposób następujący:

<3

i sobie pójść. Bo i co tu dodać jeszcze? I po co?

No, ale co ze mnie za pisarz, jeśli nie zdołałbym wyrazić wdzięczności w jakiś bardziej czasochłonny sposób?

Po pierwsze, dziękuję. Bardzo mi miło, że podążasz szlakiem moich tekstów i – choć sam osobiście bym Ci to odradzał – mam cichą nadzieję, że dotrzesz do końca (choć ostatniego słowa jeszcze chyba nie napisałem).

Po drugie, bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się podobało; oczywiście o ile “podobało” to dobre określenie dla takiego tekstu. Każdy usatysfakcjonowany czytelnik jest najwyższym z możliwych wyróżnień.

Zgadzam się z Tobą w pełni w kwestii zgadzania się z Nie-Takim-Znowu-Psycho.

 

Kłaniam się (powiedzmy, że) pięknie raz jeszcze.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Podobało mi się :)

Dzięki.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka