- Opowiadanie: grucha - Jabłoń, jesion i jelonek

Jabłoń, jesion i jelonek

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Jabłoń, jesion i jelonek

Nie trzeba było pochodzić z tych stron, by zauważyć, że miasteczko bez nazwy miało dobre lata dawno za sobą. Mało kto pamiętał moment, kiedy doskonale prosperujący gród zamienił się w zatęchłą dziurę, w której za krzywe spojrzenie można było zarobić nóż między żebra. Niegdyś bezpieczny przystanek stojący pośrodku handlowego traktu, dzisiaj odseparowany od świata przedsionek piekieł. Miejsce, w którym diabeł mówi dobranoc. W czeluściach przeszłości na zawsze pogrzebane zostały wydarzenia, o których nie odważyli się choćby szeptać jego przyzwoitsi mieszkańcy.

W pewnym momencie ziemia po prostu przestała rodzić. Z dnia na dzień coś złego zaczęło się dziać z mieszkańcami. Rodziny zostały opanowane przez rozmaite patologie i wynaturzenia. Dzieci umierały w łonach matek, lub rodziły się powykręcane niczym gałązki wierzby babilońskiej. W lesie pojawiły się, zdawałoby się wymarłe setki lat temu straszydła. Ci, którzy mieli jeszcze Boga w sercu i odrobinę rozsądku w głowach, uciekli. Podatni na szatańskie podszepty pozabijali się, lub oddali władającym puszczą Starym Bogom. Z garstki silniejszych duchem wyłoniła się zabobonna, nieufna społeczność żyjąca podług skrajnie purytańskich zasad. Obok niej w dzielnicach biedoty zalęgły się uciekające przed sprawiedliwością, najgorsze męty cywilizowanego świata. Z całego ociekającego niegdyś bogactwem miasta została jedynie stojąca na rozdrożu, zapuszczona karczma, szeregi zapadniętych chat i wyznaczający centrum ratusz otoczony domami zamożniejszych mieszkańców. Południowa część, zwana starym miastem, została pożarta przez puszczę, na północy natomiast podniósł się poziom wód, pochłaniając dzielnicę kościelną.

Wkrótce po przekroczeniu bram zacząłem dzielić tragiczny los tego miejsca. Zaczęło się niewinnie – paroma toastami wzniesionymi świeżo przepędzonym bimbrem i wypitą w towarzystwie miłych pań butelką chrzczonego wina. Lokalne dziwki, razem ze swoimi wybrakowanymi uśmiechami i obwisłymi od karmienia bękartów piersiami nie należały może do najpiękniejszych, okazało się jednak, że alkohol ma moc przemieniania ich w pociągające ślicznotki. Gorzała była dla mnie czymś nowym. Wychowano mnie w bezwzględnej trzeźwości, dlatego gdy tylko poznałem zachwycające właściwości alkoholu, nie mogłem odkleić się od butelki.

Nie zamykały mi się usta. Kiedy nie piłem, mieliłem jęzorem. Póki miałem pieniądze, zawsze znajdowali się chętni do słuchania moich niestworzonych opowieści. Bywalcy karczmy ochoczo wychwalali mnie za odwagę i zaradność. Kurtyzany lgnęły do mnie niczym wrony do rozkładającego się truchła. Mało spałem. W snach poza mieszkańcami lasu prześladowało mnie wspomnienie chwili, w której pozbawiałem życia posiadacza skradzionych bogactw. Po piciu niemal zapominałem, kim wcześniej byłem i w jaki sposób wszedłem w posiadanie fortuny. Stałem się postacią ze zmyślonych historyjek. Sztuczną iluminacją bohaterstwa. Kilka dni odpoczynku zamieniło się w kilka miesięcy picia.

Szybko skończyła mi się mamona i nie mam na myśli jedynie zabranego początkowo mieszka. Co parę dni na nowo odkopywałem dół pod murami, w którym ukryłem zagrabione bogactwa. Za każdym razem okłamywałem samego siebie, obiecując, że ten raz będzie ostatnim. Chciałem skończyć z chlaniem i opuścić to zapomniane przez Boga miejsce, nie starczyło mi jednak woli.

Po piciu byłem bezbronny. Nie zliczę, ile razy okradły mnie panie lekkich obyczajów i ile razy dostałem po mordzie. Nie kończyłem zimny w jakimś zaułku tylko dlatego, że wszyscy wiedzieli, iż wkrótce znowu powrócę z pełną sakiewką.

Pewnej nocy komuś nie wystarczyła garść miedziaków. Pamiętam, że spomiędzy chmur wyrastał pełny księżyc. Idąc pustą uliczką spostrzegłem, że w mijanych przeze mnie domostwach gasną światła. W powietrzu wisiała groźba, alkohol dodawał mi jednak odwagi. Na jednym z latarnianych słupów przysiadł duży kruk. Wydziobywał ze szczurzego truchła gnijące kawałki mięsa. Gdy się zbliżyłem, odleciał, wyrażając niezadowolenie z przerwanej uczty złowrogim krakaniem. Usłyszałem czyjeś kroki, gdy się jednak obejrzałem, nikogo nie dostrzegłem. Wkrótce potem zostałem wciągnięty do ciemnego zaułka. Byłem twardy, dopóki opryszkowie nie dali mi do zrozumienia, że nie żartują. Zanim zdradziłem lokalizację skarbu, straciłem oko i dwa palce u prawej ręki.

Poklask biedoty trwał, dopóki w mych kieszeniach pobrzękiwały monety. Gdy odgłos ucichł, wszyscy nagle przestali wierzyć w moje opowieści. Z szastającego szmalem panicza zmieniłem się w wałęsającego po ulicach, bezpańskiego kundla. Z wygodnego łoża, w którym co noc grzały mnie łase na mamonę „ślicznotki”, trafiłem prosto do rynsztoka, gdzie walczyłem z obgryzającymi moje rany szczurami. Nie było mnie stać na gorzałę, więc wytrzeźwiałem. Dopiero wtedy przejrzałem na oczy. Doszło do mnie, że stoczyłem się na samo dno. Uwierzyłem, że nie jestem w stanie już niżej upaść. Że jeśli nie podniosę się z kolan, czeka mnie już tylko śmierć.

Przez kolejne miesiące było lepiej. Mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że odnalazłem się w nowej rzeczywistości. Przede wszystkim odstawiłem picie. Zamieszkująca chatę na skraju puszczy zielarka w zamian za dostarczanie jej z głębi lasu rzadkich, halucynogennych muchomorów zajęła się moimi ranami. Mimo pierwszej diagnozy obyło się nawet bez amputacji ropiejącej dłoni. Młoda twarz nie wzbudzała już niczyjej sympatii. Od tej pory szpeciła ją podłużna rana zaczynająca się w kąciku ust i kończąca w ukrytym pod przepaską, pustym oczodole. Ciało stało się żywym świadectwem. Dowodem na to, że trudno mnie wysłać w zaświaty. Sztandarem, dzięki któremu zdobyłem szacunek mieszkańców.

Gdy tylko powróciłem do pełni sił, postanowiłem wyrównać rachunki. Zaskoczyłem moich oprawców o świcie, w pokoju nad karczmą, w którym zalegli wbrew woli właściciela. Sam karczmarz był już w podeszłym wieku, towarzyszyli mi jednak jego synowie. Załatwiliśmy sprawę po cichu. Nie siliłem się na wzniosłe przemowy. Wypuszczony z kuszy bełt gładko przeszedł przez bebechy głównego kata, przyszpilając go do łóżka. Jego towarzysze zostali zatłuczeni na śmierć pałkami i siekierami, zanim zdążyli choćby wciągnąć spodnie.

– Co zrobiliście z pieniędzmi? – Pamiętam, że podłoga i ściany były śliskie od juchy.

– Witaj, jednooki. Zgubiliśmy parę paluszków? – parsknął herszt zbirów.

– Gdzie szmal? – Złapałem go za szyję, kręcąc bełtem we wnętrznościach.

– Połowę zainwestowaliśmy w gorzałę i panienki – wystękał z trudem.

– A resztę? – zapytałem z nadzieją.

– Resztę przepuściliśmy na jakieś głupoty – zarechotał, krztusząc się własną krwią.

Zanim umarł, oddał mi to, co mógł. Zielarka pomogła mi zakonserwować jego oko i palce. Nosiłem je w sakiewce u pasa jako mementum tego, jak łatwo wylądować na dnie butelki.

Karczmarz, któremu obiecałem część odzyskanych kosztowności, przyjął złą nowinę ze spokojem. Mało tego, wykazał się serdecznością, oferując mi nową fuchę. Od tego czasu sam zajmowałem zwolniony przez zbirów pokój. W zamian pomagałem oberżyście z niepokorną klientelą.

Okolica nie należała do najbezpieczniejszych, ja natomiast wiedziałem, jak radzić sobie w lesie. Podejmowałem się wszystkiego. Od poszukiwań zaginionych przy zbiorach jagód dzieci, po ochronę drwali zajmujących się wycinką nadspodziewanie szybko wrastającej w mury puszczy. Od czasu do czasu zdarzało mi się prowadzić pielgrzymów do ukrytych w matecznikach puszczy kaplic. Naprawdę ciekawie zrobiło się jednak dopiero wtedy, gdy przyszła jesień.

***

Trwająca od trzech lat wojna domowa zdawała się powoli kończyć. Do tej pory, z racji niegościnności tych stron, nie dochodziły do nas żadne nowiny. Przyszedł jednak czas, gdy do bram miasteczka zapukali pierwsi uchodźcy. Okazało się, że za tabunami cywilów ciągną zdesperowane niedobitki armii południa. Lord, Który Nie Ugiął Kolan uciekał przed goniącymi go sługami Czerwonego Króla. Trudno było zrozumieć, jakie szaleństwo zmusiło buntowników do zboczenia z głównego traktu i przemarsz przez nawiedzoną puszczę, manewr jednak na swój sposób się udał. Rada musiała przekonać Monarchę, że uciekających zdrajców ukarze zima i straszydła, które napotkają na swojej drodze. Założono, że zdziesiątkowana armia długo nie będzie mogła otrząsnąć się po przegranej. Doradcy nie pomylili się. Zostawiane na traktach ciała spowalniających marsz, rannych żołnierzy były tego najlepszym świadectwem.

W ciągu miesiąca miasto zaroiło się od farmerów, prostych kupców i drobnych rzemieślników ciągnących za sobą wozy z całym dobytkiem. Niedługo potem, wraz z pierwszymi śniegami do miasta zawitało wojsko. Dla miasteczka bez nazwy nadeszły ciężkie czasy.

Głód, zimno i choroby były jedynie preludium do tego, co mieli w repertuarze Starzy Bogowie. Unoszący się w powietrzu swąd rozkładających się zwłok i pokrytych ropiejącymi wrzodami obdartusów przyciągnął mieszkańców lasu. Po raz pierwszy od wielu lat miasto zostało nawiedzone przez zębowe wróżki – żywiące się ludzkimi kośćmi, atakujące w rojach diabliki. Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, nie opuszczali domostw po zmroku – w ciemnych zakamarkach ulic kryły się spragnione krwi strzygi. Za dnia nie było lepiej. Z kanałów wprost pod nogi mieszkańców wypełzały hordy podziemian. Zachęceni łatwą zdobyczą świnioludzie i towarzyszące im zastępy wielkich szczurów porywały w świetle dnia niezdolnych do walki włóczęgów.

Wojsko było dla miasta jedynie utrapieniem. Chociaż żołnierze mogliby wprowadzić w mieście pozory dyscypliny i przywrócić rządy prawa, nie mieli zamiaru dbać o interesy kogokolwiek poza sobą. Sami zresztą zostali porzuceni przez swoich dowódców. Ostatecznie ich lord zamknął się w wyrastającej w środku miasta wieży, oddając rozpaczy i przekazując władzę w ręce nieodpowiedzialnego, kapryśnego syna.

– Jak nie urok, to sraczka. Jak nie sraczka, to przemarsz wojska – warknął pogardliwie właściciel karczmy.

– Nalej mi jeszcze jednego, Fryderyku. – Wróciłem do picia, gdy tylko uporałem się z bagażem dotychczasowych problemów, a w moich kieszeniach znowu zaczęły wesoło pobrzękiwać miedziaki.

– Jesteś pewien? To już twoje piąte, a nie ma jeszcze południa. Obiecałeś burmistrzowi wypędzić z młyna dębowe chochliki…

Nauczyłem się pić tak, by wciąż być zdolnym do pracy. Nie pamiętałem dnia, w którym nie byłbym przynajmniej odrobinę podchmielony. Rankiem leczyłem piwem kaca. W robocie pomagałem sobie winem, by nie trzęsły mi się ręce. Przestawałem sobie żałować dopiero wieczorami. Ciąg trwał już dobrych parę tygodni.

– Lej! Jeśli mam dzisiaj popracować, muszę się dostroić! – Powoli zaczynałem się niecierpliwić.

– Pierwej zapłać – burknął oberżysta, odwracając się i przecierając kufel.

– Zapłacę, jak w końcu oddasz mi za południowca, którego powstrzymałem od zbałamucenia twojej Marleny. – Karczmarz zamarł, chwytając moją dłoń. Odtrąciłem ją i przysuwając się, kontynuowałem wywód, nieco przyciszonym głosem.

– Dziewczyna zachowała cnotę, więc należy mi się zapłata! – Może i obroniłem jego córę od gwałtu, ale dziewicą to ona już na pewno nie była. Nie po tych wszystkich nocach, które spędziła w mym łożu.

Zawsze przychodziła o tej samej porze. Wtedy, gdy posnęli jej rodzice i bracia. Nie wchodziła schodami, by nikogo nie zbudzić. Zamiast tego wdrapywała się nago po stojącej pod oknem jabłoni. Gdyby miała na sobie koszulę nocną, ryzykowałaby jej podarciem lub pobrudzeniem. Bardzo zmyślna była z niej dziewucha.

– Który z porządnych panów by ją zechciał, jakby się dowiedział, że już nie jest czysta? – kontynuowałem wywód.

O wilku mowa – pomyślałem, spostrzegając stającą w kuchennych drzwiach piękność. Jej rude, splecione w dwa warkocze włosy opadały na pokryty piegami dekolt. Chociaż liczyła sobie dopiero piętnaście wiosen, zdążyła dorobić się szerokich bioder i obfitego biustu. Pokrywająca jej fartuch, dłonie i jeden z policzków mąka cudownie komponowała się z odziedziczoną po matce celtycką urodą. Uśmiechnąłem się do niej półgębkiem, a ona w odpowiedzi puściła oko. Na samą myśl o jej miękkim, pulchnym ciele wsuwającym się pod moją kołdrę zrobiło mi się gorąco.

Nijak było jej mierzyć się urodą i kurtuazją z arystokratkami z południowych krain, za którymi oglądałem się w okresie dojrzewania. W tym jednak miejscu uchodziła za najlepszą partię. Mnie samemu zresztą nie w smak były już pochodzące ze szlachetnych rodów księżniczki, których jedynym zmartwieniem było to, by ładnie wyglądać i pachnieć. Marlena była dziewuchą z krwi i kości. Nie bała się pracy. Przyzwyczaiła się do tego, że życie nieraz zmuszało ją do ubrudzenia sobie rąk. Cechowały ją siła i pokora. Nie przeszkadzały jej brak oka, zeszpecona twarz, kikuty zamiast palców czy fakt, że lubiłem wypić, a jedyne kobiety, z którymi do tej pory byłem, żyły z nierządu. Traktowała mnie jak swojego bohatera. Nie musiałem jej okłamywać, więc czułem się przy niej niemal beztrosko.

– Chciałbyś wychowywać południowego bękarta? – Nie byłem pewien, czy sam nie dałem Marlenie południowego bękarta. – Powiedz szczerze? Nie należy mi się chociaż kufel piwa?

Marlena pokręciła głową. Wiedziała, że zapłatę za jej obronę odebrałem z nawiązką.

– Chłopie, czyś ty zwariował? Cichaj, cholera. A jak któryś z żołdaków usłyszy? – zdenerwował się zaborczy ojciec.

Ukryci w kącie południowcy zdawali się interesować jedynie kuflami. Jeszcze nie tak dawno zamartwialiśmy się, nie mogąc pozbyć się zwłok jednego z nich. Dopiero gdy pozbieraliśmy myśli, doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie po prostu wyrzucić ciało w zaułku przy oberży. Do rana po niedoszłym gwałcicielu zostały tylko rozwleczone kości.

– Usłyszy, nie usłyszy. Co mi z tego? Jak zrobi się gorąco, po prostu zwinę manatki i ukryję się w lesie. Ciebie, przyjacielu, coś tu jednak trzyma. Mylę się?

– Ano. Żona choruje, córa nie ostanie się na ulicy… Synkowie co prawda silni, ale głupi jak but z lewej nogi…

– No właśnie! Mało tego, karczma dobrze prosperuje, a w piwnicy pokryłeś…

– Zawrzyjże mordę! – chrząknął karczmarz, zasłaniając mi dłonią usta.

Ponownie odtrąciłem jego rękę i łapiąc za kołnierz, przyciągnąłem bliżej siebie.

– To nie pierdol, tylko nalej mi w końcu! Ileż mogę, kurwa, prosić?

Nagle z impetem otworzyły się drzwi wejściowe. Do środka wtargnął tabun żołnierzy, niosących w ramionach umazanego juchą lordowskiego syna. Puściłem karczmarza, a tamten bez namysłu napełnił kolejny kufel.

– Na dwór, skurwysyny! – ryknął kapitan straży, zwalając na podłogę stojące na najbliższym stole resztki jadła i naczynia.

– Co się tak gapicie? – wrzasnął jeden z jego popleczników, zauważając, że część klienteli wciąż trwa przy kuflach, zaintrygowana zaistniałą sytuacją. – Wykurwiać na zewnątrz! Chyba że który chce zatańczyć! – Dopiero groźba zawiśnięcia na stryczku przemówiła do wyobraźni pijących.

Po kilku chwilach gospoda była niemalże pusta. Szlachcic został położony na wyczyszczonym stole. Jeden z żołnierzy podtrzymywał mu głowę, drugi natomiast naciskał na krocze, starając się zatamować krwawienie. Młodzieniec darł się wniebogłosy, jakby obdzierano go ze skóry.

– To może ja pójdę po Hankę, naszą zielarkę – zaproponował Fryderyk.

– Nigdzie, psia mać, nie pójdziesz! – Zastąpił mu drogę jeden z żołnierzy. – Wyślij jednego z parobków. Sam lej dziedzicowi do pełna najlepszej gorzały. Musimy go znieczulić. Zresztą – przerwał w pół zdania – mnie też nalej.

– Zaraz, zaraz – wtrącił się kapitan. – Na kij tu zielarka? Nam medyka trzeba.

– Hanka to taka zielarka, nie zielarka. Twarda i zmyślna baba. I eliksir na suchoty uwarzy i rannego na polowaniu chłopa zaszyje…

– Ma rację – wtrąciłem. – Nie tak dawno ropiejącą ranę po wyłupionym oku mi opatrzyła i rękę uratowała. – Południowcy zmierzyli podejrzliwym wzrokiem wyrastającą spod opaski bliznę. – Dziewka radzi sobie z igłą nie gorzej niż nadworna szwaczka. Bez niej leżałbym teraz w bezimiennym grobie.

– A tyś kto? Przecież kazano wszystkim wypierdalać!

– Ragnar. Pomyślałem, że mogę się przydać – odparłem.

– Ragnar z?

– Ragnar znikąd.

Moja odpowiedź najwyraźniej nie spodobała się żołnierzowi. Strzelił mnie w twarz pancerną rękawicą, aż zobaczyłem księżyc i gwiazdy. Mogłem go bez problemu powalić, byłem jednak wystarczająco trzeźwy, by się powstrzymać. Żołdak brał kolejny zamach, zastopowały go jednak słowa przełożonego.

– Zostaw, Rolf. Widziałem jak wracał z kanałów z tuzinem świńskich łbów. – Paru towarzyszy broni pokiwało z uznaniem głowami.

Mój sposób na wyprawę w kanały opierał się na założeniu, że człekokształtni mieszkańcy podziemi kultywują podobne zwyczaje co ludzie. Nie reagowałem, gdy wylegli na ulice, mordując, gwałcąc i plądrując co tylko się dało. Wyczekałem czasu świętowania. Gdy tylko stworzenia posnęły, upojone wyniesionym z oberży sfermentowanym miodem, ruszyłem do ataku. Mało co szło mi równie dobrze, co wykrwawianie zaspanych oprychów.

– Mówcie, jak mogę pomóc – westchnąłem, odbierając oberżyście szmatę, którą wycierał naczynia i tamując krwawienie z rozciętej wargi.

Mijały kolejne, długie minuty. Atmosfera trochę zelżała, dlatego podszedłem do kapitana i razem z nim zacząłem badawczo wpatrywać się w rannego spadkobiorcę tronu. Gdyby dziedzica urządziła tak jedna z lokalnych młódek, nie potrzebowano by mnie do poszukiwań – pomyślałem. Zacząłem mnożyć w głowie rozmaite scenariusze. Czyżby strażnicy nie dopilnowali lordowskiego syna i dopadła go zdesperowana strzyga? Może straż stawiła czoła szczuroludziom? Czyżby diabliki? Gryf? Atak drzewca? Nie ucierpiał jednak nikt poza arystokratą, a jedyną zadaną raną była ta barwiąca nogawice.

Stan poszkodowanego zdawał się poprawiać. Okaleczony młodzian wciąż wyglądał blado, jednak powoli dochodził do siebie.

– Zanim przejdziemy do konkretów, kapitanie, wywal za drzwi tych, którzy nie są w temacie – wyszeptał z trudem.

Przywódca straży nie musiał powtarzać komunikatu. Żołnierze wiedzieli, że z wysoko postawionymi personami nie ma żartów. Karczmarz ponownie spróbował czmychnąć na zewnątrz, jeszcze raz został jednak powstrzymany.

– Zostań i nalej mi wina – z trudem wyjąkał okaleczony szlachcic. – Jak dobry jesteś w tropieniu, Ragnarze znikąd? – W oczach arystokraty malował się wyraz bólu i chęć zemsty.

***

Gdy spojrzałem w stronę puszczy, po moich plecach przebiegły ciarki. Wiatr delikatnie kołysał szczyty drzew. Nad ziemią unosiła się mistyczna mgiełka, nad którą latały chmary szaroburych ciem i migotliwych świetlików. Z wnętrza lasu dochodziły odgłosy dzikiej zwierzyny. Obok pohukiwania sów i rżenia żubrów dało się słyszeć ponure pomruki drzewców i chichoty złośliwych chowańców. Miałem nadzieję, że nigdy więcej nie będę zmuszony zapuścić się w głębokie, leśne ostępy, los jednak postanowił inaczej.

Nie w smak było mi szukanie przygód. Towarzyszące misji ryzyko mimo sporej zapłaty wciąż pozostawało nieopłacalne. Wszakże na cóż przydadzą się nieboszczykowi choćby i niezliczone bogactwa? Zdążyłem polubić miasteczko bez nazwy. Ukochałem jego przewidywalność. Zadomowiłem się między piersiami Marleny. Czułem, że w końcu odnalazłem na świecie swoje miejsce. Nie chciałem go opuszczać, wiedziałem jednak, że nie warto odmawiać wysoko urodzonym. Zresztą – zgubiła mnie własna pycha. Mogłem po prostu wyjść z karczmy za resztą hołoty, nie pakując się w niepotrzebne kłopoty i zostawiając sprawę innym, dzielnym śmiałkom.

Dostałem glejt i pokaźną zaliczkę, która pozwoliła mi zakupić klacz, niedźwiedzie futro i zapasy, dzięki którym przeżyłbym w lesie choćby i cały miesiąc. Nie planowałem spędzić poza murami miasta więcej niż kilku dni, na wszelki wypadek wolałem się jednak zabezpieczyć. Lordowskie poręczenie w lesie pełnym strachów było przydatne niczym grabie na polu bitwy i tak miałem je jednak zamiar zatrzymać. W końcu, kto wie, co spotka człowieka na trakcie?

W skupieniu się na podążaniu tropem uciekinierów przeszkadzała mi opowieść, którą podzielił się ze mną lordowski syn. Wydawało mi się, że widziałem już na tym świecie naprawdę wiele. Nie spodziewałem się, że cokolwiek jest mnie jeszcze w stanie wprawić w osłupienie.

Po wsiach krążyły historyjki o psychopatycznych arystokratach, którzy w ramach rozrywki potrafili mordować całe społeczności. Niepokorne dziewczęta straszono złymi do szpiku kości książętami, którzy oddawali się w swoich lochach obrzydliwym dewiacjom. Sama Marlena zdradziła mi, że ojciec w młodości zagroził, że jeśli nie przestanie oglądać się za stajennym, sprzeda ją bogatym panom. Ludzie traktowali opowieści tego typu jak niedorzeczne farmazony, ponieważ większości z nich nie spotkały z rąk wysoko urodzonych żadne przykrości. Ci jednak, którzy poznali prawdę, nie dostali szansy na podzielenie się nią z innymi.

Gusta spadkobiercy południa można było w najdelikatniejszym wypadku nazwać nietypowymi. Wyglądało na to, że męczenie parobków nie robiło już na nim większego wrażenia. W pewnym momencie arystokratę przestały bawić płacze na wpół obdartych ze skóry, nabitych na pale dziewcząt. Niepodniecające stały się polowania, na których w roli zwierzyny występowały zaczynające dojrzewać sieroty. Dziedzica w zasadzie w ogóle przestało interesować ludzkie ciało. Wszelkie jego tajemnice zostały odkryte, stając się nudnymi oczywistościami. Po zamku szybko rozniosły się plotki o tym, że by przypodobać się przyszłemu władcy nie należy sprowadzać na dwór pachnących ślicznotek i pięknych chłopców, a stworzenia nietypowe. Najlepiej posiadające cechy fizjonomii kobiecej. Tak, by lordowski syn poza ciekawością, mógł zaspokoić również apetyt seksualny.

Mogłem się tylko domyślać, jak bardzo szlachcic tęsknił za swoimi niewinnymi zabawami. Trzy lata poza domem musiały potwornie wdawać mu się we znaki. Nic dziwnego, że gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja, ogłoszono konkurs na znalezienie arystokracie wybranki serca.

Nie jestem w stanie wytłumaczyć, czemu dziedzic podzielił się ze mną opowieściami o miłosnych podbojach. Wydawało mi się, że opowiadanie o swoich dewiacjach przynosiło mu pewnego rodzaju ukojenie. Gdybym nie znał wysoko urodzonych, mógłbym pomyśleć, że szukał akceptacji. Doświadczenie zdobyte jako giermek na królewskim dworze pozwalało mi jednak z całą pewnością stwierdzić, że zwierzanie się z grzechów było jedynie kontynuacją gry. Młody sadysta uwielbiał opowiadać prostym ludziom o swoich zboczeniach. Obserwować ich reakcje. Chłonąć strach przed tym, że za chwilę oni sami mogą stać się jego ofiarami.

Konkurs wygrali krążący po lasach zwiadowcy. Co ciekawe, zupełnym przypadkiem. Z powodu przeludnienia w mieście panował głód. Kto tylko potrafił polować, zabierał ze sobą kuszę i ruszał w mniej niebezpieczne rejony puszczy.

Jeden z żołdaków wpakował bełt w bok przemierzającego las jelenia. Wielkie było jego zdziwienie, gdy okazało się, że zranił istotę będącą hermafrodytyczną hybrydą wspomnianego rogacza, człowieka i lochy. Żołnierz zrozumiał jakim jest szczęściarzem dopiero wtedy, gdy upewnił się, że maszkara wciąż dycha, a pomiędzy jej pokrytymi włosiem udami skrywa się coś, w czym dziedzic będzie mógł zanurzyć swój członek.

Opis kreatury nie pasował do któregokolwiek z mieszkańców lasu, z jakim dane było mi do tej pory się mierzyć. Pojmaną nazywano driadą, jednak z tego, co usłyszałem, jej ciała nie pokrywały mech i kora. Nie towarzyszyły jej diabliki i nie miała czerwonej skóry, więc nie była też satyrem. Istotę cechowała niesymetryczność. Ze zniekształconej twarzy wyrastał co prawda płaski, czarny nos, wielkie uszy i poroże. Plecy częściowo pokrywały charakterystyczne, białe cętki, a klatkę i podbrzusze zdobiły dwa szeregi nabrzmiałych, zakończonych wielkimi sutkami, kobiecych piersi. Mimo to tylko jedną z czterech kończyn wieńczyło kopyto. Stworzenie posiadało ludzkie dłonie i stopę. Żołnierze twierdzili, że straszydło próbowało się nawet z nimi porozumieć, nie mogli jednak zrozumieć mieszanki jeleniego rżenia i ludzkiego bełkotu. Dziwaczna mowa wprawiała ich w zakłopotanie, dlatego w drodze powrotnej do bram miasteczka, postanowili zakneblować mu pysk.

Od momentu, w którym bestia została skuta łańcuchami w prowizorycznej komnacie tortur, nic nie trzymało się kupy. Miłosne igraszki przerwał parze zakochanych stojący pod drzwiami wartownik. Domyślałem się, że jego prosty umysł został opanowany przez zły urok. Działający wbrew własnej woli lunatyk ogłuszył arystokratę, uwolnił z okowów jego maskotkę, po czym pomógł jej pozbawić dziedzica możliwości przedłużenia rodu. Potem zapakował maszkarę na wózek i wyjechał z nią na zewnątrz. Nikt nie zorientował się, że coś jest nie tak. Żołnierz poinformował towarzyszy broni, że harce dobiegły końca. Miłosne igraszki trwały co prawda jedynie kilka minut, gwardzistom wydało się jednak sensownym, że po tak długim okresie wstrzemięźliwości, młodzian poddał się impulsowi i poszedł na całość. Istota wyglądała na nieżywą, więc puścili kamrata, wierząc, że zmierza do lasu, by pozbyć się truchła. Gdyby jedna ze służących nie została wysłana, żeby posprzątać w loszku, ród Lorda, Który Nie Ugiął Kolan straciłby jedynego sukcesora.

***

Pogoń za zbiegami ciągnęła się od tygodnia. Mogłem poruszać się szybciej, wiedziałem jednak jak zdradziecki bywa las. Ponownie odkrywałem jego mroczne zakamarki. Podziwiałem potężne konary wiekowych dębów, ozdobione szeregami paproci łyse polany i apokaliptycznie wyglądające, trawione przez mokradła pozostałości po zapomnianych cywilizacjach. Spałem w jaskiniach, między listowiem w bukowych koronach i opuszczonych niedźwiedzich gawrach. Kryłem się w zaroślach przed zazdrosnymi driadami, obserwowałem harce faunów i handlowałem z chciwymi koboldami, wymieniając świecące błahostki na prowiant. Uwędzone szczury, żaby i wiewiórki nie należały może do najsmaczniejszych, jakiekolwiek nie powodujące zatrucia pożywienia było jednak w tych stronach na wagę złota. Napotkałem na swojej drodze wiele, w większości nieprzychylnych człowiekowi stworzeń. Nauczyłem się rozpoznawać, którzy ze Starych Bogów władali danymi obszarami, dowiadując się w ten sposób gdzie lepiej nie zatrzymywać się na noc. Im więcej spotykałem na mojej drodze pokrytych niezliczonymi gatunkami grzybów pni, tym bliżej byłem serca Próchniejącego Boga. Gdy robiło się znienacka chłodniej i ciemniej wiedziałem, że wkraczam w czarne doliny. W królestwach demonów z kolei czerwieniało słońce, a w powietrzu czuć było posmak siarki.

Z każdym kolejnym dniem zaczynałem coraz bardziej wątpić w powodzenie misji. Były momenty, w których wydawało się, że depczę uciekinierom po piętach. Za każdym razem jednak, gdy gotowałem się do konfrontacji, ślad nagle się urywał. Wyglądało to tak, jakby istota, którą goniłem, posiadała umiejętność teleportacji, zapadania się pod ziemię lub potrafiła latać. Zanim na nowo trafiałem na trop, wiele godzin krążyłem po okolicy. Mówiąc trop, nie mam zresztą na myśli śladów stóp, czy racic – to byłoby niemal niemożliwe. Stworzenie zostawiało mi wskazówki. Wiszące na gałęziach, pobrzękujące uderzającymi o siebie krzemieniami łapacze snów. Wydrapane na korze niepokojące symbole. Leżące w nakreślonych grzybnią i krwią kręgach jelenie czaszki. Szybko zrozumiałem, że przestałem być łowcą. Stałem się zwierzyną, lub trafniej ujmując prowadzonym ku miejscu kaźni bezradnym bydlęciem.

Z dnia na dzień las ogarnęła zima. Trakt pokryły śnieżne zaspy. Nocami chłód doskwierał tak bardzo, że bałem się wychodzić poza namiot, by ulżyć sobie w potrzebie. W czasie wędrówki wiatr bez opamiętania hulał między drzewami, pokrywając moje odzienie grubą warstwą lodu. Coraz trudniej było o znalezienie pod wysoką warstwą śniegu kawałka suchego drewna. Na domiar złego zaczęły kończyć mi się zapasy. Postanowiłem, że najwyższy czas wracać do domu.

Nie wiem, jak długo błądziłem po lesie. Wciąż trafiałem na te same ścieżki, chociaż mógłbym przysiąc, że poruszałem się tylko w jednym kierunku. Co noc nawiedzały mnie koszmary. Miałem wizje, w których jestem zjadany żywcem przez wilki, biorę razem z arystokratami udział w masakrach bogu ducha winnych wieśniaków lub dyndam na szubienicy za udział w buncie przeciw Czerwonemu Królowi.

W końcu od opuszczenia murów minął okrągły miesiąc i nadszedł czas świąt bożonarodzeniowych. Był wigilijny poranek. Obudziłem się, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Przeciwnik sprezentował mi przyozdobioną bezgłowymi wróblami, jemiołą i woskowymi świeczkami sosnę, pod którą leżały trzy stworzone z patyków, gliny i fragmentów ludzkiego ciała laleczki. Głowy dwóch z nich zastępowały ludzkie oczy. Jeszcze inna stworzona z odseparowanych uszu i nosa przypominała upiorną ćmę. Pozostałe miały zamiast korpusów ludzkie palce. Co gorsze zrozumiałem, że zostałem okradziony podczas snu z resztek prowiantu. Zniknął również mój wierzchowiec. Na nic zdały się otaczające miejsce spoczynku czujki i wilcze doły. Odszedłem w pośpiechu, nie zacierając po sobie śladów. Znalazłem oddaloną nieckę, w której zdecydowałem się założyć kolejne obozowisko.

Usiadłem przy rozpalonym ognisku, bacznie obserwując przestrzenie między drzewami i próbując wyrzucić z pamięci obraz upiornego drzewa. Obiecywałem sobie, że nie będę pił przez czas wyprawy, nie przewidziałem jednak, że znajdę się w sytuacji takiej jak ta. Czarna magia mieszała mi w głowie. Obawiałem się, że wkrótce postradam zmysły. Przestanę odróżniać to co prawdziwe, od tego co urojone. Założyłem, że alkohol pomoże mi powrócić do stanu poczytalności. Otworzyłem bukłak z winem i pochłonąłem w kilku łykach całą jego zawartość. Napitek smakował przedziwnie, ale założyłem, że jest po prostu lekko zwietrzały. Wątpliwości pojawiły się, gdy zacząłem tracić czucie w dłoniach. Dopiero wtedy spostrzegłem pokrywającą bukłak zielonkawo – pomarańczową pleśń.

Zmusiłem się do zwymiotowania. Niestety, niewiele to pomogło. By zrozumieć, jak bardzo mylą się ci, którzy uważają gatunek ludzki za władający ziemią, trzeba zmierzyć się z halucynogennymi grzybami.

– Jesteś nikim! Żałosnym workiem mięcha! Pokarmem! – Usłyszałem szyderstwa.

Obróciłem się wokół, nikogo jednak nie dostrzegłem.

– Od jak dawna jesteście na Ziemi? My żyjemy tu od samego początku – zaatakował kolejny rozmówca.

Zrozumiałem, że nie jestem już jedynym kapitanem okrętu. Musiałem dzielić jaźń z potomkami grzybowego bożka.

– Zanim ten, którego uważacie za twórcę wszechrzeczy, wygnał was ze swojego ogrodu, my od dawna władaliśmy Ziemią! – przytaknęła poprzednikowi kolejna postać.

– Wyjdźcie z mojej głowy! – wrzasnąłem, nie wiedząc do kogo.

– Ten świat należy do nas, a wy jesteście jedynie częścią naszej spiżarni! – kontynuował inny głos.

Zorientowałem się, że tracę czucie w nogach. Potem posłuszeństwa odmówiły mi również ręce. Upadłem na kolana i kierowany cudzą wolą zacząłem wybierać z bukłaka pleśń. Dłonie wpychały do moich ust narkotyk, byłem jednak na tyle przytomny, by go nie łykać. Gdy wyplułem gorzkawą papkę, lewa dłoń zdzieliła mnie w nos, prawa natomiast zabrała się za zbieranie z ziemi odrzuconego pokarmu.

– Poddaj się. Odrzuć to co ludzkie i stań się częścią czegoś większego – zaproponował kolejny rozmówca.

Wiedziałem, jaki czeka mnie los, jeśli przestanę walczyć i pozwolę dążącemu do dominacji bytowi zatriumfować. Nie wiem, ile czasu minęło, zanim poczułem, że szala zwycięstwa przechyla się na moją stronę. Dopadł mnie paraliż lewej strony ciała, lecz nikt przynajmniej nie wpychał mi do ust halucynogennej pleśni. Powoli cichły też drążące mój umysł podszepty. Byłem potwornie zmęczony, bałem się jednak, że gdybym zasnął, obudziłbym się jako członek grzybowej armii.

Przeturlałem się na bok i sięgnąłem do leżącego przy szałasie siodła. Znalezienie w sakwach anielskiego pyłu nie było proste, w końcu się jednak udało. Usypałem na leżącym nieopodal zbutwiałym kawałku kory ścieżkę i bez zastanowienie wciągnąłem ją nosem. Przygotowany przez zielarkę specyfik z makowego mleka, mandragory i krwi topielca zadziałał. Nie spodziewałem się jednak, że uderzy z aż taką mocą.

Tańczyłem wokół ogniska, wyjąc niczym wilk i zrzucając z siebie odzienie. Pot lał się ze mnie strumieniami, chociaż wokół szalała zamieć. Nie miałem siły, by dalej podskakiwać, nie dano mi jednak wyboru. Tym razem nie dzieliłem już władzy nad ciałem. Zostałem wypchnięty poza horyzont postrzegania. Stałem się biernym obserwatorem, uwięzionym w zmierzającym do wyniszczenia organizmie.

Ostatecznie nogi poddały się zmęczeniu. Odzyskałem świadomość, jednocześnie, niestety, wpadłem w paranoję. Spędziłem całe popołudnie, kuląc się w prowizorycznym szałasie. Początkowo jedynie trwałem w bezruchu, żałośnie łkając, nasłuchując i ściskając w dłoniach wycelowaną w wejście kuszę. Słyszałem demoniczne chichoty i widziałem na ścianach szałasu pokraczne cienie. Zdawało mi się, że na zewnątrz odprawiany zostaje któryś z zapomnianych rytuałów. Wokół schronienia krążyły strachy na wróble, czarownice i kozy. Maszkary przyzywały jednego ze Starych Bogów. Gdy w końcu zdobyłem się na odwagę i wybiegłem na zewnątrz z bojowym okrzykiem na ustach, dzierżąc oburącz topór, okazało się, że byłem sam. Dłuższą chwilę trwałem w bezruchu, nie mogąc pozbierać myśli. Zrobiło się niepokojąco cicho. Słyszałem tylko świszczący między sosnami wiatr. Wróciłem do środka i usnąłem.

***

Gdy się ocknąłem, ujrzałem pomiędzy drzewami słońce okrywające czerwienią okolicę. Było późne popołudnie. Kac po grzybach łączył się ze szczytowym momentem upojenia opiatami, powodując tętniący ból głowy. Leżałem nagi, trzęsąc się z zimna. Zrozumiałem, że jestem bliski hipotermii. Wciąż byłem odurzony, stan ten jednak w żaden sposób nie mógł równać się z tym, co działo się ze mną wcześniej. Nie byłem pewien, czy zaczynałem trzeźwieć, czy też mój umysł przyzwyczaił się po prostu do towarzystwa niefizycznych bytów. Wiedziałem, że zamarznę, jeśli nic nie zrobię. Z trudnością pokonałem opór ciała i wydostałem się na zewnątrz. Z niepokojem dostrzegłem, że ognisko zgasło dawno temu. Odgarnąłem patykiem popiół. Pod grubą warstwą pyłu krył się tlący żar. Wyjąłem z jednej z sakw w siodle rozpałkę z sosnowych igieł i żywicy. Położyłem ją na węgielku i zacząłem dmuchać. Uradowałem się, widząc pojawiający się dym i buchające spomiędzy niego jęzory ognia. Szybko posmutniałem, słysząc w oddali wilcze pieśni. Podłożyłem trochę patyków, po czym ruszyłem na poszukiwanie porzuconego w narkotykowej furii odzienia. Pierwsze znalazłem wełniane skarpety i skórzane rajtary. Potem niechętnie wciągnąłem na siebie oszronioną, sztywną bieliznę, skórzaną kurtkę i nogawice. Między drzewami odnalazłem kolczugę, którą po założeniu owinąłem odszukanym w zaroślach pasem. Na samym końcu odnalazłem na jednej z gałęzi niedźwiedzie futro. Wsadziłem w płomienie parę grubszych drew, po czym usiadłem przy nim na pieńku, wyciągając przed siebie sine ręce i nogi. Potwornie bolała mnie głowa, czułem jednak pewnego rodzaju ulgę. Halucynogenna pleśń i opiatowa mikstura pozbawiły mnie zarówno resztek sił jak i zmartwień. Wkrótce zrobiło mi się trochę cieplej. Byłem senny, wiedziałem jednak, że zamarznę, jeśli przestanę dorzucać do ognia.

Gdy zaczęło zachodzić słońce, przestał padać śnieg, a las spowiła mgła. Nie chciałem odchodzić od obozowiska, musiałem jednak uzupełnić zapas drewna. Umocowałem u pasa topór, przerzuciłem przez plecy kuszę i oświetlając zagajnik pochodnią, ruszyłem przed siebie w poszukiwaniu gałęzi. Nie uszedłem kilkunastu kroków, gdy stanąłem u progu katedry.

Przed założeniem obozowiska wielokrotnie obszedłem okolicę, upewniając się, że będzie odpowiednia ze strategicznego punktu widzenia. Nie dostrzegłem żadnych budynków. Gdybym tylko jakiś napotkał, z pewnością skorzystałbym z takiego schronienia. Niezauważenie zawalonej chatki leśniczego graniczyłoby ze skrajną nieodpowiedzialnością. Nie zwrócenie uwagi na ogromny, gotycki kościół z wieżą wyrastającą ponad czubki drzew było natomiast niemożliwe. Po paru kolejnych krokach spostrzegłem, że ziemię wokół upiornej budowli nie pokrywa śnieg, a gruba warstwa mchu i liści. Tak, jakby ktoś przeniósł strukturę z odległej, bardziej przyjaznej krainy.

Chciałem odejść, coś jednak przyciągało mnie do wnętrza świątyni. Czułem się jak kuszona światłem pochodni ćma. Domyślałem się, co ze mną będzie, jeśli podążę w stronę ognia, nie mogłem się jednak powstrzymać. Zapomniany byt obiecywał schronienie i ciepło. Milczał jednak o cenie, którą będę musiał zapłacić. Z wewnątrz dochodziły odgłosy biesiady. Chichoczące panienki, stukające kielichy, kojące dźwięki lutni, fletów i harfy. Cóż mogłem zrobić? Poszedłem.

Gdy tylko przekroczyłem próg kościoła, odgłosy ucichły. Wszechobecną ciszę mącił jedynie dochodzący z drugiego końca, niepokojący odgłos. Przypominał mlaskanie wydawane podczas wymiany namiętnych pocałunków, lub łapczywego pochłaniania przejrzałego owocu. Ostatnie promienie zachodzącego słońca wpadały do środka przez wielobarwne witraże, oświetlając wnętrze dziesiątkami oscylujących wokół różu, czerwieni i oranżu kolorów. Dźwięk dochodził z ołtarza. Zauważyłem, że coś wije się na kamiennym stole, z tej jednak odległości nie mogłem dostrzec co.

Starałem się iść jak najwolniej i najciszej. Po drodze obserwowałem utrwalone na witrażach sceny ze starotestamentowych przypowieści. Wybrano te, w których objawiała się boska mściwość, bezwzględność i okrucieństwo. Ilustracje Wielkiego Potopu, Anihilacji Sodomy i Plag Egipskich robiły wrażenie, dech jednak zapierały te przedstawiające wydarzenia, które nie zostały zapisane w Biblii. Nabijane na pale zastępy aniołów, wyrzucany do oceanu czerwony smok czy umarli osaczający spowitą jaśniejącym całunem, związaną łańcuchem niewiastę z przyciętymi skrzydłami. Gdy zawieszałem na nich wzrok, wydawało mi się, że witraże żyją. Postacie poruszały się, kontynuując nieskończone pętle tragicznych losów. Nie byłem pewien, czy to co widzę jest kolejną deliryczną wizją czy manifestacją zaklętej w tych murach, mrocznej magii.

Zaklęte w kamiennych posągach twarze świętych doskonale oddawały nastrój świątyni. Wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu. Przestrzeń między ścianami a podtrzymującymi wygasłe świece stojakami zdobiły pajęcze nici. Mijałem kolejne szeregi próchniejących, pokrytych mchem ławek. W niektórych z nich leżały obleczone w czarne habity kości. Do któregokolwiek z pradawnych bractw należała świątynia, ich członków nie można było już spotkać w żadnej z cywilizowanych krain. W końcu podszedłem do ołtarza na tyle blisko, by móc oświetlić go światłem pochodni. Przed zwisającym do góry nogami krzyżem, na ceremonialnym stole oddawała się rozkoszy para kochanków. Rytmicznie poruszająca biodrami zjawa pochylała się nad wybrankiem serca, nie przestając zasypywać go pocałunkami. Kruczoczarne włosy kontrastowały z bladym, wychudzonym ciałem. Postąpiłem kilka kolejnych kroków i dopiero wtedy zrozumiałem, jakim byłem głupcem. Zdążyłem upuścić na ziemię pochodnię i przycisnąć do ramienia kuszę. Zanim jednak wycelowałem, broń wyleciała z dłoni, przebijając jeden z witraży i wylatując na zewnątrz. Matrona zeszła ze swojej ofiary, obracając się w moją stronę. W tym samym momencie zaszło słońce, a w kościele zapłonęły wszystkie świece. Ich migotliwe światło odbijało się od czarnych niczym zaświaty oczu. Potwornie okaleczona twarz i leżące na ołtarzu serce sugerowały, że zahipnotyzowany żołnierz nie zginął dobrą śmiercią.

– Zaczynałam się martwić, że się nie spotkamy – zachichotała diablica, wstydliwie ukrywając twarz w dłoniach.

Z jej obryzganej twarzy spływały strumienie krwi. Sięgnęła do ust, po czym rozmazała juchę na swoich piersiach i podbrzuszu.

– Podobam ci się? – zadrwiła.

Chociaż wyglądem przypominała człowieka, niewiele miała w sobie człowieczeństwa.

– Kim jesteś? – zapytałem, próbując wycofać się w stronę wyjścia.

Teleportowała się, w mgnieniu oka stając ze mną twarzą w twarz. Zanim chwyciłem topór, odepchnęła mnie z siłą tak ogromną, że lecąc przewróciłem kilka szeregów ławek. Potem uniosła się nade mną, obnażając w uśmiechu ostre kły.

– Jestem wiedźmą.

– Nie wyglądasz na wiedźmę – z trudnością odparłem, starając się podnieść na łokciach.

– Nie wstawaj – grzecznie poprosiła, unosząc mnie za pomocą siły umysłu na swoją wysokość.

– Zawsze wyobrażałem sobie czarownice jako bezzębne staruchy, narzekające na ból pleców i niechętnie opuszczające swoje zaszyte w lasach domostwa.

– A widziałeś kiedyś jakąś, dzielny rycerzu?

– Do tej pory nie – odparłem, starając się nie patrzeć w jej pozbawione wyrazu oczy.

Służka szatana wykonała w powietrzu okrężny gest, na skutek którego obróciliśmy się do góry nogami.

– Skąd więc możesz wiedzieć, jak wygląda wiedźma?

Z jej czaszki wysunęła się para jelenich rogów. Złowieszczy śmiech dudnił w uszach niczym pogrzebowe dzwony. Kości zaczęły chrupać, zmieniając ułożenie. Pod skórą pulsowały mięśnie i nabrzmiałe od czarnej krwi żyły. Z każdą chwilą coraz lepiej pasowała do przedstawionego mi opisu.

– Tak mnie sobie wyobrażałeś? – zapytała, drażniąc po kolei każdy z ośmiu sutków.

– Tak zostałaś opisana.

Czarownica zbliżyła się, zdzierając ze mnie niedźwiedzią skórę i powoli rozpinając kurtkę.

– Jak mogłaś dać się pojmać garstce śmiertelników?

Rozwiązała pas, pozwalając zsunąć się kolczudze i mocno łapiąc mnie za przyrodzenie. Stęknąłem z bólu. Próbowałem nie panikować, kiepsko mi jednak szło.

– Była pełnia. Początek zimy. Uwierzyłbyś, gdybym powiedziała, że wracałam z sabatu? – Z końców jej palców wysunęły się szpony, którymi poczęła kreślić na moim podbrzuszu wężowe symbole. Z otwartej jamy brzusznej, zaczęły wyślizgiwać się jelita.

– Byłam zmęczona – kontynuowała. – Zmęczona wyciem do księżyca, dawaniem dupy samemu szatanowi i rodzeniem hord jego pokracznych sługusów.

Jeden z jej palców przebił skórę na mojej piersi, przeciskając się między żebrami i dotykając tętniącego organu.

– Masz dobre serce – wyszeptała, oblizując szpony.

– Skończ ze mną szybko. Nie traktuj tego osobiście – wykrztusiłem przez zęby. – Wziąłem to zlecenie, bo nie miałem wyboru – wybełkotałem, nie mogąc złapać oddechu.

– Z jednej strony sam wiesz, że mogłeś wybrać inaczej. Z drugiej, wybór to tylko iluzja mamiąca umysły prostaczków. – Zamyśliła się, milknąc na dłuższą chwilę. Trochę tak, jakby sama od bardzo dawna podążała przeznaczoną jej od zarania dziejów ścieżką. – Nawet gdybym chciała, nie mogłabym – w końcu zawyrokowała. – Wciąż nie wróciłam do pełni sił. Twój poprzednik wyzionął ducha szybciej, niż się tego spodziewałam. Potrzebuję cię żywego – westchnęła, przygryzając wargę.

Dopadła mnie histeria. Nie tylko ze względu na perspektywę powolnej śmierci na skutek wymyślnych tortur. Przebite płuco nie pozwalało dostarczyć organizmowi wystarczającej ilości tlenu, wymuszając zadyszkę.

– Ciiicho – wyszeptała, zbliżając wskazujący palec do moich ust. – Uspokój się. Nie będzie tak źle. To może być dobry miesiąc. Jak nam dobrze pójdzie, może nawet dwa. Skończymy akurat na wiosnę i kolejny sabat – dodała, zanurzając kły w moim barku.

Czułem, jak pozbawia mnie sił. W tym tempie wykończy mnie do poranka – w mojej świadomości pojawiła się złudna nadzieja.

– Na razie wystarczy. – Odsunęła głowę, obdarowując mnie pocałunkiem. Zauważyłem, że moja krew na jej wargach i kłach połyskuje zielonkawą barwą. – Obok nieopisanego bólu, spotka cię dużo przyjemności. Ugoszczę cię jak króla. Nie musimy przed nikim uciekać, więc zamieszkamy w mojej chacie na szczycie starego jesionu. Będę cię na zmianę uzdrawiać i pożerać. Będziesz karmiony wymyślnymi przysmakami i pojony najlepszym winem. Utyjesz. Uwielbiam smażyć na ludzkim tłuszczu – rozmarzyła się, oblizując szpiczaste zębiska. – Poza tym lubię się kochać. Mężczyźni są miłą odskocznią od śmierdzących, oziębłych demonów. Spełnię każdą twoją fantazję. Musisz po prostu się z tym pogo… – urwała w pół zdania.

Zaczęła się trząść, tocząc zieloną pianę z ust i nosa. Po chwili oboje wylądowaliśmy na posadzce. Uderzyłem się w głowę, na szczęście jednak lewitowaliśmy jedynie odrobinę nad ziemią, dlatego szybko się pozbierałem. Słyszałem, jak czarownica zaczyna się krztusić.

– Co mi zrobiłeś? – zaczęła żałośnie łkać, trzymając się za brzuch – Co się ze mną dzieje? – skuliła się, wymiotując zielonkawą breją.

– Witaj w moim świecie – odparłem, starając się odnaleźć między ławkami zgubiony topór.

Wyglądało na to, że uratowała mnie wypełniająca żyły mieszanka halucynogennej pleśni, opiatów i alkoholu. Z każdą chwilą wiedźma coraz bardziej opadała z sił. Początkowo w jej ciele schowały się rogi, kły i szpony. Przez krótki moment była piękną, dojrzałą kobietą. Potem zaczęła się w zastraszającym tempie starzeć.

– Nis nie wisę – wysepleniła, odsłaniając bezzębne dziąsła.

Posiwiały, a potem wypadły jej niemal wszystkie włosy. Skóra stała się pomarszczona. Na wystający brzuch opadły zwiotczałe piersi. Czerń oczu ustąpiła bieli ślepoty.

– Prosę, pomós mi – zapłakała, czołgając się po podłodze i próbując wymacać trzęsąca dłonią coś, na czym mogłaby się podeprzeć.

W końcu znalazłem topór. Wrząca krew buzowała w moich żyłach. Kulałem na jedną nogę, jedną z dłoni musiałem podtrzymywać wiszące flaki i z trudnością łapałem oddech, mimo to miałem przewagę. Wiedźma nie była już tą potężną, przedwieczną istotą, która mogła ze mną zrobić na co tylko przyszła jej ochota. Stała się zwyczajną, bezbronną staruszką.

– To nic osobistego – westchnąłem, przyciskając służkę diabła kolanem do podłogi.

– Posekaj! – Zaczęła młócić w powietrzu rękoma.

– Posekaj, posekaj. I co to niby zmieni?

– Mose das si więsej, nis jestes sobie w stanie…

Uderzyłem, zanim dokończyła. Nie mogłem złapać równowagi, ponadto w zadaniu czystego ciosu przeszkadzało mi jej wierzganie. Topór wszedł pod złym kątem, zaklinowując się głęboko pod barkiem. Co gorsze raniona wciąż nie dawała za wygraną. Nie była już w stanie mówić, mimo to dalej się rzucała, obryzgując mnie krwią.

– Przestań się ruszać, cholero! – krzyknąłem, ze łzami w oczach.

Nie chciała usłuchać, dlatego siekłem, jak tylko się dało. W powietrzu latały strzępy skóry, ścięgna i fragmenty czaszki. Kiedy w końcu odrąbałem jej głowę, zorientowałem się, że świątynia zamieniła się w rzeźnię.

Opadłem obok jej ciała, starając się uspokoić oddech. Zaczął opuszczać mnie bitewny szał. Zauważyłem wystający z łydki, złamany piszczel. Nie dam rady dotrzeć w tym stanie do domu – uzmysłowiłem sobie. – Nie bez wierzchowca. Spróbowałem oprzeć się o jedną z ławek, ból szybko zmusił mnie jednak do rezygnacji z tego pomysłu. Głowa bezwładnie opadła na prawą stronę. Przez przymknięte oczy zauważyłem leżący nieopodal, obrócony w moją stronę, odseparowany łeb. Nie chciałem by był ostatnią rzeczą, jaką zobaczę przed śmiercią. Zamknąłem oczy, przenosząc się do pokoju nad karczmą.

***

Myślałem o Marlenie. Wspominałem jej piękny uśmiech i łagodne, naiwne oczy. Wyobrażałem sobie, że leżymy obok siebie, zmęczeni miłosnym uniesieniem. Muskam końcami palców jej gładką skórę. Okłamuję ją, szepcząc do ucha, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem. Potem wyznaję prawdę, dodając, że jest najlepszym, co spotkało mnie w życiu. Zasypiam, chowając twarz w jej piersiach i wsłuchując się w bicie serca.

Gdy otworzyłem oczy, ujrzałem leżące obok rudowłose dziewczę.

– Noszę twojego syna – oznajmiła Marlena, kładąc jedną z dłoni na lekko zaokrąglonym brzuchu.

Nie miałem zamiaru odpowiadać. Wolałem założyć, że to, co widzę, jest tylko agonalnym delirium.

– Nie musisz umierać. Wciąż możesz wszystko naprawić. – Posmutniała. – Znasz ten świat. Chyba nie chcesz, by twój syn dorastał w nim bez ojca?

– Nie chcę – z trudem wyszeptałem. Wizja skazanego na publiczny lincz rudzielca i wstyd, z którym musiałby dorastać mój potomek, rozwiązały mi język.

– Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz?

– Czujesz to. Każdy przyszły ojciec to czuje.

Nie mogłem zaprzeczyć. Przez kilka długich chwil oboje trwaliśmy w milczeniu.

Oczami wyobraźni ujrzałem jak Fryderyk wyrzeka się córki i dojrzewającego w jej łonie bękarta. Od tej pory dziewczyna puszcza się między żołnierzami, żeby zarobić na kromkę chleba i dożyć końca zimy. Gdy wojsko opuszcza miasteczko i przychodzi wiosna, zostaje wygnana do lasu. Zrozumiałem, że nie mam wyboru.

– Co muszę zrobić?

– Wystarczy, że staniesz po właściwej stronie. Wyrzeknij się Boga i zaufaj nowemu Panu. – Jej oczy wypełniła ciemność, a w ustach pojawiły się ostre kły. – Odzyskanie rodziny to tylko początek. Razem zabierzemy cię do dalekich krain. Staniesz się bogaty. Pomożemy ci zebrać armię, dzięki której podporządkujesz sobie pół świata. – Marlena coraz mniej przypominała siebie, a coraz bardziej kochankę szatana.

Nigdy nie marzyłem o tym, by stać się kimś wielkim. Nie pragnąłem władzy i niezliczonych bogactw. Nie szukałem wspaniałych przygód. Gdyby tylko wiedźma wiedziała, jak niewiele brakowało, by owinęła mnie sobie wokół palca.

– Razem dotrzemy tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek – roześmiała się demonicznie, a z jej skroni wystrzeliła para jelenich rogów. Po chwili po Marlenie nie było śladu. Rozmawiałem z głową wiedźmy.

– Pierdol się – charknąłem przez zęby.

– Co? – wydarła się bestia. Na jej twarzy malowała się mieszanka gniewu i zaskoczenia.

– Ja już dotarłem tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek – wytłumaczyłem, łapiąc łeb i odrzucając go w stronę ołtarza.

Czarownica nie przestawała wrzeszczeć, zacząłem jednak tracić słuch, więc prawie jej nie słyszałem. Wkrótce potem zobaczyłem przed sobą zasłonę czerni. Poczułem niemoc i żal. Oddałbym wszystko, by zobaczyć jeszcze raz Marlenę. Wiedziałem jednak, że wiedźma próbowała mnie oszukać. Po moich policzkach spłynęły łzy. Zrozumiałem, że żyłem jak głupiec i tak samo też umrę. Gdybym nie był tak tępy i pyszny, zamiast pakować się w bezsensowną pogoń za prastarą istotą, mógłbym po prostu uciec z Marleną na północ. Zaliczka od lordowskiego syna i pieniądze, które dostałbym za rynsztunek wystarczyłyby na zbudowanie skromnego domostwa i kupno skrawka ziemi. Mógłbym zostać prostym farmerem. Spłodzić gromadkę dzieci. To byłoby proste, ale dobre życie.

Nie chciałem umierać. Bałem się śmierci, ale zaczęła ogarniać mnie obojętność. Chwilę przed końcem wciąż miałem nadzieję, że poczuję na sobie ciepły oddech ukochanej. Nie poczułem jednak niczego. Pochłonęła mnie pustka.

Koniec

Komentarze

Czytałam to już dawno, ale całkiem nieźle pamiętam, a to dobry znak.  Dość naturalistyczne w opisach rzeczywistości i a strefa fantastyki odlotowa. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie wiem czy miłe komentarze od wiernych betujących się liczą… ale się liczą :) Dziękuję!

Przeczytane. :-)

Babska logika rządzi!

No, takie opowiadania mogłabym czytać codziennie. Bardzo podobała mi się warstwa językowa – tekst dosłownie pochłania czytelnika, urzeka bogactwem i barwnością narracji, do tego stopnia, że zapomniałam nawet o wypisywaniu błędów. Niestety, parę się ich znalazło, ale nie chciałam się odrywać od lektury, wybacz ;)

Fabularnie kojarzyło mi się z Wiedźminem. Podobały mi się naturalistyczne opisy, świetnie przedstawiony las i jego niebezpieczeństwa, główny bohater (dający się lubić dupek, a to wcale nie taka prosta do prowadzenia postać). W końcówce troszkę wieje sztampą, ale nic to, postanawiam skupiać się na pozytywach. Naprawdę bardzo dobre opowiadanie, rewelacyjny klimat, piękny język. 

 

Chociaż duży minus za to:

– Skończ ze mną szybko. Nie traktuj tego osobiście – wyksztusiłem przez zęby, starając się nie zwracać uwagi na wylewające się z brzucha wnętrzności.

Myślę, że wylewające się z brzucha wnętrzności są jednak dość absorbujące, a Twój bohater charakteryzuje się podejrzenia wysoką odpornością na ból i szok. Słowem, nie kupuję tego nie zwracania uwagi. Żaden ludź by nie zachował takiego spokoju w podobnej sytuacji. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Mocne. Nie czytałam pierwszej części, ale chyba mi to nie przeszkodziło w niczym. Gdzieś tam w środku ciut bym skróciła. Naturalizm ładnie się zgrywa z całością opowieści.

Gravel:

Miód na serduszko, wiatr w żagle. Zacząłem pisać stosunkowo niedawno, tym bardziej cieszy, że dzięki wnikliwym recenzjom betującym (dzięki bemiku, vyzarcie i Nevazie!) udało mi się wdrapać na poziom “przyjemności językowej”. Zaczynałem tylko od chorych pomysłów rodzących się w głowie – super, że na forum znalazły się dobre dusze, które ukierunkowały ten fantastyczny bełkot.

Odnośnie dużego minusa: dziwie się, że po przeredagowaniu tego tekstu milion razy sam nie zauważyłem oderwania tej kwestii od rzeczywistości. Poprawiam i pokornie proszę o wybaczenie :)

Dziękuję za punkcik do biblioteki!

 

Bellatrix:

Ciesze się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Osobiście bardziej podobał mi się “Ostatni odruch rycerskości” (gdybyś znalazła wolną chwilę: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/16304). Lepiej zmieściłem treść w ilości znaków. W przypadku “Jabłoni, jesionu i jelonka” wyszło odrobinę przydługawo.

Dziękuję za punkcik do biblioteki!

Krzysiek, zostawiłeś to: wyksztusiłem przez zęby, starając się nie zwracać uwagi na wylewające się z brzucha wnętrzności. – ZABIJĘ  CIĘ GOŁYMI RĘCAMI I DOKOPIĘ NOGATKAMI. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki.

Czy to nie przypadkiem groźby karalne? :)

 

To są groźby wykonalne – jak Cię, oczywiście, gdzieś, kiedyś dorwę!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Coś mi się zdaje, że idealnie odnalazłabyś się w roli nauczyciela języka polskiego. Gdybym trafił na takiego belfra, pewnie wiedziałbym jako dorosły człowiek jak napisać poprawnie “wykrztusić”.

Wymogi konkursowe chyba spełnione – tego zła dobrem to się trzeba na siłę doszukiwać…

Historia w miarę ciekawa, ale mam wrażenie, że skrócenie wyszłoby jej na dobre. Zgrzytnęły mi Boże Narodzenie i katedra – jakoś nie pasowały do świata, w którym panicz z nudów torturuje, kogo chce, a miasto otaczają różne, zazwyczaj nieprzyjazne stwory. I o Starych Bogach wspominasz, więc robi się tłoczno na tamtejszym Olimpie. Zaskoczyło ognisko płonące mimo zamieci. Dlaczego kolczuga zsuwa się po rozpięciu pasa? Za to ładne opisy.

Bohaterowie, a właściwie bohater, bo tylko jedna osoba się liczy, bez jakichś cech szczególnych wyróżniających go z tłumu. Łotrzyk, jakich wielu. Tytuł dość luźno powiązany z tekstem. Szczególnie jesion nie rzuca się w oczy.

Warsztat – trafiały się powtórzenia („broń wyleciała […] wylatując na zewnątrz” to już po bandzie), ale ogólnie nieźle.

Babska logika rządzi!

Kolejne opowiadanie dopycham piątym głosem do biblioteki. Zdaje się, autorze, że kolejne Twoje :)

Zasłużyło sobie.

Rzeczywiście masz bogaty język i raczysz nas bogatymi opisami. Dla mnie momentami było tego nawet ciut ciut za dużo, ale to kwestia indywidualnych preferencji. Niektóre elementy opisów lub pojedyncze sformułowania otarły się lekko o szablony, ale wszystko jeszcze w bezpiecznym obszarze. Trzymaj tak dalej, bo ważne, aby znaleźć złoty środek i nie przegiąć w żadną stronę. Sam miewam z tym czasem problemy.

Finklo:

Jeśli chodzi o temat konkursowy złapałem się zaproponowanej przez Ciebie interpretacji “chciałem dobrze, a wyszło jak zawsze“. Zgadzam się, że skrócenie opowiadania mogłoby mu wyjść na lepsze. Bohater rzeczywiście sztampowy do bólu – mam sentyment do “dających się lubić dupków” (cyt. Gravel).

 

Tłum na olimpie:

Troszkę interesuję się wczesnym średniowieczem. Zwłaszcza mentalnością prostych ludzi. Chrześcijaństwo dla wielu ludów europejskich było czymś zupełnie nowym. Lokalne wierzenia mieszały się z wiarą w jednego Boga. W związku z tym, że mało kto znał łacinę (w tym języku odprawiono msze i cytowano pismo święte), nie wiedziano za wiele o samym chrześcijaństwie (poza powtarzanymi do znudzenia fundamentami). Wiedziano natomiast, że przodkowie wierzyli w zamieszkujące drzewa wróżki, południce i kilkanaście bóstw o odrębnych naturach. Nie trudno było połączyć te wszystkie stworki z Jezusem. Podsumowując: może i tłum, za to jaki barwny!

 

Ognisko w zamieci.

Rozumiem, że chodzi o ten fragment:

Tańczyłem wokół ogniska, wyjąc niczym wilk i zrzucając z siebie odzienie. Pot lał się ze mnie strumieniami, chociaż wokół szalała zamieć.

Czy ognisko naprawdę buchało jasnym płomieniem? Czy wokół naprawdę szalała zamieć? A może to wszystko halucynacje wywołane zażyciem psylocybiny i opiatów (nie zachęcam do zrobienia eksperymentu, ale pewnie byłoby ciekawie). Zauważ, że po przebudzeniu z krótkiej drzemki nie ma już zamieci (bohater leży nagi w szałasie – gdyby spał za długo, prawdopodobnie by się nie obudził).

 

Zsuwająca się kolczuga.

Fragment wcześniej:

Służka szatana wykonała w powietrzu okrężny gest, na skutek którego obróciliśmy się do góry nogami.

W pozycji do góry nogami nie mogłaby się nie zsunąć.

 

Tytuł opowiadania.

Nie jestem pewien, czy udało ci się odnaleźć te drzewka w tekście. Jeśli tak, wybacz mi to tłumaczenie. Pozwolę sobie zacytować Nevaza:

(…) dostrzegam pewną warstwę symboliczną w tytule (swoją drogą fajnie brzmiącym). Po jabłonce przychodziła kochanka, na jesion chciała zabrać wiedźma (…)

 

Dziękuję za komentarz i zwrócenie uwagi na nieścisłości!

Unfall:

Jeśli chodzi o “dopychanie znowu mojego tekstu” – może po prostu masz dobry gust :)

 

Dziękuję za docenienie moich wypocin. Może niedługo opublikuje kolejne opowiadanie z cyklu wesołych przygód Ragnara. Ciekawe czy kolejny tekst będzie bliżej czy dalej złotego środka.

 

Pozdrawiam!

Większość argumentów uznaję, zwłaszcza ten z kolczugą. Jesion znalazłam, chociaż się chował.

Ale z religią mnie nie przekonałeś. Jeśli w okolicznych lasach kryją się potwory i każdy może zobaczyć ich truchła od czasu do czasu, to religia głosząca jednego jedynego Boga i to w dodatku częściowo martwego wygląda słabo.

Babska logika rządzi!

Sam się dziwie, że europejczycy wybrali chrześcijaństwo. Nasze słowiańskie wierzenia są o niebo ciekawsze (oh jak bym chciał zamiast tłumu maszerujących w ramach drogi krzyżowej emerytów zobaczyć taką prawdziwą noc kupały :).

 

Chrześcijańśtwo zawsze rywalizowały z innymi wierzeniami. W średniowieczu (jak i po nim i przed nim) na siłę szukało się winnych nieurodzaju, plag, itp. (co kończyło się np. paleniem niewinnych kobiet na stosach). Wierzenia pogan musiały połączyć się z wierzeniami chrześcijan. W naszej rzeczywistości nie ma oczywiście aniołów, demonów, południc, strzyg, szczuroludzi, starych bogów – nigdy nie było. W świecie, który wykreowałem jest wszystko. W tym opowiadaniu autentyczność istnienia Jahwe i związanych z nim istot jest tylko wspominana w dialogach;

 

– Wystarczy, że staniesz po właściwej stronie. Wyrzeknij się Boga i zaufaj nowemu Panu. – Jej oczy wypełniła ciemność, a w ustach pojawiły się ostre kły.

– Zanim ten, którego uważacie za twórcę wszechrzeczy, wysrał was ze swojego ogrodu, my od dawna władaliśmy Ziemią! – przytaknęła poprzednikowi kolejna postać.

 

Jeśli jednak wspominają o tym próchniejące demony/wiedźma – coś musi być na rzeczy.

W poprzednim opowiadaniu, znalazł się np. taki fragment:

 

Piątego dnia nawiedził nas jeden ze starych bogów. Wiązowa postać, w której sercu jaśniał niegasnący płomień. Golem, w którego duszy utrwaliła się wizja objawiającego Mojżeszowi Jahwe. Istota pamiętająca nie tylko czas Niewoli Egipskiej, ale samo wypędzenie ludzi z Raju. Ragnar nie wiedział, skąd wygnany anioł wziął się w lesie. Wiedział natomiast, że nie zadowoli się samą modlitwą. Kolejna wymiana. Klacz nie przypominała baranka, ale wystarczyła. Od tamtej pory poza zbroją, ciągnąłem za sobą to, co wcześniej dźwigał na grzbiecie wierzchowiec Ragnara.

 

Wynika z tego, że Starzy Bogowie to tak naprawdę powołane przez jedynego Boga stworzenia, które z własnych pobudek obróciło się przeciwko stwórcy. Zależało mi na tym, by połączyć mitologie chrześcijańską i pogańską. Nie chcę Cię na siłę przekonywać do smaku tej mikstury. Nie spodziewałem się, że przekonam do tej wybuchowej mieszanki każdego.

(oh jak bym chciał zamiast tłumu maszerujących w ramach drogi krzyżowej emerytów zobaczyć taką prawdziwą noc kupały :).

W wydaniu emerytów? :D

To chyba wystarczy pojechać do sanatorium. ;-)

Babska logika rządzi!

Oj, Finkla ma rację – noce w sanatoriach bywają upojne – tak przynajmniej  słyszałam od mamy, która kiedyś często z nich korzystała, znaczy z sanatoriów. Mogę się domyślić, że rodzicielka i tak nie wszystko mi przekazała, tym bardziej że przeważnie przysłuchiwał się temu tata ;-)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Może dla emerytów są inne święta w wierzeniach słowiańskich? :)

Mam nadzieję, że zanim trafie do senatorium minie jeszcze trochę czasu :)

Wklejam ten komentarz tu, bo przecież pierdoła za mnie i skomentowałem Twój tekst, grucho, pod opowiadaniem gwidona. Ech…

 

Porządnie wykreowany klimat – najmocniejsza strona opowiadania. Bohatera jednak nie polubiłem. Jakoś tak mało w nim własnych decyzji, nie ma zupełnie kontroli nad sprawami i los przerzuca go z sytuacji w sytuację. No ale słabość bohatera nadrabia porządny klimat, pozwalający wczuć się w atmosferę. Dzięki temu lektura była ciekawą przygodą.

 

 

posiadała umiejętność teleportacji

 

że jestem bliski hipotermii

 

Nie pasuje mi, a nawet razi, zastosowanie tych zwrotów w tym klimacie, bo skąd oni mogli znać teleportację albo znać określenie hipotermia. No ale może to moje widzimisię.

 

Pozdrawiam.

Dziękuję za komentarz!

 

Ciesze się, że lektura okazała się dla Ciebie przygodą – to chyba najważniejsze.

Uwagi słuszne – wprowadziłem odpowiednie modyfikacje tekstu.

 

Również pozdrawiam.

Hej! Teraz to już termin minął, nie poprawiamy do wydania werdyktu!

Babska logika rządzi!

Uuuupsss, cofnij zmiany, grucho. ;)

Nie zauważyłem w regulaminie konkursu takiego przykazania.

W takim razie cofnę wprowadzone poprawki i zastosuje je po rozwiązanie konkursu.

Bo w regulaminie nie ma zapisu na ten temat, ale tak się na portalu utarło – póki nie upłynie termin, można poprawiać. Potem już nie wypada.

Babska logika rządzi!

Co mi pozostaje? Nie jestem u siebie, więc zachowam się zgodnie z niepisanymi regułami przyjętymi w towarzystwie :)

Jak zapowiedziałem, nie ruszę już tekstu do rozwiązania konkursu (chociaż spodziewam się, że jak tylko dobiorą się do niego regulatorzy , będzie co poprawiać :).

Zostałam porwana na przygodę i była to przygoda barwna i wciągająca. Podobały mi się wydarzenia i postacie (mimo punktu wyjściowego, który można chyba uznać za oklepany). I język mnie przekonał, zdania-perełki trafiały się dość często.

No a przede wszystkim fajna rozrywka. Lubię takie opowiadania :)

 

Po konkursie możesz poprawić:

 

Kilka dni odpoczynku zamieniły się w kilka miesięcy picia. – zamieniło

Z resztą – zgubiła mnie własna pycha. – zresztą

Kruczo czarne włosy kontrastowały z bladym, wychudzonym ciałem. – kruczoczarne

Pokrywająca jej fartuch, dłonie i jeden z policzków mąka cudownie komponowała się z odziedziczoną po matce nordycką urodą.

nordycka uroda = platynowe albo jasnoblond włosy, cera bez piegów. Chyba nie bardzo pasuje

Oh jak ja lubię jak ktoś nazywa czytanie moich opowiadań braniem udziału w przygodzie (tudzież, jak w Twoim przypadku, byciem porywanym na przygodę). Zakończenie oklepane bo zabiłem i protagonistę i antagonistę?

Trafne spostrzeżenia, zwłaszcza to z nordycką urodą. Wygląda na to, że chodziło mi o irlandzką urodę (chyba). Jak tylko będę mógł, wprowadzę odpowiednie zmiany.

Nie nie, oklepany jest punkt wyjściowy, znaczy początek – karczma, najemny zabijacz potworów itp.

Zakończenie smaczne, choć smutne. :)

Nie odmawiając opowiadaniu zalet dostrzeżonych przez wcześniej komentujących, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że prezentowałoby się ono jeszcze lepiej, gdyby było nieco krótsze. Przeczytałam bez przykrości, ale nie mogę mówić o pełnej satysfakcji.

Ponadto raziły mnie niektóre użyte wyrażenia. W czasach, kiedy nosi się kolczugę i walczy przy pomocy topora i kuszy, dziwnie brzmią takie sformułowania, jak: adrenalina, facjata, psychopatyczny, dewiacje, maskotka, łapacz snów, hipotermia, jama brzuszna, odseparowany łeb, farmer czy …wywalić za drzwi tych, którzy nie są w temacie.

 

Kilka dni od­po­czyn­ku za­mie­ni­ły się w kilka mie­się­cy picia.Kilka dni od­po­czyn­ku za­mie­ni­ło się w kilka mie­się­cy picia.

 

Cięż­ko było zro­zu­mieć, jakie sza­leń­stwo zmu­si­ło bun­tow­ni­ków… – Raczej: Trudno było zro­zu­mieć…

 

Z resz­tą – zgu­bi­ła mnie wła­sna pycha.Zresz­tą – zgu­bi­ła mnie wła­sna pycha.

 

Wy­glą­da­ło na to, że mę­cze­nie po­cho­dzą­cych z ni­skich sfer pa­rob­ków nie ro­bi­ło już na nim więk­sze­go wra­że­nia. – Czy większe wrażenie robiło męczenie parobków pochodzących z wyższych sfer? ;-)

 

Trzy lata poza domem mu­sia­ły po­twor­nie wda­wać mu się we znaki. – Literówka.

 

stra­szy­dło pró­bo­wa­ło się nawet z nimi po­ro­zu­mieć, nie mogli jed­nak zro­zu­mieć… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Z dnia na dzień las ogar­nę­ła zima. Trakt po­kry­ły śnież­ne zaspy. – Bohater od kilku dni jest w lesie. Skąd wie, co dzieje się na trakcie?

 

– Zanim ten, któ­re­go uwa­ża­cie za twór­cę wszech­rze­czy, wy­srał was ze swo­je­go ogro­du… – Jak można kogoś wysrać z ogrodu? A może wysłał/ odesłał?

 

Wszech­obec­ną ciszę mą­ci­ło je­dy­nie do­cho­dzą­cy z dru­gie­go końca, nie­po­ko­ją­cy od­głos. – Literówka.

 

Kru­czo czar­ne włosy kon­tra­sto­wa­ły z bla­dym, wy­chu­dzo­nym cia­łem.Kru­czoczar­ne włosy kon­tra­sto­wa­ły z bla­dym, wy­chu­dzo­nym cia­łem.

 

Potem unio­sła się nade mną, pre­zen­tu­jąc pełny ostrych kłów uśmiech. – Można w uśmiechu zaprezentować uzębienie, ale uśmiech nigdy nie będzie miał zębów. Kłów też nie będzie miał.

Proponuję: Potem unio­sła się nade mną, pre­zen­tu­jąc/ obnażając w uśmiechu ostre kły.

 

od­par­łem, sta­ra­jąc się unieść na łok­ciach. – Nie wsta­waj – grzecz­nie po­pro­si­ła, uno­sząc mnie… – Powtórzenie.

 

po­czę­ła kre­ślić na moim pod­brzu­szu wężo­we sym­bo­le. Z otwar­tej jamy brzusz­nej, za­czę­ły wy­śli­zgi­wać się je­li­ta. – Nie brzmi to najlepiej.

 

To może być dobry mie­siąc. Jak nam do­brze pój­dzie… – Powtórzenie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

kam_mod:

Co ze mnie za pisarzysta. Wydawało mi się, że punkt wyjściowy to zakończenie…

Z drugiej strony dziwny jest ten nasz język. Czemu właściwie nie punkt wejściowy? W angielskim na przykład jest “starting point”. To samo ze szczurami. U nas na podrzędnych żeglarzy mówiło się szczury lądowe, a u Anglików “sea rats”. Poważnie się coś pomieszało.

 

regulatorzy:

Dziękuję za analizę i trafne spostrzeżenia. Wyłapane błędy poprawie po zakończeniu konkursu. Me serce raduje się na myśl, że nie uprzykrzyłem Ci dnia. Smuci się natomiast niepełną satysfakcją.

Jeśli chodzi o samo słownictwo – rzeczywiście trochę odstępuje od realiów jesieni średniowiecza. Z drugiej strony co jest nie tak ze sformułowaniami: facjata, dewiacje, łapacz snów, jama brzuszna, odseparowany łeb, wywalić za drzwi tych, którzy nie są w temacie. Zauważ, że to wszystko (poza wywaleniem za drzwi) myśli/komentarz bohatera, a nie wypowiadane kwestie. Może i człowiek żyjący w tamtych czasach użyłby innych terminów, podejrzewam jednak, że dla współczesnego odbiorcy byłyby one wyjątkowo ciężkostrawne.

Myślę, że chodzi o to, że punkt wyjściowy to scena, z której wychodzi reszta historii. Nie zwróciłam nigdy uwagi, czy to ma sens, czy nie ;) Można sobie skojarzyć po frazeologizmie “wróciliśmy do punktu wyjścia”.

 

Mi też facjata zazgrzytała, gdy czytałam. Czy to nie jest współczesne, potoczne określenie? Nie mam żadnego papierowego słownika, a te w internecie nie podają.

Facjata – wyrażenie slangowe, raczej dość współczesne, może dziewiętnastowieczne, ale wcześniej chyba nie było używane.

 

Dewiacja –  Wolałabym zwyrodnienie/ wynaturzenie. Poza tym, o ile mi wiadomo, wszelkich zboczeńców, których zachowanie potępiał kościół i społeczeństwo, dawniej nazywano sodomitami.

 

Łapacz snów – To „wynalazek” Indian z Ameryki Północnej. Nie wydaje mi się możliwe, by ten termin mógł być znany komukolwiek z Twojego opowiadania.

 

Jama brzuszna – Termin wydaje mi się zbyt medyczny, zbyt poprawny. Kiedyś mówiono chyba o brzuchu/ bebechu/ kałdunie, ale nie o jamie brzusznej.

 

Odseparowany łeb – Wydaje mi się, że w dawnych czasach nikt nie mówił, że kat odseparował głowę skazańca, a o skazanym na poćwiartowanie, chyba by nie powiedziano, że został skazany na odseparowanie członków.

Lepsze, moim zdaniem, byłoby określenie: ucięty/ odcięty/ oderżnięty/ oddzielony łeb,

 

wy­wa­lić za drzwi tych, któ­rzy nie są w te­ma­cie.Być w temacie, to konstrukcja niepoprawna, zdaniem profesora Mirosława Bańko, wręcz naganna. W ustach Twojego żołnierza, dla mnie, brzmi kuriozalnie.

Nie dam sobie odseparować łba, ale podejrzewam, że zwrot w temacie rozpowszechnił się za sprawą piosenki mistrza Wojciecha Młynarskiego Nie mam jasności w temacie Marioli.

 

 

Grucho, więcej wiary w możliwości pojmowania współczesnego czytelnika. Jeśli natknę się w opowiadaniu na nieznane mi słowo/ wyrażenie, wolę sprawdzić jego znaczenie i cieszyć się, że poszerzyłam zasób wiedzy, niż spotykać się z pojęciami zrozumiałymi, ale raczej mało pasującymi do tekstu. Jednakowoż mam pełną świadomość, że wyłącznie Autor ma prawo decydować o doborze słów, których użyje w opowiadaniu.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No proszę jakich ciekawych rzeczy można się dowiedzieć na portalu.

 

Chciałbym wierzyć, że większość czytelników ma tak analityczny umysł jak Ty, reggie.

 

Jeszcze raz dziękuje za podzielenie się ze mną wiedzą! Gdyby kiedyś udało mi się zająć stanowisko prezesa TVP, zaproponowałbym Ci własny w program (byłby emitowany tuż po “Profesor Miodek Odpowiada”).

Dewiacja to kalka z angielskiego – deviation/odchylenie. Podobnie facjata od face/twarz.

A facjata nie była używana wcześniej w odniesieniu do przodu budynku? Tak mi się jakoś kojarzy…

Babska logika rządzi!

Przód budynku to fronton. Facjata/ facjatka to pokój/ mieszkanie na poddaszu.

 

edycja

No i przeoczyłam post Gruchy.

Grucho, życzę Ci stanowisk jak najwyższych i dających moc satysfakcji. Ja pozostanę na stronie. Na stronie NF, w sensie dosłownym i na stronie, w znaczeniu przenośnym, czyli całkiem z boku. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst zrobił na mnie dobre wrażenie, chociaż hasło "gdzie nie dotarł żaden człowiek" nieodparcie skojarzyło się z falkonowym konkursem. Postacie całkiem niezłe, język i opisy klimatyczne. Naprawdę świetnie opisujesz ten las i zło osaczające bohatera. Pewnym minusem jest fakt, że wciąż robisz to jednak w podobny sposób, dość lakonicznie i z takiego samego "dystansu". Niezależnie od tego, czy chodzi o opis hulanek, okaleczenia bohatera, opowiadania panicza czy konfrontacji z wiedźmą. Przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie.

 

Muszę przyznać, że o ile sam pomysł (bohater -zabójca potworów, jakaś puszcza ze straszydłami, panicz-dewiant, zapomniane przez bogów miasteczko i wiedźma) nie jest jakiś specjalnie oryginalny i pewnie by mi się nie spodobał, gdyby nie naprawdę niezłe wykonanie. Bo sama interpretacja tematu konkursowego jest tu jednak dość prosta, a konkluzja łopatologiczna (choć życiowa i to też jest na plus).

 

Zdarzały się potknięcia językowe, ale niezbyt wiele. 

 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

reggie:

Może i stroną. Lewą stroną. I nie stroną tylko półkulą. Właściwie to dla mnie jesteś lewą półkulą tego portalu. Szanuję Twój wybór. Gdybym został tym prezesem, będę pamiętał, by nie składać Ci “propozycji nie do odrzucenia”.

 

Mirabell:

Skojarzenie z Falkonem jak najbardziej poprawne – tam opowiadanie trafiło w pierwszej kolejności. Pewnie nie powinienem tego pisać. Jakimś dziwnym trafem tego samego dnia, którego dowiedziałem się, że nie zasłużyłem na falkonowe piórko, zauważyłem, że jest ostatni dzień zgłaszania prac na “Zło dobrem poczynione”. Była to więc decyzja z gatunku “a co mi tam” – pewnie stąd to krzywe wpasowanie się w tematykę konkursową :)

Ciesze się, że spodobało Ci się moje pisanie. Gdybyś chciała jeszcze raz zanurzyć się w ciemnym lesie, polecam: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/16304. Jest równie mrocznie, za to krócej i mniej sztampowo.

Dziękuję Ci, Grucho. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezwykle wciągnęła mnie Twoja opowieść. Szczególnie moją uwagę przykuł początek, który według mnie jest genialny.

 

Dużo tu fajnych zdań, które w kontekście historii brzmią po prostu świetnie, na przykład:

Wkrótce po przekroczeniu bram zacząłem dzielić tragiczny los tego miejsca.

Nie zamykały mi się usta. Kiedy nie piłem, mieliłem jęzorem.

Stałem się postacią ze zmyślonych historyjek.

Zrozumiałem, że nie jestem już jedynym kapitanem okrętu.

 

Nad poniższym zdaniem usiałem chwilę podumać, żeby dociec o co chodzi:

– Hanka to taka zielarka, nie zielarka..

 

Być może to drobiazg, ale zauważyłem gdzieniegdzie słowa, których bym się pozbył:

 

niedorzeczne farmazony

– to chyba nazywa się tautologia

 

w zasadzie w ogóle

– tu też bym się czegoś pozbył

 

– Chłopie, czyś ty zwariował? Cichaj, cholera. A jak któryś z żołdaków usłyszy? – zdenerwował się zaborczy ojciec.

Już z kontekstu samej wypowiedzi wynika, że ojciec jest "zaborczy”.

 

 

Literówka:

bez zastanowienie

 

Doświadczenia z halucynogennymi grzybkami opisane były super, jak i kilka innych fragmentów: opis witraży w kościele (daje pole do wyobraźni i przygotowuje czytelnika do następnej sceny), no i oczywiście spotkanie z Diablicą.

 

Moim zdaniem klasa. Gdybym miał moc nominowania do piórek, myślę, że wręczyłbym Ci jedno, bez obawy, że obrośnięcie w nie mogłoby Ci zaszkodzić ;)

A, jeszcze jedno – szkoda końcówki. Bohater wart jest dalszych przygód.

Nimrodzie, zgłaszać do piórek w odpowiednim wątku może prawie każdy. Tylko trzeba się zmieścić w terminie.

Babska logika rządzi!

Nimrodzie:

Ciesze się, że historia i język przypadły Ci do gustu. Śmierć bohatera w klimatach fantastycznych to żadna przeszkoda – kontynuacja jest już gotowa :). Generalnie mam w planach rozwinąć całą historię do ok. 10 takich opowiadań. Muszę sobie tylko odpowiedzieć na pytanie czy dalej publikować na fantastyce. Bety doradziły mi, że to raczej portal dla osobnych opowiastek, a nie całych zbiorów – z każdą kolejną publikacją coraz więcej osób nie będzie wiedziało “o co kaman”). 

Jeśli chodzi o ten punkcik do piórek – jak słusznie wspomniała Finkla – może każdy. Niestety spóźniłeś się kilka dni na nominacje wrześniowe. Szkoda – miałbym w fantastykowym dorobku pierwszy punkcik w takich nominacjach :)

 

P.S. Nie ma co prawda kontynuacji “Jabłoni, jesionu i jelonka”, ale jest opowiadanie wprowadzające. Ten sam bohater, podróż przez las – myślę, że Ci się spodoba: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/16304

Nowa Fantastyka