- Opowiadanie: Foxm - Zemsta czarownicy

Zemsta czarownicy

Debiut na łamach “Nowej Fantastyki.”Wszelkie komentarze bardzo mile widziane. Być może to początek nowej przygody?

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, AlexFagus, bemik

Oceny

Zemsta czarownicy

 

Konał w męczarniach. Zdawało mu się, że minęły całe wieki, nim umysł spowił mrok. Ostatnia iskra życia gasła przez pełną sekundę. Strach, zimno, ból i ulga. Tyle zapamiętał z przejścia.

– Witaj po drugiej stronie. – Głos, który zabrzmiał w uszach martwego, był dziwnie zniekształcony.

Niemożliwe! Czyżby na chwilę przed końcem znalazł się w ramionach obłędu? Nie czuł, nie widział, nie rozumiał. Dryfował pośrodku nicości. Ale na pewno słyszał. Najgorszą torturą dla człowieka jest odczuwanie wątpliwości nawet po śmierci.

Gdzie ja jestem? Co to wszystko znaczy? Gdzie jest ona? Nie potrafił wydobyć z siebie choćby jednego dźwięku. Głos odpowiedział na wszystkie wątpliwości, zupełnie jakby znał jego myśli.

– Siódmy krąg Piekła, głupcze. Miejsce przeznaczone dla szaleńców, którzy zapragnęli śmierci.

Pragnę umrzeć – pomyślał.

W świecie, w którym zabrakło jej, pozostanie tylko ból, nieodłączny towarzysz samotności.

 

– Jesteś przeklęty na wieczność – oznajmił głos. – Nie umrzesz, choć desperacko pragniesz podobnej łaski. Wiernie służyć będziesz w zastępach Tego, Który Włada Ciemnością. Mord, krew i ból wypełnią żywot twój aż po kres czasu. Nie zaznasz dnia spokoju. Będziesz walczył w niezliczonych wojnach, przeklinając mnie za to, że podarowałem ci namiastkę życia.

 

Trwaj, głupcze!

 

***

Delikatnie, z namaszczeniem postawił kropkę na końcu zdania. Zamknął opasły diariusz. Kreślił, poprawiał, dopisywał już czterdziestą dekadę. Wątpliwości nigdy nie zniknęły.

Miał pewność, że zapiski, które z taką starannością kaligrafował na kolejnych stronicach dziennika, nie doczekają się choćby jednego czytelnika.

– Coś podać? – Miękki głos młodej kelnerki wyrwał go z zamyślenia.

– Dziękuję – odparł cicho, wymownie spoglądając na filiżankę z dawno wystygłą kawą.

Spróbował zapamiętać twarz kobiety. Czuł, że gdzieś już ją spotkał. To swoiste doświadczenie déjà vu zdarzało się dość często. Żył tak długo, że można by latami, które dźwigał na grzbiecie, obdzielić dziesięciu sędziwych starców. Poznał zbyt wielu ludzi, do kilku się nawet przywiązał. Przeżył wszystkich.

Kelnerka przyglądała mu się ukradkiem.

Postawny starszy mężczyzna o krótkich, siwych włosach nie wzbudzał niechęci. Ubrany w modną niebieską koszulę i spodnie odprasowane w kant, roztaczał wokół siebie woń drogich perfum. Rysę na wizerunku dandysa stanowił pusty rękaw lewej ręki.

Pochwycił jej spojrzenie. O jeden, wiele mówiący ułamek sekundy za długo zatrzymało się w miejscu, w którym powinna znajdować się dłoń.

– Wojna. – Zdawkowego wyjaśnienia udzielił swobodnym tonem, właściwym ludziom czyniącym zupełnie niewinne uwagi.

Speszona natychmiast odwróciła wzrok. Pozwolił sobie na uśmiech ciekaw, czy zastanawia się, jaką wojnę miał na myśli. Nieistotne, nie mógł opowiadać o potyczkach Białych z Czarnymi. Jako przeklętego obowiązywał go nakaz milczenia. Śmiertelni żyli obok. Zupełnie nieświadomi istnienia odwiecznego, nierozstrzygalnego konfliktu.

Wsadził dziennik do torby. Wstał powoli i sięgnął po laskę, zakończoną okrągłą, srebrną główką. Bez trudu odnalazł płaszcz na wieszaku – na godzinę przed południem w kawiarni siedziało niewielu gości.

 

Odetchnął głęboko. Chmury przesłoniły niebo nad Wrocławiem. Tylko pojedyncze promienie słońca zdołały się przebić ku ziemi. Pociągnął nosem. Wszystko się tutaj zmieniło. Nawet język, którym posługiwali się ludzie. Tylko zapach pozostał ten sam – nad miastem wciąż unosił się swąd grzechu i zepsucia.

Spojrzał w kierunku Ratusza. W czasach, gdy bawił w mieście po raz ostatni, budowla wyglądała zupełnie inaczej. Nie miała jeszcze trzech charakterystycznych wież ani śladów zdobień na elewacji. Tylko cegła i kamień.

Pamiętał, jak przez mgłę, że mieściły się tutaj koszary pruskich gwardzistów. Banda hałaśliwych wyrostków w wypolerowanych na błysk wysokich butach urządzała paradne pokazy dla gawiedzi niemal każdego dnia.

Trzysta lat temu przyjechał do Breslau w poszukiwaniu łusek z ogona smoka, które rzekomo znajdowały się w posiadaniu miejscowego herszta goblinów.

Lepsze czasy, gdy magiczne stwory nie musiały kryć się pośród śmiertelnych. Nawet Wielka Wojna ustała wówczas na kilka stuleci.

Chwilowy okres spokoju nie oznaczał wytchnienia dla żołnierzy walczących na pierwszej linii.

Książę Piekieł rozesłał swych ulubieńców na cztery strony świata. Interesowały go rzadkie, magiczne przedmioty o dużej mocy. Życzenie Lucyfera stawało się prawem. A on, Ariel, nigdy nie zawiódł swego Pana.

 

Wytropił przywódcę goblinów i spróbował nakłonić go do oddania błyskotek po dobroci. Chytry pokurcz odmówił. Popełnił swój ostatni błąd. Ariel usmażył żywcem niechętnego do współpracy krętacza. Przy okazji wykończył sześciu członków jego obstawy.

Niezakrzepła krew, fragmenty mózgów i gwałtownie oddzielone od ciała kończyny tworzyły makabryczną scenerię.

Opuścił wówczas kamienicę, w której rezydował stwór, spokojnym krokiem. Znalazł to, po co przyszedł.

Echa tamtej dawnej sprawy przycichły zupełnie. Wspomnienia z miasta, które już nie istniało, zbledły, przykryte tysiącem innych, bez porównania bardziej wyrazistych. A jednak drogę do kościoła Świętego Wojciecha odnalazł bezbłędnie.

 

***

 

Widok masywnej gotyckiej budowli ze strzelistą wieżą sprawił, że dreszcz przemknął po karku Ariela. Stare, ceglane mury nosiły na sobie ślady Mocy. Wyczuwał w tym miejscu obecność zarówno białej, jak i czarnej magii.

Drzwi świątyni nawet nie skrzypnęły, gdy nieniepokojony wślizgnął się do środka. Na chwilę zatrzymał się tuż przy wejściu. Misterne, kolorowe witraże dziwnie kontrastowały z szarością aury na zewnątrz.

Uśmiechnął się, widząc Chrystusa konającego na krzyżu. Zawsze bawił go przesąd, że jemu podobni nie mogą przekroczyć progów poświęconych budynków. Pod latarnią zawsze najciemniej.Otrząsnął się z zadumy i pewnym krokiem ruszył przed siebie. Nie rozglądał się.

 

Do spotkania z informatorem zostały jeszcze dwa kwadranse. Nie przyklęknął przed ołtarzem. Zajął miejsce w jednej z ławek i czekał. Poza nim w kościele modliła się tylko jakaś staruszka. Przeraźliwie chuda i zgarbiona, od stóp do głów ubrana w czerń.

Nie wyczuł Mocy powiązanej z otaczającą ją aurą. Tylko przygnębiającą świadomość przemijania, zbliżającej się śmierci. Dla zachowania pozorów przechylił głowę, pogrążając się w całkiem udanej imitacji nabożnego skupienia.

Jesteś tam, papciu? – dumał. No i co mi zrobisz? Kłamałem, zabijałem, złamałem każde z przykazań na dziesięć możliwych sposobów, a ty nic. Zabawne. Siedząc w twoim domu, gdzieś na głębokiej prowincji, śmieję ci się w twarz. Tak, wykonuję rozkaz Tego, Który Upadł.

Ktoś dosiadł się do niego. Ślad mrocznej sztuki: słaby, ale wyraźny. Odwrócił głowę i zobaczył biel dominikańskiego habitu. Nie zdążył pochwycić ręki uzbrojonej w kropidło. Krople wody zrosiły materiał garnituru.

– Radzę spróbować jeszcze osinowego kołka – rzucił demon teatralnym szeptem.

Założył nogę na nogę i rozsiadł się wygodnie, niczym gość wybornego przyjęcia. Spojrzał z ukosa na śmiertelnika. Młody, krótko wystrzyżony, o nijakiej twarzy.

Tacy najczęściej mają pragnienia, w imię których gotowi są zaprzedać duszę choćby samemu Diabłu.

Zakonnik był wyraźnie spięty. Bał się. Dobrze. To ułatwi sprawę.

– Wiesz, kim jestem.

– Myślałem, że… – zaczął i urwał w pół słowa, najwyraźniej nie wiedząc, co powiedzieć.

– Że nie istniejemy – dokończył Ariel pozornie lekkim tonem. – Tym lepiej. Nie jest dobrze rzucać się w oczy. Czasem jednak nie ma innego wyjścia. A teraz, mój prawy braciszku, powiesz mi, gdzie ona jest?

Nim doczekał się odpowiedzi, minęła pełna minuta.

– Ja nie wiem dokładnie… Ja tylko słyszałem plotki, niesprawdzone pogłoski

– Moja cierpliwość się kończy. – Demon pozwolił, by w jego głosie wybrzmiała groźna nuta. – Mówili, że znasz tutejsze podziemie, że wiesz kto, kiedy i z kim. Nie chcesz chyba powiedzieć, że przeoczyłeś jej przybycie? Ktoś musi coś wiedzieć.

– Mówią, że te dziewczyny… że to ktoś od nas, ale aura… ta aura jest inna. Od stuleci we Wrocławiu nie pojawił się nikt o porównywalnym poziomie Mocy.

– Po kolei – żachnął się Ariel. To ludzkie ścierwo robiło się irytujące. – Jakie dziewczyny?

– Pierwszą znaleziono tuż przy stacji kolejowej na Nowym Dworze, drugą w okolicy Hali Stulecia, trzecia wisiała na balustradzie Mostu Milenijnego…

– Do rzeczy! – warknął na dobre rozeźlony demon.

– Miastem wstrząsają zbrodnie, makabryczne mordy właściwie. Cechą wspólną jest bardzo wyrazisty ślad Mocy i… Za każdym razem brakuje jakiegoś organu lub części ciała. Czytałem kiedyś o jednym rytuale…

– Milcz – zganił informatora Ariel.

Cała sprawa z każdą chwilą podobała mu się coraz mniej. Wiedział, że pojawią się komplikacje. Duże komplikacje, ale żeby aż… Trzeba działać szybko.

– Ile było tych morderstw?

– Dwanaście… Wrocław aż huczy od plotek. Śmiertelni bezradnie rozkładają ręce… Coraz więcej mówi się o niewytłumaczalnych okolicznościach zgonów. Ofiar nic nie łączy, poza płcią.

Niech to szlag!

– Lepiej daj mi coś użytecznego.

– Wiem na pewno, że to nikt z tutejszych. Nie sięgnęliśmy po broń od końca Wielkiej Wojny. Nie wchodzimy sobie w paradę.

Prowincja ten Wrocław.

– Tracę czas, jeśli to wszystko, co masz…

– Udało mi się wyłowić cząstki aury w okolicach teatru. Zdumiewające, jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. Taka Moc!

Zakonnik nieświadomie podniósł głos, samo wspomnienie Mocy działało pobudzająco. Ktoś na tak mizernym poziomie wtajemniczenia nie mógł doświadczyć niczego podobnego. Nie takie zero. To jasne.

– Ciszej, na Boga, jesteśmy w kościele – zgromił zakonnika demon.

Wstał i odszedł bez słowa. Pochwycił pierwszy trop.

 

***

 

Być albo nie być – oto jest pytanie. Kto postępuje godniej: ten, kto biernie stoi pod gradem zajadłych strzał losu, czy ten, kto stawia opór morzu nieszczęść i w walce kładzie im kres…

– Stop, kurwa! – przepity głos reżysera Dawida Fedeckiego wytrącił z rytmu deklamującego w natchnieniu aktora. – Kończymy na dziś. Ja już nie daję rady.

Jakby na potwierdzenie własnych słów wybitny wrocławski reżyser teatralny pociągnął solidny łyk wody z plastikowej butelki. Cały dzień męczył go okrutny kac-morderca.

Do premiery „Hamleta” w jego interpretacji pozostał ledwie tydzień. Teatr Polski wyprzedał wszystkie bilety na premierę wiele tygodni temu. Spektakl reklamowano jako największe kulturalne wydarzenie sezonu.

– Rozejść się – huknął Fedecki, kompletnie ignorując niezadowolone miny aktorów. W branży cieszył się zasłużoną reputacją gbura i alkoholika. Bezsprzecznie był najlepszy.

Ludzie zaczęli zbierać się do wyjścia, gdy światowej sławy twórca czknął głośno i ni z tego, ni z owego oznajmił tubalnym głosem:

– Marysia, jesteś świetna. Naprawdę zjawiskowa!

Cały Wrocław wiedział, że „Marysia jest świetna”. Publika zupełnie oszalała na punkcie niespełna trzydziestoletniej Marii Hoffman. Drobna blondynka o hipnotyzująco zielonych oczach i nieśmiałym uśmiechu miała dar. Na każdej z granych postaci odciskała własne charakterystyczne piętno.

Zdawała się przy tym doskonale panować nad najmniejszym gestem wykonywanym na scenie. Potrafiła tchnąć nowe życie w najbardziej nawet ograne partie tekstu. Ogrom naturalnego talentu pozwalał Marii bezbłędnie wpasować się w każdą rolę.

Fedecki w rzadkich chwilach względnej jasności umysłu, nierozerwalnie związanych z kacem, rozumiał, że oto stoi przed życiową szansą. Pracował z gwiazdą, której talent wkrótce rozbłyśnie pełnią blasku. Cały artystyczny światek zaniemówi z wrażenia. Ofelia w interpretacji pierwszej divy wrocławskiego teatru ocierała się o perfekcję.

– Dziękuję – rzuciła przez ramię komplementowana.

Nawet nie spojrzała w kierunku mężczyzny. Chciała możliwie jak najszybciej znaleźć się przy wyjściu. Żmudne, wielogodzinne próby sprawiły, że balansowała na granicy fizycznej wytrzymałości. Często, wypowiadając kwestie nakreślone ręką genialnego dramaturga, słaniała się na nogach. Łaknęła świeżego powietrza. Pragnęła zanurzyć się w miejskim gwarze, powściągnąć gonitwę natrętnych myśli.

Parking przed budynkiem teatru niemal zupełnie opustoszał. Hoffman zaklęła pod nosem. Jej samochód po raz trzeci w tym miesiącu wylądował w naprawie

Niepokój przyszedł nagle.

 

To dziwne uczucie, które prawie nie opuszczało jej od kilkunastu tygodni, za każdym razem wiązało się z paraliżującym, zwierzęcym strachem. Miała pewność, że ktoś ją śledzi. Bacznie obserwuje każdy krok, poznając rozkład dnia.

Łapała się na tym, że idąc ulicą, odwracała się gwałtownie, jakby chcąc przyłapać prześladowcę na gorącym uczynku. Bezskutecznie.

Przez pewien czas łudziła się, iż dorobiła się pierwszego psychofana, z rodzaju desperatów wabionych blichtrem życia masowo kreowanych celebrytów. Wiedziała, że okłamuje samą siebie. To, co czuła, bliższe było panice. Chciała pójść na policję.

„Panie władzo, mam niepokojące przeczucie. Dręczy mnie strach.”

Zwariowałam? – zastanawiała się, wkładając całą siłę woli, by dłoń znalazła drogę do kieszeni. Wybrała numer korporacji taksówkarskiej i przyłożyła telefon do ucha.

– Dobry wieczór, chciałabym zamówić taksówkę na Zapolskiej…

Umilkła w pół słowa. Głos, którym tyle razy uwodziła teatralną publikę, uwiązł w krtani. Chciała wzywać pomocy, ale nie była w stanie tego zrobić. Stał tam – smukły, wysoki i posągowo spokojny. Prześladowca wynurzył się z cienia. Wiedziała, że to właśnie on.

Wszystkie instynkty jednocześnie wysyłały jasny komunikat: Uciekaj! Nie miała pewności, czy jeszcze w ogóle oddycha. A on szedł ku niej powoli, nieśpiesznie, noga za nogą.

Mogła się przyjrzeć dokładnie, światło ulicznej latarni ukazało całą sylwetkę mężczyzny. Twarz o regularnych rysach i wąsko skrojonych ustach, ciemne włosy i chorobliwie blada karnacja. W miarę, jak odległość między nimi się zmniejszała, czuła coraz większe obrzydzenie. Tego człowieka otaczała bardzo nieprzyjemna aura. W zdezorientowanym umyśle Marii Hoffman powoli formowała się bardzo klarowna myśl. To koniec…

– Wyczuwałaś to, prawda… – bardziej stwierdził, niż zapytał nieznajomy – Spokojnie, jeszcze tylko chwilę. Zaraz będzie po wszystkim.

Wyciągnął ku niej rękę.

Zamknęła oczy, nie zdając sobie sprawy z niczego, co działo się wokół.

Do uszu kobiety dotarło kilka dźwięków, których nie potrafiła przyporządkować do żadnego ze znanych języków. Otępienie prysło niczym przekuta bańka mydlana. Maria otworzyła oczy, w samą porę, by dojrzeć cień przemykający tuż za plecami mężczyzny, który pojawił się znikąd, wzbudzając w niej trwogę.Chciała rzucić się do ucieczki, ale właśnie wtedy palce prześladowcy dotknęły jej skóry. Osunęła się na kolana. Komórka wyślizgnęła się z zesztywniałej dłoni, uderzając o bruk, pamiętający jeszcze czasy Bismarcka.

Maria Hoffman podryfowała w niebyt.

 

***

 

Ariel czuł bardzo wyraźnie paskudną, potężną aurę oddziałującą na wszystko wokół. Jednym susem dopadł osuwającej się na kolana blondynki. Zdążył w ostatnim momencie.

Pochwycił dziewczynę i spróbował odskoczyć od przeciwnika. Bezpośrednie zwarcie mogło się dla niego skończyć bardzo źle. Musiał natychmiast zabierać się stąd jak najdalej.

Poruszał się z szybkością i zwinnością nieosiągalną dla zwykłego śmiertelnika.

 

Niewystarczająco szybko jednak. Ariel ledwie poczuł muśnięcie palców na ramieniu.

Cholera! Zaklęcie przeniesienia! – uświadomił sobie i skupił się na tym, by nie wypuścić z objęć nieprzytomnej śmiertelniczki.

Błysnęło, huknęło. Intensywny zapach siarki rozszedł się po całej ulicy Gabrieli Zapolskiej. Dwa demony i kobieta wyparowały. Okolica znów wydawała się spokojna i bezpieczna.

 

***

Udało się! Utrzymał ją, mimo że miał do dyspozycji tylko jedną rękę. Ariel zobaczył błysk niebieskiego płomienia na sekundę przed uderzeniem. Poczuł, jak coś przelatuje niebezpiecznie blisko jego prawego ucha. Tylko lata doświadczenia pozwoliły mu sparować atak bez wypowiadania zaklęcia. Piorun, który miał go zabić, uderzył gdzieś za plecami.

Lunął deszcz. Na horyzoncie znikąd pojawiły się ciężkie chmury, paskudząc nocne niebo. Przeciwnik użył magii tak potężnej, że wystąpiły anomalie, widoczne nawet w świecie śmiertelników.

Gdzieś blisko rozległ się basowy pomruk grzmotu. Zanosiło się na burzę.

Ariel jęknął, z trudem zachował równowagę. Lądowanie należało do twardych i bardzo nieprzyjemnych. Stali czterdzieści dwa metry nad ziemią, na mostku będącym łącznikiem między ostatnimi kondygnacjami dwóch kościelnych wież.

– To prawda, co mówią, Arielu. – Młody mężczyzna podniósł głos, by przekrzyczeć ulewę i burzę. – Naprawdę jesteś najlepszy. Teraz rozumiem lepiej, dlaczego on tak cię lubi. Oddaj mi tę dziewczynę.

– To nie wchodzi w grę. Nie dam ci skończyć rytuału, Antychryście. Przysięgałem bronić Lucyfera.

– Brawo! Odgadłeś, kim jestem! Domyśliłeś się też zapewne, że chcemy przeprowadzić Rytuał Ujarzmienia Światła.

Arielowi włosy zjeżyły się na karku. Stał naprzeciw nieuformowanego w pełni Antychrysta, który chciał sięgnąć po władzę absolutną. Przewyższyć samego Lucyfera.

– I co chcesz zrobić? – krzyknął Ariel, aby zyskać na czasie. Gorączkowo analizował sytuację. – Zaprowadzić własne porządki? Odmrozić Piekło?

– Chodzi wyłącznie o zemstę, Arielu, choć może powinienem mówić do ciebie…

– Tak, zawiedzione namiętności i urażona próżność często prowadzą do  lekkomyślności Przekaż jej, że ma jeszcze szansę poniechać rytuału. Inaczej zostawię za sobą dwa trupy. Obiecuję.

– Jesteś pewien, że zdołasz tego dokonać? – Pytaniu towarzyszył ciężki pomruk grzmotu. – Zabiliśmy dwanaście kobiet z niezwykłą aurą. Moc, którą zgromadziliśmy, pozwoli na poradzenie sobie nawet z tobą. Rozniosę cię w puch. Z rozkoszą.

Ariel pewniej oparł się na nogach. Własnym ciałem zagradzał dostęp do dziewczyny, będącej ostatnim elementem koniecznym dla dopełnienia rytuału. W tym momencie stanowił jedyny filar potęgi swego Pana.

Pierwotnie przybył do miasta z zadaniem odnalezienia zbiega. Miał sprowadzić renegata z powrotem. Nie spodziewał się, że przyjdzie mu się mierzyć z tak potężnym przeciwnikiem.

Wtedy ją zobaczył. Niczym widmo wynurzyła się zza pleców protegowanego. Tak piękna i dostojna, że Ariel na ułamek sekundy zapomniał, w jak trudnym położeniu się znalazł. Nie zmieniła się prawie wcale – jedynie delikatne dziewczęce rysy nabrały ostrości.

Wiedział, że spróbuje go zabić. Wystarczyło jedno spojrzenie w te oczy, które kiedyś tak kochał. Znalazł tam tylko żądzę mordu i obsesyjne pragnienie zemsty.

Ona, która stała się po strąceniu w otchłań oblubienicą samego Pana Piekieł, od setek lat nie potrafiła pogodzić się z odtrąceniem. Mijały wieki, a ona rosła w siłę, zgłębiając arkana magii.

Przeistoczyła się w potężną czarownicę i zaczęła gromadzić wokół siebie popleczników.

Stała się niebezpieczna. Lucyfer nie wydał jednak rozkazu eliminacji niepokornej aż do ostatniej ucieczki. Za otwarty bunt przewidywano tylko jedną karę.

Tutaj miał się zakończyć odwieczny pojedynek między nimi. Przystanęła ledwie kilka kroków od Ariela i zapytała swobodnie.

– Czy to nie zabawne? Ten most nazywają Mostem Czarownic. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego miejsca, w którym dopełni się zemsta. Zemsta czarownicy. Oddaj dziewczynę po dobroci, a zachowasz życie.

Trzy błyskawice jednocześnie przecięły niebo nad Wrocławiem. Antychryst i czarownica w tym samym momencie ruszyli do ataku. Ariel szybko sformował pieczęć, układając palce w formę odpowiedniego znaku. Rzucił klątwę w czystej mowie. Kula ognia zmaterializowała się z nicości, uderzając w szarżującą dwójkę.

Czarownicy wystarczył jeden niedbały ruch dłoni, by sparować atak. Ognista kula rozpadła się na cząstki. Miliony ognistych odłamków spadły na wijącą się daleko w dolę ulicę Szewską. Ogień i woda stworzyły jedność.

Tańczyli taniec śmierci, cios za cios. Nikt nie zamierzał ustąpić. Zabrnęli w ślepą uliczkę, niczym trzy gotowe na wszystko bestie. Kolorowe promienie śmigały w obydwu kierunkach.

Ariel cofnął się gwałtownie. Czarownica miotała w niego zaklęcia z coraz większą furią. Któreś trafiło, nawet nie do końca wiedział, które. Usłyszał triumfalny okrzyk Antychrysta.

Usta samotnie broniącego się demona wypełniła krew. Splunął gniewnie, chcąc się pozbyć metalicznego posmaku. Uniósł ręce ku niebu.

– Przyzywam siły piekielne! Klęknijcie przede mną, słudzy nieprawości! Użyczcie swej siły, bym w proch obrócił wrogów!

Wiatr zerwał się natychmiast. Powietrze zaczęło wirować wokół z upiornym gwizdem, który przytłumił nawet dźwięki rozszalałej burzy. Demon wiedział, że jeśli nie uda mu się rozdzielić tej dwójki, jest zgubiony.

Most Czarownic zaczął chybotać się na wszystkie strony. Pradawne siły wezwane na świadków bitwy niszczyły wszystko na swojej drodze. Kościelne mury drżały pod naporem sił nieczystych.

Przyboczny Lucyfera oskarżycielsko wzniósł palec na Antychrysta. W czystej mowie sformułował dwa słowa dopełniające kombinacje pieczęci.

– Przepadnij, pomiocie!

Wokół młodzieńca, który butnie sięgnął po koronę Księcia Piekieł, zogniskowało się tornado.

Antychryst nie miał szans na wymknięcie się z pułapki. Wewnątrz cyklonu rzuciły się na niego głodne krwi dusze najgorszych zbrodniarzy. Nikt nie wychodził żywy z podobnego starcia.

Ariel poczuł, jak Moc odpływa gwałtownie. Stracił koncentrację. Na podobną okazję czekała czarownica.

Dopadła go i uderzyła w twarz. Impet ciosu cisnął Ariela przez całą długość mostu. Wpadł na wschodnią ścianę kościelnej wieży. Świat wokół przestał istnieć. Niemal nieśmiertelne ciało zareagowało falą bólu.

Jak przez mgłę widział kroczącą ku niemu kobietę. Jego Nemezis. Tornado, które przyzwał, zniknęło, została tylko burza. Antychryst, umazany własną krwią, był ciężko ranny, ale żywy. Czołgał się w kierunku swojej pani.

Długie, zimne palce czarownicy zacisnęły się na gardle Ariela. Przegrał. Jeden ruch i wszystko się zakończy. Spojrzał przeciwniczce głęboko w oczy i wycharczał ostatnią prośbę.

– Julia… Jeszcze… Przestań…

– Ach, Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo? Wiecznie naiwny rycerz przegranej sprawy… Dorośnij w końcu!

Palce Julii miażdżyły krtań. Jego zguba z premedytacją rozdrapywała rany, które przez setki lat za nic nie chciały się zabliźnić.

W ciągu wieków zmarnował kilka szans, by skrócić ją o głowę. Po prostu nie mógł… nie potrafił jej zabić. Cierpiał katusze, widząc ją przy boku swego Pana. Przybrał nowe imię, przelał rzekę krwi na chwałę Piekieł. Swą pokutę znosił w milczeniu i z pokorą.

Déjà vu. Najpierw zobaczył biel dominikańskiego habitu, później rękę uzbrojoną w miecz. Powietrze drgało nasycone cząsteczkami Mocy. Młody, krótko ostrzyżony zakonnik o nijakiej twarzy pewnie kroczył przez Most Czarownic.

– Wspomagaj mnie w walce przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha. – Głos brzmiał czysto i donośnie – Ja, Wódz Zastępów Niebieskich, zgodnie z nakazem woli Stworzyciela rozgromię siły nieczyste. Wracajcie tam, gdzie wasze miejsce.

Julia odskoczyła od Ariela, błyskawicznie przechodząc do ataku. Ujarzmiła jedną z błyskawic i cisnęła nią w nowoprzybyłego. Grom odbił się od klingi, uderzając w swego nadawcę. Nie zdołała się uchylić na czas. Zawyła niczym raniony zwierz.Pojęła, że powinna uciekać, gdy napastnik znalazł się ledwie krok od niej. Za późno.

Dominikanin wyprowadzał kolejne ataki z zimną furią. Klinga miecza raz po raz cięła powietrze. Nawet tak doświadczona czarownica nie miała szans wygrać walki z tym przeciwnikiem bez wcześniejszego przygotowania.

Broczyła krwią, trafił ją trzykrotnie. Cięta rana na brzuchu wyglądała paskudnie.

– Poddaj się albo zgiń, Julio. Nie ma przebaczenia dla omamionych wizją władzy!

– Nigdy się nie poddam! Nigdy! Słyszysz? Wszystko jest lepsze niż upodlenie…

– To sprawa między tobą i Lucyferem. Jeszcze możesz się cofnąć. Ale jeśli naruszysz odwieczny porządek…

Nie ustąpiła ani na krok. Zaatakowała z okrzykiem na ustach. Okrzykiem, który utonął w szumie deszczu i basowym dudnieniu grzmotów.

Ariel zdołał podźwignąć się na klęczki. Ze zgrozą obserwował szarżującego dominikanina i próbującą się uchylić Julię. Nie! Nie! Nie! Ona nie może zginąć Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Zupełnie jakby czas wstrzymał swój bieg, pozwalając toczyć się wypadkom.

Pod ciosami Ariela przez sześć stuleci padło więcej istnień, niż potrafił zliczyć. Coś takiego zobaczył jednak po raz pierwszy. Klinga miecza przepołowiła młodego Antychrysta.

Usłyszał skowyt Julii obryzganej fontanną czarnej krwi. Jej protegowany zdobył się na ostatni akt wierności i zasłonił czarownicę własnym ciałem. Skorzystawszy z resztek energii, jakie mu jeszcze pozostały, teleportował się o kilka metrów. Stanął pomiędzy swą panią a przeznaczeniem.

Julia wykorzystała dar. Zniknęła. Umknęła jak szczur, byle dalej.

 

***

 

– Nie poznałem cię, Michale – wycharczał Ariel, z trudem stając na własnych nogach. – Znakomicie się ukryłeś. Brawo, nabrałeś mnie jak pierwszego lepszego.

Archanioł w przebraniu zakonnika wpatrywał się w demona z uśmiechem, który przy odrobinie wyobraźni można by uznać za życzliwy.

– Ciężko cię upilnować. Mało brakowało, a mielibyśmy samozwańca jako Króla Piekieł.

– Sprytne – rzucił Ariel z nieudawanym uznaniem w głosie. – Chcieliście załatwić brudną robotę moimi rękami.

– Nasi ludzie na miejscu rozpracowali sprawę. Mieliśmy na oku tego tutaj oraz wszystkie obiekty, które mogły wzbudzić jego zainteresowanie. Nic trudnego, Wrocław to wiocha. Nie znajdziesz tu wielu przypadków uśpionej Mocy, a tylko tacy śmiertelni mogli zostać użyci do przeprowadzenia rytuału.

Przyboczny Lucyfera dośpiewał sobie resztę.

– Pozwoliliście, żeby rósł w siłę. Zabijał niewinne kobiety.

Archanioł Michał roześmiał się głośno i szczerze pośród nocnej ciszy. Niedawne anomalie pogodowe zadawały się ledwie migawką wyjętą z jakiegoś koszmarnego snu.

– Może przeniósłbyś się do nas, Arielu? Sumienie zdajesz się mieć bardziej rozwinięte niż ja.

– Nie ma dla mnie miejsca wśród sług niebieskich – uciął demon.

– Jak uważasz. Jesteś znakomitym wojownikiem. Przydałbyś się…

– Jestem przeklęty, zapomniałeś? Naznaczony nieusuwalnym piętnem.

– I wierny… niczym pies.

– Pieprz się. Anioły są odpowiedzialne za śmierć tych ludzi.

– Czasem, żeby utrzymać porządek, trzeba pozwolić, by biel zszarzała – filozoficznie odparł Michał. – Poza tym przez długi czas nie wiedzieliśmy, czy ten tutaj – wskazał truchło Antychrysta – działa sam.

– Julia zawsze ceniła sobie dyskrecję.

– Dopiero, kiedy pojawiłeś się na horyzoncie, wyszła z ukrycia.

– Kiedyś ją znajdę i zabiję – zapewnił Ariel, zaciskając szczęki z wściekłości.

– No wiesz? – żachnął się wódz Zastępów Niebieskich. – Stracić historię z takim potencjałem?

– Każda historia ma jakiś koniec – odpowiedział chłodno demon. – Zabierz dziewczynę w jakieś bezpieczne miejsce.

– Cieszysz się, że Julii udało się uciec, prawda?

Ariel zignorował pytanie. Ruszył w stronę nieprzytomnej Marii Hoffman.

– Zostaw, zajmę się nią. Wymażę jej wspomnienia. Niebawem premiera, Szekspir to zawsze wielkie wyzwanie. Musi wypocząć.

 

***

 

Archanioł Michał odwrócił się plecami do uratowanego demona. Kontemplacja nocnej panoramy Wrocławia zdawała się pochłaniać go całkowicie. Ocean światła, kolorów, barw i zapachów. Wypełniony splatającymi się ze sobą nićmi żywotów śmiertelnych.

Wyczuł, że Ariel zniknął. Został sam, wpatrzony w nieodległe światła nadodrzańskiej metropolii.

Koniec

Komentarze

Wspomnienia z miasta, które już nie istniało, zbledły – ładniej brzmi “zbladły”

Ona nie może zginąć Wszystko działo się w zwolnionym tempie. – zabrakło kropki

Trochę się pogubiłam kto kogo i dlaczego, ale nieźle się czytało. Domyślam się, że było to na jakiś konkurs o Wrocławiu?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nawet nieźle napisane. Jak na debiut – bardzo przyzwoicie. Tylko momentami zjadasz kropki na końcu zdań.

Angel fantasy może już jest trochę wyeksploatowane, ale podobała mi się zagrywka z dominikaninem.

Ariel kojarzy mi się raczej z aniołem niż z demonem. Dlaczego wybrałeś takie imię?

Babska logika rządzi!

Dobry wieczór!

Tak jest opowiadanie napisałem kilka miesięcy temu z myślą o wymaganiach pewnego konkursu. Wymogi tegoż zmusiły mnie do cięcia pewnych wątków, rysowania ledwie kontur postaci i zdarzeń. Lwią część “czasu antenowego“ musiało pochłonąć miasto.

Koniec końców “Zemsta Czarownicy“ uderzyła o dno mojej szuflady. Nie lubię, gdy tekst leży i marnieje. Wolę, gdy ma kontakt z żywym czytelnikiem.

Na łamach NF pojawiłem się z ciekawości, z chęci spróbowania czegoś innego Ciekaw jestem wszelkich komentarzy i uwag. Za wskazanie drobnych usterek dziękuję.

Jeśli pierwsza próbka mojej pisaniny się spodoba nie wykluczam kolejnych autorskich opowiadań. Tym razem już bez “motywów lokalnych”.

Kłaniam się, dziękując za pierwszy komentarz.

Foxm

@Finkla Dobry wieczór!

Nie przeczę. Z całą pewnością zdarza mi się połknąć kropkę. Tu i tam ofiarą padnie przecinek. Taki jestem zimny drań. :) Ariel został Arielem przez podszept instynktu autora. Nie mam pojęcia, jakie kręte ścieżki pokonywał wówczas mój umysł. 

Za to zabieg z zakonnikiem był całkowicie świadomy. Wprost ubóstwiam efektowne wolty

Dziękuję za pochlebny komentarz.

Kłaniam się,

Foxm

Podobało się. przewrotne imię Ariela zdecydowanie na plus. Trochę zbyt rozwlekle na koniec – scena walki z czarownicą nieco mnie znużyła, co nie pozbawiło mnie ogólnej przyjemności z czytania opowiadania.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

I widział Pan, że było dobre.

Ignorancja to cnota.

@fleurdelacour

Dzień dobry!

Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że się podobało. Wasze komentarze zachęcają do pisania. Jak pisałem imię Ariela jest w pewnym sensie przypadkiem. Uwielbiam dostarczać ludziom czytelniczą przyjemność.

Kłaniam się,

Foxm

@Katastrof VII

Amen. :) Dziękuję,

Foxm

 

imo tytuł do zmiany

Ignorancja to cnota.

I dla mnie nie wszystko okazało się jasne i dość czytelne, a proporcje zdały się nieco zachwiane. Może, skoro  już nie obowiązywały Cię wymagania  konkursu, należało zrezygnować z opisów miasta i poświęcić więcej miejsca postaciom. Mam wrażenie, że wtedy opowiadanie czytałoby się jeszcze lepiej.

Cieszę się, że Zemsta czarownicy jest napisana całkiem nieźle i mam nadzieję, że lektura Twoich przyszłych opowiadań dostarczy mi wyłącznie przyjemności. :-)

 

Rysę na wi­ze­run­ku dan­dy­sa sta­no­wił pusty rękaw lewej ręki. – Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Rysę na wi­ze­run­ku dan­dy­sa sta­no­wił pusty, lewy rękaw.

 

Pod la­tar­nią za­wsze najciemniej.Otrząsnął się z za­du­my… – Brak spacji po kropce.

 

Jej sa­mo­chód po raz trze­ci w tym mie­sią­cu wy­lą­do­wał w na­pra­wie – Brak kropki na końcu zdania.

 

„Panie wła­dzo, mam nie­po­ko­ją­ce prze­czu­cie. Drę­czy mnie strach.”Drę­czy mnie strach”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Twarz o re­gu­lar­nych ry­sach i wąsko skro­jo­nych ustach… – Usta mogą być wykrojone, ale nie wydaje mi się, by mogły być wąsko skrojone.

Proponuję: Twarz o re­gu­lar­nych ry­sach i wąskich ustach

 

wzbu­dza­jąc w niej trwo­gę.Chcia­ła rzu­cić się do uciecz­ki… – Brak spacji po kropce.

 

Ogni­sta kula roz­pa­dła się na cząst­ki. Mi­lio­ny ogni­stych odłam­ków spa­dły na wi­ją­cą się da­le­ko w dolę ulicę Szew­ską. Ogień i woda stwo­rzy­ły jed­ność. – Czy to celowe powtórzenia?

 

Za­wy­ła ni­czym ra­nio­ny zwierz.Pojęła, że… – Brak spacji po kropce.

 

Bro­czy­ła krwią, tra­fił ją trzy­krot­nie. – Masło maślane. Broczyć, to krwawić.

Proponuję: Bro­czy­ła, tra­fił ją trzy­krot­nie. Lub: Krwawiła, tra­fił ją trzy­krot­nie.

 

Sko­rzy­staw­szy z resz­tek ener­gii, jakie mu jesz­cze po­zo­sta­ły… – Sko­rzy­staw­szy z resz­tek ener­gii, które mu jesz­cze po­zo­sta­ły

 

Cięż­ko cię upil­no­wać. – Raczej: – Trudno cię upil­no­wać.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Katastrof VII Hmm, sam pomysł ze zmianą tytułu nie jest zły. Chwilowo jednak mam pustkę w głowie. Wyznaję zasadę, że jeśli raz już się coś popełniło, wszystko co się stanie później trzeba po prostu przyjąć na klatę. Nie lubię drastycznych zmian w rzeczach już opublikowanych, a taką niewątpliwie jest zmiana tytułu.

Kłaniam się ponownie,

Foxm

@regulatorzy

Dobry wieczór!

Przyznam, iż jestem pod wielkim wrażeniem Twojego komentarza. Postaram się pokrótce odnieść do wszystkich Twoich uwag. Za każdą – dziękuję. Ustawienie kropek to kwestia kilku poprawek, znajdę trochę wolnego czasu i wyeliminuję ten drobny, ale irytujący mankament.

Rękaw jest faktycznie nieco zgrabniejszy w Twojej wersji. Usta, faktycznie tutaj coś poszło nie tak.

Ogniste powtórzenia i owszem były celowe. Chociaż z perspektywy czasu napisałbym to inaczej. O tym za moment.

Jeśli chodzi o krew wbiłeś mi ćwieka. Z całą pewnością zapamiętam sobie tę uwagę. Jeśli chodzi o resztki energii, ja bym zostawił w obecnym kształcie. Nie upieram się, z boku zawsze widać lepiej.

Teraz pora naszkicować małe tło, towarzyszące mojemu pojawieniu się tutaj. Pomysł publikacji był czymś na kształt impulsu. Jestem nowicjuszem w Waszej społeczności. Chciałem się sprawdzić w nowym towarzystwie. Pomyślałem sobie, że zawsze warto podejmować wyzwania. Sięgnąłem zatem po jedyny tekst z mojej szuflady, który pasował do konwencji. Wypuściłem swoisty balon próbny, nie nanosząc na ukończone kilka miesięcy temu opowiadanie żadnych gruntownych poprawek. Nie spodziewałem się tak ciepłego przyjęcia. A już z całą pewnością nie liczyłem na taką aktywność czytelników.

Wasze wpisy nawet te krytyczne są motywujące. Jeśli zabiorę się za napisanie czegoś nowego(w tym momencie jeszcze nie postanowiłem) z całą pewnością postaram się rozwinąć skrzydła. Na ten moment po prostu się rozglądam po okolicy. Kłaniam się, powtórnie dziękując za komentarz.

Foxm

Bardzo się cieszę, Foxm, że dobrze poczułeś się w naszym gronie i mam nadzieję, że to nie jednorazowa wizyta, że staniesz się stałym bywalcem strony NF.

 

Miło mi, że uwagi okazały się przydatne. ;D

 

Jeśli cho­dzi o reszt­ki ener­gii, ja bym zo­sta­wił w obec­nym kształ­cie.

Oczywiście, decyzja należy do Ciebie, jednakowoż chciałabym zauważyć, iż zaimki jakiktóry, nie są synonimami.

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/b-jaki-b-i-ktory;15684.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy

Jak napisałem powyżej. Chwilowo się rozglądam. Jestem zbudowany ciepłym przyjęciem. Wiele ze zwyczajów panujących na portalu stanowi dla mnie zagadkę. Przyznaję, że nie zajmowałem się tematem zbyt wnikliwie. Nie wiem na przykład jakie wymagania trzeba spełnić, by tekst opuścił “Poczekalnię?“ Nawet i bez tej, podstawowej zapewne wiedzy, bawię się dobrze:)

Czy stworzę coś jeszcze? Obiecać nie mogę, ale pokusa jest wielka. :)

Foxm

Twórz, twórz…

O Bibliotece możesz poczytać tutaj.

Babska logika rządzi!

Nic dodać, nic ująć. Finkla wyręczyła mnie i wszystko wyłożyła. Dziękuję. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Foxm, jeśli pokusa jest wielka, proponuję byś jej uległ. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem udany debiut. Pamiętaj o fragmencie reprezentacyjnym. Klep.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Ja po namyśle również klepnę bibliotekę. 

Też przypominam o fragmencie reprezentacyjnym. Klep.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja tylko słyszałem plotki, niesprawdzone pogłoski

kropka

 

przekuta bańka

przekłuta bańka

 

: )

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka