- Opowiadanie: belhaj - Skrzyżowanie

Skrzyżowanie

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Skrzyżowanie

niedaleko wioski Tamerville, Północna Normandia

18 czerwca 1944 roku

 

– Wypowiedział moje nazwisko! – warknął Fischer. – Słyszałeś to, prawda?

– Uspokój się, Ralf – starałem się brzmieć przekonywająco. – Kaffenberger to popieprzony weteran. Za dużo przeżył na wschodzie i teraz wariuje.

– Dwa dni temu jak powiedział, że zbombardują posterunek Elfingera, też wariował?! Nie! Kurwa, przewidział to i teraz wszyscy nie żyją. A dziś rano wypowiedział moje nazwisko. Wiesz, co to znaczy!?

– Co?

– Że tu, kurwa, dzisiaj zginę. Na tym pieprzonym skrzyżowaniu.

– Zamknąć się! – ryknął feldwebel Ness. Szedł skulony na nasze stanowisko ogniowe. – Zamiast narzekać, sprawdźcie broń. Langer, o co tyle krzyku?

– Fischer martwi się poranną przepowiednią Kaffenbergera – odpowiedziałem, jednocześnie sprawdzając celownik i pas z amunicją w MG-42.

Feldwebel spojrzał na nas dziwnym wzrokiem. Na temat gefreitera Falko Kaffenbergera krążyły legendy w całej siedemset dziewiątej dywizji piechoty. Słuchy o jego prekognicyjnych umiejętnościach dotarły nawet do sztabu generała von Schliebena. Gefreiter służył na froncie wschodnim od samego początku operacji Barbarossa. Jako żołnierz osiemnastej armii przeszedł szlak bojowy przez kraje bałtyckie, Psków, aż do oblężenia Leningradu.

 To właśnie tam, jeśli wierzyć plotkom, ujawniły się jego tajemnicze zdolności. Kaffenberger i jego kompania atakowali radzieckie umocnienia. Przełamali linię oporu i wdarli się do okopów i bunkrów. W jednym z nich natknęli się na grupę obłąkanych żołnierzy. Na stołach i hakach walały się poćwiartowane ciała zabitych we wcześniejszych potyczkach. Radzieccy sołdaci w obliczu głodu i długotrwałego oblężenia jedli własnych zmarłych. Ponoć zabijali też ciężko rannych, a ich mięso wysyłali do Leningradu jako racje żywnościowe. Kaffenberger wraz ze swoim oddziałem rozstrzelali kanibali na miejscu, a umocnienia spalili do gołej ziemi. Po tym wydarzeniu gefreiter załamał się psychicznie i zaczął objawiać swoje dziwne zdolności. Potrafił przewidzieć kto i kiedy zginie. Gdy podczas odprawy powiedział swojemu hauptmanowi, żeby wycofali się na wcześniejsze pozycje z powodu zbliżającego się ostrzału artyleryjskiego, ten mu nie uwierzył. Godzinę później w sztab kompanii uderzył pocisk z haubicy.

 Po tym wydarzeniu Kaffenberger został odesłany na tyły, a następnie przeniesiony do Austrii, gdzie trafił do sanatorium dla weteranów. Lekarze stwierdzili przemęczenie związane ze zbyt długim przebywaniem na froncie i po kilku miesiącach odpoczynku przenieśli go do Francji. Tak trafił do naszej kompanii.

– Nie mazgaj się, Fischer – powiedział twardo Ness. – Być może dzisiaj nawet nie dojdzie do potyczki. Nie mamy informacji, gdzie są Amerykanie.

Fischer nie wyglądał na uspokojonego. Drżącymi rękami wyjął z wewnętrznej kieszeni munduru paczkę papierosów, wyjął jednego i przypalił.

– Langer – zwrócił się do mnie feldwebel. – Idź na wzgórze, oberleutnant chce cię widzieć.

Skinąłem głową, chwyciłem swój karabinek Mausera, wyczołgałem się z rowu na drogę i skulony przebiegłem przez skrzyżowanie. Trzeba przyznać, że nasz dowódca, mimo młodego wieku i braku doświadczenia, doskonale wybrał miejsce zasadzki. Nad skrzyżowaniem górowało niewielkie, zarośnięte krzakami i drzewami wzgórze, na którym starannie zamaskowane czekały trzy osiemdziesiątki ósemki. Działa przeciwlotnicze, rozsławione przez feldmarszałka Rommla w Afryce. Używane jako przeciwpancerne doskonale nadawały się do niszczenia amerykańskich Shermanów i Stuartów, których się spodziewaliśmy. W głębokich rowach ustawiono stanowiska bojowe ciężkich karabinów maszynowych, które miały oczyścić przedpole z wrogiej piechoty. Dwa plutony strzelców zapewniały osłonę ogniową w razie wrogiego ataku. Naszym zadaniem było zatrzymanie amerykańskich oddziałów podczas przekraczania mostu na pobliskiej, niewielkiej rzeczce. Mieliśmy pozwolić kilku czołgom przeprawić się przez rzekę, a następnie zniszczyć je, oraz zatarasować drogę wrakami. Zablokuje to trasę na Cherbourg, a naszym oddziałom, rozbitym na całym półwyspie, da czas na taktyczny odwrót i przegrupowanie.

Oberleutnant Lukas von Ronstadt w skupieniu obserwował okolicę przez lornetkę. Był to młody, ledwie dwudziestoletni mężczyzna. Szybki awans zawdzięczał wysokiemu urodzeniu, nie można mu jednak odmówić talentów dowódczych. Od czasu alianckiej inwazji nie zdradzał żadnych objawów stresu. Jego rozkazy były przemyślane i jak do tej pory chroniły kompanię przed niepotrzebnymi stratami.

Załoga dział sprawdzała przyrządy celownicze i krzątała się przy skrzyniach z amunicją. Gotowi byli do natychmiastowego rozpoczęcie ostrzału. Tuż obok, oparty plecami o pień drzewa kucał, Falko Kaffenberger. Bujał się i bezgłośnie powtarzał coś pod nosem. Jego oczy były nieobecne, a twarz zdradzała przerażenie.

– Na rozkaz! – Zbliżyłem się do dowódcy.

Von Ronstadt oderwał oczy od lornetki, przetarł je grzbietem dłoni i powiedział:

– Amerykanie niedługo tu będą. Dostałem informację, że dwie godziny temu wyruszyli z Montebourga. Główne siły naszej dywizji starły się z nimi w Volognes. Ponieśliśmy ciężkie straty, ale odparliśmy atak. Ku nam zmierza co najmniej kilkanaście czołgów i dwie kompanie piechoty. Czy wszyscy wiedzą, co robić?

– Tak. Czekamy na stanowiskach. Jedynie Fischer lekko panikuje. – Rzuciłem okiem na skulonego nieopodal Kaffenbergera.

Dowódca podążył za moim wzrokiem.

– Właśnie o niego chodzi. Zabierzesz go na wasze stanowisko. Nie mogę pozwolić, żeby dostał ataku paniki kiedy artylerzyści będą prowadzić ostrzał. Na tyły też go nie odeślę. Kierowcy ciężarówek czekają na zakończenie akcji, żeby po wycofaniu się Amerykanów zaprzęgnąć działa. Nie będziemy mieli wiele czasu, najwyżej kilkanaście minut, zanim przylecą tu alianckie samoloty. Na pierwszej linii wyrządzi najmniej szkody. Co dalej z nim zrobić, pomyślę w Cherbourgu. Jasne?

– Tak, herr oberlautnant! – Zasalutowałem i podszedłem do Kaffenbergera. Chwyciłem go lekko za ramiona, pomagając wstać.

– Chodź, pomożesz Fischerowi przy MG-42.

Gefreiter spojrzał na mnie mętnym wzrokiem, nie przestając bełkotać. Dopiero teraz, będąc tuż obok niego, mogłem dosłyszeć co dokładnie mówi:

– Fischer, Kramer, Kaffenberger. Fischer, Kramer, Kaffenberger. Fischer, Kramer, Kaffenberger… – powtarzał raz za razem.

 

***

 

Zbliżali się. Coraz wyraźniej słychać było ryk silników amerykańskich czołgów. Wychyliłem się z rowu, starając się dostrzec wrogów. Zobaczyłem nadjeżdżające drogą smukłe sylwetki Shermanów. Pojazdów, o których wiele słyszałem od weteranów z Afryki i Włoch. Były kilkaset metrów od naszych pozycji, na wieżyczce pierwszej z maszyn zauważyłem żołnierza również obserwującego okolicę. Schowałem się do rowu i dałem znak Fischerowi. Kolejny raz sprawdził czy MG-42 ma podpięty pas z amunicją oraz poprawił trójnóg, aby broń nie poruszała się w trakcie ostrzału. Kaffenberger bujał się wtulony w zbocze, zawodząc bezgłośnie. Zerknąłem w drugą stronę. Feldwebel Ness wraz z plutonem strzelców również sprawdzali broń.

Spojrzałem na wzgórze. W tej samej chwili rozległy się trzy skoordynowane wystrzały. Osiemdziesiątki ósemki plunęły ogniem na zbliżających się nieprzyjaciół. Usłyszałem huk oraz odgłos rozrywanej stali. W niebo uniósł się kłąb czarnego dymu. Fischer rozpoczął ostrzał z MG-42, podobnie żołnierze ze stanowiska po drugiej stronie skrzyżowania. Zanim Amerykanie odpowiedzieli ogniem, nasze działa wypuściły następną salwę. Kolejne wybuchy świadczyły o celnych trafieniach.

Wychyliłem się z rowu, starając się rozeznać w sytuacji. Cztery Shermany przekroczyły rzekę, trzy z nich płonęły. Piechota starała się ukryć w rowach. Tam czekała na nich niespodzianka w postaci stanowisk ogniowych ciężkich karabinów maszynowych. Serie z MG-42 przecinały powietrze wydając charakterystyczny dźwięk, przypominający jazgot piły tarczowej. Kolejne dwa czołgi tarasowały most, a na ich pancerzach ziały dziury od pocisków artyleryjskich. Amerykanie wpadli w panikę, odcięci od reszty sił znajdujących się za rzeką. Kilku żołnierzy starało się przebiec pole, aby dostać się do dającego osłonę skupiska krzewów. Uniosłem Mausera, wycelowałem i strzeliłem. Jeden z przeciwników upadł, trafiony w nogę. Przeładowałem i wystrzeliłem ponownie. Tym razem chybiłem, a pocisk wrył się w ziemię. Zanim zrepetowałem, dwóch Amerykanów leżało martwych. Ness i jego strzelcy nie próżnowali.

 Ze wzgórza dochodziły kolejne wystrzały. Pociski trafiły Shermana po drugiej stronie rzeki, zmuszając Amerykanów do odwrotu. Zobaczyłem jak jeden z czołgów odpowiedział ogniem, nie trafiając jednak w nasze linie. Piechota wroga kryła się za dwoma płonącymi wrakami, z rzadka prowadząc nieskoordynowany ostrzał. Fischer przestał strzelać, przeładowując MG-42. Amerykanie wykorzystali chwilę, ostatni z Shermanów uwięzionych po tej stronie rzeki ruszył do przodu. Za jego pancerzem chowało się kilkunastu piechurów. Czołg strzelił. Pocisk wybuchł niedaleko stanowiska ogniowego po drugiej stronie skrzyżowania. Drugi ciężki karabin maszynowy również zamilkł. Rozległy się krzyki rannych.

Strzeliłem w jednego z żołnierzy, który wychylił się zza osłony. Kula rozszarpała mu krtań, fontanna krwi zachlapała żółty piasek pokrywający drogę. Jego koledzy starali się wciągnąć go za osłonę i udzielić pomocy. Przeładowałem i już miałem wystrzelić, ale drogę przed Shermanem rozerwała eksplozja. Artylerzyści starali się zatrzymać kontratakujących Amerykanów. Dwa pociski nie trafiły, dopiero trzeci rozpruł poszycie czołgu. Ten zatrzymał się, płonąc. Wieżyczka obróciła się, załoga starała się oddać jeszcze jeden strzał. Spojrzałem z przerażeniem jak lufa czołgu kieruje się w stronę naszych stanowisk. Fischer, któremu w końcu udało się przeładować MG-42, nie zauważył zagrożenia. Zaczął strzelać w ukrytą w rowie piechotę. Dookoła świstały kule, mój ostrzegawczy krzyk utonął w ogłuszającej kakofonii dźwięków. Rzuciłem się na ziemię w momencie kiedy lufa Shermana plunęła ogniem.

Wybuch nastąpił zaledwie kilka kroków ode mnie. Obsypała mnie ziemia, w uszach dudniło. Ogłuszony podniosłem głowę dopiero po kilku sekundach. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą było stanowisko ogniowe Fischera, ział dymiący lej. On sam zamienił się w bezkształtną masę mięsa, krwi i kości. Jego szczątki rozrzucone były w promieniu kilku metrów. Usłyszałem charkot, rozejrzałem się, starając się ignorować ból i szum w głowie oraz zatkane uszy. Kaffenberger leżał na dnie rowu. Jego hełm gdzieś się zapodział, a na twarzy miał paskudnie wyglądającą ranę. Czaszka była roztrzaskana i sączył się z niej dziwny płyn, zmieszany z krwią. Prawą nogę miał wygiętą pod nienaturalnym kątem, nogawki szybko barwiły się czerwienią. Wpatrywał się we mnie oczami wypełnionymi przerażeniem i niedowierzaniem. Cały się trząsł w nerwowym spazmie. Podczołgałem się do niego, nie mogąc ustać na drżących nogach. Wokół cały czas świstały kule. Ze wzgórza słychać było kolejne salwy artylerii. Kaffenberger ścisnął mnie zakrwawioną ręką za mundur. Przyciągnął do siebie i szeptał coś bełkotliwie.

– Nie idź do Cherbourga – charknął. Krew wylała mu się z ust gęstym, szkarłatnym strumieniem. – Zginiesz za dwa dni. Dwa dni…

– Co? O czym ty mówisz?

– Dwa dni…

Kaszlnął, jego chwyt zelżał, ręka opadła bezwładnie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że umarł.

 

***

 – Udało się. Odparliśmy Amerykanów. Zniszczyliśmy siedem Shermanów, zabiliśmy około czterdziestu piechurów. – Von Ronstadt wyglądał na zadowolonego. – Droga jest zablokowana, co da nam czas na zorganizowany odwrót. Jakie straty, Ness?

 – Trzech zginęło – powiedział feldwebel, zaciągając się mocno papierosem. – Fischer, Kramer i Kaffenberger. Poza tym jeden ranny w rękę, drugi oberwał szrapnelem w bark. Nic groźnego, opatrzyliśmy ich i mogą dalej walczyć.

Ness zamilkł, rzucił niedopałek na drogę i przydeptał. Dodał cichym głosem:

– Przewidział to, herr oberleutnant, Kaffenberger to przewidział.

Von Ronstadt popatrzył na niego spod przymrużonych powiek. Jeszcze raz rozejrzał się po skrzyżowaniu. Osiemdziesiątki ósemki ściągnięto ze wzgórza i zaprzęgnięto do ciężarówek. Ciała poległych i rannych ułożono na jednej z nich. Pozbierano skrzynie z amunicją oraz przeszukano plecaki i mundury zabitych Amerykanów. Zostawiono jedynie MG-42 ze stanowiska Fischera. Pocisk artyleryjski razem z obsługą zniszczył również karabin.

– Zbieramy się! – krzyknął von Ronstadt. – Za kilka minut zaczną ostrzał. Do tej pory musimy być już daleko stąd. Langer! Pakuj się na ciężarówkę, zmierzamy do Cherbourga.

Miałem wrażenie, że ktoś mnie woła jednak głos zdawał się dochodzić zza ściany, był cichy i stłumiony. Przed oczami ciągle stawał mi obraz umierającego Kaffenbergera wypowiadającego kolejną przepowiednię. Czyżby chciał mnie nastraszyć przed śmiercią? Od dawna nawoływał do dezercji i twierdził, że tylko ucieczka z wojska może go uratować. A może jego wizje jednak były prawdziwe i potrafił przewidzieć co się stanie? Dzisiejsze wydarzenia na skrzyżowaniu zdawały się to potwierdzać. A może to tylko przypadek, zrządzenie losu, który w ten sposób z nas zadrwił. 

– Langer!

Głos oberleutnanta wyrwał mnie ze stuporu. Chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę pojazdów. Chwyciłem rękę podaną mi przez jednego z żołnierzy. Usiadłem na skrzyni z amunicją i jeszcze raz spojrzałem na skrzyżowanie. Za plecami zostawialiśmy dopalające się wraki czołgów, a także zabitych przeciwników. Ciężarówka podskakiwała na wybojach, przyprawiając mnie o ból głowy. Po wybuchu wciąż szumiało mi w uszach. Nie przejechaliśmy nawet pół kilometra, kiedy na wzgórze i skrzyżowanie padły pierwsze pociski z haubic. Zanim zjawi się tu lotnictwo, będziemy już daleko, pomyślałem. Odjechaliśmy w idealnym momencie. Nasze zadanie zakończyło się sukcesem.

Na podłodze leżały zawinięte w koce ciała poległych. Wpatrywałem się w zwłoki, a w głowie wciąż dudniły mi ostatnie słowa Kaffenbergera. „Zginiesz za dwa dni…”, uparcie powtarzał głos zabitego weterana.

Zmierzaliśmy do Cherbourga. 

Ku przeznaczeniu.

Koniec

Komentarze

Tym razem niestety nie zachwyciło. 

Zasadniczą część tekstu stanowi opis potyczki i jest to, właśnie, opis. Skupiasz się na tym kto skąd nadjechał, kto i kiedy strzelił, w co trafił, co eksplodowało a co z kolei się urwało. Wyszło dokumentalnie i nieco beznamiętnie, sytuację niewiele tylko poprawia krew i latające kończyny. Nie jest to oczywiście jakiś kolosalny problem, czyta się naprawdę nieźle. Rzecz w tym, iż używasz pierwszoosobowej narracji, opowiada osobnik rzucony w sam środek dramatycznych wydarzeń, spodziewałbym się raczej relacji emocjonalnej, gorącej i ociekającej owym dramatyzmem jak grillowa kiełbasa tłuszczem. Nawet, jeśli narratorem jest weteran, który niejedną już krtań przestrzelił.

Po samej historii również spodziewałem się więcej. Nie jestem zwolennikiem pakowania tłista na siłę do każdego tekstu, ale tutaj pasowałoby jakieś drobne zaskoczenie. W obecnej postaci, końcówka powoduje raczej wzruszenie ramion, a nie kiwanie głowy w geście aprobaty.

To niezły tekst, ale zdecydowanie stać Cię na więcej. 

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki za komentarz thargone :)

Nie chciałem na siłę niczym zaskakiwać, akurat w tym tekście raczej twist nie pasował.

Państwo pozwolą, że ze względu na brak czasu wkleję tu opinię już wcześniej Autorowi wyrażoną.

 

Generalnie nie lubię wojen światowych (zwłaszcza II) i historii z nimi związanych, zwłaszcza tych frontowych (jedyny wyjątek to Stawka większa niż życie, no ale Mikulski… :) ). Dlatego nie mogę powiedzieć, żeby mi się podobało. Przeczytałam całość, bo obiecałam, inaczej porzuciłabym tekst po przeczytaniu daty akcji zaraz na początku :) 

Za to, jak już czytałam, to nie mogę nie docenić warsztatu i stylu. Nie przeszkadza mi, że nie odróżniam tygrysa od shermana czy innych modeli czołgów, ani innej broni. Przed oczami malowały mi się opisywane sceny, a narracja z punktu widzenia biorącego udział w akcji żołnierza jest według mnie świetnym pomysłem, bo nadaje całości smaczku. Może troszkę zbyt jest obojętny na przepowiednie, ale rozumiem, że im nie wierzy, a później jako żołnierz i tak nie ma wyjścia – musi słuchać rozkazów.  

DOPISEK – po komentarzu Thargone. Obojętność i brak większych emocji w pozostałym zakresie kładę na karb pewnego zobojętnienia. Nie wiem, czy faktycznie żołnierze na polu bitwy mu podlegają, tak jak to sobie wyobrażam, ale tak to odbieram. 

 

Takie ucięcie historii mi się podobało. I wcale nie dlatego, że “uff, wreszcie koniec” ;) Niedopowiedzenia są różne, jedne lepsze, drugie gorsze. Dla mnie to jest z gatunku tych lepszych. Zamyka pewną konkretną historię, ale pozostawia delikatnie uchyloną furtkę i prowokuje pytania. O dalszy los i czy przepowiednia się spełni, czy może jednak bohater do miasta nie dotrze i zmieni przeznaczenie. Nie są to jednak pytania z gatunku – koniecznie muszę poznać odpowiedź, bo inaczej umrę z ciekawości. Raczej z tych, gdzie sama aktywuję wyobraźnię i mogę samodzielnie snuć domysły. Nie mam uczucia, że coś się urwało w połowie i dręczy mnie brak wiedzy o dalszych losach. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobry i sprawnie napisany tekst, utrzymany w klimatach wojennych. W sumie opowieść o przeznaczeniu. Szacunek budzi dbałość o szczegóły.

Dynamika opowiadania jest naprawdę niezła, akcja idzie płynnie.

Jedna sprawa osłabia końcowy efekt – niewygrana końcówka. Czemu bohater, tak po prostu, nie dał dyla i nie poszedł do niewoli? Należało to jednak bardziej rozwinąć. Bo podskórnym, jednak wyraźnie sygnalizowanym  nurtem opowieści jest przeznaczenie. Determinizm losów, widziany przez jednego z bohaterów.  No więc, należało uzasadnić do końca ten motyw.

Jednak – dobrze skomponowana i w sumie wciągająca opowieść, z dopracowanym językiem narracji. Zasługuje na umieszczenie w bibliotece.

Pozdrówka. 

Śniąca dziękuje za ponowną opinię :)

Co do zobojętnienia to nie do końca się zgodzę. Trauma po bitwie w końcowym fragmencie jest zasygnalizowana, a żołnierz też nie mógł po prostu rzucić się do pieszej ucieczki w nieznanym kierunku.

Rogerze dziękuję za przeczytanie i kliknięcie biblioteki. Cieszę się że tekst się podobał. Może w przyszłości rozwinę opowiadanie o wydarzenia mające miejsce w Cherbourgu.

Bardzo fajny tekst. Nic wielkiego, ale ładnie napisane. Mam słabość do beznamiętnych narracji, więc dla mnie to był duży plus opisów walki.

Tak naprawdę mam tylko jeden problem:

– Nie idź do Cherbourga – charknął. Krew wylała mu się z ust gęstym, szkarłatnym strumieniem. – Zginiesz za dwa dni. Dwa dni…

– Co? O czym ty mówisz?

No naprawdę, tak mógłby zareagować facet, który wpada na pomyloną cygankę na targu. Nie człowiek, który słyszy przepowiednię od kogoś o kim wie, że jego przepowiednie się sprawdzają.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Dzięki za przeczytanie madej :)

On nie do końca jeszcze wie że przepowiednie się sprawdzają, dopiero to do niego dociera.

@belhaj wiesz jakie zakończenie byłoby epickie? Spróbuje coś maznąć:

 

– Zbieramy się! – krzyknął von Ronstadt. – Za kilka minut zaczną ostrzał. Do tej pory musimy być już daleko stąd. Langer! Świetnie się spisałeś, chodz na stronę.

Zdziwiony żołnierz odszedł kawałek na bok, z dala od reszty swojego oddziału który ładował się na ciężarówkę. W głowie słyszał przepowiednie: “Nie idź do Cherbourga, zginiesz za dwa dni. Dwa dni…”

– Dostałem informację przez radio że chłopaki z czterdziestej drugiej pancernej potrzebują wsparcia – dowódca poczęstował go papierosem. Langer drżącym rękoma złapał za skręta i zaciągnął się mocno. – Musimy się rozdzielić na dwie równe połowy, ja wezmę jedną ty drugą. Wolisz jechać do czterdziestej drugiej, czy do Cherburga?

W głowie ciągle słyszał złowieszczą przepowiednie, lecz czy powinien w nią wierzyć, czy może zaufać Fullerowi który niedawno ogłosił planowane użycie Wunderwaffe?

– Pojadę do Cherburga – rzekł głucho. – Hail Hitler!

-Hail Hitler!

 

Taki tylko pomysł.

belhaju, czytałem kilka Twoich opowiadań i stwierdzam, że przedstawione powyżej jest najlepsze z tych twoich które znam. Nieczęsto jest tak, że nie mogę się oderwać od lektury portalowego tekstu, a Skrzyżowanie po prostu pochłonąłem. Opisy realistyczne – znalazłem się w środku walki. I to wyczuwalne, unoszące się między zdaniami wahanie się bohatera, czy ma uwierzyć w przepowiednie, czy stać mocno na ziemi. Podoba mi się otwarte zakończenie – nie wiemy co bohater zrobi (hmm… co ja bym zrobił?). No i ta wątpliwość i świadomość, że zna się potencjalny termin swojej śmierci – horror. Czytając opowiadanie uczestniczyłem w prawdziwej przygodzie. Tekst prosty w swej konstrukcji, a robi to, co powinien – mnóstwo wrażeń. Gratuluję!

 

W kwestii technicznej, to odrobinę przeszkadzały mi “się” w bliskiej odległości.

Od wieków tak naprawdę wojny toczyły jednostki przy użyciu pionków, którymi są żołnierze, najczęściej wcielani do armii siłą – pomijam najemników, oficerów itp. (może teraz w dobie wojsk zawodowych to trochę inaczej wygląda, ale ja mam na myśli te dawniejsze czasy). Ich obecność na polu walki – kolejnym i kolejnym, oraz fakt, że wciąż zabijają na rozkaz, w pewnym sensie tłumaczę sobie właśnie zobojętnieniem. Gdyby taki wojak miał epatować i przejmować się emocjami, to nie wykonywałby rozkazów, tylko rzucił broń w cholerę i zwiał gdzie pieprz rośnie. Owszem, zawsze zdarzali się dezerterzy, ale też nie o nich piszę, ale o tym ogóle, który jednak ślepo rozkaz wykonywał.  

I druga sprawa – co innego “beznamiętny” opis akcji, a co innego trauma po. Dla mnie trochę dziwne by było, gdyby znów zamiast sprawnie wykonywać swoje zadanie by przeżyć, narrator rozwodził się nad swoimi emocjami. Moim zdaniem nie miał ich – patrz akapit wyżej. Moment działania, zwłaszcza pod presją, to jedno, a oddech i moment na przemyślenie i emocje po działaniu, to drugie.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dj Raptor jednak zostanę przy swojej wersji :)

Blackburn dla takich opinii warto pisać :D Cieszę się, że tekst się podobał i wywołał wrażenia jakie sobie zamierzałem :) Dzięki :)

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Cieszę się Anet :) 

Joseheim dzięki za bibliotekę :)

Nie lubię wojny i historyjek o niej jeszcze bardziej niż Śniąca – nawet “Stawki” nie oglądałam. ;-)

Jak na militarny tekst, czytało się całkiem nieźle. Ładnie rozegrałeś tę prekognicję, reakcje żołnierzy, w tym najbardziej zainteresowanych. A niech tam! Kliknę sobie.

Szkoda, że Kaffenberger nie zgłosił się do Hitlera przed ‘39. Tak, wiem, dopiero pod Stalingradem talent się objawił…

Babska logika rządzi!

Szkoda, że Kaffenberger nie zgłosił się do Hitlera przed ‘39.

Myślisz, że to by coś zmieniło?

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Myślę, że gdyby skutki wojen znano przed wybuchami, to nie byłoby żadnych.

Babska logika rządzi!

Mam dziwne wrażenie, że się mylisz. Chyba że masz na myśli jakieś szczególne skutki. Ludzie generalnie wiedzą, czym woja grozi, a mimo to nadal bez przerwy wojują…

 

Edyta

Tak na szybko znalazłam tylko angielską wersję, ale cytat jest znany:

Niektórzy z was zginą, ale to jest poświęcenie, na które jestem gotów.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Generalnie wiedzą. Ale w szczególności wierzą, że ostatecznie to ich strona wygra. Albo walczą, bo zostali zaatakowani. A wiele to Lebensraumu Niemcy zyskali na drugiej światowej? Opłacało się?

 

I moja edytka: Hitler personalnie też szczęścia na wojnie nie znalazł. Był gotów na to poświęcenie w ‘39?

Babska logika rządzi!

Ok, i tu kończę dyskusję, bo wchodzimy na grunt mi kompletnie obcy – w sensie rozważań historyczno-politycznych XX wieku ogólnie, II wojny w szczególności. Chyba mimo większej niechęci, znasz temat lepiej niż ja :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tak, wiem, dopiero pod Stalingradem talent się objawił…

 

Gwoli ścisłości objawił się pod Leningradem :) Dzięki za przeczytanie i oczywiście kliknięcie biblioteki :)

Wojna towarzyszy i towarzyszyć będzie ludzkości od zarania dziejów, krótkotrwałe korzyści (terytorium, łupy, prestiż) od zawsze były dla władców ważniejsze niż życie poddanych.

 

Gwoli ścisłości objawił się pod Leningradem :)

To tyle w temacie mojej wiedzy z II WŚ i geografii. Szlag, zawsze mi się te dwa miasta myliły…

Babska logika rządzi!

W sumie łatwo zapamiętać: Leningrad (dzisiejszy Petersburg) leży na północy, a Stalingrad na dalekim południu Rosji. Ja znowu uwielbiam (pisać i czytać) fantastykę historyczną, mam jeszcze kilka pomysłów :)

No niby tak. Ale jakoś nie mogę zapamiętać, który z gorodów został nazwany na cześć Lenina, a któremu dostał się Stalin… ;-)

Babska logika rządzi!

Na szczęście w obecnej Rosji mają zdecydowanie mniej mylące nazwy :)

A ciekawe, czy kiedyś przemianują Moskę na Putingrad ;)

Militarne historie mnie nudzą zazwyczaj (powiedziałam to głośno? ja? historyk?), ale tym razem było inaczej, fajny styl, szybkie tempo. Podobało się.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Heh, wygląda na to, że jestem jedynym, któremu tekst niespecjalnie się podobał ;-)

Ale to pewnie dlatego, że pamiętam Twoją Dziewczynkę z granatami, drogi Belhaju, i wiem na co Cię stać, jeśli chodzi o wojenne opowieści :-)

 

Śniąca – nigdy (na szczęście) w żadnej wojnie brać udziału nie musiałem, ale domyślam się, że zobojętnienie, o którym piszesz, to jak najbardziej naturalna i powszechna reakcja obronna. Ale mnie nie o to chodziło, by narrator, zamiast opisywać walkę, rozwodził się nad swoimi emocjami, szlochał i łkał przy każdym strzale. Myślałem raczej o pewnym osobistym, personalnym podejściu do przedstawianych wydarzeń, subiektywnej intensywności przeżyć sugerowanej przez pierwszoosobową narrację. Wydaje mi się, że kiedy pakujemy narratora, nawet emocjonalnie zobojętnieniałego, w sam środek piekła, rzecz powinna przypominać bardziej Szeregowca Ryana, niż relacje Bogusława Wołoszańskiego.

Ale biorąc pod uwagę fakt, że nikt inny się tego nie czepiał, zapewne przesadzam. W końcu autor osiągnął to, co zamierzał, nie musiał przecież trafiać w gusta akurat Thargona :-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Opowiadanie to czy raczej opisanie epizodu z czasów wojny?

Przeczytałam bez większej przykrości, bo Skrzyżowanie jest napisane bardzo porządnie, ale w pełni podzielam opinię Thargone.

 

W jed­nym z nich na­tknę­li się na obłą­ka­ną grupę żoł­nie­rzy. – Raczej: W jed­nym z nich na­tknę­li się na grupę obłą­ka­nych żoł­nie­rzy.  

 

Po tym wy­da­rze­niu ge­frej­ter za­ła­mał się psy­chicz­nie i za­czął uka­zy­wać swoje dziw­ne zdol­no­ści. – Raczej: …i za­czął objawiać swoje dziw­ne zdol­no­ści.

 

Go­to­wi byli na na­tych­mia­sto­we roz­po­czę­cie ostrza­łu. – Raczej: Go­to­wi byli do na­tych­mia­sto­wego roz­po­czę­cia ostrza­łu.

 

Kie­row­cy cię­ża­ró­wek cze­ka­ją na za­koń­cze­nie akcji, żeby po wy­co­fa­niu się przez Ame­ry­ka­nów za­przę­gnąć dzia­ła. – …żeby po wy­co­fa­niu się Ame­ry­ka­nów za­przę­gnąć dzia­ła.

 

Kula ro­ze­rwa­ła mu krtań, fon­tan­na krwi za­chla­pa­ła żółty pia­sek po­kry­wa­ją­cy drogę. Jego ko­le­dzy sta­ra­li się wcią­gnąć go za osło­nę i udzie­lić po­mo­cy. Prze­ła­do­wa­łem i już mia­łem wy­strze­lić, ale drogę przed Sher­ma­nem ro­ze­rwa­ła eks­plo­zja. Ar­ty­le­rzy­ści sta­ra­li się za­trzy­mać kontr­ata­ku­ją­cych Ame­ry­ka­nów. Dwa po­ci­ski nie tra­fi­ły, do­pie­ro trze­ci ro­ze­rwał po­szy­cie czoł­gu. – Powtórzenia.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poszycie czołgu? Zdecydowanie pancerz czołgu.  Wyraz “poszycie” ma inne znaczenie. Szczegół, jednak zawsze należy zwracać uwagę na szczegóły. 

Bardzo ciekawe komentarze.

Pozdrówka.

Fleurdelacour fajnie że ta militarna historia przypadła ci do gustu :)

Thargone Dziewczynkę z granatami uważam za swoje najlepsze dotychczasowe dzieło, mam jeszcze pomysły na podobne okołowojenne teksty. Może jak (jeśli) uda mi się je skończyć, sprostają oczekiwaniom. 

Reg dzięki za wyłapanie błędów i opinię. Poprawię pewnie jutro bo zaraz do pracy, wieczorem mecz (POLSKA!!!) więc czasu mało :)

Rogerze poszycie jako jedna z części pancerza. Ale jeszcze to przemyśle. To że diabeł tkwi w szczegółach wiadomo nie od dziś ;)

O, i zacne opowiadanie wskoczyło do biblioteki. :)

Pozwolisz, belhaju, że nie zgodzę się w kwestii najlepszego Twojego opowiadania. Możliwe że to kwestia gustu, ale w opowiadaniu D. z g. przeszkadzały mi różne rzeczy – w mojej opinii bardzo istotne. Nie będę wyszczególniał, bo pisałem o nich podczas betowania. Dlatego powyższy tekst oceniam dużo wyżej niż D. z g.

A w sprawie “beznamiętności” przedstawionego tu opowiadania, to również się nie zgodzę. Mówienie czytelnikowi jak ma odbierać historię czy doświadczenia bohatera, nie w każdym przypadku jest prawidłowe. Nie wciskanie tych rzeczy na siłę jest jedną z zalet tekstu. Pozdrawiam.

Też się ucieszyłem że tak szybko się znalazło w Bibliotece. Ciekawe kto oddał decydujący głos?

Wysyłając Skrzyżowanie do Szortala nie byłem pewny co do jego jakości (to znaczy sądziłem że jest niezłe, ale nutka niepewności była), więc tym bardziej się się cieszę, że tekst się podoba.

Bardzo sprawnie i ładnie napisane. Tylko że ja nie lubię takich tematów. Mam zbyt plastyczną wyobraźnię, widzę to wszystko, potem mam skojarzenia z historycznymi rzeczami… 

Tak dla przyzwoitości przyczepienia się do czegoś:

 

Strzeliłem w jednego z żołnierzy który wychylił się zza osłony. ← oj, nieładnie, taki przecinek zgubić.

 

Za dużo przeżył na wschodzie i teraz wariuje. ← a nie na Wschodzie?

 

Był to młody, ledwie dwudziestoletni mężczyzna. Szybki awans zawdzięczał wysokiemu urodzeniu, nie można mu jednak było odmówić talentów dowódczych. Od czasu alianckiej inwazji nie zdradzał żadnych objawów stresu. Jego rozkazy były przemyślane i jak do tej pory chroniły kompanię przed niepotrzebnymi stratami.

 

Ten zatrzymał się płonąc. ← dziwne to, a przecinek przed płonąc, mimo że raczej powinien tam być, nie niweluje sprawy

 

Mieliśmy pozwolić kilku czołgom przeprawić się przez rzekę, a następnie zniszczyć je, oraz zatarasować drogę wrakami. Zablokuje to trasę na Cherbourg, a naszym oddziałom, rozbitym na całym półwyspie, da czas na taktyczny odwrót i przegrupowanie. ← niekonsekwencja czasowa, całe opko jest w przeszłym…

 

Powstawiałabym jeszcze tu i tam przecinki, ale to nie jest znowu takie istotne. I sporo sięsiujesz :P Ale jak się Blackburn do tego nie przyczepił, to co ja będę.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Ale ze mnie dupa, a nie korektor ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wojna to jednak typowo męskie zajęcie więc nie dziwię się enazet że takich tematów nie lubisz. Mimo wszystko cieszę się z wysokiej oceny.

Joseheim nie przejmuj się. Tekst i tak wygląda lepiej niż w pierwotnej wersji. Ta interpunkcja mnie kiedyś wykończy :(

Ojć, właśnie mi się przypomniało, że obiecałam Ci, że przeczytam w Szortalu w wolnej chwili. I teraz mi wstyd, bo tego nie zrobiłam, choć rzeczywiście ostatnimi czasu tych wolnych chwil za dużo nie miałam :(

Według mnie, biblioteka w pełni zasłużona, elegancki tekst, sprawnie napisany, z ciekawym konceptem, klimatem i zakończeniem. Pod względem warsztatu – pełne uznanie :) W kwestii tematyki niestety również nie jestem docelowym odbiorcą, opis całej potyczki i rozkminy taktyczne raczej mnie znużyły, ale dowodem na to, że jednak znalazłam w tym wszystkim coś dla siebie jest to, że czytając o tych czołgach i pociskach miałam w głowie myśl “no dobra, ale co z bohaterami, niech już będzie o bohaterach” ;)

Poszycie jest dobre, spotykałam się w literaturze fachowej z takim określeniem.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dziękuję Werweno :) Miło czytać takie słowa, fajnie że się podobało mimo, że to nie Twoje klimaty (większość kobiet jak zauważyłem nie lubi wojennych tekstów).

Ja raczej powiedziałabym, że w wojennych tekstach szukam czegoś innego niż typowej batalistyki ;) W sumie poezja Baczyńskiego (i innych) czy pamiętniki powstańców, w których swego czasu się zaczytywałam, to tez teksty wojenne ;)

To nie jest tak, że nie lubię wojennych tekstów. Kocham np. bitwy u Tolkiena. Nienawidzę tego słowa, ale tutaj jest zasłużone – to są EPICKIE bitki :D Natomiast wojny światowe… idiotyczne przepychanki strategicznych graczy na arenie geopolitycznej, bezsensowne mordy… Dobrze znam się na drugiej wojnie światowej. Dla mnie pisanie w tych klimatach to taka gloryfikacja czegoś, co potępiam i uważam za typowo dominacyjne (a więc męskie) warczenie i gryzienie, które przyniosło miliony ofiar. Narzucanie jednego paradygmatu, jednej ideologii, to właśnie powoduje wojny. Różnorodność świata jest nie do pogodzenia, a taka napalona Rosja, urażona Japonia, uśmiechnięte ironicznie Chiny, zmęczone USA i roszczeniowy islam kompletnie tego nie łapią. Nie łapią potrzeby dialogu zamiast monologu. Rozumiem, że można chcieć pisać w tych klimatach, ale po co – to pozostaje dla mnie zagadką. Ja chcę zapomnieć, niestety, w tym kraju jest to niemożliwe. Polska martyrologia jest niezwyciężona.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Ja bardziej niż na epickich bitwach, wole się skupić na potyczkach w czasie których przedstawiony jest los pojedynczych jednostek :) Chciałem też w tym tekście połączyć trochę scen batalistycznych z rozterkami szeregowych żołnierzy. Może trochę faktycznie za mało tych rozterek, ale to lekcja na przyszłość :)

Gdybym się nie spóźnił, to też bym kliknął, za niepokojący początek, dynamiczną akcję i plastyczne opisy. Zakończenie do wymiany. To przeznaczenie w ostatnim zdaniu było jak długa seria z MG-42 we własny oddział. A tyle potrafię sobie wyobrazić ciekawych alternatyw :D (miłość do Rzeszy i/lub miłość do Fuhrera, zemsta za ukochanego przyjaciela/brata/wuja/itp. Hansa/Fritza/Helmuta/itd., poczucie zrezygnowania, poczucie obowiązku, poczucie winy). Aż się prosiło, żeby przeprowadzić zmasowany atak na to, co działo się w głowie narratora.

To, że boli mnie niewykorzystany potencjał na dobre zakończenie dobrego tekstu, to też na swój sposób dobry znak : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz zakończenie od początku planowałem w ten sposób, może faktycznie zbyt mało rozterek, ale niech już tak zostanie :)

To, że coś się planowało w jakiś sposób od początku, nie oznacza, że nie dałoby się tego zaplanować lepiej :D.

Dobrze, nie będę już marudził. Naprawdę przyzwoity tekst.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Wiadomo że zawsze może być lepiej :)

Czaiłam się, żeby przeczytać i być może kliknąć Bibliotekę, bo widziałam jak punkty rosną ;) Cóż, nie zdążyłam, ale niech cię pocieszy fakt, że punkcik bym kliknęła. Bardzo dobrze napisany tekst. Trochę szkoda, że taki urwany, ale jak na szortal to i tak długi.

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo pochwały od Ciebie są dla mnie bardzo budujące :) Dzięki za pozytywną opinię i fajnie, że tekst się podobał :)

Bardzo fajne opowiadanie. Najbardziej spodobał się motyw przepowiedni i ukazanie wszystkiego z perspektywy niemieckich żołnierzy. Z ogromną chęcią przeczytałbym dalszy ciąg tej historii. :)

"Gdy w sercu płonie ogień, razem z nim tworzy dusza."

Dziękuję Proroku za wysoką ocenę, cieszę się ze tekst się podobał :) Może kiedyś jakiś ciąg dalszy powstanie.

Mam mieszane uczucia, jednak z wyraźną tendencją w stronę zawodu.

Tekst na pewno napisany fajnie, czyta się lajtowo, elegancja francja i tak dalej (choć nie ukrywam, że niemieckie stopnie wojskowe wprowadziły cokolwiek za dużo, moim zdaniem zbędnego, zamieszania; trochę się w tym gubiłem), temat w sumie pode mnie, opis walk fajny – klarowny a przy tym dynamiczny (choć w sumie za cholerę nie wierzę, że Hamerykanie ot tak bez żadnego zwiadu i rozpoznania wleźli w tak oczywistą pułapkę).

Główna linia fabuły jednak zawodzi po całości. Wprowadzasz ciekawy motyw, tworzysz interesującą postać, która może stać się swojego rodzaju tajną bronią dla nazistów (albo lepiej, impulsem do podjęcia przez bohatera/bohaterów działań na własną rękę, np niewykonania rozkazów czy dezercji, byle ratować życie – już przy takim scenariuszu widzę miejsce na co najmniej dobry twist), a więc i źródłem naprawdę ciekawej historii z mocnym, a przy tym właściwie dowolnie wybranym zakończeniem. Tymczasem poszedłeś po najmniejszej linii oporu i postawiłeś na jakąś taką… ckliwość. Co gorsza, zamierzonego efektu ni jak nie udało Ci się osiągnąć, bo jedyne, co poczułem, to rozczarowanie zakończeniem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Szkoda Cieniu, że zakończenie cię rozczarowało. Ckliwość… nie była moim zamiarem i sądziłem, że opowiadaniu od niej daleko. 

Dobrze chociaż że warsztat ci się podobał. Co do wejścia w pułapkę, to podczas walk w Normandii panował dość duży chaos, nie zawsze było wiadomo gdzie znajduje się przeciwnik, ani gdzie dokładnie przebiega linia frontu. Ot takie usprawiedliwienie, dzięki za przeczytanie :)

Czytało się fajnie, rzeczywiście dopracowane pod względem szczegółów, choć osobiście dla mnie było trochę za mało fantastyki :) Doceniam porządnie wykreowany klimat. Zakończenie dla mnie OK, niedopowiedzenie tu pasuje.

 

gefrejter

Nie powinno być przez i?

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Fakt wkradł się błąd, już poprawiony :)

Fantastyki niby mało, jednak odgrywa bardzo dużą rolę w wydarzeniach. Dzięki za przeczytanie :)

Gdy dorosły chmurny – marszczy brew,

Wtedy wojna jest i sika krew.

Wojna to sport, a sport to zdrowie:

Skoki do gardła i rzuty ołowiem.

Zawsze jest powód do użycia noża,

Płock żąda dostępu do morza!

Żołnierz na wojnie gnije w okopie,

żona pisze: brzuch duży i mały kopie…

Myśli żołnierz – w dupie z wami i waszymi wojnami.

Lao Che, Wojenka :-)

 

 

I tego ładunku emocji, w którąkolwiek stronę, brakuje mi w tym szorcie. Końcówka słabiutkia pod tym względem bardzo, bo samo zmierzanie ku niewesołemu przeznaczeniu, ten fatalizm – imo mogłeś rozegrać mocniej. Aż się prosi, by ten szort mocniej zmetaforyzowac pod np. kątem niemożliwości ucieczki od przeznaczenia. Tematu, skądinąd nie nowego, ale bardzo wdziecznego jako szkielet opowieści. Ot, cały Wieśmin na tym jedzie, determinizm czy kowal własnego losu?

Napisane zajmująco i z dbałością o szczegóły, ale w ogólnym rozrachunku uważam, że letnie, końcówka wydaje mi się być bardziej urwana niż klamrą spinającą treść w niewesołej konkluzji.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki Psycho za przeczytanie i komentarz. Szkoda, że nie podeszło.

Belhaju, napisane jest przednio, ale jeśli protagonista to żołnierz hitlerowskiej armii, to mimo wszystko trzeba zadbać o zbudowanie więzi między czytelnikiem a bohaterem i taką prezentację tematu (jeśli dobrze rozumiem, tu determinizm losu człowieka i tragiczna niemożność jego odmiany), żeby ten czytelnik-wredota mu kibicował, a przynajmniej nie był obojętny. Że można tak w niewielu słowach, świadczy np. przytoczony fragment utworu; zresztą cała ta piosenka oparta jest na odwołaniu do uczuć rodzica do dziecka, dzięki czemu odpala ów "ładunek" emocji u odbiorcy. Strasznie mi czegoś takiego w twoim szorcie brakuje.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

W tekście faktycznie zastosowałem pewien emocjonalny minimalizm, nie chciałem też go jednak nad wymiar wydłużać (z racji że pisany był z myślą o Szortalu). Teraz wiem że mogłem pokusić się o większą dawkę emocjonalną. Jeszcze raz Psycho dzięki za opinię :)

Przeczytałam bez przykrości, ale nie lubię wojennych tekstów i nawet Twój tego by nie zmienił. Na pewno nie można odmówić Ci sprawności pióra i dbałości o szczegóły, ale wymiękłam przy opisie potyczki i przeskanowałam ją tylko. Zabrakło mi nieco emocji, dopiero fragment od słów: Wybuch nastąpił zaledwie kilka kroków ode mnie. Obsypała mnie ziemia… do końca akapitu dostarczył ich nieco.

Końcówka jednak wyszła mdła. 

Ale bibliotekę z pewnością bym kliknęła.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Tak też czułem, jednak wojenne opowieści nie są dla kobiet. Zatem mimo że to nie Twoje klimatu Basiu dziękuję za przeczytanie :)

pobliskiej, niewielkiej rzeczce

Na mojego czuja raczej bez przecinka (pobliska jest doprecyzowaniem niewielkiej rzeczki). Ale głównie dlatego, że to psuje rytm.

oddziałom, rozbitym na całym półwyspie

Rozbity oddział ma dla mnie jedno dominujące znaczenie i to drugie jakoś nie chciało “wskoczyć”. Chyba że to miało być to pierwsze znaczenie, ale wówczas nie rozumiem zdania :)

kucał, Falko Kaffenberger

Przecinek przed kucał

 

Beznamiętnie jak na opowieść o wojnie. Jest natarcie wroga, strzały, niepokój, a bohater obserwuje fontanny krwi padające na piasek i dziury po pociskach. Odebrałem to jako coś nienaturalnego, utrudniającego mi wejście w klimat. 

Teraz doczytałem, że takich opinii było więcej. Wiesz, to nawet nie chodzi o to, że żołnierz ma się w okopie jakoś rozczulać nad sobą (choć może, cały przekrój społeczny wszak w nich siedział), tylko o to, że przez te nieco rozwleczone opisy zachodzących faktów opowieść staje się sucha, taka dokumentalna właśnie, jak ktoś wyżej wspomniał. Niczym sprawozdanie, raport, a chyba nie taki był zamysł tego mini-opowiadanka. W każdym razie moi dziadkowie o wojnie opowiadali inaczej.

Pochwalę dbałość o szczegóły, choć nie jestem w stanie ich zweryfikować. Mnie przekonało. Przeczytało się zgrabnie i szybko (to najważniejsze). Zakończenie zaskoczyło… brakiem zakończenia. Więc jakiś tam twist jest ;)

Fantastyka ja bym powiedział śladowa, ciekawe, że nikt się nie przyczepił. Nie żebym ja się chciał czepiać, ja nie wymagam.

4.5

Vargu dzięki za przeczytanie i komentarz :)

Co do beznamiętności zgodzę się że emocji mogłem dać więcej, jednak muszę odrobinę stanąć w obronie tekstu. Nie jest tak że bohaterowie są beznamiętni. Kaffenberger przygnieciony swoimi zdolnościami z weterana frontu wschodniego, który powinien wspomagać młodszych żołnierzy staje się bełkoczącym szaleńcem. Fischer mimo początkowej paniki co do przepowiedni w czasie potyczki działa jak na żołnierza przystało – jak najlepiej wykonuje powierzone rozkazy. Stara się samemu zdeterminować swój los.  Langerowi, głównemu bohaterowi opowiadania w końcowym fragmencie, kiedy emocje bitewne już opadły w głowie wciąż kołaczą się ostatnie słowa i przepowiednia Kaffenbergera. Tutaj się zgodzę, że mogłem się pokusić o bardziej rozbudowany emocjonalizm. 

Co do beznamiętnego opisu potyczki, to chodzi o to że żołnierz na polu walki nie ma czasu na kalkulację. Zawahasz się – giniesz, palec zadrży na spuści – giniesz, zaczniesz myśleć, że wróg to taki sam człowiek jak ty, ze swoimi problemami, mający rodzinę, żonę i dzieci – giniesz bo przeciwnik zabija cię pierwszy. Tak ja widzę wojnę i tak czytałem o niej we wspomnieniach walczących żołnierzy.

Jeszcze raz dzięki za komentarz :)

Nie przeczytam wszystkich komentarzy, bo jest ich sporo, ale już w pierwszym Thargone właściwie dokładnie napisał to, co i ja myślę. 

Także nie uważam, że niespodziewane zakończenia są niezbędnym elementem opowiadań, nawet krótkich. Jestem od takiej opinii bardzo daleko. Jednak w tekście, który w większości jest opisem potyczki, przydałoby się jednak coś więcej. I podczas czytania cały czas miałam nadzieję, że to “coś więcej” (niekoniecznie w postaci twistu na koniec), się pojawi. Jakaś tajemnica.

Nic takiego nie nastąpiło, więc czuję się rozczarowana. Ale to na pewno porządnie napisane opowiadanie. 

Wydawało mi się, że niedopowiedziane zakończenie będzie pasowało do tekstu traktującego o przeznaczeniu. Ale nie do końca mi wyszło…

Dzięki ocho za przeczytanie i komentarz :)

W końcu przeczytałem w WS Szortala.

 

Drżącymi rękami wyjął z wewnętrznej kieszeni munduru paczkę papierosów, wyjął jednego i przypalił.

Brzydkie powtórzenie.

Kolejny raz sprawdził,[+] czy MG-42

I czasownik “sprawdził” też jest nadużywany.; przydałby się synonim w dwóch-trzech miejscach.

Zasugerowałbym napisanie innego początku, takiego “wrzucającego w akcję”, flash forward (żeby wciągnąć czytelnika), a potem spowolnienie przy przedstawianiu bohaterów, tych niezwykłych właściwości (byłby z tego klimacik lepszy). Sceny walk też można podkręcić, zdynamizować, może przez pokazanie ich z perspektywy jednego bohatera, a nie lotu ptaka? Bo wyszły schematycznie, nieemocjonalnie bez krwi, flaków, śmierci, wybuchów, wizgów, płomieni i całego tego strachu, adrenaliny. Zabijanie w ciągu zdania-dwóch jest, hm, nie powiem, bo kto tak nie robił, niech pierwszy rzuci kamieniem. Wolę teksty wojenne, gdzie jest więcej tej psychologii bohatera. Skrzyżowanie w opisie walki jest mało wykorzystane (można to też podkreślić, bo jest w tytule, zrobić z tego szwabskie Termopile).

Ale lubię wojenne historyjki. Interesujący wątek z przewidywaniem, kto umrze. I choć można z tego tekstu wycisnąć więcej, jak mi się wydaje, to najlepszy Twój tekst, jaki czytałem.

 

A tak w żartach: sądziłem, że Oezil, Khedira czy Boateng to bardziej niemieckie nazwiska niż Fischer czy Kramerwink

Sirinie jest jeszcze Mustafi, Gomez czy Emre Can :)

Cieszę się ze słów że to najlepszy mój tekst jaki czytałeś :) Zdaję sobie sprawę, że z pomysłu można wycisnąć więcej, ale niech już zostanie jak jest. Inne opowieści czekają na swoją kolei :)

Scena walki (jak i cały tekst) jest opisany z perspektywy jednego bohatera.

Dzięki za przeczytanie :)

Całkiem sympatyczne, choć zupełnie nie moje klimaty. Wojsko to jednak nie to, co lubię. Dużo broni, jeszcze więcej maszyn i już człowiek ma głowę wielką od nowych nazw i terminów. Dobrze, że wyważyłeś tekst odpowiednio na niezbyt długi, bo dla mnie w formie dłuższego opowiadania byłby bardzo męczący. A tak zostawia przyjemny wydźwięk, choć wiadomo dokąd zmierzamy. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Wiadomo wojna, wojska, uzbrojenie to bardziej męska domena :) Ja akurat bardzo dobrze czuję się w takich klimatach, lubię czytać jak i pisać wojenne opowieści. Dzięki za przeczytanie, mam nadzieję że nie znudziłem cię za bardzo wojskową terminologią.

Nowa Fantastyka