- Opowiadanie: Blue_Ice - Kot

Kot

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Kot

Georg lubił chodzić do baru Dwa Kotlety. Oswoił właścicieli na tyle, że zawsze znalazł się dla niego mięsny kąsek spod kontuaru. Poza tym, rozpoznawał w nazwie słowo „kot”.

W Dwóch Kotletach Georg polował na słowa, które uciekały ludziom. Stolikowe rozmowy były przecież jak kłębek wełenki: naprzemiennie ktoś nawijał, a ktoś inny trzymał za słowa, czasami jednak kłębek wymykał się z rąk i zaczynał toczyć sam, skręcając gdzieś na boki, aż napotykał na opór, docierał do ściany. Georg od razu rozpoznawał rozmówców, których to spotkało. Podchodził do nich, a wtedy zaczynało się wspólne głaskanie, pojawiały uśmiechy. W ten sposób przywracał im słowa.

To właśnie na progu tego baru odbyła się znacząca rozmowa z Panem Szczęśliwym. Był to mężczyzna z okrągłą twarzą i małymi, świdrującymi oczkami, którymi – Georg był o tym przekonany – widział na tyle mało, żeby być sobą. Jak wielu samotnych ludzi w Litestad, Szczęśliwy uprawiał tak zwany „koting”, mianowicie chodził po barach i przymilał się do ludzi.

Tego dnia, kiedy mijali się w progu baru, Szczęśliwy powiedział do Georga:

– Wiem, że masz duszę człowieka. Tylko jak to udowodnić, co? Ha ha ha!

A więc Szczęśliwy wiedział!

Georg dawno już zorientował się, że nadzwyczajnie rozumie ludzi – nie wszystkich, no ale w końcu ludzie często sami siebie nie rozumieli. Jako zwierzę myślące, miał posłuch wśród okolicznych domowych czworonogów, a i dzikie bestie z lasu czy małe, wodne potworki bały go się jak ogoniastego lucyfera. Ludzie też odnosili się do niego z poważaniem.

Od kiedy skończył rok, zmienił się z bywalca tylko jednej kanapy w kota wolnego i niezależnego. Owszem, zawsze wracał do Państwa Ce, ale wszyscy wiedzieli, że jest panem całego Litestad. Przychodził i odchodził, bywał gościem i właścicielem – wszystko zależało od sytuacji, oraz jego widzikocię.

 

W drodze powrotnej z baru, Georg zaczął intensywnie myśleć o wyzwaniu rzuconym mu przez Pana Szczęśliwego. Przede wszystkim doszedł do wniosku, że faktycznie, posiadania duszy ludzkiej nie da się łatwo udowodnić. Mimo to, postanowił spróbować.

Dusza ludzka mieści się, Georga zdaniem, w umyśle. A to, co jest najważniejsze w człowieku, to umiejętność zadziwianie samego siebie. Akty całkowitej samokontroli.

I przekraczania granic.

Dlatego uznał, że kwintesencję człowieczeństwa osiągnie wtedy, gdy uda mu się przejść po linie.

Karmiony od dzieciństwa nie tylko smakołykami, ale i słowami, szybował myślami wysoko, daleko, ponad płotami, parapetami, koronami drzew, liniami drutów telegraficznych, czasem nawet błądził gdzieś poza linią horyzontu. Nie mówił zbyt wiele (w końcu ludzie też bywali małomówni), nierzadko jednak odnajdywał słowa najwłaściwsze. Na przykład to, czego chciał dokonać, nazwał sobie „bujaniem w chmurach”. I miał pomysł, jak to zrobić.

Wiedział, że w miasteczku stacjonował właśnie cyrk „Folly”. Georg nie miał ludzkiego pojęcia, z jakiej części świata pochodziła trupa, bo zawsze widział jej członków w przebraniu i w maskach. To nie znaczyło oczywiście, że przez to nie mógł z nimi rozmawiać. Wręcz przeciwnie, wolał prawdziwe maski, niż te codzienne, które często nosiło wiele ludzi – nieruchome, zacięte i trupio poważne miny. Niedawno miał do czynienia z jednym z cyrkowych treserów, chudym, z małą głową, ale umięśnionymi przedramionami. Mężczyzna pytał Georga, czy by nie zechciał zatańczyć tak, jak mu zagrają na jednym z przedstawień. Georg nieraz tańczył, szybko się też uczył, jednak odpowiedział: „nie” (bo nie). Rzeczywisty powód był prosty: w proponowany przez tresera wieczór większość litestadczyków pójdzie na plażę pod Szklaną Górą, aby obejrzeć doroczną Wojnę Fajerwerków.

W tej sytuacji Georg zmienił zdanie. Zgodzi się zatańczyć na przedstawieniu, tym i nie tylko, a nawet efektownie poocierać się o nogi wskazanych osób, ale pod jednym warunkiem. Otóż w wybrany przez Georga dzień cyrk musi mu oddać jeden z numerów artysty o imieniu Sigma.

Numer Sigmy to chodzenie po linie.

Musiał tylko z nim porozmawiać.

Ponoć artysta ten posiadał dar rozumienia języka zwierząt, czym się chwalił. Faktycznie, numery ze zwierzętami w „Folly” przedstawiały niezwykle wysoki poziom i można było się zastanawiać, czy taką perfekcję da się osiągnąć tylko przy pomocy kija i marchewki. Niektórzy twierdzili, że Sigma kłamie, aby przyciągnąć większą publikę.

Cóż, kto jak kto, ale Georg wiedział, że Sigma nie kłamał.

 

Kiedy tak rozmyślał i intensywnie planował, wracając z baru, latarnie świecące wzdłuż Migdałowej Alei patrzyły na niego z góry i prawie potakiwały głowami z aprobatą. Szedł powoli, z dumnie wyprostowanym ogonem, który od czasu do czasu nieznacznie wyginał się na koniuszku. Chmary świetlików obsiadły drzewka migdałowe. Latarnie i świetliki podtrzymywały fantastyczną barwę Migdałowej Alei, nie pozwalając, by przykryła je zachłanna noc. Kos wyśpiewywał wchmurogłosy.

Jeszcze ta myśl, że w domu u Państwa Ce na pewno czeka już podsmażana, kurza wątróbeczka, przysmak Georga. Nadchodziła noc i aż chciało się żyć!

 

Ale najpierw zajrzał do cyrku, żeby złapać Sigmę. Bez problemu wspólnie omówili jednorazowe przejęcie numeru z liną. Cyrkowiec obiecał pomóc wszystko zaaranżować.

 

*

 

Następnego dnia nad główną ulicą Litestad, pomiędzy rzędami przytulonych do siebie, czteropiętrowych budynków, przeciągnięto linę grubości kurzego pazura. Jeden koniec zaczepiono za balustradę balkonu, nie byle czyjego, bo samego burmistrza Bortena. Drugi koniec w podobny sposób przywiązano do balkonu Brygiddy Em, która dopiero co wróciła zza wielu mórz, dokąd wyjechała jako dziecko. Następnie na linie zawieszono transparent z napisem: „Uwaga, uwaga! Już dziś wieczór! O godzinie siedemnastej Georg przejdzie po linie i przekroczy granice światów!”.

 

Georg długo spał, a później jeszcze drzemał, siedząc na kanapie obok Pani Ce. Trochę go irytowała. Czytała gazetę i od czasu do czasu (zdecydowanie zbyt rzadko) od niechcenia wyciągała rękę, żeby go pogłaskać, oczywiście nie trafiając i macając w powietrzu tuż przed jego nosem. Zeza można dostać! Nie zamierzał się podsuwać, żeby ułatwić komuś głaskanie. W końcu kto ma z tego większą przyjemność?

Oczywiście, że lubił Panią Ce. Co prawda do swojej rodziny mówiła niezbyt przyjemnym tonem, ale do niego, Georga, miała słabość. Pamiętał, jak kiedyś zaniosła go w koszyku do ogródka swojej przyjaciółki, wprost pod mysią dziurę, gdzie on, wówczas jeszcze żółtodziób, złowił pierwszą w swoim życiu mysz.

Może po prostu jego kanapowa irytacja to element tremy przed występem. To takie ludzkie, a przecież nic, co ludzkie nie było Georgowi obce.

W końcu opuścił towarzystwo zaczytanej pani Ce i wyszedł przez klapę do ogrodu. Wonie kwitnących właśnie czerwonych efemeryd zawsze dobrze go nastrajały. Raźnym truchtem podbiegł do rabaty, skoczył w sam środek i przywarł do ziemi. Przyłożył do niej prawe ucho i przycisnął. Upajający zapach powoli przenosił go w inny wymiar. Nasłuchiwał. Spod powierzchni wydobywał się gwar rozmów, pomieszane głosy ludzi, zwierząt i ptaków. Usiłował wyłowić odpowiednie słowa, najciekawsze dźwięki. Wreszcie jeden głos wybił się ponad inne i Georg posłyszał wyraźnie bas Seniora Ce, jego ulubionego pana, lekko utykającego olbrzyma o gołębim sercu, który pewnego dnia szóstej dekady życia odpłynął w dal. Georg pamiętał, jak malała w oddali jego łódź śpiewająca, z dumnie wypiętymi, złotymi żaglami, mięsistymi ustami i błyszczącą skórą burty.

Senior Ce mówił coś. Co on mówił? Efemerydy pachniały tak intensywnie! Wreszcie zrozumiał:

– Dziś przekroczysz granicę, Georg – a to dopiero początek!

Georg uśmiechnął się pod wąsem. Kiedy wychodził z kwiatowego gąszczu, czuł siłę. Z zadowoleniem stwierdził, że nie ma wiatru. Nie to, żeby tutejsza, łagodna o tej porze, nadmorska bryza miała mu przeszkodzić, ale jako kot i człowiek zarazem, zdecydowanie preferował warunki idealne.

 

Ostatnią godzinę przed wydarzeniem, dzięki któremu miał zostać ostatecznie uznany za posiadacza ludzkiej duszy, Georg spędził na myciu futerka i wyobrażaniu sobie swojego zadania krok po kroku. Po jego głowie krążyły skrawki wiedzy, ludzkich marzeń i kocich zachcianek, wszystko miało swoje miejsce w pozornym chaosie na styku dwóch światów.

 

*

 

Szedł spokojnie w stronę Alei Głównej. Dwadzieścia minut przed rozpoczęciem jego występu zaczęły bić dzwony w kościele na Włosistym Wzgórzu. Podniósł głowę. Widział z daleka grzywy gęstych traw, rosnących bujnie wokół kościoła i sięgających ud najwyższych dziewic w okolicy. Zastygłe w bezwietrzu, ostre na końcach, wyglądały jak szpaler wbitych w niebo ostrzy. Uwielbiał myszkować w tamtych okolicach, bo kociły się tam dorodne, tłuste myszy kościelne.

 

Widok stojącego na Głównej Alei monumentu przedstawiającego historyczną pogromczynię żywiołów – Diametrh i jej cztery konie, oznaczał, że Georg zbliżał się do miejsca wydarzenia. Dzieło sztuki stało na skraju skweru, po prawej stronie od okien burmistrza. Na piersi wojowniczki umieszczono zegar, niezawodnie i nieuchronnie wskazujący mieszkańcom miasta godzinę ich życia. Zwrócone w cztery strony świata rumaki zastygły w szalonym biegu po wieczność.

Kiedy zobaczył zbiegowisko, przystanął na chwilę z uniesioną łapą. Wąsy mu chodziły z podekscytowania, serce drżało, ale umysł i ciało były spokojne.

Zobaczył na niebie linę. Transparent zdjęto.

Na obrzeżu kręgu gapiów Georg wypatrzył mężczyznę w masce, który przyniósł sobie podest, żeby lepiej widzieć. To Sigma. Pilnował, żeby ludzie nie stali bezpośrednio pod liną. Musiał tam zostać zachowany pas bezpieczeństwa, tworzący z liną domyślny graniastosłup trójkątny.

Tłum pęczniał z minuty na minutę, gwar potężniał. Georg zauważył, że burmistrz stał już na balkonie, zwrócony w jego stronę. Machał chustką do nosa. Do niego machał.

Georg wyprężył pierś i ogon i wślizgnął się w bramę, nad którą widniał afisz „Biuro Burmistrza Miasta Litestad” (przecież nie mógł wejść po rynnie, jak kot!). Widząc Georga, stojące na warcie karły w strojach ludowych otworzyły mu drzwi, kłaniając się lekko.

Na krętych, marmurowych schodkach na drugie piętro zostawił ślad. W końcu kocia natura też czasem dochodziła do głosu.

Na przedostatnim stopniu mało nie rozjechały mu się łapy, kiedy usłyszał, że tłum zaczął gwizdać. Przeciągłe, ostre, głośne gwizdy kibiców.

Tego nie przewidział.

Ja miał się skupić w takich okolicznościach? Te obrzydliwe odgłosy przywoływały straszne wspomnienie, którego nie mógł wymazać z pamięci. Traumę kocięctwa.

Miauknął przeciągle. Nikt go oczywiście nie słyszał, na zewnątrz wszyscy czekali, a burmistrz gwizdał razem z nimi. Korzystał z okazji, żeby integrować się ze swoimi wyborcami. Wybory zbliżały się w siedmiomilowych butach i jasnym było, że osiągnąwszy słuszny wiek Martin Borten nie zamierza ustępować jakiemuś żółtodziobowi bez doświadczenia i głębokiej, a nawet tajemnej znajomości miasta Litestad.

 

Georg przystanął na progu drzwi do gabinetu. Opuścił głowę. Nie mógł opanować drżenia wąsów.

Nie da rady. Nie z tymi szczurzymi piskami.

W krętą podróż po futerku wybrała się łza. Ominęła szaro-różową, bezwłosą bliznę na piersi, tuż pod gardłem.

Bliznę wielkości szczurzego pyska.

– Może jednak jestem tylko kotem – pomyślał, zrozpaczony. Skulił się i miauknął cicho. Czuł, że jego grzbiet się wygina wcale nie po ludzku, i że włoski stoją dęba.

– Może jestem kotem. A może jeżem – dręczył się. – A może po prostu nikim. Niczym.

Nagle zatęsknił za kolanami Pani Ce.

– Georg! – zabrzmiało z wnętrza gabinetu. – Wiem, że tam jesteś. – Tym razem głos zabrzmiał blisko, od strony szpary między drzwiami a podłogą. Burmistrz stęknął, zapewne przy prostowaniu się. Powinien uważać, bo poważnie chorował na kręgosłup. Dżentelmen uparł się, że nie zwolni swojej starszej pani sprzątającej, przywiązanej do niego na śmierć, ani kucharki, która miała zaawansowanego Alzheimera. Bywały dni, kiedy myliła cukier z pieprzem. Schorowany Borten nie bardzo radził sobie we własnym domu na przedmieściach miasta, ale dawał obu gosposiom dużo wolnego, sam żywiąc się w restauracjach, uprawiając koting na wysokim szczeblu i przymykając oko na brudne firanki .

Było coś jeszcze. Po tym, jak wiele lat temu zostawiła go kobieta, zapewniał wszem i wobec, że nigdy już z nikim się nie zwiąże.

Zza drzwi znów dobiegł męski głos.

– Chyba nie tchórzysz?! – Można by pomyśleć, że oto Martin Borten mówi do siebie, stojąc przed lustrem i goląc się przed ważnym przemówieniem.

– Miau! – jęknął Georg i wstał na dwie łapy. W tym samym momencie drzwi otworzyły się. Burmistrz wysunął głowę za próg i spojrzał Georgowi prosto w oczy.

– Bądźże człowiekiem, Georg, nie płosz się tak łatwo. Twojego poprzedniego pana znałem od dziecka. Opowiadał mi o tobie. Cokolwiek sprawiło, że zwątpiłeś w swoją ludzką duszę, zostaw to za tym progiem. Wyjdź do nich!

Georg całą zebraną na to popołudnie siłą woli odegnał straszne myśli. Minął burmistrza, masującego swoje bolące biodro i wyszedł na balkon. Zegar na piersi Diametrh pozostawił mu już tylko trzy minuty.

– Tak jest, Georg. Na kota urok – dokonasz tego! – Georg już sam nie wiedział, czy słyszy burmistrza, czy Seniora Ce. Pomyślał o łodzi, która zaczynała śpiewać, kiedy tylko poczuła ich obecność na pokładzie. O tym istnym wehikule czasu o nieskazitelnie białych żaglach, dotykających nieba. Czasem wypływał na okoliczne wyspy razem z panem, który polował na zamieszkujące tam żaby łososiowe. Kiedy wracali, zawsze okazywało się, że upłynęło dużo więcej, czasu, niż myśleli.

– Georg, Georg! – skandował tłum.

„Ciekawe, czy są Państwo Ce” – pomyślał, ale natychmiast odsunął od siebie tę myśl, żeby się nie rozpraszać.

Karły, poprzednio pełniące wartę przy drzwiach do kamienicy, teraz stały już pod balkonem burmistrza, całe w gotowości, rozciągając pod liną sieć rybacką. Miały ruszyć razem z Georgiem.

Już czas.

Wskoczył z gracją na poręcz balustrady. Miała akurat taką szerokość, że burmistrz mógł tam stawiać kieliszek szampana lub innego trunku, kiedy obserwował życie mieszkańców, przekonując się dzień w dzień, że nie istnieje ktoś taki, jak „szary człowiek”.

Czarna sylwetka Georga stojącego na dwóch łapach wyglądała pysznie i szlachetnie na tle mozaiki kolorowych okien przeciwległych kamienic. Ogon wygiął mu się w znak zapytania. Wyrastał obok niego niczym wierny przyjaciel, świadek jego dziwnego, podwójnego żywota. Wyczyścił swoje serce ze strachu przy pomocy myśli, że oto stoi na styku różnych światów, gdzie dzieją się rzeczy pozornie niemożliwe. Skupił myśli i wzrok na linie. Gdy spojrzał uważniej, zorientował się, że to gruba, biała włóczka. Mały prezent od Sigmy.

Tłum już nie gwizdał. Zapanowała całkowita cisza, przerywana tylko przypadkową mową miasta.

Teraz!

Bez wahania zrobił pierwszy krok i wysunął prawą tylną łapę, balansując ciężarem ciała. Karły ruszyły synchronicznie.

Szedł dość szybko, jak po rozżarzonych węglach. Łapa przed łapą, pomagając sobie ogonem. W przednich łapach, rozłożonych do boków, niczym samolot, bezwiednie wysunął pazurki. Chwila trwała i trwała, chociaż przecież była tak krótka. Nie myślał o niczym i nic nie czuł. Zredukował się do swojego „ja”. W tym momencie był najbardziej człowiekiem – właśnie w chwili wyjścia poza to, co ludzkie. Poza to, co możliwe.

Krok za krokiem. Żadnych wzruszeń. Żadnych wspomnień.

Już połowa.

Noga za nogą. Widząc, nie widział i słysząc, nie słyszał.

 

Nie słyszał na przykład, jak w pewnym momencie tłum wydał z siebie okrzyk: „Ach!!”, ani nie spostrzegł, co było tego przyczyną.

Nie zobaczył olbrzymiej chmury rajskich motyli, które unosiły jego rozpostarte łapy i ogon, chwytając za pojedyncze włoski i trzepocząc skrzydłami jak oszalałe. Kiedy już dotarł na miejsce i zeskoczył na zwycięski balkon, w mgnieniu oka zniknęły.

Oklaski i radosne okrzyki wypełniały jego uszy. Tłum skandował: „Niech żyje kot – człowiek!”, a burmistrz stał na swoim balkonie i cały czas klaskał. Czy od klaskania nie bolą ręce? Cóż, na pewno wiedzieli to jego wyborcy.

Stojący obok burmistrza kieliszek szampana obijał promienie słońca i puszczał zajączki.

 

– Brawo, panie Georg. To było piękne. I jeszcze te motyle! – tuż obok niego zabrzmiał kobiecy głos. Trochę oślepiony i ogłuszony, ale bardzo szczęśliwy, ocknął się jak ze snu. Spojrzał przytomniej. Okazało się, że nie był na balkonie sam. Przed nim stała wyjątkowo piękna kobieta. Nie wiedzieć czemu, od razu wyobraził ją sobie w świetle wieczornych fajerwerków nad morzem.

– Jakie motyle? – jęknął, zaskoczony, ale uwaga piękności już nie należała do niego. Brigidda Em oparła ręce na balustradzie, wpatrzona w balkon po przeciwnej stronie alei. Georg , wciąż jeszcze półprzytomny, spojrzał w tę samą stronę.

Burmistrz właśnie podnosił do góry kieliszek z szampanem.

– A więc kochani! – zaczął donośnym głosem. – Wszyscy widzieliśmy niesamowity występ Georga. Niechaj zatem nikogo nie zdziwi, że niniejszym nadaję mu tytuł Honorowego Mieszkańca Miasta Litestad!

Oklaski wzmogły się. Mieszkańcy Litestad i okolic wesoło pokrzykiwali, mrużąc oczy w słońcu rozlanym po całej Alei Głównej. Obracali głowy to w stronę burmistrza, to znów w kierunku Brygiddy i Georga. Głowy kręciły się, odświętne kapelusze tworzyły ruchomy kalejdoskop.

– Brawo, Georg! – krzyczeli jedni. – Brawa dla Burmistrza! – krzyczeli drudzy.

I wszystko się ze sobą mieszało, jak to w świecie ludzi.

Brygidda patrzyła jak urzeczona wzdłuż naprężonej, białej włóczki, a stojący na jej drugim końcu burmistrz ponownie podniósł kieliszek, tym razem wyraźnie do niej. Już miał pociągnąć łyk, kiedy na oczach wszystkich szkło rozprysło się mu w dłoni i zamieniło w błyszczący pył.

„Ooo!” – słychać było reakcję co uważniejszych świadków incydentu. Reszta nie wiedziała jak interpretować nagłe zniknięcie kieliszka z ręki mężczyzny, oraz bezbrzeżne zdziwienie, malujące się na jego twarzy.

Zdumiony Georg popatrzył na profil Brygiddy Em. Ta zaś – nie odwracając wzroku od burmistrza, który nie odwracał wzroku od niej – rzekła:

– Georg, mój drogi, chyba nie sądzisz, że jesteś jedynym człowiekiem, który potrafi dokonywać rzeczy niemożliwych?

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

O! Blue_Ice raz jeszcze, jakże się cieszę! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:) Postanowiłam uderzyć dwukrotnie :D ;) ;)

Ładnie, ale strasznie kotowato.

I absurdalnie, choć w tym absurdzie widać wielką wiarę w niezwykłość tego, co między ludźmi stać się może.

 

Najbardziej podobało mi sie łapanie słów na początku, bo potem odjechało to w jakąś plastyczną wizję ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tak, wizja się faktycznie splastyczniła. Albo inaczej: była plastyczna od samego początku, podczas gdy wątek z kłębkiem został przyfastrygowany w ostatniej fazie grzebania w tekście… :)

Właściwie to główny obraz pojawił się natychmiast po skojarzeniu kot-absurd, więc nawet nie wypadało mi nie dać mu szansy ;)

Dzięki! :)

Przeuroczo absurdalne opowiadanie. ;-)

Lektura była czystą przyjemnością. Urzekł mnie Georg i jego przemyślenia, urzekła atmosfera opowieści.

 

PS

Czy wonne efemerydy kwitną tylko na czerwono? Czy można je uprawiać na balkonie? ;-)

 

Jako zwie­rzę my­ślą­ce, miał po­słuch wśród oko­licz­nych zwie­rząt do­mo­wych… – Powtórzenie.

Proponuję: Jako zwie­rzę my­ślą­ce, miał po­słuch wśród oko­licz­nych do­mo­wych czworonogów

 

Wie­dział, że mia­stecz­ku sta­cjo­no­wał wła­śnie cyrk „Folly”. Wie­dział, że w mia­stecz­ku sta­cjo­no­wał wła­śnie cyrk „Folly”.

 

Jeden ko­niec za­cze­pio­no za ba­lu­stra­dę bal­ko­nu nie byle czy­je­go, bo sa­me­go bur­mi­strza Bor­te­na.Jeden ko­niec za­cze­pio­no za ba­lu­stra­dę bal­ko­nu, nie byle czy­je­go, bo sa­me­go bur­mi­strza Bor­te­na.

 

Brawa dla Bur­mi­strza!- krzy­cze­li dru­dzy. – Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy – dziękuję ogromnie za miłą reakcję na popisy Georga :))))) I za korektę również bardzo, bardzo! :)

Co do efemeryd, to kwitną tylko na czerwono, a na balkonie by się czuły zbyt wyobcowane i na cenzurowanym ;)

…chociaż… może być, że jest kilka odmian i że ta inna odmiana zakwitnie i na balkonie! :) Poza tym, wszystko przecież zależy, jak się do nich przemawia :) (to akurat nie do końca jest żart ) …

Pozdrowienia!

Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. ;-)

 

Przemyślawszy sprawę doszłam do wniosku, że dam sobie spokój z efemerydami, bo jakkolwiek ich czerwień i piękna woń kuszą, to chyba w skrzynkach długo by się nie uchowały. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst może być, ale nie ma tego czegoś, co zamieściłaś w poprzednim. Ale koncepcja kota-człowieka niezła.

Babska logika rządzi!

@Finkla – dzięki za przeczytanie i komentarz. Trudno mi się zgodzić lub nie, bo nie mam zbyt wiele dystansu do Georga ;) Ale cenna jest każda “Informacja zwrotna” ;) Pozdrawiam!

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

to umiejętność zadziwianie samego siebie

Ogon wygiął mu się w znak zapytania. Wyrastał obok niego niczym wierny przyjaciel, świadek jego dziwnego, podwójnego żywota. Wyczyścił swoje serce ze strachu przy pomocy myśli, że oto stoi na styku różnych światów, gdzie dzieją się rzeczy pozornie niemożliwe. […]

Wiem, że podmiotu należy domyślać się z kontekstu, i skoro generalnie wiem o co chodzi, to nie powinienem może się tego czepiać, ale formalnie trzecie zdanie odnosi się tu do ogona.

kieliszek szampana obijał promienie słońca

Nie lubię kiedy nazwiska bohaterów są skracane, ale dobrze, że przynajmniej nie jest to “C.” i “M.”, a Ce i Em można ostatecznie uznać za zwykłe słowa :)

Przedstawione realia, jakkolwiek cukierkowe i kotowate, bardzo mi się podobały i opowiadanie uważam za niezłe.

@Lord Vedymin – dzięki za uwagi, masz rację. Nie zauważyłam tego.

No tak, jest to nieco koto-słodkie… trochę skierowane do kotolubców ;) Częściowo jest to też spowodowane tym, że to perspektywa bajkowego kota.

Co do skracania nazwisk – również jest ono “odkocie”. Burmistrz zyskał pełne nazwisko, bo jest prawie równoprawnym bohaterem, ważnym dla kota w najważniejszym momencie opowiadania – a z kolei dla podkreślenia poboczności reszty, została ona potraktowani skrótowo ;)

Pozdrawiam!

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

@BardzoGrubaLola, @Morgiana89 – dziękuję za konkursowe przeczytanie :)

Jezu… dosłownie przed minutą mignęła mi tutaj jeszcze jedna opinia. Teraz jej nie ma… Czy już postradałam zmysły? :( nawet pamiętam jej treść…

@Blue_Ice – być może użytkownik skasowął komentarz.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ha…no tak…ale mogło mi się też po prostu przywidzieć, chyba “umieściłam” komentarz z tego drugiego opowiadania – tutaj. No albo oczyma duszy już widzę pozytywne komentarze, które nie zaistniały … widzę jak się mnożą, pączkują, itd. :P moja wyobraźnia sama je tworzy :D nawet pomocna iluzja, nie? :P ;)

 

 

Uzytkowniczko Iluzji! Czy użytkowniczka jest pomocna?! Pyta się! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo przyjemnie się czyta Twoje teksty. Tytułowy Kot narratorem, to ci numer.

 

Parę zdań i określeń, które mi się spodobały:

 

(…) widzikocię, kocięctwo, koting

(…) posiadania duszy ludzkiej nie da się łatwo udowodnić.

(…) to, co jest najważniejsze w człowieku, to umiejętność zadziwianie samego siebie.

(…) zegar, niezawodnie i nieuchronnie wskazujący mieszkańcom miasta godzinę ich życia.

(…) Cokolwiek sprawiło, że zwątpiłeś w swoją ludzką duszę, zostaw to za tym progiem.

(…) obserwował życie mieszkańców, przekonując się dzień w dzień, że nie istnieje ktoś taki, jak „szary człowiek”.

(…) burmistrz stał na swoim balkonie i cały czas klaskał. Czy od klaskania nie bolą ręce? Cóż, na pewno wiedzieli to jego wyborcy.

 

Opis Włosistego Wzgórza bardzo spodobał mi się w całości.

 

Kot praktykujący Zen na linie jest absurdalnym, ciekawym pomysłem.

Myślę, że mogłabyś pisać bajki na zamówienie. Ale nie dla dzieci ;)

Nimrod – ogromnie dziękuję Ci za ten komentarz :) I bardzo, ale to bardzo się cieszę, że powyższe zdania zostały przez Ciebie “odnalezione”, a tym samym ich przeznaczenie wypełniło się :) Aż chce się dalej pisać ;) Pozdrawiam! :)

Sympatyczny tekst, spodobał mi się koting i trzymałam kciuki za Georga, żeby wyszedł i przeszedł i udowodnił to, co sobie założył :) [a swoją drogą: absurd jak się patrzy, bo kto by chciał być człowiekiem, będąc kotem?] Minus niewielki: trochę początek nie skleił się z resztą.

Bardzo zacny kot. Taki koci. :) I tytuł pięknie wykorzystany. O kotach było wiele, ale tu jest niezwykle absurdalnie. Obydwoma tekstami, Blue, mnie kupiłaś. Brawo!

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

@BardzoGrubaLola – dziękuję bardzo za komentarz :) Miło mi, że Georg zyskał sympatię! :) No właśnie – w ogóle kto by chciał być człowiekiem, nie będąc nim? :P ;) Myślę, że to głębszy dylemat – jeszcze głębszy, niż Sprawa Kocia, chociaż wydaje się to niemożliwe ;) ;) Pozdrawiam.

@Morgiana89 – dziękuję w imieniu swoim i Georga :) Kota, który starał się zyskać szacunek, przychylność i jako kot – i jako człowiek ;))

Cieszę się, że moje teksty Ci się spodobały. Pisało mi się z prawdziwą przyjemnością, chociaż z różnych przyczyn – bardzo krótko… Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka