- Opowiadanie: Ajzan - Everrain

Everrain

Skrócona (mam nadzieję, że sensownie), konkursowa wersja opowiadania “Działalność dobroczynna Williama Westmore’a”. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Everrain

Pustym korytarzem niosła się muzyka. Henry szedł szybkim krokiem w kierunku jej źródła na szczycie wieży. Poranna rozgrzewka dobrze mu zrobi. Równo z nim szły jego psy, Olivia i Kasztan. U szczytu schodów były drzwi, jak zwykle lekko uchylone. Wystarczyło tylko je pchnąć. Niedawno naoliwione zawiasy nie skrzypnęły.

Powszechnie znanym wśród śmietanki towarzyskiej Cambford faktem było, iż lord William Westmore to wyśmienity skrzypek, lecz tylko jego kamerdyner wiedział, jak naprawdę oddany jest on pasji gry.

Pan landu, również jeszcze ubrany w strój nocny, stał przy otwartym oknie. Tak się skupił na muzyce, że nie zorientował się, kiedy ktoś wszedł do pokoju. Już wcześniej jednak zdobył widownię. U jego stóp spoczywały trzy ogromne psy o długiej, ciemnej sierści.

To były drakondy. Rasę tę wyhodowano specjalnie do polowań na smoki. Ogromne cielska na mocnych nogach, do tego szczęki zdolne skruszyć kości jednym kłapnięciem, czyniły z nich trudne w tresurze zwierzęta, na których posiadanie i legalną hodowlę mogli pozwolić sobie nieliczni. Do tych szczęśliwców zaliczał się lord Westmore.

To one pierwsze zauważyły przybyszy. Odwróciły łby i zamerdały ogonami. Psy Henry’ego – oba mniejsze od drakondów – także się przywitały. Olivia była rasowym seterem, Kasztan zaś mieszańcem, mającym wśród przodków jakiegoś teriera.

Kamerdyner nie zwrócił na to większej uwagi, bo piękno muzyki jego pana oczarowało go. To było „Powitanie Nowego Słońca” Cicogny. Lord wygrywał go wcześnie rano, nawet gdy gęste chmury spowijały niebo. Kiedy się słuchało tego utworu, można było odnieść wrażenie, że wszystko wokół budzi się do życia. Widziało się kwiaty rozwierające płatki i małe leśnie zwierzątka wychylające się z norek.

Gdy lord Westmore zagrał ostatni akord, obudził się z transu, w jaki sam siebie wprowadził. Wtedy dopiero zobaczył widownię. Drakondy wstały, merdając radośnie i szczekając. Olivia i Kasztan dołączyły do nich. Tylko Henry pozostał z tyłu. Klaskał.

Pogłaskawszy wszystkie psy, lord podszedł do kamerdynera.

– Witaj, Harry. Jak ci minęła noc? – zapytał. Często, szczególnie gdy byli sami, zwracał się do niego zdrobnieniem imienia.

– Dobrze – odpowiedział Henry. – Wyśmienita gra.

Lord Westmore uśmiechnął się, bo słyszał już ten komplement niezliczoną ilość razy.

– Dziękuję, mój drogi. – Nachylił się i delikatnie musnął wargami policzek Henry’ego, którego przeszył lekki, przyjemny dreszcz.

Razem podeszli do otwartego okna. Tuż nad horyzontem słabo jaśniał okrągły punkt. Słońce starało się przebić przez szare, listopadowe chmury. Pan Cambford przyglądał mu się z fascynacją. Także kamerdyner nie umiał powstrzymać uśmiechu. Cieszył go widok pana w dobrym nastroju.

– Mam dziś trochę spraw do załatwienia na mieście – powiedział lord. – Nie chciałbyś może pójść ze mną?

Henry lubił swoje obowiązki w pałacu, ale jeszcze bardziej uwielbiał spędzać czas ze swym panem. Zastanowił się głośno:

– Na dziś nie mamy zapowiedzianych żadnych gości, ani nie organizujemy przyjęcia. Philip powinien dać sobie przez ten czas radę… Z przyjemnością.

– W takim razie chodźmy się przygotować. – Lord wziął Henry’ego pod ramię i razem z psami zeszli na dół, omawiając dzisiejsze plany.

 

***

 

Poprzedni pan Cambford zmarł nagle, nie pozostawiwszy spadkobiercy, który mógłby przejąć spuściznę, więc gdy tylko pierwszy szok minął, głowy najznamienitszych rodzin landu zaczęły zabiegać u królowej Glorii o nadanie im tytułu pana Cambford. Jakież było ich zdziwienie, kiedy mianowała lordem osobę zupełnie obcą zarówno im, jak i samemu dworowi królewskiemu.

Wiliam Westmore był ponoć przyjacielem obecnej władczyni oraz jej ojca, poza tym nikt nic pewnego nie wiedział o jego przeszłości. Ci, co spotkali go osobiście, sugerowali, iż nie miał lekkiego życia, bo choć liczył sobie zaledwie trzydzieści lat w chwili nadania mu tytułu, włosy miał już zupełnie siwe, twarz bladą i mizerną i lekko utykał na prawą nogę.

Ponad dwadzieścia lat po zostaniu lordem, Will siedział przy śniadaniu z mieszkańcami pałacu. Przez cały ten czas nie postarał się o żonę ani dziedzica. Miał natomiast liczną służbę, której towarzystwo uwielbiał. Szum prowadzonych jednocześnie rozmów, półmiski wędrujące z rąk do rąk, przy czym prawdopodobne było, że coś się rozleje, oraz zwierzęta wyczekujące smakołyków przywodziły mu na myśl czasy młodości.

Harry siedział po jego prawej stronie. Rozmawiał z Philipem o dzisiejszych obowiązkach. To nie był pierwszy raz, kiedy lokajowi, a zarazem prawej ręce kamerdynera, powierzano odpowiedzialność za pałac, na czas nieobecności pana oraz bezpośredniego przełożonego, niemniej był przejęty i nieco zdenerwowany. Jednocześnie bił od niego entuzjazm osoby, która chce się wykazać, czym bardzo przypominał Harry’ego.

Widząc, że wszystko jest dobrze, Will z zadowoleniem napił się herbaty, po czym sięgnął po gazetę. Tam już nie znalazł powodów do radości. W jednym z artykułów na pierwszej stronie Wieszcza Cambford informowano, że wczoraj, w niewielkim parku w Everrain, znaleziono zwłoki mężczyzny. Zauważyli je robotnicy idący rano do pracy na budowie. Według ich zeznań, niepotwierdzonych jeszcze przez policję, ofiara miała liczne ślady po głębokich cięciach, szczególnie na twarzy, przez co nie udało się jej jeszcze zidentyfikować. Na końcu wiadomości reporter zapewniał, iż dostarczy kolejne informacje w tej sprawie, jak tylko się pojawią. Uspokajał również czytelników, sugerując jednostkowy charakter sprawy. Radził przy tym jednak zachować szczególną ostrożność podczas nocnych wycieczek po mieście, a najlepiej ograniczyć je do absolutnej konieczności.

Odłożył gazetę na bok. Na moment wszystko, co działo się wokół niego przestało być istotne.

Jak każde duże miasto, była stolica Imperium Tirnan i największa aglomeracja landu, który otrzymał po niej nazwę, miała taką dzielnicę, gdzie lepiej nie pojawiać się po zmroku, bo w najlepszym wypadku można było stracić tylko zęby i kosztowności. Taka właśnie była zachodnia dzielnica, Everrain, najbiedniejsza część miasta.

Will podejmował wysiłki, by jego miasto i land były bezpieczne, ale aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nigdy nikomu nie uda się wyplewić całego zła na dobre. Było wpisane w cywilizację i rozwijało się wraz z nią, jednak w przeciągu ostatnich dwudziestu lat przestępczość w zachodniej dzielnicy zmalała znacznie dzięki polepszeniu jakości życia jej mieszkańców. Daleko jeszcze było do ideału – nadal okrywała ją zła sława – lecz dawało się tam żyć bez poczucia nieustającego zagrożenia.

A potem dochodziło do takich tragedii, jak ta z wczorajszej nocy…

Will poczuł jak coś zasysa go od środka. Zdziwiło go to, bo było zdecydowanie za wcześnie. Otworzył oczy.

Przy stole nadal panowała wesoła atmosfera. Wszyscy jedli, jakby chcieli od razu nasycić się na cały dzień. Rozmowy nie ustawały. Nic się nie zmieniło, z jednym wyjątkiem.

Harry patrzył na niego zaniepokojony. Lord zezłościł się na siebie, kiedy zauważył, że w zamyśleniu podstawił kamerdynerowi pod nos Wieszcza Cambford z fatalnym artykułem na wierzchu.

Nie lubił zamartwiać Harry’ego. Posłał mu pocieszycielski uśmiech. To wystarczyło, by uspokoić wiernego sługę przynajmniej odrobinę. Nie wykluczone, że jak będą sami, wrócą do tego.

 

***

 

Listopad uchodził w Cambford za jeden z najbardziej deszczowych miesięcy. Dziś od samego rana nad miastem wisiały szare chmury. Było zimno i Henry odruchowo poprawił szalik, jak tylko poczuł pierwszy chłodny powiew.

Razem ze swym panem opuścił siedzibę Rady Landu. Planowane spotkanie, tak jak przewidziano, nie trwało dłużej niż trzy godziny. Henry’emu, jako kamerdynerowi, nie wolno było przebywać na sali obrad, więc poczekał cierpliwie pod drzwiami, od czasu do czasu udając się tylko na mały spacer po najbliższych korytarzach, by rozprostować niemłode kości. Kiedy lord, razem z innymi wyszedł z sali, streścił mu jego przebieg. Omówiono na nim tylko najważniejsze kwestie. Obyło się bez sporów i wszyscy byli zadowoleni.

Rada Landu mieściła się, jak wiele ważnych urzędów, w Zamku Afallonów. Nazwano go tak na cześć ostatniego rodu królewskiego, który rządził Tirnan, zanim w wyniku tragicznych wydarzeń Cambford utraciło status stolicy.

Lord Westmore i Henry wyszli na północny dziedziniec. Za czasów Afallonów znajdował się tu bujny ogród, lecz dziś, tam gdzie ponad czterysta lat temu rosły krzewy i kwiaty, leżała jednolita kostka brukowa. O dawnym pięknie przypominała jedynie zrekonstruowana fontanna – obecnie wyłączona na czas zimowy.

Pan landu usiadł na jej brzegu. Umówił się w tym miejscu na spotkanie z przedstawicielem swojej fundacji charytatywnej.

Henry spojrzał na zegarek: zostało jeszcze pół godziny.

– Nie marzniesz przypadkiem, Harry? – spytał lord.

– Nie. – kamerdyner pokręcił głową.

– A nie chcesz usiąść?

Henry obejrzał sceptycznie kamienny murek.

– Postoję – oświadczył. – Nasiedziałem się w środku.

– Jak uważasz, mój drogi.

Kamerdyner skłonił się lekko, a następnie oddalił, by nie zakłócać rozmyślań swemu panu. Nie licząc od czasu do czasu przechodzących pod arkadami urzędników, byli jedynymi ludźmi na dziedzińcu. W cieplejsze dni pojawiali się tu również turyści zainteresowani historią zamku. Może to z powodu listopadowej aury, ale Henry czuł dziwne przygnębienie. Spojrzał na lorda, który zmienił pozycję: obrócił się równolegle do murku fontanny i położył na nim lewą nogę. Prawa, ta na którą kulał, opadała swobodnie na bruk. Na udach położył sobie laskę, następnie skierował głowę w stronę rzeźby łabędzia na szczycie fontanny, przez co kamerdyner nie mógł zobaczyć jego twarzy. Nie umiał przez to stwierdzić w jakim jest nastroju, a co za tym idzie, o czym może myśleć. Czy odtwarzał w wyobraźni od dawna nieistniejący ogród, jak często to robił, przebywając na tym dziedzińcu? A może…?

Henry przeczytał w dzisiejszym Wieszczu Cambford o okropnym mordzie w Everrain. Widział zmartwienie lorda tą wiadomością. Jeszcze o tym nie rozmawiali, nie wiedział więc, czy podejmie on w związku z tym jakieś kroki, lecz miał silne przeczucie, że tak i bardzo mu się to nie podobało.

Po chwili jego pan zaczął nucić wesołą piosenkę. Często ją podśpiewywał, kiedy tu był. Od razu atmosfera wokół stała się lżejsza. Także Henry’emu nastrój się poprawił. Jeśli jego pan nucił, to znaczyło, że był w dobrym humorze.

Podszedł powoli do niego, ostrożnie stawiając kroki, by przypadkiem go nie rozproszyć. Choć wcześniej nie miał na to ochoty, przycupnął na zimnym murku za jego plecami. Lord posłał mu uśmiech, nie przestając nucić. Kamerdyner odpowiedział mu tym samym.

Nie. Teraz nie mógł go o to zapytać.

On sam zresztą nie chciał myśleć o tej tragedii. By sobie w tym pomóc, skupił się bardziej na cichej piosence lorda. Miał bardzo przyjemny tembr głosu. Słuchanie go, tak jak jego gry na skrzypcach, było czystą przyjemnością.

Henry nie wiedział, jak długo to trwało, lecz nagle jego pan umilkł, przez co on poczuł się jak gwałtownie obudzony ze snu. Rozejrzał się.

– Co się stało? – spytał.

– Baron idzie. – Lord Westmore pokazał jedno z przejść między dziedzińcami.

Z tamtej strony nadchodził szybkim krokiem pulchny mężczyzna w brązowym płaszczu i cylindrze. Musiał już z daleka ich zauważyć, bo bez wahania zmierzał w stronę fontanny. Lord Westmore opuścił nogę na ziemię i wstał, co też uczynił Henry. Wyszli naprzeciw przybyłemu.

– Witaj, Albercie! – Pan landu uchylił kapelusza.

Baron Castle przywitał się podobnym gestem. Wiekiem był nieco młodszy od wyższego statusem arystokraty, cechował się jednak podobnym, beztroskim podejściem do konwenansów. Obaj panowie darzyli się serdeczną przyjaźnią.

– Przepraszam za spóźnienie, Will – powiedział lekko zdyszany baron.

– Jakie spóźnienie?! – zdziwił się wesoło lord, zerkając na zegarek. – Do naszego umówionego spotkania zostało jeszcze ze dwadzieścia minut!

– Tak? Nie wiedziałem. Kiedy dotarłem do Zamku, poinformowano mnie, że zebranie Rady Landu niedawno dobiegło końca. Pomyślałem więc, że musisz na mnie czekać.

– Nic się nie stało. To nawet dobrze, że spotykamy się wcześniej.

Dobry humor lorda podziałał na barona, który odzyskał prawidłowy oddech i uspokoił się.

– Zimno dziś, prawda? – zapytał Albert Castle.

– Tak. Może, tak jak się umówiliśmy, pójdziemy do kawiarni? Tam na spokojnie pogadamy o Feniksie.

– Dobrze. Filiżanka gorącej kawy dobrze mi zrobi.

Trzej mężczyźni ruszyli w stronę drugiej bramy. Arystokraci szli przodem, Henry za nimi. W pewnym momencie baron Castle odwrócił się do niego.

– Również ciebie miło widzieć, Henry – powiedział.

– Dziękuję – odparł kamerdyner oraz współtwórca fundacji charytatywnej Feniks.

 

***

 

W kawiarni Zamkowej panowały pustki. Poza baronem Castle, lordem Westmore’em i Harrym, był tu jeszcze tylko jeden urzędnik. Panowie z Feniksa zajęli stolik w niszy. Will zamówił dzbanki kawy i herbaty oraz mały torcik czekoladowy na swój koszt.

Czekając na zamówienie, rozmawiali na niezobowiązujące tematy. Gdy przyniesiono im dwa dzbanki, filiżanki i ciasto, ku zaskoczeniu kelnera, Harry podał wszystko należycie, choć wcale nie musiał. Jego pan przyjął to z gorzkim uśmiechem.

– Dziękuję, Henry – powiedział Albert, biorąc filiżankę z kawą i talerzyk z kawałkiem ciasta.

Will, którego Harry obsłużył jako pierwszego, upił trochę herbaty.

– Powiedz mi, Albercie, jak idą prace nad schroniskiem w dzielnicy przemysłowej?

Baron Castle, z wykształcenia architekt, który jako przedstawiciel Feniksa między innymi nadzorował stawianie fundowanych przez organizację budynków, uśmiechnął się.

– Doskonale! Jeszcze pod koniec listopada powinni przyjąć pierwszych bezdomnych. Jak byłem tam dziś rano, wnoszono łóżka do pokoi. Sprawdziłem je. Ramy są solidne a materace nowe i suche, zapewne też wygodne.

– A pościel?

– Będzie dopiero za dwa, góra trzy dni. – Baron zamilkł na moment. – Ponadto natknąłem się tam na dziennikarza z Wieszcza. Jutro ma się pojawić notka prasowa o szybkich postępach, tylko nie wiem w którym wydaniu, pewnie porannym.

– To cudownie. Zdążymy przed największymi mrozami. – Will zatarł ręce ze szczęścia. – W najbliższym czasie sami jeszcze tam zajrzymy. – Kątem oka zobaczył, że coś zafrasowało jego przyjaciela. – Coś ci chodzi po głowie, Henry?

– Och, nic takiego. Zastanawiam się tylko, jak dotrzeć z informacją o nowym schronisku do bezdomnych – zawahał się. – Oni… myślą inaczej.

– To oczywiste, że wszystkich bezdomnych nie ściągniemy z ulicy do nowego schroniska – stwierdził baron – ale im więcej znajdzie schronienie, przynajmniej na zimę, tym lepiej.

– Przede wszystkim o tym będę chciał porozmawiać z dyrektorem schroniska. A ty, Albercie, masz jakieś pomysły?

– Wydaje mi się, że na sam początek wystarczą częste wzmianki w prasie i ulotki informacyjne. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy bezdomni umieją czytać, ale plotki szybko się rozchodzą.

– Dobra myśl – powiedział Will a Harry skinął głową.

Przez najbliższe pół godziny baron, lord i jego sługa rozmawiali jeszcze o działalności Feniksa – nowych i dopiero planowanych projektach, oraz o tym, jak już działające poprawiają jakość życia najbiedniejszych mieszkańców Cambford. Dialog w naturalny sposób zszedł na zachodnią dzielnicę, a co za tym idzie…

– Pewnie czytałeś dzisiejszego Wieszcza? – zapytał Albert, nabierając ciasto widelczykiem.

– Tak. – Skinął głową Will, przed którym stała nietknięta jeszcze porcja. Znowu uczuł ssanie w środku. – Okropna tragedia.

Harry posłał mu już drugie dzisiaj zaniepokojone spojrzenie. Zawsze wiedział, kiedy coś było nie tak, a Will miał wtedy ochotę zapewnić go gorąco, że wszystko jest dobrze – nieważne, jak wielkie byłoby to kłamstwo.

Albert opuścił głowę. Już wcześniej lord odniósł wrażenie, iż barona męczy coś nieprzyjemnego.

– Co się dzieje? – spytał go.

Albert przełknął to, co miał w ustach, głośniej niż wcześniej.

– Na początku naszego spotkania wspomniałem, że spotkałem w schronisku dziennikarza. Pogadałem z nim trochę o ostatnich doniesieniach. Gdy doszliśmy do morderstwa w Everrain, powiedział, że doszło do następnego… Podobnego.

Will przymknął powieki,

Tylko nie to, pomyślał.

Wewnętrzne ssanie nasiliło się. Co gorsza, doszło do tego mrowienie zębów. Nie otwierając oczu, sięgnął po filiżankę. Jak to dobrze, że zamówił herbatę i kawę, a nie wino.

 

***

 

Po spotkaniu z baronem Castle, Henry razem ze swym panem udał się na zakupy. Lord Westmore z niekłamanym zainteresowaniem podziwiał wystawy i słuchał sprzedawców zachwalających swe towary, lecz kamerdyner lepiej niż wcześniej widział, że poruszyły go wieści z zachodniej dzielnicy. Dostrzegał to w jego oczach. Sam zresztą czuł się z tego samego powodu nieprzyjemnie.

Wyglądało na to, że w ich mieście grasował niebezpieczny morderca powodowany nieznanymi motywami.

Tuż przed trzecią po południu poszli w stronę ulubionej restauracji. Po drodze minęli kiosk z prasą, do którego właśnie dostarczano wydania popołudniowe, w tym Wieszcza Cambford. Lord podszedł do sprzedawcy i kupił świeży egzemplarz dziennika, następnie ruszył przed siebie. Henry podążył za nim do bramy pobliskiej kamienicy.

W jej cieniu lord rozłożył gazetę. Choć kamerdyner nie zdołał zobaczyć pierwszej strony, mina jego pana całkowicie mu wystarczała, by mieć pewność, że baron Castle nie kłamał.

Ich spojrzenia się spotkały.

– Tego się obawiałem – powiedział lord słabym głosem.

Streścił mu artykuł, adekwatnie zatytułowany „Nożownik z Everrain”. Dziś z samego rana znaleziono drugie, strasznie okaleczone ciało mężczyzny, o nieustalonej tożsamości. Tym razem sprawca porzucił je w zaułku między starymi kamienicami przeznaczonymi do rozbiórki. W międzyczasie poznano imię pierwszej ofiary.

James Cent w chwili śmierci miał czterdzieści dwa lata. Kawaler, bez dzieci i najbliższej rodziny, utrzymywał się z wykonywanych dorywczo prac fizycznych. Według sąsiadów był spokojny i unikał awantur. Ponadto, śledczym udało się ustalić, że z dzień przed znalezieniem jego ciała, zgłosił się do agencji zatrudnienia założonej przez Feniksa.

Ostatnia, najdłuższa część artykułu, poświęcona była sugestii, że oba morderstwa mogą być powiązane a Cambford ma do czynienia z kolejnym seryjnym zabójcą, tym razem naprawdę brutalnym, i trzeba mieć się na baczności.

Henry nie wiedział, co powiedzieć – tak te wieści nim wstrząsnęły, ale to było nic, w porównaniu z reakcją jego pana, który z pasją złożył niedbale gazetę, mrucząc przekleństwa pod nosem.

Wychylił się zza bramy. Kiedy i Henry tak zrobił, zobaczył pod kioskiem grupę ludzi. Wszyscy patrzyli na pierwsze strony egzemplarzy Wieszcza Cambford, rozmawiając przy tym z ożywieniem. Kamerdyner nie słyszał, co konkretnie mówią, ale jego pan tak.

– Całe miasto niedługo ogarnie panika – powiedział tonem osoby znającej zachowania mas.

Henry dawno nie widział go w tak złym stanie. Głębokie bruzdy pokryły blade czoło, nozdrza drżały a usta zastygły w srogim grymasie.

Lord odwrócił się do niego. Momentalnie jego twarz zmieniła wyraz na pełen żalu.

– Wybacz, Harry, ale nie mogę z tobą iść na obiad.

Jedyne, co mógł zrobić w tej sytuacji kamerdyner, to przytaknąć.

– Rozumiem… Nie jesteś głodny? – spytał.

– Nie do końca – odpowiedział lord po chwili, jednocześnie dotykając swego brzucha, jakby chciał się upewnić. Następnie sięgnął do kieszeni, z której wyjął portfel. Wręczył Henry’emu plik banknotów. – Masz tu pieniądze na obiad i na co tylko chcesz. Niestety, ale musimy się rozstać.

– Co zamierzasz?

– Muszę zbadać tę sprawę. Raczej nie wrócę do pałacu przed wieczorem… ani przed północą.

Zimny dreszcz przeszył Henry’ego. Ze zdenerwowania obrócił się na pięcie i przeszedł kilka kroków w głąb kamienicy. Nienawidził takich sytuacji, szczególnie kiedy następowały wcześniej niż zwykle.

Usłyszał za sobą ciche stąpanie. Odwrócił się. Lord uśmiechał się do niego lekko, jak zawsze w takich chwilach.

– Przepraszam – powiedział zmieszany Henry. – To było szczeniackie.

­– Nie szkodzi, Harry. To mnie jest przykro, ponieważ musisz przez to przechodzić razem ze mną. – Nachylił się tak, że jego usta znalazły się blisko ucha Henry’ego. – Zobaczysz, mój drogi, niedługo wszystko wróci do normy, a wtedy wynagrodzę ci to.

– W jaki sposób? – spytał.

– W jaki tylko zapragniesz. – Obietnicę zwieńczył pocałunkiem w policzek.

Poza miłym dreszczem, Henry’ego poraziła myśl, że ktoś może ich widzieć, lecz równie szybko się uspokoił. Przecież lord nie zrobiłby tego, wiedząc, że są obserwowani.

To była chwila, a gdy minęła, przyłapał się na tym, iż trzyma swego pana za rękaw płaszcza. Cofnął dłoń jak oparzony. Wydawało mu się, że usłyszał śmiech. Gdy podniósł wzrok, zobaczył, że lord nadal się uśmiecha w ten swój pogodny, uspokajający sposób.

– Uważaj na siebie… Will – Rzadko kiedy zwracał się do swego pana po imieniu, tylko w wyjątkowych sytuacjach.

– Oczywiście, Harry, Aster będzie ze mną.

 

***

 

Minutę później już go nie było. Henry nie pobiegł za nim; nie chciał już więcej na siłę przedłużać chwili rozstania. Wiedział, że mimo wszystko musiało do tego dojść.

Niedługo potem sam wyszedł z bramy. Po drodze minął kiosk, przy którym nadal stali ludzie skupieni na pierwszej stronie Wieszcza Cambford. Z ciekawości przystanął.

– Jeden trup wczoraj, dziś kolejny! – zawołał pewien mężczyzna z przejęciem.

– Jutro na pewno też ktoś zginie! – zawtórowała mu kobieta.

– To zawsze było niebezpieczne miejsce, mówię wam! – kolejny mężczyzna zabrał głos, machając gazetą jak dama chustką na pożegnanie ukochanego.

– Ja nigdy tam nie byłam, ale słyszałam, że jest ponoć lepiej.

– Jak widać, nie wcale nie, szanowna pani, skoro do takich okropieństw tam dochodzi!

– Nawet nie chcę myśleć o tym, że ten morderca mógłby przenieść się do innej dzielnicy.

Harry odszedł stamtąd szybkim krokiem. Dość się już nasłuchał. Teraz, oprócz przygnębienia i bezsilności, odczuwał gniew. Właśnie widział na własne oczy, jak wieloletnie wysiłki jego pana, ich wspólny plan, zaczynają niebezpiecznie drgać w posadach. A wszystko to z powodu jednego człowieka, o ile jeszcze tak można było nazwać Nożownika. Właściwie to dobrze, że lord postanowił zająć się tą sprawą od razu! Ten potwór musiał jak najszybciej zniknąć, jeśli ich miasto miało być bezpieczne!

W pewnym momencie uderzyła go w nos kropla wody.

Pięknie! Jakby tego było mało, zaczęło padać!

 

***

 

W przedsionku siedziby agencji zatrudnienia wisiała plakietka. Na niej lśnił złoty feniks uchwycony w chwili zataczania kręgu. Z daleka przypominał tarczę słoneczną.

Według legend, feniks nigdy nie umierał, tylko pod koniec wieloletniego cyklu, kiedy był już bardzo słaby, stawał w płomieniach i odradzał się z popiołów jeszcze piękniejszy i silniejszy niż kiedykolwiek.

Był symbolem nowego życia, odrodzenia, a co za tym idzie, nadziei. To dlatego razem z Harrym wybrali go na symbol ich inicjatywy. Tam, gdzie mienił się złocisty ptak, mieszkańcy Cambford mogli liczyć na poprawę swojego życia.

Will stał w przedsionku i obserwował otoczenie na zewnątrz jak i wewnątrz. Późnym popołudniem, w taką pogodę ruch był niewielki. Przy ogromnej tablicy w głównym holu stały cztery kobiety, uważnie analizujące każde wywieszone na niej ogłoszenie. Oprócz nich, w agencji przebywał jeszcze jeden mężczyzna, który rozmawiał przy stanowisku z pracownicą.

Żadne z nich nie rozpoznało lorda Westmore’a. Zanim tu przyszedł, u zaprzyjaźnionej krawcowej zamienił swój charakterystyczny błękitny płaszcz oraz cylinder przepasany czerwoną wstęgą na pospolitą kurtkę i bawełnianą czapkę. Także laskę z rękojeścią ze szczerego srebra zostawił u niej, w zamian biorąc kulę. Mając dodatkowo włosy w nieładzie i ukrywszy bardzo jasne oczy za okularami, wyglądał jak zwyczajny starszy człowiek.

Na zewnątrz było równie spokojnie, ludzie poukrywali się w domach. Po godzinie ulewy ulica przypominała bagno z wysepkami. Will miał nadzieję, że Harry również znajduje się w suchym miejscu bezpieczny i przede wszystkim spokojny. Nie powinien się z nim tak rozstawać, ale nie miał innego wyjścia.

Jeszcze przed wizytą u krawcowej udał się do kostnicy, gdzie pozwolono mu zobaczyć ciała ofiar Nożownika z Everrain. Morderca z przerażającą brutalnością pociął nożem tych nieszczęśników i zostawił w miejscu ich agonii. Z całą pewnością działał impulsywnie. Bardziej metodyczny zabójca lepiej ukryłby zwłoki, albo jeśli swymi czynami chciał coś zakomunikować społeczeństwu, zostawiłby w lepszym miejscu, a nie w olbrzymich krzakach w parku czy zaułku między dwoma opuszczonymi budynkami, gdzie istniała możliwość, że nieprędko zostaną znalezione. W pierwszym przypadku przerażającego odkrycia dokonał robotnik, który chciał sobie ulżyć, w drugim – bezdomny pomieszkujący w pobliskiej ruderze. Przesłuchany stwierdził, że w nocy nic nie słyszał ani nie widział, bo miał mocny sen. Wykluczono także jego ewentualny udział w zbrodni ze względu na powykręcane palce u rąk, z powodu których nie mógł porządnie chwycić wielu przedmiotów, między innymi noża.

Niedługo po tym, jak popołudniowe wydanie Wieszcza trafiło do druku, inspektorowi badającemu sprawę udało się poznać tożsamość drugiej ofiary. Sebastian Fairchild, podobnie jak James Cent, nie miał najbliższej rodziny i stałej pracy oraz mieszkał w zachodniej dzielnicy. Gdy Will się o tym dowiedział, wiedziony przeczuciem udał się do agencji pracy Feniksa – jednej z czterech takich placówek w mieście. Tak jak się domyślał, według rejestrów, także Fairchild na dzień przed odnalezieniem jego ciała zgłosił się do biura pośrednictwa pracy i tak jak Cent, również nie otrzymał od razu jakiejkolwiek oferty.

Ale miał nadzieję, jak inni.

Will spojrzał w górę, na złocistego ptaka.

Poprzez Feniksa, fundując miejsca takie jak to lub schronisko dla bezdomnych, składał najbiedniejszym mieszkańcom Cambford przysięgę, że ich życie będzie lepsze. Świadomość tego, iż po jego ukochanym mieście chodzi ktoś i w najgorszy możliwy sposób odbiera tym ludziom szansę na poprawę bytu, doprowadzała go na skraj wytrzymałości. Nienawidził sytuacji, kiedy nie mógł spełnić danego słowa.

Miał wrażenie, jakby jego ciało wypełniała próżnia. Zęby świerzbiły go tak, że nie mógł się powstrzymać od gryzienia języka

Will.

Po drugiej stronie przedsionka zamajaczyła jasna postać młodej kobiety. W najgorszych momentach jej widok zawsze działał na niego uspokajająco.

– I jak, Aster? – spytał szeptem, by ludzie w holu go nie usłyszeli.

Za budynkiem pusto, wszyscy się pochowali przed ulewą – odpowiedział duch.

– W środku i na froncie tak samo. Żadnego podejrzanego typa.

Jak myślisz, dlaczego? Z powodu pogody, a może Nożownik nigdy się tu nie czaił?

– Możliwe – przyznał.

Zbliżyła się do niego, a on nie musiał się przed nią tłumaczyć. Doskonale wiedziała, czemu udał się tutaj.

Jak się czujesz? – spytała.

– Nie najgorzej – odparł, siląc się na uśmiech. – To nie jest jeszcze punkt krytyczny.

W takim razie chodźmy stąd i sprawdźmy pozostałe tropy. Zakończmy to jak najszybciej… Ktoś idzie.

Istotnie. W stronę wyjścia zmierzał mężczyzna, który wcześniej rozmawiał z pracownicą. Will posłyszał, że nazywa się Leo Dwight. Był wyraźnie zadowolony, choć mina mu nieco zrzedła, kiedy uchylił drzwi.

– Ale dzisiaj leje, co? – zagadnął wesoło Will.

Mężczyzna spojrzał na niego rozpromieniony.

– Ta, a ja głupi zapomniałem z domu parasola. Tyle dobrego, że mam pelerynę. – Wyciągnął z torby płaszcz przeciwdeszczowy, który już był nieco wilgotny.

– Tyle dobrego, rzeczywiście – przytaknął Will. – Mimo takiej ulewy ma pan dobry humor. Czyżby znalazł pan pracę?

– Po roku szukania! – Dwight był tym wyraźnie przejęty.

– Gratuluję!

Jeszcze chwilę porozmawiali, następnie Leo pożegnał się z Willem i odziany w pelerynę ruszył przez ulewę. Lord w przebraniu wyjrzał za nim.

Co teraz? – zapytała nadal niewidoczna Aster.

– Pójdziemy za nim – odparł bez wahania Will. – Słyszałem, jak podawał swój adres. To w Everrain.

Czuł rosnącą ekscytację. Była ona na tyle silna, że musiał sam siebie upominać, że to nie ten człowiek jest jego celem, ale może do niego doprowadzić. Mimo to z podniecenia zaczął trząść się wewnętrznie, a wcześniejsze objawy nasiliły się.

Tak, musiał to zrobić jeszcze dziś.

Aster położyła mu widmowe dłonie na ramionach, co sprawiło, że się opamiętał.

– Przepraszam – powiedział zawstydzony.

Nie szkodzi – odparła. – Po prostu taka już twoja… przypadłość.

Skinął głową i bez słowa wyszedł na ulewę. Nikt, kto jeszcze był w agencji, tego nie zauważył.

 

***

 

Z powodu chmur ściemniło się szybciej niż zwykle o tej porze roku. Deszcz nie ustawał, czasem tylko słabnął, by potem jednak znów przybrać na sile.

Will podążał za mężczyzną jak cień, w stosownej odległości. Szedł chodnikiem o kuli, nie zwracając uwagi z rzadka pojawiających się przechodniów. Aster unosiła się nad nim wysoko ponad dachami. Jeśli odpowiednio skupił wzrok, widział jej suknię falującą na wietrze.

Od dłuższego czasu miał wątpliwości, czy całe to przedsięwzięcie ma sens i na próżno śledzi tego człowieka. Miał już do czynienia z wieloma seryjnymi zabójcami i żaden nie czuł tak silnej potrzeby, by zabijać dzień po dniu, przez dłuższy okres.

Może Nożownik siedzi teraz w swojej kryjówce i myśli o tym, co uczynił? Czy tego żałuje? Pewnie kombinuje, jak się z tego wyplątać, bo zdaje sobie sprawę, że jak policja go dopadnie, zawiśnie na stryczku. To nie były zbrodnie doskonałe, niedługo wpadną na jego trop. Albo wprost przeciwnie, planuje następny atak?

Myśl ta nasiliła objawy Willa. Nie, nie mógł pozwolić, by ten zwyrodnialec dopadł następną ofiarę. Znajdzie go, a wtedy…

Zacisnął zęby. Spojrzał w górę. Jeśli nawet Aster coś zauważyła, nie dała po sobie tego poznać.

Tymczasem weszli za Leo Dwightem do Everrain. W strugach deszczu stały obdrapane, opuszczone kamienice – pozostałość po rywalizacji Cambford z obecną stolicą Tirnan. Pośpiech przy budowie i późniejszy brak zainteresowania władz miasta doprowadził do obecnego stanu rzeczy. Stare, zapleśniałe tablice przestrzegały przed wchodzeniem do środka. Nie powstrzymywało to jednak bezdomnych przed koczowaniem w zrujnowanych mieszkaniach oraz piwnicach. Will od lat starał się przynajmniej wyburzać takie miejsca, a jak były na to fundusze, stawiać nowe kamienice czy budynki użyteczności publicznej.

Leo Dwight przyśpieszył kroku. Całą drogę z agencji pracy przebył pieszo. Od czasu do czasu próbował zatrzymać przejeżdżające z rzadka pojazdy, ale żaden dorożkarz nie chciał się zatrzymać lub miał komplet. Na tramwaje też nie miał co liczyć, bo w tej części miasta jeszcze nie kursowały. Mimo wszystko był w całkiem dobrym humorze – tak uradowało go znalezienie pracy.

Teraz jednak szedł szybciej, jakby był świadom czyhającego na niego niebezpieczeństwa. Nic dziwnego, bowiem znalazł się na ulicy, gdzie zabito Sebastiana Fairchilda. Zaułek, będący miejscem zbrodni, minął biegiem.

Will przystanął przy wejściu w uliczkę, spojrzał w górę na Aster. Dał jej znać, że zostanie tu chwilę a ona niech tymczasem dalej śledzi Dwighta. Gdy pofrunęła dalej, wszedł między rudery.

Policjanci i deszcz już tu posprzątali. O tym, że do czegoś tu doszło świadczyła jedynie zaschnięta krew na ścianie. Will przykucnął z niemałym trudem, spowodowanym przez prawą nogę. Przymknął oczy, jednocześnie wyostrzając pozostałe zmysły. Pociągnął nosem. Nic, tylko zapach wilgoci, kurzu i szczurów poukrywanych za ścianami. Woń niedawno rozlanej krwi spłynęła razem z deszczem.

Zupełnie tak jak w kostnicy: brak czegokolwiek, co mogłoby naprowadzić Willa na trop konkretnego podejrzanego. Przed jego przybyciem zdążono umyć ciało, przez co nie wydzielało wielu pomocnych w śledztwie zapachów, poza alkoholem z jamy ustnej. Tak samo było w przypadku Jamesa Centa. Inspektorowi z niemałym trudem udało się ustalić, że ostatni raz widziano ich w dwóch różnych pubach, gdzie pili.

Gdyby to było jedno miejsce, pomyślał Will, sprawa byłaby o wiele prostsza i dla niego, i dla policji.

Z rozmyślania wyrwał go rumor, po którym nastąpiły piski i skrobanie mnóstwa małych nóżek z pazurkami. Zaledwie trzy z dziesiątek szczurów wypełzły przez pozbawione szyb okienko piwniczne. Ukryły się w dziurze w ścianie sąsiedniego budynku.

Zaciekawiony Will zajrzał do środka kamienicy, gdzie rozległ się rumor. W ciemności zobaczył dziurawy sufit i gruz na podłodze, tuż obok zbutwiałego legowiska.

I pomyśleć, że ludzie z własnej woli chcą tu mieszkać – powiedział do siebie w myślach. Jak już z tym skończy, zajmie się kampanią na rzecz bezdomnych, o czym rozmawiał nie dawniej jak dziś w południe z baronem Castle, choć wydawało mu się, że od tamtej chwili minęły całe dni.

Poza gryzoniami i robactwem, nie odnotował żadnych innych żywych istot. Bezdomnego, który znalazł ciało, już wypuszczono i nie wiadomo, dokąd się udał.

Will podniósł się z ziemi i jeszcze raz obejrzał miejsce zbrodni. Niczego więcej tu raczej nie odkryje. Lepiej zrobi, jak wróci do śledzenia Leo Dwighta.

Jak na zawołanie, pojawiła się Aster z informacją, że mężczyzna wszedł przed chwilą do pubu. Bez wahania udał się za nią kilka ulic dalej.

 

***

 

To miejsce było inne. W odnowionych budynkach paliły się światła, również latarnie rozjaśniały ulicę. Tylko droga i kanalizacja wymagały jeszcze gruntownego remontu.

Na parterze jednej z kamienic, między piekarnią a sklepem z wyrobami tytoniowymi mieścił się pub U Smitha. Szyld zapraszał przechodniów namalowanym na desce niewprawną ręką kuflem piwa. Stanąwszy przed drzwiami pod daszkiem, Will strzepnął z butów, kolan i kuli mokrą ziemię, po czym wszedł do środka.

Pomieszczenie nie było duże: w sam raz na pięć stolików i bar oświetlane przez lampę gazową pod sufitem i świecę na kontuarze. Ruch był niewielki. Leo Dwight siedział przy barze, w skupieniu grzebiąc w portfelu. Zupełnie nie zwrócił uwagi na gościa, którego mógł rozpoznać, w przeciwieństwie do barmana. Masywny mężczyzna nalewał do kufla piwo. Łypnął badawczo sponad kurka na nowoprzybyłego. Do tego ograniczył się również klient przy jednym ze stolików. Stojąca w kącie pomieszczenia kelnerka z uśmiechem skinęła Willowi głową, czym on równiej jej odpowiedział. Po odwieszeniu kurtki i czapki na wieszaku przy drzwiach, skierował się do wolnego stolika pod ścianą.

Ledwie usiadł, podeszła do niego młoda kobieta, najwyżej dwudziestopięcioletnia. Czuć było od niej tytoń.

– Dobry wieczór. Co podać? – zapytała.

– Dobry wieczór. Napiłbym się zwykłego piwa.

– Momencik. – Odwróciła się do baru. – Jeszcze jedno, ojciec!

Barman skinął głową. Podał trunek Dwightowi, który właśnie wykładał drobne na ladzie.

– Inaczej nie mam, Smith – powiedział.

Właściciel pubu przyjrzał się zaskórniakom.

– Może być. – Zgarnął monety do kieszeni fartucha i odszedł z powrotem do beczki. – Dawno cię nie było, Leo. Dostałeś wreszcie jakąś fuchę?

– Tak. Poszłem dzisiaj do tej agencji pracy, co mi kto kiedyś polecił i wyobraź sobie, od razu mieli robotę dla mnie, więc wziąłem.

– Co takiego?

– Szukali kogoś na budowę w przemysłowej. Bywałem już na takich fuchach, więc wiem, co i jak.

– No, no – zacmokał barman. – Szczęściarz z ciebie. – Postawił pełny kufel na stole. – Już, Molly!

Will przysłuchiwał się tej rozmowie z przyjemnością. Uwielbiał takie zwykłe, swojskie gadanie. Jednocześnie obserwował otoczenie. Także prosty wystrój pubu mu się podobał, ze zużytymi meblami, prostą boazerią, spranymi serwetkami na stolikach oraz powietrzem przesiąkniętym wonią piwa. Zupełnie jak w gospodzie…

Pokręcił głową. To nie była pora na pogrążanie się we wspomnieniach.

Oprócz niego, Dwighta i trzeciego mężczyzny, w pubie przebywał jeszcze jeden klient. Will zwrócił na niego uwagę tylko dlatego, że bardzo dokładnie badał swoje otoczenie, inaczej mógłby go wcale nie zauważyć.

To był taki cichy typ. Siedział w przeciwległym do Willa kącie pubu, gdzie nie sięgało światło lampy. Znoszone, brudne ubranie, tłuste włosy i twarz ze śladami nałogów wskazywały, iż był to włóczęga. Nie zdjął wierzchniego okrycia, co w taką pogodę było dość dziwne, lecz nie tak, jak to, co Will dostrzegł w jego oczach.

Na początku wydawały się puste. Mężczyzna musiał być bardzo pogrążony w myślach, o ile nie całkowicie oderwany od rzeczywistości. Ten stan zmienił się jednak, kiedy Dwight pochwalił się Smithowi, że dostał pracę. Włóczęga drgnął nagle, jak rażony piorunem. Całą swoją uwagę skupił na Leo. Wykazywał przy tym oznaki silnego lecz tłumionego zdenerwowania. Jego twarz i dłonie trzęsły się. Will niemal mógł zobaczyć gonitwę myśli w jego głowie, a nie były one z całą pewnością dobre.

Wreszcie włóczęga wstał i szybkim krokiem opuścił pub. Trzask drzwi zagłuszył dzwoneczek zawieszony nad nimi. Akurat w tym samym czasie kelnerka niosła kufel piwa Willowi. Ona, jej ojciec i pozostali klienci także zauważyli odejście dziwnego człowieka.

– Co to za jeden, Smith? – zapytał Leo znad swego kufla.

Barman machnął ręką.

– Mówią na niego Joe. Kręci się od jakiegoś czasu po okolicy, szlaja się po pubach i melinach, jak duch normalnie. Nic nie kupuje, tylko siedzi z tymi dziwnym oczami. Chyba coś mu się zepsuło tam pod kopułą. Do mnie przyszedł dziś już czwarty raz w tym miesiącu. Powinienem go wygonić precz, ale w taką pogodę jakoś nie mam serca, ale zatrzymywać go też nie chcę. Jak chce moknąć, to niech moknie.

W międzyczasie Molly podała Willowi jego kufel, za który od razu zapłacił z napiwkiem.

– Mały dziś ruch – zagadnął.

– Tak – kelnerka przytaknęła. – Zwykle jest większy.

– To pewnie przez deszcz.

Molly i tym razem przytaknęła, lecz już nie tak pewnie. Również zerknęła za siebie. Wyglądała, jakby jej głowę zaprzątnęła przerażająca myśl, lecz szybko ją odgoniła. Zabrawszy pieniądze, udała się za kontuar, gdzie zapaliła papierosa.

Will domyślał się, o czym pomyślała ona, Leo oraz zapewne właściciel pubu.

Przywołał Aster.

– Obserwuj go – polecił jej szeptem.

Oczywiście. Zawiadomię cię, jak coś będzie się szykowało. – Od chwili wejścia do baru, dziewczyna przestała być widoczna, lecz mimo to poczuł, jak się oddala.

 

***

 

Sam został jeszcze jakiś czas w pubie. Nie chciał wychodzić tuż po Joe, by nie wzbudzić podejrzeń. Powoli wypił swoje piwo i jeszcze pogadał z Molly oraz trzecim klientem – okazał się on właścicielem sklepu tytoniowego obok. Zwrócił również w końcu uwagę Leo Dwighta. Zapewne z powodu alkoholu nie zastanowiła go obecność kulejącego mężczyzny, którego spotkał w agencji pracy.

Will cierpliwie wyczekiwał sygnału od Aster ponad pół godziny. Po tym czasie uznał, że już może opuścić pub. Pożegnał się, nałożył kurtkę oraz czapkę i wyszedł, pomimo zachęt Smitha, by został do momentu, aż przestanie tak lać. Z chęcią by na to przystał, lecz pobudzone przez Joe instynkty coraz bardziej dawały mu się we znaki.

Nadal padało dość intensywnie. Will odszedł kawałek. Nie przeszkadzało mu zimno ani to, że całe jego ubranie przesiąka na wylot.

– Aster – powiedział cicho.

Pojawiła się.

Joe ukrył się w pobliskim zaułku. – Pokazała wąską uliczkę między dwiema kamienicami. – Zachowuje się dziwnie, miota się i bełkocze.

– Zrozumiałaś coś?

Nie. To pourywane słowa. Coś musiało go bardzo rozzłościć.

Will przystanął, rozejrzał się. Na ulicy panowały pustki. Mieszkańcy okolicy znajdowali się bezpieczni w swych domach. Policja zamierzała zwiększyć patrole w Everrain, lecz jak dotąd nie zauważył ani jednego konstabla. Jeśli jacyś byli na służbie, to zapewne pełnili ją w suchych miejscach, przekonani, że nikt nie będzie na tyle szalony, by zaatakować kogoś w taką ulewę.

Ale szaleństwo ma właśnie to do siebie, iż jest nieprzewidywalne.

Will nie udał się prosto do zaułka, gdzie skrył się Joe, tylko do następnej ślepej uliczki, po drugiej stronie pubu.

Myślisz, że to on? – zapytała Aster.

Spojrzał na nią, w jej piękne oczy. Zobaczył w nich lęk.

– Mam takie przeczucie – odpowiedział grobowym głosem

Aster tylko pokiwała głową. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że jego przeczucia rzadko kiedy rozmijają się z prawdą.

Podniósł wzrok na dach kamienicy, po czym spuścił na kulę. Właściwie to nie była już mu do niczego potrzebna, tak samo okulary i czapka. Ukrył przedmioty w stercie śmieci na końcu uliczki. Później po nie wróci, jak już będzie po wszystkim.

Krople deszczu zaczęły uderzać głośniej o powierzchnie, lecz mógł być to efekt chwilowej utraty kontroli na zmysłami. Nie miał innego wyjścia, jeszcze dziś musiał dopaść Nożownika.

Są ludzie, ale również i potwory mające ich powłokę.

Odnowiono jedynie fronty kamienic. Ich boki były ścianami gołych cegieł. Will wspiął się na dach bez większych problemów. Bacznie stawiając kroki, przeszedł po dachówkach na drugi koniec kamienicy. Z powodu nadmiernej wilgoci, prawa noga zaczęła mu przeszkadzać. Miał nadzieję, że wytrzyma jeszcze trochę. Kucnął na skraju dachu i wychylił się.

Joe wcisnął się do skrzynki po owocach. Nie była to najlepsza kryjówka, bo między tworzącymi ją listwami były spore odstępy. Trząsł się, nie tylko z zimna. W jego oczach była złość… a także żądza mordu.

W pierwszej chwili Will chciał na niego skoczyć od razu, jednak w porę uświadomił sobie, że to zbyt pochopne działanie. Musiał mieć więcej dowodów.

Zastrzygł uszami, by lepiej słyszeć. Jednocześnie poczuł, jak coś z niego uchodzi. Przypominało to zdjęcie niewygodnego kostiumu po balu, na którym wychodziło się do każdego tańca. Pozwolił opaść ludzkiej powłoce. Na co dzień nie miał problemu z jej utrzymaniem, tylko w takich chwilach, jak ta, stawała się krępująca.

Aster miała rację: Joe bełkotał niezrozumiale. Wypluwał z ust pourywane słowa, które mogły mieć sens tylko w jego głowie. Ciekawe, co w niej było? W tych nielicznych momentach Will żałował, że nie umie czytać w myślach każdego.

Włóczęga wyszedł z kryjówki, w ciszy wychynął zza rogu. Obserwował w skupieniu drzwi pubu U Smitha. Will słyszał dobiegającą stamtąd rozmowę, która jakiś czas temu zeszła na morderstwa z ostatnich dwóch dni. Właściciel zasugerował, że to może być sprawka Joego, bo coś z nim było nie tak. Ten, o kim mowa, raczej tego nie usłyszał, niemniej pozostał na swoim miejscu jeszcze chwilę, aż się zniecierpliwił i mamrocząc wściekle, wrócił do skrzynki.

Siedział tam kilka minut. Ucichł, przez chwilę zdawało się, że śpi. W pewnym momencie kichnął, po czym zaklął. Will obserwował go uważnie, szukając jakichś oznak tego, że to może być morderca.

Jeśli zabijał, to dlaczego? Centa, Fairchilda i Dwighta łączyło to, że odwiedzili tę samą agencję pracy, po czym udali się na piwo. Smith wspomniał, że Joe kręci się po pubach i melinach. Może w poprzednich dniach, tak samo jak dzisiaj, posłyszał jak Cent i Fairchild chwalą się, że byli w pośredniaku, co wzbudziło w nim gniew. Ale dlaczego? Co miał do ludzi próbujących poprawić swoją sytuację?

Przyjrzał się mu, tej małej, zaniedbanej figurce moknącej na deszczu w skrzynce po owocach. Pomimo targającej nim żądzy, Willowi zrobiło się jakoś szkoda Joego. Nie miał pracy ani domu, zepchnięty poza margines społeczeństwa, jak wielu mieszkańców tej dzielnicy. Nie był to jednak powód, by zabijać tych, którym zaczynało się powodzić.

Nagle mężczyzna wstał po raz kolejny. Znowu wyjrzał na drzwi pubu Smitha. Sapnął wściekły, bo wszyscy nadal byli w środku. Sięgnął do kieszeni zamykanej na guzik. Macał w niej przez chwilę, po czym wyciągnął coś podłużnego. Miało drewnianą rękojeść – więc nóż. Joe nie wysunął go całego, niemniej Will zdołał dostrzec kawałek ostrza a na nim brązowe plamy. Złe przeczucia nasiliły się, wcześniejsze współczucie zniknęło. Ten łajdak planował coś okropnego.

Niepocieszony włóczęga wrócił do swej skrzynki. Nie wiedział, ile przyjdzie mu jeszcze czekać na wyjście Leo Dwighta, ale poczeka. A gdy wyjdzie, będzie go śledził, a potem… Will do tego nie dopuści.

Dość się nasiedział na dachu. Zeskoczył. Dla zwykłego człowieka taki upadek zakończyłby się tragicznie, ale on już dawno przestał być istotą ludzką, przynajmniej ciałem.

Joe wyskoczył ze skrzynki. Był zdziwiony i przerażony. Właśnie stanęła przed nim istota tylko kształtem podobna do człowieka. Jej biała twarz była jak maska Śmierci. Wyłupiaste, jasne oczy ze zwężonymi źrenicami patrzyły prosto na niego. Choć zimne, zdawały się jednocześnie płonąć. Wąskie usta wykrzywiły się w niby uśmiechu, odsłaniając długie kły.

Will nie ruszył się, tylko lustrował włóczęgę. Pomimo ogólnego zaniedbania, wyglądał na sprawnego na tyle, by zaatakować innego człowieka, a nawet zabić, czemu dał po chwili wyraz.

Strach został zamaskowany przez chęć ataku. Z wyciągniętym z kieszeni nożem Joe rzucił się na stojącą przed nim kreaturę.

Na moment krótszy niż pół sekundy w umyśle Willa pojawiła się myśl, by podrażnić się z nim, dać mu do zrozumienia, że trafił na kogoś, z kim nie ma żadnych szans. Nie zrobił tego jednak, bo patrząc włóczędze prosto w oczy, zobaczył Jamesa Centa i Sebastiana Fairchilda. Teraz miał przed oczyma to samo, co oni w ostatnich chwilach życia.

Mógł zrobić wiele, ale czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze. Gdy Joe w biegu uniósł nóż, on wzniósł pięść i uderzył pierwszy. Morderca odleciał do tyłu na skrzynkę po owocach, która rozpadła się z trzaskiem. Zresztą, nie tylko ona. Odgłosu pękających kości nie dało pomylić się z niczym innym. Do nozdrzy wampira doleciał przez deszcz zapach świeżej krwi buchającej z ran.

Nastała cisza, którą wypełniał tylko szmer spadającej wody. Will nasłuchiwał. Ktoś przecież mógł usłyszeć rumor. Nic się jednak nie stało. Mieszkańcy zachodniej dzielnicy nauczeni byli nie wścibiać nosa w nie swoje sprawy.

Podszedł do bezwładnego ciała spoczywającego w stercie połamanego drewna i innych śmieci. Deszcz zdążył już rozprowadzić krew po całej jego twarzy. Mimo roztrzaskanego tyłu głowy i dolnej szczęki, dało się jeszcze rozpoznać Joego. Kiedy Will był w kostnicy, widział pozaszywane twarze Centa i Fairchilda oraz zdjęcia wykonane na miejscach zbrodni, zanim zabrano ciała. Tak, mógł wmówić sobie, że obszedł się z nim wyjątkowo łagodnie.

Ukląkł nad Joe. To jeszcze nie były zwłoki. W jego wnętrzu wciąż tliło się życie, lecz było pewne, iż już się nie obudzi.

Obok Willa stanęła Aster, dotknęła jego ramienia. Tak jak on, wiedziała, że to nie był koniec. Został ostatni, najważniejszy i najtrudniejszy dla niego etap. To między innymi dlatego podjął się tego zadania.

Był głodny. Spragniony do tego stopnia, że zapach krwi na deszczu drażnił jego wyczulony nos.

Nie mógł jednak zrobić tego tutaj. To było mało prawdopodobne, lecz ktoś mógł za chwilę wyjść na ulicę. Tym bardziej, że ulewa zelżała.

 

***

 

Naprawdę nie lubił tego robić, ale nie miał innego wyjścia. Pragnienie było silniejsze od niego, a niczym innym nie mógł go zaspokoić, tylko ludzką krwią. Nie znaczy to, że nie próbował znaleźć alternatywy, jednak zawsze był wtedy na granicy szaleństwa. Po miesiącach picia wyłącznie krwi zwierząt, sam powoli stawał się dziką bestią. To samo działo się, gdy nie pił przez długi czas.

Siedział w piwnicy opuszczonej kamienicy. Na kolanach trzymał bezwładne ciało Joe. Włóczęga nie poczuł, kiedy zęby Willa bez trudu przebiły skórę szyi. Co prawda było już kilka otwartych wcześniej źródeł, ale jeśli chodziło o zdobywanie pożywienia, Will był tradycjonalistą.

Pił długo. Nikt mu nie przeszkadzał. Metaliczny posmak posoki przypominał mu o innych jego ofiarach. Były ich tysiące, wszystkie jak ten tutaj – ludzie, którzy skręcili w złą ścieżkę i zabrnęli nią tak daleko, że nie mieli już potem możliwości odwrotu. Często zastanawiał się, czy gdyby ich życie potoczyło się zupełnie inaczej, nie padliby jego ofiarą. Z tego powodu nie tylko nimi gardził, ale i współczuł. Sam nieraz był bliski podążenia tą samą drogą.

Gdy brał pierwsze łyki krwi Joego, ich twarze wirowały mu przed oczami. Nie wyrażały żadnych emocji. Nie oskarżały go ani nie dziękowały za szybkie zakończenie żywota. Po prostu tu były. Mimo to nie chciał patrzeć im w oczy.

Mówią, że kiedy człowiek umiera, całe życie przelatuje mu przed oczyma. Cóż, Will wypijał je wraz z krwią.

To były jedynie urywki, ale razem tworzyły biografię Joela Sewinga, którego historia kariery była tyleż bogata, co tragiczna. Wcześnie stracił oboje rodziców i w bardzo młodym wieku zaczął pracować. Imał się różnych zajęć, lecz żadnego z nich nie mógł długo utrzymać. Winny temu był jego niestabilny charakter. Raz zepchnął z piętra stawianego budynku współpracownika, bo ten zaszydził z jego nieporadności (przeżył). Innym razem nakrzyczał na przełożonego, bo uważał, iż ten oszukał go przy wypłacie, czego nie był w stanie udowodnić, bo nie umiał liczyć. Mnóstwo było takich incydentów. Część wielokrotnie rozpamiętywał, inne zlały się w jedno wspomnienie.

Później były długie okresy bezczynności, kiedy to nie mógł znaleźć pracy. Nikt nie chciał mu jej dać, bo ciągnęła się za nim zła sława niepoczytalnego awanturnika. Także żadna agencja pracy nie wykazywała chęci pomocy. Wtedy zaczął popadać w nałogi, które tylko jeszcze bardziej pogłębiły zniszczenia dokonane na umyśle. Doszło do tego, że wylądował jako bezdomny na ulicy, bez jakiejkolwiek szansy na poprawę.

Zamknął się w sobie, błądził po Everrain bez celu, zrezygnowany, rozpamiętujący to, co było. Był świadom swych porażek, lecz nie chciał widzieć w nich swej winy. To z niego szydzono, to jego oszukano…

Tak to trwało do przedwczoraj, kiedy w pubie usłyszał przechwałki pewnego mężczyzny, że był w agencji pracy. To go zezłościło. Odżyły urazy. On też tam był i nic mu nie dali i nie cieszył się z tego powodu.

Znienawidził Jamesa Centa za optymizm, którego on sam nie miał. Zwichrzony umysł podsunął jedyne słuszne rozwiązanie.

Will tonął w falach zniekształconych wspomnień Joela. Rozumiał jego postępowanie, myślał tak jak on. Prawie a by pochłonęły go zupełnie, gdyby nie Aster.

Słyszał jak śpiewa piosenkę, którą ułożył dla niej dawno temu, kiedy oboje jeszcze żyli.

Wspomnienia tamtych chwil powoli odsunęły wizje przerażonych mężczyzn, którym Joel wbijał nóż raz za razem. Teraz widział wyraźnie piękny ogród na dziedzińcu, pełen pachnących kwiatów i nasłonecznionych owoców. Will, który wtedy miał inne imię, siedział na murku fontanny znajdującej się pośrodku tej małej krainy. Aster, także nosząca wtedy inne imię, siedziała przy nim, zasłuchana w jego śpiewie. Delikatnym dźwiękom lutni towarzyszył szmer wody w fontannie i blaski rzucane przez falującą taflę.

To były piękne czasy. Oboje wtedy jeszcze nie wiedzieli, co Przeznaczenie dla nich szykuje: że kiedyś opuszczą to wspaniałe miejsce, a kiedy wrócą, ostanie się tylko fontanna.

Tymczasem zasysająca go od rana pustka powoli wypełniała się. Nie zamierzał skończyć póki nie będzie pełny.

Gdy to nastąpiło, poczuł się jak wyrwany ze snu. Twarze i wspomnienia rozpłynęły się. Otaczał go teraz jedynie mrok wilgotnej piwnicy. Spojrzał w dół, na swój ostatni posiłek.

Nożownik z Everrain nie żył. Will czuł z tego powodu ulgę, ale nie cieszył się. Nie był dumny z tego, co zrobił. Jeśli się nad tym zastanowić, nie był wcale lepszy od Joela ani innej swojej ofiary. Także miał krew na rękach.

Aster siedziała obok niego. Nie uśmiechała się, lecz była pogodna.

– Dziękuję – powiedział.

Nie ma za co. Najważniejsze, że już po wszystkim.

– Jeszcze nie.

Razem z Joelem zabrali jego nóż. Leżał teraz obok martwego właściciela. Will podniósł go i obejrzał. Krew i rdza pokrywały stępione od wielokrotnego użytku ostrze. Mimo to, można nim było jeszcze kogoś dotkliwie poranić.

Przeniósł wzrok na włóczęgę. Wróciły obrazy pociętych Centa i Fairchilda. Okropna myśl zaiskrzyła w jego umyśle, lecz prędko zrezygnował z tego zamiaru. To, co już mu zrobił wystarczyło. Ograniczył się tylko do zrobienia nacięcia wzdłuż szyi, by zamaskować ślady zębów.

Will.

– Tak, Aster?

Słyszysz?

– Co takiego? – Chyba się domyślał.

Przestało padać!

Nie tyle przestało, co mżyło. To nastąpi za jakiś czas i dopiero wtedy będzie można mówić nie tyle o końcu, co przerwie, która nie wiadomo ile może potrwać. Nie bez powodu jesień w Cambford nazywano porą deszczową.

 

***

 

Bezszelestnie przemykając się po bocznych uliczkach i zaułkach, z ciałem Joela owiniętym w spleśniałą zasłonę znalezioną w ruderze, Will zatrzymał się tylko raz, niedaleko pubu U Smitha.

Leo Dwight właśnie opuszczał lokal w towarzystwie właściciela sklepu z wyrobami tytoniowymi, który zgodził się odprowadzić go do domu. Obaj mieli dobre humory i byli pijani, a gdy szli razem, żadna mżawka ani Nożownik im nie zagrażał. Żegnani przez Smitha i jego córkę, ruszyli w dół oświetlonej ulicy, podśpiewując sobie dla otuchy.

Pomimo stanu ducha, Will uśmiechnął się. Podążyłby za nimi, tak dla pewności, jednak ciężar Joela mu doskwierał, bynajmniej nie fizycznie.

Ruszył dalej, w stronę rzeki. 

 

***

 

Kiedyś, żeby Harry nie musiał zostawiać mu uchylonych okien w sypialni, Will zamontował w jednym z nich sprytnie ukryty, cichy mechanizm, pozwalający na otwarcie go od zewnątrz.

Kucnął na parapecie i rozejrzał się. W komnacie było schludniej niż kiedy był tu ostatni raz rano, przez co czuł się jak po powrocie z długiej podróży. Obejrzał siebie. Mokre ubranie przesiąkło zapachami miejsc, w których dziś był. Najgorzej prezentowały się buty: zniekształcone, całe oblepione błotem i brudem. Żaden szewc by ich już nie uratował. Nie, nie stanie w nich na tak starannie wysprzątanej podłodze. Zdjął je i zostawił na parapecie

Stąpał cicho, omijając psy. Miał ochotę je pogłaskać, lecz gdyby je teraz pobudził, z radości postawiłyby na nogi cały pałac. Wsłuchał się w odgłosy posiadłości. Panowała względna cisza, cała służba już spała – tak, jak być powinno, jakby nic się nie wydarzyło.

Zatrzymał się przy fotelu obok kominka. Wyczuł na nim znajomy zapach. Ostrożnie dotknął ciepłe jeszcze oparcie.

Oj, mój drogi Harry – pomyślał wzruszony. – Czym mogę zrekompensować ci twoje oddanie?

Często naprawdę tego nie wiedział.

Na ławie pod łóżkiem leżały złożone koszula nocna oraz szlafrok. Wziął je i poszedł do łazienki przez garderobę. Znalazł w niej swój błękitny płaszcz i kapelusz, oba dokładnie wyczyszczone. Także na nich wyczuł dotyk Harry’ego.

Ostrożnie nacisnął klamkę. Zachowywał się tak dyskretnie, że czuł się jak intruz we własnym domu. To było nawet ekscytujące. Wszedł do łazienki. Wszystko było gotowe, wyszorowane i postawione na właściwym miejscu. Wystarczyło tylko nalać wody do wanny lub odkręcić prysznic.

Naprawdę o wszystkim pomyślałeś.

Czasem go to martwiło. Harry miał skłonności do przesadnego perfekcjonizmu.

Odkręcił kurek i z kranu poleciała z cichym szmerem strużka wody, po czym zaczął się rozbierać. Gdy wrzucił ubrania do kosza, pozostało mu jeszcze jedno. Przysiadł na skraju wanny, by zdjąć protezę prawej nogi. Drewno przesiąkło wodą, ale nie martwiło go to. Miał kilka zapasowych sztucznych kończyn.

 

***

 

Każde polowanie wprawiało Willa w ponury nastrój, który trwał jeszcze jakiś czas po posileniu się, jak on i Harry to nazywali. Prawda była jednak taka, że dzisiejszej nocy zabił. Nieważne, że to był niepoczytalny morderca, który za swe czyny zostałby i tak stracony. W takich chwilach nienawidził siebie za to, co robił, czym się stał. Czasami zastanawiał się, dlaczego pozwala, by to trwało nadal.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie zawsze potrafił tego dokładnie zaplanować. Głód pojawiał się w regularnych odstępach czasu, przez co mógł zdążyć się przygotować, także mentalnie. Jednak czasem, tak jak dzisiaj, potrafił dać o sobie znać nagle, wcześniej niż powinien. Musiało tak się stać, bo przejął się zbrodnią opisaną w Wieszczu.

Leżał na łóżku wsparty na poduszkach. Nie przykrył się. W pewnym momencie jego psy obudziły się same. Teraz wszystkie trzy otaczały go, tworząc włochatą, ciepłą barierę od świata zewnętrznego. Wziął głowę jednego z nich w dłonie i wpatrywał się w pełne oddania oczy.

Drakondy wyhodowano z myślą o polowaniach na smoki. Na obrazach najczęściej pokazywano je, jak wgryzają się w szyje tych ogromnych gadów lub rozdzierają ich podbrzusza. Także uwiecznione, kiedy po prostu stoją, budziły trwożny szacunek.

Zupełnie jak wampiry, ale one uchodziły za fikcję wśród ogółu ludzi. Na całe szczęście.

Psy powszechnie uważa się za odzwierciedlenie ich właścicieli. Drakondy lorda Westmore’a nie były od tego wyjątkiem. Swoją pierwotną naturę okazywały tylko, kiedy to było absolutnie konieczne.

Siedział tak przez całe godziny, rozmyślając o wielu rzeczach, które jednak zawsze ocierały się o to, co musiał robić, by nie stracić zmysłów. Aster była blisko niego, ale nic nie mówiła. Nie musiała.

W pewnym momencie w zamyśleniu zamknął oczy. Stracił rachubę czasu i gdy je otworzył, zauważył, że w sypialni zrobiło się jaśniej.

Poderwał się i zbliżył do okna. Zza grubej zasłony wyjrzał na zewnątrz. Niebo miało sinoniebieski kolor. Jego powierzchni nie mąciła choćby najmniejsza chmurka – przynajmniej na tym kawałku, który miał przed sobą Will. Taki widok o tej porze roku w Cambford był rzadkością. Nieczęsto wiatr był na tyle silny, by przegnać wszystkie chmury.

To było niezwykłe, zważywszy na okoliczności, ale lord Westmore ucieszył się. Zerknął na regał, gdzie spoczywał futerał ze skrzypcami. Zwykle po polowaniu nie miał na to ochoty, ale…

 

***

 

Pustym korytarzem niosły się uderzenia dwunastu psich łap i pary stóp, z czego jedna była drewniana. Will szedł szybkim krokiem w stronę wieży a za nim podążały drakondy. Wiedziały, co się szykuje.

Pozostawiwszy za sobą uchylone drzwi, podszedł pod okno i nastroił skrzypce.

Chwilę później pokój wypełniła muzyka. Nie była tak wesoła jak co dzień, lecz niosła ze sobą nadzieję, że ten dzień okaże się lepszy. Wypływała prosto z serca Willa.

Jako to zawsze bywało, zatracił się w grze. Ręce zdawały się same obsługiwać instrument.

Wkrótce poczuł lekkie, acz całkiem przyjemne, pieczenie na twarzy. Uchylił powieki i zobaczył skrawek słonecznego dysku nieśmiało wychylający się ponad lasem w oddali.

Grał dalej.

Z czasem blask stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Will z rezygnacją musiał osunąć się w cień. Niedługo potem muzyka ucichła, pozostawiając po sobie jedynie echo.

Psy podeszły do niego zadowolone. Między nimi zauważył Olivię i Kasztana. Z daleka dochodziło klaskanie. Will podniósł wzrok.

Harry stał w progu, jak zwykle. Gdy ich spojrzenia się spotkały, opuścił ręce. Patrzyli na siebie jakiś czas, wreszcie to kamerdyner zrobił pierwszy krok.

– Witaj, mój drogi – powiedział skonsternowany Will.

– Doskonała gra – odparł równie zmieszany Harry, uciekając wzrokiem w bok.

– Dziękuję.

Will także zrobił krok do przodu. Harry nie cofnął się.

– Wróciłeś – powiedział, jednocześnie podnosząc wzrok. – Czy… znalazłeś Nożownika?

– Już go nie ma. – Will smętnie pokiwał głową.

– To dobrze – odparł cicho Harry.

Cisza zawisła w powietrzu niby gęsta mgła i trudno było uwierzyć, że jeszcze chwilę temu pokój ten wypełniała muzyka. Lord postanowił zrobić jeszcze jeden krok ku słudze. I tym razem Harry nie cofnął się, tylko spojrzał swemu panu prosto w oczy. Nadal jednak milczał, choć usta mu lekko drżały.

– Chciałbyś mi coś powiedzieć? – zapytał lord.

– Ja… – kamerdyner nerwowo poprawił rękawy szlafroka. – Cieszę się, że wróciłeś, Will.

– Widziałem, co zrobiłeś w sypialni. Dziękuję.

– Tylko tyle mogłem zrobić.

– To i tak bardzo dużo, mój drogi. – Dopiero w tej chwili udało się Willowi zdobyć na swobodniejszy ton. – Dobrze spałeś?

– Całkiem. Czy masz na dzisiaj jakieś plany?

– Kilka drobnych spraw. Wszystko uda mi się załatwić do południa. Nie chciałbyś może później wyjść ze mną gdzieś, na przykład na obiad albo przejażdżkę?

Zdziwienie zmiotło konsternację z twarzy Harry’ego.

– Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym.

Will uśmiechnął się lekko. W jego obecności z większą łatwością przychodziło mu oddalenie własnych trosk.

– Jeśli nie chcesz, zrozumiem, ale jestem ci coś winien.

– Zastanowię się nad tym.

– W takim razie chodźmy się przygotować, mój drogi.

Powoli ruszyli w stronę schodów. Zanim zamknął drzwi za psami, Will ostatni raz spojrzał zmrużonymi oczyma na wschodzące słońce.

Zapowiadał się piękny dzień.

Koniec

Komentarze

Skrócona (mam nadzieję, że sensownie), konkurwowa wersja opowiadania “Działalność dobroczynna Williama Westmore’a”. 

Konkurwową wersję przeczytam ze szczególną uwagą i zainteresowaniem! ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ups. blush

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Jeśli skrócona, to raczej się nie dowiem niczego nowego, prawda? Raczej powycinałaś, a nie powstawiałaś.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ajzan, to jedna z piękniejszych, jeśli nie najpiękniejsza literówka, spośród tysięcy, z którymi miałam do czynienia. Jestem nią zachwycona! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, nie wiem, czy miło mi to czytać. Dobrze, że Cię rozbawiłam, ale mnie nie jest do śmiechu, bo sama wcześniej nie zauważyłam tej literówki.

 

Bemik, tak, poskracałam. Między innym usunęłam całkowicie postać Edgara, bo do fabuły niewiele wnosił oraz ograniczyłam wystąpienia i wzmianki o Harrym. Także epilog ucięłam.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Przeczytane. :-)

Babska logika rządzi!

I jak, Finkla? Pasuje do motywu konkursu, czy to raczej odwrotność – dobro złem poczynione?

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Pełne komentarze po zakończeniu konkursu. :-)

Przecież nie chcesz, żebym teraz dała Twoim konkurentom wskazówki, na co zwracam uwagę, co mi się podoba itd., prawda?

Babska logika rządzi!

Ok, rozumiem.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Skrócenie i wygładzenie wyszło Nożownikowi z Everrain na dobre. No i teraz już wiem, kim są Henry i Harry. ;-)

Powodzenia w konkursie!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, regulatorko. ^^

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Przeczytałam.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Przybyłam, zobaczyłam, przeczytałam ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Moim zdaniem bardzo umiejętnie pobudzasz ciekawość czytelnika, zaznaczając na początku opowiadania fakt istnienia smoków, niewyjaśnionych, brutalnych morderstw oraz opowiadając nieco tajemniczą, usianą zagadkowymi epizodami historię Lorda. Żeby umiejętnie operować tajemnicą i zagadkami na 60 tys znaków, trzeba zdolności myślenia strategicznego i moim zdaniem takie przejawiasz.

 

Stonowałbym parę fragmentów, szczególnie ten, w którym w bliskim sąsiedztwie występują cztery zdania wykrzyknikowe. To tylko przykład; wiele akapitów skróciłbym, redukując je o powtórzone myśli i nadmierną analizę uczuć bohaterów (to tylko moje prywatne gusta). Być może dlatego trochę ślizgałem się po tekście, gdy nabrał on odcienia kryminału. Ale wybacz za moją niedoskonałość czytelniczą, bywa czasem, że jestem niecierpliwym odbiorcą.

 

Czy sama grasz na jakimś instrumencie?

 

pozdrawiam ;)

Warunki konkursowe spełnione – tak poplątałaś dobro i zło, że nie sposób dociec, które jest które i czyje na wierzchu.

Historia mnie nie zainteresowała – zbyt niski współczynnik zdarzeń do znaków. Podajesz mnóstwo niepotrzebnych szczegółów; co zamówili do jedzenia, jaka jest pogoda w listopadzie, czym feniks różni się od innych magicznych stworzeń… IMO, lepiej byłoby poświęcić te literki na wyjaśnienie, kim jest Aster.

Samo śledztwo jest tak proste, że niesatysfakcjonujące – pierwszy człowiek, na którego lord zwraca uwagę, okazuje się bardzo ważny.

Pod względem językowym tekst w miarę przyzwoity. Czasami „jak” zamiast „gdy”, a ani narrator, ani dżentelmeni nie powinni używać tak kolokwialnych konstrukcji. Trafiają się powtórzenia.

Babska logika rządzi!

Językowo nieźle, choć może to być zasługa wcześniejszego, już "przerobionego" przez portalowiczów opowiadania. Wciąż jest sporo do dopracowania (nadmiar zaimków!), ale nie jednak czytało się dość płynnie. "Brytyjski" klimat całkiem niezły, jednak sam pomysł na głównego bohatera nie grzeszy oryginalnością. Bardzo szybko można się domyślić, o co cho, czekałam tylko, czy będzie wilkołakiem, wampirem czy może jakimś innym stworem. 

 

W sumie nieźle, że nie poszłaś na łatwiznę i uznany za Nożownika jednak Nożownikiem był (a nie: tragiczną pomyłką; choć można by tu jeszcze dodać jakieś zwroty głównej akcji zamiast niepotrzebnych dygresji), ale teraz treść pasuje bardziej do hasła "dobro złem czyń", niż "zło dobrem poczynione". Przydałoby się też dużo skrótów. Ponoć już takowe były, ale ja bym ich widziała więcej. Wprowadzasz sporo motywów – muzyka, psy, wierny sługa, przyjaciel z organizacji Fenix – które właściwie nie mają specjalnego znaczenia dla fabuły i przez nie gubią się te, które powinny mieć mocny wydźwięk (np. fontanna na dziedzińcu). 

 

A ta Aster to wykonuje rozkazy pana jak pies gończy, jakbyś jej nie opisała jako kobiety to bym serio myślała, że to duch gadającej suczki :p W moim odczuciu też jest w ogóle niepotrzebna, ani nie ma własnego charakteru, ani nie widzę żadnego napięcia między nią a Willem, nic. 

 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Przyznam, że pierwszy tytuł bardziej mi się podobał, ale to taka drobnostka. Ogólnie – mimo przeprowadzonych cięć – tekst wydaje mi się trochę przeładowany opisami. Każda scena, każdy ruch, gest, słowa musiały się doczekać epitetów. No i jest to dla mnie bardziej „Dobro złem czyń” niż „Zło dobrem poczynione”. Plus za wymuskane postaci i niezły klimat, ale minus za przegadanie i średnie dopasowanie do tematu.

Tylko nie "Tęcza"!

Nowa Fantastyka