- Opowiadanie: stalowoszary - Stalowe Anioły

Stalowe Anioły

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

bemik

Oceny

Stalowe Anioły

Humvee w maskowaniu pustynnym mknął piaszczystą drogą z bazy Szarana do Ghazni. Wewnątrz panowała cisza. Normalnie, podczas rutynowego patrolu obserwacja otoczenia nie przeszkadzała zupełnie w wymianie luźnych uwag czy w żartach. Dziś wojacy z Szarana wieźli gościa. Podczas odprawy dowiedzieli się, że zamiast Młotka zabiorą obserwatora. Plutonowy Młotkowski zamamrotał coś pod nosem i zmył się na kwatery, a oficer dyżurny przedstawił im tajemniczego porucznika Bagińskiego.

Dowództwo nad patrolem miał sprawować tradycyjnie starszy chorąży Małek – żaden pasażer, nawet dużo wyższy rangą nie przejmuje komendy tylko dlatego, że zasiadł wygodnie na tylnej kanapie. Na ogół szychy z biura wybierały się na przejażdżkę do najbliższej bazy tylko po to, żeby pochwalić się potem doświadczeniem „polowym” i wziąć dodatkową kasę. Oddać komendę człowiekowi niemającemu pojęcia o tym, jak zachować się w czasie wyjazdu patrolowego to jak stanąć przed talibem i zawołać „Ognia!”. Najlepiej po ichniemu.

Ten porucznik jednak nie wyglądał na typową biurwę. Wręcz przeciwnie, był to żołnierz z krwi i kości. Masywna, wysportowana sylwetka, sprężystość w każdym ruchu i oczy analizujące podświadomie wszystko, co działo się wokół zdradzały fachowca wysokiej klasy, zapewne operatora GROM-u.

Zespół ucieszył się na widok takiego towarzysza podróży – przynajmniej wiedzieli, że nie będą musieli zastanawiać się nad każdym słowem, które potem może być użyte przeciwko nim. Zawsze była to ciekawa odmiana i możliwość podpatrzenia przy robocie człowieka, który był wzorem dla każdego prawdziwego wojaka. Zostali jeszcze poinformowani, że powinni udzielić wizytatorowi wszelkiej możliwej pomocy, cokolwiek to miało oznaczać. I że poza tym to standardowa „wycieczka”.

Tak więc patrol zaczął się w dobrej atmosferze, a gość okazał się naprawdę ciekawym kompanem. Nie miał w sobie nic ze sztuczności „biurowników” i naprawdę było o czym z nim pogadać. Chwilę temu jednak poprosił o ciszę i skupienie na mijanym terenie. Wybrał przejażdżkę akurat z tym teamem, bo ich nazwiska pojawiały się najczęściej przy patrolowaniu najbliższych okolic. Teraz mieli za zadanie wypatrywać… zmian.

„Znacie te tereny prawie jak miejscowi. Ich nie możemy poprosić o pomoc ze względów bezpieczeństwa – informacja o naszym nagłym zainteresowaniu mogłaby dotrzeć do niepowołanych uszu. Wypatrujcie jakichś zmian. Czego konkretnie? Nie wiem. Może zwrócicie uwagę na górkę, której wcześniej nie było? Może nagle w krajobrazie pojawiła się kępa krzewów lub usypisko głazów? Albo jakaś szopa przy drodze? Meldujcie o każdym takim przypadku” – powiedział.

Byli ciekawi jak diabli, co się dzieje i dlaczego mają się bawić w „Znajdź Siedem Szczegółów”, ale nawet nie próbowali pytać. Gdyby to były jawne informacje dowiedzieliby się o tym na odprawie. Siedzieli więc cicho i przepatrywali migający za szybami krajobraz.

Potężny wybuch podrzucił nieoczekiwanie niemal czterotonowy pojazd i zepchnął go z drogi. Siedzącego za kierownicą kaprala Koconia rozerwało na strzępy wraz z fragmentami kabiny. Zajmujący siedzenie pasażera chorąży Małek zginął w tej samej chwili, trafiony w oko odłamkiem stali. Pozostałe odłamki, przebijające jego ciało zupełnie mu już nie robiły różnicy. Starszy szeregowy Winnicki stracił obie nogi i tyle krwi, że odpłynął. Litościwie los oszczędził mu ciężkich godzin męczarni. Jedynie porucznik Bagiński, siedzący najdalej od wybuchu, dawał oznaki życia. Podczas eksplozji uderzył głową o okno i na parę sekund stracił świadomość. Teraz powoli zaczynał dochodzić do siebie. Przytomnie otworzył oczy i oszacował sytuację – pojazd zniszczony, trzech kolegów najprawdopodobniej martwych. Próbował się ruszyć żeby sprawdzić, czy na pewno nie można pomóc Małkowi, którego widział najsłabiej, lecz zajęczał tylko z bólu. Z jego brzucha i uda sterczał olbrzymi kawał poszarpanej, grubej blachy z podwozia. Siła wybuchu naderwała potężny kawał stali i wepchnęła go do wnętrza pojazdu, przebijając mu skórę, kości i parę organów niezbędnych do życia. Wiedział, że zostały mu ostatnie chwile. Nawet, gdyby już w tej chwili przyszła pomoc – zanim zdejmą go z haka i zatamują w warunkach polowych potok krwi straci jej tyle, że przeżycie i tak graniczyłoby z cudem.

Wyjął telefon. Napisał „Kocham Was!”. Wybrał ikonkę przedstawiającą młodą, ładną kobietę z roześmianą dziewczynką na rękach i kliknął „wyślij”.

Dyszał coraz ciężej i coraz trudniej było mu utrzymać telefon w ręce, ale zapisał położenie GPS-u, dodał „Bomba! Żegnajcie” i wysłał do chłopaków z oddziału. Oni powiadomią już kogo trzeba, żeby przysłali ekipę, która zabezpieczy wrak i zapewni poległym godziwy pochówek. Aparat wypadł mu z ręki. Samochód po eksplozji zrzuciło z drogi, wrak wylądował jednak na podwoziu. Słońce przebijało się przez dym z dopalających się po wybuchu resztek ognia i wpadało przez otwór po przedniej szybie, oświetlając porozrywane i zachlapane krwią wnętrze.

Drzwi przy Bagińskim otworzyły się gwałtownie. Osunął się nieco na siedzeniu, rozszarpując o zakotwiczony w ciele metal kolejne fragmenty wnętrzności i mięśni. Nie był nawet w stanie odwrócić w tę stronę głowy.

– Żyw jeszcze? – Usłyszał znajomy język. Próbował się uśmiechnąć, ale upływ krwi i ból rozerwanych tkanek odebrały mu przytomność.

– Żyw, ale odchodzi – powiedział młody, dziwnie ubrany mężczyzna.

– Nic tu po nas – oznajmił Dobrowoj, który chwilę wcześniej pytał o stan żołnierza ze zniszczonego humvee – Wracajmy!

– Zabierzmy go! – Młody mężczyzna odwrócił się do towarzysza – Jeszcze żyje, ale zostało mu ostatnie tchnienie. Jeśli go tu zostawimy, umrze na pewno. Jeśli go zabierzemy… Może zostać jednym z nas!

– Nie, Zygmuncie! – Dobrowoj pokręcił głową – Nie. Nie dotrwa. Nim wyciągniemy go z pojazdu będzie już po nim. A ludzie, którzy go znajdą będą się zastanawiać, co się stało.

– Jest twardy. Przetrwa! – mówiąc to Zygmunt wstawił nogę do wraku, wsunął ręce pod ciało porucznika i z niesłychaną łatwością uniósł je do góry. Manewrował delikatnie przy zsuwaniu go z pogiętej blachy podwozia.

Dobrowojowi oczy Zygmunta powiedziały sto razy więcej niż słowa. Ten chłopak był z nim od niedawna. Stary wojownik stał u boku wielu towarzyszy, ale nie widział jeszcze nikogo takiego jak ten młodzian. Miał w sobie jakiś żar, który łatwo udzielał się innym. I jednocześnie spokój który sprawiał, że panował nad tym żarem bez problemu. „Jak Król” – pomyślał staruszek i ruszył z pomocą. Przytknął wyciągniętą z zanadrza szmatę do rany i przytrzymał mocno. Spojrzał w oczy Zygi. Ten skinął głową. Zniknęli.

 

 

Olga Bagińska szykowała właśnie zupkę dla małej Marysi, gdy usłyszała dźwięk przychodzącego SMS-a. Zamieszała dla pewności jeszcze raz w garnku – żeby zawartość nie przywarła – i sięgnęła po leżący na szafce telefon.

„Kocham Was!” – Przeczytała wiadomość od męża i uśmiechnęła się szeroko. Poznała go u znajomych na imprezie, trzy lata temu. Najpierw wpadł jej w oko jako największy przystojniak wśród gości, potem zezłościł ją zupełnym brakiem zainteresowania ze swojej strony. Wypytała o niego przyjaciółkę i dowiedziała się tylko, że jest żołnierzem. Ale chyba jakimś „cichociemnym”, bo praktycznie nikt o nim nic nie wie. Pojawia się rzadko, bywa krótko, a potem znika gdzieś na długie miesiące. Jego sylwetka i sposób bycia mocno pasowały do twardziela, który lata z misjami po świecie zapewniając ład i porządek. Oldze to zaimponowało i tym bardziej postanowiła zwrócić na siebie jego uwagę. Męczyła znajomych aż dowiedziała się, że tajemniczy Rafał będzie w piątek (czyli pojutrze!) u Krysi i Jacka. Miał odwiedzić przyjaciół, żeby zobaczyć ich nowo narodzonego synka.

Nazajutrz Olga zadzwoniła do Krysi i słowo do słowa zgadały się, że wpadnie do nich w odwiedziny. Jakoś tak zupełnie przez przypadek wyszło, że w najbliższy piątek po południu. Długo zastanawiała się, co na siebie włożyć, żeby zainteresować chłopaka. Wreszcie wybrała delikatną, jasną sukienkę podkreślającą jej figurę. Ciemne włosy zwinęła w elegancki kok. Zrobiła dyskretny makijaż, na nieco więcej pozwalając sobie jedynie przy wyborze szminki. Jej krwista czerwień w zestawieniu z dość stonowanym ubiorem robiły oszałamiające wrażenie. I nic w tym dziwnego, że uwiodły też Rafała, który przy okazji odwiedzin w najlepszego przyjaciela wpadł jak śliwka w kompot w sidła drobnej, upartej dziewczyny.

Już pierwsza randka skończyła się namiętnym, gorącym seksem. Na drugiej Rafał był jakiś przytłumiony i Olga bała się, że znajomość skończy się równie szybko, jak się zaczęła. Jednak spotkali się znów dwa dni później i wtedy opowiedział jej o sobie. Niezbędne minimum. Że służy w siłach specjalnych, że kocha ją od momentu, gdy tylko ją zobaczył. I że boi się tego uczucia, bo w każdej chwili może zginąć.

– Ja ciebie też! – odpowiedziała tylko patrząc mu w oczy i chwilę później przywierając do niego całym swym drobnym ciałem. Pobrali się dwa miesiące później, a po kolejnych ośmiu przyszła na świat Marysia, zbliżając ich jeszcze bardziej i cementując na dobre ich związek.

Choć Olga przyzwyczaiła się do jego nagłych wyjazdów tęskniła jak diabli, gdy znikał na całe tygodnie. Utrzymywali kontakt wszelkimi możliwymi środkami łączności. Najbardziej jej się jednak podobało, że mąż pisał do niej listy. Nie mógł ich wysyłać, bo większość operacji, w których brał udział była tajna i w żaden sposób nie mógł zdradzać miejsca swojego pobytu. Ale przywoził je w zaklejonych kopertach i wręczał po powrocie do domu. Mieli niepisaną umowę, że czytała je dopiero, gdy wyjechał na następną misję.

Tak więc ucieszona SMS-em przelała zupkę do miseczki i zajęła się karmieniem ich pociechy.

 

 

– Nie ma go! – Sierżant wychylił się z wraku i bezradnie rozłożył ręce.

– Jak to go, kurwa, nie ma?! – wrzasnął podoficer, wysiadający właśnie z humvee, który zatrzymał się tuż obok wzbijając chmurę pyłu – To gdzie jest? Wyparował?

– Tak to właśnie wygląda. Chociaż znaleźliśmy jakieś ślady stóp tuż przy wraku. Konkretnie odciski stóp dwóch mężczyzn w dziwnym obuwiu. Ślady krwi na piasku obok pojazdu. Ale mimo piaszczystego terenu nie ma innego tropu. Ani w kierunku samochodu, ani od niego.

– Helikopter? – Podoficer zastanowił się głośno.

– Możliwe, choć mało prawdopodobne. Nie zarejestrowaliśmy żadnego ruchu powietrznego. Brak charakterystycznego rozrzutu piachu wokół miejsca potencjalnego lądowania lub zwisu maszyny.

Podoficer z niedowierzeniem pokiwał głową. Sygnał o zamachu przyszedł z dowództwa GROM-u. Podobno porucznik, jadący na „doczepkę” w patrolu zdążył wysłać pożegnalnego SMS-a, informując jednocześnie o miejscu zdarzenia. Armia miała zabezpieczyć teren do momentu dotarcia kilku operatorów GROM-u na miejsce. Ci ze względu na misję kolegi mieli zbadać sprawę sami. Pierwsza do wraku dotarła grupa zwiadu, prowadząca rozpoznanie w okolicy. To oni poinformowali o zastanej sytuacji i z jednym z nich przed chwilą starszy chorąży rozmawiał na temat braku ciała. Coś dziwnego było w tej sprawie i czuł, że nic dobrego z tego wszystkiego nie wyniknie. Gdzie się podział operator? Czemu nieliczne ślady znaleźli tylko przy samochodzie? I czemu po prostu urywają się dwa metry dalej? Ryk wirników helikoptera wyrwał go z zadumy. Maszyna siadła dwieście metrów dalej na szosie, żeby pęd powietrza nie zatarł potencjalnych dowodów. Wyskoczyło z niej czterech operatorów.  Kiedy się zbliżyli ze zdumieniem dostrzegł, że przybyli wyłącznie oficerowie. Dowodził nimi sam major!

„No, no” – pomyślał podoficer – „Co tu jest, do licha, grane?” Zameldował o wszystkim, czego zdążył się dowiedzieć. Wysłuchali go, a następnie kazali wszystkim odsunąć się pięćdziesiąt metrów od wraku i zaczęli oględziny.

Choć GROM-owcy nie dawali tego po sobie poznać nimi również wstrząsnęła wiadomość o zniknięciu porucznika Bagińskiego. Gdy tylko przyszedł jego pożegnalny SMS od razu uruchomili procedury ratunkowe. Kilkanaście minut później patrol przebywający w najbliższej okolicy był na miejscu. Zastał wrak z trzema ciałami. Żadnego śladu opon, pieszych czy choćby pieprzonego osiołka…

Skoro ciała nie było uznali, że porucznik został uprowadzony. Wezwali wszystkich, którzy mogli pójść w zwiadzie. Jednostki pojawiły się tuż po ich przybyciu. Podzielili teren na sektory. Rozpoczęli poszukiwania. Po kilku godzinach wiedzieli jeszcze mniej, niż na początku. Liczyli na to, że najdalej kilkaset metrów dalej natkną się na cokolwiek, co naprowadzi ich na ślad. Nie było nic.

Zbliżał się wieczór, musieli więc ze względów bezpieczeństwa przerwać poszukiwania. Ciała zabrano już dawno, właśnie zakończono pakowanie wraku na lawetę. Specjalna komisja miała zbadać, co się naprawdę stało, jaka była siła ładunku i jak odkształcenia pancerza wpłynęły na zgon trzech lub czterech członków obsady.

 

 

Następnego dnia major Liniewicz, operator stacjonujący aktualnie w Polsce, zapukał do drzwi Olgi. Otworzyła radosna. Wprawdzie wczoraj wieczorem nie mogła dodzwonić się do męża, ale przyzwyczaiła się już, że nie zawsze dane im będzie porozmawiać. Po tym, jak otrzymała SMS-a uznała, ze musiał ruszać na akcję. Więc pewnie oddzwoni jak wróci.

Na widok poważnej twarzy żołnierza, który bywał u nich częstym gościem jako przyjaciel domu, zamarła. Jacek poprosił, żeby usiadła, a wtedy ugięły się pod nią nogi. Olbrzymie łzy spłynęły jej po policzkach, gdy pomagał jej opaść na stojący obok fotel.

– Jak to się stało? – Starała się zachować jak twarda żona żołnierza.

– Olga, musisz coś zrozumieć. Nie wiemy, czy „TO” się stało. Wczoraj miał miejsce zamach bombowy. Rafał był w patrolowym humvee, gdy ten wyleciał w powietrze. Trzech ludzi z obsady zginęło na miejscu. Jego nie odnaleziono.

– Co to znaczy „nie odnaleziono”? Porwali go suszwole?! – Ostatnie pytanie prawie wykrzyknęła. Była w nim i nadzieja, i dławiący strach. Póki żył mógł wrócić do domu. Ale JEŚLI żył, jeśli teraz znajdował się w rękach talibów… Bóg jeden wie, jakie męczarnie mógł przechodzić!

– Nie wiemy. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć. Módl się, póki jest nadzieja. I dzwoń, jeśli tylko będziesz miała taką potrzebę. Jestem w kraju do końca tygodnia. Potem lecę do Bagramu. Może na miejscu uda mi się czegoś dowiedzieć.

– Miałeś być w domu do końca roku. Coś się dzieje? – spytała nadzwyczaj przytomnie.

– Mój przyjaciel zaginął. Muszę ustalić, co się stało i pomóc mu, jeśli to możliwe. Muszę go przywieźć do domu. Tak czy inaczej.

– Dziękuję! – wyszeptała i ścisnęła mu ręce.

 

 

Gdy niesamowicie mocne ramiona przybysza unosiły go w górę ból na moment przywrócił mu przytomność. Był twardy od dziecka. Jako kilkulatek wziął udział w pierwszej w życiu poważnej bójce tuż przy bloku, w którym mieszkał. Zakończyła się ona wizytą o dwa lata starszego napastnika w szpitalu. Chłopak z sąsiedniej klatki chciał mu zabrać nowy samochodzik, który dostał od taty. Postawił mu się, więc dostał w nos, z którego buchnęła krew. Większość maluchów uciekłaby z płaczem do domu. Nie on. Wyrżnął starszaka w twarz samochodzikiem. Ten też zalał się krwią i z bekiem pognał do domu. Okazało się potem, że ma złamaną przegrodę nosową. Czemu przyszła mu do głowy ta pierwsza bójka? Nie miał pojęcia. Podobnie jak nie wiedział, czemu świeci słońce ani czemu ktoś obcy nosi go na rękach. Nie zdążył się nad tym zastanowić, bo znów ogarnęła go ciemność. I ból. Cholerny ból rozrywający mu brzuch i udo, pulsujący w całym ciele i tętniący w skroniach. Czuł, jak położyli go na czymś twardym. Czyżby stół? Czuł, jak ktoś bada jego rany. Czuł jak diabli każde muśnięcie, rozchylenie i przytrzymanie. W pewnym momencie poczuł ciepło. Po prostu rozlało się po każdym zakamarku jego jaźni i zastąpiło cierpienie. Tak, ciepło było zdecydowanie lepsze! Odprężało i przyciągało dobre myśli. Rozleniwiało… Z chwili na chwilę robiło się coraz cieplej. Gorąco. Za gorąco! Zaczęło parzyć – i na zewnątrz i wewnątrz. Zaczął wyć jak oszalały! Czuł, że zaczyna się palić! Płonął! Wrzał!

„Wy skurwysyny!” – wrzeszczał nie do końca pewien, czy krzyczy naprawdę, czy tylko w myślach – „Wy skurwysyny! Możecie mnie spalić! Możecie mnie potem nawet zeżreć! I tak gówno wam to da. I tak wam nic nie powiem. I tak chłopacy przyjdą i zaorają was razem z tymi pieprzonymi górami. Przyjdą i mnie zabiorą do domu. A wasze domy zniszczą. Wasze domy i was też, kozojebcy!”

Zaczęło się robić chłodniej. Odetchnął. Palący skwar ustąpił. Ale teraz z kolei zaczęło się robić zimno. Coraz zimniej. Przeraźliwy chłód zaczął wykręcać mu kończyny.

„Boże, zabijcie mnie! Zabijcie i skończcie, wy chore skurwysyny! Słyszycie?! Zabijcie mnie! Zabijjjjjjjjjcieeeeeeeeeeeeeee!!!!” – znów krzyczał, dopóki przenikliwe zimno nie zamroziło mu ust. Przestał czuć cokolwiek. Świadomość powoli gasła. Próbował jeszcze coś wycharczeć, ale zesztywniał zupełnie jeszcze zanim na dobre zawładnęła nim noc.

 

 

Kolejne dni nie przyniosły żadnej zmiany. Przeczesali każdą kępkę roślinności, zajrzeli pod każdy głaz i za każdy załom. Przepytali miejscowych. Nic. Kamień w wodę, choć przy okolicznym krajobrazie nie było to najszczęśliwsze porównanie. Przy okazji natknęli się na dziwną kupkę skalnego gruzu tuż przy drodze, kilka kilometrów od miejsca zdarzenia. Zgodnie z informacjami wywiadu, które Bagiński próbował potwierdzić, był to nowy rodzaj pułapki. Przygotowali zdalnie sterowany samochód i puścili go na wabia. Spustoszenie było ogromne. Ładunek kierunkowy zmiótł pojazd z drogi. Późniejsze badania wykazały, że podobny rodzaj bomby zniszczył humvee patrolujące szlak pod dowództwem chorążego Małka.

W trakcie poszukiwań doszło też do incydentu z miejscową ludnością. Przeszukując jedną z pobliskich wiosek oddział natknął się na ukrytych talibów. Doszło do wymiany ognia. W trakcie starcia starszy szeregowy Ruta odniósł niegroźną ranę postrzałową uda. Ciała suszwoli pogrzebano za wioską. W żaden sposób nie zmieniło to jednak faktu, że porucznika Bagińskiego tam nie było.

 

 

Olga zrywała się z nadzieją za każdym razem, gdy zaczynał wibrować telefon. Zawsze nim zdążyła podnieść słuchawkę jej serce waliło jak oszalałe. Gdzieś w głębi drobnego ciała wiara walczyła z obawą. Najczęściej dzwonił major Liniewicz. Jacek informował ją praktycznie codziennie o postępie w poszukiwaniach. A właściwie o jego braku.

Po jakimś czasie oddano jej komórkę męża, znalezioną we wraku i przebadaną na wszystkie możliwe sposoby. Przeczytała ostatnie dwa SMS-y. Łzy zakręciły się jej w oczach, gdy zobaczyła napis: „Bomba! Żegnajcie”. Gdy jej wzrok zatrzymał się na poprzedzającym: „Kocham Was!” upadła na kolana, zanosząc się ciężkim szlochem. Tydzień później odwiedziła Macabrę, zaprzyjaźnionego właściciela studia tatuażu. Rafał robił u niego kilka dziarunków. Gdy wychodziła z salonu, na jej ramieniu widniał ciąg znaków. Dane GPS z ostatniego miejsca na świecie, gdzie jej mąż na pewno przebywał żywy.

 

 

Koszmar trwał nadal. Talibowie ściągnęli go z kamiennego stołu, gdzieś w głębi jaskini oświetlonej migotliwym blaskiem. Zapewne pochodzącym od pochodni i świec. Nieśli go lub wlekli korytarzami w jakieś zaciszne miejsce, gdzie oprócz szurania ich butów o skały podłoża nie było słychać nic innego. Nie wiedział, w jaki sposób się przemieszcza, bo nie czuł nic. Złożyli go w zaułku tak ciemnym, że nie widziałby własnej dłoni nawet, gdyby ją przyłożył do twarzy. Ale tego też nie był w stanie zrobić, bo zupełnie nie mógł się poruszać.

„Jestem sparaliżowany?!” – Pomyślał z przerażeniem – „Co oni ze mną zrobili?”

Usłyszał zgrzyt, jakby przesuwano ciężką, kamienną płytę. Zaczęła go ogarniać panika.

„Pochowali mnie? Myślą, że jestem martwy i zamknęli mnie w krypcie?” – Próbował bezskutecznie poruszyć ustami. Długie godziny, pełne strachu i najczarniejszych myśli minęły, zanim wreszcie usnął. Lub ostatecznie umarł.

Gdy znów otworzył oczy, (więc jednak sen, nie śmierć!) widział tylko czerń. Uniósł dłonie do twarzy i ze zdumieniem stwierdził, że ma na twarzy czarną szmatę. Ściągnął ją. Okazało się, że wprawdzie w pomieszczeniu było dość ciemno, jednak tuż obok miejsca, gdzie leżał coś żarzyło się delikatnie i migotliwie.

„Świeczka!” – pomyślał ze śmiechem. No tak, przecież suszwole nie mieli prądu w jaskiniach. Ale radość nie wynikała z oczywistości tego faktu. Żył! Żył i czuł się naprawdę świetnie. Teraz tylko kwestia tego, jak wyrwać się z łap wroga i jak wrócić do swoich. Ostrożnie zszedł z posłania i wziął w ręce maleńki ogarek, ledwo migający w czarnym mroku. Podszedł do najbliższej ściany i zaczął badać pomieszczenie. Zgodnie z przypuszczeniem natrafił na litą skałę. Ale na wprost łóżka namacał zastawiony czymś otwór. Próbował odepchnąć przeszkodę, ta jednak nawet nie drgnęła. Uniósł światło i przyjrzał się powierzchni przegrody. Niewielkie wgłębienia sugerowały, ze raczej należy przesunąć ją w bok. Odstawił świeczkę na podłogę i tak też zrobił. Z lekkim zgrzytem kamienia trącego o kamień drzwi ustąpiły. Okazały się być olbrzymim, kamiennym kręgiem, opartym pionowo o ściany korytarza. Sam tunel był oświetlony jakimś naturalnym, rozproszonym światłem. Ciężko jednak było ustalić jego źródło. Nie zastanawiając się ruszył w lewo, choć nie byłby w stanie racjonalnie wytłumaczyć, czemu akurat tam. Ot, instynkt.

Korytarz miał kilkanaście metrów, lekko zakręcał w lewo, wznosił się delikatnie i wpadał do wielkiej jaskini. Jak zauważył – również rozświetlonej blaskiem niewiadomego pochodzenia. Tyle, że w niej jasno było niemal jak w dzień.

Gdy Rafał ostrożnie wyjrzał zza krawędzi ściany – oniemiał. Umysł miał trzeźwy i wyjątkowo rześki, wzrok ostry jak nigdy dotąd. Ale jak wytłumaczyć w środku gór Afganistanu olbrzymią jaskinię, w której stacjonuje mrowie posągów słynnej pancernej jazdy sprzed stuleci? I w dodatku… polskiej?

Przy kamiennym stole siedział pochylony nad jakimiś papierami mężczyzna. Usłyszawszy szelest uniósł wzrok znad szpargałów. Uśmiechnął się na widok gościa.

– O, jesteś już! Witaj wśród swoich! – powiedział. Po polsku, co do zdumionego komandosa dotarło dopiero po chwili.

 

 

Noc właśnie kończyła swój dyżur w dystrykcie Nawa, w prowincji Ghazni. Jeden z wartowników, pilnujący budynku z zakładnikami dyskretnie ziewnął i oparł się o murek okalający domostwo. Dwóch zdrajców współpracujących z rządem przywieziono przedwczoraj. Dla bezpieczeństwa przerzucano ich co dwa, trzy dni w nowe miejsce. Niewierni już nieraz odbijali im zakładników, dlatego teraz podjęto znaczące środki ostrożności. Nie tylko często zmieniali miejsce pobytu jeńców. Przy ich przenoszeniu wysyłali też grupę lub dwie, mającą za zadanie zmylić przeciwnika. Po prostu udawali, że zabierają porwanych w zupełnie innym kierunku. Zresztą tych, którzy leżeli związani w ciemnej komórce wewnątrz budynku czekały ostatnie przenosiny. Jutro wieczorem ich łby spadną na ziemię przed kamerą, a film znajdzie się w internecie. Na myśl o tym strażnik trochę się rozmarzył. Tak bardzo chciał ściąć choć jednego wroga! Wygłosiłby płomienną mowę, w której potępiłby imperializm i zło, które szerzy Zachód. A potem jednym cięciem pozbawiłby czerepu zakładnika żeby pokazać, jak zdeterminowani w walce ze zgnilizną Zachodu są święci wojownicy!

Na wpół śpiąc, na wpół marząc na jawie nawet nie poczuł, kiedy zimna stal przecięła mu gardło. Wyłączając ostatecznie wizję, fonię i ciąg głupich myśli. Kilka cieni ciemniejszych od mroku przepłynęło przez ogrodzenia i zaułki, eliminując po drodze pozostałych dwóch wartowników. Gdy postacie zajęły pozycje, przykładając chłodne kolby karabinów do ramion i policzków, ich dowódca dał sygnał do ataku.

Drzwi do domostw wyleciały z hukiem, rozbłyski wystrzałów oczyszczały pomieszczenie za pomieszczeniem. Cichociemni zrobili to, do czego zostali stworzeni – rozpoznali teren, wyeliminowali straże i weszli do środka. Talibowie padli niemal w jednej chwili. Cywile, którzy przebywali w domostwach leżeli na brzuchach z rękoma związanymi z tyłu. W jednym z pomieszczeń wewnątrz budynku natknięto się na skrępowanych i zakneblowanych zakładników. Operatorzy sprawdzali ich tożsamość i oswobodzili z więzów. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie postać, która zdążyła się ukryć za stertą szmat wiszących na ścianie za drzwiami jednego z pomieszczeń. Chorąży Jenot wpadł tam w tym samym czasie, gdy jego koledzy opanowali pozostałe zabudowania. W nikłym świetle noktowizor nie wykrył żadnego zagrożenia. Żołnierz odwrócił się, by wyjść z na pozór pustego pomieszczenia, gdy ukryty bojownik wyskoczył zza szmat i dźgnął spiczastym ostrzem w jego nieosłoniętą z tyłu szyję. Stal szczęknęła o stal, a wywołane w ten sposób iskry na ułamek sekundy słabiutko oświetliły pomieszczenie. Operator błyskawicznie zrobił unik i dwukrotnie wystrzelił do postaci dzierżącej w dłoni długi, wąski sztylet. Źrenice rozszerzyły mu się maksymalnie gdy zobaczył, kto uratował mu życie. Tuż obok widniała sylwetka w stalowym pancerzu. Dopiero po chwili dotarło do niego, że zanim usłyszał zgrzyt ta postać zdążyła zablokować trzymaną w dłoni szablą cios wymierzony w jego kark. A ułamek sekundy później zadała raz, który niemal odciął napastnikowi głowę.

– Ciasno tu – oznajmił po polsku wybawiciel i… zniknął.

Olek Jenot oniemiał. Nie zażywał narkotyków, a przed akcjami alkoholu unikał jak ognia. Gdyby nie szeroka rana w gardle leżącego już na podłodze człowieka chyba po prostu wyparłby z podświadomości część zdarzeń, które przed chwilą miały miejsce. Ale chciał czy nie, głowa leżącego na ziemi suszwola była niemal oddzielona od tułowia.

 

 

Jacek Liniewicz wyjechał do Afganistanu zgodnie z zapowiedzią, kilka dni po przekazaniu Oldze wiadomości o zaginięciu męża. Nie mógł się pogodzić z myślą, że jego serdeczny przyjaciel tak po prostu zniknął.

„Jeśli suszwole trzymają go w niewoli, znajdę go i wyciągnę, choćbym miał zaorać ten jebany kraj. Jeśli go zabili… Znajdę go, żeby Olga mogła pochować go jak człowieka. A potem znajdę gnoi, którzy za to odpowiadają.” – Postanowił.

Jednak rzeczywistość nie napawała optymizmem. Chłopacy naprawdę włożyli w poszukiwania kupę serca, czasu i umiejętności. Bez skutku. Przycisnęli języków na tyle, na ile to było możliwe. A potem jeszcze trochę. Przetrząsnęli w okolicy wszystkie wsie, jaskinie i obozy. Przy okazji zlikwidowali magazyn materiałów wybuchowych i odbili dwóch afgańskich urzędników, porwanych przez talibów celem dokonania pokazowej egzekucji. Bagiński zapadł się pod ziemię i nic nie dawało wskazówek, co się z nim mogło stać.

Za to uwagę majora przykuło inne, dziwne zdarzenie. Jeden z żołnierzy twierdził, że nieznajomy przybysz uratował mu życie w trakcie akcji. Sprawdzili go pod kątem alkoholu i narkotyków, psycholog odbył z nim dwie sesje. Wszystko było z nim OK. Wszystko oprócz tego, co uparcie twierdził: że zjawa w zbroi polskiego rycerza osłoniła go przed zdradzieckim ciosem i niemal odcięła łeb zaczajonemu talibowi. A rany na ciele suszwola zdawały się potwierdzać jego wersję.

Liniewiczowi przez chwilę przemknęło przez myśl, że zniknięcie Rafała i pojawienie się wybawcy to aż dwa dziwne zdarzenia w krótkim czasie.

„Chyba zaczynam fiksować!” – pokręcił głową na myśl o tym, że w ogóle wziął pod uwagę możliwość ich połączenia w jakąś całość.

Teraz, kiedy już wgryzł się z powrotem w wojenną rzeczywistość, nie miał ochoty wracać do domu. Nie miał do czego. Był żonaty, ale kilka lat temu po powrocie z misji zastał puste mieszkanie i papiery rozwodowe na stole. Mariola nie potrafiła czekać, gdy znikał na długie miesiące. Początkowo strasznie się o niego bała. Lękała się też o swoją przyszłość, gdyby któregoś razu nie wrócił. Jacek sam podrzucił pomysł, by spotykała się ze znajomymi i nie spędzała wieczorów na zamartwianiu się o rzeczy, na które i tak nie miała wpływu. Gdy pierwszy raz pozwoliła sobie na wypad do klubu z najlepszymi psiapsiółkami gryzła się tym strasznie. Wyrzucała sobie, że bawi się w czasie, gdy on ryzykuje życiem. Jednak nowe życie z imprezy na imprezę wciągało ją coraz mocniej.

Pierwszy raz poszła do łóżka z przygodnie poznanym chłopaczkiem tuż po tym, jak Jacek o mało nie zginął podczas ostrzału. Gdy jej o tym opowiadał swoim jak zawsze chłodnym, spokojnym głosem opanowała ją furia. Wrzeszczała na niego przez telefon i rozbiła o ścianę kubek z kawą. Potem przepraszała łkając. Dwa dni później przyjaciółki wyciągnęły ją do klubu.

„Chodź! – Przekonywały gdy tłumaczyła, że nie może się pozbierać po tym, co się stało – Musisz odreagować! Wyluzuj, bo zwariujesz!”

Wyluzowała. Ulubione shoty B53 wchodziły jej jak nigdy wcześniej. Pulsujący rytm i gorąca atmosfera rozgrzały ją tak, że na parkiecie trudno było jej dorównać. Była zadbana, zgrabna i dość atrakcyjna. Nic więc dziwnego, że chwilę później pojawił się obok niej Paweł. Miał tak na oko z dziesięć lat mniej. Był przystojny i dobrze zbudowany, więc jego wiek zupełnie w niczym nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, tylko ją to podkręciło, że podoba się młodszym facetom. Bawili się razem świetnie. Na tyle, że gdy koleżanki ciągnęły ją do domu stwierdziła, że jeszcze nie ma dosyć i wróci sama. Dawno nie czuła się tak kobieco jak tego wieczoru. Dawno nie uprawiała seksu tak dziko i tak namiętnie. Dawno jej nowy znajomy nie miał tak łatwej zdobyczy.

Następnego dnia miała wyrzuty sumienia. Poszła więc znowu do klubu i znów się wyluzowała. Wkrótce stało się to jej ulubionym zajęciem.

Gdy Jacek wrócił z misji nic już nie było jak dawniej. Nie mogła się doczekać, kiedy znów sobie pojedzie, a ona będzie mogła oddać się przyjemnościom. I kolejnym małolatom, w których zagustowała.

Liniewicz nie był kretynem i szybko zorientował się, co się dzieje. Próbował ratować związek, ale było już za późno. Oddalali się od siebie z misji na misję. Gdy Mariola zażądała rozwodu po prostu się zgodził. Podzieli to, co mieli i każde poszło w swoją stronę – on by walczyć, ona – by się bawić.

Tak więc gdy major wgryzł się w wojenną rzeczywistość – już w niej został. Robił wszystko, by odnaleźć ślad przyjaciela i pocieszyć – na ile to możliwe – jego żonę. Utrzymywał z Olgą stały kontakt przez internetowe komunikatory i telefon. Dopytywał o małą Marysię i jak sobie radzą. Przyjaźnili się od ładnych paru lat i ta przyjaźń wchodziła teraz w zupełnie nowy etap.

 

 

Wkrótce żołnierze, pełniący służbę na misjach w Afganistanie zaczęli mówić o aniołach stróżach, którzy nad nimi czuwają. Byli dobrze wyszkoleni i rzadko popełniali błędy. Jednak wśród przeciwników nie brakowało najemników nieustępujących im poziomem umiejętności. A ci potrafili przewidywać, planować i walczyć. Znali teren i mieli wsparcie lokalnej ludności – czasem szczere, zdecydowanie częściej wymuszone terrorem. Potrafili zastawiać pułapki, potrafili strzelać. I byli zdeterminowani.

Nowy typ bomby kierunkowej, która zniszczyła wóz patrolowy wiozący porucznika Bagińskiego, stał się powszechnie używanym narzędziem w walce z siłami wyzwoleńczymi. Coraz częściej dochodziło do ataków na patrole i posterunki koalicji niosącej ład i porządek. Coraz częściej ginęli bogu ducha winni cywile, którzy chcieli żyć jak każdy – bez względu na spory, których nie rozumieli.

Coraz częściej też polscy żołnierze zawdzięczali życie niezwykłemu zjawisku. W sytuacjach na granicach życia i śmierci nagle objawiali się rycerze – w stalowych pancerzach i mówiący po polsku – którzy zasłaniali żołnierzy własnymi piersiami. Parowali ciosy przeciwnika; przyjmowali kule; stawali nagle na drodze w miejscach, gdzie Suszwole ukrywali najsilniejsze ładunki – tak, by pojazdy wiozące polskich wojaków musiały wyhamować lub ominąć pułapki.

Na początku żołnierze nie chcieli o tym mówić komukolwiek spoza swojego grona bojąc się, że zostaną uznani za niepoczytalnych. Ale gdy podobne zdarzenia zaczęły przydarzać się kolejnym jednostkom i grupom zaczęło się robić o tym coraz głośniej.

Tajemniczy opiekunowie niemal nigdy się nie odzywali. Nie mówili, kim są i skąd przybyli. Nie mówili jak i dlaczego. Po prostu BYLI. Byli tam, gdzie trzeba i wtedy, kiedy trzeba. Wierzący modlili się za nich i prosili, by pojawili się w godzinę próby. Niewierzący próbowali wytłumaczyć ich obecność na milion sposobów, lecz i tak trzymali kciuki, by w razie niebezpieczeństwa szabla lub pancerz polskiego rycerza przyszły im z pomocą.

Wkrótce fama rozeszła się po innych kontyngentach, ale Amerykanie, Brytyjczycy czy Niemcy sceptycznie podchodzili do relacji swoich polskich kolegów. Nikomu spoza polskiego oddziału nie ukazał się żaden wybawiciel. Nikogo nie zasłonił swoją piersią rycerz ani nikomu polska szabla nie uratowała życia.

Aż do czasu akcji w Szaranie, gdzie oddział talibów zamiast urzędników gubernatora wziął przez pomyłkę za zakładników pracowników ministerstwa telekomunikacji. Trzykrotny szturm miejscowej policji i wojsk amerykańskich kończy się fiaskiem. Do akcji wkraczają komandosi Task Force-50 (z 1-go Pułku Specjalnego Komandosów z Lublińca), którzy mimo rozprzestrzeniającego się pożaru, wywołanego przez nieskutecznie atakujących wcześniej Amerykanów, eliminują agresorów. Przy zabezpieczeniu płonącego budynku wspomaga ich oddział marines. Wtedy dwóch amerykańskich żołnierzy jest świadkami przedziwnej interwencji. Wraz z polskim komandosem wpadają na ukrytego, talibskiego bojówkarza obwieszonego ładunkami wybuchowymi. Suszwol natychmiast sięga do zapalnika. Nagle przed ich oczyma wyrasta postać w stalowym napierśniku. Słychać świst szabli. Ramię dzierżące ignitor upada na ziemię. Palce bez czucia nie zdążyły nacisnąć włącznika. Z odciętej kończyny bryzga struga krwi. Ciało napastnika osuwa się na podłogę. Praktycznie w tej samej chwili wybawca znika.

Do osłupiałych żołnierzy dociera w tym momencie, że żyją od teraz na kredyt. Ich polski kolega odwraca się z uśmiechem na ustach. On zdążył wystrzelić. To jego kula powaliła terrorystę. Lecz i tak nie zapobiegłoby to odpaleniu ładunku. Nie dziwi go jednak to, co się przed chwilą zdarzyło. Nie wie, kim była tajemnicza postać i skąd się wzięła. Ale wie, że jak wielu kolegów wcześniej zawdzięcza jej życie.

Gdy po opuszczeniu budynku dzieli się swoimi przeżyciami z kolegami z grupy, ci poklepują go z uznaniem. Jest następnym namaszczonym. Widząc to kilku marines zaczyna wyśmiewać polskie zabobony. Wtedy dwaj Amerykanie, będący świadkami zajścia każą im po prostu zamknąć ryje i opowiadają, co widzieli. Potwierdzają słowa Polaka i dodają, że gdyby nie interwencja zjawy najprawdopodobniej szlag by trafił również pozostałych uczestników szturmu. Ładunek na suszwolu miał naprawdę potężną moc burzącą! Na twarzach ich kolegów widać osłupienie i niedowierzenie. A potem i oni podchodzą do trójki ocalonych. Wyrażają swoje uznanie. Czują z nimi jakąś dziwną więź. I wdzięczność za podarowane im życie.

Teraz już we wszystkich kontyngentach rozchodzi się wieść, że polskich żołnierzy w Afganistanie strzegą Stalowe Anioły.

 

 

Rafał podszedł do nieznajomego mężczyzny. Ten wstał i wyciągnął rękę na powitanie.

– Jestem Zygmunt – powiedział – Może być Zyga. Tak tu na mnie wołają.

– Rafał. Rafa. – Komandos uścisnął dłoń mieszkańca jaskini – Wyjaśnisz mi, o co tu chodzi? Pamiętam, że byłem zdrowo pokiereszowany. I że życie uchodziło ze mnie jak powietrze z przebitej opony. A teraz… Czuję się świetnie! Co się wydarzyło? Gdzie jestem? Co tu robią te rzeźby? – Wskazał głową na szereg kamiennych rycerzy.

- Jesteś żołnierzem, więc nie będę ci opowiadał bajek. Chociaż… – Zaciął się na chwilę – OK, po kolei! Dobra strona medalu jest taka, że twoje ciało i umysł są u szczytu formy. W stopniu dotąd dla ciebie nieosiągalnym. Zresztą, dla kogokolwiek innego również – dodał – I już zawsze takie pozostaną. Gorsza… Gorsza jest taka, że nie umiem wytłumaczyć stanu, w jakim się znajdujesz. Nie jesteś żywy. Nie tak, jak byłeś do wypadku. Nie jesteś też martwy. I nigdy już nie będziesz. Ani martwy, ani żywy.

Porucznik patrzył na całkiem poważną twarz swojego rozmówcy. Nie miał pojęcia, jak zareagować na przedstawione rewelacje. Był jakimś zombie czy wampirem? O czym ten człowiek do niego mówił?

– Wiem, brzmi to dziwnie i niewiarygodnie – Zyga jakby czytał mu w myślach – Mnie też się to nie mieściło w głowie. Zginąłem jakiś czas temu w Tatrach, podczas samotnej wycieczki. Zaatakował mnie niedźwiedź, wpadłem do dziury w ziemi. Umierałem, gdy resztką sił udało mi się wczołgać – zupełnie przez przypadek – do tej jaskini…

– Czekaj! – Przerwał mu Rafał – Pomijając to całe science-fiction, które mi przed chwilą wyłożyłeś… Chcesz powiedzieć, że ta jaskinia ciągnie się z Polski do Afganistanu?

– To skomplikowane. Nie, zdecydowanie jaskinia nie znajduje się w Afganistanie. Znajduje się w Tatrach, choć gdybym miał wskazać jej położenie na mapie – nie dałbym rady.

– Dobra, po kolei. Boję się, że nie do końca cię rozumiem, więc powiedz mi co się stało od momentu, gdy ktoś wyciągnął mnie z wraku?

– To ja cię wyciągnąłem. Przeniosłem cię od razu tu, bo tylko tak mogliśmy cię ocalić. Twój stan był krytyczny. Nawet, gdybyśmy zostawili cię w szpitalu i od razu by cię zoperowali byłbyś kaleką przykutym do łóżka. Szanse na ocalenie były naprawdę minimalne. Opcję kalectwa zamiast śmierci oceniłbym najwyżej na promil.

– Przetransportowaliście mnie z Afganistanu do Polski?!

– Usiądź. Jak mówiłem to skomplikowane i rozumiem, że trudno ci to wszystko poskładać do kupy. Więc jeśli pozwolisz – opowiem ci wszystko po swojemu. Napijesz się czegoś?

– W sumie… Może kawy? Chociaż prawdę mówiąc nie chce mi się pić. Nie czuję też głodu. Dożywialiście mnie jakoś? – spytał siadając na niewielkiej kanapie, stojącej tuż obok.

– Nie musimy jeść ani pić. Robimy to tylko dla przyjemności. – Usłyszał kolejną rzecz, której nie mógł zrozumieć. Ale jako żołnierz przyzwyczajony był do dyscypliny. Czekał więc na wyjaśnienia. Rozmówca włączył stojący na stole ekspres i po chwili podał mu kubek pachnącej kawy. Rafał jako żołnierz sięgał po ten napój przeważnie dla pobudzenia szarych komórek i ożywienia ciała, gdy był zmęczony. Pił go więc mechanicznie. Teraz, chyba po raz pierwszy w życiu (życiu?) aromat miło podrażnił mu nozdrza, wywołując przyjemne doznania.

Zygmunt siadł na swoim fotelu za biurkiem. Sam również trzymał w dłoni parujący kubek. Przez krótką chwilę popijali napój i taksowali się nawzajem wzrokiem.

– Słyszałeś Legendę o Śpiących Rycerzach? – nieoczekiwanie spytał Zyga.

– Słyszałem – po sekundzie zawahania odpowiedział Rafał.

– Więc… To nie legenda – padło stwierdzenie.

Rafa miał ochotę wstać i wyjść. Zarówno z jaskini, jak i z całej tej chorej sytuacji. Tylko nie wiedział jak.

 

 

– I co, opowiesz mi teraz bajkę o rycerzach ze skały, którzy usłyszeli „Już czas”? – Rafał potarł czoło. Nic mu nie brakowało jeśli chodzi o inteligencję i rozumiał każde wypowiedziane słowo. Nie odniósł obrażeń głowy. A nawet jeśli, to i tak wyleczono je tak jak wszystkie pozostałe. Po prostu gość siedzący kilka kroków dalej albo coś brał, albo go wkręcał. Nagle się roześmiał.

– O, humor ci się, widzę, poprawił. Skąd ta zmiana? – Twarz Zygi jakoś specjalnie nie zmieniła wyrazu. Jego czujne oczy cały czas pilnie śledziły rozmówcę. Cały czas obserwował. I nie bez satysfakcji widział, że też jest obserwowany.

– A w sumie to i tak wybraliście niezłą bajkę. Mogłeś mi tu wyjechać z krasnoludkami i sierotką Marysią. Albo z Bolkiem i Lolkiem. Wtedy miałbym dopiero problem, jak w tym wszystkim się odnaleźć! – Spił łyk kawy i kontynuował – Więc wygląda na to, że te rzeźby w jaskini to śpiący rycerze, a ja zostałem przez nich uratowany, tak? A ty? Kim jesteś? Pastereczką? – Rzucił niby żartem.

– Rozsądny z ciebie facet. Bystry. Więc zróbmy tak – jak opowiem ci wszystko po kolei. Kim jestem, a właściwie kim jesteśmy. Co tu robimy i dlaczego. Nie będziesz mi przerywał. Jak nasuną ci się jakieś pytania – jak skończę będzie czas dla ciebie. W porządku?

Spojrzenia dwóch ludzi o naprawdę silnych charakterach starły się z taką stanowczością, że tkwiąca pomiędzy nimi cisza uciekła spłoszona i schowała się w głębi jaskini. Najprawdopodobniej też po drodze nieco popuściła.

– Dobrze. – Porucznik przerwał ją po chwili. Jednym, krótkim wyrazem, bo każdy kolejny nic by nie zmienił.

– Cieszę się, że możemy przejść do rzeczy. Niby mamy przed sobą wieczność, ale mnóstwo rzeczy musimy zrobić właśnie teraz. Ale o tem potem. Chodź ze mną! – Wstał i w geście zachęty wskazał kierunek otwartą dłonią.

Rafa podniósł się i ruszyli w stronę kamiennych rycerzy.

– Jak już ustaliliśmy znasz legendę o Śpiących Rycerzach – Zygmunt odruchowo wskazał podbródkiem posągi – Więc nie muszę ci jej opowiadać. Jak większość naszych legend jest bardzo krótka i zdawkowa. Nic nie mówi o tym, skąd się wzięli rycerze ani kim są. Właściwie to bardziej historia pastuszka. – Tu uśmiechnął się na wspomnienie „pastereczki” – Lub kowala. Jeden z nich miał trafić do groty przez przypadek – mówiąc to prowadził rozmówcę w ciemny kąt jaskini, nieopodal miejsca, gdzie jeszcze chwilę temu siedzieli – Tak naprawdę nie wiadomo, skąd w ogóle wzięła się ta opowieść. Bo też nikt, kto tu trafił, już stąd nie wyszedł. Przynajmniej do niedawna.

Mówiąc to Zyga zatrzymał się przed niewysokim, dość prostym fragmentem skały.

– Tu mnie znaleźli – powiedział pokazując na podłoże tuż przy nim – Tu, pod tą ścianą. Musiałem się przez nią wczołgać resztką sił i świadomości.

Bagiński spojrzał mu prosto w oczy. Zobaczył w nich prawdę. Lata praktyki pozwalały mu wyczuwać kłamstwo. Lub zakładać je do momentu, gdy prawda została ostatecznie potwierdzona. Czuł przez skórę, gdy ktoś nawijał mu makaron na uszy. Jakieś wewnętrzne JA szeptało mu: „Hola, hola, ktoś tu ściemnia”. Ale teraz nie czuł tych sygnałów ostrzegawczych. Coś we wpatrujących się w niego źrenicach pozwoliło mu zajrzeć dużo głębiej, niż normalnie może spojrzeć człowiek. Tak jakby odkrył, że pod dnem jeziora jest głęboka, szeroka rozpadlina, w którą może zejść bez lęku. Zobaczył strach człowieka uciekającego przed rozjuszonym zwierzęciem. Zobaczył ból potłuczonego ciała, uderzającego o skały z siłą nadaną przez swobodny spadek z kilkunastu metrów. Zobaczył wreszcie olbrzymią siłę woli, która nakazała pogruchotanym członkom szukać drogi ucieczki z pułapki. Widział, jak ludzki ochłap rzężąc i wyjąc z bólu wpada w niewidoczny otwór. Jak przeciska się przez szczeliny by wreszcie, nie mogąc już wykrzesać najmniejszej choćby iskry życia z omdlałych kończyn, odpływa w miejscu leżącym tuż u ich stóp.

Rafał postąpił krok do przodu i dotknął ściany. Lita skała. Przykucnął, nie odrywając dłoni od zimnej powierzchni. Przesunął ręką w jedną, potem w drugą stronę. Wreszcie zaczął badać metodycznie, kawałek po kawałku, cały płaski fragment groty przed sobą. I podłoża tuż przy ich styku. Nie było tam nawet najmniejszej szczeliny.

– Którędy? – spytał. Wiedział, że usłyszał prawdę. Wiedział, że ten człowiek mimo nieludzkiego cierpienia pokonał długą drogę, by tu dotrzeć. Ale nie miał pojęcia, jak.

– Nie wiem – odpowiedział Zyga. I tym razem Rafał znów, choć nie wiedzieć czemu był przekonany, że słyszy prawdę – Tak samo nie mam pojęcia skąd wiedzieliśmy, że mamy się pojawić w miejscu, gdzie ty zginąłeś.

Bagiński podniósł się i stanął z mieszkańcem jaskini twarzą w twarz.

– Muszę się napić. Masz coś? – spytał. Zyga tylko skinął głową i wrócili w milczeniu do biurka. Po chwili trzymali w dłoniach dwie szklaneczki z polską, zimną wódką.

– Zdrowie – powiedzieli jednocześnie i wychylili zawartość. Gospodarz w milczeniu napełnił szkło i znowu wypili.

Gość siadł na kanapie, na tym samym miejscu co wcześniej.

– Teraz opowiadaj – powiedział czując, jak wchłonięty alkohol rozchodzi się ciepłą falą po żyłach.

 

Nikt nie pamiętał, skąd wzięło się to prastare słowiańskie plemię. Może z południa, może ze wschodu… Byli tacy co opowiadali, że ich przodkowie wyruszyli w długą drogę tylko po to, by po wielu pokoleniach wrócić na ziemie praojców. Inni przekonywali, że ich dziadowie przybyli z daleka, z całkiem odmiennych krain. Pewne jest, że w czasie swych dawnych wędrówek Lachowie, bo tak ich zwano, wiele razy stykali się z innymi plemionami. Z jednymi wojowali, z innymi zawierali sojusze i krzyżowali rody. Więc może prawdę o swym pochodzeniu mówili i jedni, i drudzy.

Ziemia, na której wieki temu osiedli była urodzajna. Chłodna woda w strumieniach smakowała jak najlepszy nektar. Gęste puszcze pełne były zwierzyny, grzybów i owoców. Na soczystych łąkach wypasali bydło – krępe, czerwone krowy pochodzące w prostej linii od potężnego tura. Z barci podbierali złocisty, słodki miód. Z czasem nauczyli się siać i żąć zboża. Radowali się, gdy ciężkie kłosy błyszczały w słońcu i zebrane ziarno pomagało im przetrwać srogie zimy. Nauczeni dobrym doświadczeniem pokochali spokojną pracę na roli. I pokochali krainę, która tak hojnie ich obdarzała. A że sąsiedzi nadziwić się ich radości z sielskiego życia nie mogli – od licznych pól uprawnych nazwali ich Polanami.

Osady swoje, zwane siołami budowali wzdłuż rzek i nad jeziorami. Kilka spokrewnionych rodzin tworzyło Ród, a starszyzna plemienna ustalała prawa i rozstrzygała spory. Dzięki swej pracowitości Polanie bogacili się i opływali w dostatek. Handlowali z kupcami, którzy z odległych krain przywozili niespotykane rzeczy. Oddawali im skóry i jantar – skarb morza wydobywany z ziemi – w zamian otrzymując misterne ozdoby i materiały tak różne od tych, które potrafili sami wytwarzać.

Wszystko to działo się dzięki życzliwości licznych słowiańskich bogów. Gdy ktoś potrzebował pomocy w swojej pracy; gdy dziewka chciała w sobie rozkochać pięknego młodzieńca; gdy rolnik siał zboże a myśliwy ruszał na polowanie – wtedy prosili jedno z bóstw o przychylność. A te ochoczo – jeśli tylko były władne – spełniały życzenia swoich wyznawców. Bo Polanie byli ludem wierzącym i hojnym. Pamiętali o bogach nie tylko wtedy, gdy ich potrzebowali. Wielbili ich na co dzień. Składali im liczne ofiary, czy to w trakcie zwyczajowych obrzędów, czy w podzięce za pomoc. Wyprawiali na ich cześć biesiady. Jedli w ich trakcie do syta, pili na umór i weselili się całym sercem. I nawet przez myśl im nie przyszło, że najmilsze potężnym istotom były tak umiłowane również przez nich zabawa i taniec.

To spokojne życie, pełne ciężkiej pracy i hucznego świętowania coraz częściej zakłócali sąsiedzi. Na zachodzie złowrogi cień poczęli rzucać Germanie. Był to lud o dziwnych obyczajach i niezrozumiałej mowie; porywczy i miłujący wojnę. Wytępił najpierw żyjących najbliżej Słowian łużyckich. Potem żądny ziemi i bogactw ruszył dalej na wschód, by napadać spokojnych Polan.

Ale tu zdziwienie przyszło na najeźdźców. Lud rozmiłowany w zabawie i życiu na roli nie szukał zwady. Jednak gdy wróg niemiłosiernie gwałt mu zadawać począł – twardniały serca rolników. Rzucali w kąt sierpy i lemiesze, w dłoń chwytając miecze i topory. Wprawni łucznicy miast polować w kniei na zwierza celnie razili przeciwników brzęczącymi w locie strzałami. Oszczepnicy miast tura przebijali swymi włóczniami zbroje najeźdźców. Silni od ciężkiej pracy jak niedźwiedzie chłopi przemieniali się w dzielnych wojów. I zbrojnie stawali przeciw każdemu, kto zagrażał ich rodzinom i sięgał po dobytek.

Z czasem spośród możnych rodów Polanie zaczęli wybierać wojewodów, prowadzących w bój rycerzy. A potem kniaziów, zwanych też książętami.

Jednym z takich władców był Mieszko, człek rozumny i wybiegający myślami daleko w przód. Widział on rosnącą potęgę zachodnich sąsiadów i dalekiego Południa. Tam nie tylko królowie władali narodami, ale i cesarze spośród królów wywyższeni. Widział, jak dawni bogowie innych ludów odchodzą w niepamięć, robiąc miejsce jedynemu bogu chrześcijan. I jak ludy zjednoczone wiarą w niego rosną w siłę, wspierając się wzajemnie przeciwko starym bogom. Mądry był Mieszko i wiedział, że sprytni władcy pobożność swych poddanych wykorzystują, by sięgnąć po ziemie i dobra sąsiadów. Zwąc ich poganami w imię jedynego boga nieśli im strach i pożogę. Grabiąc, gwałcąc i mordując. Znał potęgę przeciwników i widział, że sprostać jej sam nie zdoła. Dlatego z ciężkim sercem i kniaź przyjął chrzest. Tylko w ten sposób mógł uchronić swój lud przed niedolą.

Dawni bogowie nie byli zazdrośni: Swaróg pozwalał istnieć obok licznym pomniejszym bożkom i bożętom. Za sąsiada mógł mieć Świętowita, z drugiej zaś strony graniczyć z Perunem.

Ale nowy bóg chciał być jedyny i nie uznawał innych. Oddając mu pokłon książę i jego świta mieli zapomnieć o dawnych zabobonach i w całości oddać się tylko jemu. Więc sprowadzali księży i budowali kościoły. I nieśli nową wiarę coraz dalej pod strzechy, wypędzając starych bogów i wszystkie pomniejsze bóstwa z łąk, pól, lasów i domostw.

Nie w smak to było władcom Południa i Zachodu. Przecież wojowali z poganami w imię jedynego boga. Takie nawrócenie niechrześcijańskiego władcy nie pozwalało im na dalsze napaści. Zaczęli zarzucać księciu Mieszkowi, iż tylko na pokaz wiarę w jedynego boga przyjął. Racji w tym było wiele, bo i on sam i naród cały do swych bóstw byli bardzo przywiązani i wielce je miłowali. Zdał sobie wtedy mądry władca sprawę, że zagrożenie nie minęło. Począł więc na pokaz siłą nową wiarę wprowadzać pod strzechy, choć tak samo jak dawnych bogów żal mu było poddanych.

Mimo tego słowiańskie bóstwa wciąż żyły w sercach mieszkańców księstwa. Gdy rodziło się dziecko, chrzczono je według nowego obrządku. Wcześniej jednak składano sutą ofiarę trzem Rodzanicom, zwanym też Jutrzniami. W zamian miały upleść maluchowi długą i mocną nić życia, zapewniając mu dobrą przyszłość. Gdy woje wyruszali na bój pokornie klepali w czasie mszy pacierze. Ale gdy siadali na koń to Jarowita, dawnego boga wojny prosili, by ich chronił i pomógł im pokonać wrogów. Do nowego boga wznoszono modły o dostatek, ale zasiadając do wieczerzy gospodarz ukradkiem rzucał za siebie łyżkę strawy, by zadbać o przychylność domowych ubożąt. Dni świąt katolickich ustanawiano w te same, w których dawne obrządki się odbywały.

I tak dawni bogowie miast odejść w niepamięć wnikali w świat nowego, jedynego boga.

Lata mijały. Syn wielkiego Mieszka, Bolesław zwany Chrobrym przejął od ojca władzę. Jego mężne serce i światły umysł zjednały mu przychylność cesarza Ottona. I mnóstwo zawistnych wrogów, którym nie w smak była siła państwa Polan.

Gdy więc cesarz opuścił ziemski padół jego następcy próbowali zgładzić księcia Bolesława. A gdy to się nie udało wszczęli z nim wieloletnią wojnę głosząc, że to fałszywy chrześcijanin, skrycie sprzyjający starym bogom.

Wiele państw, zachęconych wizją zdobycia bogactw i nowych ziem przystąpiło do sojuszu przeciw Polanom. Mało kto wiedział, że by pokonać młodego władcę i trzy tysiące jego wojów nieustraszonych część sojuszników zawarło pakt nie tylko między sobą. Wieść głosi, że choć wierzyli w jednego boga i z jego imieniem wojowali na ustach, to zaprzedali się Lucyferowi. Był on największym przeciwnikiem dobra i symbolem wszelakiego zła. Ruszyć mieli na księcia zebraną potęgą rycerstwa i złowieszczych mocy, by raz na zawsze żelazną pięścią zgnieść przeciwników i na obfitych ziemiach lechickich pobudować własne miasta.

Zwiedział się o tym Bolesław i widząc, że takiej koalicji czoła sam nie zdoła stawić – i on do starych bogów poszedł po pomoc i poradę.

A pradawni, choć słabsi niż drzewiej, moc w tych czasach jeszcze posiadali. I wdzięczność swą radzi mu byli okazać. Bo choć przed światem młody książę mocno na nich nastawał, robiąc miejsce dla jedynego boga chrześcijan, to sam ich nosił w głęboko w sercu. I ludowi swemu na to skrycie pozwalał.

Zebrali się wtedy dawni bogowie Polan, by czar potężny uczynić i ochronić swych wyznawców przed złem. A że wszystkie bogi Słowian bratały się ze sobą i odkąd czas jedynego przyszedł mocno ucierpiały, tedy i one przyłączyły się do koalicji przeciw zakusom zachodnich krain.

 Jarowit, bóg wojny w lśniącej zbroi dał więc w darze kawałek swej pozłacanej tarczy. Swaróg, bóg słońca rozgrzał go do czerwoności. Perun gromami ukuł z niego zbroje dla tysiąca spośród królewskich wojów. Rujewit, bóg o siedmiu twarzach, z siedmioma mieczami u pasa i z ósmym w dłoni dał wojom niespotykaną czujność. Uzbroił ich też tak, by zawsze mieli oręż w zasięgu ręki. I by zawsze mogli dawać odpór wrogom. A mieszkające w jego wydrążonym posągu jaskółki obdarowały rycerzy oraz ich wierzchowce swą szybkością i zwinnością. Pochwist, bóg wiatru przysiągł po wsze czasy mówić im o wszystkim, co się tylko na świecie dzieje. Dzięki temu zawsze mieli być gotowi do walki. Porewit, bóg siły obdarzył ich oraz ich rumaki witalnością, by walczyć mogli bez zmęczenia. Świętowit, bóg obfitości plonów i powodzenia wojennych wypraw uczynił nieśmiertelnymi i sprawił, że mogli się obywać bez jadła i napitku. Wszystkie inne bogi ofiarowały wojom coś od siebie. Na koniec Weles, bóg magii i przysięgi; a także bóstwo podziemia i zmarłych dopełnił czaru.

Ale dar tak potężny jeszcze potężniejszej wymagał ofiary. Każdy woj z książęcej drużyny, który miał przywdziać magiczną zbroję na zawsze musiał się pożegnać z doczesnym światem. Musiał zostawić rodzinę lub też ślubować, że nigdy takiej nie założy. I że życie swe poświęci samej walce za ojczyznę. Wiele łez popłynęło, gdy dzielni mężowie żegnali swych bliskich. Wiele serc ściskał żal okrutny, gdy młodzi mający się ku sobie po raz ostatni spotykali się ukradkiem na kwiecistych, leśnych polanach. Z drżeniem ust skradali swym wybrankom ostatnie gorące pocałunki. Aż wreszcie dopełniło się. Tysiąc zbrojnych rycerzy stanęło przed swym księciem. Odmienieni czarem sami byli jak ukuci ze stali, odporni na razy i trud wszelaki. Mogli żyć bez snu i strawy. Choć wyprosili sobie u bogów, by czasem dla przyjemności mogli się napić i posilić.

Z tak odmienioną armią ruszył książę Bolesław przeciw swym wrogom. Boje były ciężkie i przewaga przeciwników, ale polskich wojów nigdy nie opuszczały siły. Dziś mogli walczyć z Niemcem, kilka dni na swych niestrudzonych rumakach jechać i z marszu zetrzeć się z Rusami, którzy w tym czasie z drugiej strony kraj najechali. Ich ramiona nie słabły, ich oczy były bystre, a zmysł do walki trzeźwy. Ale to, co najbardziej porażało wrogów, to ich serca niestrwożone. Bo choć czar pradawnych bogów dał im stalowe ciała i nieśmiertelne dusze, to ich serca od zawsze gorzały odwagą i miłością. Do władcy i do kraju. Tak było od dawien dawna, czar to tylko utrwalił. Te serca do dziś goreją w każdej piersi, w której choć kropla krwi polskiej płynie.

Odparł więc książę Bolesław swych wrogów. Rozgromił hufce przeciwnika i przegnał je precz z ziem Polan. Jednak wroga koalicja zwiedziała się o dawnych bogach i ich darze. Długo radzili, jak pokonać zaczarowanych wojów. Widzieli bowiem, że w polu im nie dorównają. Bo choć i oni o czar prosili dla swych rycerzy, to ich mroczny sprzymierzeniec sam jeden nie miał jeszcze wówczas takiej mocy, jak liczne bogi Słowian. Wysłali wtedy posłańców do młodego księcia i zaproponowali pokój. Zagrozili przy tym potęgą całego ówczesnego chrześcijańskiego świata, że jeśli Chrobry czarcich, jak ich nazwali, wojów się nie pozbędzie, wtedy najadą polskie ziemie z tak licznym rycerstwem; i użyją mocy tak potężnych, że nawet pradawna magia nie uratuje młodego księstwa.

Książę zrazu chciał przegnać posłańców, wierząc w siłę swej zaczarowanej armii i w mężne serca ludu. Wtedy jednak posłowie pokazali mu, jak wiele krain Zachodu i Południa złożyło swą pieczęć na sojuszu przeciw niemu. Władca zrozumiał, że choć jego armia siły ma niespożyte i walczyć może dniami i nocami to jest zbyt nieliczna, by ochronić cały lud przed taką potęgą. Zapłakał wiedząc, że musi odprawić swych wiernych towarzyszy. Oni zaś rozumieli, że nie ma innej drogi i gotowi byli znów na poświęcenie. Bo kto wie, jaki byłby ostateczny wynik walki – wszak byli nieśmiertelni. Ale zwykli ludzie – rolnicy, rybacy czy rzemieślnicy i ich rodziny oddaliby w tym czasie życie.

Bolesław i jego woje bali się jednak zdrady. Przeciwnicy chcąc zapewnić o swej dobrej woli oferowali księciu królewską koronę. Istniało jednak ryzyko, że gdy zaklęci rycerze znikną, wrogie siły ruszą na bezbronny kraj. Więc Polanie zwrócili się znów do dawnych bogów i poprosili o czar jeszcze jeden. Ci radzi im byli znów pomóc, okazali się jednak bezsilni. Żaden z nich nie posiadał wystarczającej mocy, by spełnić prośbę ukochanego ludu. Aż wreszcie odnalazł się, nawet przez braci już zapomniany, jeszcze starszy od nich Nyja. Był to bóg księżyca i nocnego światła, którego u zarania dziejów zwano Chorsem.

„To, co widzimy w noc ciemną, przyprawioną odrobiną księżycowej poświaty, inne jest od tego, co oczy w jasnych widzą słońca promieniach. Zatem daję wam ten dar, byście w ukryciu mogli zostać; jak to, czego w nocy nie tknie blade światło księżyca” – powiedział wyciągając dłonie nad głowami zaczarowanej drużyny.

Trzygłów, bóg sprawujący pieczę nad trzema światami: niebem, ziemią i podziemiem, mieszkający na swej górze wyłonionej z chaosu zadowolony skinął głową. A potem on wyciągnął przed siebie ramię, wskazując w oddali coś, czego dostrzec wówczas jeszcze nie mogli, i rzekł:

„By łatwiej było wam przed ludzkim wzrokiem się ukryć; byście nie musieli jak zwierz dziki po lasach się chować – oto mój dar po kres czasu. Grota tajemna, gdzie człek żywy nigdy stopy nie postawi. Gdzie czekać będziecie na wezwanie swego króla. Lub, gdy króla nie stanie, a ludziom o czystych sercach znów zło i niedola będą patrzeć w oczy – wtedy jaskółka ze snu was przebudzi i w bój ruszyć nakaże. Czy przysięgacie stawić się na każde wezwanie?”

„Przysięgamy!” – zgodnie odpowiedzieli rycerze, bijąc się w piersi zaciśniętymi w kułaki dłońmi.

I rozwarła się góra potężna, ukazując rzeczoną grotę, gdzie i dziesięć tysięcy wojów czekać by mogło na sygnał. I choć była tak daleko, że dojrzeć jej nawet najbystrzejsze oczy nie mogły, całe wojsko wraz znalazło się w jej środku. Zdążyli tylko jeszcze dzielni woje pokłon swemu władcy umiłowanemu oddać, gdy góra zawarła się za nimi. Zostali teraz sami w jej trzewiach. Światło księżyca, podarowane im przez Chorsa, otuliło ich swym blaskiem. Stanęli dzielni woje w szeregach i by czas nie dłużył im się do wezwania, w kamienny zapadli sen. A wraz z nimi ich rumaki.

Stoją tam i czekają, dopóki król ich nie wezwie do kolejnego boju. Lub gdy jaskółka ich nie zbudzi, by swym orężem chronili prawych ludzi w niedoli.

 

Lud Polan, wdzięczny za ocalenie, przez wieki przekazywał swym potomkom opowieść o dzielnych wojach króla Bolesława. Wieczorami, gdy wszyscy zasiadali w izbach po wieczerzy starcy opowiadali dziatkom o rycerzach ze stali, których niesłabnące ramiona raz po raz wznosiły miecze, by przegnać najeźdźców. Z czasem możni zapominali o ukrytej armii. Pamięć o niej przetrwała jednak wśród prostego ludu jako legenda. Krajem targały wichury. O dawnej potędze zwiedzieli się wrogowie. Zasłyszawszy przypadkiem ową historię, którą gdzieś w przydrożnej karczmie starzec raczył wędrowców za miskę strawy powzięli plan chytry. Sieć intryg wokół królewskiego dworu snuć zaczęli. Zatruwali serca i umysły możnowładców, szlachty i bogatych mieszczan. Doprowadzili w ten sposób do tego, że Polacy na swych królów zaczęli obierać obcych przybyszów. Ci przybysze należeli do spisku i nie tylko władzy pożądali. Szukali owej groty, gdzie tysiąc stalowych rycerzy w śnie kamiennym czeka na rozkazy nowego Króla Polski. Wierzyli święcie, że tylko wtedy, gdy zapanują nad armią nieśmiertelnych rycerzy uda im się zdobyć prawdziwą władzę nad ziemiami Polan. Miał to być pierwszy krok do panowania nad całym światem. Ale choć przepytali tysiące bajarzy; choć przeszukali wszystkie dostępne groty i jaskinie – ślad po wojach zaginął. Z czasem ludzie gnębieni przez wrogów niemal zapomnieli o tej niezwykłej historii. Dopiero stulecia później, gdy naród polski popadł w wieloletnią niewolę znów ożyła wśród prostego ludu. Wrogowie władający polskimi ziemiami niszczyli naszą kulturę i zakłamywali prawdę o przeszłości. Więc z resztek opowieści o armii Chrobrego wykiełkowała jedynie legenda o tym, jakoby młody kowal czy pastuszek trafił przez przypadek do ukrytej jaskini. Miał tam spotkać nieśmiertelne wojsko, które czeka na wezwanie. A przecież Trzygłów zastrzegł, że w grocie tej nigdy stopa żywego człeka nie postanie.

 

Zygmunt skończył opowieść, wpatrując się w słuchacza. Ten siedział nieruchomo na kanapie, z odchyloną do tyłu głową i przymkniętymi oczami. Jakby wyobrażał sobie wszystko to, o czym usłyszał. Po chwili rozchylił powieki. Jego spojrzenie przemknęło przez twarz oratora i spoczęło na kamiennych sylwetkach.

– Więc co, czekamy na króla czy jaskółkę? – spytał. W jego głosie nie czuć było żartu ani drwiny. Pytał całkiem poważnie.

– Jaskółka już przybyła – równie poważnie odpowiedział Zyga.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć.

Nie czytałem, dlatego nie będzie ani o fabule, ani o ewentualnych błędach.

Będzie o tym:

“Polskie legendy są tak lakoniczne i pozbawione treści… Mitologia słowiańska – szczątkowa i niespójna. Dwieście lat niewoli zrobiło swoje! A przecież nie jesteśmy narodem gorszym od Greków czy Skandynawów!“

  1. No to “mity” czy “legendy”? Na ogół łatwo to oddzielić (i nie trzeba znać szkolnych definicji).
  2. Myślę, że legendy mamy piękne. W podstawówce przeczytałem kilka czy kilkanaście, były ładne, treściwe – nie mam się do czego przyczepić.
  3. Czytałem kiedyś jedną książeczkę o mitologii słowiańskiej. Miała jakieś 200 stron. Potem było o celtyckiej, greckiej, hinduskiej. Chyba nie umiałbym powiedzieć, która z nich jest najuboższa. Za to Ty umiesz, stąd boję się kolejnych wniosków, skoro w podstawowym Twoim założeniu tak bardzo się nie zgadzamy.
  4. A znasz spójną mitologię? Znasz na tyle mitologię grecką, że stwierdzasz, iż jest spójna? Ja znam może kilkadziesiąt mitów i to mi wystarczy, aby wskazać radykalne sprzeczności w mitach. A podobno jest ich kilka tysięcy… Znasz je?
  5. Dwieście lat jakiej niewoli i co zrobiło w kontekście mitologii?
  6. A jak się ma lepszość/gorszość do tego wszystkiego? Prawie nikt nie powie: “należę do narodu gorszego niż X albo Y” – to logiczne. Ale skoro 1500 lat temu jedni mieli rzeszę ludzi do zapisywania historii w sposób trwały i zrozumiały, a drudzy nie mieli tego wszystkiego, to czy na pewno pod względem przywiązania do tradycji (na przestrzeni wieków) nie jesteśmy gorsi/gorzej zorganizowani/niezorganizowani/niespójni jako jakakolwiek społeczność?

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Przeczytałam i przyznam szczerze, że jestem zadowolona z lektury. Ciekawie splotłeś wątki, język masz barwny, umiesz grać na uczuciach – przyznam, że udało Ci się wycisnąć łezkę z moich oczu. Mam jednak parę “ale”.

Usuń oznaczenie fragment – rozumiem, że opowiadanie jest częścią jakiejś większej całości, ale tu – mam wrażenie – tekst tworzy niezależną, zamkniętą opowieść. Zostawiając “fragment” powodujesz, że nie możesz otrzymać punktu do biblioteki. Ode mnie masz taki “klik”.

Piotr ma trochę racji – usuń ten wstęp – nie musisz się tłumaczyć, dlaczego napisałeś to, co napisałeś.

Co do samego tekstu: PRZECINKI szaleją tak bardzo, że aż utrudniają czytanie. I masz problem z prawidłowym zapisem dialogu – poczytaj w Hyde Parku wątek  http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 – powinno trochę pomóc.

Było też trochę niezręczności językowych, ale pochłonięta lekturą nie wypisywałam.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Pierwsze słowo tekstu mnie zaciekawiło, więc zaczęłam czytać.

Na wstępie jednak mam już uwagi.

Potężny wybuch podrzucił nieoczekiwanie trzytonowy pojazd i zepchnął go z drogi – masa własna h1 to ponad 3,3 tony, do tego wyposażenie/uzbrojenie i pasażerowie, więc te 3 tony to trochę mało. Na piasku humvee grzęzną przez swoją wagę – info od żołnierzy z Iraku i Afganistanu.

odpłynął – litościwie los oszczędził mu ciężkich godzin męczarni i Orfeusz zabrał go do siebie od razu – jesteś pewien, że chodziło Ci o Orfeusza?

 

Zapowiada się ciekawie, więc wrócę, gdy będę mogła. Już jednak widzę, że Bemiczka nie przesadziła – interpunkcja leży i kwiczy tak, że momentami nie wiadomo o co w zdaniu chodzi.

I usuń przedmowę – jest zbędna.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jakkolwiek połączenie opowieści o śpiących rycerzach z działaniami współczesnych żołnierzy w Afganistanie mieści się w granicach fantastyki, to mnie ten pomysł nie przypadł do gustu. Odniosłam wrażenie, że jedynym powodem, dla którego powstały Stalowe Anioły, była chęć przytoczenia legendy, a teraźniejszość i Afganistan stanowią wyłącznie tło.

Zdaję sobie sprawę, że to fragment, niemniej jednak przeszkadza mi rozbudowany wątek rycerzy i zaniedbane sprawy współczesnych bohaterów.

Wykonanie, niestety, nadal pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Dodam jeszcze, że wyjątkowo rozbawiła mnie scena, w której rycerz Zyga, w tatrzańskiej jaskini, parzy kawę w ekspresie. ;-)

 

Do­wódz­two nad pa­tro­lem miał pia­sto­wać… – Dowództwa nie piastuje się. Można je objąć lub sprawować.

 

Oddać ko­men­dę czło­wie­ko­wi nie ma­ją­ce­mu po­ję­cia… – Oddać ko­men­dę czło­wie­ko­wi niema­ją­ce­mu po­ję­cia

 

to jak sta­nąć przed Ta­li­bem i za­wo­łać „Ognia!”. – …to jak sta­nąć przed ta­li­bem i za­wo­łać: „Ognia!”.

Ten błąd występuje w opowiadaniu wielokrotnie.

 

li­to­ści­wie los oszczę­dził mu cięż­kich go­dzin mę­czar­ni i Or­fe­usz za­brał go do sie­bie od razu. – Dlaczego Orfeusz? Może miałeś na myśli Morfeusza?

 

Je­dy­nie po­rucz­nik Ba­giń­ski, sie­dzą­cy naj­da­lej od wy­bu­chu, oka­zy­wał ozna­ki życia. – Raczej: …dawał ozna­ki życia.

 

Wie­dział, ze zo­sta­ły mu ostat­nie chwi­le. – Literówka.

 

– Za­bierz­my go! – młody męż­czy­zna od­wró­cił się do to­wa­rzy­sza – Jesz­cze żyje, ale zo­sta­ło mu ostat­nie tchnie­nie. Jeśli go tu zo­sta­wi­my umrze na pewno.– Za­bierz­my go! – Młody męż­czy­zna od­wró­cił się do to­wa­rzy­sza. – Jesz­cze żyje, ale zo­sta­ło mu ostat­nie tchnie­nie. Jeśli go tu zo­sta­wi­my, umrze na pewno.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Twar­dy wo­jow­nik, któ­rzy nigdy się nie wahał nie wi­dział jed­nak jesz­cze ni­ko­go ta­kie­go jak ten mło­dzian. – Literówka.

Nie rozumiem tego zdania.

 

u Krysi i Jacka, ich wspól­nych przy­ja­ciół, żeby zo­ba­czyć ich no­wo­na­ro­dzo­ne­go synka. – …żeby zo­ba­czyć ich no­wo­ na­ro­dzo­ne­go synka.

Czy oba zaimki są niezbędne?

 

wrza­snął pod­ofi­cer, wy­sia­da­ją­cy wła­śnie z Hu­mvee… – …wrza­snął pod­ofi­cer, wy­sia­da­ją­cy wła­śnie z hu­mvee…

Ten błąd występuje w opowiadaniu wielokrotnie.

Nazwy pojazdów piszemy małą literą. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

do mo­men­tu do­tar­cia kilku ope­ra­to­rów GROM na miej­sce. – …do mo­men­tu do­tar­cia kilku ope­ra­to­rów GROM-u na miej­sce.

 

Pierw­sza do wraku do­tar­ła grupa zwia­du, peł­nią­ca roz­po­zna­niesą­sied­niej oko­li­cy. – Można pełnić obowiązki zwiadowcy, ale nie można pełnić rozpoznania/ zwiadu.

Masło maślane – okolica to sąsiedztwo.

Proponuję: …grupa zwia­du, prowadząca rozpoznanie w oko­li­cy.

 

To oni po­in­for­mo­wa­li o za­sta­nej sy­tu­acji i z jed­nym z nich przed chwi­lą roz­ma­wiał na temat braku ciała. Coś dziw­ne­go było w tej spra­wie i czuł, że nic do­bre­go z tego wszyst­kie­go nie wy­nik­nie.– Kto rozmawiał i kto czuł?

 

To zna­czy – czemu ja­kie­kol­wiek ślady są tylko przy sa­mo­cho­dzie i nie pro­wa­dzą nie­gdzie dalej? – Raczej: To zna­czy – czemu jedyne ślady są tylko przy sa­mo­cho­dzie i nigdzie/ donikąd nie prowadzą?

 

Po­rwa­li go Susz­wo­le?! – Co to są suszwole i dlaczego to słowo piszesz wielką literą?

Pytanie dotyczy także przypadków użycia tego słowa w dalszej części opowiadania.

 

Bóg jeden wie, co mógł teraz prze­cho­dzić z rąk Ta­li­bów! – Raczej: Bóg jeden wie, co mógł teraz prze­cho­dzić, w rękach ta­li­bów!

 

Gdy jako kil­ku­la­tek wziął udział w pierw­szej w życiu po­waż­nej bójce, za­koń­czy­ła się wi­zy­tą o dwa lata star­sze­go na­past­ni­ka w szpi­ta­lu. – Raczej: Gdy jako kil­ku­la­tek wziął udział w pierw­szej w życiu po­waż­nej bójce, dla starszego o dwa lata napastnika za­koń­czy­ła się ona wi­zy­tą w szpi­ta­lu.

 

Za­wsze nim zdą­ży­ła pod­nieść słu­chaw­kę jej serce wa­li­ło jak osza­la­łe, bo gdzieś w głębi jej drob­ne­go ciała wiara wal­czy­ła z obawą. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Gdy jej wzrok za­trzy­mał się na po­prze­dza­ją­cym: „Ko­cham Was!” za­cią­gnę­ła się cięż­kim szlo­chem. – Szlochem nie można się zaciągać

Proponuję: …za­niosła się cięż­kim szlo­chem.

 

jed­nak tuż za obok miej­sca, gdzie leżał coś ża­rzy­ło się de­li­kat­nie i mi­go­tli­wie. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Sam kor­tu­nel był oświe­tlo­ny ja­kimś na­tu­ral­nym, roz­pro­szo­nym świa­tłem. – Co to jest kortunel?

 

Cięż­ko jed­nak było usta­lić jego źró­dło.Trudno jed­nak było usta­lić jego źró­dło.

 

lekko za­krę­cał w lewo, de­li­kat­nie piął się w górę… – Masło maślane. Czy mógł piąć się w dół?

Wystarczy: …lekko za­krę­cał w lewo, de­li­kat­nie piął się/ wznosił się

 

Przy ka­mien­nym stole sie­dział po­chy­lo­ny nad ja­ki­miś pa­pie­ra­mi męż­czy­zna, który usły­szaw­szy sze­lest pod­niósł do góry głowę.Przy ka­mien­nym stole, po­chy­lo­ny nad ja­ki­miś pa­pie­ra­mi, sie­dział męż­czy­zna, który, usły­szaw­szy sze­lest, pod­niósł głowę.

Czy można podnieść coś w dół?

 

choć­bym miał za­orać te je­ba­ny kraj. – Literówka.

 

Gdy jej o tym opo­wia­dał – swoim chłod­nym, spo­koj­nym gło­sem… – Czy mógł opowiadać cudzym głosem?

 

na par­kie­cie cięż­ko jej było do­rów­nać. – …na par­kie­cie trudno było jej do­rów­nać.

 

Przy­jaź­ni­li się od ład­nych paru lat; i ta przy­jaźń wcho­dzi­ła teraz w zu­peł­nie nowy etap. – Co w tym zdaniu robi średnik?

 

ro­zu­miem, że cięż­ko ci to wszyst­ko po­skła­dać do kupy. – …ro­zu­miem, że trudno ci to wszyst­ko po­skła­dać do kupy.

 

Sam rów­nież trzy­mał w dłoni dy­mią­cy kubek. – Czy kubek płonął i dlatego dymił?

Proponuję: Sam rów­nież trzy­mał w dłoni parujący kubek.

 

Przez krót­ką chwi­lę po­pi­ja­li napój i ta­so­wa­li się na­wza­jem wzro­kiem. – …ta­kso­wa­li się na­wza­jem wzro­kiem.

Sprawdź w słowniku znaczenie słów tasowaćtaksować/ taksować się.

 

za­czę­li mówić o anio­łach-stró­żach…– …za­czę­li mówić o anio­łach stró­żach

 

nie­sku­tecz­nie ata­ku­ją­cych wcze­śniej ame­ry­ka­nów… – …nie­sku­tecz­nie ata­ku­ją­cych wcze­śniej Ame­ry­ka­nów

 

Prak­tycz­nie w tej samej chwi­li wy­baw­ca znika. Do osłu­pia­łych żoł­nie­rzy do­cie­ra w tej chwi­li… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Mo­głeś mi tu wy­je­chać z Kra­sno­lud­ka­miSie­rot­ką Ma­ry­sią.Mo­głeś mi tu wy­je­chać z kra­sno­lud­ka­misie­rot­ką Ma­ry­sią.

 

Jak już usta­li­li­śmy znasz Le­gen­dę o Śpią­cych Ry­cer­zachJak już usta­li­li­śmy, znasz le­gen­dę o Śpią­cych Ry­cer­zach.

 

Ba­giń­ski pod­niósł się i sta­nął z ja­ski­niow­cem twa­rzą w twarz.Jaskiniowiec nie jest tutaj dobrym określeniem.

 

Go­spo­darz w mil­cze­niu polał znowu i znowu wy­pi­li. – Raczej: Go­spo­darz w mil­cze­niu nalał znowu i znowu wy­pi­li.

 

Kra­ina, w któ­rej wieki temu osie­dli była żyzna i ob­fi­ta. – Kraina może w coś obfitować, ale czy może być obfita?

 

Od­da­wa­li im skóry i Jan­tar… – Od­da­wa­li im skóry i jan­tar

 

Wszyst­ko to dzia­ło się dzię­ki życz­li­wo­ści licz­nych sło­wiań­skich Bogów. – Wszyst­ko to dzia­ło się dzię­ki życz­li­wo­ści licz­nych sło­wiań­skich bogów.

Ten błąd występuje kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

by za­dbać o przy­chyl­ność do­mo­wych Ubo­żąt. – …by za­dbać o przy­chyl­ność do­mo­wych ubo­żąt.

 

wtedy naja­dą pol­skie zie­mie z tak licz­nym ry­cer­stwem; i użyją mocy tak po­tęż­nych… – Średnik w tym zdaniu jest zupełnie zbędny.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za merytoryczne uwagi. Na razie usuwam, jak znajdę chwilę poprawię i wrzucę od nowa.

Lepiej edytuj.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Poprawiłem zgodnie ze wskazówkami. Przynajmniej ta mi się wydaje :-) Miłej lektury!

A, jeszcze jedno – bemik, dzięki za “+” :-)

smiley

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Aż do czasu akcji w Szaranie – od tego miejsca aż do Rafał podszedł do nieznajomego mężczyzny. ni z gruszki ni z pietruszki używasz czasu teraźniejszego. Mnie osobiście bardzo to raziło, taki wtręt w normalną narrację. Aż zaczęłam googlować, czy przypadkiem nie skopiowałeś jakiejś relacji z akcji (przepraszam, ale tak brzmi początek akapitu). 

Cały fragment o tym, jak Olga poznała się z Rafałem uważam za zbędny. Nie wnosi moim zdaniem nic istotnego do treści. 

Przytoczenie historii Polan i Polski poprzez całe wieki mnie znużyło. Przyznaję, że część kursywy tylko przeskanowałam wzrokiem, szukając jakiegoś ciekawego elementu, który by mnie ponownie zakotwiczył w opowieści. I odniosłam wrażenie dokładnie takie samo jak Reg – że historia żołnierzy w Afganistanie to tylko tło i pretekst do opowiedzenia legendy. Uważam, że to nieco zaburzyło proporcje i odbiór. Wolałabym chyba poczytać więcej o losach współczesnych bohaterów, a legenda mogłaby być tylko wspomniana. 

Poza tym opowieść całkiem-całkiem. Jeszcze jakieś drobiazgi w oczy mi się rzuciły, ale nie wytrącały aż tak bardzo z czytania i nie wypisywałam ich. 

A i ten ekspres w jaskini – trochę jak kwiatek do kożucha, bo fotele i biurko jeszcze jakoś można przełknąć. Zwłaszcza że rycerze nie odczuwają głodu i pragnienia. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pomysł na tekst mi się spodobał. Wizja wojowników gotowych pomóc taka baśniowa i przyjemna…

Interpunkcja kuleje. Czasem konstrukcja jakiegoś zdania zgrzytnie. Mnie też przeszkadzały przejścia do czasu teraźniejszego.

Jednak trochę widać, że to fragment – niby jakieś całe wydarzenie opisane, ale wątki żon żołnierzy zostają otwarte na przestrzał.

Legenda na końcu mnie wynudziła. O większości z tych rzeczy już wiedziałam, więc brnęło się ciężko.

Siła wybuchu naderwała potężny kawał stali i wepchnęła go do wnętrza pojazdu, przebijając mu skórę, kości i parę organów niezbędnych do życia.

Mocno biologiczny pojazd Ci wyszedł. ;-)

Babska logika rządzi!

@ śniąca – dzięki, to googlowanie potraktuję jako komplement :-) Oczywiście zerknę też, jak pozbyć się czasu teraźniejszego tak, żeby nadal wyglądało wiarygodnie.

Ekspres kwiczy przez to, że to fragment, ale też się nad tym pochylę.

I obie macie rację (z Finklą) – legenda pierwotnie była mniej opisowa i chyba fajniejsza. Rzeźbię dalej :-)

 

@ Finkla:  “Siła wybuchu naderwała…” – oj tam, oj tam ;-)

W całym tekście szwankuje interpunkcja, zdarzają się dość często powtórzenia, czasem wręcz drastyczne (np. ”Uniósł dłonie do twarzy i ze zdumieniem stwierdził, że ma na twarzy czarną szmatę.“), ponadto nieco leży zapis dialogów. Poza tym przez tekst dość trudno mi się przedzierało – potykałam się o niektóre zdania, inne czytała dwukrotnie, by upewnić się, jaki był ich sens.

 

Czy to czasem nie są szuszwole, a nie suszwole?

 

“Przycisnęli języków na tyle, na ile to było możliwe.“ – nie wydaje mi się, by istniał związek wyrazowy taki jak “przyciskanie języków”…

 

“Podzieli to, co mieli“ – Podzielili

 

Zmiana czasu na teraźniejszy i mnie zgrzyta.

 

Dziwny wydaje mi się przeskok z górskiej groty do Afganistanu i z powrotem, zgadzam się też że jest pewne zaburzenie proporcji – tekst wygląda tak, jakby wydarzenia “afgańskie” były tylko pretekstem do przytoczenia opowieści o śpiących rycerzach (która jest deczko przydługa). Z komentarzy jednak wnoszę, że to część większej całości i dalej coś jeszcze będzie się działo.

 

W sumie trudno mi wyrazić opinię – wiedząc, że to nie koniec, niełatwo jest ocenić fragment. Ma potencjał, historia jest w miarę niestandardowa, jednak w oczy przede wszystkim rzucają się niedoróbki techniczne, które utrudniają lekturę. Popracuj nad warsztatem, wygładź go, napraw interpunkcję itp., bo inaczej mało kto zechce brnąć w dłuższe formy w Twoim wykonaniu. To wydaje mi się w tej chwili najważniejsze, bo nie warto porywać się na powieści, jeśli robi się błędy językowe – nie warto z czysto praktycznego powodu, bo potem więcej czasu będziesz musiał poświęcić na poprawki, niż na samo pisanie ;)

 

Pozdrawiam i powodzenia.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka