- Opowiadanie: Losek - Czeka w uśpieniu martwy

Czeka w uśpieniu martwy

Gdybym wiedział, co tu wpisać, to bym może coś wpisał... Ale nie wiem... No, może tylko napiszę, że jest to opowiadanie napisane w dniach 4-5 lipca 2016, specjalnie na konkurs Macki2016.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czeka w uśpieniu martwy

Są na ziemi miejsca tak zimne, i tak ciemne, że choć wypełnia je zwykła materia: woda, ziemia lub powietrze, panuje w nich pustka. Właściwie powinniśmy nazwać ją Pustką. Tak, panuje tam Pustka!

Pustka zajmuje najbardziej niedostępne i niegościnne szczeliny w naszej rzeczywistości. Gnieździ się na samym dnie rozpadlin, głęboko pod powierzchnią wód tam, gdzie już nie dociera światło słońca. Czai się bezgłośnie w wykrotach, jamach, w opuszczonych przez wszelkie stworzenia norach w samych sercach puszcz i borów, gdzie zawsze jest zimno. Chowa się w kątach porzuconych lochów, w starych, dawno nie odwiedzanych przez człowieka piwnicach. Rozplenia się jak pleśń, czekając na warunki dogodne do tego, by się jak grzyb rozrastać. Ciemne i lepkie jak pajęczyna nitki Pustki wysuwają się ciągle i chowają, skradają, pulsują nieprzerwanie, niszczone przez ciepło promieni naszej gwiazdy, ale wciąż rozrastające się w ciemnościach. Czekają. Czekają…

Nie wiadomo z jakiego okropnego świata równoległego przywędrowała do nas Pustka. Nie wiadomo, czy cały czas  przecieka przez pęknięcia w barierze, oddzielającej od siebie różne wszechświaty, czy też dotarła do nas raz, a potem namnożyła się, zajmując każde wolne od ciepła miejsce, każdą dziurę.

Wiadomo tylko, że nie jest stąd. I wie o tym każde stworzenie posłuszne ostrzeżeniom instynktu, które się na nią natknie. Wie to od razu i bez najmniejszej wątpliwości. Każde zwierzę, które w swej wędrówce stanie w obliczu Pustki wycofuje się, by uniknąć z nią kontaktu.

Czy Pustka jest wobec naszego wszechświata pierwotną siłą, której odebrano jej niegdyś rozległe dziedzictwo, czy też jest tego świata zwyrodnieniem? Nikt tego nie wie. Nie wiadomo też, czy ma świadomość, czy jest tylko bezrozumną zarazą, jakimś rodzajem choroby, objawem gnicia materii. W każdym razie nikt, kto mógł się o tym przekonać, nie zdążył nikomu o tym opowiedzieć.

 

– No, stary! Nie przesadziłeś ani trochę! – Marek zrzucił z ulgą potwornie ciężki plecak i rozprostował plecy. Podszedł do brzegu i podniósł wzrok. Przed nim rozpościerała się potężna budowla. Na samej górze, pośrodku widniał w betonie ślad po skutej tuż po wojnie hitlerowskiej gapie.

 – C'nie? – odpowiedział Remek, dysząc. Cisnął na ziemię równie ciężki plecak i zwalił się nad samym brzegiem kanału. Chwilę odpoczywał, aż jego czerwona od wysiłku twarz nabrała normalnych kolorów. Wstał i podążył za wzrokiem przyjaciela. Śluza wznosiła się majestatycznie w niebo jak jakaś ponura katedra. Szeroka i wysoka. Kanał wnikał pomiędzy dwa betonowe przyczółki. Dalej widać było komorę śluzy, ujętą w dwie wysokie na kilkanaście metrów betonowe ściany i zamkniętą z przeciwnej strony nieruchomymi, również zrobionymi z betonu wrotami. Przesuwające się na wieczornym niebie krwiste chmury, oświetlane w górnych warstwach atmosfery przez ostatnie promienie zachodzącego słońca, sprawiały wrażenie, że to cała budowla się porusza. Remkowi wydało się, że zaraz runie na niego całym swym ciężarem. Zakręciło mu się w głowie. Zachwiał się. Zrobił kilka nieskoordynowanych kroków i niewiele brakowało, a byłby wpadł do kanału, nad którym górowała budowla. Udało mu się zatrzymać nad samym brzegiem, który stromą skarpą opadał w dół, aż do samego lustra smolistej wody.

 – Co jest? – zaniepokoił się Marek.

 – Nic, nic. Zakręciło mi się w wodzie, to jest chciałem powiedzieć w głowie… Już wszystko w porządku. Za szybko wstałem…

Rozładowali plecaki i szybko rozbili namiot. Po chwili siedzieli przed namiotem, na trawie i w zapadających szybko ciemnościach jedli wysokoenergetyczne batoniki, popijając wodą z plastikowych butelek. Miejsca w plecaku nie starczyło na kuchenkę. A zresztą, przyszli tu tylko na jeden dzień.

 – Urocze miejsce.

Remek zachichotał w odpowiedzi. O tym miejscu można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest urocze. Niewiele już widzieli, oszczędzając na jutro baterie latarek, ale mieli świadomość istnienia olbrzymiej, ponurej, poniemieckiej budowli. Jeszcze bardziej działała na ich wyobraźnię obecność nieruchomego lustra wody.

 – Nie jest umarłym ten który spoczywa wiekami, nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami – Marek zacytował z pamięci fragment prozy swego ulubionego autora. Remek poczuł przyjemny dreszczyk emocji, a może to po prostu zrobiło się zimno. Weszli do namiotu. Wezwanie skierowane do Cthulhu najwyraźniej nie zadziałało, bo noc minęła spokojnie. Pan Snów nie nawiedził ich tej nocy.

Ranek zbudził ich deszczem bijącym w burty namiotu. Zjedli szybko śniadanie, nie różniące się niczym od wczorajszej kolacji. Niewiele rozmawiając zaczęli przygotowania. Do tego co zamierzali zrobić, ładna pogoda nie była potrzebna. Sprawnie zmontowali sprzęt. Nakręcili automaty oddechowe na butle. Potem wskoczyli w pianki. Przypięli sobie noże w pochwach do prawych łydek. Napluli do wewnątrz masek, by zapobiec ich parowaniu pod wodą. Jeszcze ostatnie sprawdzenie czy latarki działają i pomagając sobie wzajemnie, narzucili na plecy kamizelki z przytroczonymi butlami. Sprawdzili nawzajem, prawidłową konfigurację sprzętu i już po chwili stali gotowi nad samym brzegiem kanału. Pod nimi tkwiło nieruchome, czarne lustro wody. W większej części pokryte pływającymi po powierzchni śmieciami: kawałkami desek, patykami, plastikowymi butelkami. Wszystko to było zanurzone w brudnozielonym kożuchu rzęsy. Nic nie mąciło spokoju powierzchni. Nie dało się w żaden sposób przeniknąć wzrokiem nieruchomej tafli. Nie było szansy zobaczyć jakie niebezpieczeństwa czyhają pod spodem. I nie chodzi tu o Wielkiego Przedwiecznego, a o dużo bardziej przyziemne i konkretne zagrożenia: elementy metalowych konstrukcji, sieci, rybackie żyłki, splątane liny wodorostów. Wszystko to, co mogło stanowić niebezpieczeństwo dla nurka. Dużo bardziej realne niż Cthulhu. Tak się im w każdym razie wtedy wydawało.

Trzymając płetwy w rękach, z dużą trudnością, ostrożnie zsunęli się do wody korzystając z betonowego występu budowli, wznoszącego się kilkadziesiąt centymetrów ponad lustrem czarnej wody. Wierzchnia warstwa wody była dość ciepła, ale gdy jej wąskie strumyczki wlewały się pomiędzy rozgrzane ciała a pianki półsuchych skafandrów – przenikał ich dreszcz chłodu. Tak im się w każdym razie wtedy wydawało. Po chwili jednak woda przy ciele nurków ogrzała się i wrażenie zimna minęło. Nasunęli płetwy, wypłynęli na środek kanału i wykonali próbne zanurzenia na niewielkie głębokości, ostatecznie potwierdzając prawidłowy montaż sprzętu. Łącząc kciuki i palce wskazujące w nurkowy znak OK, potwierdzili, że wszystko jest w porządku. Potem Remek, który miał być prowadzącym nurkowanie pokazał kciukiem skierowanym w dół, że mogą się zanurzyć. Tuż pod powierzchnią wody ogarnęła ich prawie zupełna ciemność. Skąpe światło pochmurnego poranka nie było w stanie pokonać bariery rzęsy i pływających wśród niej śmieci, oddzielających szczelną granicą światło od pustki. Bardzo niewiele jest sytuacji, w których ilość bodźców docierających do jaźni człowieka jest tak mała jak w czasie nurkowania. Słyszy się tylko swój własny oddech. Ciało – o ile nurek dobrze się wyważy – znajduje się w stanie nieważkości, łagodnie zawieszone w toni. Jeszcze mniejszej ilości bodźców podlegamy gdy nurkujemy w ciemnościach. Włączyli latarki. Wąskie snopy świateł oświetliły zaledwie niewielki wyciek otaczającego ich podwodnego świata. Wszystko poza nim pozostało ukryte. Nie wiedzieli, co się tam czai.

Nurkowanie w kanale nie było specjalnie ciekawe. Już na głębokości dwóch metrów światła latarek pokazały skąpą roślinność, nie wiadomo jakim cudem rosnącą w tych ciemnościach. Poniżej było tylko muliste dno. Z każdym ruchem płetw wzbijały się z niego drobinki mułu ograniczające i tak złą widoczność. Na chwilę zatrzymała ich jakaś pogięta, metalowa konstrukcja, nieznanego przeznaczenia. Ale nie znaleźli tam niczego ciekawego. Zawrócili w stronę komory śluzy. Ostrożnie poruszając płetwami na boki, a nie jak zwykle w górę i w dół, wpłynęli pomiędzy przyczółki śluzy, wzdłuż prawej ściany komory. Dno opadło niżej, aż osiągnęło głębokość czterech metrów. Remek opuścił się do samego dołu i delikatnie, starając się nie mącić wody wsunął rękę w gęsty muł zalegający dno. Przedramię zanurzyło się aż do łokcia. Wtedy dopiero namacał dno. Było nierówne, utworzone najpewniej z narzuconego gruzu. Odwrócił się i oświetlił latarką płynącego za nim przyjaciela. Ten pokazał mu "okejkę". Odpowiedział tym samym. Ruszyli dalej. Z tyłu za nimi z dna podniósł się tuman drobinek mułu, wzniesiony w górę ruchami płetw. Jakby śluza chciała zamknąć bezczelnych intruzów w pustej podwodnej przestrzeni, odgrodzić ich od reszty świata. Płynęli dalej w ciszy, słysząc tylko własne oddechy. Omiatali snopami elektrycznego światła ściany komory i jej dno. Gdy kierowali latarki w stronę przeciwległej ściany, światło ginęło w mroku, nie ukazując niczego. Tylko pustka. Wreszcie dotarli do czoła komory śluzowej. Z mroku wyłoniły się jakieś metalowe elementy konstrukcji, koła zębate i szyny, zapewne służące do otwierania ciężkich wrót. Remek znów pokazał partnerowi "okejkę". Marek zrobił to samo, po czym wyłączył latarkę. Remek poszedł w jego ślady. Tkwili tak chwilę, zanurzeni nieruchomo w całkowitych ciemnościach. Marek odsunął się ręką od ściany i wsparty tylko delikatnie, samym czubkiem płetw, o muliste dno, znieruchomiał wpatrzony przed siebie. " W swym domu w R’lyeh czeka w uśpieniu martwy Cthulhu" wypowiedział w myślach wezwanie. Przeniknął go przyjemny dreszcz strachu. Wpatrywał się przed siebie w ciemność. Przez chwilę zdawało mu się, że widzi jakiś blady kształt, a potem, że na tle czerni przesunął się w oddali kształt jeszcze ciemniejszy. Na samej granicy pola widzenia pojawiły się niewyraźne, nikłe kolory, które zaczęły się powiększać, rozciągać, wypełniać przestrzeń przed nim. Przez chwilę wyobrażał sobie, że to Wielki Cthulhu odpowiedział na jego prośbę. W otaczających go kolorowych konturach szukał charakterystycznej sylwetki z głową ośmiornicy, wynajdywał kształty smoczych skrzydeł i szponiastych łap. Nagle rozbłysło światło latarki Remka i Cthulhu zniknął wraz z resztą kolorowych omamów. Nieco rozczarowany pokazał "okejkę" i ruszyli dalej. Remek płynął przy samym dnie, w odległości około dwóch, trzech metrów od betonowej ściany komory, mając ją z prawej strony. Badał światłem latarki dno po lewej stronie szukając czegoś interesującego. Marek płynął jako drugi. Omiatał od niechcenia dno po prawej stronie. W pewnej chwili światło latarki, samym swym końcem, musnęło jakiś ciemny kształt w niewielkim zagłębieniu dna, u samej podstawy ściany, odcinający się nieznacznie od otoczenia. Zawrócił szybko i zbliżył się w tę stronę.

Płynący z przodu Remek cały czas kątem oka obserwował, czy z jego przyjacielem wszystko w porządku i natychmiast zauważył ten ruch. Po chwili obaj nurkowie znieruchomieli nad ciemniejącą między nimi dziurą. W ścianie otwierała się jakaś komora, albo zapadlisko, czy też podziemna jaskinia. Światła latarek nie docierały wewnątrz do żadnej przeszkody. Przejście było wąskie, miało zaledwie jakieś czterdzieści centymetrów szerokości, ale już jakieś pół metra dalej rozszerzało się. Pierwszy ocknął się Marek. Klepnął przyjaciela w przedramię i wskazał skierowanym w dół kciukiem na ziejącą dziurę. Było to pytanie, na które Remek opowiedział w ten sam sposób uzgadniając dalsze postępowanie: schodzimy! Potem położył dwa wyprostowane palce prawej dłoni – wskazujący i serdeczny – na otwartej lewej, co było pytaniem: ile masz powietrza? Marek spojrzał na manometr. W świetle latarki przyjaciela odpowiedział mu pokazując złożoną z dwóch dłoni literę T, oznaczającą 100, potem zaciśniętą pięść – 50 i jeszcze trzy palce. Razem 180 atmosfer. Remek pokazał, że ma również 180 atmosfer. W czasie nurkowania w zamkniętych przestrzeniach, takich jak jaskinie, obowiązuje zasada podziału powietrza na trzy części. Jak zużyjesz jedną trzecią, wracasz. Na powrót powinieneś zużyć drugie 30% czynnika oddechowego. To co pozostanie, czyli jedna trzecia tego, co miałeś na początku – to rezerwa. Na wszelki wypadek. Jakby coś poszło nie tak. Tak więc od teraz mogli pozostać w nowoodkrytej komorze aż do momentu, kiedy manometr jednego z nich pokaże 120 atmosfer.

Żeby przecisnąć się przez wąskie przejście, musieli zdjąć z pleców butle. Pomagając sobie wzajemnie pokonali przepust. Poniżej przewężenia znów wpięli się w uprzęże. W powrotnej drodze będą musieli zrobić to samo. Pierwszym co poczuli, był wyraźny spadek temperatury otaczającej ich wody. Tak im się w każdym razie wtedy wydawało. Powoli wypuścili powietrze z komór balastowych kamizelek, opuszczając się wzdłuż dna opadającego łagodnym stokiem w dół. Z jednej strony widać było kamienną ścianę komory, po drugiej ziała pustka. Światła latarek ginęły w mroku. Pięć, sześć, osiem, dziesięć, dwanaście metrów. Co jakiś czas ból w uszach zmuszał ich do wyrównywania ciśnienia. Zaciskali palce na nosach i mocno dmuchali wypychając w ten sposób bębenki uszne na zewnątrz. Osiągnęli głębokość piętnastu metrów. Dno się nieco wyrównało. Płynący przodem Remek zatrzymał się, zawisając tuż na dnem. Potrząsnął kilka razy trzymaną w lewej ręce latarką, potem kilkukrotnie uderzył w nią prawą dłonią. Marek podpłynął do niego. Gdy przyjaciel skierował na niego światło, wykonał gest oznaczający: "nie rozumiem", stosowany też jako pytanie. Partner odpowiedział potrząsając dłonią z rozłożonymi szeroko palcami, znakiem oznaczającym, że coś jest nie w porządku. Wskazał przy tym na latarkę, a potem skierował ją w mrok. Marek przyjrzał się i zobaczył o co chodzi przyjacielowi. Światło latarki grzęzło w mroku. Wydawało im się jakby ciemność głębi była tu gęściejsza niż zwykle. Promień elektrycznego światła kurczył się pod wpływem nadchodzących fal ciemności. Wyglądało to tak, jakby mrok chciał pochłonąć zuchwałych natrętów, którzy ośmielili się naruszyć jego dziedzinę. I żeby to zrobić, musi najpierw czarnymi, lepkimi mackami rozprawić się z tym, co go najbardziej drażni i boli – ze znienawidzonym światłem. A może to baterie ulegały wyczerpaniu? Remek zgasił latarkę, chcąc dać im chwilę odpoczynku. Przyjaciel zrobił to samo. Wisieli w ciemnościach i w zimnie, a przed oczami Marka znów pojawiły się najpierw blade, a potem coraz wyraźniejsze kolory, które nabrały po chwili wyraźnych kształtów przedwiecznego potwora o mackach zamiast głowy i długich, zakrzywionych szponach. Jednak tym razem, nie były bynajmniej przyjemne. Tym razem obudziły prawdziwy strach. Markiem wstrząsnął dreszcz przerażenia! Zaczął szybko oddychać. Poczuł, że brak mu tlenu! "Kończy mi się powietrze", przemknęło mu przez myśl. Chciał sprawdzić ciśnienie na manometrze, ale w tym celu musiał włączyć latarkę. W panice zaczął szukać włącznika. Zgrabiałymi z zimna i strachu palcami nie mógł tego zrobić przez dłuższą chwilę, aż wreszcie mu się udało. Ale kolorowe omamy wcale nie zniknęły! Serce zabiło mu tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu, gdy światło latarki ukazało prawdziwego Cthulhu, olbrzymiego, z rozpostartymi smoczymi skrzydłami, z rozczapierzonymi dłońmi o palcach zakończonych szponami i wreszcie z głową w kształcie ośmiornicy o falujących, obrzydliwych, zgniłozielonych mackach, wyciągających się ku niemu. Prawa dłoń sama sięgnęła do noża na łydce i wyszarpnęła go z pochwy. Machając na oślep nożem przerażony Marek rzucił się na potwora. 

Remek został oślepiony nagłym błyskiem markowej latarki, która boleśnie ukłuła go w rozszerzone od ciemności źrenice. Odsunął głowę w bok głowę jednocześnie zapalając swoją latarkę. To, co ukazało się w jej nikłym świetle, zjeżyło mu włosy na całym ciele. Przed nim szczerzył zęby żywcem wyjęty z filmu, gingerowski Obcy. Z rozwartej paszczy wystrzeliła mniejsza szczęka uzbrojona w błyszczące zęby. Remek zdążył się tylko osłonić latarką. Ostrza ześliznęły się po korpusie latarki i ugodziły go w palce. Krzyknął wypuszczając spomiędzy zębów ustnik automatu oddechowego, który zablokował się w pozycji podawania powietrza. Woda dookoła wypełniła się bąbelkami powietrza, które zmieszały się z krwią płynącą ze skaleczonych palców. Latarka Remka powoli opadła na dno, ale oświetliła postać nacierającego potwora. Remek sięgnął po swój nóż. Odsunął się z linii następnego ataku, odruchowo pozostawiając wystawiony nóż. Ostrze zadziwiająco łatwo przebiło skórę i zagłębiło się w ciele Obcego…

W tej samej chwili Marek poczuł, jak długi pazur Cthulhu wbija mu się w nadbrzusze. Zakrzywione w górę ostrze w mgnieniu oka przebiło wątrobę i dotarło do serca. Ostatnim wysiłkiem, umierając ciął jeszcze raz na oślep i poczuł, że nóż tnie coś miękkiego. Pasma ciemnej krwi skrzyżowały się z drgającym światłem latarki. Remkowi powtórnie ranionemu, tym razem w przedramię, zaczęło brakować powietrza. Wszystko stało się tak szybko. Na jednym wdechu. Oszołomiony, automatycznie odnalazł po prawej stronie przewód niskiego ciśnienia zakończony automatem oddechowym. Wsunął go między zęby i nabrał powietrza. W czasie szarpaniny maska nabrała wody. Próbował usunąć ją odchylając maskę nieco u dołu i wydmuchując powietrze nosem. Pokaleczone palce lewej dłoni zabolały go nagle, przypominając mu, że jest ranny. Woda całkiem zalała maskę. Na skraju paniki, prawie w całkowitych ciemnościach, zdołał wreszcie wypełnić ją powietrzem i rozejrzał się dookoła. Na dnie leżała jego latarka.  Dookoła unosiły się w wodzie ciemne strugi. Czy była to krew, czy były to macki mroku? Nagle za nimi dostrzegł… Co to? Rozbudzona, oszalała wyobraźnia podsunęła mu teraz inny obraz. Wydało mu się, że widzi cień olbrzymiego żarłacza! "Krew" pomyślał w panice. "Pełno tu krwi. Krew przyciąga rekiny! Uciekać, trzeba uciekać". Rzucił się do panicznej ucieczki w górę! Jakimś cudem trafił na szczelinę wiodącą do góry, w wąskie przejście do normalnego świata. Wbił się w betonowe przewężenie zapominając, że trzeba zdjąć butlę. Zaklinowany szarpał się i miotał bezsilnie już prawie czując, jak na nogach zaciskają się szczęki rekinów, czających się w zakamarkach jego opętanej wyobraźni. Wreszcie oprzytomniał na tyle, żeby cofnąć się trochę. Pozbył się kamizelki z butlą, nabrał ostatni haust powietrza i porzuciwszy za sobą sprzęt, przez wąską szczelinę przecisnął się w górę, do nikłego poblasku światła.

To, co pozwoliło mu na odnalezienie kierunku, to były promienie słońca, które na chwilę przebiły sklepienie chmur i padły na taflę wody w komorze śluzy. Na jednym wydechu Remek dotarł do powierzchni wody. Ostatkiem sił wygramolił się na brzeg. Kilkanaście minut leżał, oddychając ciężko. Wreszcie udało mu się podnieść i stanąć na niepewnych, drżących nogach. Poryw wiatru zaszumiał w koronach drzew i zawył głośno na jakimś betonowym, wystającym elemencie. Słońce znów się skryło. Woda w kanale i w komorze śluzy, choć wydawało się to niemożliwe, jeszcze bardziej pociemniała. Remek podniósł oczy. Nad nim wznosiła się śluza. Wiatr gnał po niebie burzowe chmury. Budowla – dałby za to obciąć sobie głowę – przesunęła się w jego kierunku. Przerażony zrobił dwa niepewne kroki w tył i obsunął się ze skarpy. Nawet nie zdążył krzyknąć, gdy czarna toń zamknęła się nad nim łapczywie. Lustro wody chwilę falowało, a wraz z nim poruszały się leniwie kawałki drewna, patyki i rzęsa na jego powierzchni. A potem wszystko znieruchomiało.

Koniec

Komentarze

Cześć.

Dziwnie nierówny tekst.

  1. Interpunkcja fatalna.
  2. Powtórzeń całe mnóstwo. Wiesz, ile razy pojawia się “który” dowolnie odmieniony? 17 razy. Był akapit, gdzie powtórzyło się chyba 3 razy. “Śluza” pojawiła się 9 razy.
  3. Początek fabuły budowałeś interesująco, ale od nurkowania zrobiło się nudno. Nawet wiedza na temat techniki nurkowania (zakładam, że zgodna za standardami, gdyż nie znam się na tym) nie obroniła tekstu (choć nie przedawkowałeś jej, a jedynie podałeś. I to jest pozytyw).
  4. Do pierwszego cytatu było klimatycznie. Później zrobiło się prawie nachalnie, a na pewno zbyt oczywiście. A to zabija nastrój.
  5. O wiele za dużo zdań, które kończyłeś tak, jakbyś chciał coś wyjaśnić, wytłumaczyć. Przykłady: “Gnieździ się na samym dnie rozpadlin, głęboko pod powierzchnią wód tam, gdzie już nie dociera światło słońca“, “Czai się bezgłośnie w wykrotach, jamach, w opuszczonych przez wszelkie stworzenia norach w samych sercach puszcz i borów, gdzie zawsze jest zimno“, “Rozplenia się jak pleśń, czekając na warunki dogodne do tego, by się jak grzyb rozrastać“, “przecieka przez pęknięcia w barierze, oddzielającej od siebie różne wszechświaty, czy też dotarła do nas raz, a potem namnożyła się, zajmując każde wolne od ciepła miejsce, każdą dziurę“, “I wie o tym każde stworzenie posłuszne ostrzeżeniom instynktu, które się na nią natknie”. Dla mnie jest to coś, co spowalnia tempo rozwoju wydarzeń, a w konsekwencji wydłuża sztucznie tekst i osłabia dominujące emocje (tu: nastrój grozy).
  6. A gdy jeszcze raz spojrzałem na tekst, to uzmysłowiłem sobie, że Pustka to jakieś usprawiedliwienie wydarzeń (równie dobrze mogła się nazywać Cthulhu, Ryoinaxx, Manitou czy Kopytko), ale za mało powiązane. Pojawia się Pustka, która buduje nastój, potem dwóch kolesi, a pamięć podpowiada, że będzie groza. Ale Pustka staje się odległym wspomnieniem i nie ma niczego, co ją przywołuje. Jest zbyt niezależna od opisywanych wydarzeń. Wydaje się, że choćby jedno odniesienie do niej dałoby jej prawo istnienia. A bez niego jest tylko dość atrakcyjnym dodatkiem. Co prawda “pustka” pojawia się dwa razy podczas nurkowania, ale wydaje się, że w neutralnym kontekście.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Hmm, jakby to powiedzieć. Czytałam z pewną dozą zdumienia, ale bez grozy. 

Gdzie jest taka olbrzymia poniemiecka śluza? Pytam z ciekawości, bo takie rozmiary plus nieużywany kanał, to raczej ewenement i chciałabym wiedzieć, w jakim realnym miejscu zaczepiona jest akcja. 

Chyba też czegoś nie zrozumiałam. Skąd rekiny? 

Po wykonaniu widać, że tekst nie odleżał. W oczy rzuciło mi się trochę literówek i zabłąkanych przecinków. W kilku miejscach miałam też wrażenie, że za często powtarzasz pewne słowa – np. budowla w początkowym fragmencie. 

Dalej w czytaniu z pewnością nie pomogły mi też zbyt długie akapity. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pomyślałem, że mogło coś być w tych batonikach, albo w powietrzu z butli i sami się tak pochlastali. To by tłumaczyło tego rekina. 

Byłem na śluzie w Leśniewie i ta budowla robi wrażenie.

Dobrze się czytało. :-)

 

Zerknęłam na zdjęcia w google i rzeczywiście obiekt konkretny :) Nawet nie wiedziałam, że są takie u nas. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jak dla mnie, za dużo opisów normalnego nurkowania, znaków, za mało grozy. Wydaje mi się, że wystarczyłoby napisać, co sobie chłopcy sygnalizowali, bez wchodzenia w szczegóły, jak te znaki wyglądają. No, ale, z drugiej strony, to jakiś walor edukacyjny. A zresztą, i tak nie znam się na horrorach.

nie wiele => niewiele

Ranek zbudził ich deszczem bijącym w burty namiotu.

Namiot ma burty?

Liczby w beletrystyce raczej słownie.

Zgodnie z portalowymi zwyczajami, do upłynięcia terminu konkursu (czyli północy) możesz spokojnie edytować tekst.

Babska logika rządzi!

Mam wrażenie, że fascynacja nurkowaniem zabiła opowiadanie. Pomieszczenie w tekście takiej ilości informacji z rzeczonej dziedziny sprawiło, że, moim zdaniem, zabrakło miejsca na coś jeszcze. Skutkiem tego cała historia wydała mi się tylko pretekstem do podzielenia się wiedzą o nurkowaniu, a element grozy został dodany niejako przy okazji, aby wpisać się w formułę konkursu.

Wykonanie, niestety, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Marek zrzu­cił z ulgą po­twor­nie cięż­ki ple­cak i roz­pro­sto­wał plecy. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Marek zrzu­cił po­twor­nie cięż­ki ple­cak i z ulgą roz­pro­sto­wał się/ rozprostował grzbiet.

 

Pod­szedł do brze­gu i pod­niósł wzrok. – Do brzegu czego?

 

Roz­ła­do­wa­li ple­ca­ki i szyb­ko roz­bi­li na­miot. Po chwi­li sie­dzie­li przed na­mio­tem, na tra­wie i w za­pa­da­ją­cych szyb­ko ciem­no­ściach… – Powtórzenia.

Może: Roz­ła­do­wa­li ple­ca­ki i szyb­ko roz­bi­li na­miot. Po chwi­li sie­dzie­li przed nim, na tra­wie i w za­pa­da­ją­cych ciem­no­ściach

 

 – Uro­cze miej­sce.

Remek za­chi­cho­tał w od­po­wie­dzi. O tym miej­scu można było po­wie­dzieć wiele… – Czy to celowe powtórzenie?

 

bo noc mi­nę­ła spo­koj­nie. Pan Snów nie na­wie­dził ich tej nocy. – Powtórzenie.

 

Pod nimi tkwi­ło nie­ru­cho­me, czar­ne lu­stro wody. W więk­szej czę­ści po­kry­te pły­wa­ją­cy­mi po po­wierzch­ni śmie­cia­mi: ka­wał­ka­mi desek, pa­ty­ka­mi, pla­sti­ko­wy­mi bu­tel­ka­mi. Wszyst­ko to było za­nu­rzo­ne w brud­no­zie­lo­nym ko­żu­chu rzęsy. – Skoro wszystko było pokryte warstwą rzęsy, to gdzie można było dostrzec czarne lustro wody?

 

ostroż­nie zsu­nę­li się do wody ko­rzy­sta­jąc z be­to­no­we­go wy­stę­pu bu­dow­li, wzno­szą­ce­go się kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów ponad lu­strem czar­nej wody. Wierzch­nia war­stwa wody była dość cie­pła… – Powtórzenia.

 

Wą­skie snopy świa­teł oświe­tli­ły za­le­d­wie nie­wiel­ki wy­ciek… – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Wą­skie snopy jasności oświe­tli­ły za­le­d­wie nie­wiel­ki wy­ciek

 

Dno opa­dło niżej, aż osią­gnę­ło głę­bo­kość czte­rech me­trów. – Masło maślane. Czy dno mogło opadać wyżej?

Wystarczy: Dno opa­dło, aż osią­gnę­ło głę­bo­kość czte­rech me­trów.

 

Z tyłu za nimi z dna pod­niósł się tuman dro­bi­nek mułu, wznie­sio­ny w górę ru­cha­mi płetw. – Dwie paczki masła maślanego i powtórzenie.

Proponuję: Za nimi, z dna wzbił się tuman dro­bi­nek mułu, wznie­sio­ny/ wzniecony ru­cha­mi płetw.

 

wspar­ty tylko de­li­kat­nie, samym czub­kiem płetw… – Płetwy miały jeden czubek?

 

" W swym domu w R’lyeh czeka w uśpie­niu mar­twy Cthul­hu" – Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu.

 

że widzi jakiś blady kształt, a potem, że na tle czer­ni prze­su­nął się w od­da­li kształt jesz­cze ciem­niej­szy. – Powtórzenie.

Może w pierwszej części zdania: …że widzi jakiś blady kontur/ zarys

 

ozna­cza­ją­cą 100, potem za­ci­śnię­tą pięść – 50 i jesz­cze trzy palce. Razem 180 at­mos­fer. Remek po­ka­zał, że ma rów­nież 180 at­mos­fer. […] Na po­wrót po­wi­nie­neś zużyć dru­gie 30% czyn­ni­ka od­de­cho­we­go. – …ozna­cza­ją­cą sto, potem za­ci­śnię­tą pięść – pięćdziesiąt i jesz­cze trzy palce. Razem sto osiemdziesiąt at­mos­fer. Remek po­ka­zał, że ma rów­nież sto osiemdziesiąt at­mos­fer. […]Na po­wrót po­wi­nie­neś zużyć dru­gie trzydzieści procent czyn­ni­ka od­de­cho­we­go.

Liczebniki zapisujemy słownie. Nie używamy symboli.

 

opusz­cza­jąc się wzdłuż dna opa­da­ją­ce­go ła­god­nym sto­kiem w dół. – Masło maślane.

Wystarczy: …opusz­cza­jąc się wzdłuż dna, opa­da­ją­ce­go ła­god­nym sto­kiem.

 

Pły­ną­cy przo­dem Remek za­trzy­mał się, za­wi­sa­jąc tuż na dnem. – Literówka.

 

Remek zo­stał ośle­pio­ny na­głym bły­skiem mar­ko­wej la­tar­ki… – Remek zo­stał ośle­pio­ny na­głym bły­skiem Mar­ko­wej la­tar­ki

 

Od­su­nął głowę w bok głowę jed­no­cze­śnie za­pa­la­jąc swoją la­tar­kę. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

w po­zy­cji po­da­wa­nia po­wie­trza. Woda do­oko­ła wy­peł­ni­ła się bą­bel­ka­mi po­wie­trza… – Powtórzenie.

 

Wsu­nął go mię­dzy zęby i na­brał po­wie­trza. W cza­sie szar­pa­ni­ny maska na­bra­ła wody. Pró­bo­wał usu­nąć ją od­chy­la­jąc maskę nieco u dołu i wy­dmu­chu­jąc po­wie­trze nosem. – Powtórzenia.

 

Po­ka­le­czo­ne palce lewej dłoni za­bo­la­ły go nagle, przy­po­mi­na­jąc mu, że jest ranny. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Ucie­kać, trze­ba ucie­kać". Rzu­cił się do pa­nicz­nej uciecz­ki w górę! – Nie brzmi to najlepiej.

 

Rzu­cił się do pa­nicz­nej uciecz­ki w górę! Ja­kimś cudem tra­fił na szcze­li­nę wio­dą­cą do góry… – Powtórzenie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Punkt wyjścia – nurkowa eskapada – bardzo pomysłowy. Podobnie rozegranie w kierunku dwuznaczności: halucynacje czy ciemne siły, mimo że  wydaje się być kluczowe, jest jak najbardziej pasujący do koncepcji.

Opowiadanie w moich oczach traci przez nachalnie ukierunkowujące cytaty – ale z drugiej strony dla young adult to będzie ok – oraz zbyt wiele szczegółów dot. nurkowania, które momentami dławią tempo. Ponadto finałowy los obydwu chłopaków nie wzrusza, bo nic za nim nie idzie – ani coś mrocznego w toni, ani szukające ich rodziny… Początkowy akapit o Pustce, jak dla mnie, wisi w powietrzu, nie połączony z niczym później.

Podsumowując: koncept, oś ok, zawiodlo mnie wykonanie i rozwinięcie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka