- Opowiadanie: karolkosacki - Pył

Pył

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, AdamKB

Oceny

Pył

Karol Kosacki

 

PYŁ

 

Paryż

 

Mężczyzna starł pot z czoła rękawem koszuli. Przestąpił nerwowo z nogi na nogę, zbyt podekscytowany by ustać spokojnie.

"Zbliża się ta najpiękniejsza część".

Pochylił się nad stołem i z uśmiechem rozpiął klamry leżącej przed nim, starej, skórzanej torby. Obrócił ją bokiem a następnie otworzył w pełni, ukazując swą kolekcję. Wewnątrz, starannie posegregowane względem wielkości i kształtu, ułożone były noże. Każdy osobno wsunięty w oddzielną kieszonkę oraz dodatkowo unieruchomiony przez skórzany pasek z zapięciem. Każdy zadbany i wypolerowany. Każdy idealnie ostry.

"I jak, moje kochane? Stęskniłyście się? Nie martwcie się, dziś będziecie zadowolone".

Powiódł palcami wzdłuż rzędu ostrzy, muskając je z delikatnością, która nie pasowała do jego wielkich dłoni i potężnej sylwetki. Ręka mężczyzny zatrzymała się nad niewielkim, lekko wygiętym do tyłu nożem z rękojeścią z kości słoniowej. Odczepił powoli zapięcie i wyjął go, celebrując przy tym każdy ruch. Obrócił się i spojrzał na środek pokoju.

Kobieta leżała dokładnie tam, gdzie zostawił ją na podłodze, nieprzytomną, związaną i nagą. Dwudziestokilkuletnia, o dalekowschodnich rysach i rozpuszczonych włosach do ramion. Podszedł bliżej i z zadowoleniem spojrzał na swoją pracę. Tak jak zawsze użył mocnego, grubego na pół centymetra sznura. Solidnie skrępował ze sobą dłonie, a następnie przywiązał je do metalowej rury będącej częścią grzejnika pod oknem. Równie dokładnie unieruchomił razem nogi kobiety, na wysokości kostek i kolan. Potem długim kawałkiem sznura połączył węzeł na stopach z filarem po drugiej stronie pokoju, zmuszając jednocześnie ciało do mocnego wyciągnięcia się i praktycznie uniemożliwiając jakikolwiek ruch.

W pokoju panował półmrok, jednak można było dostrzec na podłodze wokół kobiety dwa duże okręgi. Wewnętrzny usypany był z białego, drobnego, matowego proszku. Zewnętrzny – z czarnego, grubszego i delikatnie połyskującego w blasku pięciu świec, jedynego źródła światła w pokoju. Ustawione one były na jego krawędzi, tworząc pentagram.

Mężczyzna upewnił się, że knebel w ustach kobiety mocno trzyma, obejrzał też raz jeszcze więzy. Zawsze starał się być skrupulatny. Dawno temu zdarzyła mu się kilka razy niedokładność, czego potem bardzo żałował. Nie chciał przecież niepotrzebnie przyśpieszać końca rytuału.

Serce biło mu już jak szalone. Wytarł znowu pot z czoła. Zupełnie ignorował nagość kobiety. Nie o to tu przecież chodziło. Absolutnie nie o to.

Uklęknął przy kobiecie, uważając by nie naruszyć żadnego z kręgów. Wziął kilka głębokich oddechów, oblizał nerwowo usta i wyszeptał cicho otwierające wersety inkantacji w dawno już nieużywanym, twardo brzmiącym języku. A potem naciął głęboko skórę wzdłuż brzucha kobiety.

Teraz dopiero leżąca na podłodze obudziła się gwałtownie, wyrwana z nieprzytomności potwornym bólem. Jej ciało wygięło się w łuk. Daremnie szarpnęła więzy na stopach i rękach. Krzyknęła w bezsilności, jednak knebel skutecznie spełniał swoje zadanie. Z przerażeniem spojrzała na swój brzuch. Krew zebrała się już w ranie i spływała na podłogę. Szeroko otwarte oczy skierowała teraz na oprawcę. Po policzkach zaczęły jej spływać łzy bólu i paniki. Mężczyzna spokojnie przyglądał się jej reakcji. Na jego twarzy wymalowała się zupełnie niepasująca do sytuacji troska.

– Spokojnie, moja droga. Nie masz po co płakać. Dopiero zaczynamy, więc zachowuj siły na później.

Szeroko się uśmiechnął, wyszeptał kolejne wersety inkantacji, a potem rozpoczął kolejne nacięcie, w poprzek brzucha. Kobieta krzyknęła jeszcze mocniej. Desperacko starała się odsuwać ciało, jednak nie pozwalały na to napięte sznury i silna ręka mężczyzny przytrzymująca ją za biodro. Powietrze było już ciężkie od zapachu krwi. Mężczyzna oddychał głęboko, czuł na języku metaliczny posmak szkarłatu.

"Już prawie zapomniałem jakie to cudowne uczucie. Zdecydowanie zbyt długo nie…"

I wtedy usłyszał głosy na korytarzu na zewnątrz mieszkania. Zamarł i zaczął nasłuchiwać. Po chwili spomiędzy stłumionych jęków dziewczyny wyłowił głosy trzech mężczyzn. Zbliżali się korytarzem, dyskutując o czymś intensywnie.

– Zamknij się! – syknął cicho mężczyzna i z wielką siłą uderzył kobietę od góry w głowę. Jej potylica odbiła się od twardej podłogi. Kobieta zamarła nieprzytomna.

Mężczyzna wstał i podszedł cicho do drzwi, nasłuchując. Po chwili już wiedział, że trzech policjantów prowadzi do domu pijanego nastolatka. Ten próbował negocjować, wyraźnie bojąc się reakcji rodziców. Kroki zbliżały się, aż znaleźli się tuż przy drzwiach wejściowych mieszkania. Mężczyzna chwycił mocniej rękojeść noża, a drugą dłoń zacisnął nerwowo w pięść. Zazgrzytał zębami aż do bólu. Po chwili jednak kroki zaczęły się oddalać. Dopiero teraz wypuścił cicho powietrze.

I wtedy dziewczyna krzyknęła.

Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Zdołała się ocknąć. I nie krzyczała już w knebel. Udało jej się wypluć częściowo szmatę, którą wcisnął jej w usta. Kobieta wrzeszczała, zawierając w tym jednym dźwięku cały ból, panikę i wściekłość, która się w niej gotowała.

"Knebel musiał się poluzować, gdy ją uderzyłem" – pomyślał tylko w odrętwieniu.

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Kroki na korytarzu zbliżyły się gwałtownie. Po chwili policjanci dobijali się już do drzwi, próbując je wyważyć. Mężczyzna otrząsnął się ze zdumienia i spojrzał na trzymany w ręce nóż. Pomyślał o broni palnej, którą na pewno mieli. Wykrzywił twarz we wściekłości.

"Nie jestem na to przygotowany…"

Kobieta wciąż krzyczała. Zawiasy w drzwiach zatrzeszczały pod kolejnym uderzeniem. Za chwilę ustąpią.

Mężczyzna nie miał nawet czasu zabrać reszty noży. Otworzył okno w pokoju, wyskoczył na zewnątrz i zniknął w mroku nocy.

 

 

*****

 

 

W kawiarni panował poranny gwar. W powietrzu unosił się zapach świeżo wypiekanych bagietek, tostów i intensywny aromat mielonej kawy. Prawie wszystkie stoliki były zajęte, a przy barze stała grupa Francuzów. Część osób pochłonięta była rozmową, niektórzy skupieni byli na ekranie swojego telefonu, czytanej gazecie lub podwieszonym pod sufitem przy wejściu telewizorze. Wśród klientów łatwo było odróżnić mieszkańców Paryża od turystów. Ci ostatni chłonęli atmosferę panującą wokół, przyglądali się z ciekawością wystrojowi kawiarni lub obserwowali przez duże okna biegnącą wzdłuż Sekwany ulicę. Co chwila jednak jakieś ciekawskie spojrzenie wędrowało w kierunku stolika w rogu, gdzie siedział mężczyzna wyraźnie wyróżniający się z tłumu. Zainteresowani szybko odwracali wzrok, wahając się, czy zerkanie w tamtą stronę jest aby na pewno bezpieczne.

Mężczyzna nie zwracał specjalnej uwagi na zaciekawione spojrzenia. Wyglądał na około czterdzieści lat, miał czarne włosy długości kilku milimetrów i pełną brodę, również krótko przystrzyżoną. Bez pośpiechu jadł z bardzo dużego talerza, pogrążony w rozmyślaniach. Jako jedyny w kawiarni nie zamówił typowo francuskiego śniadania. Jego posiłek składał się z ogromnej jajecznicy, zjedzonej już do połowy bagietki oraz stojącej obok butelki ciemnego piwa. Wielkość posiłku wydawała się adekwatna do rozmiarów mężczyzny. Na pierwszy rzut oka przypominał kogoś, kto od lat zawodowo podnosi ciężary. Lekka, czarna kurtka nie ukrywała jego niesamowicie szerokich ramion i potężnego karku. Trzymany przez niego w lewej ręce widelec wydawał się być za mały, jak sztućce dla dzieci w dłoni dorosłego. Prawe przedramię mężczyzny spoczywało spokojnie na stoliku. Było pozbawione dłoni.

Pociągnął ostatni łyk piwa i postawił pustą butelkę. Sięgnął po papierową chusteczkę i wytarł usta. Spojrzał na właścicielkę kawiarni stojącą za barem i kiwnął lekko głową. Kobieta podeszła do jego stolika.

– Jeszcze jedno? – spytała z uśmiechem. Lubiła obsługiwać go osobiście, nie tylko dlatego, że zostawiał duże napiwki. Od kilku miesięcy był stałym klientem, zdążyła się więc już przyzwyczaić do jego niezwykłego wyglądu i upodobań kulinarnych. Wciąż jednak zadziwiał ją jego nieposkromiony apetyt. No i te czarne oczy, które patrzyły z niezwykłą intensywnością.

– Poproszę – przytaknął głębokim, mocnym głosem. Odwracając wzrok spojrzał na telewizor. Zmarszczył brwi i spytał, z lekko germańskim akcentem. – Francine, czy mogłabyś trochę pogłośnić?

Właścicielka chwyciła pilota do telewizora. Po chwili kawiarnię wypełnił głos dziennikarki, który dołączył do pokazywanej serii zdjęć. Były to zbliżenia wnętrza mieszkania na pierwszym piętrze, zrobione najwyraźniej z domu naprzeciwko. Na drewnianej podłodze widać było coś, co przyciągnęło uwagę mężczyzny. Krąg, a w zasadzie dwa kręgi, z ustawionymi na obrzeżu świecami. W środku widniała duża plama ciemnej krwi.

– …odmówił komentarza – relacjonowała dziennikarka. – Zdjęcia, które państwo widzą, to ostatnie, które udało nam się uchwycić zanim zasłoniono okna mieszkania. Rzecznik policji, Matthias Allard, nie podał nazwy szpitala, do której przewieziono ranną kobietę, motywując to względami bezpieczeństwa poszkodowanej. Dodał jedynie, że jej stan jest stabilny.

Część głów w kawiarni odwróciła się w stronę telewizora. Na twarzach klientów wymalowały się reakcje od zaskoczenia do wyraźnego strachu. Mężczyzna słuchał uważnie, zamyślony. Na ekranie pojawiła się twarz rzecznika policji.

– Do schwytania sprawcy został powołany specjalny zespół operacyjny. Aktualnie mogę powiedzieć tylko, że przypadkowy świadek widział jednego mężczyznę zbiegającego z miejsca zdarzenia. Zapewniam, że aresztowanie go to tylko kwestia czasu.

– Czy wiadomo już jak wyglądał ten człowiek? – spytał jeden z dziennikarzy obecnych na miejscu.

– Analizujemy obraz z kamer z okolicy. Gdy tylko coś ustalimy, opublikujemy jego zdjęcie wraz z opisem. W tym momencie to wszystko, co mogę państwu przekazać.

Ekran telewizora znów wypełniło studio telewizyjne.

– Czy mamy w Paryżu groźnego szaleńca? – kontynuowała dziennikarka – Czy poddawał ofiarę jakiemuś makabrycznemu rytuałowi? Wraz z nami jest, Albert Bonnet, ekspert z dziedziny…

Mężczyzna poczuł w wewnętrznej kieszeni kurtki wibracje telefonu. Wyjął go, spojrzał na ekran i odebrał połączenie.

– Tak, Hisashi-san?

W męskim głosie, który mu odpowiedział, słychać było lekkie drżenie.

– Potrzebuję twojej pomocy, Tyr-sama.

 

 

*****

 

 

Tyr wszedł do przestronnego pokoju. Stojący za nim asystent skłonił się i, wychodząc, zasunął za sobą drzwi. Pomieszczenie było prawie puste. Na środku stał jedynie niski, drewniany stół. Na matach tatami po obu jego stronach leżały poduszki. Ściany, podłogi i sufit były wykonane z drewna, a jedyną ozdobą był wiszący po lewej stronie obraz. Przedstawiał alejkę wysadzaną kwitnącymi na różowo drzewami wiśni. Skromne wyposażenie pokoju było zbalansowane przez ogromne okna, biegnące na całej wysokości ściany naprzeciwko wejścia. Przed jednym z nich stał z założonymi za plecy rękoma Hisashi Akagi, gospodarz domu. Ubrany był w prosty, czarny garnitur, mocno kontrastujący z siwizną jego włosów. Nie obrócił się, zamyślony i zapatrzony w zieleń ogrodu na zewnątrz.

Tyr lekko odchrząknął.

– Hisashi-san?

Mężczyzna przy oknie drgnął i dopiero teraz uświadomił sobie obecność gościa. Obrócił się. Zmarszczki na twarzy Japończyka wydawały się znacznie głębsze niż podczas ich ostatniego spotkania. Ukłonił się, a Tyr odpowiedział tym samym.

– Przepraszam, Tyr-sama, mój umysł jest dziś w wielu miejscach jednocześnie. Usiądź, proszę – powiedział, klękając na poduszce przy stole i przysiadając na łydkach i stopach. Dłonią wskazał jednocześnie miejsce naprzeciwko. Tyr usiadł po turecku i przyjrzał się Japończykowi. Dłonie gospodarza były spokojne jak zawsze, jednak oczy, jednocześnie zamyślone i dziwnie puste, zdradzały powagę zaproszenia. Stary mężczyzna milczał jeszcze chwilę, wyraźnie dobierając w myślach słowa. Tyr uprzejmie czekał.

– Widziałeś informacje o rytuale, o którym mówią w telewizji? – zaczął Hisashi, a gdy Tyr przytaknął, powiedział bez dalszego wstępu: – Ta kobieta to moja córka.

Brwi Tyra uniosły się w zaskoczeniu.

– Twoja… córka? – Zamilkł na chwilę. – Nigdy nie mówiłeś, że masz dzieci… A matka?

Hisashi pokręcił tylko głową. Spojrzał na obraz na ścianie i przez chwilę oczy zabłysły mu wspomnieniami.

– Jestem na tym świecie już bardzo długo, Tyr-sama. Pożegnałem niejedną osobę z rodziny, widziałem śmierć wielu przyjaciół. Zbyt wielu. Już dawno stwierdziłem, że w życiu, które wiodę, lepiej nie pozostawiać za dużo miejsca dla bliskich. Dlatego Azumi… tak się nazywa, Azumi Fortier. – Na jego twarzy na chwilę zagościł uśmiech. – wychowywała się od urodzenia w rodzinie zastępczej tu, w Paryżu. Nie mogłem ryzykować, żeby moja obecność ją naraziła. Szczególnie teraz… – Spojrzał na rozmówcę. – Gdy mamy tak potężnych wrogów.

Zamilkł na chwilę, a Tyr czekał cierpliwie.

– Nie byłem dla niej nigdy ojcem i nie oczekuję, że kiedykolwiek nim będę. Upewniałem się, że jest bezpieczna, ale nigdy nie ingerowałem. Jej przybrani rodzice zmarli dwa lata temu w wypadku, ale ona przetrwała ten trudny okres. Teraz jest dorosła, ma dwadzieścia trzy lata, swoje życie, a dla mnie nie ma w nim miejsca. I tak powinno być – zawiesił głos, a gdy po chwili kontynuował, czuć w nim było wzbierającą wściekłość. – Ale gdy ktoś podnosi rękę na osobę z mojej krwi, nie będę tego ignorować. Skurwiel zaczął ją ciąć. Na szczęście mu przerwano.

Zacisnął dłonie w pięści, aż zbielały mu knykcie.

– Ten rytuał, to nie byli zwykli sataniści albo jakiś ogarnięty manią ignorant, który znalazł przypadkowe inkantacje w Internecie. On miał prawdziwą wiedzę. Byłem tam przez chwilę, w mieszkaniu, już po tym wszystkim. W powietrzu kłębiła się moc. Ten człowiek zna bardzo stare zaklęcia. Nie dokończył rytuału, ale mimo to wyczuwałem na granicy świadomości coś pradawnego, co otarło się o naszą rzeczywistość. – Przymknął na chwilę zmęczone oczy. – Policja oczywiście nic nie wskóra. Rozglądałem się po mieszkaniu, ale nie wiem, jak odnaleźć tego człowieka. Brak mi wiedzy, a może odpowiedniej mocy… Ale nie brak jej tobie. – Spojrzał na gościa z wahaniem.

Tyr bez zastanowienia przytaknął.

– Pójdę tam.

Stary Japończyk uśmiechnął się delikatnie i ukłonił.

– Dziękuję ci, Tyr-sama.

– A co z dziewczyną? Jest bezpieczna?

– Przeniosłem ją do szpitala, w którym mogę zapewnić jej ochronę. Ale bezpieczna będzie dopiero gdy znajdziemy tego, kto to zrobił.

Tyr wstał.

– Będę musiał z nią porozmawiać. No i odwiedzę mieszkanie. Tyle tylko, że policja może sprawiać problemy. Pewnie pilnują mieszkania.

Japończyk pokręcił głową.

– Nie będą ci przeszkadzać. Będziesz mógł wejść do środka. Mam kilku znajomych w paryskiej policji. Zaraz wykonam odpowiednie telefony. Jej mieszkanie znajduje się w piętnastej dzielnicy, a szpital to placówka na południe od Paryża – powiedział i podał Tyrowi dokładne adresy. – Oczywiście leży tam pod innym nazwiskiem. Pytaj o Claire Reyer.

Tyr nie tracił czasu. Ukłonił się, obrócił i wyszedł. Hisashi Akagi odetchnął powoli i spojrzał raz jeszcze na kwitnące wiśnie z obrazu na ścianie. Czuł na barkach ciężar każdego dnia swojego bardzo długiego życia.

 

 

*****

 

 

Mężczyzna miotał się we wściekłości po pomieszczeniu.

"Jak mogłem być tak nierozważny!? Jak mogłem do tego dopuścić!?"

Kopnięta butelka roztrzaskała się o ścianę, eksplodując odłamkami i resztkami wina.

"To wszystko przez tę skośnooką dziwkę! Powinienem był od razu poderżnąć jej gardło i nie ryzykować. Ale wtedy straciłbym ofiarę…"

Odetchnął głęboko, po raz kolejny starając się uspokoić. Malutkie mieszkanie, w którym przebywał, wyposażone było bardzo ascetycznie – poza stołem stojącym pod ścianą i krzesłem obok, w pokoju nie było innych mebli. W jednym z rogów leżał niewielki jak na potężne rozmiary mężczyzny materac, a w drugim stały dwie torby podróżne, jedna z nich wypełniona częściowo ubraniami. Wszystko to sugerowało, że mężczyzna nie pozostawał długo w jednym miejscu.

"Nie puszczę jej tego płazem. Dorwę tę sukę i z przyjemnością skończę, co zacząłem!"

Znowu zaczął krążyć od jednego końca pokoju do drugiego, jak dzika bestia zbierająca w sobie agresję przed wypuszczeniem na polowanie.

"Potnę ją powolutku, sprawię, że będzie cierpiała jak żadna dotąd!" – uśmiechnął się do swoich myśli a potem nagle skrzywił się. Przypomniał sobie o nożach, które musiał zostawić w mieszkaniu ofiary. Jego piękna, wspaniała kolekcja. Długo zajmie mu jej odbudowanie. No ale od czegoś trzeba zacząć. Wiedział już, gdzie może zdobyć zalążek nowego zbioru.

Chwycił kartkę leżącą na stole i wyszedł szybkim krokiem.

 

 

*****

 

 

Na korytarzu prowadzącym do mieszkania Azumi panował półmrok. Zawieszone pod sufitem lampy lekko migotały. Tyr z daleka zobaczył siedzącego pod ścianą, znudzonego policjanta. Miał około dwudziestu kilku lat, gładko ogoloną twarz i czarne włosy wystające spod czapki.

Funkcjonariusz uświadomił sobie obecność wielkiego mężczyzny, poderwał się na nogi i zmierzył go niespokojnym wzrokiem. Gdy dostrzegł brak dłoni u nieznajomego, jego zaskoczenie ustąpiło miejsca zaciekawieniu.

– To pan jest z Interpolu? Szef do mnie dzwonił… – powiedział niepewnie gdy Tyr podszedł bliżej.

– Zgadza się, Tyronne Carver, Interpol. Miał pan dużo kłopotów? – zagadnął mimochodem i po chwili nieco tego pożałował.

– O, panie! Uspokoiło się dopiero z godzinę temu. Wcześniej dziennikarze kręcili się tu jak muchy wokół świeżego gówna. – Skrzywił się z niesmakiem. – Oczywiście ze trzech chciało mnie przekupić, dwóch wciskało kit o "wolności prasy", a ja przecież, do cholery, może i jestem młody, ale nie pracuję w Służbie od wczoraj! Jutro ma być tu jakiś facet od okultyzmu, a do tego czasu musimy tu sterczeć i bronić mieszkania przed cholernymi hienami. – Wydawał się nakręcać coraz bardziej. Tyr tylko lekko potakiwał. – Powiem panu, że to strasznie kiepska sprawa z tą dziewczyną, byłem tu jak ją wynosili na noszach. Gość nieźle ją pociął… Ach! Zapomniałbym, szeregowy Xavier Bisset.

Wyciągnął na przywitanie prawą rękę. Po chwili uświadomił sobie brak prawej dłoni u rozmówcy, zmieszał się, cofnął rękę i podrapał nią po głowie w zakłopotaniu. Tyr podał mu lewą dłoń, a ten z uśmiechem i wyraźną ulgą potrząsnął nią energicznie.

– Miło mi poznać, panie… Carver, tak? Cholera, ciekaw jestem kim jest ten wariat. Znaleźliśmy jego noże, wie pan? Koleś był jakimś cholernym kolekcjonerem. Będziemy nawet ściągać ekspertów żeby nam coś powiedzieli o tych ostrzach. Niektóre są chyba bardzo stare. A to co tam się dzieje – machnął ręką w kierunku drzwi. – to jakiś rytuał satanistyczny. Albo coś takiego. Zresztą sam pan zobaczy.

Tyr w końcu wszedł mu w słowo.

– A czy mógłbym teraz na to zerknąć?

Policjant znowu się lekko zmieszał.

– Nie no, jasne, jasne! – Wyjął klucze od mieszkania i otworzył drzwi. Wpuścił Tyra do środka, zapalając światło w salonie. Potem wszedł za nim.

– Panie Bisset, wolałbym mieć chwilę na samotne zbadanie sprawy – Tyr powstrzymał młodego funkcjonariusza gestem. – Jeśli nie ma pan nic przeciwko, wolałbym, aby dopilnował pan, żeby nikt niepowołany nie wpadł zaraz do mieszkania. Nigdy nie wiadomo czego można spodziewać się po dziennikarzach.

Policjant podrapał się po głowie.

– Nie no, jasne, ma pan rację. – Wycofał się na zewnątrz, lekko zawiedziony ale i z poczuciem obowiązku na twarzy. – Powodzenia – rzucił jeszcze i zamknął drzwi.

Tyr odetchnął głęboko z ulgą i w tym momencie uderzył go wyczuwalny w powietrzu zapach siarki. Rozejrzał się. Mieszkanie nie było duże. Na lewo od wejścia widział drzwi do łazienki, przed sobą miał salon z aneksem kuchennym, a z prawej przejście do sypialni. Na środku podłogi w salonie widoczne były dwa duże okręgi otaczające sporą plamę zaschniętej krwi. Wokół nich ułożone były świece tworzące pentagram. Obok stał niewielki stół, odsunięty prawdopodobnie spod okna. "Tutaj musiały leżeć noże, o których wspominał policjant". Na kanapie przy ścianie leżała sterta ubrań. "Rozebrał ją?"

Tyr podszedł do okręgów i przyklęknął obok. Nos drażnił zapach zaschniętej na podłodze krwi i jeszcze silniejsza woń siarki. Im bliżej centrum rytuału był, tym wyraźniej mógł też poczuć to, o czym wspominał Hisashi. Czające się na granicy świadomości, bardzo stare zło. Demon, który już przebierał nogami aby pojawić się w świecie ludzi, a zostało mu to odebrane. "Pewnie się wkurzył".

Wewnętrzny z okręgów usypany był białym, matowym proszkiem. "Kreda? Wapno?" Wziął nieco proszku między palce, potarł. "Wapno, ale nie tylko…" Przyjrzał się uważniej linii. Proszek był w większości drobny, jednak gdzieniegdzie widać było większe grudki. Tyr sięgnął po największą. Nie był nawet specjalnie zaskoczony tym, co zobaczył. Trzymał w palcach fragment kości, prawdopodobnie palca. Ludzkiego. "Zmielił ludzkie kości".

Przyjrzał się drugiemu okręgowi. Ten był czarny z domieszką szarości, delikatnie mieniący się pod światło. "Jakiś węgiel?" Wziął nieco substancji na palce. Nie zostawiała śladów. "Więc to raczej jakaś… zmielona skała? Albo jakiś pył?" Pociągnął nosem. To z tego pyłu unosił się zapach siarki. "Kiedyś już widziałem coś takiego…"

Wreszcie skojarzył fakty. "Pył wulkaniczny". Tyr widział już kilka wybuchów wulkanów, w tym dwa ogromne. Ich niszczycielską moc, setki, a czasem tysiące zabitych. A potem pokrywającą wszystko, wszechobecną warstwę pyłu.

"Tylko skąd on go wziął? Mógł przywieźć go ze sobą do Paryża. Ale gdyby chciał go dostać tutaj…" Tyr znał jednego handlarza, który mógł zaopatrzyć niedoszłego mordercę. "Ale jeśli to on mu to sprzedał… Cholerny ifrit".

Rozejrzał się jeszcze po pozostałych pomieszczeniach, jednak nie znalazł w nich nic interesującego. Zgasił światło i wyszedł. Policjant stojący przy wejściu lekko podskoczył, gdy drzwi się otworzyły.

– I jak, znalazł pan coś ciekawego?

– Być może, panie Bisset. Być może… – Tyr w zamyśleniu pokiwał głową.

 

 

*****

 

 

Mężczyzna przesunął nieco papiery na stole i położył na nim zawinięty w materiał, podłużny kształt. Z uśmiechem odwinął tkaninę, odsłaniając znajdujący się w niej sztylet.

"Piękny. Idealny".

Był pokryty złotem, o długiej, prostej głowni, z minimalnie zaznaczonym jelcem. Rękojeść była bogato zdobiona, z biegnącymi w poprzek, głęboko rzeźbionymi w złocie geometrycznymi wzorami oraz paskami granatowego i czerwonego szkła. Mężczyzna w skupieniu uniósł sztylet.

"Nie sądziłem, że znajdę w tym mieście coś tak wspaniałego. Staroegipski sztylet ceremonialny? To wręcz absurdalne, że ten ifrit miał coś takiego. Ale to mimo wszystko autentyk. Wydałem większość gotówki, ale warto było. Jest niesamowity".

Z zachwytem oglądał sztylet, podziwiając każdy jego fragment. Wreszcie podwinął rękaw i spróbował naciąć lekko skórę przedramienia.

"Trzeba go będzie porządnie naostrzyć. Czeka go ważne zadanie".

Ta myśl spowodowała, że wrócił myślami do aktualnych planów. Najpierw musiał się dowiedzieć, gdzie jest dziewczyna. A do tego potrzebował pomocy. Z namaszczeniem odłożył sztylet. Potem z warstwy papierów na stole wziął starą stronicę, na której dawno, bardzo dawno temu napisał słowa przywołania. Obok leżał kawałek kredy. Przyklęknął na jedno kolano i zaczął rysować okrąg.

 

 

*****

 

 

Było już późne popołudnie, gdy Tyr dotarł pod niewielki szpital, do którego przeniesiono dziewczynę. Mieścił się on w oszklonym budynku, bardziej przypominającym nowoczesny biurowiec niż placówkę medyczną. Tyr zostawił samochód na parkingu i rozejrzał się po okolicy. Kilkupiętrowy gmach zdecydowanie odstawał architekturą od niskich zabudowań wokół.

Wchodząc do środka Tyr rozglądał się za ochroną wynajętą przez Hisashiego. Z zadowoleniem uznał, że nikogo nie jest w stanie dostrzec na pierwszy rzut oka. Doświadczenie i intuicja podpowiadały mu, że para siedząca na ławce naprzeciwko wejścia oraz jeden ze sprzątających hol niekoniecznie są tym na kogo wyglądają, jednak nawet jego wyczulone zmysły nie pozwalały mu być pewnym.

Podszedł do blondynki w okularach siedzącej w recepcji.

– Tak, słucham? – wymamrotała znużonym głosem, ledwo zerkając na przybysza.

– Tyronne Carver, Interpol. Do pani Claire Reyer.

Teraz spojrzała na niego uważniej. Wyraźnie dostała instrukcje, kogo może wpuszczać do dziewczyny. Hisashi jednak zadbał o to, by Tyr znalazł się na tej liście. Niemalże widać było na jej twarzy analizę, którą przeprowadzała w myślach.

– Czy mogę zobaczyć pana odznakę, panie Carver?

Tyr wyjął z kieszeni kurtki odznakę Interpolu, autentyczną, choć od dawna nieaktywną. Recepcjonistka jednak nie była wystarczająco dociekliwa i nie miała dostępu do odpowiednich informacji, by to zweryfikować. Po chwili wahania kiwnęła głową.

– Sala sto dwadzieścia dwa, pierwsze piętro, panie Carver.

Chowając odznakę, Tyr obserwował kątem oka sprzątacza. Był już niemalże pewien, że jest człowiekiem Hisashiego. Zdradzały go ukradkowe spojrzenia i specyficzna sprężystość ruchów, świadcząca o szkoleniu w walce. Jednak fakt, że nawet Tyrowi zajęło chwilę dojście do tych wniosków dobrze świadczył o ochronie. Po drodze, idąc schodami i korytarzem, widział jeszcze przynajmniej jedną osobę, która mogła być wynajęta przez Japończyka – było to jednak bardziej przeczucie niż pewność. W końcu zatrzymał się przed drzwiami sali sto dwadzieścia dwa. Na krześle, niedaleko, siedział około czterdziestoletni, krótko ostrzyżony i czarnowłosy policjant, czytając gazetę i co chwila rozglądając się wokół. Był ubrany po cywilnemu, Tyr jednak nie miał problemu z rozpoznaniem profesji mężczyzny. "Czuć go tajniakiem na kilometr".

Stanął przed drzwiami pokoju i bez skrępowania spojrzał prosto na policjanta. Ten odłożył gazetę i, zaalarmowany wyraźnym zdemaskowaniem, zaczął wstawać. Zamarł jednak w połowie ruchu i spojrzał na brak prawej dłoni Tyra. Hisashi najwyraźniej dopilnował, aby przełożony mężczyzny przekazał mu odpowiednie instrukcje. Policjant cicho usiadł i powrócił do czytania gazety.

Tyr wszedł do środka. Kobieta leżąca na łóżku wyraźnie drgnęła, gdy zobaczyła w drzwiach ogromnego mężczyznę.

– Kim pan jest? – jej głos lekko drżał. Wciąż była osłabiona od utraty krwi kilka godzin wcześniej. Podciągnęła wyżej kołdrę, zakrywając się dokładniej. W jej oczach widać było niepokój.

– Tyronne Carver, Interpol. Muszę zadać pani parę pytań, panno… Fortier – odpowiedział Tyr i stanął niedaleko łóżka kobiety. Obok uruchomiona była aparatura medyczna, monitorująca parametry życiowe Azumi, a pod oknami stał stolik i dwa krzesła. Oprócz tego w sali było pusto.

– Interpol? Co tu robi policja międzynarodowa? – Zerknęła nerwowo na brak prawej dłoni Tyra. – Zna pan moje prawdziwe nazwisko… Czy mógłby się pan wylegitymować?

Pokazał dziewczynie odznakę.

– Podejrzewamy, że człowiek, który panią skrzywdził, jest odpowiedzialny za inne ataki, poza Francją – Tyr nie miał póki co żadnej pewności, czy to prawda, ale był coraz bardziej przekonany, że Azumi nie była jego pierwszą ofiarą.

Przysiadł na krześle przy oknie. Dziewczyna patrzyła ponuro i nie była zadowolona z jego wizyty. Tętno ma ekranie aparatury podskoczyło wyraźnie.

– Wszystko już powiedziałam francuskiej policji. Nie wymieniacie między sobą informacji?

– Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć jakiś szczegół, który dotąd pani przeoczyła. No i być może przypomniało się pani coś nowego?

Dziewczyna pokręciła energicznie głową i od razu tego pożałowała. Skrzywiła się z bólu.

– Naprawdę niewiele pamiętam. Wracałam do domu, stanęłam pod drzwiami, a gdy wyjmowałam klucze z torebki poczułam uderzenie w głowę. A gdy się obudziłam… byłam związana, naga i… ten człowiek… zaczął mnie ciąć… – Zacisnęła szczękę, a oczy podeszły jej łzami. Tętno na ekranie podskoczyło jeszcze bardziej.

– Jak wyglądał? – Tyr zawahał się lekko. Nie chciał, żeby dziewczyna wpadła w histerię. – Panno Fortier, przepraszam, że jeszcze raz musi to pani przeżywać, ale wszyscy chcemy go dorwać jak najszybciej. Każdy szczegół jest ważny.

Odetchnęła kilka razy głęboko i starła dłonią łzy. Twarz oprawcy na zawsze wypaliła się w jej umyśle.

– Tak jak już mówiłam policji. Był ogromny. – Spojrzała na Tyra. – Trochę jak pan. Biały, ale o ciemniejszej karnacji. Łysy. Z długą brodą. I miał sporą blizną na lewej stronie twarzy. Taką od kości policzkowej do dolnej części nosa – jej głos nie był już drżący, nabrał siły i zdecydowania. Czuć w nim było nienawiść do oprawcy. – No i ciągle się uśmiechał.

Tyr zerknął na ekran aparatury. Tętno nieco się uspokoiło. "Twarda dziewczyna. Dobrze sobie radzi".

– A jak był ubrany?

– Ciemna koszulka z długimi rękawami, dżinsowe spodnie. Nic bardzo charakterystycznego.

– A jakieś tatuaże? Coś jeszcze?

Pokręciła głową. Tyr wstał.

– Przepraszam raz jeszcze, panno Fortier. Ale zapewniam, bardzo mi pani pomogła.

– Nie powiedziałam chyba nic nowego… – zdziwiła się i zamilkła na chwilę w zamyśleniu. – Pan nie jest z Interpolu, prawda?

Tyr lekko się uśmiechnął.

– Nie, nie jestem.

Azumi zmarszczyła czoło. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zrezygnowała.

– Dorwie go pan? – spytała cicho, ale w głosie słychać było siłę i wściekłość na mężczyznę, który ją skrzywdził.

– Tak. Dorwę go – odparł Tyr i wyszedł z sali.

 

 

*****

 

 

Mężczyzna w zamyśleniu chodził po pokoju. Tak, jak się spodziewał – pomimo tego, że rytuał został przerwany, demon nawiązał już psychiczne połączenie z kobietą. Potrafił wyczuć gdzie przebywa. Co jednak równie ważne, wiedział też, że jest chroniona. W szpitalu pilnowało jej kilka osób, do tego bynajmniej nie amatorów.

"Będę musiał być ostrożny… I kreatywny".

Z papierów na biurku wygrzebał starą, pożółkłą kartkę. Zawierała ona kilka linijek zapisanych w języku staroperskim – zaklęcie, które zdobył bardzo dawno temu, a które teraz przyda się idealnie. Podszedł do jednej z toreb podróżnych i wyjął z niej stare, znoszone spodnie i koszulkę. Przebrał się, a potem z drugiej torby wyjął niewielki plecak. Włożył do niego zawinięty sztylet i kilka innych przedmiotów, które uznał za potrzebne. Przykrył je dodatkową koszulą.

"Potrzebuję jeszcze trochę benzyny". – skrzywił się na myśl o tym, co zamierzał zrobić, jego determinacja jednak wcale nie osłabła. – "Tym razem będę przygotowany. Bardzo dokładnie przygotowany".

 

 

*****

 

 

– Tyrze, mój drogi, dlaczego ty zawsze przychodzisz do mnie ze swoimi problemami i mnie oskarżasz? Ja jestem tylko skromnym handlarzem… – Rozparty przy biurku, wysoki mężczyzna o bliskowschodnich rysach wywrócił niewinnie oczami i rozłożył ręce sugerując, że nie ma nic do ukrycia.

Siedzący naprzeciwko Tyr machnął tylko ręką.

– Jak na razie o nic cię nie oskarżam, Afah. Pytam tylko grzecznie, czy sprzedałeś komuś ostatnio pył wulkaniczny. Chyba nie rozdajesz tego na kilogramy, więc powinieneś pamiętać.

Mężczyzna nazwany Afahem skrzywił się niezadowolony. Oczy błysnęły mu blaskiem nietypowym dla zwykłego człowieka. Afah bowiem nim nie był. Był ifritem, perskim demonem, który tylko pozornie wyglądał jak normalny mężczyzna.

– Przekazywanie informacji o klientach psuje moją reputację. Przecież wiesz.

– No to zawsze zostanie ci jeszcze ten, z pewnością rentowny, przybytek na dole. – Tyr pokazał palcem na piętro niżej. Znajdował się tam nocny klub "Płomień", którego właścicielem był Afah.

Ifrit burknął coś jeszcze o poufności transakcji, widząc jednak stalowy wzrok Tyra, zamilkł. Po chwili westchnął.

– Sprzedałem kilka dni temu słoik takiego pyłu – zaczął z ociąganiem. – Specjalnie sprowadzałem go z Japonii. No ale kupiec dobrze płacił.

– Potężny, łysy, z długą brodą?

Afah rozpromienił się w uśmiechu.

– A więc się znacie!

– Niezupełnie. Ale poznamy się z pewnością dokładnie.

Na widok miny Tyra uśmiech handlarza zniknął równie szybko, jak się pojawił.

– Rozumiem, że facet ci podpadł?

Tyr zignorował pytanie.

– Sprzedałeś mu coś jeszcze?

– Wtedy nie…

– Wtedy? To znaczy, że był tu jeszcze? – Brew Tyra uniosła się. Pochylił się bliżej Afaha.

– Tak, dzisiaj. Tylko… – Zawahał się, chcąc jeszcze raz protestować przeciw naruszaniu zaufania klientów. Spojrzał jednak na rozmówcę i zrezygnował. – Dziś kupił u mnie sztylet. Bardzo stary i bardzo drogi. Z czasów Tutenchamona. Ceremonialny.

Szczęka Tyra zacisnęła się. Ifrit poczuł, że wzrok mężczyzny przekłuwa go na wylot.

– Ten człowiek to morderca. Sztylet, który mu sprzedałeś, prawdopodobnie posłuży do zabicia niewinnej kobiety – wycedził wściekły. – To nie jest pierwszy raz, gdy sprzedajesz coś osobom, którym nie powinieneś. Jeśli ktoś zginie, ifricie… – zawiesił głos i pokręcił głową, wciąż wbijając spojrzenie w rozmówcę.

Afah zdębiał. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak poważnie Tyr traktuje tę sprawę. A ifrit bardzo nie chciał zaleźć mężczyźnie za skórę.

– Jasna cholera… – wychrypiał cicho i uciekł wzrokiem w bok. Nagłe uderzenie strachu przed rozmówcą sprawiło, że iluzja jego człowieczego wyglądu zaczęła nieco słabnąć. Tęczówki oczu zaczęły drgać, jakby płonęły, a ich kolor zmienił się na czerwony. Skóra na twarzy i rękach nabrała odcienia palonej cegły. Gdy zdołał znów się odezwać, głos lekko mu się łamał.

– Tyr, skąd miałem wiedzieć?! Cholera, myślałem, że to jakiś zwykły dziwak, jakiś kolekcjoner. No może trochę mniej zwykły, bo mnie znalazł, ale skąd miałem wiedzieć, że to morderca?! – Widząc zaciśniętą pięść mężczyzny, przestraszył się jeszcze bardziej. – Tyr, chłopie, uspokój się, ja wiem, gdzie on jest!

Przez chwilę w pokoju panowała cisza.

– Wiesz, gdzie on jest? – powtórzył zaskoczony Tyr.

– Tak! No bo wiesz, mimo wszystko zdziwiło mnie, że wiedział o moim… handlowaniu na boku. W życiu go wcześniej nie widziałem, a nie wyglądał na przyjemniaczka, więc uznałem, że warto coś o nim wiedzieć. No i posłałem jednego z moich pracowników, żeby go śledził.

W pośpiechu zaczął zapisywać adres w notesie leżącym na biurku. Wyrwał kartkę i podał Tyrowi. Ten przeczytał notatkę i schował ją do kieszeni kurtki.

– Jest coś jeszcze, o czym powinienem wiedzieć?

Afah potrząsnął głową energicznie. Zdołał częściowo się opanować i ponownie wyglądał już jak zwykły człowiek. Tyr zmierzył go wzrokiem i wstał.

– Któregoś dnia naprawdę posuniesz się za daleko, ifricie.

Wyszedł z pokoju, zostawiając właściciela samego, przeklinającego pod nosem w kilku starożytnych językach jednocześnie.

 

 

*****

 

 

Wieczorem tego dnia do szpitala, w którym leżała Azumi Fortier, przywieziony został czarnoskóry mężczyzna o ogromnej posturze. Miał rozległe oparzenia drugiego stopnia na twarzy i szyi. Zastosowano standardową procedurę po przyjęciu do placówki – rany oczyszczono i zabezpieczono przez zakażeniem. Nie przeprowadzono natychmiastowego leczenia operacyjnego, lecz chorego zakwalifikowano na wycięcie martwych tkanek po trzech dniach. Zastosowano u niego częściowy opatrunek na czole oraz prawym policzku, intensywne leczenie przeciwbólowe oraz miejscowe środki antyseptyczne. Mężczyzna miał w kieszeni dokumenty na nazwisko Antoine Perrot, z adresem niewielkiej miejscowości na południu Francji. Próby komunikacji kończyły się porażką – chory bełkotał jedynie w bólu i co parę chwil mdlał. Z tego powodu policja, powiadomiona o obecności poszkodowanego, odwlekła przesłuchanie, czekając na odzyskanie przez niego pełnej świadomości. Umieszczono go w sali z jednym łóżkiem, na tym samym oddziale chirurgii, co Azumi Fortier, cztery sale od niej. W szafce koło łóżka schowano niewielki plecak, który chory miał ze sobą. Około godziny dwudziestej trzeciej trzydzieści, mężczyzna zasnął.

 

 

*****

 

 

Budynek, do którego kierował Tyra adres z notatki był bardzo stary i zniszczony. Musiał mieć złą reputację, gdyż większość lokali była opuszczona. Nieliczni mieszkańcy przemykali ukradkiem po korytarzach, przyzwyczajeni do ignorowania wszystkiego spoza ich małego, jednopokojowego świata. Dochodziła północ i na czwartym piętrze budynku nie było prawie nikogo. Wyjątkiem był śpiący w pobliżu schodów pijaczek, który nie obudził się nawet, gdy Tyr przeszedł tuż obok.

Mieszkanie znajdowało się na końcu korytarza. Mężczyzna stanął przy drzwiach i nasłuchiwał przez chwilę. Cisza. Sięgnął do wnętrza długiego, skórzanego płaszcza, który miał na sobie, odruchowo sprawdzając obecność broni. Miał przy sobie pistolet z tłumikiem, schowany we wszytej w prawą stronę płaszcza kaburze. Na plecach natomiast, zręcznie ukryty w biegnącej pod lekkim skosem pochwie, wisiał mu jednoręczny miecz. Umieszczony został nietypowo – rękojeścią w dół, utrzymywany przez magnetyczne zaczepy. Umożliwiało to wyciągnięcie go bez zdejmowania płaszcza.

Tyr rozejrzał się raz jeszcze po korytarzu, upewniając się, że pijak wciąż twardo śpi. Przyjrzał się drzwiom – nie wyglądały na solidne. Chwycił za klamkę i jednym potężnym uderzeniem barku wyłamał zamek. Otworzył drzwi i szybko wyjął pistolet. Małe mieszkanie składało się z trzech niewielkich pomieszczeń. Światło wpadające przez okna było słabe, ale wystarczające. Tyr rozejrzał się szybko po wszystkich pomieszczeniach – jedynym pokoju, maleńkiej kuchni i łazience. Pusto. Schował broń, przymknął drzwi wejściowe i wrócił do pokoju.

Na podłodze od razu dostrzegł pentagram otoczony kręgiem. Tym razem był to rysunek kredą, której częściowo zużyty kawałek leżał obok. "Krąg jest inny…" – pomyślał. – "Inny demon? Nie, raczej… inny rodzaj rytuału…"

Tyr podszedł do dwóch toreb podróżnych leżących w rogu pokoju i przejrzał ich zawartość. W pierwszej były ubrania i znoszone buty, druga była niemal pusta – w środku leżał tylko składany nóż, mały zwitek banknotów i dwie, częściowo zużyte, osełki do ostrzenia noży.

Tym jednak, co najbardziej zainteresowało mężczyznę był plik papierów leżących na stole. Podszedł i szybko przejrzał je kolejno. Luźne kartki bardzo różniły się od siebie – niektóre stare, zapisane piórem atramentowym lub pędzlem, inne ołówkiem, wyraźnie nowsze. Niemal wszystkie wypełnione były zaklęciami, w różnych językach, od aramejskiego i staroperskiego do chińskiego i innych, których Tyr nawet nie rozpoznawał. Nie był pewny czy wszystkie inkantacje są autentyczne, jednak niektóre z nich kiedyś już widział. Brwi mężczyzny uniosły się w zaskoczeniu. To było dużo więcej, niż spodziewał się znaleźć. Takiej ilości wiedzy nie gromadzi się szybko.

Obok stosu papierów leżały dwie kartki, które były najwyraźniej niedawno używane. Pierwsza zawierała tylko dwie linijki tekstu – adres klubu "Płomień", którego właścicielem był Afah. Druga natomiast była znacznie bardziej ciekawa. Znacznie, znacznie starsza, zawierała cztery wersety zapisane w języku staroaramejskim. Rytuał przyzwania.

Rozejrzał się po reszcie pokoju, jednak nic już nie przykuło jego uwagi. Spojrzał jeszcze raz na kartkę z inkantacją. Tyr znał tylko absolutne podstawy staroaramejskiego. Nie pomagał również fakt, że minęło bardzo dużo czasu odkąd miał okazję go używać. Westchnął.

"Do poprawnego przeczytania tych wersetów wystarczy…"

Przysunął sobie krzesło w pobliże kręgu na podłodze. Sięgnął ręką za plecy i pociągnął rękojeść miecza w dół. Magnetyczne zaczepy puściły posłusznie z lekkim kliknięciem, ostrze gładko wysunęło się z pochwy. Miecz był długi, jego rozmiar wydawał się jednak całkowicie adekwatny do potężnej postury mężczyzny. Na całej długości klingi wykute były runy, pozornie umieszczone bezładnie i chaotycznie. Znaki lśniły lekko złotym kolorem.

Tyr usiadł na krześle, miecz położył na udach. A potem niechętnie zaczął czytać wersety inkantacji.

Starał się wyraźnie intonować słowa twardego języka i najwyraźniej szło mu to dobrze. Już przy drugim wersecie temperatura w pokoju zaczęła zauważalnie rosnąć. Powietrze stało się suche i utrudniające oddychanie. Tyr przeczytał trzecią linijkę. Na skórze czuł delikatne ładunki elektryczne, włosy na jego rękach uniosły się. Po chwili powietrze zaczęło wirować wokół kręgu, porywając kłęby kurzu z podłogi. W momencie, gdy Tyr skończył czytać ostatni werset, wydarzyły się dwie rzeczy. Wszystkie dziwne zjawiska ustały.

Oraz pojawił się demon.

Siedział przykucnięty, plecami do Tyra. Był humanoidalny, ale ogromny. Miał hebanową skórę, wyglądającą niemalże na wykutą z czarnego granitu. Jego długi, gruby, ostro zakończony ogon wystawał poza obręb kręgu. Całe ciało pokryte miał mniejszymi i większymi kolcami i rogami. Ze skóry unosiła się delikatnie para.

Demon wydał z siebie dźwięk będący połączeniem warknięcia i pełnego irytacji westchnięcia. Zaczął się wyprostowywać i dopiero wtedy Tyr zobaczył jego prawdziwe rozmiary. Był niemal o dwie głowy większy od mężczyzny. Powoli zaczął się obracać i po raz pierwszy odezwał się. Jego głos był głęboki, warkotliwy, ale jednocześnie syczący.

– Mówiłem ci już kiedyś, byś nie przyzywał mnie tak często! – twarz wykrzywiała mu wściekłość. – Czy wiesz, ile wysiłku kosztuje mnie…

Zobaczywszy Tyra demon urwał w pół zdania, a na jego twarzy złość zmieniła się w zaskoczenie. Po chwili demon ryknął potężnie.

– Kim jesteś?! – wykrzyknął. – Żałosny człowieku, śmiesz…

Nagle zauważył brak prawej dłoni Tyra. Karmazynowoczerwone oczy demona poszerzyły się gwałtownie. Rzucił spojrzenie na miecz mężczyzny, a potem przyjrzał się uważniej jego twarzy.

– Khatt'raag karr'toghh… – wycedził cicho.

Tyr nie znał dialektu demonów, przekleństwa jednak można rozpoznać w każdym języku. Z niewzruszoną miną pochylił się lekko na krześle.

– No to teraz, jak już się trochę uspokoiłeś, pogadamy sobie chwilkę. Jak rozumiem domyśliłeś się, kim jestem?

Demon patrzył tępo na mężczyznę. Cała jego pewność siebie zniknęła jak zdmuchnięta. Przytaknął ruchem głowy.

– Czego chcesz? – spytał zgrzytliwym głosem.

– Jak się nazywasz?

Potwór odruchowo wypiął pierś z dumą.

– Jestem Aghr'Naag-hall, centurion pod dowództwem wielkiego Ba'al Beritha.

Tyr nie wydawał się być pod wrażeniem.

– Chcę wiedzieć, kto dla ciebie zabija. I po co.

Demon warknął cicho.

– A dlaczego miałbym ci cokolwiek mówić? – Uniósł lekko brodę, desperacko starając się odzyskać fason.

Tyr westchnął.

– Chociażby dlatego, że teraz, gdy cię przyzwałem, musisz być na tym świecie przez godzinę. No, chyba, że odeślę cię wcześniej. A czy wiesz na jak małe kawałeczki zdołam cię w ciągu tej godziny pokroić?

Demon dłuższą chwilę milczał, wbijając wzrok w mężczyznę. Zaciśnięta szczęka poruszała się lekko we wściekłości. W końcu spojrzał w dół, zamyślił się.

I nagle wybuchnął głośnym śmiechem, brzmiącym jak niedźwiedź próbujący zwymiotować nieświeżą rybę.

– Niech ci będzie, Tyr. Cóż, było miło, póki się nie skończyło… Czyli ja ci mówię wszystko, a ty odeślesz mnie w całości, tak? Twojemu słowu chyba akurat mogę zaufać… – Uśmiechnął się szeroko i postukał się po zębach szponem na lewej dłoni.

A potem powiedział po prostu:

– Barabasz.

Tyr zmarszczył brwi. Zaśmiał się krótko, po czym spoważniał.

– Chcesz powiedzieć, że ten człowiek to…

– Barabasz, tak – demon przerwał mu z satysfakcją. Starał się odnaleźć choć trochę przyjemności w całej sytuacji i zdziwienie Tyra wyraźnie go bawiło. – No wiesz, ten od tej całej akcji z Jezusem. Morderca, którego wypuścił Piłat, Chrystusa skazując na męki – znowu zaśmiał się paskudnie.

– Dałeś mu nieśmiertelność?

– Oj, żeby tam od razu nieśmiertelność… Przedłużam mu życie raz na kilkadziesiąt lat. On lubi zabijać, a ja też coś z tego mam. Bo widzisz, po tym całym ukrzyżowaniu i tak dalej, odwiedziłem naszego drogiego Barabasza i zaproponowałem mu układ. Zamiast szlachtować ludzi bez sensu, będzie odprawiał rytuał i przekazywał mi duszę ofiary. A ja będę mógł ją z przyjemnością pożreć. – Oblizał się z apetytem. – A w zamian dostaje kolejne kilkadziesiąt lat cieszenia się swoim ziemskim truchłem. Parę razy musiałem co prawda nieco temperować jego ambicje, trochę się chłopaczyna za bardzo rozpędzał i prawie go złapali. Szczególnie blisko było w Londynie, to było jakoś pod koniec dziewiętnastego wieku… Zabił za dużo kobiet i zrobiło się trochę gorąco. No ale jakoś udało mu się zniknąć – przerwał na chwilę i zachmurzył się. – Teraz, jak widzę, spróbował zabić nieodpowiednią osobę… To jakaś twoja znajoma?

Tyr nie odpowiedział.

– A skąd niby macie moc przedłużania życia?

Demon zachichotał złośliwie.

– Powiedzmy, że dawno temu jeden z naszych ukradł tym idiotom z Olimpu trochę ambrozji… A na zwykłego człowieka wystarczy kropla, dwie, żeby odwrócić starzenie.

Tyr pokiwał głową.

– Gdzie on teraz jest?

Demon zaczął się uśmiechać, z początku lekko, potem coraz szerzej.

– Niech pomyślę… Teraz prawdopodobnie…

 

 

*****

 

 

Mężczyzna przestał się ruszać. Barabasz dla pewności trzymał pętlę ze szpitalnych drenów na jego szyi jeszcze dłuższą chwilę. Chciał być pewien, że ten człowiek już nie będzie mu przeszkadzał. W końcu zadowolony upuścił cicho martwe ciało tuż obok poprzedniej ofiary. Był nią młody pielęgniarz. To od niego zdobył klucze do składu z lekami, który teraz stał się kostnicą.

Zadowolony z siebie Barabasz starł pot z czoła i przy okazji zauważył, że bandaż na jego twarzy poluzował się dość mocno.

"Tak naprawdę mogę się już tego pozbyć".

Sycząc cicho z bólu odwinął opatrunek, w pełni ukazując pokrytą świeżymi strupami i wciąż częściowo otwartymi ranami twarz. Ambrozja, która chroniła go przed starzeniem, dawała mu też bardzo szybką regenerację tkanek. Gdyby dokończył rytuał z kobietą, Aghr'Naag-hall dałby mu kolejną porcję i takie poparzenia znikałyby w godzinę lub dwie. Teraz jednak siła ambrozji w jego ciele była już bardzo słaba. Jeżeli nie otrzyma nagrody za ofiarę, będzie musiał chodzić w tym stanie kilkanaście dni.

"Może nieco przesadziłem z tą benzyną".

Zaklęcie nadające jego skórze kolor ciemnego brązu powoli przestawało działać i na twarzy, oprócz ran, widać też było plamy naturalnej, jaśniejszej karnacji.

"Na szczęście to już niedługo. Muszę pozbyć się jeszcze kilku osób, a potem będę mógł zająć się tą suką…" – rozejrzał się wokoło. – "Czas znaleźć odpowiednie narzędzia".

Mężczyzna przyjrzał się uważniej lekom na półkach. Kolejny raz miał okazję wykorzystać wiedzę, którą gromadził przez dwa tysiące lat.

 

 

*****

 

 

Tyr zaklął.

– Wynoś się! – wykrzyknął do demona. Potwór w jednej chwili zniknął, pozostawiając rozpływające się powoli kłęby pary i echo swojego zgrzytliwego śmiechu.

Tyr wyciągnął telefon i wybrał połączenie z Hisashim. Ten odebrał błyskawicznie.

– Tak, Tyr-sama? – pomimo środka nocy głos Japończyka był w pełni przytomny.

– Hisashi, jedź do szpitala! Będziesz tam przede mną – wyrzucił z siebie, nawet nie myśląc w tym momencie o formach grzecznościowych – Ten człowiek wie, gdzie jest twoja córka. I jest znacznie niebezpieczniejszy niż sądziliśmy. To Barabasz.

Przetworzenie tych informacji zajęło Japończykowi około dwóch sekund.

– Jadę – rzucił i rozłączył się.

Tyr wyszedł z mieszkania i zamknął za sobą drzwi tak dokładnie, jak to możliwe mimo wyłamanego zamka. Potem pobiegł korytarzem, zastanawiając się, czy nie jest już za późno.

 

 

*****

 

 

Barabasz położył ciało lekarza i uśmiechnął się. Pozbył się już wszystkich osób na piętrze, które demon wskazał jako ochraniające kobietę – mężczyznę w stroju sprzątacza i tego amatora z policji. Dla pewności, że nikt mu nie przeszkodzi zajął się też młodym lekarzem i pulchną pielęgniarką, którzy pracowali na nocnej zmianie. Teraz na piętrze byli już tylko pacjenci, a oni albo spali, albo leżeli zbyt chorzy, żeby mu przeszkadzać.

W składzie na leki było już tłoczno od ciał. Barabasz westchnął z zadowoleniem. Minęło dużo czasu odkąd zabił tyle osób jednego wieczoru. Wprawdzie w nie tak wysublimowany sposób, jakby sobie tego życzył, ale mimo wszystko… W jego głowie przyjemnie szumiała dawno nie zaspokajana żądza mordu.

Miał już swój plecak, a w nim wszystko, czego potrzebował. Był przygotowany.

"Czas na danie główne".

Wyszedł ze składu na leki i zaskakująco bezszelestnie jak na swoje rozmiary podszedł do sali, w której leżała Azumi Fortier. Drzwi były lekko uchylone. Ostrożnie zajrzał do środka. Leżała na plecach, a jej klatka piersiowa unosiła się spokojnie i równomiernie. Spała. Wyjął z kieszeni przygotowaną wcześniej strzykawkę.

Kobieta obudziła się dopiero, gdy płyn, wstrzyknięty przez dren od kroplówki, płynął już chwilę w jej żyłach. Z początku nie poznała swojego oprawcy, jego zdeformowana poparzeniem twarz była zbyt różna od tego, co zapamiętała. Jednak w półmroku sali, rozpraszanym przez światło wpadające z korytarza dostrzegła w końcu jego oczy. A tych oczu nie zapomni już nigdy. Chciała krzyknąć, ale z przerażeniem uświadomiła sobie, że nie panuje nad swoim ciałem, nie może się poruszyć ani wydać z siebie głosu. Przy dawce, którą dostała, paraliż był niemalże natychmiastowy. Mogła tylko patrzeć, jak Barabasz pochyla się nad nią. Jego twarz znalazła się tuż przy jej policzku. Poczuła śmierdzący nieświeżością oddech mordercy i usłyszała jego szept:

– Cześć moja droga… Tęskniłaś?

 

 

*****

 

 

Kopnięte drzwi otworzyły się gwałtownie i uderzyły w barierkę obok. Barabasz wszedł na dach szpitala, trzymając Azumi na rękach. Miał sporo szczęścia – o ile wyniesienie dziewczyny z sali nie stworzyło problemów, to na schodach ewakuacyjnych prawie wpadł na lekarza z nocnej zmiany, palącego papierosa. Poczekał cierpliwie aż mężczyzna skończy i wróci na swój oddział.

Teraz stał na płaskim fragmencie dachu w kształcie kwadratu o boku kilkunastu kroków. Tu będzie miał mnóstwo miejsca i nikt nie będzie mu przeszkadzał. Czas wziąć się do pracy.

Położył kobietę na środku dachu. Wciąż była całkowicie bezwładna i taka powinna pozostać przez jeszcze kilkanaście minut. Jedyne, czym była w stanie poruszać to oczy, którymi patrzyła na niego z przerażeniem. "Już niedługo, maleńka…"

Zdjął plecak i wyjął z niego dwa zakręcone, plastikowe pojemniki, zawierające biały oraz czarny proszek. Zaczął usypywać pierwszy krąg, tak jak ostatnim razem. Tak jak dziesiątki razy dotąd. Tak jak zawsze, gdy poświęcał duszę ofiary demonowi. Narastała w nim ekscytacja, czuł zadowolenie drapieżnika, który dopadł upragnioną ofiarę. "Warto było trochę pocierpieć" – pomyślał. Za kilka godzin zapomni o bólu. Demon przekaże mu ambrozję, jego obrażenia zagoją się bez śladu, a przed nim będą kolejne lata życia. Oczywiście będzie musiał opuścić Paryż, zdecydowanie za dużo się tu wydarzyło. "I tak nie lubię tego miasta. Może tym razem Daleki Wschód… Może Tajlandia? Albo Wietnam?"

Okrążał dziewczynę, usypując już drugi krąg, a ona wodziła za nim przerażonym wzrokiem.

– Wiesz moja droga, miałaś bardzo dużo szczęścia wtedy, w mieszkaniu. Nie dość, że poluzował ci się knebel, że odzyskałaś przytomność, to jeszcze ta policja… Nie spodziewałem się tego, naprawdę. Cóż, mój błąd. – Uśmiechnął się smutno, jakby przepraszał za swą niekompetencję. – Jednego z tych policjantów, pewnie nawet dwóch, zdołałbym się pozbyć. No ale trzeci mógłby mieć szansę wyciągnąć broń, postrzelić mnie, może nawet zabić. Nie mogłem ryzykować. Ale zapewniam cię, że nie popełnię już nigdy takich błędów.

Skończył usypywać drugi okrąg i przyklęknął przy kobiecie. Podciągnął jej koszulkę szpitalną, odsłaniając opatrunek na brzuchu. Chwycił za plastry przytrzymujące dużą gazę, która osłaniała szwy. Spojrzał Azumi w oczy.

– To może trochę zaboleć – w jego głosie słychać było niemalże troskę, ale na ustach tańczył mu sadystyczny uśmieszek.

Gwałtownie pociągnął za opatrunek, odrywając go od ciała. Gdyby Azumi mogła w tym momencie krzyczeć, z pewnością usłyszeliby ją wszyscy w szpitalu. Ale była w stanie tylko mocniej odetchnąć, a po policzku spłynęła jej łza bólu. Szwy na brzuchu nie puściły, naruszona rana zaczęła jednak nieco krwawić.

Barabasz przez chwilę napawał się tym widokiem, aż w końcu uświadomił sobie, że ma naprawdę niedużo czasu. Sięgnął po plecak i z dna wydobył sztylet. Azumi, widząc to, zaczęła oddychać jeszcze szybciej. Mężczyzna zauważył, że dziewczyna może już poruszać końcówkami palców u rąk.

– No, no, brawo! Twarda jesteś, biorąc pod uwagę ilość chemii w twoich żyłach! – rzucił na wpół kpiąco. – Ale to nie będzie miało większego znaczenia już za chwilę.

Lewą ręką położył na biodrze kobiety, a w prawej uniósł broń nad jej brzuchem. Z twarzy opadła mu maska i teraz była na niej czysta nienawiść do tej, która go ośmieszyła.

– Będę się bardzo cieszył twoim cierpieniem – wycedził przez zęby.

I wtedy nagle w uniesiony nad brzuchem sztylet coś uderzyło, wybijając go z ręki mordercy. Zaskoczony Barabasz obrócił się w kierunku, z którego przyleciał przedmiot. W drzwiach prowadzących na dach stał stary Japończyk. Właśnie prostował się po wykonanym rzucie. Miał na sobie czarne spodnie od garnituru i białą, zapinaną koszulę. W pochwie przy jego boku wisiał miecz. Bez słowa zaczął iść w kierunku Barabasza.

– Co, do chuja?! – morderca rozejrzał się szybko, szukając wzrokiem sztyletu. Dostrzegł dwa – ten, który przyniósł w plecaku i drugi, prosty, o czarnej rękojeści i bez jelca. "Ten Japoniec musiał go rzucić". Leżały bardzo blisko siebie, zaledwie kilka kroków od niego, szybko więc wstał z klęczek i podbiegł do nich. Obracając się, jednocześnie podniósł najpierw jeden, a potem postępując kolejny krok, drugi. Wyciągnął jedno z ostrzy przed siebie i stanął przygotowany na odparcie ataku nieznajomego.

Hisashi Akagi zdążył w tym czasie wyjąć z pochwy katanę i stanąć przy córce, odgradzając ją od mordercy. Barabasz w szpitalnych spodniach, koszuli i ze sztyletami w dłoniach wyglądał karykaturalnie, jednak w postawie Japończyka widać było, że nie lekceważy przeciwnika.

Morderca w tym czasie kilka razy przeniósł szybko wzrok między Azumi, a nowo przybyłym.

– To ty wynająłeś jej tę ochronę! Kim ty, kurwa, jesteś? Policja raczej nie ma na wyposażeniu mieczy.

Hisashi nawet nie drgnął. Barabasz, widząc, że nie doczeka się odpowiedzi, wzruszył lekko ramionami.

– Jak uważasz. Chcesz zdechnąć dla tej suki, proszę bardzo. – Na jego twarzy pojawił się drwiący uśmieszek. – Tylko widzisz, to raczej nie potrwa długo. Trenuję się w walce, szczególnie na noże, od dwóch tysięcy lat. A ty? – powiedział, starając się wytrącić przeciwnika z równowagi.

– Nie aż tak długo – po raz pierwszy odezwał się Hisashi. – Ale miałem na pewno lepszych nauczycieli.

I zaatakował.

Postąpił dwa kroki do przodu i wyprowadził skośne cięcie od góry. Morderca zbił je sztyletem w prawej ręce, lewą trzymając w pogotowiu. Hisashi kontynuował szybkimi atakami, zmuszając Barabasza do wycofania się o kilka kroków. Ten zablokował kolejne z cięć, drugim sztyletem wyprowadzając jednocześnie szybkie pchnięcie na brzuch Japończyka. Hisashi wykonał unik, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę i wykonując krok w bok, zastawiając się jednocześnie kataną. Teraz Barabasz zaatakował serią szybkich pchnięć raz jedną, raz drugą ręką, uniemożliwiając przeciwnikowi jakąkolwiek reakcję ponad parowanie ciosów. Umiejętnie wykorzystywał fakt, że posiada dwa ostrza, niwelując przy tym przewagę długości miecza Hisashiego. Wykonał długi ciąg ataków, co chwila zmieniając ich wysokość, ale Japończyk zbijał skutecznie każde z nich. W końcu Barabasz zaatakował bronią w prawej ręce, zmuszając przeciwnika do zbicia pchnięcia. Jednocześnie jednak zaczął się obracać, przenosząc środek ciężkości na drugą nogę, sztyletem w lewej dłoni tworząc gardę przed mieczem. Prawa ręka wykonała szeroki łuk za ciałem, zmieniając jednocześnie chwyt na sztylecie. Kontynuował obrót, a broń powędrowała w kierunku pleców Hisashiego. Ten jednak wyczuł atak i rzucił się przed siebie, przetaczając się przez ramię, zaskakująco sprawnie jak na swój wiek. Ostrze śmignęło w pustce, gdzie jeszcze przed chwilą były plecy Japończyka. Ten po chwili stał już na nogach, o kilka kroków od mordercy.

Barabasz zagwizdał z podziwem.

– Nieźle, staruszku, nieźle! Jestem pod wrażeniem!

Wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu i zaatakował ponownie. Prawa, lewa ręka, potem znowu lewa i prawa. Hisashi parował ciosy, cofając się. Przesunęli się jednocześnie bliżej środka dachu. Barabasz nie uświadomił sobie nawet, że w pewnym momencie minął leżącą Azumi. Nagle poczuł dłoń oplatającą się wokół prawej kostki. Spojrzał w dół. W oczach kobiety widział wściekłość i determinację. Nie miała siły by pociągnąć go za nogę, jednak samo przytrzymanie mordercy wystarczyło. Zaskoczony Barabasz stracił równowagę. Wyrwał stopę, ale musiał postąpić dwa kroki do tyłu.

Hisashi wykorzystał okazję. Wykonał szybki doskok, zbił sztylet przeciwnika trzymany z przodu w lewej ręce i kontynuował szybkim cięciem przez klatkę piersiową.

Barabasza uratowały tylko jego odruchy, ćwiczone przez dwadzieścia stuleci. Wygiął się lekko do tyłu, pozwolił, aby ciężar ciała opadł mu na drugą nogę, a sztylet w prawej dłoni uniósł w ostatniej chwili, blokując miecz. Potem kontynuował ruch ręką, zmuszając katanę do dalszej wędrówki po łuku. Jednocześnie mocno wypchnął się nogą i zbitym przed chwilą sztyletem wyprowadził cios, który sięgnął celu.

Krew trysnęła z prawego ramienia Japończyka. Cofnął się o kilka kroków. Barabasz patrzył na niego z zadowoleniem.

– No! To kończymy! – rzucił wesoło.

Nie tracił czasu. Rzucił się na Hisashiego, wyprowadzając serię wściekłych ataków. Japończyk z determinacją blokował ciosy, widać jednak było, że cofa się i nie ma już tyle siły, co na początku walki. Po jego prawym ramieniu spływała powoli krew, kapiąc kroplami na dach.

W końcu Barabasz zamarkował atak sztyletem w lewej dłoni, jednocześnie atakując drugim ostrzem brzuch Japończyka. Ten zablokował cios, jednak nie zdążył zareagować na błyskawiczne kopnięcie w udo, które wyprowadził morderca. Hisashi stracił równowagę i zaczął upadać do tyłu. Przytrzymał miecz prawą, zranioną ręką, a lewą wyciągnął do oparcia. W tym jednak momencie w jego katanę uderzył z dużą siłą sztylet Barabasza. Osłabiona zranieniem ręka odmówiła posłuszeństwa i puściła miecz. Japończyk opadł na pośladki, a katana z głośnym dźwiękiem uderzyła o powierzchnię dachu, poza jego zasięgiem.

Barabasz wydał z siebie krótki rechot stojąc nad przeciwnikiem. Na twarzy pojawił mu się wyraz politowania wymieszanego z drwiną.

– To było całkiem imponujące, stary. Gdzie ty się tego nauczyłeś? – zmienił chwyt, szykując się do ciosu z góry na głowę Japończyka. – No ale czas umierać. Ty po prostu nie mogłeś tego wygrać.

Wzrok Japończyka powędrował gdzieś za mordercę, w kierunku drzwi na dach. Na twarzy pojawił mu się bardzo delikatny uśmiech.

– Wcale nie musiałem wygrać. Wystarczyło, że dotrwam, dopóki on tu nie dotrze.

 

 

*****

 

 

Tyr wszedł na dach. Barabasz gwałtownie obrócił się w jego stronę. Twarz wykrzywiła mu złość wymieszana z zaskoczeniem. Rozłożył ręce w geście frustracji.

– A ty to, kurwa, kto?

Leżący wciąż na ziemi Hisashi oparł się na zdrowej ręce i lekko skinął głową na powitanie. Tyr odpowiedział tym samym i spojrzał na Azumi. Paraliż powoli z niej ustępował i starała się leżeć opierając na łokciach. Rozpoznała go pomimo słabego światła na dachu i teraz próbowała ocenić czy jest zagrożeniem, czy wybawieniem.

– Hisashi-san, zabierzesz ją stąd? – powiedział Tyr.

Barabasz warknął ze złości, ale Hisashi zdążył już wstać i podbiec do Azumi. Przyklęknął przy niej i lekko się skłonił głowę.

– Panno Fortier, czy pozwoli mi pani zabrać się stąd w bezpieczne miejsce? – powiedział z delikatnym, zmęczonym uśmiechem.

Przez krótką chwilę patrzyła na Japończyka z niepewnością. W jego oczach najwyraźniej zobaczyła jednak coś godnego zaufania. Skinęła na potwierdzenie. Hisashi delikatnie wziął kobietę na ręce. Czując jej ciężar na zranionym ramieniu, skrzywił się lekko, ale zacisnął zęby i szybkim krokiem skierował się w stronę drzwi prowadzących do szpitala. Mijając Tyra lekko się uśmiechnął.

Gdy Japończyk bezpiecznie zniknął na schodach, Tyr zwrócił wzrok w kierunku mordercy. Barabasz z wściekłością zaciskał ręce na sztyletach.

– Ta kobieta już drugi raz wymyka mi się z rąk – wycedził przez zęby. – Pierwszy raz z mojej winy. Teraz przez ciebie. Z przyjemnością poderżnę ci za to gardło.

Tyr bez słowa zdjął płaszcz i rzucił obok. Potem sięgnął za plecy. Chwycił za rękojeść miecza i pociągnął w dół, wysuwając go z pochwy. Pewną ręką skierował ostrze przed siebie. Runy na mieczu błyszczały intensywnie złotym kolorem.

Barabasz uniósł z zaskoczeniem brwi. Zerknął na sztylety w swoich dłoniach. Odrzucił ten, który zdobył od Hisashiego i szybko podszedł do leżącej niedaleko katany. Podniósł ją prawą ręką i zrobił kilka próbnych cięć, oceniając wyważenie miecza. W końcu stanął naprzeciw Tyra. Splunął w bok.

– Skoro mam cię zaszlachtować, może jednak mi powiesz kim ty, kurwa, jesteś?

Dopiero teraz, podchodząc bliżej, był w stanie dostrzec oczy Tyra. Patrzyły na mordercę z siłą i intensywnością, jakiej nie widział nigdy dotąd. Czerń tęczówek wydawała się być głębsza niż mrok nocy wokół.

Tyr opuścił miecz i postawił go pionowo na wierzchołku sztychu, trzymając dłoń na końcu rękojeści. Gdy odezwał się, jego głos był głęboki i pełen wewnętrznej mocy.

– Jestem Tyr, bóg wojny i sprawiedliwości. A ty, Barabaszu, zbyt długo już chodzisz na tym świecie i zabijasz. Dziś to się kończy.

Morderca stał jak skamieniały, z otwartymi lekko ustami. Dłuższą chwilę zajęło mu otrząśniecie się z szoku.

– To są chyba, kurwa, jakieś jaja… – Barabasz pokręcił głową i zamilkł na chwilę. – Daleko odpłynąłeś od swojego domu, bogu Wikingów – powiedział z przekąsem i uniósł broń. – Nie masz jakichś ważniejszych spraw niż bronienie nędznej Francuzki? Szukanie Odyna na przykład? – Uśmiechnął się złośliwie, a Tyr drgnął lekko. – Czego tu szukasz?

Tyr uniósł miecz i spojrzał na Barabasza zimnym wzrokiem.

– Sprawiedliwości – powiedział i ruszył.

Starli się na środku dachu, a miecze uderzając o siebie zaśpiewały w mroku nocy. Barabasz zaatakował kataną, sztylet trzymając w odwodzie. Jego miecz był lżejszy, jednak ręka Tyra nie poruszała się wcale wolniej. Wymienili kilka uderzeń, sprawnie blokując i szukając błędu przeciwnika. Tyr wykonywał ataki nieco szerzej, Barabasz natomiast wykorzystywał głównie krótkie cięcia, czasami wspomagając się szybkim pchnięciem sztyletem. Ich stopy poruszały się względem siebie jak zsynchronizowane. Ostrza raz po raz zderzały się.

W pewnym momencie morderca gwałtownie zmienił pozycję, zbijając miecz Tyra, robiąc krok po skosie i atakując sztyletem pod żebra z prawej strony. Nordycki bóg w ostatniej chwili szarpnął nieuzbrojoną ręką, uderzając w przedramię nad sztyletem Barabasza. Jednocześnie gwałtownie zmienił kierunek ruchu lewej dłoni i z wielką siłą uderzył pięścią trzymającą miecz w nos mordercy.

Barabasz cofnął się gwałtownie, z nosa zaczęła mu spływać krew. Splunął śliną zabarwioną na czerwono i warknął jak wściekłe zwierzę.

Zaatakował, zmieniając taktykę. Na Tyra spłynęła fala uderzeń, zarówno kataną jak i sztyletem. Morderca gorączkowo starał się znaleźć lukę w obronie przeciwnika. Atakował na przemian wysoko i nisko, kilkukrotnie zmieniając chwyt w dłoni trzymającej sztylet. Tyr ustąpił o kilka kroków, ale jednocześnie pewnie blokował każdy cios. Ręka trzymająca miecz, mimo jego znacznego rozmiaru i wagi, poruszała się zadziwiająco szybko. Odbijał uderzenia, czasem zmieniając pozycję i utrzymując cięcia sztyletu bezpiecznie z dala od ciała.

W pewnym momencie odwrócił dłoń i pozwolił katanie spłynąć wzdłuż ostrza miecza, robiąc jednocześnie krok do przodu i zachodząc Barabasza od zewnątrz. Prawy łokieć Tyra powędrował nad poruszającą się w dół ręką mordercy i uderzył prosto w jego zakrwawiony nos. Chrząstka wewnątrz ustąpiła strzaskana, a głowa Barabasza odskoczyła gwałtownie. Cofnął się o kilka kroków. Krew popłynęła strumieniem ze złamanego nosa.

– Kurwa… – jęknął i potrząsnął głową, starając się odzyskać ostrość widzenia.

Tyr nie czekał. Zaatakował szybkimi, dokładnie wymierzonymi cięciami. Barabasz bronił się z desperacją zapędzonego w pułapkę zwierzęcia. Ostrza katany i sztyletu świstały w powietrzu, blokując uderzenia boga, jednak ręce mordercy poruszały się coraz wolniej. Krew płynęła po szpitalnej koszuli, z przodu przesiąkniętej już w większości posoką.

Barabasz cofnął się kolejny krok i nagle poczuł za sobą barierkę na skraju dachu. Chciał postąpić krok w lewo, jednak nie zdążył. Tyr nagłym, silnym uderzeniem od góry zbił katanę w kierunku ziemi, a potem kontynuował ruch swojego miecza. Broń zatoczyła okrąg i uderzyła w nadgarstek Barabasza.

Dłoń mordercy upadła na dach, wciąż jeszcze trzymając katanę. Krew trysnęła szerokim strumieniem z przeciętych tętnic. Barabasz upadł na kolana i ryknął z bólu. Wypuścił sztylet i złapał okaleczone przedramię.

– Nie! – jego głos balansował na granicy histerii. Krzyczał, a z ust tryskała mu ślina wymieszana z krwią. – Nie rób tego! Jestem wybrany! Jestem Barabasz, ten, który przeżył zamiast Jezusa!

– A dlaczego miałoby mnie to obchodzić? – powiedział Tyr i potężnie ciął mieczem. Ostrze uderzyło w szyję Barabasza, tnąc ciało i gruchocząc kości. Ucięta głowa spadła na dach. Ciało przez chwilę jeszcze utrzymało się w pionie, a potem przewróciło się do przodu.

Urwany krzyk mordercy unosił się przez ułamek sekundy odległym echem. A potem zapadła nagle cisza, która wydawała się niemal nienaturalna.

Tyr schował miecz do pochwy na plecach. Wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer. Hisashi odebrał po chwili przerwy.

– Dziękuję, Tyr-sama – Japończyk nie musiał pytać, co się stało. Wiedział.

– Azumi jest bezpieczna?

– Tak, pozwoliła mi zabrać się ze szpitala. Spędzi noc w moim domu. Musisz stamtąd zniknąć, Tyr-sama. Zaraz będzie tam policja. Czegoś takiego raczej nie dam rady zatuszować…

Tyr zamilkł na chwilę.

– Powiesz jej?

Japończyk zawahał się.

– Nie wiem… Chyba powinienem.

Tyr przytrzymał telefon przy twarzy prawym przedramieniem i podniósł z ziemi płaszcz. Przystanął przy drzwiach prowadzących na schody. Po chwili odezwał się ponownie.

– Jest jeszcze jedna ważna rzecz, Hisashi-san…

 

 

*****

 

 

Demon zmaterializował się w środku kręgu, warknął wściekle i obrócił się w stronę Tyra. Na jego widok, siedzącego wygodnie na krześle obok, skrzywił się i jęknął.

– Tyr, mieliśmy chyba umowę? – w zgrzytliwym głosie słychać było jednocześnie irytację i strach.

– Mieliśmy – pokiwał głową bóg. – Ale mam do ciebie jeszcze jedno pytanie.

Słysząc to, demon wyraźnie się rozluźnił. Skrzyżował ręce przed sobą, a poruszający się jeszcze przed chwilą nerwowo ogon opuścił nad podłogę.

– Tak?

– Dlaczego akurat on? Dlaczego Barabasz?

Demon ryknął śmiechem.

– Bo to świetny dowcip, nie sądzisz? – Rechot Aghr'Naag-halla przypominał drapanie paznokciami po szkle. – Ludzie skazują Jezusa na śmierć, a wypuszczają mordercę, który dalej zabija ich potomków po dwóch tysiącach lat! Piękna ironia!

Bóg słuchał ze spokojną miną. W końcu wstał z krzesła. Demon zamilkł natychmiast i znowu wyraźnie się zaniepokoił.

– Ej, Tyr, chyba mnie teraz nie zabijesz? – Mięśnie napięły mu się nerwowo.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Nie, ja nie.

Nim do demona dotarł w pełni sens słów boga, jego brzuch rozdarł od strony pleców miecz. Gęsta, czarna krew spłynęła po ostrzu. Runy na czubku wystającym z ciała pulsowały złotym blaskiem.

Demon patrzył zszokowany w dół. Na jego twarzy dopiero zaczynał malować się ból. Ostrze cofnęło się i Aghr'Naag-hall spróbował obrócić się do napastnika. Nie dokończył ruchu. Miecz z trzaskiem łamanej kości wbił się w jego głowę. Demon wywrócił oczami, zatoczył się i upadł.

Hisashi Akagi ukłonił się przed Tyrem, na wyciągniętych dłoniach podając mu jego miecz runiczny. Bóg odkłonił się i wziął swą broń. Spojrzał na ciało demona. Powoli zaczęło się już rozpadać na czarny, drobny pył.

Koniec

Komentarze

Bardzo ciekawy pomysł. Spodobał mi się sposób prowadzenia historii. Utrzymujesz zainteresowanie czytelnika, umiejętnie wplatasz różne wątki historyczne (powoli zaczynam podejrzewać, że Kuba Rozpruwacz jest jedną z najczęściej wywoływanych przez popkulturę postaci ;-) ), dozujesz informacje. Nie przyłapałam Cię na jakimś rażącym błędzie merytorycznym, chociaż poruszasz różne tematy. :-) Mnóstwo plusów.

Tylko wykonanie odstaje od reszty. Popełniasz sporo podstawowych błędów językowych. Popraw je, a tekst będzie świetny.

Interpunkcja szwankuje.

W powietrzu unosił się zapach świeżo wypiekanych bagietek, tostów i intensywny aromat świeżo zmielonej kawy.

Powtórzenie. Niekiedy Ci się trafiają.

– Potrzebuję Twojej pomocy, Tyr-sama.

Ty, twój, pan itp. raczej piszemy małą literą. Tylko w listach dużą.

Zdarza się, że masz zaimki w zdaniu, w którym w zupełności wystarczyłby podmiot domyślny.

Dlaczego ifryt aż tak się przejął potencjalną śmiercią niewinnej kobiety?

Zabrakło mi wyjaśnienia, kim naprawdę jest ojciec dziewczyny. Ale może wcale nie było konieczne, a to tylko moja ciekawość. :-)

Babska logika rządzi!

Hej :)

Nieźle sobie radzisz z językiem i sprawnie poruszasz się w ramach wybranej konwencji, ale jeśli chodzi o mój odbiór tego opowiadania, to niestety tyle. Boleć mnie nie bolało, nie znudziło na tyle, bym zamknęła bez czytania – ale na tyle, żebym przewijała już tak. Prawdopodobnie ze względu na bohaterów, którzy są dość nijacy – ot, wpisujący się w konwencję. Jedyną sceną, w której ktokolwiek trochę wyszedł za te ramy była ta z ifrytem – która też jest dość, hm, wytarta, ale przynajmniej obserwujemy w niej Tyra, który rozmawia z kimś, jakby to ująć, “casualowo”. Z Japończykiem to właściwie nie rozmawia – dostaje questa i idzie i potem się w ramach tego questa trochę porozumiewają, z demonem to ma sprawę do załatwienia, tyle. No, jest jeszcze zdanie rzucone do kelnerki.

W każdym razie – scena z ifrytem mnie zdumiała ze względu na to, że kompletnie nie mogłam zrozumieć bohatera i jego “podaj mi chociaż jeden powód żebym nie winił cię za tę śmierć” (swoją drogą, “podaj mi chociaż jeden powód żebym…” to jest tak okropnie wyświechtany zbitek słów, że aż mnie zabolał). No i to jest jedyne co mogę powiedzieć o Tyrze – nie kumam. To znaczy, jasne, widzę, że jest nordyckim bogiem i badassem, ale nie widzę tam postaci. Widzę jedynie kliszę, która prze przez fabułę siłą imperatywu badassowości. Podobnie jak Japończyk prze przez fabułę siłą imperatywu japońskiego mędrca, Barabasz – złola, a dziewczyna – damy w opałach. Dobrze, damy w opałach, dołączającej potem do teamu, ale to akurat był jeden z momentów, które odebrałam jako bardzo sztampowe.

Jeśli chodzi o scenografię i konwencję to trochę mnie znudziły, ale rozumiem, że nie chciałeś wnosić nic nowego do konwencji uczłowieczania, albo upopkulturowiania motywów mitologicznych. Twoje prawo :)

Zasadniczo kawałek nie jest zły, chociaż w moim odbiorze mija się ze swoją, jak mniemam, funkcją – jest dla mnie za ciężki (w wykonaniu, nie w treści) na lekkie czytadełko. Zabrakło mi jakiejś finezji i/lub iskry życia w bohaterach, których losami mogłabym się przejąć.

Cześć! 

Dziękuję serdecznie za komentarze!

 

Co do mojego warsztatu – wiele mam jeszcze do nauczenia się, jako że to mój debiutancki tekst. Parafrazując Kinga, najpierw trzeba wyrzucić z siebie te złe słowa, żeby potem używać już tylko tych dobrych ;) 

 

 

Wprowadziłem kilka poprawek na bazie Waszych opinii – m.in. do sceny z ifritem. No i ta nieszczęsna wielka litera w Pan/Twój – dopiero gdy to poprawiłem uświadomiłem sobie, jakie to oczywiste :) 

 

Co do zbyt mało zdefiniowanych postaci – z pewnością bardziej doświadczony autor mógłby wprowadzić zręczne zmiany tu i ówdzie, które poprawiłyby nieco odbiór, jednak jest jeszcze jedna kwestia. Tyr i Hisashi to postaci, które nie da się zbudować jednym opowiadaniem. Starałem się przemycić strzępy informacji, że jest za nimi historia – i zamierzam ją opowiedzieć, w przyszłości :) W tym opowiadaniu chciałem przekazać przede wszystkim, że Tyr jest – jak to podsumowała June badassem, a do tego bardzo pozytywną postacią, i że gdzieś tam w tle jest “coś więcej”, czego w tym tekście nie widzimy.  Mam nadzieję, że choć część z tego udało się przekazać :)

 

Dziękuję raz jeszcze za poświęcony czas i pozdrawiam!

 

 

Debiutancki? Całkowicie debiutancki tekst? Jeżeli tak, to kłaniam się średnio głęboko na znak uznania.

Do zapoznania z tym opowiadaniem zachęciła mnie Koleżanka Finkla. Dobrze zrobiła. takie długie historie zwykle mają stosunkowo niewielu czytelników i trzeba przypadku, zachęty… 

No dobra, dość gadania dla gadania. Ukłon był średnio głęboki, bo nie znalazłem w tekście rewelacji; jest demon i jest jego współpracownik, obaj zależni od siebie, jest tajemniczy Japończyk i jest bóg nordycki, aha, ifryt też – standardzik, rzec można. Wydarzenia – takoż. Ale, w przeciwieństwie do większości znanych mi debiutów, opowiedziane interesująco i niemal bezbłędnie pod względem języka. Per saldo: niezły kawałek, przeczytany z zainteresowaniem, chociaż demonologiczna fantasy nie jest moim ulubionym rodzajem.

Masz klika na Bibliotekę.

Nie czytam dużo fantasy, ale przypadkowe gliny przeszkadzające w przeprowadzeniu czarnomagicznego rytuału to dla mnie nowość. Wciągnęła i być może zadecydowała o stosunku do tekstu. :-)

Babska logika rządzi!

Nowość czy nie nowość – w moich oczach oznaka pewnego rodzaju “przytomnego” podejścia do opowiadanej historii. Bohater, kim by nie był, nie działa w próżni, otoczenie wywiera jakiś wpływ na niego i jego poczynania – a najczęściej bywa to całkowicie pomijane na rzecz koncentracji na, powiedzmy jak tutaj, rytuale. Może w nim przeszkodzić na przykład “inkwizytor”, drugi czarownik, zabłąkany demon – ale za cholerę nie uświadczysz czegoś / kogoś tak prozaicznego, jak pijany sąsiad, który pomylił piętra, albo ryk syren strażackich, bo w pobliżu pożar wybuchł.

Kolejny plus dla Autora.

Ja w takim razie kłaniam się bardzo głęboko w podziękowaniu za miłe słowa i kliki na Bibliotekę. I tak, to jest mój całkowicie debiutancki tekst. :) 

Nieźle wymyślone opowiadanie. Jak na debiut, naprawdę całkiem nieźle. Przeczytałam z ciekawością, choć nie wszystkie fragmenty opowiadania okazały się jednakowo zajmujące. Najbardziej znużył mnie opis walki na dachu. Poświęciłeś tej scenie ponad czternaście tysięcy znaków, moim zdaniem, zdecydowanie za dużo.

Choć, jak wspomniałam, lekturę uważam za ciekawą, nie mogę nie wspomnieć o licznych błędach i usterkach, które ją skutecznie utrudniały. Nadużywasz zaimków, które w większości przypadków są zupełnie zbędne, przeszkadzają powtórzenia i czasem nie najlepiej skonstruowane zdania, a interpunkcja pozostawia wiele do życzenia.

Mam nadzieję, Karolu, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie interesujące, ale znacznie lepiej napisane. ;-)

 

"I jak, moje Ko­cha­ne? – Dlaczego kochane napisano wielką literą?

 

Nie mar­tw­cie się, dziś bę­dzie­cie za­do­wo­lo­ne." – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd występuje w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Od­piął po­wo­li za­pię­cie i wyjął go… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Tak jak za­wsze użył moc­ne­go sznu­ra, gru­be­go na sze­ro­kość palca wska­zu­ją­ce­go. So­lid­nie skrę­po­wał ze sobą dło­nie, a na­stęp­nie przy­wią­zał je do me­ta­lo­wej rury bę­dą­cej czę­ścią grzej­ni­ka pod oknem. – Jeszcze nigdy nikogo nie krępowałam, ale gdybym musiała to zrobić, chyba nie użyłabym sznura, którego średnica może przekraczać dwa centymetry. Nie wydaje mi się, by tak gruby sznur nadawał się na solidne więzy, by supły zeń poczynione dały się porządnie zacisnąć.

 

Potem dłu­gim ka­wał­kiem sznu­ra po­łą­czył węzeł na sto­pach do fi­la­ru po dru­giej stro­nie po­ko­ju… – Raczej: …po­łą­czył węzeł na sto­pach z filarem

 

We­wnętrz­ny usy­pa­ny był bia­łym, drob­nym, ma­to­wym prosz­kiem. Ze­wnętrz­ny – czar­nym, grub­szym i de­li­kat­nie po­ły­sku­ją­cym w bla­sku pię­ciu świec… – Raczej: We­wnętrz­ny usy­pa­ny był z bia­łego, drob­nego, ma­tow­ego prosz­ku. Ze­wnętrz­ny –  z czar­nego, grub­szego i de­li­kat­nie po­ły­sku­ją­cego w bla­sku pię­ciu świec

 

Wśród klien­tów łatwo było od­róż­nić od sie­bie miesz­kań­ców Pa­ry­ża oraz tu­ry­stów. – Raczej: Wśród klien­tów łatwo było od­róż­nić miesz­kań­ców Pa­ry­ża od tu­ry­stów.

 

roz­glą­da­li się in­ten­syw­nie po wy­stro­ju ka­wiar­ni… – Raczej: …przyglądali się intensywnie/ ciekawie/ z ciekawością wystrojowi kawiarni… Lub: …lustrowali intensywnie/ z ciekawością wystrój kawiarni

 

Bez po­śpie­chu jadł z bar­dzo du­że­go ta­le­rza, po­grą­żo­ny w roz­my­śla­niach. Jako je­dy­ny w ka­wiar­ni nie jadł ty­po­wo fran­cu­skie­go śnia­da­nia. Jego po­si­łek skła­dał się z ogrom­nej ja­jecz­ni­cy, zje­dzo­nej już do po­ło­wy ba­giet­ki oraz sto­ją­cej obok bu­tel­ki ciem­ne­go piwa. Wiel­kość po­sił­ku wy­da­wa­ła się… – Powtórzenia.

Proponuję: Bez po­śpie­chu jadł z bar­dzo du­że­go ta­le­rza, po­grą­żo­ny w roz­my­śla­niach. Jako je­dy­ny w ka­wiar­ni nie zamówił ty­po­wo fran­cu­skie­go śnia­da­nia. Jego po­si­łek skła­dał się z ogrom­nej ja­jecz­ni­cy, ba­giet­ki, z której została połowa, oraz sto­ją­cej obok bu­tel­ki ciem­ne­go piwa. Wiel­kość dania wy­da­wa­ła się

 

Prawe przed­ra­mię spo­czy­wa­ło spo­koj­nie na sto­li­ku. Męż­czy­zna nie miał pra­wej dłoni.

Po­cią­gnął ostat­ni łyk piwa i po­sta­wił pustą bu­tel­kę na sto­li­ku. Wy­cią­gnął ze sto­ja­ka na sto­li­ku chu­s­tecz­kę i wy­tarł usta. Spoj­rzał na wła­ści­ciel­kę ka­wiar­ni sto­ją­cą za barem i kiw­nął lekko głową. Ko­bie­ta po­de­szła do jego sto­li­ka. – Powtórzenia.

Proponuję: Prawe przed­ra­mię mężczyzny, pozbawione dłoni, spo­czy­wa­ło spo­koj­nie na sto­li­ku.

Po­cią­gnął ostat­ni łyk piwa i po­sta­wił pustą bu­tel­kę. Sięgnął po papierowa serwetkę i wy­tarł usta. Spoj­rzał na wła­ści­ciel­kę ka­wiar­ni, sto­ją­cą za barem i lekko kiw­nął głową. Ko­bie­ta po­de­szła.

 

– … od­mó­wił ko­men­ta­rza – re­la­cjo­no­wa­ła dzien­ni­kar­ka. – Zbędna spacja po wielokropku.

 

– Zdję­cia, które Pań­stwo widzą, to ostat­nie… – – Zdję­cia, które pań­stwo widzą, to ostat­nie…

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się di kogoś listownie.

 

W tym mo­men­cie to wszyst­ko, co mogę Pań­stwu prze­ka­zać.W tym mo­men­cie to wszyst­ko, co mogę pań­stwu prze­ka­zać.

 

Przed­sta­wiał alej­kę oto­czo­ną kwit­ną­cy­mi na ró­żo­wo drze­wa­mi wiśni. – Raczej: Przed­sta­wiał alej­kę wysadzaną kwit­ną­cy­mi na ró­żo­wo drze­wa­mi wiśni.

Za SJP: otoczyć  1. «ogarnąć coś ze wszystkich stron lub dookoła»

 

Usiądź, pro­szę – po­wie­dział, klę­ka­jąc na łyd­kach i sto­pach na po­dusz­ce… – Obawiam się, że nie

mógł klęknąć ani na łydkach, ani na stopach.

Proponuję: Usiądź, pro­szę – po­wie­dział, klę­ka­jąc na poduszce i przysiadając na łyd­kach i sto­pach.

 

– Twoja… córka? – za­milkł na chwi­lę.– Twoja… córka? – Za­milkł na chwi­lę.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Zajrzyj do tego wątku: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

– Je­stem na tym świe­cie już bar­dzo długo, Tyr-sa­ma. Po­że­gna­łem już nie­jed­ną osobę z mojej ro­dzi­ny, wi­dzia­łem śmierć wielu przy­ja­ciół. Zbyt wielu. Już dawno stwier­dzi­łem… – Powtórzenia.

 

Już dawno stwier­dzi­łem, że w życiu, które wiodę, le­piej nie po­zo­sta­wiać za dużo miej­sca na bli­skich. – Raczej: …za dużo miej­sca dla bli­skich.

 

Szcze­gól­nie teraz… – Spoj­rzał na Tyra. – gdy mamy tak po­tęż­nych wro­gów.Szcze­gól­nie teraz… – Spoj­rzał na Tyra. – Gdy mamy tak po­tęż­nych wro­gów.

Postawiwszy kropkę, nowe zdanie rozpoczynamy wielka literą.

 

Jej przy­bra­ni ro­dzi­ce zmar­li dwa lata temu w wy­pad­ku, ale Ona prze­trwa­ła ten trud­ny okres. – …ale ona prze­trwa­ła ten trud­ny okres.

 

igno­rant, który zna­lazł przy­pad­ko­we in­kan­ta­cje w in­ter­ne­cie. – …igno­rant, który zna­lazł przy­pad­ko­we in­kan­ta­cje w In­ter­ne­cie.

 

coś pra­daw­ne­go, co otar­ło się o naszą rze­czy­wi­stość. – Po­tarł zmę­czo­ne oczy. – Nie brzmi to najlepiej.

 

– Dzię­ku­ję Ci, Tyr-sa­ma.– Dzię­ku­ję ci, Tyr-sa­ma.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Prze­nio­słem do szpi­ta­la, w któ­rym mogę za­pew­nić jej ochro­nę. Ale bez­piecz­na bę­dzie do­pie­ro gdy znaj­dzie­my tego, kto jej to zro­bił. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

– Nie będą Ci prze­szka­dzać. – Nie będą ci prze­szka­dzać.

 

"To wszyst­ko przez sko­śno­oką dziw­kę! – "To wszyst­ko przez sko­śno­oką dziw­kę!

 

W jed­nym z rogów leżał nie­wiel­ki jak na po­tęż­ne roz­mia­ry męż­czy­zny ma­te­rac, a w dru­gim le­ża­ły dwie torby po­dróż­ne… – Powtórzenie.

Może: W jed­nym z rogów leżał nie­wiel­ki, jak na po­tęż­ne roz­mia­ry męż­czy­zny, ma­te­rac, a w dru­gim stały dwie torby po­dróż­ne

 

Długo zaj­mie mu jej od­bu­do­wa­nie. – Raczej: Wiele czasu zaj­mie mu jej od­bu­do­wa­nie.

 

Skrzy­wił się z nie­sma­kiem – Oczy­wi­ście ze trzech chcia­ło mnie prze­ku­pić… – Brak kropki na końcu zdania.

 

Potem z war­stwy pa­pie­rów na stole wziął starą stro­ni­cę, gdzie dawno, bar­dzo dawno temu na­pi­sał słowa przy­wo­ła­nia. – …wziął starą stro­ni­cę, na której dawno

 

Tyr za­par­ko­wał sa­mo­chód na par­kin­gu i ro­zej­rzał się po oko­li­cy. – Brzmi fatalnie.

Proponuję: Tyr zatrzymał/ zostawił/ postawił sa­mo­chód na par­kin­gu i ro­zej­rzał się po oko­li­cy.

 

– Sala 122, pierw­sze pię­tro, panie Ca­rver.– Sala sto dwadzieścia dwa, pierw­sze pię­tro, panie Ca­rver.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Po dro­dze scho­da­mi i ko­ry­ta­rzem wi­dział jesz­cze przy­naj­mniej jedną osobę… – Pewnie miało być: Po dro­dze, idąc scho­da­mi i ko­ry­ta­rzem, wi­dział jesz­cze przy­naj­mniej jedną osobę

 

W końcu za­trzy­mał się przed drzwia­mi sali 122. W końcu za­trzy­mał się przed drzwia­mi sali sto dwadzieścia dwa.

 

Na sie­dze­niu nie­da­le­ko sie­dział około czter­dzie­sto­let­ni… – Brzmi fatalnie.

Proponuję: Na krześle, niedaleko, sie­dział około czter­dzie­sto­let­ni

 

"Czuć od niego taj­nia­kiem na ki­lo­metr." – Raczej: Czuć go taj­nia­kiem na ki­lo­metr".

 

czło­wiek, który panią za­ata­ko­wał, jest od­po­wie­dzial­ny za inne ataki… – Nie brzmi to zbyt dobrze.

Może: Człowiek, który panią zaatakował, jest odpowiedzialny za inne napaści

 

Był ogrom­ny – Spoj­rza­ła na Tyra. – tro­chę jak pan.Był ogrom­ny. – Spoj­rza­ła na Tyra. – Tro­chę jak pan.

 

Tętno nieco jej się uspo­ko­iło. – Zbędny zaimek.

 

Usta ści­snę­ły jej się w cien­ką szpar­kę, zmarsz­czy­ła czoło. – Skoro usta ścisnęły się, podejrzewam, że między wargami nie było szparki. Zbędny zaimek.

Może: Ści­snę­ła usta w cien­ką linię, zmarsz­czy­ła czoło.  

 

– Tak, dzi­siaj. Tylko..– Tak, dzi­siaj. Tylko

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Około go­dzi­ny 23:30 męż­czy­zna za­snął.Około go­dzi­ny dwudziestej trzeciej trzydzieści, męż­czy­zna za­snął.

 

nie­któ­re stare, za­pi­sa­ne pió­rem atra­men­to­wym lub pędz­lem, inne now­sze, za­pi­sa­ne ołów­kiem. Na nie­mal wszyst­kich za­pi­sa­ne były za­klę­cia… – Powtórzenia.

 

Taką ilość wie­dzy nie gro­ma­dzi się szyb­ko.Takiej ilość wie­dzy nie gro­ma­dzi się szyb­ko.

 

za­wie­ra­ła czte­ry wer­se­ty za­pi­sa­ne ję­zy­ku sta­ro­ara­mej­skim. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Się­gnął ręką za plecy i po­cią­gnął za rę­ko­jeść mie­cza w dół.Się­gnął ręką za plecy i po­cią­gnął rę­ko­jeść mie­cza w dół.

 

Po chwi­li po­wie­trze za­czę­ło krę­cić się wokół kręgu, po­ry­wa­jąc kłęby kurzu z pod­ło­gi. W chwi­li, gdy Tyr… – Powtórzenia.

Proponuję: Po chwi­li po­wie­trze za­czę­ło wirować wokół kręgu, po­ry­wa­jąc kłęby kurzu z pod­ło­gi. W momencie, gdy Tyr

 

Ze skóry uno­si­ła mu się de­li­kat­nie para. – Zbędny zaimek.

 

Kar­ma­zy­no­wo czer­wo­ne oczy de­mo­na po­sze­rzy­ły się gwał­tow­nie.Kar­ma­zy­no­woczer­wo­ne oczy de­mo­na po­sze­rzy­ły się gwał­tow­nie.

 

Za­ci­śnię­ta szczę­ka po­ru­sza­ła mu się lekko we wście­kło­ści. – Zbędny zaimek.

 

Uśmiech­nął się sze­ro­ko i po­stu­kał się po zę­bach szpo­nem na lewej dłoni.Uśmiech­nął się sze­ro­ko i po­stu­kał po zę­bach szpo­nem lewej dłoni.

 

A potem po­wie­dział po pro­stu: – Ba­ra­basz.

Tyr zmarsz­czył brwi. Za­śmiał się krót­ko, a potem spo­waż­niał. – Powtórzenie.

Proponuje w ostatnim zdaniu: Za­śmiał się krót­ko, po czym spo­waż­niał.

 

Za­klę­cie na­da­ją­ce jego skó­rze kolor ciem­ne­go brązu po­wo­li prze­sta­wa­ło dzia­łać i na jego twa­rzy, oprócz ran, widać też było plamy jego na­tu­ral­nej, ja­śniej­szej kar­na­cji. – czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Ba­ra­basz wszedł na dach szpi­ta­la, trzy­ma­jąc Azumi na re­kach. – Literówka.

 

Skoń­czył usy­py­wać drugi okrąg i przy­klęk­nął w po­przek przy ko­bie­cie. – Na czym polega klęknięcie w poprzek?

 

– To ty wy­na­ją­łeś jej ochro­nę!– To ty wy­na­ją­łeś jej ochro­nę!

 

że w pew­nym mo­men­cie minął le­żą­cą na ziemi Azumi. – Azumi nie leżała na ziemi, leżała na dachu.

 

Nagle po­czuł dłoń opla­ta­ją­cą się wokół jego kost­ki.Nagle po­czuł dłoń, opla­ta­ją­cą się wokół swojej kost­ki.

 

Po jego pra­wym ra­mie­niu spły­wa­ła po­wo­li krew, ka­piąc kro­pla­mi na pod­ło­gę dachu. – Wszak na dachu nie ma podłogi.

 

a ka­ta­na z gło­śnym dźwię­kiem ude­rzy­ła o pod­ło­gę poza jego za­się­giem. – Ponieważ rzecz dzieje się na dachu, katana nie mogła uderzyć o podłogę.

 

Gdy Ja­poń­czyk bez­piecz­nie znik­nął na scho­dach w dół… – Wystarczy: Gdy Ja­poń­czyk bez­piecz­nie znik­nął na scho­dach

Chyba że istniała także możliwość, iż Japończyk, opuszczając dach, mógłby zniknąć na schodach prowadzących w górę…

 

Tyr bez słowa ścią­gnął płaszcz i rzu­cił obok. Potem się­gnął za plecy. Chwy­cił za rę­ko­jeść mie­cza i po­cią­gnął w dół, wy­su­wa­jąc go z po­chwy. Pewną ręką wy­cią­gnął ostrze przed sie­bie. – Powtórzenia.

 

zmie­nia­jąc po­zy­cję i po­zwa­la­jąc szty­le­to­wi prze­le­cieć nie­groź­nie poza za­się­giem ciała.

W pew­nym mo­men­cie od­wró­cił dłoń i po­zwo­lił ka­ta­nie… – Powtórzenie.

 

Ba­ra­basz bro­nił się z de­spe­ra­cją za­pę­dzo­ne­go w róg wilka. – Można kogoś zapędzić w kozi róg, w rogu/narożniku mogą znaleźć się walczący pięściarze, ale nie wiem, co to znaczy zapędzić wilka w róg.

 

Broń za­to­czy­ła w lewej ręce mły­nek… – Trzymając w ręce broń, można nią zakręcić młynka, ale nie wiem czy broń może zatoczyć młynek w ręce.

 

Ucię­ta głowa spa­dła na pod­ło­gę dachu. – Już zostało ustalone, że dach nie ma podłogi.

 

Skie­ro­wał się w kie­run­ku drzwi. – Bardzo brzydkie powtórzenie.

Może: Skie­ro­wał się ku drzwiom.

 

Demon z szo­kiem pa­trzył w dół. – Można być zszokowanym, można robić coś w szoku, ale nie można niczego zrobić z szokiem.

 

Na jego twa­rzy do­pie­ro za­czy­nał ma­lo­wać się ból. Ostrze cof­nę­ło się i Aghr'Na­ag-hall za­czął się ob­ra­cać do na­past­ni­ka. – Powtórzenie.

 

Ski­nę­ła do nich głową… – Raczej: Ski­nę­ła im głową

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję ogromnie za tonę fantastycznych uwag!!! Mnóstwo informacji na przyszłość i kopalnia wiedzy :). Edycji trzeba nauczyć się tak jak i pisania i zadziwiające ile drobnych rzeczy może umknąć pomimo czytania swych słów po raz n-ty.  

 

Nie spodziewałem się tak wnikliwej analizy i mogę tylko jeszcze raz ukłonić się nisko w podziękowaniu!

 

No i cieszę się, że pomimo wspomnianych zgrzytów opowiadanie czytało się przyjemnie :) Postaram się, by następne było przynajmniej równie zajmujące. 

Karolu, bardzo dziękuję za uznanie i cieszę się ogromnie, że uznałeś uwagi za przydatne. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam wszystkich ponownie!

W oparciu o niezwykle trafne sugestie powyżej naszej koleżanki z Loży, wprowadziłem do tekstu sporo drobnych, lecz jakże potrzebnych poprawek. Myślę, że teraz lektura będzie znacznie przyjemniejsza! :)

 

Raz jeszcze dziękuję ogromnie za poświęcony na spisanie tych uwag czas. Były BARDZO przydatne!

 

Pozdrawiam!

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka