- Opowiadanie: Cień Burzy - Ostatni tydzień z życia nogi od stołu

Ostatni tydzień z życia nogi od stołu

Na szybko, na kolanie. Miałem nie, ale tak. Bo Ryba mnie podpuścił.

Wybaczcie wszyscy, zwłaszcza feministki i Enazetzistki.

 

Peace!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

gravel, Finkla

Oceny

Ostatni tydzień z życia nogi od stołu

Wiecie, czego najbardziej nie lubię? Nie tego, kiedy leżą, choć są cholernie ciężcy, zwłaszcza Genek. I raczej niepraktyczni. Turbulencje, które wywołują, też są w sumie do zniesienia, chociaż to żadna przyjemność. Ta brudna, lepka paćkanina? Śmierdzi bo śmierdzi, a jak zapomną powycierać od razu, robi się rzeczywiście nieprzyjemnie. Ale to wciąż nie jest najgorsze.

Najgorsze jest to, że Helcia zakłada kask.

Znaczy ja rozumiem, że to pomaga, bo głowa nie boli, kiedy się tak stuknie raz za czas, ale mnie w sumie obraża.

No bo że niby co? Że ja za mały jestem, żeby się pode mną byle sekretarka zmieściła, chudzina taka? Poza tym mnie to też sprawia przykrość, od spodu jestem bardzo delikatny, nienawykły do poszturchiwania.

Kiedy niemal tydzień temu jeden z takich aktów – gdzieś po piątym czy szóstym stuknięciu, gdy to się robi naprawdę irytujące – został przerwany nagłym wtargnięciem typa w kominiarce, z początku wybitnie się ucieszyłem. Tym razem mi się upiekło, pomyślałem. A i finał zabawy zapowiadał się ciekawszy niż zwykle.

– Pan jesteś tutaj prezes? – zapytał koleś w worku na głowie.

– Owszem, mój dobry człowieku. A pan jesteś niekulturalny; kto to widział, żeby tak zachodzić bez pukania. Zresztą nie byliśmy umówieni, zdaje się. Pani Helenko?

– Nłe, płnie płezeeee… ererer… sie – wybrzmiał wyraźnie stłumiony głos spode mnie. – Nie miał pan na dzisiaj zaplanowanych żadnych spotkań.

– Dziękuję, pani Heleno. Proszę wracać do pracy… Nie, nie, do TEJ pracy, jeszcze pani nie skończyła, zdaje się.

– Oczywiście, panie prezesie. Przepraszam.

Helcia lubiła swoją pracę, zwłaszcza odkąd zainwestowała w artykuły BHP i miętówki.

Kolejne stuknięcie.

Westchnąłem (powiedzmy).

– Będzie więc pan łaskaw zaczekać na zewnątrz, pani Helcia umówi pana na jakieś spotkanie w najbliższym dogodnym terminie, jak tylko… złapie chwilę oddechu. Tymczasem żegnam.

– A kiedy będzie ten najbliższy dogodny termin? – zapytał niezrażony gość. Wyczułem w jego głosie wyraźny sarkazm, ale Genek – na szczęście swoje i nieszczęście dla świata – odporny był na takie subtelności. Nawet te niezbyt subtelne.

– Hmmm… Pani Helenko?

– Neee jezdeee eena…. umh, przepraszam. – Blondynka w niebieskim, robotniczym kasku wyjrzała spomiędzy nóg Genka i powtórzyła, jednocześnie wertując mały notesik, który wygrzebała nie wiadomo (i lepiej nie wiedzieć) skąd: – Nie jestem pewna, ale zdaje się, że… za tydzień we wtorek pan prezes będzie miał czas. Czy godzina szesnasta trzydzieś… A nie, przepraszam. – Postukała znacząco w notesik. – O siedemnastej pan prezes jest umówiony na golfa, więc… środa, godzina trzynasta pana usatysfakcjonuje?

Jeśli Helcia odczuła zdziwienie na widok kominiarki zasłaniającej twarz petenta, to okazała je wyłącznie w ten sposób, że pozwoliła, by kask zsunął jej się nieznacznie na lewe oko.

– A może jednak porozmawiamy teraz, skoro już tu jestem, a pan, panie prezes, i pani, pani Helciu, nie zajmujecie się, jak widzę, żadną specjalnie… wielką sprawą? – Szyderstwo. Odkąd mieszkam w gabinecie Genka, usłyszałem je po raz pierwszy (bo kto odważyłby się szydzić z samego prezesa?). Pronto na moje szuflady. Prezes jednak, jak zwykle, zinterpretował wszystko po swojemu.

– No wie pan, jesteśmy tutaj z panią Helenką trochę… Pani Helu, proszę wracać do swoich obowiązków… – Sekretarka posłusznie zniknęła pod blatem, a prezes kontynuował: – W każdym razie to nie jest odpowiedni moment.

– Ależ proszę się mną nie przejmować! – Natręt usiadł bez zaproszenia w fotelu naprzeciwko Genka i przez chwilę zerkał pod „stół” czyli pode mnie.

Dla prezesa wszystko, co miało cztery, raczej nieruchawe nogi i blat, było stołem. Tak samo jak wszystko, co ma usta i wchodzi pod ten „stół” – czyli znowu pode mnie – jest sekretarką, a każde stworzenie, które posiada ogon i lubi nim merdać, to po prostu pies. Bo podział na rasy, imiona czy inne tego typu bzdury, to idiotyczne utrudnienie i cokolwiek zbędna komplikacja w życiu prezesa. A prezes nie lubi rzeczy skomplikowanych.

I tak to trwało chwil kilka. Obcy w kominiarce patrzył, jak sekretarka z prezesem pracują, ale bez szczególnie wielkiego zainteresowania, narrator nieugięcie pozostawał „stołem”, tudzież „stół” narratorem, a czytelnik zapewne zastanawiał się, skąd taki niecodzienny – żeby nie powiedzieć: bzdurny – podział ról.

Odpowiedź, kiedy już się ją pozna, okazuje się zaskakująco prosta: a no bo tak!

(Genek byłby ze mnie dumny).

Koncepcja zakłada jednak, że nie wszyscy podzielają prezesa poglądy na sprawy fundamentalne, więc Autor – pod groźbą wymyślenia splotu wydarzeń, przez które w nieodległej przyszłości stracę kolejną nogę – przymusza mnie do rozwinięcia kwestii.

No więc stół jest narratorem, a narrator stołem, ponieważ historia jest warta opowiedzenia – a może nawet i wysłuchania – a nikt inny nie został. Genek zupełnie się do jej przedstawienia nie nadaje, bo to Genek, Helcia, jak już wiemy, jest odrobinę zajęta, typ w kominiarce się ulotnił, a wiszący na ścianie ryba jest wypchany słomą i trocinami, więc – czy mu się to podoba, czy nie – został zdegradowany do roli niemego obserwatora, łypiącego z góry na całą scenę z ikrą w oku. Został co prawda jeszcze kubek zaśmiecający mój blat, ale bądźmy poważni: kto chciałby słuchać opowieści kubka z kawą?

Poza tym możecie uznać, że to zeznania ofiary.

– No więc, panie prezes – podjął po chwili niesmacznego milczenia petent – przyszedłem po pieniądze.

Genek zmarszczył brwi. A właściwie, to jedną brew [Bo Genek, rozumiecie, miał pewien wstydliwy sekret (czas przeszły jest tu jak najbardziej na miejscu, ponieważ właśnie zamierzam Wam ten sekret wyjawić – było nie rozlewać wczoraj kawy, prezesie): otóż Helcin szef był jednobrwiowcem. Oczywiście nikomu się nie przyznawał do tego, że jego brew jest spójna i zwarta niczym amazońska dżungla, kpiąca sobie z granic między Brazylią a Peru… A zasadniczo, to ta brew nawet nie do końca jest brwią. Jest czymś… czymś bardziej niż brwią. To coś w rodzaju łańcuszka włosów ciągnącego się aż do skroni i okalającego łysinę czoła. Okropieństwo, mówię Wam. Nic dziwnego, że Genek trzyma to w tajemnicy].

– Pani Helciu?

– Mmmhhhuummm?

– Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale czy w naszym banku wypłacaniem pieniędzy nie zajmują się w… dziale obsługi klienta? Albo w kasie? Albo… – Jedna wielka brew marszczy się o wiele efektowniej (i efektywniej), niż dwie byle jakie.

Sekretarka pokiwała głową. My tego, co prawda, nie widzimy, ale prezes poczuł wyraźnie, więc uśmiechnął się, zadowolony.

– Tak więc, szanowny panie, trafił pan w niewłaściwe miejsce. Obsługą klientów zajmuje się…

– Pan nie rozumie… – Impertynencja typa w kominiarce, bezczelnie przerywającego samemu prezesowi w pół zdania, dosłownie nie pomieściła się w percepcji rzeczonego prezesa, więc zakrztusił się nią na chwilę wystarczająco długą, bym mógł machnąć tym opisem i by gość dokończył swoją myśl: – Ja nie jestem waszym klientem… Nad czym, prawdę mówiąc, szczerze ubolewam, ponieważ oferują państwo konto osobiste na naprawdę rewelacyjnych warunkach… I te karty debetowe z koliberkiem…

– Ach, więc chce pan założyć u nas konto? – Helcia tym razem pamiętała, że nieładnie jest mówić z pełną buzią. – W takim razie musi pan…

– Ależ nie, pani Helenko. – Typ w kominiarce zastanawiał się przez chwilę, czy zajrzeć znów pod mój blat, by móc spojrzeć rozmówczyni w oczy, ale w końcu taktownie zrezygnował. – Nie chcę otwierać konta… Chcę po prostu dostać pieniądze.

W tym momencie Genek jęknął. Powiedziałbym Wam, co naprawdę wywołało ów odgłos, średnio przyjemny nawet dla kogoś, kto nie ma uszu, ale myślę, że dla wszystkich będzie lepiej, jeśli kwestia ta zostanie niedopowiedziana. Usłużnie szepnę tylko, że opcji jest kilka: zdziwienie, zdziwienie Helci (opcja sadło-masło), atawizm i po prostu niechęć szczera, wywołana myślą o oddawaniu komuś pieniędzy… Wybierzcie sobie, co najbardziej Wam pasuje.

– To ja może wyjaśnię – podjął po chwili pełnego konsternacji milczenia petent. – Z żalem niejakim i stosowną dozą obrzydzenia zarówno do siebie jak i czynu, którego się właśnie dopuszczam, pragnę państwa poinformować, że niniejszym napadłem na waszą placówkę z bronią w ręku i zmuszony jestem w sposób kategoryczny żądać wypłaty całej gotówki, jaka znajduje się w sejfie. Tak więc, jeśli można prosić, panie prezes…

I nic. Cisza. Zero. Nul (nawet mlaskanie ustało).

– Napad i rabunek? – odparł w końcu Genek, poszturchiwany lekko przez zdenerwowaną Helcię. Nagle poczerwieniał i obrzucił bandytę spojrzeniem, które (w ten czy inny sposób) utorowało mu drogę na szczyt szczytów jego, w gruncie rzeczy niewielkiego, świata. – Jak pan śmiesz! – ryknął, opluwając mnie flegmą wciąż pachnącą kawą. – Co za bezczelność, zawracać mi głowę takimi rzeczami! Nie po to zatrudniam pięć czy sześć… Pani Helciu?

– Pięć, panie prezesie. I pragnę przypomnieć o Ku… dyrektywie…

– Dziękuję. I ma pani oczywiście rację, przepraszam najmocniej – uprzejmie odparł Genek, a potem znów zwrócił się do petenta: – Nie po to zatrudniam pięć kasjerek, czy jak je tam nazwać, żebyś pan przychodził właśnie tutaj i groził akurat mnie! Co to za porządki w ogóle?! No ja nie wiem, zero kultury w narodzie! Co pan, filmów nie oglądasz? Proszę natychmiast zejść na dół i załatwić to jak należy!

– Brawo, panie prezesie! – Helcia zaczęła energicznie klaskać, wciąż zabunkrowana pode mną. – O, przepraszam…

– Pani Helciu, na przyszłość proszę ostrożniej, to naprawdę bolało! – Genek skrzywił się okropnie, a potem znów spojrzał na intruza. – No, co pan tu jeszcze robi?

– Przykro mi – odparł zmieszany bandyta – ale nie mogę spełnić pańskiej prośby. Z kasjerką już rozmawiałem i odesłała mnie tutaj, do pana.

– Hmmm… Doprawdy? A dlaczego, jeśli wolno spytać?

– Powiedziała, że nie ma kompetencji do obsługi napadów i innych nadzwyczajnych sytuacji i nie podejmie się odpowiedzialności za wydanie mi całej gotówki… a poza tym ma właśnie przerwę na obiad, więc nie może mi pomóc. Poradziła jednak, żebym udał się bezpośrednio do pana, panie prezes.

– Rozumiem. Kojarzy pan może, która to kasjerka?

– Oczywiście. Katarzyna Rogalik, pracuje przy stanowisku numer dwa. Brunetka pod czterdziestkę, choć może ciut starsza, trudno to dokładnie stwierdzić, bo to niezwykle elegancka i zadbana kobieta. Niewysoka, kształty pełne acz bez odchyłów, oczy piwne, uśmiech ładny, uwodzicielski lecz nienachalny, taktowany na lekko przygryzioną dolną wargę, dołeczek w brodzie ale nie na policzkach, co zdarza się raczej rzadko, perfumy o zapachu jaśminu z nutką wiśni i chyba… – Typek zamknął na chwilę oczy i uniósł głowę do sufitu; wypisz wymaluj pomnik człowieka myślącego intensywnie. – …jakiegoś cytrusa. Bardzo ładne w każdym razie. Głos przyjemny, melodyjny, niemal czysty sopran, paznokcie krótkie, równo obcięte, pomalowane bezbarwnym lakierem, raczej niepaląca, bez obrączki.

– Dziękuję. Pani Helciu.

– Słucham, panie prezesie?

– Kiedy pani skończy, proszę zawołać na słówko panią Katarzynę.

– Oczywiście, panie prezesie.

 

Trzy uderzenia głową w blat później…

 

– Przepraszam pana… – Helcia przecisnęła się koło bandyty, otrzepała kolana, zdjęła kask, poprawiła grzywkę i ruszyła w stronę drzwi.

– Pani Helciu – Genek zatrzymał ją w chwili, gdy dotknęła klamki – skoro już pani idzie, to proszę przy okazji zrobić mi nową kawę. Ta już wystygła.

– Oczywiście, panie prezesie.

– Dla mnie również, jeśli można prosić. Rozpuszczalną. Jeśli w szklance, to z dwóch łyżeczek, jeśli w kubku, to z dwóch i pół. Do tego dwie łyżeczki cukru, jedna kopiasta, druga płaska, i kilka kropel mleka.

– Obawiam się, że mamy tylko śmietankę. – Helcia uśmiechnęła się, w teorii, słodko. Coś jednak nie zadziałało, więc szybko wyjęła miętówkę, pociumkała chwilę i znów się uśmiechnęła. Tym razem orzeźwiająco. – Może być śmietanka?

– Eeee… Może innym razem. Dziękuję, pani Helciu.

– Ależ proszę, panie…

– O, przepraszam, nie przedstawiłem się, osioł ze mnie… To pewnie przez te nerwy, w końcu nieczęsto napada się na banki… – kryminał podrapał się z zawstydzeniem po kominiarce.

– Nic nie szkodzi, panie Osioł.

– Ale ja… – zaoponował Osioł, ale sekretarka zniknęła już za drzwiami.

Genek uporał się tymczasem z suwakiem i prześwidrował gościa spojrzeniem tyleż uważnym co i ciekawości pełnym.

– Więc chce pan napaść na mój bank?

– Owszem, chcę. A uściślając, to już napadłem. Jeszcze raz przepraszam za kłopot…

– Nie szkodzi, nie szkodzi, klient nasz pan, jak to mówią… Na co chciałby pan przeznaczyć ukradzione pieniądze, jeśli wolno spytać?

Osioł – tak naprawdę pod innym imieniem gościa nie znam – spuścił głowę z zawstydzeniem. Nawet przez kominiarkę było widać, że się czerwieni jak tyłek Helci po (raczej nieudanych) eksperymentach z pejczykiem.

– Ja… tego… – wydukał w końcu. – Jestem… eee… wynalazcą tak jakby… i…

– Proszę mówić śmiało, jesteśmy profesjonalnym i przyjaznym bankiem, traktujemy naszych klientów z pełnym szacunkiem i powagą… No i, nie zapominajmy, że mamy te śliczne karty debetowe z koliberkiem, pierwsze miejsce w rankingu mody bankowej magazynu „Profit”.

– Dziękuję. – Osioł wyraźnie się uspokoił. – No więc jestem wynalazcą i chciałbym opatentować mój najnowszy, zapewniam, że ze wszech miar genialny wynalazek. A to kosztuje, niestety. Muszę też trochę jeszcze nad nim popracować… Wie pan, można by zwiększyć wydajność, wprowadzić zmiany kosmetyczne, zmniejszyć rozmiar, może kiedyś, w przyszłości, wersja „Kids”, w kolorowej obudowie… Na to, niestety, też trzeba pieniążków, a z mojej pensji kasjera na stacji benzynowej, której nazwa składa się z dwóch Bardzo Podobnych literek, nie uciągnę projektu…

– Rozumiem, rozumiem. Ale przejdźmy do rzeczy. Będzie pan łaskaw zdradzić, cóż to za wynalazek?

– Oczywiście! Chętnie panu zaprezentuję! – Osioł wyjął z kieszeni coś, co wyglądało jak telefon komórkowy, który już w czasach mojej młodości budził uśmiech politowania; niezgrabną cegłę z długą antenką. Rzecz nie miała jednak ekranu ani klawiszy, tylko jeden wielki, oblany gumą, czerwony guzik. – Oto… Dezintegrator Ultracząsteczek Para-Atomowych w skrócie…

– No no, tylko bez takich, proszę! Tutaj obowiązuje unijna norma prowadzenia rozmów: Kultura u Podstaw Komunikacji Absolutnej, w skrócie…

Skrót jaki jest, każdy widzi, jednak Genkowi nie dane było go zaprezentować na głos, albowiem w tym właśnie momencie rozległo się charakterystyczne pukanie, zwiastujące zazwyczaj… no tak, pukanie. Genek przerwał, przeprosił i zawezwał czającą się po drugiej stronie wrót postać. A raczej postaci, ponieważ do gabinetu weszły aż dwie przedstawicielki płci nadobnej. Jedna pachniała jaśminem, wiśniami i cytrusem, a druga – miętówkami.

– Panie prezesie, panie Ośle, kawy dla panów. – Sekretarka położyła tacę na moim blacie, łaskocząc przy tym delikatnie stosem kartek papieru, które musiała przesunąć, by zrobić miejsce.

– Dziękujemy, Pani Helciu. Pani Katarzyno.

– Panie prezesie? – Jaśmin zapachniał intensywniej, bliżej mnie.

– Pani Helciu, proszę.

– Oczywiście, panie prezesie. Ekhem… Za zachowanie zdrowego rozsądku i zimnej krwi w sytuacji kryzysowej, pan prezes przyznaję pani jednorazową premię w wysokości pięćdziesięciu nowych polskich złotych…

– Dziękuję, panie prezesie.

Katarzyna umilkła niemal od razu, a mimo to Genek uniósł dłoń w geście informującym, iż – jak ująłby to autor dyrektywy – uprasza się o nieprzerywanie, ponieważ mówca jeszcze nie zakończył perorować. Potem wskazał na Helenkę, a ta mówiła dalej:

– Jednakże, z racji tego, iż swoimi decyzjami naraziła pani na bezpośrednie niebezpieczeństwo swojego przełożonego… bo jest pan niebezpieczny, panie Osioł? – Tu sekretarka zwróciła się do bandziora, a gdy ten trochę zbyt gorliwie pokiwał głową, kontynuowała: – Tak więc za narażenie przełożonego na niebezpieczeństwo, pan prezes zwalnia panią w trybie dyscyplinarnym i natychmiastowym. Oczywiście z trzytygodniowym wypowiedzeniem, miesięczną odprawą i bez wpisu do papierów. To chyba wszystko?

– Tak jest. – potwierdził Genek.

– Dziękuję, panie prezesie. Pani Helciu, panie bandyto. – Katarzyna ukłoniła się wszystkim obecnym i wyszła.

– Widzi pan, jak miło i przyjemnie, odkąd Unia zadbała o kulturę w pracy? A wracając do tematu, na czym stanęliśmy? Aha… Ten pański Dezatomowiacz…

– Dezintegrator Ultracząsteczek Para-Atomowych – poprawił Osioł. – W skrócie…

– Prosiłem o coś…

– Przepraszam…

– No więc, co to cudeńko robi?

– No… dezintgruje. Wszystko i wszystkich. – Niezrozumienie na gębie Genka było tak malownicze, że warto by uwiecznić dla potomności. Osioł spróbował więc inaczej: – Anihiluje… Eeee… po prostu sprawia, że rzeczy przestają istnieć… Dzięki temu cudeńku atomy, z których składa się każda materia, po prostu… odklejają się od siebie. Pan sobie wyobrazi wieżę z klocków, która nagle rozpada się na osobne elementy… Tak to mniej więcej działa.

– Hmmm… No dobrze, a do czego to potrzebne?

– No… Z tych klocków można zbudować od nowa coś zupełnie innego. Albo po prostu pozbywać się niechcianych rzeczy. Dezintegrator to, między innymi, rozwiązanie problemu odpadków na świecie, grożących zawaleniem się budynków i…

– Pan wybaczy, że mu przerwę, ale to jakieś bzdury są. A nas interesują tylko poważne inwestycje z poważnymi kontrahentami.

– Ale…

– Żadnych ale! Nie pozwolę się okraść dla jakichś pańskich fanaberii. Jeśli dopił pan kawę, to proszę natychmiast opuścić mój bank! Do widzenia!

– Słuchaj pan, to jest napad i to ja tutaj dyktuję warunki! Niech mnie pan nie zmusza, żebym użył przemocy! – Rozjuszony Osioł wstał i wycelował w Genka telefonem.

– Grozi mi pan? – warknął prezes.

– Od samego początku! Poproszę pieniądze!

– A czym mi pan grozi, jeśli łaska?

– Dezintegratorem, oczywiście!

– No tak, oczywiście… – mruknął Genek. – Pan pozwoli, że go wyśmieję?

– Chcesz się pan śmiać? Proszę bardzo! Ale zobaczymy, czy będzie panu do śmiechu, gdy zmienię pana w kosmiczny pył!

– Litości… tą zabaweczką mnie pan straszysz? Pani Helciu, pani odprowadzi tego dżentelmena do drzwi.

– Mam udowodnić panu, że dezintegrator dział?

– O, ależ proszę!

I nagle Osioł, bez ostrzeżenia, przytknął to swoje coś do mnie i nacisnął guzik.

Nie poczułem zupełnie nic.

– No i? – spytał rozbawiony Genek. – Jakoś nie widzę kosmicznego pyłu…

– Chwileczkę… – wynalazca wyjął kalkulatorek z kieszeni i coś wypipkał. Potem postukał mnie po blacie i zapytał: – Orzech, prawda?

– Mahoń.

– No tak, tak, oczywiście… – Osioł pipkał dalej. – W takim razie dezintegracja nastąpi za… sto siedemdziesiąt trzy godziny i dwanaście minut, czyli za jakiś tydzień… W dodatku będzie tylko częściowa… No co? – zapytał, obrażony, gdy Genek prychnął. – Mówiłem, że muszę to jeszcze dopracować!

– Więc może… niech rozklei pan coś mniejszego? – podsunęła uprzejmie Helcia.

– Eeee… Nie da rady. Bateria jest ze starej motoroli i już chyba padła.

– W takim razie wróć pan terroryzować mnie za tydzień! – zarechotał Genek. – Tymczasem aufwiderzejen!

– A pewnie, że wrócę! I wtedy zobaczymy, kto się będzie śmiał! – Osioł złapał za klamkę i już miał wyjść, ale nagle odwrócił się i szepnął do Helci: – Niech pani pamięta o kasku.

 

***

 

To było tydzień temu. A dzisiaj mamy dzisiaj. Czuję się świetnie, miło, że py…

Nagle, bez ostrzeżenia, świat się wykoślawił.

Nie wiedziałem, co się stało. Słyszałem tylko łamiące dyrektywę inwektywy Genka i krzyk Helci, która, na szczęście, nie zapomniała o kasku.

Wszystko stało się jasne, gdy po chwili rozległo się pukanie do drzwi.

– Dzień dobry, ja po pieniądze…

Koniec

Komentarze

Napisane, jak to zwykle u Ciebie, bardzo zgrabnie. Piórko masz lekkie niczym chmurka – pasuje idealnie do tekstów humorystycznych. Dowcipasy udane, pośmiałam się, śmiech to zdrowie, zdrowie to radość, ergo – jestem kontent z lektury. 

 

Nie po to zatrudniam pięć kasjerek, czy jak je tam nazwać, żebyś pan przychodził właśnie tutaj i groził akurat mnie!

Faworyt. 

 

I pomysł na narratora miałeś niebanalny, co tylko dodaje całemu opowiadaniu absurdalnego smaczku. Na plus także prześmiewczość tekstu, fajne ogranie – czy też raczej odegranie w krzywym zwierciadle – stereotypów: prezesa i sekretarki. 

No, dobrze się bawiłam przy lekturze. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Jak na opowiadanie pisane na kolanie, może być, natomiast jak na Twoje możliwości, Cieniu, zaledwie tak sobie.

Opowieść stołu, niestety, nie uwiodła mnie. Co prawda absurdu mamy tu dostatek, żartów również, tyle że ten rodzaj humoru jakoś tak niespecjalnie mi się podoba i całkiem mija się z moim gustem. Taki mało wyszukany, strasznie  prościutki mi się zdaje i raczej nieśmieszny. No, ale to pewnie skutek pisania na kolanie.

 

Naj­gor­sze jest to, że Hel­cia ubie­ra kask. – W co Helcia ubiera kask???

 

za­mie­rzam Wam ten se­kret wy­ja­wić– było nie roz­le­wać… – Brak spacji przed półpauzą.

Zaimek wam, pisałabym małą literą. Stół nie pisze listu, stół opowiada.

 

otóż hel­cin szef był jed­no­br­wiow­cem. – …otóż Hel­cin szef był jed­no­br­wiow­cem.

 

na­pa­dłem na waszą pla­ców­kę z bro­nią w reku… – Literówka.

 

cięż­ko do­kład­nie stwier­dzić… – …trudno do­kład­nie stwier­dzić

 

po­mnik czło­wie­ka my­ślą­ce­go in­ten­syw­nie. – ja­kie­goś cy­tru­sa. – …po­mnik czło­wie­ka my­ślą­ce­go in­ten­syw­nie. – Ja­kie­goś cy­tru­sa.

 

w końcu nie czę­sto na­pa­da się na banki… – …w końcu nieczę­sto na­pa­da się na banki

 

– Słu­chaj pa, to jest napad… – Pewnie miało być: – Słu­chaj pan, to jest napad

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, dziewczyny.

 

Jakkolwiek milej było mi czytać komentarz Gravelki, to jednak bardziej utożsamiam się z opinią Bogini. Sugestie i poprawki, chyba wszystkie jak leci, wzionem sobie do teksta.

I nie będę się tłumaczył kolanem. A jeśli już, to na pewno nie swoim.^^

Generalnie, coś słabo u mnie z formą ostatnio. A z treścią – mam wrażenie – jeszcze gorzej.

 

Dzięki za wizyty, czytanki i komentarze.

Kłaniam się piknie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Parę razy się uśmiechnąłem choć humor nie do końca mi odpowiadał. Na plus że sprawnie napisane i czyta się naprawdę bardzo szybko.

 

 

I teraz nie wiem…. Czy fakt, że największym plusem opowiadania jest, że czyta się je naprawdę szybko, to na pewno komplement?^^

 

Dzięki za wizytkę.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Byłem.

Podziwiam poświęcenie pani Heli! I rybę , wypchaną, martwą …

 

Lubię twój barok słowny, bo przeważnie  jest orzeźwiająco radosny. I tu też odnajduję twój  charakterystyczny styl, ale imo, przegadałeś dowcip. Jest absurdalny,  ale pointy podawane są rozwlekle i dosadnie tam, gdzie prosi się o krótsze i bardziej niedopowiedziane fragmenty: ot przy jeku dyra, przy klaskaniu Helenki itd. Pomysł-zamysl zdaje się  być zacny, samograj na nonsens, aleś go nie wycisnął tak, jak drogą sobie rzecz wyciskasz! :-)

Znaczy, możesz bardziej. I wcale ta wypchana ryba nie wpłynęła na osąd, co to to nie, prze-ż obiektywny jestę do pierwszego bula! ;-) 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Kolejny absurd w mój dyżur, a ja taka nie absurdowa (nie mylić z absurdalna)…

 

Czy muszę przypominać, że napisane leciuchno i samoczytająco? Z tej strony taka lektura to sama przyjemność. Było kilka miejsc, gdy uśmiechnęłam się. Dla mnie genialny jest ten fragment:

Powiedziała, że nie ma kompetencji do obsługi napadów i innych nadzwyczajnych sytuacji i nie podejmie się odpowiedzialności za wydanie mi całej gotówki… a poza tym ma właśnie przerwę na obiad, więc nie może mi pomóc.

Jednak w którymś momencie odniosłam wrażenie, że zaczynasz przynudzać, gdy ciągnąłeś i przeciągałeś… znaczy przegadywałeś.

Jedno jest pewne – źle nie było, ale wiem, że potrafisz znacznie lepiej.

Moja rada na przyszłość – daj się podpuszczać wcześniej, żeby nie było na ostatnią chwilę (kolana się czepiać nie będę) :)  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A mnie się podobało. Narrator miodny, niełatwo pisze się z punktu widzenia czegoś tak nieludzkiego. Za to dobrze postawiony. Zakończenie zaskoczyło, humorek jest.

wiszący na ścianie ryba jest wypchany słomą i trocinami,

Ale dlaczego ryba jest rodzaju męskiego? Czyżbyś tam Psycho powiesił w ramach zemsty za podpuszczanie?

Babska logika rządzi!

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przybyłem i będę pyskował.

 

Najpierw bemik (i nie, że podlizuję się Jurce, nie nie) – na to piękne serduszko jedną tylko godną znajduję odpowiedź: .

 

Rybo, ja rybę wypchał trocinami i czymś tam jeszcze, żeby za dużo nie gadała, bo dopiero było by przunudzania, że w limit ptaszek ćwierknął – już Ty wiesz najlepiej, jakie te ryby wyszczekane – a nie zaraz, że martwa. Zresztą gdzie martwa, jak tu nawet stół zażywny? I niechaj doszukuje się w tym odpowiedzi, kto pytał.

Przynudzanie i przegadywanie owszem jest, w dodatku w pełni świadome. Koncept to obmyślany jako kontrapunkt dla typowych napadów na bank gdzie wszystko wygląda tak: (Czas start!) Ręce do góry, majty w dół, pieniądze na stół! Trach, trach!, Bam bam! Ijo, ijo, ijo, ijo…! (Czas stop!). Ergo – jeśli jest to błąd, to w zamyśle, nie w sztuce.

Dziękuję za wizytację i odczytelniczych słów kilka. Dla Fifi szczególnie niski ukłon za bibliotekę, oraz podszyty pisarską satysfakcją uśmiech, tyleż szczery co i szeroki.

 

Na przyszłość jednak raczej nie będę dawał się podpuszczać wcale.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, ten kontrast prędkości był ok, chodziło mi o niektóre partie narracyjne :-)

Masz się dawać podpuszczac i dopieszczać teksty, lajzo ty, pretekstow ty mi nie szukaj! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Co ja zrobiłam, że zasłużyłam na Burzę Cienia? Oczko puszczam tu i tam, a w zamian burę zbieram… [chlip]

Już sobie idę i nie będę się więcej odzywać…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ależ Śpioszko, co Śpioszka? Jaką burę, jaką Burzę? Nadinterpretacja, powiadam! Nadinterpretacja!

 

Rybko, zamień się w syrenkę, a podpuszczanie pójdzie Ci lepiej… i efektowniej.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Współczuję.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, Cieniu. Dobry Cieniu. Ryba z ikrą w oku?! I ja bym posłuchała, co to kubek z kawą powie, niech stół się tak nie sadzi ;) ale ten, no, koniec notatek z lektury, teraz będzie opinia całościowa. Napisane przyjemnie, wiadoma rzecz, ale jednak za długo na puentę taką, niemal jednozdaniową. I chyba nielogiczność się wkradła, kiedy stół powiedział tak: Genek zupełnie się do jej przedstawienia nie nadaje, bo to Genek, Helcia, jak już wiemy, jest odrobinę zajęta, typ w kominiarce się ulotnił – wcale się przecież nie ulotnił!

Sekretarka to nie wiem, czy życiowa, ale design dezintegratora i kasjerki owszem, za co dzięki.

Zupełnie rozminęłam się z tym tekstem. Niestety dla mnie początek był obrzydliwy. Do tej pory mam niesmak i krzywię się na myśl o sekretarce pod biurkiem. A feee! Biedne biurko. To jemu w szczególności współczuję. 

Ogólnie pomysł nie był zły i absurdu sporo, ale ten początek… Okropna wyobraźnia. 

Zakończenie też jakoś szczególnie mnie nie powaliło. Tekst można by było spokojnie skrócić.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Myślę, że dobrze się bawiłeś, pisząc ten tekst. Opowiadanie w formie gawędy bywa ryzykowne, zwłaszcza gdy porusza tematy damsko-męskie, a ty akurat jesteś mężczyzną. Trzeba się wtedy wstrzelić w poczucie humoru odbiorców i trochę ich znać. Moim zdaniem to trudne zadanie.

Dziewoje miłe, Nimrodzie szanowny – odczekałam już chyba dostatecznie długo, by nie musieć wdawać się w jakiekolwiek polemiki i dyskusje, a miast tego móc zwyczajnie podziękować, prawda?

Tak więc dzięki Wam za odwiedziny, przykro mi że rozczarowałem i obrzydziłem (nie wiedziałem, żeś taka wrażliwa, Morgi) ale tak – bawiłem się przy pisaniu zupełnie nieźle.

 

Peace!

 

A nielogiczność stąd, że początkowo pisałem pod inną koncepcję, ale tekst mi się nie dość, że sfrankensztajnił, to jeszcze zaczął wykazywać wolną wolę. Wyszło więc, jak wyszło.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka