- Opowiadanie: Alef - Dozorca pod numerem 0

Dozorca pod numerem 0

Konkurs Lovecraftowski i pewnie gdzieś kołaczą się echa opowiadań Howarda Phillipsa, większy wpływ jednak miały takie nazwiska, jak Ligotti, Kafka, Snerg czy Obarski.

Od jutra do co najmniej 11 lipca nie będę odpowiadać na hipotetyczne komentarze – z powodu wyjazdu. Przypuszczalnie dziękuję.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla, PsychoFish, dj Jajko

Oceny

Dozorca pod numerem 0

Część pierwsza: wyłonienie

Wyszedł z jej ust, by spojrzeć w twarz. Kamieniczna fizis zdradzała objawy źle dobranego makijażu: płaty tynku barwy pudrowej odchodziły od cegieł, odgięte niby to w geście przeprosin, których wdzięk tracił jednak na wartości w kontraście do żywej, ukrwionej tkanki muru. Nędza liczyła sobie cztery piętra ze strychem. Okna, oczy jej – jedne o powiekach uchylonych, inne śpiące – pokryło bielmo kurzu. Podwójna katarakta spowijała szybki czterodzielnego oka na lewo od drzwi wejściowych. Nowy wiedział, czemu: jego lokum.

Zbliżył się, przetarł szkło mankietem, zastukał. Lustro weneckie – przywilej dozorcy. Postał jeszcze chwilę pod fasadą, obserwując gołębie kołujące nad odległym dachowym gzymsem. Przemknięcie odchodów obok obleczonego w granat ramienia skłoniło go do powrotu. Ponownie znalazł się w zgniłym chłodzie hallu, właściwie: hallu-korytarza, gdzie niemrawo powitały go odrapane ściany. Gdzieniegdzie pokryte wulgarnymi napisami, każącymi Nowemu wątpić w kompetencje poprzednika, otaczały przestrzeń dwudziestu metrów kwadratowych dławiącym uściskiem.

Na suficie, obok schodów, nierówno założony, kryształowy klosz obnażał gdzieniegdzie wulgarną nagość żarówki. Dawała ona mętne, usypiające światło, nie dość stanowcze, by wydobyć z otoczenia wyraźny światłocień, niemniej dość rozmyte, aby pogrążyć hall-korytarz w niepokojącym chiaroscuro. Same schody, niesamowicie wąskie – nieśmiały metr szerokości – wiodły na podest pierwszego piętra, gdzie po lewej majaczyły drzwi do mieszkania numer 1, i domniemaną kontynuację znajdowały za zakrętem. Stopnie wykonano z drewna, dziś już wyślizganego tysiącem beznadziejnych kroków.

Obok klatki schodowej, przylegając do balustrady, stały dwie kolumny z pni brzozowych. Nowy wątpił, aby pełniły ważką konstrukcyjną rolę, stanowiąc rękojmię bezpieczeństwa dla głów ludzkich. Domyślał się w nich raczej dekoracyjnego przeznaczenia manekinów, które pajęczy przemysł przędzalniczy stroił przez dekady. Na wprawne oko hall-korytarz liczył sobie ledwie dwa metry szerokości, zwężone do metrowego gardła wiodącego do wiecznie zamkniętych drzwi na podwórze – oraz drzwi piwnicznych, umieszczonych pod schodami.

Wreszcie na prawo od klatki, stojąc plecami do dwuskrzydłowej bramy, Nowy rozpoznał wejście do swej stróżówkowej stancji. Pomiędzy bramą a futryną widniało identyczne czterodzielne okno, jak to od podwórza, z szybą z lustra weneckiego, tu jednak odrobinę mniej zakurzoną. Niechętnie odbijało zarys skrzynek na listy i profil Nowego.

Mężczyzna powiercił się jeszcze chwilę w miejscu, zakasłał, odchrząknął i zbliżył raptownym susem do drzwi z mosiężnym numerem 0, żałośnie zwisającym na jednym gwoździu. W pierwotnym położeniu cyfry widniała jaśniejsza plama, w połączeniu z metalowym owalem tworząca – ósemkę lub symbol nieskończoności. Nowy zadrżał mimowolnie, choć był ateuszem ze świeckich rodziców. Otrzepał dokładnie służbową marynarkę, poprawił odznakę z ośmioramienną gwiazdą Firmy… zapukał.

Nikogo.

Zaniepokojony kilkudziesięciosekundowym milczeniem (Nowy wyjął zza pazuchy srebrny, pokryty patyną chronometr), po chwili zapukał ponownie. Mocniej. Bezskutecznie.

– Może ma obchód… – mruknął i postanowił odczekać pięć minut z podjęciem szturmu. Usiadł na piętach, starając się nie dotknąć plecami złuszczonego naskórka muru. Obserwował tłustego, muszego satelitę orbitującego wokół rżniętego w krysztale Słońca, i myślał, po co właściwie takiej ruderze dozorca. Choć kamienica była dość szeroka, posiadała schody wąskie jak wyobraźnia nieznanego architekta. Dwóch dorosłych ludzi nie byłoby w stanie się minąć, chyba że jeden przywarłby płasko do ściany. W dodatku obskurność budynku, na granicy degrengolady, podawała w wątpliwość konieczność ochrony. Jednak Nowy skądś pamiętał, kto zajmuje apartament utworzony z dwóch mieszkań na najwyższym piętrze. Pan Konarski, jeden z ważniejszych urzędników Firmy w tej dzielnicy Miasta. To on, nie budynek, wymagał ochrony.

Pięć minut minęło opornie. Nowy rozprostował zdrętwiałe nogi, dotknął kontrolnie pleców i, wahając się odrobinę jakby w nadziei, że oto u szczytu schodów zjawi się stary dozorca, ponownie zapukał. Odczekał minutę ze wzrokiem wbitym w sekundnik – nic się nie wydarzyło. Z uczuciem triumfalnego rozczarowania wreszcie mógł unieść pięść… łup, łup, łup. Łup, łup. Łup, łup.

– Halo! Jest tam kto?! Hejże! Panie dozorco! To ja, następca! Haaloooo!

Łup, łup, łup. Szarpnął za klamkę raz, drugi, trzeci – aż wtem zauważył, jak od drzwi odrywa się jakiś świstek i, niepochwycony, znika w wąskiej szparze. Wcześniej nie zwrócił na niego uwagi, być może dlatego, że kartelusz miał identyczną co deski, beżową barwę. Nowy opadł na kolana i spróbował zajrzeć w szparę: ani palca wcisnąć. Zrezygnowany, podniósł się z klęczek, zamiarując obejść cały teren kamienicy. Otrzepał kolana z pyłu i skierował się ku schodom.

Stawiał właśnie obutą w mokasyn stopę na pierwszym stopniu, kiedy spostrzegł w górze zarys otyłej postaci, ciemniejący na tle blednącego zmierzchem okna. Zamarł.

– A pan to…? – doleciał go nikły głos z podestu pierwszego piętra.

– Szukam dozorcy – bąknął Nowy, mrużąc oczy, by wydobyć jakiś szczegół z nieznajomego kształtu. Kształt nie odpowiedział. Zamiast tego jął powoli staczać się ze schodów – Nowy cofnął się o parę kroków, uderzając boleśnie lewym łokciem o metalowy kant. Obejrzał się: no tak, skrzynki. Zaczął rozmasowywać gorączkowo skórę, kiedy tymczasem postać wpłynęła do zatoki elektrycznego światła.

Był to korpulentny mężczyzna średniego wzrostu, kiedyś być może wyższy, teraz silnie zgarbiony. Długie, brudnoszare wąsy dziwnie pasowały do spranego podkoszulka, który ledwie mieścił wydatne brzuszysko. Wypadało spomiędzy napiętych szelek niby szarżujący niedźwiedź. Skryte w cieniu usta ponowiły pytanie:

– Kim pan jest?

– Jestem… – Nowy zawahał się odrobinę, spostrzegając zimnoszare oczy mężczyzny: one już znały odpowiedź – …nowym dozorcą. Czy to pana mam zastąpić?

Oczy mierzyły go przez kilkanaście napiętych jak szelki sekund. Nagle hall-korytarz zagrzmiał lawinowym śmiechem:

– Ależ… oczywiście, że nie mnie. Czytał pan kartkę?

Nowy puścił łokieć, który ściskał dotąd w lęku.

– Nie zdążyłem. Pod drzwi wpadła.

– Ech… – parsknął grubas i pogrzebał w kieszeni workowatych spodni. Po chwili wyjął pęk kluczy pobrzękujących jak echo niedzielnych dzwonów. Znalazłszy właściwy z trudem, wepchnął do dziurki, przekręcił. Zamek szczęknął głucho, nieoliwiony. Dłoń mężczyzny opadła ciężko na klamkę, drzwi – uchylone – ukazały półmrok mieszkania dozorcy. Powiało duszną stęchlizną. Schyliwszy się z trudem, wąsacz podał Nowemu uciekający świstek. Nowy przeczytał: „Nie ma mnie. Wszelkie sprawy proszę kierować do mieszkania nr 1 – do odwołania lub do pojawienia się następcy”. Zmiął mimowolnie papier. Tłusta mucha kroiła ciszę w nerwowe zygzaki.

– Dlaczego… – zaczął świeżo mianowany dozorca i urwał, jakby w tym jednym słowie jak w soczewce zogniskował się wszechabsurd sytuacji. – Nie rozumiem: skąd pan ma klucze, skoro nie jest pan dozorcą? Gdzie się podział mój poprzednik?

Ale grubas stał tylko, oparty jedną ręką o klamkę wciąż otwartych drzwi, a drugą o pajęczą kolumnę brzozową, stał i to się kiwnął, pokręcił głową, to znowu zamarł, cały czas spoglądając z niezmiernie głębokim, rozumiejącym smutkiem. Tajemnicze współczucie wprawiło Nowego w głębszą furię indagacji:

– To pan jest spod numeru 1? Dlaczego łączyła panów w ogóle znajomość? A może to pan napisał tę kartkę, podszywając się pod dozorcę, może pan zdobył klucze na drodze… czynów zabronionych? Firma nie ma obowiązku troszczyć się o losy dawnych pracowników, niemniej muszę wiedzieć, czy nie doszło do przestę…

Z każdym słowem przechylał się coraz bardziej w stronę nieznajomego, ośmielony własnym pędem, aż w końcu musiał zrobić krok, by nie stracić równowagi – i urwać z twarzą naprzeciw brudnoszarych wąsów. Grubas westchnął melancholijnie, spuścił wzrok, podrapał się po policzku. Wreszcie przemówił:

– Panie dozorco, owszem, mieszkam pod numerem 1. Pana poprzednik zachodził do mnie co wieczór, aby zdać telefonicznie Firmie swój raport dobowy, ponieważ sam nie posiadał aparatu. Nie wiem, co się z nim stało. Wczoraj wieczorem pojawił się u mnie jak zawsze, no, może w ciut podlejszym humorze niż zwykle. Wykonał telefon i, zanim wyszedł, poprosił mnie o przysługę. Powiedział, że ma bardzo pilną sprawę do załatwienia i że w ogóle nie wie, czy i kiedy wróci. Zastanowiło mnie to co prawda, ale pomyślałem, że sprawa musi należeć do jego obowiązków. Dlatego zgodziłem się na tymczasowe przejęcie kluczy i odpowiedzialności za budynek. To raczej spokojna okolica. Zapewnił mnie zresztą, że w razie potrzeby nie musiałbym osobiście interweniować, wystarczyłoby, że zadzwonię do Firmy lub na policję. Zostawił mi stosowny numer… oraz kopertę. Z listem. Powiedział: dla następcy, gdybym jednak nie wrócił. Dodał też, że wiadomość opatrzył specjalnym szyfrem, który pozwoli panu rozpoznać autentyk. Jeśli pan chce, możemy zaraz wstąpić do mnie, do mieszkania, pokażę list i aparat.

Odetchnął, widocznie nieprzyzwyczajony do tak długich peror.

Nowy milczał, zadumany, zapominając niemal o dzielącej twarze odległości. W końcu oprzytomniał, wykonał nerwowy skręt tułowiem w stronę schodów, mruknął:

– Chodźmy.

Grubas, którego Nowy w myślach nazwał już Sąsiadem, nie ruszył się z miejsca.

– Pana klucze.

– Ach tak. Dziękuję. Który… do moich drzwi?

Po wskazaniu właściwego, zamknięciu mieszkania i wciśnięciu przez Nowego pęku do kieszeni udali się na pierwsze piętro. Za oknem noc rozlała się po podwórzu.

Weszli do przedpokoju, gdzie na niskim zydlu istotnie przysiadł aparat. Lśnił czarnym ebonitem jak pancerz wielkiego żuka.

– Proszę chwilkę poczekać.

Kiedy Sąsiad zniknął w głębi, Nowy zaczął rozglądać się po wiatrołapie. Dostrzegł pożółkły kalendarz sprzed pięciu lat, wskazujący ostatni dzień jakiegoś dawno zapomnianego grudnia, a pod nim szafkę na buty i rzuconą niedbale drewnianą łyżkę. W powietrzu dominował zapach starej skóry, którego źródła stróż upatrywał w podejrzanej stercie futer na wąskiej wersalce. Wreszcie wrócił wąsacz z zapieczętowaną sygnetem Firmy kopertą. Otwarta nożem kuchennym, ukazała treść następującą:

„Szanowny Panie!

Oczywiście, nie znam Pana i jeśli czyta Pan me słowa, już pewnie nie poznam. Zapewne przysłano Pana, ponieważ Firma nie otrzymała drugą noc z rzędu mego raportu dobowego. Procedury są jasne, nie wymagają dodatkowej klaryfikacji. Dla bezpieczeństwa przekazałem klucze emerytowanemu sąsiadowi spod numeru 1, wraz z listem i instrukcjami, co robić, gdybym nie wrócił i gdyby jeszcze nie przybył Pan, czyli następca, a gdyby zdarzyło się w budynku coś niepokojącego.

Powody mego zniknięcia pozostawiam w tajemnicy. Śledztwo będzie stratą czasu, jeżeli sam nie wrócę. Gdyby Pan jednak musiał podjąć kroki w tej sprawie lub odczuł niedającą się zagoić ciekawość, proszę przejrzeć mój dziennik służby, jest w mieszkaniu, na biurku. Życzę spokojnej warty”.

Po słowach „życzę spokojnej warty”, zamiast podpisu następowała sekwencja tajnych, szyfrowych znaków. Nowy zaraz poznał ich autentyczność. Mgnienie później już był na schodach, a w skroniach huczała mu niedająca się zagoić ciekawość.

Część druga: zstąpienie

Tamtego dnia nie od razu zajrzał do dziennika. Najpierw musiał zrobić obchód i, zgodnie z regulaminem Firmy, przedstawić się wszystkim mieszkańcom kamienicy jako nowy dozorca. Podczas wizyt pod numerami od 2 do 6 nie nastąpiło nic szczególnego. Nowego witali w drzwiach emerytowani pracownicy Firmy, zapowiadani postukiwaniem lasek oraz echami suchotniczego kaszlu. Wodniste paciorki ich oczu połyskiwały spod zmarszczek jak lustra wody z głębi studziennych cembrowin. Mimo tępych spojrzeń, Nowy wyczytał w nich rodzaj identycznego współczucia, które dostrzegł wcześniej we wzroku Sąsiada wąsacza. Z tą tylko różnicą, że nie zawierało ono elementu intelektualnego zrozumienia, a jedynie czysty ładunek emocjonalny.

– Tak to się patrzy na nieszkodliwego wariata… – mruczał pod nosem, chodząc po budynku jak spóźnieni kolędnicy.

Rzecz godna uwagi zdarzyła się dopiero pod numerem 7. Pociągnąwszy za sznurek dzwonka, Nowy odczekał minutę i już miał zadzwonić ponownie, kiedy drzwi uchyliły się nieznacznie, ukazując połowę kobiecej twarzy: mysi wzrok, płową grzywkę i gwiazdozbiór piegów otaczający usta, niespotykanie wydatne. Mężczyzna natychmiast nazwał ją w myślach Służącą.

– Pan do… – głos zadrżał jak płomień trzymanej w dłoni świecy.

– …pana Konarskiego – Nowy uprzejmie dokończył.

– Ach. Pan Konarski jest teraz bardzo zajęty. Czy mam coś przekazać?

– Proszę tylko powiedzieć, że w kamienicy zamieszkał nowy dozorca.

Kobieta uchyliła ciut szerzej drzwi, ukazując drugie oko, skryte lekko w cieniu.

– Pan nim jest?

– Nie inaczej – odparł Nowy, lekko zniecierpliwiony z powodu zmęczenia.

Mysiooka nachyliła się w jego stronę, ściszając głos niemal do szeptu:

– Pana poprzednik… wykazywał niepokojące zainteresowanie… obszarem piwnicy. Nieraz go przyłapywałam, jak stał z uchem przy piwnicznych drzwiach. Stary dziwak.

Dozorca zmarszczył czoło.

– Czy to może mieć związek… z jego zaginięciem?

Mysiooka:

– Och, może. Proszę jednak nie zawracać sobie tym głowy. Wygląda pan na rozsądnego człowieka, w przeciwieństwie do poprzednika.

Drzwi zaczęły się zamykać, pozostawiając ledwie centymetrową lukę, z której dobył się jeszcze gasnący szept Służącej:

– Jeśli będzie pan potrzebował, mogę panu wyprać czasem mundur albo pościel. Służę u Konarskiego, to i często chwytam tarę. Możny pan Konarski ma kilka szaf parafernaliów…

– Dziękuję, chętnie skorzystam. Dobranoc pani!

– Tak, dobranoc…

Schodząc do numeru 0, Nowy wciąż miał przed oczami mysi wzrok kobiety: wyrażał współczucie, ale nie to ciepłe, ślepe, lecz rozumiejące. Prawie zapomniał o drzwiach do piwnicy, dopiero chłodny cug w hallu-korytarzu kazał mu skręcić w stronę wyjścia na podwórze. W mroku pod schodami majaczyły proste, zbite z niedbale oheblowanych desek dźwierze zamknięte na grubą kłódkę. W szparach między deskami ziała zgniła ciemność. Nowy zawahał się nieznacznie i przyłożył ucho. Cisza.

Chwilę potem, zamknąwszy bramę kamienicy, po raz pierwszy ujrzał swoje służbowe lokum: izba sypialna była też pokojem do pracy, rozświetlanym nieco przez dwa brudne okna. Z jednej strony lustra weneckie ukazywały śpiący bruk ulicy, z drugiej hall-korytarz. We wnęce, za parawanem, oddzielono niewielką łazienkę z umywalką, misą oraz muszlą klozetową o ebonitowej desce. Większość mieszkańców nie posiadała osobnych toalet i musiała korzystać ze wspólnych, na korytarzu, większość – poza panem Konarskim i Nowym, dozorcą. Poczułby się wyróżniony, gdyby nie świadomość wielotygodniowej monotonii kamienicznego stróżowania. Rozpalił naftową lampę.

Umywszy się i ogoliwszy, Nowy – miast do prostego, zbitego z desek łóżka – skierował się do biurka. Dziennik służby, gruby, obity skórą zeszyt leżał na swoim miejscu. Dozorca sprawdził stan paliwa w lampie, podkręcił knot, zapalił. Rozsiadł się na skrzypiącym krześle przy biurku, skąd – jak przeczuwał – będzie mu dane prowadzić swoje codzienne obserwacje. Otworzył ciężki diariusz.

Nie znalazł zbyt wiele śladów świadczących o obłąkaniu poprzednika. Siedział do późnej nocy, by pośród szeregów identycznych dni, przerywanych czasem drobnym, ale wyjaśnialnym w kategoriach rozumowych incydentem, odnaleźć ledwie trzy podejrzane notatki, nabazgrane na marginesie – każda z tygodniowym odstępem:

„Czy to anioły? Demony? Czy istnieją rzeczywiście? Czy stanowią mój wymysł? Jedno jest pewne: zostaliśmy stworzeni z tej samej substancji i w tej samej substancji znajdziemy swój koniec”.

A dalej:

„Okultyści, szarlatani, wariaci… można im zarzucić, że w lustrze snu widzą siebie, i mieć nawet rację, ale nie dlatego, że coś im się roiło, a dlatego, że JA jest wiele. Nawet w jednym człowieku mieszka kilka istot, choćby potencjalnie. Moja tożsamość stanowi konstrukt i może zostać wymieniona. Jutro obudzę się jako swój sąsiad i skąd będę wiedział, że coś jest nie w porządku? Bębenek pistoletu podlega obrotowi: że akurat wystrzelono ten, nie inny nabój, bynajmniej nie oznacza, iż jest to nabój jedyny”.

I jeszcze:

„Piwnica, piwnica, piwnica… niezgłębiona piwnica… w świetle lampy schody nigdy się nie kończą… gdyby jednak zejść tam w ciemności?”.

Nowy odetchnął głęboko. Jego poprzednikiem był wariat, schizofrenia albo osobowość wieloraka toczyła mieszkanie pod numerem 0. Gdyby spróbował wrócić, świeżo upieczony dozorca wnet zadzwoniłby na policję i zakończył sprawę. Tylko notatka o piwnicy: dlaczego stróż o niej wspomniał? Tylko ona drżała na dnie podświadomości niby iskra w kominku, który dawno wygaszono, gotowa rozpalić go na nowo.

Następne tygodnie mijały spokojnie i rutynowo. Do obowiązków Nowego należało: otwieranie bramy świtem, zamykanie jej po zmroku, sprzątanie klatki schodowej oraz toalet, zamiatanie chodnika przed frontem, raz w tygodniu – doglądanie podwórka. Ponadto, oczywiście, niegasnąca obserwacja terenu kamienicy, zwieńczana codziennym raportem dobowym.

Ponieważ większość mieszkańców osiągnęła wiek emerytalny, Nowy rzadko ich widywał, zwykle w drodze do kościoła lub do sklepu. Jeżeli był poza „stróżówką”, jak nazywał swoje lokum, obdarzali go zwykle identycznie smutnym, współczującym spojrzeniem. Regularny kontakt miał tylko z Sąsiadem, z którym zamieniał parę słów przed wykonaniem telefonu, oraz ze Służącą pana Konarskiego, która przychodziła do niego zabrać rzeczy do prania lub zwrócić – już pachnące mydlinami i krochmalem. Samego pana Konarskiego Nowy jeszcze nie spotkał. Dozorca pomyślał, że widocznie dwuapartamentowe mieszkanie służy mu też za biuro, i przypuścił u Konarskiego zaawansowane lumbago bądź inną dolegliwość utrudniającą wychodzenie.

Przez ten czas tylko dwie sytuacje wyrwały ochroniarza ze służbowej bezmyślności. Kiedy mysiooka Służąca przyniosła pierwszy raz wyprane rzeczy, za które układnie podziękował, umieszczając z namaszczeniem w wąskiej szafie, w drzwiach obróciła się jeszcze i rzuciła drżącym głosem:

– Ach, panie dozorco, byłabym zapomniała. Znalazłam to w pańskich spodniach, głęboko w kieszeni – i uniosła w dłoni jakiś niewielki, lśniący przedmiot.

Nowy zbliżył się chyżo, by obejrzeć znajdę.

– Klucz. Dziękuję – przyjął metal nagrzany od dłoni Służącej. Kiedy poszła na górę, obejrzał rzecz dokładnie, nie mogąc skojarzyć, z którym zamkiem poślubiona. Przypiął ją do pęku, zagwizdał nerwowo i wrócił do obowiązków.

Druga sytuacja miała miejsce jeszcze tego samego dnia, wieczorem. Kiedy Nowy zamykał bramę, usłyszał suchy tupot chodaków na pierwszym piętrze. Obejrzał się – rozpoznał nogi mysiookiej kobiety oddalające się od drzwi mieszkania numer 1.

– Kokota?… – zapytał się pod nosem i zaraz skarcił na głos za tak niecne przypuszczenie: – Przecież ta dobra istota pierze mi łachmany.

Mimo wszystko nie mógł uwolnić się od przypuszczeń, co też łączyło Sąsiada ze Służącą. Zapomniał o nich dopiero po pierwszym ze Snów.

Tamtej nocy długo miotał się po posłaniu, jak zwierzę niepokojony wiatrem dującym po ulicy i przeganiającym stada martwych liści. Przepocona pościel leżała w bezładzie, gdy przewracał się z boku na bok, z brzucha na plecy. Kilkakrotnie chodził do toalety – wypicie melisy nie przyniosło żadnych innych efektów. A wicher wył i zawodził, i jęczał, i wołał, aż kamieniczna brama odpowiadała skrzypieniem.

Musiał dawno minąć nokturn, gdy Nowy stracił świadomość. Nie, nie zasnął. To stało się nagle – jak gdyby skoczył w morską kipiel.

Świadoma ciemność. Bez ciała – w przestrzeni – on był przestrzenią. On był? Nie, oni. Macki głębokiej pustki. Ślepe odnóża, a jednak widzące. Głosy ich nieskończone, nałożone na siebie, setki, tysiące milczących szeptokrzyków. Macki jak maski. Maski jak twarze. Pod jedną jeszcze jedna, jeszcze i jeszcze. Czerń zdzierana z czerni. Pęd, głucha trwoga. Spadanie cieniem w niebyty, w potęgi dyslokacji, mimo że ciągle w miejscu, kalejdoskop tożsamości o identycznych kryształkach barwy wiecznej nocy. Kto trzyma kalejdoskop. Kto trzyma kalejdoskop. Czyja twarz nie jest lustrem. Czy istnieje nic, gdzie znaleźć błogie nigdzie, którędy donikąd?

Piwnicą.

Wynurzony, nie spał już do świtu. Resztę nocy spędził, wertując dziennik poprzednika, a nad ranem, godzinę przed otwarciem bramy, postanowił wziąć lampę naftową i zejść pod ziemię.

– Czy ja wariuję… – mruczał. – Czy spieszno mi do psychuszki…

Ale i tak sprawdził poziom paliwa, dolał do pełna, chwycił pęk kluczy, założył w pośpiechu służbowy mundur – i chwilę później był już przy drzwiach pod schodami. Długo nie mógł dopasować właściwego klucza, znalazł dopiero po kwadransie: ten, który przyniosła mu z praniem Służąca. Nie miał teraz czasu się zastanawiać, skąd wziął się wtedy w kieszeni jego spodni. Zamek w kłódce kliknął, zdjął ją, za pazuchę schował. Zaciążyła zimnym kształtem.

Uchylił skrzypiące dźwierze i zobaczył w świetle lampy betonowe stopnie, prowadzące w głąb piwniczną. Zaczął powoli schodzić z postanowieniem, że zawróci, kiedy tylko poziom nafty w lampie zbliży się do połowy. Powiedział sobie, że nie czyni tak bynajmniej za radą szalonego poprzednika, a z tej prostej przyczyny, że za trzy kwadranse musi otworzyć bramę.

Schody zakręcały po każdych dziesięciu stopniach, jednak pomimo minięcia co najmniej czterech pięter nie ukazały Nowemu niczego poza nagimi ścianami, emanującymi wilgotnym chłodem. Dozorca nie wierzył własnym zmysłom. Przeszedł więcej kondygnacji, niż liczy sobie kamienica, i dotąd nie wkroczył do żadnego pomieszczenia. W końcu zliczył pięter osiem, zdyszany, z walącym sercem. Przy dwunastym, sprawdziwszy ilość paliwa, postanowił zawrócić.

Tego dnia Sąsiad powitał Nowego z jeszcze głębszym współczuciem w oczach, wskazując uprzejmie lśniącoczarny aparat. Współczucie zdawało się rosnąć wraz z każdym Snem również u Służącej, przesiąkając coraz silniej bezbrzeżnym rozumieniem. Stróż, choć nie zbliżał się do piwnicznych drzwi od czasu pamiętnej nocy, koszmary miewał regularnie. Podkrążone oczy i bladość cery witały go co dzień przy porannej toalecie. Zmęczenie spowolniło tempo wypełniania obowiązków. Kiedy nie próbował zasnąć, zajmował się snuciem domysłów na temat związku Snów, piwnicy, poprzednika oraz dziwnego zachowania mieszkańców kamienicy, zwłaszcza Sąsiada i Służącej.

Trzeba było wielu bezsennych nocy i stron zapisanych w służbowym notatniku, żeby wreszcie zrozumiał. Postanowił zrobić to nazajutrz. Ostatni dzień służby wypełnił zwykłą rutyną, by wieczorem jak zawsze zapukać do drzwi mieszkania numer 1. Wąsacz nie dał długo na siebie czekać. Otworzył i zaprosił do telefonu, usuwając się z przedpokoju. Kiedy Nowy skończył rozmawiać z przedstawicielem Firmy, gruby wrócił z rozdzierającym wzrokiem i zaczął gmerać przy zamku. Dozorca nie ruszył się z miejsca.

– Czy jest coś, o co chce mnie pan zapytać? – udał zdziwienie Sąsiad.

Nowy zamknął oczy, westchnął i zamrugał.

– Pan mnie podsłuchuje. Od początku. Każde słowo raportu dobowego. Dlaczego?

– Ja? – odburknął wąsacz niemile zaskoczonym tonem.

– Pan, nikt inny. Nie musi się pan przyznawać. Wszystkiego się domyśliłem.

Na co gruby mężczyzna odszedł od drzwi i oparł się o ścianę, wysupłując papierosa.

– Słucham więc – wyrzucił razem z dymem.

 Jego spokój zbił stróża z tropu. Ten czuł jednak, że skoro zaczął, musi teraz skończyć.

– Konarski to zasłona dymna. Nie mieszka tu nikt taki. Od początku jestem trzymany w błędzie. Wszyscy o tym wiedzą, ale tylko pan… pan i służąca z siódemki znają prawdziwą przyczynę.

– Tak? – Tytoniowy pył opadł na wykładzinę.

– Piwnica. Jakaś ważna tajemnica Firmy. Nie wiem… wiem jedynie, że mój poprzednik chciał ją zbadać. Może… może za dużo się dowiedział. Pan wcale nie jest emerytem, jak stało w liście poprzednika. Pan tu cały czas pracuje. Celowo w mieszkaniach ulokowano starych ludzi, zbyt zmęczeni życiem na zadawanie pytań. Tylko po co ja w tym wszystkim?

– Hmm… – Sąsiad zaciągnął się głęboko. – Może po to, aby sprawdzić, czy nikt podejrzany koło piwnicy się nie kręci?

Nowy poczuł pot na karku.

– Czemu sam pan nie pilnuje firmowych tajemnic?

– Widocznie to nie moja rola.

– Jaka jest pana rola? – zapytał ostrzej, niż zamierzał. Przez chwilę obserwowali błędną smużkę dymu.

– Ależ… jeśli pan chce – odparł wąsacz z niegasnącym jak papieros spokojem – może pan zaraz zbadać tajemnicę piwnicy. O ile wiem, klucz pan posiada. Mam tylko prośbę: niech pan odda pozostałe klucze, przydadzą się następcy. Firmy nie stać na wyrabianie nowych kompletów co chwilę.

Dozorcę zamurowało. A potem zrozumiał.

– To pan napisał list od poprzednika. Pan przykleił kartkę na drzwiach mojego mieszkania. Bo już wtedy było to moje mieszkanie. Ja… to eksperyment… to podły eksperyment… powinno się zabronić… pójdę i znowu wrócę, tak? Po praniu mózgu? Jak szczur doświadczalny, jak biały królik jakiś? Z nową tożsamością, z pamięcią wymazaną. Za wariata mnie już biorą ci starzy z innych mieszkań, że co parę tygodni znowu im się przedstawiam. Nie. Nie tym razem. Do widzenia panu.

– Pan chociaż klucze odda! – zawołał Sąsiad z góry schodów, kiedy Nowy szybkim krokiem mknął w stronę kamienicznej bramy. Dopiero za rogiem ulicy delikatnie się zawahał.

Zmienił zdanie i po chwili stanął przed drzwiami piwnicy. Bez lampy. Odczepił kłódkę, schował, otrzepał rękawy i zanurzył się powoli w buzującą ciemność. Nie poczuł ani stopnia, od razu we Śnie się obudził. Macka pośród macek – jeszcze mógł zawrócić – ta jaźń albo inna, obojętnie. Poszedł głębiej.

Koniec

Komentarze

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Ciekawy pomysł. Spodobały mi się opisy i interesujące porównania.

zbliżył raptownym susem do drzwi z mosiężnym numerem 0, żałośnie zwisającym do góry nogami na jednym gwoździu.

Tak, czepiam się, ale po czym poznać, że 0 jest do góry nogami? I dlaczego dozorca widział symbol nieskończoności, a nie zwykłą ósemkę?

Babska logika rządzi!

0 jest do góry nogami, jak ma głowę na dole ;)

Może ósemka się przewróciła? Wtedy by pasowało.

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, Anet. Wyjaśniłaś. :-)

Ale żeby ósemkę przewrócić, to grawitacja musiałaby oszaleć.

Babska logika rządzi!

Hmmm… A gdyby przewrócił się dozorca? Wtedy mógłby widzieć ósemkę na boku poziomo.

Znam tylko pięć liter ;)

O tym też nie pomyślałam… ;-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję, poprawiłem fragment. Jego obecne brzmienie:

Mężczyzna powiercił się jeszcze chwilę w miejscu, zakasłał, odchrząknął i zbliżył raptownym susem do drzwi z mosiężnym numerem 0, żałośnie zwisającym na jednym gwoździu. W pierwotnym położeniu cyfry widniała jaśniejsza plama, w połączeniu z metalowym owalem tworząca – ósemkę lub symbol nieskończoności.

niemrawo odrapane ściany – jak takie coś wygląda? 

Początek mnie nieco zmęczył. Przez przesyt metafor, przez które musiałam przedzierać się jak przez las macek. Później już poszło lepiej. Pomysł ciekawy, doza tajemnicy jak dla mnie w sam raz. 

Mnie zastanawiała w trakcie czytania jeszcze jedna rzecz – dlaczego dozorca, skoro musiał co wieczór zdawać raport, nie miał służbowego telefonu? Miał własną toaletę, ale nie narzędzie pracy?  Zgrzyta mi to bardzo. 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Początek nieco mnie znużył i, tak jak Śniąca, doznałam przesytu metafor. Ładnych, ale, jak na mój gust, zaprezentowanych zbyt obficie. Na szczęście później było ciekawiej, a nawet intrygująco. I właśnie zaintrygowanie towarzyszyło mi do końca opowiadania i trwało także po zakończeniu lektury. ;)

 

Po­dwój­na ka­ta­rak­ta spo­wi­ja­ła szyb­ki czwór­dziel­ne­go oka na lewo od drzwi wej­ścio­wych. – Raczej: …szyb­ki cztero­dziel­ne­go oka

Oka czy okna?

 

ob­ser­wu­jąc go­łę­bie ko­łu­ją­ce nad od­le­głym da­cho­wym gzym­sem. Pac­nię­cie guana tuż obok… – Odchody gołębi nie są guanem.

 

Po­now­nie zna­lazł się w zgni­łym chło­dzie hallu, wła­ści­wie: hal­lu-ko­ry­ta­rza, gdzie po­wi­ta­ły go nie­mra­wo odra­pa­ne ścia­ny. – Czy ściany powitały go niemrawo, czy były niemrawo odrapane?

 

Po­mię­dzy bramą a fu­try­ną wid­nia­ło iden­tycz­ne czwór­dziel­ne okno… – Po­mię­dzy bramą a fu­try­ną wid­nia­ło iden­tycz­ne cztero­dziel­ne okno

 

Za­czął roz­ma­so­wy­wać go­rącz­ko­wo skórę, kiedy tym­cza­sem po­stać wpły­nę­ła do za­to­ki elek­trycz­ne­go świa­tła. – Raczej: …gdy tym­cza­sem po­stać

 

Nowy za­wa­hał się chwi­lę i przy­ło­żył ucho. Cisza.

Chwi­lę potem… – Powtórzenie.

 

wy­pra­ne rze­czy, za które układ­nie po­dzię­ko­wał, ukła­da­jąc z na­masz­cze­niem w wą­skiej sza­fie… – Nie brzmi to najlepiej.

 

obej­rzał rzecz do­kład­nie, nie mogąc sko­ja­rzyć, z jakim zam­kiem po­ślu­bio­na. – Raczej: …którym zam­kiem po­ślu­bio­na.

 

Spa­da­nie w dół, w nie­by­ty… – Masło maślane. Czy może być spadanie w górę?

 

chwy­cił pęk klu­czy, ubrał w po­śpie­chu służ­bo­wy mun­dur… – W co ubrał mundur???

Munduru, tak jak żadnej innej garderoby, nie ubiera się. Mundur można włożyć, założyć, ubrać się weń, przywdziać go, odziać się weń, wystroić, ale nigdy, przenigdy nie można ubrać munduru!!!

Za ubieranie ubrań grozi sroga kara – trzy godziny klęczenia na grochu, twarzą do ściany i z rękami w górze!

Czy bohater przywdziewał mundur, dzierżąc chwycone klucze?

 

z jesz­cze głęb­szym współ­czu­ciem w oczach, wska­zu­jąc uprzej­mie lśnią­co­czar­ny apa­rat. Współ­czu­cie zda­wa­ło się ro­snąć… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Śniąca – “przesyt metafor” jest dla mnie słusznym stężeniem, Schulz nie musiał się ich wstydzić. Uplastyczniają opis, umożliwiają immersję. Gdyby na konkurs ustalono wyższy limit znaków i gdybym był cierpliwszy, utrzymałbym tę ilość przez całą długość tekstu. Dozorca nie miał służbowego telefonu, aby wąsacz mógł codziennie go podsłuchiwać, doglądając w ten sposób, jak stróż wywiązuje się ze swoich obowiązków – i czy nie wie już czegokolwiek o piwnicy, o czym mógłby donieść Firmie.

P.S. Odrapane ściany nie były niemrawe, a niemrawo Nowego powitały.

regulatorzy – dziękuję za liczne uwagi, większość z nich zastosowałem do tekstu. Powtórzenie celowe. Odnośnie ścian repetuję, co wyżej napisałem Śniącej: niemrawo powitały.

Bardzo się cieszę, Alefie, że uwagi okazały się przydatne. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie twierdzę, że należy się wstydzić metafor. Po prostu jak na mój gust jest ich tu za dużo i mnie utrudniały czytanie. Jak dla mnie mogłoby ich tu być znacznie mniej i tekst zyskałby większą wyrazistość i klimat, który zaczął być mocniej odczuwalny w dalszej części, gdy już od metafor odszedłeś. To jednak jest moje zdanie i mój sposób odbioru.

Może jestem przewrażliwiona na tym punkcie, ale sprawa telefonu nadal jest dla mnie nielogiczna. To, co wytłumaczyłeś i tak wyraźnie widać w tekście, ale mnie nie satysfakcjonuje. Odbieram to tak, że przychodzę do pracy, ale nie dostaję swojego komputera, tylko muszę z przygotowaną ręcznie jakąś robotą meldować się u portiera, żeby skorzystać z jego prywatnego sprzętu (bo na jego stanowisku komputer nie jest potrzebny). Dla mnie to nie halo i koniec kropka. Możliwości kontroli i podsłuchu jest więcej. 

Co do niemrawych ścian czy powitania, nie byłoby pytań i wątpliwości, gdybyś zmienił szyk na jednoznaczny, np. tak: gdzie niemrawo powitały go odrapane ściany

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zmieniłem szyk, trafna uwaga.

Akurat byłem portierem i na moim stanowisku komputer był bardzo potrzebny (żeby nie wyschnąć z nudów i braku choć namiastkowej komunikacji).

Mimo wszystko zostawię telefon pod numerem 1, zresztą to były czasy, gdy aparaty nie były jeszcze zbyt rozpowszechnione i często się zdarzało, że sąsiad przychodził do sąsiada zadzwonić. A innych możliwości inwigilacji nie widzę, kamer jeszcze wtedy niet.

Rozumiem, że drastycznie przebudować opowiadania z powodu telefonu już teraz nie możesz :) Na przykład podsłuchy były już praktycznie od początku istnienia telefonów. 

Swoje robi klimat i ta tajemniczo pociągająca piwnica, zostawmy więc telefon w spokoju na boku. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

i przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Bardzo ciekawe, pretekstowo mackowe, ale intrygujące do samego końca. Z początku odstręcza sztucznie wzbudzany womit metafor, gdzieniegdzie jakby wymuszonych, ale na czytelnicze szczęście szybko następuje odnalezienie swoistego equilibrium między formą, a treścią – bez niego literowe danie mogłoby stać się kompletnie niejadalne. Widać wyraźną fascynację stylem Młodej Polski, ale pasuje on do tematu.

Brakuje mi także jednego ważnego elementu: oprócz klucza w spodniach brak jakiejkolwiek innej poszlaki, która mogłaby naprowadzić czytelnika na chociażby cień podejrzenia co do finału – obecnie jest w stylu Poirot, który na końcu obwieszcza efekt genialnej dedukcji. Tyle tylko, że Agata Christie podawała więcej niż jedną wskazówkę :-)

Tym niemniej dobrze spędziłem czas – dzięki:-)

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hej, nie ma sprawy.

Jest druga wskazówka, mogła zlec co prawda pod lawiną womitalną:

Przemknięcie odchodów obok obleczonego w granat ramienia skłoniło go do powrotu. Ponownie znalazł się w zgniłym chłodzie hallu…

Nowa Fantastyka