- Opowiadanie: stalowoszary - W tę czy w tamtą dziurkę

W tę czy w tamtą dziurkę

Tytuł wyszedł mi z połączenia 10-ciu dozwolonych ;-D

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

W tę czy w tamtą dziurkę

Zmierzwiej uderzył młotem po raz ostatni i krytycznie spojrzał na swoje dzieło. Ultra szybki procesor o strukturze 2 nm wyszedł idealnie, podobnie jak wszystkie wcześniej. Ale młody kowal miał dość zabawy z procesorami, kościami pamięci, grafenowymi kadłubami łodzi czy komunikatorami przestrzennymi. Podobnie jak jego ojciec, a wcześniej babcia od najmłodszych lat większość swego czasu spędzał w kuźni, ucząc się trudnego fachu i przygotowując się do przejęcia rodzinnego biznesu. Gdy inne dzieci bawiły się w najlepsze, obliczając całki lub budując sobie zabawki z atomów, on pracował ciężko w żarze rozgrzanych do czerwoności pieców łukowych. Osada była duża i miała olbrzymie zapotrzebowanie na sprzęt z kuźni. A ta była jedna. I gdy jego ojciec w wieku szesnastu lat odszedł na dawno zasłużoną emeryturę – Zmierzwiej pozostał w kuźni sam. Choć bez tworzonych przez niego narzędzi całe społeczeństwo osady miało by problem z wykonaniem podstawowych, codziennych czynności, to nikt nie chciał się przyjaźnić z brudnym kowalem. Brzydzili się jego zajęcia, bo w końcu ludzie stworzeni byli do wysiłku intelektualnego, nie grzebania w czymkolwiek rękoma.

Jego ojciec, a wcześniej babcia też żyli przez większość czasu w samotności. Dlatego też chłopiec potraktował to jako naturalną kolej rzeczy. Uczył się pilnie od drugiego roku życia, a że był zdolny i pomysłowy, wkrótce ludzie zaczęli zwracać uwagę na jego wyroby. Spod jego młotów zaczęły wychodzić komputery, łodzie czy komunikatory o niebo sprawniejsze i trwalsze od dotychczasowych. Nikt w żadnej innej osadzie nie potrafił tak jak on wykuć procesora czy kości pamięci. Mieszał w kadziach kwarc z rozpuszczonym plastikiem; potem jednym uderzeniem młota tworzył nanometrowe struktury. Najmniej frajdy w tym wszystkim sprawiało mu wykuwanie cieniutkiego drutu, z którego musiał robić nóżki do połączeń układów scalonych. Metal zawsze traktowany był w kuźni po macoszemu; i prawdopodobnie niechęć do niego wyssał wraz z mlekiem matki.

Jego matka opuściła ich wcześnie. Jak większość osób bez wyraźnych zainteresowań i umiejętności pracowała w Urzędzie Zajmującym. Na początku Ery Wodnika, gdy ludzie po upadku starego świata zaczęli żyć w niesamowitej sielance, rasa ludzka zaczęła gnuśnieć. Ludzie stali się nadzwyczaj życzliwi i wyluzowani. Potrafili się cieszyć każdą błahostką; i rozwiązywać bez stresu każdy problem. Potracili swe pierwotne instynkty a ich inteligencja wzrosła do tego stopnia iż uznali, że nie potrzebne im rządy ani władcy.

Oczywiście nie spodobało się to Władcom. Więc stworzyli Urząd Zajmujący. Jego głównym zadaniem było zajmowanie ludzi rzeczami przykrymi. Straszono petentów karą za nie złożenie formularzy, których nie było; za przekroczenie nic nie znaczących terminów czy też za brak zapłaty podatku, który oczywiście nie był wymagany. Rozleniwione ludzkie umysły wpadały pod wpływem fałszywych oskarżeń w panikę i przestawały myśleć racjonalnie. Stres powrócił i skutecznie ograniczył ludzką inteligencję i swobodę myśli, a Władcy zachowali władzę. Kto zaś zakosztował raz rozkoszy urzędowania – zapominał o rodzinie, przyjaciołach i całym świecie, oddając się całkowicie swej pasji gnębienia bliźnich.

Świat, w którym żył Zmierzwiej był mały i jednocześnie olbrzymi. Mały, bo poruszali się tylko w obrębie kilkuset kilometrów kwadratowych. Mogli by pewnie ruszyć dalej, ale ich prymitywna kultura nie potrafiła stworzyć lepszych baterii do prostych; ba – prostackich wręcz łodzi antygrawitacyjnych, którymi się poruszali. A tylko dzięki nim mogli uciec przed drapieżnikami.

Z drugiej zaś strony świat ten był olbrzymi. Wiedzieli o tym, bo dzięki swoim komunikatorom mieli stałą łączność z innymi osadami. Osad było bez liku. Każda zorganizowana była w podobny sposób i funkcjonowała gdzieś tam w dali, poza zasięgiem łodzi. Osady utrzymywały ze sobą stały kontakt, ale jak sięgnąć pamięcią nikt nigdy nie przemieszczał się z jednej do drugiej. Musiały być zbyt daleko.

Wracając na chwilę do antygrawitacyjnych łodzi – były zwinne i szybkie. Każdy otrzymywał swoją, gdy w wieku dwóch lat zaczynał samodzielnie opuszczać dom. Domy, podobnie jak inne budynki, łodzie i wiele innych rzeczy codziennego użytku tworzono z grafenu. Materiał ten był ultra cienki i wytrzymały, a dzięki odpowiedniej obróbce mógł się stać bardzo sztywny i niemal niezniszczalny; albo miękki jak jedwab i elastyczny jak najprawdziwsza guma syntetyczna.

Używanie takich materiałów – oprócz tego, że było niezwykle proste i wygodne – dawało jeszcze jedną korzyść – bezpieczeństwo. Albowiem w świecie, w którym żyli grasowali groźni drapieżcy.

Najuciążliwsze były olbrzymie szczury. Te gryzonie, gdy stanęły na tylnych łapach, większe były od człowieka. Przychodziły do osady nocą z pobliskich gęstwin, przedzierając się przez zabezpieczenia. Próbowały wedrzeć się do budynków, rzucały się na łodzie maruderów, którzy nie schronili się na czas w mocnych ścianach swoich domostw. Przez szczury życie nocne kwitło jedynie za pomocą komunikatorów. Choć tak naprawdę… wszyscy narzekali na niebezpieczne gryzonie, mało kto jednak pamiętał, że towarzyskie spotkania wyglądały tak na długo przed tym, jak intruzi zaczęli zapuszczać się w głąb osiedli. Już wcześniej ludzie zamiast tłuc się po nocy umawiali się na wieloosobowe konferencje. Siedząc w domach (każdy w swoim) sączyli swoje drinki – najczęściej jogurty owocowe w płynie lub wyjątkowo mocny sok z czarnej porzeczki – i bawili się wspólnie z holograficznymi obrazami 3D znajomych, wyświetlanymi przez komunikatory. Wracając do szczurów – najgorsze były pozostawiane przez nie bobki, które tonami trzeba było rano sprzątać z ulic.

Były jeszcze inne zagrożenia – olbrzymie psy, polujące na łodzie w ruchu. Te zwierzaki potrafiły być kilka razy większe od szczurów. Miały raczej łagodne usposobienie, ale gdy tylko zobaczyły mknącą w powietrzu łódź – z niewyjaśnionych przyczyn natychmiast puszczały się za nią pędem, usiłując schwytać ją zębami. Nie trzeba dodawać, że przy okazji tratowały wszystko, co stało na ich drodze.

Najgroźniejsze były jednak koty, nie wiadomo czemu nazywane dachowcami lub je…sierściuchami.  Wielkością usytuowane między psem a szczurem miały wstrętny zwyczaj polowania na ludzi. Te bestie czyniły to umyślnie i widać było, że sprawia im to wyraźną przyjemność. Niejednokrotnie sąsiedzi i przypadkowi gapiowie z przerażeniem patrzyli, jak wielki futrzak po sforsowaniu zabezpieczeń strąca w locie łódź lub wsadza do domu łapę przez otwarte okno; i zaczyna bawić się swoją ofiarą. Schwytany nieszczęśnik próbował uciekać, a wtedy je…sierściuch doganiał go w kilku susach i obalał znów na ziemię. Powtarzał tę zabawę do momentu, gdy ofiara nie miała już siły uciekać. A wtedy kot odgryzał człowiekowi głowę, bawił się jeszcze chwilę zmaltretowanym tułowiem, po czym w końcu je pożerał.

Do obrony osadnicy mieli tylko wyładowania elektryczne. O ile w domach mogli ich używać, dzięki niezwykle wydajnej sieci zasilającej, praktycznie bez przerwy, skutecznie odstraszając napastników; o ile baterie łodzi mogły wygenerować kilka naprawdę mocnych impulsów; o tyle jak ktoś z łodzi już wypadł, został wyciągnięty z domu lub poruszał się pieszo (taki przypadek zdarzył się tylko jeden w historii) – było już po nim.

Czasem prowadząc prace wykopaliskowe w poszukiwaniu źródeł energii natykano się w ziemi na różne relikty przeszłości. Wiele z nich znalazło zastosowanie w życiu codziennym, jak na przykład przedmiot, który dawniej nazywano żelazkiem świetnie sprawdzał się, po odwróceniu i zamocowaniu, jako pomocnicze kowadło (ale tylko te najstarsze, z żelazną stopą). Nic natomiast nie nadawało się do skutecznej obrony przed szkodnikami, które uprzykrzały ludziom życie.

W takim oto świecie żył nasz kowal. Dzień mijał mu za dniem na ciężkiej robocie. Jako że nie miał przyjaciół – wieczory spędzał samotnie. Był zresztą zbyt zmęczony, by cokolwiek jeszcze robić po pracy. Najczęściej po prostu wygaszał w domu wszystkie światła, odsłaniał pancerną roletę na oknie w półokrągłym sklepieniu swego domu i nadużywając zdradzieckiego soku z czarnej porzeczki – zasypiał.

Jednym z plusów jego pracy – odkąd ludzie zauważyli, że jego wyroby są zdecydowanie lepsze niż wyroby jego ojca czy babci – były prezenty. Choć przynoszono mu najczęściej to, czego inni nie potrafili użyć – on cieszył się z każdego podarunku. Wprawdzie miał cały magazynek gratów, których przeznaczenia nawet się nie domyślał, ale niektóre okazały się być całkiem przydatne – jak choćby wspomniane wcześniej stare żelazka.

Któregoś razu przyszedł do niego szef Dłubaczy. Dłubacze była to kasta poszukiwaczy złóż energii – jedna z najważniejszych w każdej osadzie. Plujwuj – bo tak się owa persona zwała – przybył wraz ze swą dziesięcioletnią córką Laluną po nową łódź pomysłu Zmierzwieja. Córka była już panną na wydaniu. Coraz częściej i coraz dłużej przebywała poza domem. Jako że Plujwuj był człowiekiem majętnym zafundował jej nowy środek transportu, zdecydowanie bezpieczniejszy od standardowych. Tajemnicą owego wynalazku był powiększony kadłub, który skrywał: dodatkową baterię, służącą wyłącznie do obsługi wyładowań obronnych, dodatkowe czujniki wykrywające szkodniki, oraz automatyczne osłony, które zamykały się błyskawicznie pod wpływem impulsu z czujników, chroniąc w ten sposób pasażerkę przed wypadnięciem z łodzi w czasie ataku psa lub kota.

Był to prototyp i Zmierzwiej z dumą prezentował jego zalety. Zastanawiał się nawet w trakcie budowy, czy dodatkowa bateria nie mogłaby zwiększyć zasięgu łodzi. Ale zarzucił ten pomysł jako bezsensowny – im dalej od osady tym więcej zagrożeń, więc po co to komu?

 Zleceniodawca był najwyraźniej zadowolony, panna zaś natomiast – wyraźnie znudzona. Interesował ją tylko kolor kadłuba, czy siedzenia są z odpowiednio wyszukanego materiału oraz czy linia łodzi jest na tyle odsłonięta, by było widać z daleka jej właścicielkę, gdy będzie pomykała nad dachami budynków.

Oprócz sowitej zapłaty Plujwuj wręczył kowalowi dziwny, zapakowany hermetycznie w nieużywaną od wieków zwykłą folię pakunek. Zmierzwiej pięknie podziękował za hojny dar, ni czorta nie mając pojęcia co to i po co; po czym złożył go tradycyjnie w magazynku z wykopaliskami. I zaraz potem wziął się ostro do roboty. Dziewoja bowiem nie omieszkała się od razu pochwalić przez komunikator swoim prezentem, zamieszczając jego model w sieci połączeń. A i jej ojciec dla podkreślenia swego statusu zaznaczył na tymże modelu od razu nowe, rewolucyjne rozwiązania. Teraz każdy chciał mieć taką łódź. A kowal nadal był tylko jeden.

Parę tygodni później (w trakcie których nie działo się nic nadzwyczajnego – koty zeżarły kilka osób, szczury połamały kilka zębów próbując przegryźć się przez grafenowe ściany, a władcy poważnie zastanawiali się nad wydłużeniem wieku emerytalnego do siedemnastego roku życia – co wzbudziło słuszne i powszechne oburzenie) nasz bohater znalazł chwilę, by przejrzeć swoje skarby. Jego wzrok zatrzymał się na podarunku w folii. Wziął do rąk pakunek, który wyginał się pod własnym ciężarem i rozdarł delikatnie osłonę. Kilka przedmiotów wysunęło się i upadło na podłogę. Podniósł jeden z nich. Przedmiot składał się jakby z wielu warstw nieznanego materiału, złączonych po jednej stronie. Cały był we wzory – powtarzające się, małe symbole i śmieszne płaskie rysunki. Te były najciekawsze. Przedstawiały dziwnie ubranych ludzi; jakieś nieznane maszyny i stwory. Patrząc na powtarzające się ciągi symboli przypomniał sobie, co oznaczały. Przed nastaniem Ery Wodnika, gdy ludzie byli jeszcze bardziej prymitywni niż teraz i nie było komunikatorów, które służyły zarówno do porozumiewania się, jak i przechowywania wiedzy używano pisma. Mówiła mu o tym babcia zaraz po narodzinach, gdy umysł kilkudniowego dziecka jest jeszcze otwarty na takie bujdy.

Kowal uniósł komunikator i wypowiedział „pismo”. Przed nim pojawiła się natychmiast chmura wypełniona znakami. Niektóre były podobne do tych z prezentu, inne nie przypominały ich wcale. Nadal jednak nic mu to nie mówiło.

– Jak rozszyfrować pismo? – zapytał komunikatora.

– Pismo składa się z liter. Litery poskładane w grupy to wyrazy. Wyrazy poskładane w logiczne grupy to zdania. Przykład: „A” to pierwsza litera alfabetu – rozbrzmiało z komunikatora. Chmura znaków zniknęła, w ich miejsce pojawił się jeden.

– To jest to „A”? – spytał Zmierzwiej, patrząc na trójwymiarowe figury przed swoim nosem.

– Tak jest. Małe „a” i wielkie „A”. Kontynuować? – upewnił się komunikator, podświetlając uprzednio przykłady.

– Tak – potwierdził człowiek, delikatnie przerzucając arkusze materiału i wyszukując na nich kolejnych liter. Po kilku minutach poznał cały alfabet. Po następnych kilkunastu czytał już powoli zdania. Po pół godzinie jego wzrok mknął po tekście z prędkością błyskawicy.

To, co tam wyczytał zbudziło w jego mózgu obszary dotąd uśpione. Były tam opowieści o niesamowitych przygodach ludzi i innych stworzeń, które im pomagały lub zagrażały. Zaczął je wyrywkowo przeglądać. Niektóre opowiadały o magii, którą ci ludzie (lub stwory) potrafili władać i o niesamowitych przygodach, które przeżywali. Inne historie mówiły o ludziach pływających swymi łodziami między gwiazdami, odwiedzających i zasiedlających inne planety. On i jemu współcześni ludzie nie wychylali się z osady nawet, by odwiedzić inną. Ci ludzie, których losy skryte były w piśmie nie tylko nie bali się podróżować pieszo przez góry lub swymi statkami w kosmosie (Zmierzwiej od razu sprawdził, kto zacz ów kosmos). Spotykali istoty stokroć gorsze od psów czy nawet kotów, a mimo to stawiali im czoła!

Uwagę Zmierzwieja przykuł jeden z rysunków. Potężnie zbudowany człowiek stał z jednej strony obrazka na lekko ugiętych kolanach. Na lewe ramię miał nałożoną nieregularną, stalową płytę, którą się osłaniał. Na głowie miał dziwną czapkę, która też wyglądała jak z metalu. Zresztą całe ubranie wyglądało na metalowe i strasznie niewygodne. A w prawej dłoni… W tej trzymał podłużny, stalowy przedmiot, zakończony ostrym szpicem. Naprzeciwko niego znajdowało się straszne stworzenie, o skórze pokrytej szarą łuską i ziejące ogniem. Płomienie omijały jego potwornie wielkie kły i rozpływały się na dwie strony metalowej osłony, za którą chronił się dużo mniejszy człowiek.

Kowal zaczął czytać opowieść zamieszczoną przy rysunku, zapominając o całym swoim świecie.  Czyli o rozpalonych piecach i narzędziach czekających w pomieszczeniu obok. I o zapotrzebowaniu mieszkańców osady na wytwarzane przez siebie towary.

Czytał o spokojnym królestwie, gdzie ludziom żyło się dostatnio. Do czasu, aż pojawił się straszny stwór ziejący ogniem, pożerający ludzi i zwierzęta. Dzielni ludzie zwani wojami lub rycerzami wyruszali, by pokonać poczwarę. Ginęli jednak jeden po drugim, bo ich broń była zbyt słaba i łamała się na pokrytej łuskami skórze potwora. Aż wreszcie żyjący na odludziu kowal… Kowal!

„Ta opowieść opowiada o kowalu! Takim, jak ja!” – pomyślał podekscytowany.

…kowal widząc, że wysiłki dzielnych rycerzy idą na marne pracował dzień i noc, by odkryć nowy metal, który pomoże pokonać bestię. Wreszcie zaprezentował rządzącemu osadą księciu swoje dzieło. Miecz, który wykuł ciął i przebijał wszystko, w co nim uderzył najdzielniejszy z książęcych wojów. Rycerz pokonał poczwarę i ludzie znów żyli sobie spokojnie.

– To kowale robili takie rzeczy? – mruknął nasz bohater sam do siebie, z niedowierzeniem kiwając głową – I to jeszcze z metalu?

W zamyśleniu zamknął przedmiot, który, jak się zdążył dowiedzieć z komunikatora, zwano czasopismem. Na pierwszym arkuszu widniał powiększony rysunek rycerza walczącego z poczwarą. Ten sam, który przykuł jego uwagę w środku. Na górze widniał napis: „Nowa Fantastyka”.

Tknięty nagłą myślą złapał naręcze metalowych przedmiotów ze schowka i wrzucił je do kadzi, w której podgrzewał materiał do tworzenia drutu. Gdy surowiec się rozgrzewał, sprawdził w komunikatorze, jak wykuć miecz.

Przy okazji z zaskoczeniem zauważył, że komunikator posiada znacznie więcej wiedzy o ludziach i ich dawnej historii, niż oni sami. Umysły rozleniwione dobrobytem, a potem angażowane tylko do użerania się z urzędnikami przestały funkcjonować tak, jak dawniej. Ludzie wykorzystywali tylko tę wiedzę, która była im potrzebna do codziennej, wygodnej egzystencji. Rewolucyjna część ich mózgu stwarzała tylko środki obrony przeciwko urzędom. Zapomnieli o wszystkim innym.

Zmierzwiej wylał roztopiony metal do naprędce przygotowanej formy, a gdy ten stężał – rozgrzał go ponownie i rozpoczął kucie. Uderzał młotem raz za razem, a za każdym uderzeniem przedmiot nabierał kształtu coraz bliższego wzorowi z czasopisma. Proces kształtowania i hartowania był żmudny i monotonny w porównaniu z wykuwaniem procesorów czy nawet grafenowych kadłubów łodzi, jednak już dawno kowal nie czuł takiej radości jak w momencie, gdy wreszcie wzniósł do góry oręż niemal identyczny z tym na rysunku.

Ostrze było długie na pół wzrostu dorosłego człowieka i – jak się po chwili okazało – piekielnie ostre i wytrzymałe. Bo choć receptura nic na ten temat nie mówiła, w trakcie kucia Zmierzwiej ulepszył technologię, odlewając połowę stali i mieszając ją z grafenem. Zamachnął się na kowadło zrobione ze starego żelazka i nagle połowa stalowej płyty upadła na podłogę z brzękiem. Ostrze cięło wszystko, w co uderzył – jak w opowieści.

Wskoczył do swej rzadko używanej łodzi i poszybował nad dachami domostw. Jako że mieszkał na obrzeżach, nie musiał szukać długo swego celu. Kątem oka dostrzegł, jak dorodny je…sierściuch wypada z kępy zarośli i olbrzymimi susami zmierza w jego kierunku. Skierował dziób pojazdu w jego stronę i gdy zwierz skoczył, by go złapać – sprytnym manewrem zrobił unik i ciął z całych sił mieczem. Ostrze zgoliło trzy kocie wąsy tuż przy nosie i rozcięło skórę na odcinku kilkudziesięciu centymetrów.

Je…sierści uch miauknął jak oszalały. Błyskawicznie się odwrócił i zwiał w krzaki jeszcze większymi skokami, niż w czasie ataku. Zmierzwiej dumny zatrzymał łódź, z podziwem patrząc na lśniące ostrze.

– Co to jest? – wyjąkał zaskoczony głos obok. Kowal odwrócił się i dopiero teraz zauważył, że za nim zatrzymało się kilka innych łodzi. Ludzie stali na ich pokładach i patrzyli na niego zszokowani. Musieli być świadkami zdarzenia. Pierwszy raz w życiu widzieli, jak kot porzuca swoją ofiarę i ucieka ze strachem.

– To miecz. Oręż dawnych ludzi. Dowiedziałem się o nim ze starego czasopisma, opowiadającego prawdziwe historie o tym, jak nasza rasa żyła przed Erą Wodnika.

– Jak się nazywa? – zapytał ktoś inny, z podziwem patrząc na błyszczące ostrze.

– Nowa Fantastyka – odpowiedział myśląc, że padło pytanie o tytuł czasopisma.

– Nowa Fantastyka, nowa fantastyka! – rozbrzmiewało wokół. Ze zdumieniem dostrzegł, że gapie mówiąc „Nowa Fantastyka” pokazują na miecz.

– Nie… – próbował wyjaśnić, ale oto coraz bardziej rozentuzjazmowany tłum zaczął wznosić okrzyki i przekazywać radosną wieść coraz dalej. Kolejne łodzie zatrzymywały się w pobliżu, a komunikatory w całej osadzie rozbłysły informacjami.

W paśmie informacyjnym pokazała się za chwilę przejęta twarz spikerki, która z trudem kryjąc emocje relacjonowała:

– W dniu dzisiejszym na terenie naszej osady doszło do niecodziennego wydarzenia. Kowal Zmierzwiej odparł atak wyjątkowo wielkiego je…sierściucha przy pomocy stworzonej przez siebie broni, zwanej „Nową Fantastyką”. Wkrótce poinformujemy, czy kolejne egzemplarze „Nowej Fantastyki” będą powszechnie dostępne dla mieszkańców naszej osady.

„No ładnie” – pomyślał kowal zrezygnowany – „Zamarzyły mi się bohaterskie czyny, a teraz już nigdy nie wyjdę z tej pieprzonej kuźni!”. Wtem zaczęło się dziać coś dziwnego. Świat stał się dziwny – odległy i zamglony. Zaczął drgać, pulsować i… zniknął.

Koniec

Komentarze

Okazuje się, Stalowoszary, że napisałeś opowiadanie na ABSURDALNY KONKURS, ale nie przeczytałeś regulaminu rzeczonego konkursu, o czym świadczy tytuł Twojego dzieła. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czas publikacji również…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bardzo mi przykro, ale niestety tekst nie zostanie uwzględniony w konkursie. Zostały złamane dwa punkty regulaminu. Czas na dodanie tekstu był do północy 31.05. Niestety opowiadanie także nie posiada żadnego z wymaganych tytułów.

Proponuję zdjąć tag konkursowy, ale tekst zostawić, kto będzie chciał, to go przeczyta.

Pozdrawiam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Życie w opisanej osadzie toczy się całkiem absurdalnie i pewnie wszystko byłoby OK, bo mamy tu także zwierzęta, których obecność z powodzeniem spełnia wymagania konkursu, tyle że Autor postanowił być oryginalny i zlekceważył dość ważny warunek – opatrzył opowiadanie własnym tytułem. Tytułem, który do snutej historii, moim zdaniem, ma się nijak.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia – błędy, nadmiar zaimków, nie najlepsza interpunkcja czy nie zawsze czytelnie zbudowane zdania sprawiły, że lektury nie mogę uznać za satysfakcjonującą.

Mam jednak nadzieję, Stalowoszary, że Twoje przyszłe opowiadania będą napisane zdecydowanie lepiej. ;-)

 

Ultra szyb­ki pro­ce­sor o struk­tu­rze 2 nm wy­szedł ide­al­nie… – Ultraszyb­ki pro­ce­sor o struk­tu­rze dwóch nanometrów wy­szedł ide­al­nie

Liczebniki zapisujemy słownie, nie używamy symboli.

 

od naj­młod­szych lat więk­szość swego czasu spę­dzał w kuźni… – Zbędny zaimek. Czy mógł spędzać w kuźni cudzy czas?

 

całe spo­łe­czeń­stwo osady miało by pro­blem… – …całe spo­łe­czeń­stwo osady miałoby pro­blem

 

gdy lu­dzie po upad­ku sta­re­go świa­ta za­czę­li żyć w nie­sa­mo­wi­tej sie­lan­ce, rasa ludz­ka za­czę­ła gnu­śnieć. Lu­dzie stali się… – Powtórzenia.

 

Po­tra­fi­li się cie­szyć każdą bła­host­ką; i roz­wią­zy­wać bez stre­su każdy pro­blem. – Co w tym zdaniu robi średnik?

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

uzna­li, że nie po­trzeb­ne im rządy ani wład­cy. – …uzna­li, że niepo­trzeb­ne im rządy ani wład­cy.

 

Stra­szo­no pe­ten­tów karą za nie zło­że­nie for­mu­la­rzy… – Stra­szo­no pe­ten­tów karą za niezło­że­nie for­mu­la­rzy

 

za prze­kro­cze­nie nic nie zna­czą­cych ter­mi­nów… – …za prze­kro­cze­nie nic niezna­czą­cych ter­mi­nów

 

Mogli by pew­nie ru­szyć dalej… – Mogliby pew­nie ru­szyć dalej

 

Osad było bez liku. Każda zor­ga­ni­zo­wa­na była w po­dob­ny spo­sób… – Lekki objaw byłozy.

 

bo dzię­ki swoim ko­mu­ni­ka­to­rom mieli stałą łącz­ność z in­ny­mi osa­da­mi. […] Osady utrzy­my­wa­ły ze sobą stały kon­takt… – Po co powtarzać to, co czytelnik już wie?

 

Ma­te­riał ten był ultra cien­ki i wy­trzy­ma­ły… – Ma­te­riał ten był ultracien­ki i wy­trzy­ma­ły

 

naj­gor­sze były po­zo­sta­wia­ne przez nie bobki, które to­na­mi trze­ba było rano sprzą­tać z ulic.

Jak się odbywa sprzątanie ulic tonami?

 

naj­gor­sze były po­zo­sta­wia­ne przez nie bobki, które to­na­mi trze­ba było rano sprzą­tać z ulic. Były jesz­cze inne za­gro­że­nia – ol­brzy­mie psy, po­lu­ją­ce na ło­dzie w ruchu. Te zwie­rza­ki po­tra­fi­ły być kilka razy więk­sze od szczu­rów. – Przykład nieco bardziej zaawansowanej byłozy.

 

pusz­cza­ły się za nią pędem, usi­łu­jąc schwy­tać zę­ba­mi. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

nie wia­do­mo czemu na­zy­wa­ne da­chow­ca­mi lub je…sier­ściu­cha­mi. – Brak spacji po wielokropku.

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Nie­jed­no­krot­nie są­sie­dzi i przy­pad­ko­wi ga­pio­wie z prze­ra­że­niem pa­trzy­li… – Nie­jed­no­krot­nie są­sie­dzi i przy­pad­ko­wi ga­pie z prze­ra­że­niem pa­trzy­li

 

panna zaś na­to­miast – wy­raź­nie znu­dzo­na. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Je…sier­ści uch miauk­nął jak osza­la­ły.– Brak spacji po wielokropku. Czy nowy oręż przeciął sierściucha?

 

W pa­śmie in­for­ma­cyj­nym po­ka­za­ła się za chwi­lę prze­ję­ta twarz spi­ker­ki… – W pa­śmie in­for­ma­cyj­nym po­ka­za­ła się po chwili prze­ję­ta twarz spi­ker­ki

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dawno temu był u nas konkurs na temat NF. Twój tekst pasowałby jak ulał. :-)

Nie bardzo widzę absurd. To, że psy i koty, a nawet szczury, urosły w stosunku do ludzi, to nic nadzwyczajnego. Wykuwanie procesorów na kowadle jest ciekawsze, ale jeszcze absurdalnej wiosny nie czyni.

Zgadzam się z uwagami Reg do warsztatu, ale trenuj dalej.

Babska logika rządzi!

Finkla – chapeau bas za spostrzegawczość! Nie zaglądam tu zbyt często. Tak było i wtedy, kiedy trwał wspomniany przez Ciebie konkurs na temat NF: zobaczyłem go późno, zacząłem pisać i nie zdążyłem. Nieobrobiony tekst leżał sobie “w szufladzie”. I znów w ostatniej chwili trafiłem na aktualny konkurs. Wbrew temu, co sądzą niektórzy ;-) przeczytałem regulamin. Ale absurd to absurd i mam nadzieję, że mistrz abstrakcji Salvador uśmiecha się gdzieś… z Dali. Wrzuciłem tytuł “z czapy”, a tekst z idealnym spóźnieniem jednej minuty. Ale nie tam, gdzie trzeba (nie mam wprawy), więc musiałem poprawić i stąd większe niż zamierzone opóźnienie.

Co do warsztatu – myślę, że nieco lepiej prezentują się “Stalowe Anioły”, które właśnie zamieściłem w opowiadaniach.

Dzięki za Waszą pracę, pochylenie się nad tekstem i zapraszam do lepszej – mam nadzieję – jakościowo i technicznie lektury!

 

pzdr, stalowoszary

Albowiem w świecie, w którym żyli[+,] grasowali groźni drapieżcy.

 

O ile w domach mogli ich używać, dzięki niezwykle wydajnej sieci zasilającej, praktycznie bez przerwy, skutecznie odstraszając napastników; o ile baterie łodzi mogły wygenerować kilka naprawdę mocnych impulsów; o tyle jak ktoś z łodzi już wypadł,

Dziwnie z tym powtórzeniem “o ile”

 

panna zaś natomiast – wyraźnie znudzona.

Zaś albo natomiast

 

W moim odczuciu twój warsztat nie jest doskonały, ale przyzwoity. Twój tekst czytało mi się całkiem płynnie, choć nie poczułem zbytnio absurdu. Zgodzę się, że umiarkowanie wesoła puenta byłaby idealna do konkursu poświęconego Nowej Fantastyce. Do “absurdalnego konkursu” już trochę mniej. W każdym razie – niestety (stety ;)?) nie dałem się porwać twoim sierściuchom.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Jest tu parę ciekawych, zaskakujących pomysłów, które moim zdaniem świadczą o Twojej bogatej wyobraźni.

 

Pod wątpliwość można poddać tu parę rzeczy – czy inteligencja rodzi się z ucisku (potem na szczęście rozwijasz tę kwestię) i czy brak chęci podlegania pod zwierzchnictwo jest oznaką inteligencji. Parę zdań poprawiłbym dla spójności tekstu – piszesz, że rasa ludzka zaczęła gnuśnieć, a potem że stała się życzliwa, wyluzowana, a jej poziom inteligencji wzrósł (to są sprzeczności moim zdaniem). Niektóre motywy wydały mi się natomiast wcelowane w dziesiątkę, szczególnie gdy chodzi o odwołanie do naszych czasów, np. stres ograniczający racjonalne myślenie.

 

Bardzo mi się podobają momenty, gdy stawiasz mocny akcent na końcu akapitu, wprowadzając nowy, intrygujący element, np.

(…) pasja gnębienia bliźnich

(…) uciec przed drapieżnikami

W takich momentach aż chce się czytać dalej.

 

Pododawałbym gdzieniegdzie przecinki, bo paru moim zdaniem wybitnie brakuje.

 

Niezwykle trudno moim zdaniem, szczególnie jeśli chodzi o fantastykę, zachować zdrowy balans pomiędzy opisywaniem wymyślonego świata, a opisywaniem historii. I moim zdaniem takie zmagania widać w Twoim tekście.

Plujwuj, Laluna, Zmierzwiej – to dobre imiona :)

Powodzenia w dalszym pisaniu. Myślę, że im więcej będziesz pisać, tym łatwiej będziesz zachęcać czytelników do wejścia w Twój świat.

Nowa Fantastyka