- Opowiadanie: Fosken - Dylematy Patricka Woodly

Dylematy Patricka Woodly

Tekst dodałem już wczoraj wieczorem, ale rano skasowałem, bo coś mi zgrzytało... 

Dalej czuję, że coś jest nie tak.. Ale niestety czasu już nie ma :)

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Dylematy Patricka Woodly

Tonę we własnych myślach. Topię się w głębokim jeziorze wspomnień, które pojawiły się znikąd. Powoli zaczynam poddawać w wątpliwość także swe doznania zmysłowe, i cały ten świat, wykreowany przez ludzki umysł. Zanim jednak postradam zmysły i zwariuję do reszty, chciałbym poznać odpowiedź na kilka dręczących mnie pytań. Przede wszystkim gdzie leży granica między rzeczywistością a marzeniami sennymi? Jak wielki wpływ na nasze obecne życie mają uprzednie wcielenia? Czy wspomnienia można w jakiś misterny sposób wyprodukować, a później wgrać je komuś innemu?

Dopatruję się początku tychże refleksji, w pewnym wydarzeniu, które miało miejsce przeszło dwadzieścia lat temu, podczas wakacji. Spędziłem wówczas dokładnie dwanaście dni, na wsi Veghwill, gdzie mieszkała babcia.

 

*

 

 Babcia miała kilka hektarów ziemi, na której sadziła przedziwne rośliny i zioła. Pamiętam te białe kwiaty, o postrzępionych płatkach, podobno trujących. Nocą zmieniały kolor na czarny, po czym rosły jakby za sprawą energii pochodzącej z blasku księżyca. A kiedy przyszło lato, z drzew zaczynały spadać czerwone owoce, które babcia pośpiesznie zbierała i tego samego dnia przerabiała na jakąś tajemną miksturę. Poza tym był jeszcze ten ostry, mocno brązowy krzew, który z roku na rok coraz bardziej owijał się wokół jej domu.

To, co robiła, na co dzień, było trochę niepokojące. Wielokrotnie widziałem na własne oczy, jak z krótkiej wyprawy do lasu przynosiła martwe ptaki, trujące grzyby, czasem konające zwierzęta.

Sądziłem jednak, że na wsi, ludzie właśnie tak postępują. Sam nawet kiedyś pomogłem jej przytaszczyć pod dom umierającą sarnę, mając przy tym nadzieję, że uleczy ją tymi swoimi maściami. 

Niewiele osób tak naprawdę wiedziało, co tam rośnie u niej w ogrodzie. Wysoki i gęsty żywopłot otaczający posiadłość, stanowił swego rodzaju barierę przed oczami ciekawskich, którzy nie raz nie dwa próbowali zaglądnąć na jej posesję. Sporadycznie ktoś jednak zadawał pytania – widząc zapewne czarnobrązowe liści nienaturalnej wielkości, oblepione kleistą mazią, które wiatr rozrzucał w pobliżu domu. Ów pytający lub pytająca, otrzymywali zazwyczaj krótką odpowiedź, której niestety nigdy nie usłyszałem z ust babci.

Widywałem natomiast reakcje tych ludzi. Otwierali szeroko oczy, czasami rzucając jakieś przekleństwo pod nosem, i odchodzili w pośpiechu. Nie pytali już o nic, nie patrzyli za siebie, i prawdę mówiąc nigdy więcej już ich nie spotykałem. A przecież, co roku przyjeżdżałem do Veghwill…

 

*

 

Lucja była dla mnie starszą i niezwykle miłą kobietą – wbrew opinii jakoby rzucała w dzieci sąsiadów starymi kośćmi, a dorosłym pluła pod nogi. Ludzie jednak za nią nie przepadali do tego stopnia, że co jakiś czas nasyłali na nią policję, pod byle pretekstem. Ale ta starowinka była ponad to. Nie przejmowała się zawiścią innych mieszkańców Veghwill. Po prostu ich ignorowała. A poza tym chętnie opiekowała się mną w okresie wakacji, podczas gdy rodzice podróżowali po świecie.

Byłem zadowolony z pobytu u babci, bo przez ten krótki okres rodzice nie mieli nade mną kontroli. Mogłem robić, co tylko chciałem, ponieważ tak naprawdę babcia nie za bardzo mnie pilnowała. Spędzała większość dnia albo w niewielkiej pracowni – którą podobno jeszcze za młodu urządziła sobie w jednym z pokoi – gdzie tworzyła nowe maści i leki, albo w dziwnym ogrodzie, do którego nikt poza nią nie miał wstępu.

Czasami też rysowała – właściwie to nieudolnie próbowała przerysowywać różne obrazki, wzory i miejsca, pochodzące z książek, o których tytuły nigdy nie udało mi się doprosić. Zdarzało się i tak, że całe dnie spędzała na studiowaniu tej właśnie literatury. Wówczas naprawdę trudno było zwrócić na siebie jej uwagę.

Jeżeli zaś chodzi o opiekę nade mną, to babcia od czasu do czasu pytała czy czegoś mi trzeba, po czym wracała do swych obowiązków. A ja wtedy… no wiecie, nie miałem wygórowanych wymagań. Cieszyłem się wolnością, brakiem nadzoru ze strony rodziców, i nie potrzebowałem niczego więcej.

Pamiętam, że podczas ostatnich wakacji u babci, kilkukrotnie nasłuchiwałem czy już zasnęła. A kiedy z pokoju obok zaczynało dobiegać głośne chrapanie, po cichu wymykałem się z domu, i wraz z Antkiem – synem sąsiadów – szliśmy do lasu, udając, że niczego się nie boimy, bądź też przeskakiwaliśmy przez wysoki płot, w ten oto sposób włamując się do mrocznego ogrodu babci.

Ale w tamte wakacje doświadczyłem czegoś znacznie gorszego, niż to, o czym właśnie wspominam…

 

*

 

Obudził mnie donośny charkot, dobiegający z podwórka.

Wiem, że w nocy, koło studni pojawiały się cienie. Widziałem je wcześniej, za każdym razem, kiedy po cichu podchodziłem do okna i odchylałem zasłony, chcąc w ten sposób, chociaż przez chwilę popatrzeć na te małe i rozsypane po niebie, świecące punkciku.

Tamtego dnia zobaczyłem jednak coś więcej.

Niestety brakuje mi umiejętności pisarskich by opisać ten mroczny dźwięk, który dane mi było wtedy usłyszeć. Zatem skupię się tym, co stało się potem. W obliczu strachu – który w końcu odcisnął na mym sercu swe piętno, sprawiając, że po raz pierwszy zacząłem naprawdę się bać – niepewnie wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Mokrą od potu dłonią delikatnie odchyliłem zasłonę, i nagle upadłem, nie dowierzając w to, co się tam dzieje.

Przed studnią – podobno od dawna nieczynną – stała ma babka. Trzymała w ręce niewielki nóż w drewnianej oprawie, którym po chwili nacięła skórę przedramienia, i pozwoliła krwi swobodnie spłynąć do studni.

Musiałem coś zrobić, każdy na moim miejscu by zareagował.

 Gwałtownie wybiegłem z pokoju, krzycząc, aby przestała się ciąć. Myślałem wówczas, że w ten sposób postanowiła zakończyć swój żywot. Podbiegłem i od razu wyrwałem jej nóż z ręki. Spojrzała na mnie niepewnie, z wyrazem zdziwienia na twarzy, i nie przejmując się tym, że jej krew w dalszy ciągu kapie do studni, czym prędzej zaczęła odciągać mnie na bok. Była przy tym bardzo zdenerwowana, pośpiesznie recytowała też coś po łacinie…

I wtedy to mnie złapało. Stałem w odległości, co najmniej dwóch metrów od studni, kiedy z jej wnętrza wyłoniło się zło. Długie i obślizgłe macki, pokryte pulsującymi pęcherzami, owinęły się wokół mej talii, i mocno szarpnęły w kierunku studni, zapewne gruchocząc przy tym nie tylko kości i żebra. Bo ból był okropny, czułem, że pękam od środka. W ułamku sekundy znalazłem się na dnie. I zacząłem się dławić resztkami mętnej wody zalegające w studni.

 Umarłbym w bólach – zapewne skończywszy, jako posiłek dla tej obślizgłej istoty – gdyby nie kilka słów w przedziwnym języku, które babka nagle wyrzuciła z siebie tak głośno, że przez kilka następnych dni z całą pewnością leczyła gardło. Zostałem wypluty ze studni. A po chwili straciłem przytomność.

Kiedy się przebudziłem, od razu poczułem, że coś jest nie tak. Byłem cały rozpalony, na drewnianym stoliku leżały różne maści i zioła, w powietrzu unosił się zapach kadzidła, zaś na ciele dostrzegłem wyrysowanych kilka symboli.

 

*

 

Kilka dni później babcia powiedziała mi, że ciężko zachorowałem, i przez ten czas leżałem w łóżku, cały czas śniąc, zapewne niejeden koszmar. Podobno przez przypadek wsypała do zupy złe zioła, i tak to się właśnie skończyło.

 Nie chciałem w to uwierzyć, cały czas mając w głowie obraz wijących się macek, które mnie pochwyciły. Ale prawda była taka, że zupy, którą babcia przygotowała tamtego dnia, zjadłem aż nadto, przy czym ona nawet jej nie spróbowała, bo od samego rana podobno źle się już czuła.

Po kilku godzinach niepewności i powracających wspomnień, stwierdziłem, że babcia musiała mieć rację.

Uznałem, że tamto wydarzenie faktycznie było tylko koszmarem.

Wstałem z łóżka i wyszedłem z domu zaczerpnąć świeżego powietrza.

 

*

 

Na przestrzeni tych wszystkich wakacji, które spędziłem u babci, bywało i tak, że przesiadywałem z nią na dworze, zajadając się pysznymi ciastkami, które wcześniej upiekła, i popijając do tego malinową herbatę. Babcia wówczas opowiadała mi przeróżne historie; o miejscach, które nie leżą na mapach, a także istotach, żyjących w innych wymiarach. 

Słuchałem tych bajek, nierzadko przy tym się bojąc.

Ale kiedy podrosłem, zacząłem studiować wiedzę tajemną. Lecz nie natknąłem się wówczas, na wiele z tego, o czym mówiła. Nie znalazłem nic na temat ziół pochodzących z gór Olzerussa, które podobno odpędzają złe duchy, nie uświadczyłem też żadnej wzmianki o rzece Lazar, w pobliżu której rzekomo zdarzają się cuda.

 Słyszałem jednak, co nieco, o płatkach, pochodzących z niebieskich kwiatów, o łodygach grubych jak dłoń.

Widziałem takie u babci. Rosły na tyłach ogrodu.

Wedle informacji, jakie otrzymałem od znajomego badającego kontrowersyjne obrzędy i rytuały, to były płatki wskrzeszenia. Należało nimi obsypać zmarłego, tuż przed pochówkiem, i odczekać mniej więcej dwadzieścia dni. Po tym okresie zmarły powracał do życia. Nie było jednak pewności, jaką postać otrzyma, za drugim razem, ponieważ niebieskie płatki nie przyczyniały się do zmartwychwstania, a jedynie wymuszały na zmarłym proces reinkarnacji.

Było jeszcze coś.

W notatkach, które po wielu próbach udało mi się w końcu przeczytać – znajdowały się we Włoszech, w archiwum biblioteki Papieskiej Watykanu, wśród innych pism zakazanych przez Kościół – znalazłem informację pochodzącą z lat pięćdziesiątych; o białych kwiatach, które nocą stają się czarne i błyskawicznie rosną do góry, w stronę księżyca.

Podobno te kwiaty widywano tylko u kobiet posądzanych o magię.

 Tekst kończył się urwaną stronę, na której widniał ten oto zapis:

 

Stwarzaj pozory, sadząc krzewy nieczyste

Niechaj rosną, pachną i kwitną, za dnia ukrywając swoją naturę

A kiedy noc już nastanie:

Pozwól im piąć się do samej góry, dosięgnąć księżyca

I zatruć niebiańskie światy.

 

*

 

Babcia rzadko wspominała czasy swojej młodości. Ale kiedy to robiła, to z uśmiechem na twarzy, opisując między innymi jak poderwał ją Wiktor – mój dziadek – i jak Julia – moja matka – wielokrotnie udawała, że jest chora, kiedy nie chciała iść na klasówkę. „Potrafiła na kilka sposób rozgrzać termometr, tak by pokazywał podniesioną temperaturę, po czym  zawołać mnie, stwierdzając, że ma gorączkę. A ja dopiero po jakimś czasie pojęłam, że jest niezłą kłamczuchą ”, mówiła.

Podczas jednego z takich pogodnych dni – w przedostatnie wakacje u babci – postanowiłem w końcu nauczyć ją tego, o co prosiła mnie już od kilku lat.

To właśnie wtedy zacząłem uczyć Lucję, jak należy posługiwać się ołówkiem i gumką.

Powoli robiła postępy.

 

*

 

Na początku wspólnie rysowaliśmy proste symbole w kształcie połączonych ze sobą figur. Po trzech dniach babcia była nieco podirytowana, że wciąż nie potrafi narysować idealnej figury. Ale to była wina głównie jej rąk, które trochę już niedomagały, i delikatnie się trzęsły podczas rysowania.

Przebrnęliśmy także przez to.

Przez kilka kolejnych dni tłumaczyłem jej jak najlepiej zachować odpowiednią proporcję między kształtami. A później przeszliśmy do szkicowania, poprawiania konturów, i rysowania obrazów z głowy.

Wtedy też zrozumiałem, że babcia wcale nie chciała tworzyć. 

Chciała kopiować. Zależało jej tylko i wyłącznie na tym, aby precyzyjnie odwzorowywać to, co miała, w tych swoich książkach.

Raz nawet wymsknęło się babci, że to niezwykle ważne, jeśli chce się ożywić obraz. Nie wiedziałem wówczas, co miała na myśli, nie traktowałem tego poważnie, nie dopatrywałem się sensu w tych słowach.

Uznałem, że to nie ma znaczenia.

 Znowu coś bredzi, pomyślałem, i zmieniłem temat.

 

*

 

Dziesiątego dnia pobytu w Veghwill – ostatnie wakacje u babci – po obiedzie zakradłem się do pracowni Lucji, chcąc dowiedzieć się czy zrobiła jakieś postępy. I jakże wielkie było moje zdumienie, kiedy dostrzegłem, setki a może nawet i tysiące rysunków, porozrzucanych po całym pokoju, wśród których było nie tylko mnóstwo tajemniczych symboli, ale także i mrocznych postaci. Doprawdy zadziwiające, pomyślałem. Jeszcze rok temu tak kiepsko jej szło

 Zrozumiałem, że babcia musiała poświęcać znacznie więcej czasu niż przypuszczałem, na to, aby dojść do takiej perfekcji.

 Sięgnąłem po jeden z rysunków i dobrze mu się przyjrzałem.

Przedstawiał postać o głowie węża i ciele pokrytym ciemnymi łuskami, stojącą na skraju lasu, nad rzeką pełną topielców. Wysoko nad nimi kształtował się jeszcze ktoś. Ale to był zaledwie szkic.

Mimowolnie zerknąłem na niedokończony rysunek, który leżał na wierzchu.

Śmiałe linie i niepewne kształty, sugerowały coś na wzór podwórka, ze studnią. Mocne cienie podpowiadały, że porą dnia jest zapewne noc. W tle tego wszystkiego stała kobieta i mały, wystraszony chłopiec, owinięty mackami.

Przerażony przełknąłem ślinę i odwróciłem się w stronę drzwi. Zanim jednak wyszedłem mimowolnie rozejrzałem się dookoła. Na drewnianych półkach leżało kilkadziesiąt podpisanych słoików o różnej wielkości. Niektóre z nich były puste, w innych zaś znajdowały się przeróżne zioła i płyny.

Okazało się jednak, że w kącie pokoju znajdowało się ich jeszcze kilka.

W potężnych słojach, leżących na ziemi – zapewne dlatego, że stare i spróchniałe półki nie wytrzymałyby takiego ciężaru – pływały różne organy i części ciała. Niektóre ludzkie, inne z kolei chyba zwierzęce. Nie miałem pewności czy serce, na które spojrzałem, było już martwe, czy wciąż jeszcze biło. Od razu jednak rozpoznałem te niebieskie oczy, z niewielkimi, czarnymi plamkami w okolicy tęczówek.

Należały do Antka, który zaginął dokładnie tamtego dnia.

Wzdrygnąłem się i pośpiesznie wybiegłem z pracowni, zamierzając uciec jak najdalej z tamtego miejsca. Przez głowę przemknął mi obraz rodziców, którzy postanowili mnie nieco zaskoczyć, i przyjechali po mnie wcześniej o te kilka dni.

Nic jednak z tych rzeczy. Tak się nie stało.

Ujrzałem natomiast Lucję. Stała u progu wyjściowych drzwi, z zawinięta na twarzy chustą. Trzymała w rękach kadzielnicę, którą po chwili zaczęła potrząsać.

Nie zdążyłem nawet zareagować. W kilka sekund straciłem przytomność.

 

*

 

Ocknąłem się kilka godzin później przed domem. Księżyc wisiał na niebie niczym bezwładny ptak. Dookoła paliło się mnóstwo świec. W powietrzu unosił się gęsty i śmierdzący dym.

Leżałem w wielkim kręgu wyrysowanym białą kredą na kostce brukowej, w środku którego dostrzegłem kilka połączonych ze sobą trójkątów. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że to pentagram.

Przełknąłem nerwowo ślinę i spróbowałem się podnieść.

Myślałem wówczas tylko o tym, żeby uciec jak najdalej z tamtego miejsca. I wtedy właśnie pojąłem, że zarówno ręce jak i nogi mam mocno związane sznurem, przez co nie mogę się ruszać.

Zadrżałem, spojrzawszy przed siebie.

Po przeciwnej stronie kręgu, w kałuży brunatnej krwi, dostrzegłem dziwne stworzenie, bez łba. W natłoku tych przerażających doświadczeń, zaledwie przez ułamek sekundy, odniosłem zapewne mylne wrażenie, iż zamiast kończyn ma długie i obślizgłe macki, całkiem podobne do tych, które pochwyciły mnie w jednym z koszmarów.

Więc to nie był sen, przeszło mi przez myśl. Naprawdę tam byłem. A ta starucha nie chciała się zabić, lecz dokarmiała to coś

Wzdrygnąłem się, bo zobaczyłem i ją. Stała poza kręgiem, z kapturem na głowie, i recytowała coś z grubej i czarnej księgi, którą trzymała w rękach. Spróbowałem coś do niej powiedzieć. – Chciałem dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi, i dlaczego mnie krzywdzi, czemu tak dziwnie się zachowuje. – Ale zrozumiałem, że to się nie uda, bo mam zaklejone usta.

Zacząłem potwornie płakać.

Pamiętam te ściekające po policzkach łzy, na które Lucja niespodziewanie zwróciła uwagę, przerywając mroczną litanię, po czym spojrzała na mnie i krzyknęła, żebym przestał się mazać, bo wszystko zepsuję.

Zignorowałem te słowa i ponownie rozejrzałem się dookoła, w poszukiwaniu czyjejś pomocy. Ale wysoki płot, którym babcia odgrodziła się od reszty świata, okazał się szczelną barierą nie do przebicia dla oka.

Zebrałem ślinę w ustach i przytrzymałem ją przy plastrze, mając nadzieję, że za chwilę zmięknie na tyle, że będę mógł zrobić w nim dziurę językiem. Efekt jednak był taki, że zacząłem dławić się własna śliną.

Chwilę później doszedłem do siebie. I przestałem już szukać innego sposobu ucieczki.

Zrozumiałem, że takiego nie ma.

Spojrzałem na Lucję. Przestała odmawiać litanię i zamknęła księgę, po czym wpatrywała się w niebo. Rozglądała się po nim przez dłuższą chwilę, jakby czegoś szukając. Ale ja od razu dostrzegłem, że nie tam należy dopatrywać się zła, które najwidoczniej sprowadziła na swoje podwórko.

Obserwowałem to dziwne zjawisko.

W pobliżu kręgu, kilka metrów nad ziemią, zaczęły formować się kształty. Z początku dość niewyraźne i lekko nasycone czerwienią, unosiły się w powietrzu i rosły, jak kula ognia, która powoli nabiera swej mocy. Wszystko to działo się niezwykle szybko. Kontury ewoluowały w powietrzu, do czasu, aż przestały przypominać jakąkolwiek figurę geometryczną, i przybrały finalną postać.  

Ujrzałem postać mityczną, która z hukiem spadła na ziemię.

To był Szatan, we własnej osobie. Miał ostre rogi na czole i długi włochaty ogon. Czarne, powykręcane żyły na poranionym ciele, które pulsowały złowrogo. Oczy z pomarańczowo-białą tęczówką, niewiele większe od wilczych jagód.

Kiedy go zobaczyłem, to od razu uznałem, że śmierć jest przyjemną drogą na skróty.

Lucja w końcu zorientowała się, ze Wezwany stoi tuż obok. 

Obróciła się w jego kierunku, w tym samym momencie, kiedy on spojrzał na nią i sięgnął po zwierzę bez łba, po czym zamoczył je w ustach, biorąc łapczywy kęs. Po chwili wypluł na ziemię płat krwistego mięsa, a następnie rzucił nim w Lucję.

Potem stało się jeszcze coś, plunął w nią ogniem.

Słyszałem jak krzyczy.

Czułem zapach spalonej skóry.

Widziałem zwęglone ciało, po którym łażą robaki.

I na swój sposób cieszyłem się z tego.

 Później zionął ogniem, paląc wszystko doszczętnie. Ale zanim to zrobił  – namalował kilka symboli w powietrzu, po czym puścił mnie wolno.

Zniknął. A ja uciekłem.

Nikt jednak nie uwierzył w to, do czego przyczyniła się Lucja. Uznano, że podczas pożaru udało mi się uciec, a ona niestety umarła we śnie…

 

*

 

Nie potrafię swobodnie myśleć. Czasami odnoszę wrażenie, że żyję w trakcie jakiegoś koszmaru, z którego nie potrafię się zbudzić. Spaceruję wówczas po lesie, w którym drzewa są pokryte ludzkimi twarzami, wyrażającymi jedną z tych dwóch emocji: panikę lub strach. W tym dziwnym miejscu widuję również nieliczne bagna, które z reguły nie są wielkich rozmiarów; czarne i gęste, bulgoczą, a ze środka wydobywa się dym, w ten sposób kształtując w powietrzu bezbarwne formy, które po mniej więcej kwadransie zaczynają nabierać szarych kolorów. Niedługo potem błyskają ostrą czerwienią. Ale dopiero, kiedy robią się ciemne, czarne jak niebo, są niebezpieczne, więc wtedy właśnie uciekam.

Przez długie lata starałem się ignorować to, co widzę i czuję, co nachodzi mnie w myślach.

Ale, na co dzień czuję się jak ktoś wyciągnięty z realizmu jakiegoś zdarzenia, zawieszony pomiędzy dwoma światami; widzialnym, i niewidzialnym, tym ukrytym za kurtyną rzeczywistości.

I nie mam już siły dłużej się oszukiwać To nie ma sensu.

Miałem zostać złożony w ofierze Lucyferowi, ale coś poszło nie tak, i spalił mą babkę, a mnie zostawił w spokoju.

Ale to nie jest najgorsze.

Od tamtego dnia, w którym doświadczyłem zła wszelakiego, w głowie wciąż pojawia się mnóstwo nie moich wspomnień.

Widzę w nich piekło. I siebie, jako Szatana…

Koniec

Komentarze

Historia ciekawa, czyta się z zainteresowaniem.

Szwankuje wykonanie – mnóstwo literówek, czasami kłopoty z pisownią łączną/ rozdzielną, sporadycznie powtórzenia, interpunkcja… IMO, potrzebujesz treningu, żeby nad tym wszystkim zapanować.

I schowanie tekstu na cały dzień nie było dobrym pomysłem. W ten sposób pozbawiłeś się wielu wskazówek.

Babska logika rządzi!

Rozumiem, że te macki to ku czci przedwiecznych? Bo jestem nie w temacie… 

 

A co do tekściku… Czuć inspirację/próby naśladownictwa Lovcrafta i tekst może przypaść do gustu.

 

A teraz taki mały offtop.  Nie wiem czy to moja wrodzona zgryzot czy wzmagające z wiekiem czepialstwo sprawia, iż spode łba patrzę na opowiadania “ w naszej – ludzkiej – rzeczywistości” opisujące nie Polskie, a Amerykańskie środowisko… Ok, nie neguje i nie potępiam aczkolwiek uważam, że ciężko jest pisząc oddać klimat – nie ważne ile książek się przeczytało i filmów obejrzało – nigdy nie będąc w tych rejonach i nie widząc ich na własne oczy – nawet jeżeli miejscowości są wymyślone, ale i tak położone “gdzieś w ameryce” i jednocześnie nie popaść w coś co przywodzi na myśl parodię. Nie chcę tutaj obrazić ani autora ani nikogo innego, ale czy opowiadanie nie zyskało by, gdyby akcja toczyła się na terenie Polski? Jak ktoś kiedyś powiedział, wiadomo że zagranicznie brzmi lepiej i w razie odniesienia sukcesu nie trzeba tłumaczyć… Ale jesteśmy w Polsce i doceniajmy to co mamy pod ręką. Patryk “Lasowy” i jego dylemat zyskałby w moich oczach gdybym nie musiał chichotać czytając zaraz po Patricku Lucję – w sensie bądźmy konsenkwentni :P 

 

Pozdrawiam :) 

Nie przestraszyło, niestety. Zdarzenia opisane z punktu widzenia dziecka, dla chłopca pewnie przerażające, na mnie nie wywarły większego wrażenia. Zastanawiam się, w jaki sposób babcia samotnie uprawiała kilkadziesiąt hektarów ziemi? Zdumiał mnie też fakt, że pani Lucja nie wiedziała do czego służy ołówek i gumka. W opisie rytuałów i dziwnych wydarzeń coś jest, ale fatalne wykonanie sprawiło, że opowiadanie czytało się źle, bowiem bez przerwy coś mnie rozpraszało, a taka lektura, przykro mi to pisać, do przyjemności nie należy.

Nadal sporo pracy przed Tobą, Foskenie.

 

na wsi Ve­gh­will, gdzie miesz­ka­ła babci. – Literówka.

 

Nocą zmie­nia­ły kolor na czar­ny, po­czym pięły się w górę… – Masło maślane. Czy mogły piąć się w dół?

Wystarczy: Nocą zmie­nia­ły kolor na czar­ny, po­ czym pięły się/ rosły

 

Nie wiele osób tak na­praw­dę wie­dzia­ło… – Niewiele osób tak na­praw­dę wie­dzia­ło

 

wi­dząc za­pew­ne czar­no brą­zo­we liści nie­na­tu­ral­nej wiel­ko­ści… – …wi­dząc za­pew­ne czar­nobrą­zo­we liście nie­na­tu­ral­nej wiel­ko­ści

 

wzory i miej­sca, po­cho­dzą­ce ksią­żek… – Literówka.

 

Wów­czas na­praw­dę cięż­ko było zwró­cić na sie­bie uwagę.Wów­czas na­praw­dę trudno było zwró­cić na sie­bie jej uwagę.

 

po­czym wra­ca­ła do swych obo­wiąz­ków. – …po­ czym wra­ca­ła do swych obo­wiąz­ków.

 

pod­cho­dzi­łem do okna i od­sła­nia­łem za­sło­ny… – Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: …pod­cho­dzi­łem do okna i od­suwa­łem/ odchylałem za­sło­ny

 

Mokrą od potu dło­nią de­li­kat­nie od­su­ną­łem za­sło­nę… – Mokrą od potu dło­nią de­li­kat­nie odchyliłem za­sło­nę

 

któ­rym po chwi­li na­cię­ła skórę u przed­ra­mie­nia, i po­zwo­li­ła jej swo­bod­nie spły­nąć do stud­ni. – Literówka.

W jaki sposób nacięta skóra przedramienia spłynęła do studni?

 

Gwał­tow­nie wy­le­cia­łem z po­ko­ju… – Wyleciał przez okno?

Raczej: Gwał­tow­nie wy­bieg­łem/ wypadłem z po­ko­ju

 

po­śpiesz­nie re­cy­to­wa­ła też coś z ła­ci­ny – …po­śpiesz­nie re­cy­to­wa­ła też coś po łacinie

 

zaś na ciele do­strze­głem wy­ry­so­wa­ne kilka sym­bo­li. – …zaś na ciele do­strze­głem wy­ry­so­wa­nych kilka sym­bo­li.

 

cały czas śniąc, za­pew­nie nie jeden kosz­mar. – …cały czas śniąc za­pew­ne niejeden kosz­mar.

 

Słu­cha­łem tych bajek, nie rzad­ko przy tym się bojąc.Słu­cha­łem tych bajek, nierzad­ko przy tym się bojąc.

 

W jed­nym ze sko­ro­szy­tów, który po wielu pró­bach udało mi się w końcu prze­czy­tać… – Skoroszytów się nie czyta.

Skoroszyt, to kartonowa teczka, do której można wpinać kartki lub dokumenty.

 

Po­tra­fi­ła na kilka minut wło­żyć ter­mo­metr do kubka z go­rą­cą her­ba­tą… – Termometr, zapewne rtęciowy, włożony na kilka minut do gorącej herbaty, nie przetrwałby tego eksperymentu.

Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu.

 

…po­czym do­brze go wy­trzeć i mnie za­wo­łać. – …po­ czym do­brze go wy­trzeć i mnie za­wo­łać.

 

Pod­czas jed­ne­go z ta­kich po­god­nych dni – przed ostat­nie wa­ka­cje u babci… – Pod­czas jed­ne­go z ta­kich po­god­nych dni – w przedostat­nie wa­ka­cje u babci

 

Ale to była wina głów­nie jej rąk, które tro­chę już nie do­ma­ga­ły, i de­li­kat­nie się trzę­sły pod­czas ry­sun­ku.Ale to była wina głów­nie jej rąk, które tro­chę już niedo­ma­ga­ły i de­li­kat­nie się trzę­sły pod­czas ry­sowania.

 

A póź­niej prze­szli­śmy do szki­co­wa­nia, po­pra­wia­nia kon­tur… – A póź­niej prze­szli­śmy do szki­co­wa­nia, po­pra­wia­nia kon­turów

 

za­pew­ne dla tego, że stare i spróch­nia­łe półki… – …za­pew­ne dlatego, że stare i spróch­nia­łe półki

 

z za­wi­nię­tą na twa­rzy chu­s­tą, spod któ­rej wid­niał szy­der­czy uśmiech. – Jakim sposobem uśmiech był widoczny, skoro twarz była owinięta chustą?

 

Trzy­ma­ła w ręce ka­dzi­dło, któ­rym po chwi­la za­czę­ła po­trzą­sać. – Literówka.

Trzymała w rękach kadzidło, czy kadzielnicę?

 

po­dob­ne do tych, które po­chwy­ci­łem mnie w jed­nym z kosz­ma­rów. – …po­dob­ne do tych, które po­chwy­ci­ły mnie w jed­nym z kosz­ma­rów.

 

żebym prze­stał się mazać, bo wszyst­ko ze­psu­je. – Literówka.

 

za­mknę­ła księ­gę, po­czym wpa­try­wa­ła się w niebo. – …za­mknę­ła księ­gę, po­ czym wpa­try­wa­ła się w niebo.

 

Miał ostre rogi czole i długi wło­cha­ty ogon.Miał ostre rogi na czole i długi wło­cha­ty ogon.

 

nie wiele więk­sze od wil­czych jagód. – …niewiele więk­sze od wil­czych jagód.

 

pod­czas po­ża­ru udało mi się uciec, a a ona nie­ste­ty umar­ła we śnie… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

że żyję w trak­cje ja­kie­goś kosz­ma­ru… – Literówka.

 

Spa­ce­ru­je wów­czas po lesie… – Literówka.

 

Nie­dłu­go potem bły­ska­ją się ostrą czer­wie­nią. – Zbędny zaimek.

 

Ale, na co dzień czuje się… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla:

 

Dziękuję za opinię i cenne uwagi :)

 

Idaho_lowa:

 

Mogło być przecież tak, że babka miała Polskie korzenie… :D Jakkolwiek słuszna uwaga. Będę pamiętał!

 

regulatorzy:

 

Poprawione. Dziękuję za komentarz. Jak zawsze jestem ogromnie wdzięczny za wyłapania błędów.

A z kilkudziesięcioma hektarami u babcia faktycznie przesadziłem :) Co do ołówka i gumki.. to Patrick uczył babcię rysować od podstaw, bo od zawsze fatalnie jest szło. Racja mogłem to inaczej sformułować i wyeksponować, ale niech tak już zostanie. 

Słusznie prawisz, że sporo pracy przede mną :) Zakasam więc rękawy i biorę się do roboty ! :)

 

 

Jak zwykle, Foskenie, bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“…o miejscach, które nie leżą na mapach”

Miejsca nie leżą na mapie, są tylko na nich zaznaczone. Ewentualnie może być w tym wypadku – “o miejscach, których nie było na mapach”

Opowiadanie jest dość nieskładnie napisane, prawdę mówiąc, cała fabuła wydała mi się bez sensu. Ale to tylko moja opinia.

i przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Jest nieźle zbudowany klimat i wciąga – to duże zalety. Fabularnie bez szału, zakończenie wydało mi się trochę wymuszony, byle tylko zaskoczyć czytelnika.

Pomysł wyjściowy, na niesamowitą babcię i jej konszachty z innym wymiarem – ciekawy. Rozwiązanie – mnie zawiodlo: nie wiem, po co starowinka robi to, co robi; po co protagonista staje się ofiarą; zachowanie demona – wizyjne zakończenie zbyt dosłownie podane budzi uśmiech….

Czyli początek zrobił to, co początki mają robić – chwycił – ale dalej było gorzej.

Po poprawkach czytalo się dobrze, nieźle napisane.

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

 

Roz­wią­za­nie – mnie za­wio­dlo: nie wiem, po co sta­ro­win­ka robi to, co robi; po co pro­ta­go­ni­sta staje się ofia­rą; za­cho­wa­nie de­mo­na – wi­zyj­ne za­koń­cze­nie zbyt do­słow­nie po­da­ne budzi uśmiech….

Ja zrozumiałem to tak, że pani Lucja, skoro główny bohater za dużo wiedział, postanowiła go “unieszkodliwić”, a ze względu na swój podeszły wiek, przekazać swoją moc wnukowi. Stąd też jej zgon.

Samo pojawienie się Belzebobka przesadzone. Nie jestem oczywiście autorem i nic nie sugeruję, ale w mojej opinii byłoby lepiej, gdyby na końcu chłopiec, zamiast niezrozumiałych wizji, w lustrze zobaczył, że jego oczy są czerwone. I skończyć na tym niedopowiedzeniu.

Szkoda, że nie napisałeś o zaginięciu Antka przed obserwacją słojów.

Gdyby mnie obchodziła gramatyka, napisałbym o dziwnie często postawionych akapitach (ups, właśnie to zrobiłem).

Mimo wszystko opowiadanie bardzo mi się podobało, klimat niesamowitości był, macki były, Lovecraft był. Życzę wygranej i pozdrawiam. :)

Dziękuje wszystkim za komentarze, i cenne uwagi :) 

Pozdrawiam !

Nowa Fantastyka