- Opowiadanie: fleurdelacour - Wyprawa polarna Bernarda Moreau

Wyprawa polarna Bernarda Moreau

Opowiadanie nie jest wierne realiom historycznym.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

bemik, Finkla

Oceny

Wyprawa polarna Bernarda Moreau

 

– Och tak, dużo wiem o wyprawie Barrowa. To było jakieś dwadzieścia lat temu – mówił gruby łach, uderzając raz po raz kuflem o stół. – Szykowali się na nią wiele lat. Przypływali i odpływali z Viku. Budowali tu sobie zaplecze. Zbierali fundusze, przekonywali sponsorów, uniwersytety, admiralicję, a nawet samego króla. Tak słyszałem. Aż w końcu wypłynęli, zabierając paru naszych. Taaak.

Zamyślił się i upił spory łyk piwa.

– Wiele lat temu – powtórzył i przymknął oczy, jak gdyby próbował wygrzebać z pamięci odległe fakty.

– Panie Neville, niech mi pan opowie coś więcej, coś czego nie wiem – prosił dystyngowany mężczyzna o obcym akcencie.

Łach odwrócił swój kufel do góry dnem i wymownie wytrząsnął kilka ostatnich kropli na podłogę. Elegant skinął na dziewczynę z dzbankiem, żeby uzupełniła braki. Neville uśmiechnął się, łapczywie zlizując piankę z brzegów kufla. Młody chłopak nadstawił z ciekawością ucha.

– Co tu więcej mówić. Pojechali i przepadli. Słuch po nich zaginął. Nikt nie wrócił.

– Nikt? – powtórzył dżentelmen, a młodzieniec usiłował odgadnąć, czy w jego głosie zabrzmiała radość, czy zawód.

– Prawie nikt. Ktoś powrócił, po wielu latach, gdy wszyscyśmy potracili nadzieję, a większość z nas to nawet zapomniała o takiej wyprawie. Mój szwagier to był. Jonathan Grey. Porządny chłop i dobry marynarz. Zachciało mu się przygody i skarby obiecywali. Taa.

– I co? – ponaglał elegant.

– Wrócił w gorączce. Nie sam, Eskimosi znaleźli go, Bóg wie gdzie. Wszędzie odmrożenia. Wdała się gangrena, bredził przez parę nocy, a potem wyciągnął kopyta. Ot co.

– A cóż takiego mówił? Pan był wtedy przy nim? Słyszał?

– Hmm… – Łach próbował wzmóc napięcie, widać, nie pierwszy raz opowiadał tę historię. – Słyszeć słyszałem, a i pastor nasz słyszał, co do niego przed śmiercią przyszedł. Ale ten już nic wam nie zdradzi, bo sam zmarł niedługo potem.

– No to powie mi pan wreszcie?

– Ja niewiele zrozumiałem z tych bredni. Ale pastor mówił, że to się nazywa… – grubas zmarszczył czoło z wysiłku – herezja i że Jonathan w piekle się smażyć będzie.

Młodzieniec przysunął się jeszcze bliżej, ale w knajpie wywiązała się bójka. Neville zdążył jeszcze powiedzieć coś na ucho dżentelmenowi, po czym ruszył w kocioł walki. Obcy wybiegł na zewnątrz, a chłopak, niewiele myśląc, wymknął się za nim.

 

***

 

Dżentelmen rzucał się w oczy. Nie chodziło tylko o elegancki styl bycia i szykowną odzież. Buty na cienkich podeszwach, tylko dwie warstwy ubrań, goła głowa. Kolejny, który przepadnie w lodowym morzu, pomyślał chłopak. Elegant nie był pierwszym poszukiwaczem w tej okolicy, ale pierwszym od dwudziestu lat. Tacy jak on pojawiali się kiedyś często, przypływali na imponujących statkach z dalekich krajów, wyglądali dziwnie i wysławiali się w sposób, który to śmieszył, to irytował miejscowych. Ale chłopak sam nigdy wcześniej nie widział żadnego odkrywcy. Był za młody. O podróżnikach ze Starego Świata opowiadał mu ojciec, kiedy jeszcze żył. Historie o nieustraszonych bohaterach z dalekich krajów pobudzały wyobraźnię. Zazdrościł im przygody, a poza tym sam był ciekaw, co kryje się dalej, na zachodzie. Jednak ten pierwszy od lat odkrywca, zawiódł chłopaka. Niewiele wiedział o życiu na rubieżach. Tylko statek, na którym przybył zachwycił chłopaka. Przy nim to, na czym pływali wielorybnicy, wyglądało jak liche łajby.

Zbliżali się do portu.

– Bernard! – głośne zawołanie rozcięło zamrożone powietrze.

Dżentelmen odwrócił się i spojrzał na młodzieńca. Po chwili ruszył dalej. Tymczasem do chłopaka podeszła jego matka.

– Bernardzie, cały wieczór cię szukam, wracaj natychmiast do domu.

– Ale…

– Żadnego ale.

Chłopak z żalem spojrzał na znikającego za zakrętem mężczyznę i grzecznie zawrócił z matką. Nie musiał się martwić, że dżentelmen wypłynie niepostrzeżenie. Był dopiero kwiecień i całe morze na zachód od Viku pokrywał jeszcze gruby lód.

 

***

 

Bernard stał na nabrzeżu i zachwycał się trójmasztowcem, na którym przypłynęli wczoraj Belgowie. Ogromny masywny kadłub, porządnie wysmołowane burty, wysokie, solidne maszty. Statek, ba okręt, był lepiej przygotowany niż załoga.

– Widziałem cię już wczoraj, chłopcze. Czego chcesz? – Z zadumy wyrwał go głos dochodzący zza pleców. Dżentelmen z gospody.

– Podziwiam statek.

– O tak, to niezwykła maszyna. – Widać, że mężczyznę rozpierała duma. – Jak ci na imię?

– Bernard.

– Ja jestem kapitan de Germery. Znasz się na żeglowaniu?

– Polowałem na wieloryby z ojcem. Kiedy jeszcze żył.

– Ach tak.

– Dlaczego nazywa pan statek maszyną, kapitanie?

Mężczyzna bacznie przyjrzał się młodzieńcowi. Wyglądał na zdrowego i silnego. Nie był zbyt wysoki, za to dobrze zbudowany. Czarne proste włosy wymykały się spod futrzanej czapy. W ciemnych oczach chłopaka dostrzegał żywe zainteresowanie, będące znakiem inteligencji. Twarz kapitana szczypała od mroźnego wiatru, a zaczerwieniona skóra łuszczyła się i pękała w wielu miejscach. Twarz chłopca była gładka i lekko zaróżowiona. Miejscowy, z pewnością urodził się tutaj. Mógł się przydać.

– Chodź, pokażę ci coś.

De Germery wprowadził młodziaka na statek. Przyjaźnie pachniało na nim solą, smołą, rybami i czymś jeszcze, czego Bernard nie potrafił zidentyfikować. Na pokładzie znajdowała się dziwna konstrukcja, którą chłopak wypatrzył już z brzegu. Była to solidna drewniana nadbudówka, z której uchodziły w górę dwa metalowe kominy.

– Co to? – spytał.

– Tędy uchodzi para. Ale serce maszyny jest pod pokładem, chodź, zobacz.

Zeszli pod pokład i kapitan wprowadził Bernarda do niskiego pomieszczenia wyładowanego po brzegi węglem. W rogu znajdował się ogromny piec. Młodzieniec otworzył usta ze zdziwienia.

– Słyszałeś o parowozach, chłopcze? – zapytał kapitan.

Tak. Bernard słyszał opowieści o pociągach napędzanych parą wodną i wydawały mu się niezwykłe. Ale statki napędzane w taki sposób? Niewiarygodne!

– RV Terreur to pierwszy statek tego typu. Ten silnik parowy został stworzony specjalnie dla nas w wytwórni lokomotyw w Londynie. Będzie napędzać jednostkę, kiedy zajdzie potrzeba, odsalać morską wodę i zamieniać ją w wodę pitną. A kiedy zrobi się naprawdę zimno, to nas jeszcze ogrzeje. To dopiero wynalazek! – zakrzyknął z dumą de Germery.

Oszołomiony Bernard nie był stanie wypowiedzieć słowa. Wcześniej marzył, aby udać się z Belgami na zachód i odkryć nieznane ziemie. Teraz zapragnął jeszcze zobaczyć cud techniki w akcji.

– Zabierze mnie pan ze sobą na wyprawę, kapitanie? – wybąkał wreszcie.

De Germery spojrzał na niego surowo. Pięciu z załogi statku rozchorowało się i pozostanie w Viku, do czasu gdy nadejdzie okazja, aby wrócić do Anglii. Trzeba ich było zastąpić, a chłopak był zdrowy, niegłupi i znał tutejsze morza. Kapitan miał w planach zrobić nabór w miejscowej gospodzie, ale pierwszy z nowych członków sam się znalazł.

– Co na to twoja matka?

– Poradzi sobie, kapitanie.

– Dobrze więc. Witamy pana w załodze, panie…

– Moreau – uśmiechnął się Bernard.

 

***

 

Choć była już późna noc, światło polarnego słońca przenikało w dół przez szczeliny między deskami pokładu. Gwar na statku dawno już ucichł. Bernard nie mógł zasnąć. Był podekscytowany. Wypływali na wody, których nie znał osobiście. Obok niego, w sąsiednim hamaku wiercił się kilka lat starszy, piegowaty Jules.

– Masz w sobie krew Cree? – zapytał szeptem sąsiad.

– Owszem – przyznał Bernard, Nie lubił się wypierać swojego pochodzenia, w Viku wielu było takich jak on, mieszańców, i wszystkich traktowano z szacunkiem. Jednak słyszał, że przyjezdnym z Europy nie bardzo się to podoba. Mieli się za lepszych. Mimowolnie najeżył się.

– Mnie to nie przeszkadza – dorzucił szybko Jules, wyczuwszy nastrój współrozmówcy. – Chciałem się tylko czegoś o was dowiedzieć.

– Po co? – odburknął Bernard.

– Kapitana i oficerów interesuje tylko odnalezienie drogi morskiej na zachód. Doktora fascynują nowe lądy, a mnie ciekawią ludzie. Jacy są Cree?

– Jestem tylko pół-Cree – odparł, a po chwili postanowił kontynuować. – Moja matka jest Cree, ale opuściła swoją wioskę dawno temu, jeszcze zanim się urodziłem.

– A twój ojciec?

– Zamknijcie się wreszcie i dajcie spać! – upomniał ich ostro jakiś głos z ciemności.

Bernard zanurzył się głębiej w hamaku. Wyjął z kieszeni nóż, swoją najważniejszą pamiątkę. Sztylet miał krótką rękojeść i nieco dłuższe ostrze z wycięciem w kształcie półksiężyca i dzięki temu był niezwykle poręczny. Ojciec zawsze miał go przy sobie i na morzu, i na lądzie. Wspominając wspólne wyprawy, chłopak w końcu zasnął.

 

***

 

Była połowa lipca. Choć słońce stało wysoko na niebie, ostry ziąb przenikał wszystko. Bernard stał na pokładzie i wypatrywał zagrożeń dla statku. Morze usiłowało ich zatrzymać, rzucając o burtę kawały lodu najeżone ostrymi krawędziami, a te z okropnym chrzęstem rysowały kadłub jak pazury morskich potworów. Ale statek był solidny, powoli i wytrwale sunął do przodu. Ktoś z bocianiego gniazda zakrzyknął, że zbliżają się do lądu. Bernard uśmiechnął się ironicznie. Jak rozpoznać czy to ląd, czy morze skute lodem? Ale faktycznie, gdzie nie spojrzeć zmarzlina otaczała ich coraz ciaśniej. Na zachód nie dało się już płynąć.

– Moreau, wzywa cię kapitan! – zawołał ktoś z załogi. Bernard udał się na mostek, ale ten sam głos naprostował go – Jest w swojej kajucie, naradza się z oficerami.

Chłopak zapukał, po czym wszedł do środka. Wnikliwe oczy de Germery'ego natychmiast wbiły się w niego z pytaniem:

– Był pan kiedyś na tych wodach, Moreau?

– Nie, tak daleko na zachód nigdy nie płynęliśmy, kapitanie.

– A ktoś inny, jacyś wielorybnicy czy rybacy? Muszę wiedzieć, czy ląd, na który natrafiliśmy, to półwysep czy wyspa?

Bernard niepewnie pokręcił głową. Statek zatrząsł się pod naporem nacierającego lodu. Kra pękła z głośnym trzaskiem.

– Proponuję płynąć na południe – odrzekł pierwszy oficer. – Jesteśmy za daleko na północy, stąd ten gruby lód. Na południu będzie go mniej, damy radę się tam przecisnąć.

– Pod warunkiem, że trafiliśmy na wyspę, oficerze Brutfils. Ale jeśli to półwysep będziemy musieli zawrócić! – wycedził przez zęby de Germery. – Naprawdę nic pan nie wie o tych wodach? A pańska matka, Eskimoska? – Z ostatnią nadzieją spojrzał na chłopca.

Kapitan nie wyglądał najlepiej, oczy błyszczały mu od gorączki i ostry kaszel co chwila rozrywał płuca. Bernarda owionął smród jego oddechu.

– Moja matka, Cree, a nie Eskimoska, mówi, ze jej lud nigdy tu nie wpływa. Kiedyś dotarli daleko na północ, ale musieli zawrócić.

– Dlaczego? – przerwał mu oficer.

– Tabu – bezradnie rozłożył ręce Bernard. – Odnaleźli coś, o czym nie mogli mówić i zawrócili. Potem przenieśli się bardziej na południe. Znacznie później, na ziemiach, które opuścili Cree, osiedlili się Eskimosi. Ale oni nic nie wiedzą, polują tylko na foki i łowią ryby. Nie muszą po to pchać się bardziej na północ.

– Nie mam ochoty zawracać – westchnął kapitan – nie będę tego ryzykował.

– Płyńmy na północ – poparł kapitana doktor Spencer.

Nieprzekonany oficer zmarszczył brwi.

– Pan doktorze najlepiej wie, że kapitan i duża część załogi nie są w najlepszej kondycji, a mimo to nalega pan na bardziej ryzykowne rozwiązanie – oburzył się.

Doktor wzruszył ramionami.

– W imię nauki – odparł sucho, potem jednak zaproponował – Jeśli zrobi się naprawdę zimno, uruchomimy silnik parowy.

– Opału starczy zaledwie na dwanaście dni – argumentował oficer Brutfils.

– To aż nadto – skomentował de Germery. – A pan co na to, panie Moreau?

Połechtany, że kapitan pyta o jego opinię, Bernard bez zastanowienia przychylił się do jego zdania:

– Opłyńmy ten ląd od północy.

– Tak będzie. Postanowione – zarządził de Germery ku uciesze doktora.

– Nie zgadzam się z tą decyzją. Proszę to odnotować w dzienniku pokładowym – wydusił pierwszy oficer.

Statek wciąż trzeszczał pod naporem lodu.

 

***

 

– Straciłeś rozum? – Jules z obrzydzeniem obserwował Bernarda odcinającego kawał surowego mięsa z ciepłej jeszcze foki. – Zjesz to? Na surowo?

Sam Jules i reszta załogi pałaszowała właśnie konserwy.

– A ja nie wierzę, że wam smakuje to coś – odrzekł, wskazując zaśniedziałą puszkę, i wpakował do ust czerwony kawałek świeżego mięsa.

Jules obrócił się wymownie. Bernard wzruszył ramionami i jadł dalej. Wszyscy w Viku wiedzieli, że, pomijając karibu, surowe mięso foki, jest dla człowieka najlepsze. To, że udało im się spotkać fokę tak daleko na północy, niezmiernie ucieszyło Bernarda. Od tygodni nie natknęli się na żadne zwierzę, a pod lodem nie było już nawet ryb. Kiedy tylko dostrzegł zagubione zwierzę na lodzie, rzucił harpunem, trafiając bezbłędnie, i wciągnął fokę na pokład. Zaciekawiona część załogi zebrała się wokół Bernarda. Wkrótce pojawił się nawet sam kapitan.

– Mamy obiad! – wykrzyknął Bernard, ale załoga nie podzielała jego ekscytacji. Na razie nie byli głodni, zapasów na statku było sporo. Tak naprawdę, węgla ubywało znacznie szybciej i więcej niż puszek.

– Kto chce, może spróbować – oświadczył kapitan. – Ja pozostanę przy belgijskiej wołowinie.

Niewielu było chętnych na specjał Bernarda, a ci którzy się zdecydowali, poprosili kuka, żeby usmażył ich porcje. Jedynie doktor Spencer i oficer Brutfils przysiedli się do chłopaka i włożyli do ust zaoferowane przez niego, ociekające krwią i tłuszczem, surowe kawałki. Bernard zjadł, ile mógł, po czym pociął na mniejsze porcje pozostałą część mięsa, zawinął je w płótno i pozostawił na pokładzie do zamrożenia.

– Czy teraz przemówi do mnie duch foki i poradzi jak płynąć? – spytał Spencer.

Bernard zdziwił się, że doktor znał się na wierzeniach miejscowych ludów, ale ironia w jego głosie zirytowała chłopaka.

– Nie jest pan szamanem, doktorze.

– Może chociaż przemówi do pana, panie Moreau?

– Jestem chrześcijaninem – odparł Bernard.

– Obawiam się, że nie spotkamy Jezusa na tym zapomnianym przez Boga miejscu – zaśmiał się doktor.

– Przestań pan bluźnić – obruszył się oficer Brutfils. – Załoga wymiera, wczoraj wyrzuciliśmy do morza ciała kolejnych dwóch marynarzy. Nie potrafi nas pan wyleczyć, więc chociaż Boga powinien pan wezwać na pomoc!

– Wzywałem, stąd wiem, że go tu nie ma!

– Trafiliśmy do piekła – potwierdził oficer.

– Chciałbym – roześmiał się Spencer. – Tam jest przynajmniej ciepło!

 

***

 

Po wielu dniach statek w końcu wrócił na zachodni kurs, pozostawiając za sobą tajemniczy ląd. Niestety lato się kończyło i zapasy konserw także. Coraz więcej ludzi chorowało i popadało w obłęd. Prawie wszyscy pluli zębami, krwią i uskarżali się na bóle w trzewiach. Zimno i szkorbut nie tłumaczyły większości objawów. Doktor Spencer winił bardziej utratę nadziei. Pewnej nocy Jules wstał i wyszedł na pokład. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, rzucił się za burtę. Gdy go wyłowiono, już nie żył. Zapoczątkował falę samobójstw.

Bernard oceniał stan swojego zdrowia jako dobry, zważywszy na okoliczności. Już tylko on i doktor byli ciekawi, co znajduje się dalej, i cieszyli z kontynuacji wyprawy.

Kapitan podzielał los większości załogi, dlatego dowództwo nad wyprawą przejął oficer Brutfils. Natomiast sam de Germery od wielu dni leżał w kajucie. Bernard postanowił do niego zajrzeć. Choć było przerażająco zimno, od kapitana buchało gorącem. Czoło pokrywały mu kropelki potu.

– Co panu powiedział ten człowiek w karczmie, kapitanie? – spytał Bernard.

De Germery spojrzał na niego półprzytomnie.

– Jaki człowiek? – wybełkotał.

– Stary Neville, szwagier ocalałego z ostatniej wyprawy. Chyba powiedział panu więcej niż nam w wiosce.

Oczy kapitana na chwilę oprzytomniały.

– Słyszałem pańską rozmowę z Nevillem w gospodzie. Słyszałem wszystko oprócz ostatniego zdania, które wyszeptał panu do ucha, gdy rozgorzała bójka.

– Tak. – Kapitan obrócił głowę w stronę Bernarda. – Na końcu udzielił mi rady.

Chłopak wpatrywał się w de Germery'ego ze skupieniem.

– Żebyśmy się na wzajem nie pozjadali.

Kapitan stracił przytomność.

– A więc interesuje pana wyprawa admirała Barrowa, panie Moreau. – Dobiegł go cichy głos zza pleców. Bernard drgnął, ponieważ nie usłyszał wchodzącego doktora.

– Co pan o niej wie?

– Przejdźmy do mnie – zaproponował Spencer.

– Więc? – ponaglał Bernard, gdy znaleźli się w kajucie.

Spencer usiadł przy biurku i wskazał chłopakowi krzesło po przeciwnej stronie. W świetle lampy młodzieniec dostrzegł, że twarz doktora nabrała chorego, żółtawego odcienia. Oczy błyszczały gorączką. Łóżko było rozkopane, pościel zmięta i pokryta plamami wydzielin. W kajucie unosił się smród potu i przetrawionego alkoholu.

– Nie dochodzą do was wieści ze Starego Świata, prawda?

– Rzadko – potwierdził Bernard.

– Siedemnaście lat temu, czyli trzy lata po tamtej wyprawie odnaleziono dziennik pokładowy z Klaudiusa.

– Ze statku Barrowa? – zdziwił się Bernard – Jak to możliwe? Czyli odnaleziono statek?

– Klaudius dryfował pośród arktycznych lodów Norwegii. Kiedy wielorybnicy go dostrzegli, zaciekawieni weszli na statek. Zabrali tylko dziennik z kajuty kapitana. Statek zostawili. De Germery próbował go później odszukać, ale Klaudius przepadł – tłumaczył doktor. Na jego skroni pojawił się pot.

– Dlaczego wielorybnicy nie sprowadzili statku do portu?

– Ze strachu. Spodziewali się znaleźć na statku zamrożone ciała, to się zdarza w Arktyce. Zamiast ciał zamarzniętych lub chociażby w rozkładzie znaleźli tylko ludzkie kości. – Spencer przewrócił oczami i rozciągnął usta w szerokim uśmiechu. – Nie były to szkielety zachowane w całości, co sugerowałyby naturalną śmierć. Nie. Kości były porozrzucane w nieładzie, połamane, ze śladami zębów…

– Zębów… potwora?

– Można tak powiedzieć. Kości miały ślady ludzkich zębów, Moreau. Pozjadali się nawzajem, rozumiesz to? Schrupali się na kolację – zaśmiał się doktor. – Nas też to czeka. Utkniemy tu na zimę, wiesz o tym. Nie damy rady, nie przetrwamy tego. Ale ty wszystkich nas przeżyjesz, bo jesteś stąd. Pokroisz nas na kawałki jak swoją fokę. I zjesz.

Bernard wybiegł. Jeszcze za drzwiami dochodził do niego śmiech doktora, Postradał zmysły. Bez wątpienia. Chłopak wszedł na pokład. Mroźny wiatr owionął go momentalnie i ocucił z przerażenia. Uspokojony wrócił do Spencera. Ten tarzał się po podłodze, tocząc pianę z ust.

– Co z dziennikiem, doktorze? – próbował się dowiedzieć. Spencer nie słyszał. Bernard uklęknął nad nim i złapał mocno za ramię. Doktor zwinął się i zaczął szlochać,

– Co było w tym dzienniku, Spencer? Słyszysz mnie? Odpowiedz!

Jednak doktor nie słyszał. Nie było sensu tracić na niego czasu. Bernard wyszedł poszukać pierwszego oficera.

Siedział u siebie, popijając coś z parującego kubka. Dopiero teraz Bernard uświadomił sobie, że od jakiegoś czasu dochodzi do niego jednostajne buczenie.

– Włączyliśmy silnik? Przecież kapitan ostrzegał, że to tylko w razie ostatecznej konieczności! – wykrzyczał.

– Czyli właśnie teraz – pewnym głosem odpowiedział Brutfils. – Utknęliśmy, panie Moreau. Nie możemy płynąć naprzód ani zawrócić. Statek, nawet napędzany parą, nie przebije się przez lody. Zima przyszła szybciej niż sądziliśmy. Nacieszmy się więc ciepłem, póki jeszcze możemy – powiedział i upił kolejny gorący łyk.

– Słyszał pan o dzienniku Barrowa?

– Ba, czytałem go nawet.

– Co ich spotkało?

– A jak pan myśli, Moreau? To samo co nas. Utknęli, a potem zmarli… Dlatego nie chciałem płynąć na północ. Barrow tak zrobił, to było głupie, powtarzać jego błędy… ale kapitan myślał, że damy sobie radę, bo mamy silnik. – Oficer wzniósł kubek jak przy toaście. – Naiwność – dodał w zadumie i zamilkł.

– Co Barrow napisał w dzienniku przed śmiercią? – Bernard nie poddawał się.

Chwila ciszy.

– To były majaczenia chorego człowieka. Bredził. Napisał tylko jedną sensowną rzecz. Że przejścia na zachód nie ma i że wyprawa z góry była skazana na porażkę.

– A jednak de Germery mu nie uwierzył.

– Nie, nie uwierzył. Bo statek odnalazł się po drugiej stronie.

– Co oznacza, że przejście jednak jest.

– Ale nie dla żywego człowieka. – Oficer skrzywił się gorzko. – Tabu, Bernard, pamiętasz?

– A te majaczenia, oficerze?

– Barrow dostał oświecenia. Pisał, że w tej części świata, zapomnianej przez Boga, człowiek sam staje się bogiem. Twierdził, że nabrał mocy i odnalazł swoje królestwo niebieskie.

– Czy pisał o zjadaniu swoich towarzyszy?

– Nie, o tym nie wspominał – odparł oficer.

 

***

 

– Wrzesień w Arktyce ma jedną zaletę – oświadczył doktor. – Noc jest już naprawdę ciemna. W końcu można normalnie spać.

Były to jego pierwsze od dłuższego czasu słowa, które zabrzmiały normalnie i trzeźwo.

Przy życiu zostało ich już tylko trzech: oficer, doktor i Bernard. Siedzieli w kajucie kapitana, którego ciało usunięto stąd już dwa miesiące temu. Statek tkwił w lodzie, unieruchomiony od wielu tygodni.

– Musimy iść na południe, to nasza jedyna szansa – tłumaczył Bernard.

– Iść? – Ze zdziwieniem uniósł brwi oficer. – Szansa? Na co szansa?

– Może na szybszą śmierć? – dodał doktor z wisielczym humorem.

– Nie zaczynaj pan – przerwał Bernard, który wiedział, że Spencer sam się nakręca makabrycznymi myślami – Nie przetrwamy zimy na statku.

– A poza statkiem? – spytał Brutfils.

– Jonathan Grey zdołał powrócić do Viku. Przy odrobinie szczęścia też nam się uda. Zbudujemy sanie z resztek mebli, których jeszcze nie spaliliśmy, spakujemy to, co może się przydać i wyruszymy.

– Zamarzniemy – skomentował Spencer.

– Nie, weźmiemy ze sobą drewno, futra i koce. Zawsze możemy też budować igloo jak Eskimosi. Tutaj umrzemy z głodu lub… szaleństwa – Bernard spojrzał wymownie na doktora. Ten nie wyglądał na przekonanego.

– Kto wie, co znajdziemy na lądzie? – rzekł oficer. – Nikt nie zna tych ziem. Nawet Cree i Eskimosi.

Doktor spojrzał uważnie na oficera. Słowa, które były wyrazem wątpliwości Brutfilsa, na doktora zadziałały motywująco.

– W końcu jesteśmy odkrywcami, oficerze Brutfils.

– Dobrze więc. Opuśćmy statek.

 

***

 

Wydawało im się, że pierwsza noc na lodzie była najtrudniejsza. Ziąb przenikał wszystko. Wiatr nie był silny, ale uporczywie wciskał się pod każdą szparę w ubraniu. Światła gwiazd, jak mroźne sztylety, wbijały im się w ciała. Jednak przetrwali tę noc i kilka następnych. Kryzys przyszedł dopiero po tygodniu. Siódmego wieczoru w głowie doktora znów obudziły się demony. Krzyczał, że zabrano go jako prowiant, tarzał się w śniegu. Oficer i Bernard próbowali go przytrzymać, ale doktor odnalazł w swym szaleństwie jakieś nadludzkie siły. Wyrwał się swoim współtowarzyszom i rozsierdzony, a może przerażony do granic wytrzymałości, wpadł w końcu do ogniska. Zanim Bernard i Brutfils pozbierali się ze śniegu, ubrania doktora zdążyły zająć się ogniem. Kiedy poczuł na sobie żar, tym razem świadomie rzucił się w śnieg. Ugasił ogień, ale skóra na plecach była już dotkliwie poparzona. Od swędu przypalonego ciała, Bernardowi zaburczało w brzuchu. Oficer posłał mu przerażone spojrzenie. Słyszałem, zdawały się mówić jego oczy. Zawstydzony chłopak pobiegł na pomoc doktorowi.

– Nie wygląda to najgorzej – rzekł, obejrzawszy rany w świetle dogasającego ogniska. Mimo to, doktor następnego dnia nie mógł iść o własnych siłach. Brutfils przepakował bagaż na saniach tak, że mogli ułożyć Spencera na szczycie. Odtąd ciągnęli doktora na saniach, chociaż to spowolniało ich marsz i znacznie obciążało siły. Doktor pojękiwał co chwila, lecz potem zasnął. Kiedy wieczorem zatrzymali się, aby rozbić obóz, okazało się, że Spencer zamarzł.

– Pochowamy go tutaj? – spytał Bernard.

Brutfils otarł szron z twarzy.

– Może najpierw przygotujmy wszystko na noc – odrzekł.

Nim skończyli, pogoda znacznie się pogorszyła. Ostry wiatr z olbrzymią siłą nacierał na nich i sypał drobinami zmrożonego śniegu. Schronieni pod prowizorycznym namiotem przetrwali do rana. Wtedy wiatr znacznie się uspokoił. Kiedy wyszli spod futer, zobaczyli, że cały świat aż po horyzont pokryty jest warstwą świeżego, srebrzystego śniegu.

– Powiedziałbym, że całkiem tu pięknie – stwierdził oficer. Jego oczy jarzyły się gorączką.

– Co z doktorem?

– Myśli pan, że doktorowi spodobałoby się tutaj, panie Moreau? Chciałby spocząć na wieki w nieskończonej, mroźniej bieli?

– Prawdę mówiąc, nie sądzę, żeby chciał być tu pochowany, ale raczej nie mamy innego wyjścia.

– Mamy, możemy wziąć jego ciało ze sobą.

– Po co? To nie ma sensu.

– Może się przydać – rzekł oficer, z zakłopotaniem wbijając wzrok w horyzont.

– Pan chyba nie myśli…

– Nie. Oczywiście, że nie. Nie możemy go tu zostawić, po prostu. Spencer sam mówił, że nie ma tu Boga.

– A pan? – spytał Brutfilsa. – Pan chciałby tu spocząć?

– Nie, panie Moreau. Ja chciałbym przeżyć.

 

***

 

– Pisuje pan jeszcze w dzienniku pokładowym? – spytał Bernard, rozpalając ognisko.

– Nie, od kiedy kartki zaczęły wyglądać apetycznie.

– Ciekaw jestem, jak długo już wędrujemy. Straciłem rachubę. Od śmierci doktora każdy dzień wygląda tak samo.

– Nie liczę już upływu czasu.

Drewno zaczęło tlić się słabym ogniem.

Bernard studiował twarz oficera. Determinacja.

– Zjedzmy go – powiedział Brutfils, po czym zerwał się na równe nogi i pobiegł w kierunku sań.

– Pan oszalał! – wykrzyczał Bernard.

– Zaskakujące, ale wcale nie. Dopiero teraz zacząłem myśleć trzeźwo. Jestem z natury praktyczny. Nie mamy innego wyjścia – mówił, w pośpiechu rozcinając warstwy ubrań Spencera.

– Niech pan się wstrzyma, Brutfils – Bernard położył mu rękę na ramieniu. – Widziałem ślady na śniegu.

Oficer znieruchomiał.

– Jakie ślady i kiedy? Ja niczego nie widziałem. Przecież się nie rozdzielamy.

– Myślę, że to były ślady. Prawie niewidoczne, przysypane już warstwą śniegu. Jutro pójdziemy tam, dokąd prowadzą.

– Nie, idziemy już teraz. Rozumie pan? Gdzie one są? Dlaczego nie powiedział pan od razu?! – wykrzyczał.

– Wiedziałem, że będzie pan chciał natychmiast wyruszyć. To stare ślady i prowadzą daleko. Jest już ciemno, nie chciałbym ich zgubić ani zadeptać. Poczekamy do jutra.

– A jeśli spadnie śnieg?

Bernard popatrzył w górę na czyste niebo.

– Nie spadnie – zapewnił.

 

***

 

Nazajutrz bez trudu odnaleźli delikatne wgłębienia, które przeoczył Brutfils. Przecinały w kierunku południowo–zachodnim ścieżkę, którą wydeptali wczoraj. Przed wieczorem ujrzeli na horyzoncie ciemny punkt.

– Pan też to widzi, Moreau?

– Tak, to chyba jakaś chata… lub szałas.

Bezwiednie przyspieszyli. Mimo to budynek przybliżał się bardzo wolno. Robiło się ciemniej z każdym krokiem.

– Porzućmy sanie – zaproponował Brutfils. – Wrócimy po nie później.

– Dobrze – zgodził się Bernard.

Teraz szło im się znacznie lepiej. Tym bardziej, że nikłe ślady zdołały przemienić się już w dość dobrze wydeptaną ścieżkę. Brutfils, większy i silniejszy od Bernarda, wysforował się na przód. Nie wiadomo kiedy, zapadł mrok. Mimo to w świetle gwiazd odbitym przez połacie śniegu, chata wciąż czerniła się na horyzoncie. Robiła się większa i solidniejsza z każdym krokiem.

– Jesteśmy uratowani – wyszeptał Brutfils, a w chwilę później mroźne powietrze przeciął jego rozdzierający wrzask. Oficer upadł. Nim Bernard do niego dobiegł, Brutfils leżał już w czarnym kręgu swojej krwi jak ofiara składana starożytnym bóstwom. Jego noga tkwiła w żelaznych zębach ogromnych wnyków, do połowy wkopanych w śnieg. Chłopak usiłował rozewrzeć żelastwo nożem, lecz nie dał rady. Brutfils darł się wniebogłosy i wił po śniegu, co nie ułatwiało zadania. Bernar odstąpił od oficera. Ten natychmiast uspokoił się, przeczuwając, co zaraz usłyszy.

– Nie dam rady sam. Pójdę do chaty po pomoc.

Przez chwilę widać było na twarzy Brutfilsa wahanie. Chciał prosić Bernarda, by go nie zostawiał, ale zdrowy rozsądek zwyciężył.

– Pospiesz się – wystękał.

Do budynku było teraz zdecydowanie bliżej niż do pozostawionych w śniegu sań. Bernard ruszył szybkim krokiem, ale pozostał przy tym czujny. Nie chciał podzielić losu oficera. Patrzył pod nogi, ale również na boki, na wypadek, gdyby lokator chaty pozastawiał inne pułapki na zwierzynę czy niechcianych gości. Okna budynku pozostawały ciemne, to nie wróżyło dobrze. Jego konstrukcja była obca Bernardowi. Eskimosi wznieśliby igloo, a Cree stawiali tylko szałasy i namioty. "Nikogo tam nie ma" – pomyślał Bernard. W tej chwili jednak dostrzegł ciemną sylwetkę, kogoś, kto wyszedł mu naprzeciw.

– Hej – zawołał – pomóż mi! Tam jest ranny człowiek! Hej! Słyszysz mnie?!

Postać nie odpowiedziała, ale pospieszyła w kierunku Bernarda. Będąc u skraju sił, chłopak upadł na śnieg, oczekując wybawienia. Musiał zemdleć, lub zasnąć wyczerpany, bo choć wydawało mu się, że zamknął oczy tylko na krótką chwilę, gdy je otworzył, mężczyzna już nachylał się nad nim z zaciekawieniem.

– Pomóż mu, został tam z tyłu, proszę – wyszeptał Bernard.

– Och, oficerem Brutfilsem już się zająłem – uśmiechnął się mężczyzna. – Teraz pora na ciebie.

Obcy zarzucił sobie Bernarda na plecy i ruszył w kierunku chaty. Była znacznie dalej niż wydawało się chłopakowi i droga zdawała się nie mieć końca. Chłopak stracił też w międzyczasie kilka razy przytomność. Kiedy w końcu znaleźli się na miejscu, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Chata okazała się być solidną budowlą. Była znacznie większa niż domy w Viku. Jeśli miałby ją z czymś porównać, przypominała raczej kościół. Tym razem z okien wydobywało się światło. Mężczyzna wprowadził Bernarda do środka. Jedynym wyposażeniem wewnętrznej sali był ogromny stół na środku pomieszczenia. Widać było, że zbito go z różnych drewnianych desek z odzysku. Pod ścianą natomiast, na wprost drzwi wejściowych stało krzesło, niemal identyczne z tym, jakie posiadał w swej kajucie kapitan de Germery.

– Kim jesteś? – spytał Bernard.

– Rozpaliłem ogień w kominku. Ja go nie potrzebuję, ale ty powinieneś się ogrzać, Bernardzie Moreau – odrzekł nieznajomy łagodnym, cichym głosem z nienagannym akcentem angielskich wyższych sfer.

Bernard przyjrzał się mężczyźnie. Był wysoki i dobrze zbudowany. Jasnobrązowe włosy łagodnie okalały pociągłą twarz. Czoło przecinała głęboka, pionowa zmarszczka, ale nie nadawało mu to groźnego wyrazu. Miał gładkie dłonie i długie palce. Nie wyglądał na więcej niż czterdzieści lat.

– Kim jesteś? – zapytał jeszcze raz Bernard.

Mężczyzna rozłożył ręce w geście zakłopotania.

– No cóż, jeszcze nie wybrałem swojego imienia. Chciałbyś coś wypić lub zjeść? Och, po co ja pytam? Oczywiście, że tak.

Nieznajomy zniknął za drzwiami, a po chwili wrócił do głównego pomieszczenia, niosąc na metalowym talerzu parujący, rumiany stek, cynowy kubek i butelkę whisky.

– Czym chata bogata.

Spod stołu wysunął mały taboret, który uszedł wcześniej uwadze Bernarda. Na chwilę chłopak zapomniał o wszystkim i skupił się na jedzeniu i piciu. Jedno i drugie było wyborne. Zasnął tam, gdzie jadł, z głową na stole.

 

***

 

Gdy otworzył oczy, słońce rozświetlało już wnętrze sali swoimi lichymi o tej porze roku promieniami. Mężczyzny nie było. Bernard rozejrzał się wokół i powoli wstał. Czuł się wyśmienicie. Wyszedł na zewnątrz. W obejściu stały jego sanie z bagażem, ale ciało doktora zniknęło. Obszedł budynek dookoła. Po przeciwnej stronie od wejścia stała niewielka przybudówka, jej drzwi zamknięto na kłódkę. Bernard zrobił siku na śnieg i wrócił do chaty. Nieznajomy był już w środku, a na stole stało śniadanie. Gorąca czarna herbata i kolejny stek.

– Mam jeszcze trochę zapasów – wytłumaczył się mężczyzna, podając Bernardowi parujący kubek. Chłopak zauważył, że z jego rąk zniknęły odmrożenia.

– Gdzie jest oficer Brutfils?

– Razem ze Spencerem.

– To znaczy, że nie przeżył?

Mężczyzna nie odpowiedział

– Co z nimi zrobiłeś? – Zaniepokoił się nagle Bernard.

– Odrobinę szacunku.

– Że co?

– Na początek wystarczy: panie.

Bernard wzniósł brwi.

– Co z nimi zrobiłeś, panie – podpowiedział mężczyzna. – Tak powinieneś zapytać. Są razem w przybudówce.

Tysiące pytań cisnęło się do głowy Bernarda. Od czego zacząć?

– Skąd się wziąłeś na tym pustkowiu… panie – dodał po chwili wahania.

– Przypłynąłem, jak ty.

Bernardowi wszystko zaczęło układać się w głowie.

– Na Klaudiusie?

– Owszem. Kiedyś zwano mnie kapitan Barrow…

– To niemożliwe. Ma mnie pan za głupka? Kapitan Barrow byłby teraz od pana znacznie starszy. Nie może pan wyglądać tak… jakby się pan nic nie postarzał. Minęło dwadzieścia lat!

– Teraz jestem bogiem.

Bernarda zatkało.

– I potrzebuję wyznawcy Bernardzie… – kontynuował nieznajomy – i ofiary. Muszę nabrać sił, chłopcze. Jesteś miejscowy, prawda? Lubię miejscowych, miałem jednego miejscowego wyznawcę, sprawował się dobrze, póki… Musiałem go wypędzić z mojego raju… wiesz Bernardzie, ukarać. – Ze smutkiem zwiesił głowę

– Za co?

Nagle nastrój uległ zmianie. Mężczyzna się wzburzył. Zaczął szybko chodzić wokół stołu. Potem przysiadł na swoim krześle i zamarł bez ruchu. Zmarszczka między brwiami pogłębiła się. Ogień w kominku znacznie przygasł.

– Powiem ci ważną prawdę, Bernardzie Moreau. Bogowie się zmieniają, ale podstawowe zasady nie.

– Jakie zasady?

– Jonathan Grey musiał odejść, ponieważ sięgnął po zakazany owoc!

Gniew minął. Barrow spokojnie zwrócił się do Bernarda:

– Brutfils jest w komórce. Jeszcze żyje. Kłódka jest już otwarta. Złóż mi go w ofierze, a nabiorę wystarczającej mocy, aby cię uszczęśliwić, Bernardzie. Dam ci, co zechcesz.

– Co z ciebie za bóg, skoro żądasz, abym zabił swojego towarzysza? – Bernard wyrzucił z siebie. – Jesteś chorym sukinsynem, Barrow. Pomieszało ci się w głowie.

Ogień zgasł zupełnie, w pomieszczeniu zapadł półmrok. Chłodne powietrze wibrowało przyspieszonym rytmem.

– Będziesz mógł wrócić do domu, do swojej matki, która tak bardzo się o ciebie martwi – powiedział miękkim głosem mężczyzna. – Albo przeniosę cię w jakikolwiek zakątek na ziemi. Będziesz mógł zwiedzić cały świat, obaj wiemy, jak bardzo jesteś go ciekawy. A może dam ci kobietę? Nie miałeś jeszcze kobiety, poczujesz pod sobą jej gorące ciało, jej miękkość i wilgoć. Wszystko, czego pragniesz Bernardzie. Ale nie ma nic za darmo. Musisz we mnie uwierzyć. Uwierzyć na tyle, żeby coś dla mnie poświęcić.

Bernard miał mętlik w głowie. Barrow przetrwał na lodowym pustkowiu przez dwadzieścia lat. Wybudował swoją świątynię. Serwował jedzenie i picie. I nie postarzał się. Coś w tym było. Miał moc, której Bernard nie rozumiał. Czy był bogiem, czy upiorem? A może to Bernard oszalał? A może, dawno już umarł i trafił do piekła?

– Spraw cud, żebym w ciebie uwierzył. Jak Jezus.

Barrow roześmiał się.

– Już go sprawiłem. Nakarmiłem cię, czyż nie?

– Wielka mi rzecz. Nie jestem głupi. Wiem, czym mnie nakarmiłeś. To było ludzkie mięso. Kawałki Spencera.

Dobry humor Barrowa zniknął w okamgnieniu. Jak furia zerwał się z krzesła i, nim Bernard się zorientował, już był przy nim. Złapał jego ramiona żelaznym uściskiem. Wydał się nagle Bernardowi ogromny, jakby urósł pod sam sufit. Barrow uniósł powoli chłopaka i przybliżył go do swojej twarzy.

– Idioto! Mały, marny człowieczku! Wypędziłem Greya, bo stał się ludożercą. B o g o w i e  k a r m i ą  t y l k o s w o i m  c i a ł e m  i  p o j ą  s w o j ą  k r w i ą!

Puścił Bernarda, a ten upadł na podłogę. Samozwańczy bóg wrócił do normalnych rozmiarów, po czym podciągnął nogawkę spodni. W łydce mężczyzny Bernard ujrzał ogromną dziurę, we wnętrzu której bielała kość. Rana była żywoczerwona, ale nie tryskała z niej krew.

– Teraz mi wierzysz?

Chłopak wybiegł ze świątyni i zwymiotował na śnieg.

 

***

 

Na zewnątrz panowała cisza i spokój. Klęcząc, Bernard przykładał rozpalone czoło do śniegu. Żołądek przestał się buntować. Oddech się uspokoił. Powoli nadchodził zmierzch. W powietrzu unosił się zapach burzy, choć niebo było bezchmurne. Księżyc w nowiu pozostawał niewidzialny. Bernard odwrócił się na plecy. Na niebie zaczęły się pojawiać pojedyncze pasma aurory. Chłód powoli wkradał się pod ubranie i rozprzestrzeniał po całym ciele. Coś boleśnie uwierało chłopaka w bok. Odsunął warstwy ubrań i odnalazł nóż, wyszczerbiony i pokrzywiony od czasu, gdy próbował wydostać nogę Brutfilsa z wnyków. Blask zorzy pobłyskiwał w ostrzu posępną zielenią. Bernard wstał i podszedł do przybudówki. Nóż ziębił go w palce, wsunął go więc z powrotem do kieszeni. Drzwi były otwarte, w środku panował mrok.

– Brutfils? Jesteś tam? To ja Bernard. Żyjesz?

– Przyjacielu! Tak, jestem w środku.

Bernard wszedł głębiej do przybudówki. Powoli jego wzrok przyzwyczajał się do ciemności. Przy samych drzwiach leżały zwłoki Spencera. Chłopak przystanął przy nich na chwilę. Ciało było zamrożone na kość i wyglądało na nietknięte. Barrow mówił prawdę.

– Tutaj! – doszedł do niego głos z wnętrza.

W głębi dostrzegł łóżko, a na nim leżącą postać.

– Nie mogę wstać. Moja noga… – tłumaczył Brutfils.

Bernard poczuł ciężar noża w kieszeni. Byłoby tak łatwo spełnić wolę nowego boga. Oficer nie mógł się bronić. Do ust powrócił kwaśny smak wymiocin. Bernard podjął decyzję. Wyjął nóż z kieszeni i odłożył na łóżko Brutfilsa. Nie zamierzał go użyć.

– Nic się nie martw. Wyprowadzę nas stąd – powiedział. – Pokaż nogę.

Brutfils odrzucił futro, którym był przykryty, a Bernard nachylił się nad nim, aby lepiej przyjrzeć się ranie. Nagle poczuł dotkliwy ból w podbrzuszu. Osunął się powoli na leżącego w łóżku Brutfilsa. Oficer z wysiłkiem wyczołgał się spod chłopaka.

– Co ty wyprawiasz? – wyszeptał z wysiłkiem Bernard. Próbował wstać, ale Brutfils przygwoździł go swoim ciężarem. Ponownie wbił w trzewia Bernarda jego własny nóż.

– Usiłuję przeżyć – odpowiedział oficer, ale Bernard już go nie usłyszał.

Ofiara została spełniona.

W drzwiach przybudówki stanął nowy bóg. Podszedł do Brutfilsa i przytulił go.

– Mój wyznawco – szepnął z miłością. – Nabrałem mocy. Teraz razem zmienimy świat.

 

Koniec

Komentarze

mówił gruby łach – łach? A cóż to za słowo w narracji?

odgrzebać z pamięci odległe fakty. – wygrzebać z pamięci/odgrzebać w pamięci

Przeczytałam, całkiem ciekawie wyszło, a finał zaskakujący. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Potoczne ;) pamięć poprawiona.

 

 Dziękuję :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Mówisz o słowie “łach”? – Nie dość że potoczne, to współczesne, zupełnie nie pasuje do Twojego tekstu.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Masz rację. Poszukam lepszego. Dziękuję jeszcze raz.

I za bibliotekę również.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ee tam, moim zdaniem łach jest ponadczasowy. Powstaje w naturalny sposób z łachmanów, a te występowały w każdej epoce, nie licząc może okresu sprzed grzechu pierworodnego. (Podejrzewałbym go także o prosty związek etymologiczny z łachudrą, z którym co najmniej konotuje).

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Pytanie, czy łachudrę skracano do łacha w XVIII/XIX wieku? Chciałabym, bo ten łach figuruje od października, czyli od początku i jestem do niego dość przywiązana ;)dzięki , Jeroh, za udział w dyskusji.

@ Katastrof VII. Taka wysoka ocena? Dzięki​

 

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ciekawe opowiadanie, czułem w nich jakieś echa Poego, ale może to tylko moje złudzenia. Napisane sprawnie i jasno, ale bez fajerwerków, czyli w taki sposób, że szybko się czyta, a tekst nie męczy.

Jeśli chodzi o wady, to jest tylko jedna – postaci są albo bez charakteru (jak główny bohater) albo bardzo stereotypowe (jak Brutfils). Są tylko pionkami, służącymi opowiedzeniu historii. Niektórzy nie widzą w tym problemu, mnie to zawsze trochę uwiera (a już najbardziej, jeśli sam tak zrobię).

Jeszcze kilka drobnych błędów, które wyłapałem:

Sztylet miał krótką rękojeść i nieco dłuższe ostrze z wycięciem kształcie półksiężyca i dzięki temu był niezwykle poręczny.

Się “w” zgubiło.

Brutfils, większy i silniejszy od Bernara

A tu się zgubiło “d”.

– Rozpaliłem ogień w kominku. ja go nie 

A tutaj za to brakuje dużej litery.

Puścił Bernara

I znowu bez “d”.

Były też jakieś problemy z interpunkcją, ale nic co utrudniałoby czytanie.

@Madej90

Tekst w zamierzeniu miał być przygodowy z małym twistem na koniec. Ale przyznam szczerze, że rozbudowywanie psychologiczne postaci pewnie przydałoby mu nieco artystycznej jakości. Dziękuję za opinię, no i łapankę :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Przygodowe teksty też potrzebują wyrazistych bohaterów – patrz na Indianę Jonesa. Nie chodzi od razu o głębie psychologiczną – wystarczy, że bohaterowie mają jakieś wyraziste cechy. O stworzenie pewnej iluzji, że “istnieją” także poza opowiedzianą przez ciebie historią.

Interesująca historia, spodobało mi się zakończenie. Bardzo sprytna ten kandydat na [cenzura antyspojlerowa].

Będziesz mógł zwiedzić cały świat, oboje wiemy,

Obaj – dwóch facetów rozmawia.

Babska logika rządzi!

słusznie prawisz, Finklo. Zaraz poprawię. Dzięki. W tym i za punkt. I może się przy okazji odanonimuje, bo widzę, że chyba nie muszę się wstydzić aż tak bardzo :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Całkiem zajmujące opowiadanie, tyle że kilkudniowa wędrówka przez polarne, lodowate pustkowie wydaje mi się mało prawdopodobna.

Przeczytałam z pewną przyjemnością, która mogłaby być zdecydowanie większa, gdyby nie rozpraszały mnie liczne błędy i usterki.

 

pro­sił dys­tyn­go­wa­ny męż­czy­zna z obcym ak­cen­tem. – Co to znaczy, że mężczyzna był z obcym akcentem?

 

Łach od­wró­cił swój kufel do góry no­ga­mi… – Raczej: Łach od­wró­cił swój kufel do góry dnem

 

Ale pa­stor mówił, że to się na­zy­wa… – gru­bas zmarsz­czył czoło z wy­sił­kiem… – Raczej: Ale pa­stor mówił, że to się na­zy­wa… – Gru­bas zmarsz­czył czoło z wy­sił­ku

Zakładam, że grubas nie miał problemów z marszczeniem czoła, że marszczył je, bo usiłował coś sobie przypomnieć.

 

Teraz za­pra­gnął jesz­cze zo­ba­czyć dzie­ło tech­ni­ki w akcji. – Czy silnik parowy na pewno był dziełem techniki, czy może raczej inżynierów?

 

Pię­cio­ro z za­ło­gi stat­ku roz­cho­ro­wa­ło się i po­zo­sta­nie w Viku… – Czy wśród załogi statku były także kobiety?

 

Trze­ba ich było za­stą­pić, a chło­pak był zdro­wy… – Powtórzenie.

 

wy­czuw­szy na­strój współ­ro­zmów­cy – Chcia­łem się tylko cze­goś o was do­wie­dzieć. – Gdy rozpoczyna się nowe zdanie, poprzednie należy zakończyć kropką.

 

Ber­nard za­nu­rzył się głę­biej w swoim ha­ma­ku. – Zbędny zaimek. Czy istniała możliwość, by zanurzył się w cudzym hamaku?

 

Choć słoń­ce stało wy­so­ko na nie­bie, ostry ziąb prze­ni­kał wszyst­ko. Ber­nard stał na po­kła­dzie… – Powtórzenie.

 

Ber­nard udał się na mo­stek, ale ten sam głos na­pro­sto­wał go – Raczej: Ber­nard udał się na mo­stek, ale ten sam głos pokierował/ skierował/ zorientował go.

 

Ka­pi­tan po­dzie­lał los więk­szo­ści swo­jej za­ło­gi, dla­te­go do­wódz­two nad wy­pra­wą prze­jął ofi­cer Brut­fils. Na­to­miast sam de Ger­me­ry od wielu dni leżał w swo­jej ka­ju­cie. – Czy zaimki są niezbędne?

 

Sie­dział u sie­bie, po­pi­ja­jąc coś z pa­ru­ją­ce­go kubka. – Kubek parował?

 

Ofi­cer wzniósł kubek w górę jak przy to­a­ście. – Masło maślane. Czy mógł wznieść kubek w dół?

 

Krzy­czał, że za­bra­no go jako pro­wiant, ta­rzał się po śnie­gu. – Raczej: …tarzał się w śnie­gu.

 

Zanim Ber­nard i Brut­fils po­zbie­ra­li się ze śnie­gu, ubra­nia dok­to­ra zdą­ży­ły zająć się ogniem. – …ubra­nie dok­to­ra zdą­ży­ło zająć się ogniem.

Ubrania wiszą w szafie, to co mamy na sobie, to ubranie.

 

Prze­ci­na­ły w kie­run­ku po­łu­dnio­wo – za­chod­nim ścież­kę… – Prze­ci­na­ły w kie­run­ku po­łu­dnio­wo-za­chod­nim ścież­kę

 

Brut­fils, więk­szy i sil­niej­szy od Ber­nar­da, wy­sfo­ro­wał się na przód.Brut­fils, więk­szy i sil­niej­szy od Ber­nar­da, wy­sfo­ro­wał się naprzód.

 

W tej chwi­li jed­nak do­strzegł ciem­ną syl­wet­kę, kogoś, kto wy­szedł mu na prze­ciw. – …kto wy­szedł mu naprze­ciw.

 

Je­dy­nym wy­po­sa­że­niem we­wnętrz­nej sali był ogrom­ny, pła­ski stół po środ­ku po­miesz­cze­nia. – Chciałabym wiedzieć, co stało się ze środkiem pomieszczenia, skoro stół stał po nim.

Czy zdarzają się stoły inne, bardziej wyboiste, nie płaskie?

 

po­da­jąc Ber­na­ro­wi pa­ru­ją­cy kubek. – Raczej: …po­da­jąc Ber­na­rdo­wi kubek z pa­ru­ją­cym napojem.

 

– Na po­czą­tek wy­star­czy: Panie. […] – Co z nimi zro­bi­łeś, Panie […] – Skąd się wzią­łeś na tym pust­ko­wiu… Panie… – Dlaczego słowo panie, napisano wielką literą?

 

Zła­pał jego ra­mio­na w że­la­znym uści­sku. – Raczej: Zła­pał jego ra­mio­na że­la­znym uści­skiem.

 

Wydał się nagle Ber­na­ro­wi ogrom­ny… – Literówka.

 

Rana była żywo czer­wo­na… – Rana była żywoczer­wo­na

 

Chłód po­wo­li wkra­dał się pod ubra­nie i krę­go­słu­pem roz­prze­strze­niał po całym ciele. Coś bo­le­śnie uwie­ra­ło go w bok. – W jaki sposób kręgosłup rozprzestrzenia chłód po całym ciele? Gdzie znajduje się bok chłodu?

 

Wy­pro­wa­dzę nas stąd– po­wie­dział. – Brak spacji przed półpauzą.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jesteś, jak zwykle, niezawodna, Regulatorko. Cieszę się, że tekst, mimo usterek i małego prawdopodobieństwa, nie był dla Ciebie katuszą.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Nie mogę napisać, że historia porwała, ale przeczytałem z zainteresowaniem. 

Szkoda, bardzo bym chciała porywać swoimi tekstami. Z drugiej strony lepiej wywołać odrobinę zainteresowania niż nic. To, chronologicznie, jest dopiero moje drugie opowiadanie. Mam nadzieję, że następne będą lepsze. Dzięki za przeczytanie i komentarz :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Jest nieźle, na mój gust. Jest podróż czy też wyprawa, która roznieca zaciekawienie. Bardzo chciałbym napisać, czego dokładnie brakuje, ale trudno mi określić. Hmm… jakby brakowało wyraźnego klimatu. Gdzieś się pojawiał, ale zaraz znikał. Nie pytaj mnie jak go tworzyć, bo trzeba umieć go kreować, żeby móc doradzać. Jeżeli to jest drugie, Twoje, opowiadanie, to bardzo przyzwoite (chyba nieodpowiednie słowo). Więc gratuluję i pozdrawiam.

No, od tego czasu powstało jeszcze kilka, pewnie tu kiedyś trafią, jak swoje odleżą. Dzięki raz jeszcze.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Miałem to opowiadanie zaznaczone w swoim dyżurze już od dawna, ale z jakiegoś powodu miałem opory przed przeczytaniem go, może nie mogłem się zmotywować do dłuższego tekstu (czysta hipokryzja, bez dwóch zdań). Stwierdziłem, że dociągnę do 100% normy za czerwiec i bardzo się cieszę z podjętego wyboru, szczególnie, że strasznie przeciągałem z betowaniem innego Twojego tekstu.

W mojej opinii tekst jest bardzo dobry, aczkolwiek ma kilka drobnych niedociągnięć. Świetne, zaskakujące zakończenie, dobrze zbudowana atmosfera mroźnej północy i wyprawy w nieznane. Zakończenie, które pozostawia pole do domysłów to coś, co widzę tutaj zdecydowania za rzadko i cieszę się, że widzę to u Ciebie (tylko nie popadaj w schemat, bo w betowanym przeze mnie tekście o motylkach jest podobnie ;).

Zgrzyta mi nierówne słownictwo, bo zazwyczaj jest dobrze, ale trafiają się określenia zbyt kolokwialne, albo w drugą stronę, brzmiące sztucznie. Nie wszystkie dialogi brzmią też tak realistycznie, jak chyba powinny. Niektóre sceny wydają się też w kontekście całego tekstu niepotrzebne i w mojej opinii bezsensownie go wydłużają (początkowe stanie na brzegu i podziwianie statku).

Ale generalnie daję dużą okejkę, naprawdę dobrze się czytało! yes

No nieźle.

A ja bardzo się cieszę, że się zmusiłeś. Dziękuję za szczegółowy komentarz, jak zwykle dał mi do myślenia. I gratuluję wyrobienia normy :)

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Wreszcie znalazłam czas na dokładną lekturę, jak staram się czytać wszystko, co zahacza o XIX wiek i – naprawdę dobre! Jest klimat, nie ma anachronizmów, jest pomysł, jest napięcie, jest zaskoczenie, w dodatku z tych, co to człowiek myśli sobie następnie “jakim cudem na to nie wpadłem”.

 

Jedyny okołofabularny zgrzyt to: “Spod stołu wysunął mały taboret, który uszedł wcześniej uwadze Bernarda.” To jest bardzo mocny akcent (że coś uszło uwadze bohatera), a nic z tego nie wynika, taboret nie gra potem żadnej roli. Klasyczna niewybuchająca strzelba, sama do odstrzału ;)

 

Poza tym jeszcze stylistyczne drobiazgi:

 

“– Panie Neville, niech mi pan opowie coś więcej, coś czego nie wiem – prosił dystyngowany mężczyzna o obcym akcencie.” – poprosił? W opowiadaniu nic nie sugeruje, że to powtarza

 

W pierwszym rozdzialiku trochę za dużo określeń na raptem trzy postacie (elegant/dystyngowany… oraz  łach/Neville/grubas. Zaangażowane są trzy osoby, rozmawiają dwie, a ma się wrażenie, że bohaterów jest sześciu. Wiem, że kwestia powtórzeń, ale to jest radykalne.

 

“wysławiali się w sposób, który to śmieszył, to irytował miejscowych” – lepiej albo/albo lub czasem śmieszył, a niekiedy irytował

 

“surowe mięso foki, jest dla człowieka najlepsze” – bez przecinka

 

“– A więc interesuje pana wyprawa admirała Barrowa, panie Moreau. – Dobiegł go cichy głos zza pleców.” → niedobre to rozpoczęcie didaskalium od czasownika. Może bez kropki po Moreau i “– odezwał się cichy głos za jego plecami.”

 

“Była znacznie dalej niż wydawało się chłopakowi i droga zdawała się nie mieć końca. Chłopak stracił też w międzyczasie kilka razy przytomność.”

 

“Mężczyzna wprowadził Bernarda do środka.” Jeszcze przed chwilą go niósł, więc warto by dodać, że postawił na ziemi (chyba że wniósł, wtedy nie wprowadził)

 

“– Co z ciebie za bóg, skoro żądasz, abym zabił swojego towarzysza? – Bernard wyrzucił z siebie.” → Wyrzucił z siebie Bernard. Choć mam wrażenie, że bardziej pasowałoby Wybuchnął Bernard/Krzyknął z oburzeniem B. Wyrzucanie z siebie kojarzy mi się z jakąś walką wewnętrzną albo wysiłkiem, a tu jest spontanicznie

 

“Klęcząc, Bernard przykładał rozpalone czoło do śniegu.” Lepiej byłoby odwrócić formy: “B. klęczał, przykładając…” A w ogóle na logikę najsensowniej by było, gdyby klęczał i przykładał śnieg do czoła, bo inaczej to jakby bił pokłony

 

I jeszcze (wcześniej, ale znalazłam na końcu, wracając do tekstu): “Kapitan podzielał los większości załogi” → dzielił albo podzielił, bo podziela się zdanie/opinię

http://altronapoleone.home.blog

Nawet nie wiesz, Drakaino, jak wielką radość sprawiła mi Twoja wizyta. Nie dość, że to już stare opowiadanie, to jakoś nigdy nie było popularne, a teraz, nie dość, że dostałam komentarz, to jeszcze pozytywny. Z Twoją łapanką w większości się zgadzam. Podzielał/podzielił – doczytam sobie na SJP, bo wydaje i się, że to tylko kwestia formy dokonanej lub nie, ale nie rozbija to związku frazeologicznego “dzielić los”. Chociaż po namyśle… może faktycznie “dzielił los” jest zgrabniej. I ja faktycznie chciałam, żeby klęczący Bernard wyglądał, jakby składał pokłony :)

Teraz sama po latach przeczytałam to opowiadanie i wiele sformułowań straszliwie mi zgrzyta, choć historię nadal uważam za fajną. Jeszcze raz dziękuję za opinię.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Tak sobie właśnie pomyślałam, że marzyłoby mi się zrobienie kiedyś (nie mam pojęcia, jak to wykonać, więc to na razie taki pomysł na wiatr, aczkolwiek jakieś tam wydawnicze znajomości posiadam chociażby z racji bycia tłumaczką) antologii “nietypowych” opowiadań fantastycznych dziejących się w XIX wieku. W sensie poruszających nieco inne tematy niż te najbardziej oklepane od horroru po steampunk, jak Kuba Rozpruwacz. Ono by idealnie pasowało, zwłaszcza że wyprzedza serial ;) Ale chwilowo to tylko marzenie, aczkolwiek na tym forum wyłowiłam już i inne opowiadanie, które by się nadało.

http://altronapoleone.home.blog

Mam nadzieję, że uda Ci się to marzenie zrealizować. Mnie jeszcze do niedawna marzyło się zostać tłumaczką literatury, ale zabrakło determinacji, tak że gratuluję fajnej pracy.

A które to to drugie opowiadanie?

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

No proszę, a ja marzę o tym, żeby wreszcie móc rzucić tłumaczenia, ale nie mogę, bo z czegoś muszę żyć :D Drugie opowiadanie to Mary Celeste, ale powoli czytam wszystko spod tagów XVIII i XIX w., więc może jeszcze coś się znajdzie.

http://altronapoleone.home.blog

Nowa Fantastyka