- Opowiadanie: Nimrod - Kot

Kot

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kot

1. Halla i Mirren.

 

 „Drodzy PrawdoDawcy. Piszę z zapytaniem: jak mogę zwiększyć przeżywalność moich dzieci? Bardzo mnie to frapuje. Padła mi już dziewiątka. Rodzą się albo z defektami genetycznymi, a jak już się zdarzy, że chodzi, mówi i patrzy w miarę normalnie, to z dnia na dzień, bez żadnego ostrzeżenia po prostu przewraca się i nie wstaje. Jak to naprawić? Mówią, że zbytnia ingerencja w geny to zabawy w Pana Boga, ale ja nie chcę być przesądna. Próbowałam nawet urodzić dzieci nie miksując genów z moją żoną, ale efekt ciągle ten sam. Czy prawdą jest, że powinnam otrzymać wsparcie finansowe na terapię genową? Proszę o prawdę i tylko prawdę. Z góry dziękuję za odpowiedź.”

 

– Halla, wysłałaś? – usłyszała głos męża. Wokoło roztaczał się widok bujnego lasu.

Kobieta nosiła na głowie czarny hełm o nieregularnej fakturze, który przypominał futurystyczną fryzurę.

– Taaaa… – odparła niedbale. – Widzisz już całość?

W pomieszczeniu obok Mirren próbował sprzedać w Sieci PostCebulę. Warzywo to różniło się od pierwowzoru modyfikacjami genetycznymi, przez co było odporniejsze na pasożyty, a data spożycia po zbiorach wynosiła sześć miesięcy. Miało też jeszcze jedną przewagę nad swoim poprzednikiem: wciąż istniało. Nikt na Ziemi już nie wiedział jak smakuje prawdziwa cebula.

– Widzę, widzę… Czemu w Zapytaniu-o-Prawdę jestem twoją żoną? – zapytał Mirren.

Halla przewróciła oczami, jakby miała zaraz wygłosić oczywistą zasadę rządzącą światem. Już nie była w lesie. Tkwiła na kamieniu wśród żywo płynących wód. Błękit nieba przecinała podwójna tęcza.

– PrawdoDawcy to lubią… no wiesz, dwie wrażliwe kobiety zmagające się z trudnościami wzbudzają większą chęć pomocy, niż zdrowe, silne małżeństwo. Nie będą tego sprawdzać, zaufaj mi. Znam proces PrawdoDawstwa od podszewki, nasłuchałam się o tym trochę.

Kobieta zdjęła pozwalający na MyśloPisanie hełm, który przed chwilą tak łudząco przypominał futurystyczne uczesanie. Była łysa. Odetchnęła głęboko. Mogła wreszcie przestać kontrolować przepływ myśli, w obawie, że chlapnie coś w Sieci.

Zniknęła rzeka, tęcza oraz błękit nieba. Ściany zaprzestały generować losowo wybranych scenerii. Pomieszczenie wypełnił kolor szary.

– Naprawdę chcesz urodzić dziecko, Kocie? – Mirren wkroczył do pomieszczenia. Miał podłużną twarz i siwy wąs pod nosem. Sprawiał wrażenie człowieka utrudzonego, który właśnie został oderwany od swoich codziennych zajęć. Między dużymi, jasnymi, wilgotnymi oczami widniała pozioma zmarszczka, jakby mozolna, ciężka praca była wpisana w istnienie jej właściciela.

– Wolę tworzyć, niż niszczyć – odparła górnolotnie Halla. Była sporo młodsza od męża. – Sprzedałeś PostCebulę? – zagaiła, chociaż znała odpowiedź.

Halla i Mirren czasem sypiali ze sobą, ale to nie miało większego znaczenia.

 

2. PrawdoDawcy.

 

Pomieszczenie wypełniał chlupot wody. W tle usianego kwiatami ogrodu szemrał niewielki wodospad. Między dwoma największymi krzewami rozpięto płótno, na którym wyświetlana była treść wymagających rozstrzygnięcia spraw. Oprócz zapytania niejakiej „Halli” było jeszcze jedno:

 

„Witam. Trochę bolą mnie pazury przy używaniu zwykłej klawiatury. Może jestem staromodny, ale inaczej nie umiem pisać. Jestem psem po modyfikacjach. Czy prawdą jest, że powinienem otrzymać wsparcie na kolejną genoterapię? Pozdrawiam.”

 

Pośrodku tej osobliwej scenerii pracował NadNadzorca PrawdoRządności dziesięciu Sektorów. Nazywał się Stebor. Był szczupłym, wysokim mężczyzną około czterdziestki. Na jego twarzy kwitł wydatny, chylący się ku dołowi nos, gotowy wywęszyć w każdej badanej przez siebie sprawie sensację. Człowiek ten miał w sobie coś z archiwisty, detektywa i dziennikarza jednocześnie. Z reguły trzymał prostą postawę, oprócz momentów, kiedy czytał o Halli.

– Dlaczego MyśloPisała, że ma żonę? – zwrócił się w stronę podłogi.

– Jest przeładowana informacjami, może coś jej się pomieszało – usłyszał odpowiedź z dołu. Jego towarzysz był karłem; nie tylko z postury ale i z imienia. – Pozwala za bardzo użyczać swojego umysłu. Jest pracoholiczką – dodał Karzeł.

"Albo chce wprowadzić PrawdoDawstwo w błąd. Nie wie, że awansowałem" – pomyślał Stebor.

– Od zawsze nią była. Tak jak ja – powiedział na głos. Poprawił swój uniform, obciągnął jego klapy, po czym strzepnął niewidzialny pyłek z ramienia. Mechanicznie wyprostował się.

– Ile procent swojego mózgu użycza Korporacji? – zapytał rzeczowo.

– Czterdzieści.

– Grubo – NadNadzorca wypuścił powietrze z ust, jakby chciał pozbyć się tej informacji wraz z wydechem. Zaraz jednak podjął na nowo:

– Powinniśmy jej przypomnieć, że ma już dziecko. Padła tylko ósemka, jedno wciąż żyje. Mamy raporty z SiecioEdukacji o postępach jej chłopca w nauce. Musi być gdzieś w ich domu.

– Komputer Dyrektywny twierdzi, że jeśli Halla dowie się o dziecku, to przestanie go pragnąć. Jest przeświadczona, że chce je mieć, ale tak naprawdę nie pragnie dziecka. Kiedy się dowie… to znaczy kiedy przypomni sobie, że je ma, od razu będzie chciała się go pozbyć.

Stebor nie pokwapił się na podjęcie wątku, jakby nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłoby tak być w rzeczywistości.

– Na jakiej ścieżce SiecioEdukacji jest ten chłopiec?

– Wiedza zmarłych.

– Co to za ścieżka?

– Eksperymentalna. Ściągają odczyty fal mózgowych różnych stworzeń i po ich zgonie umieszczają w jakiejś zawszonej bazce danych na obrzeżach PlantoSerwerwów. Potem karmią nimi swoich adeptów.

– Niezły kibel. Bóg wie co naprawdę znajduje się na tych wysypiskach danych… – Stebor potarł dłonią kark. – Myślę, że chłopiec jest w piwnicy. Gdy będzie podłączona MyśloPisaniem z Siecią, wrzuć jej do głowy sugestię, by zeszła do piwnicy.

Karzeł skinął głową, przyjmując, że to jedyne i ostateczne rozwiązanie problemu.

– Jej mąż, Mirren, sprzedał coś ostatnio, czy pozostaje bezproduktywny? – zapytał NadNadzorca.

– Bezproduktywny – powtórzył Karzeł, niczym echo aprobujące każde słowo wołającego nad przepaścią.

– Hmm… – mruknął pod nosem Stebor, jakby wiedział już wszystko, co powinien. – Możemy przejść do wyroku Ojca Dyrektywnego?

 

3. „Nigdy nie robiliśmy całego sektora”.

 

Karzeł stuknął palcem w panel dotykowy, pozwalając przemówić Komputerowi Dyrektywnemu.

 

"W poddanym analizie sektorze ludzie żyją spokojnym życiem.  Przestępczość jest tu poniżej średniej. To grupa konsumencka preferująca jedzenie wegańskie i odzież z materiałów odzyskiwanych. Inne obszary zainteresowań mieszkańców to: energia słoneczna, długie kąpiele, nudne seriale. Najbardziej pożądany pojazd to Vinceze. Najczęstszy obiekt fantazji seksualnych mężczyzn: agentka Koma. Ulubione kolory: beżowy, kremowy, a także wszelkie odcienie pasteli.

Dziewczęta są z reguły pamiętliwe. Chętnie rozmyślają o swojej krzywdzie, wydumanej bądź realnej. Napięcie mięśniowe wokół ust wskazuje, że nierzadko tłumią w sobie złość. Chłopcy najczęściej chcą manipulować otoczeniem upozorowanymi reakcjami. To siuśmajtki i wymoczki. Wojsko zrobiłoby z nich prawdziwych mężczyzn. Mężczyźni natomiast charakteryzują się często otłuszczeniem ud, pośladków i brzucha. Kobiety są chude i nerwowe. Niemal wszystkie operacje logiczne i fizyczne w gospodarstwie domowym spoczywają na nich. W gospodarstwach jednopłciowych układ ’kobieta-kobieta’ i ’mężczyzna-mężczyzna’ powoduje, że jedno z partnerów przejmuje rolę wiodącą, a drugie się wycofuje.

Społeczność nieproduktywna, zawistna, leniwa. Empatia szczątkowa. Altruizm na jednym z najniższych, możliwie mierzalnych poziomów. Odcięcie od leczenia destyrozy, raka, deprawacji genetycznej i regularnego oczyszczania układu krwionośnego spowodowałoby zagładę całego sektora na przestrzeni paru miesięcy. Należy to zrobić."

 

Zapadła kłopotliwa cisza. „Należy to zrobić”? Stebor pomyślał, że się przesłyszał. Pierwszy odezwał się Karzeł:

– Cholercia. Cały sektor? Nigdy nie robiliśmy całego sektora.

– Nigdy nie kasowaliśmy nawet jednego człowieka. A tam żyją ich setki. Pozbawiając ich leków i szczepionek niezbędnych do życia, to tak jakbyśmy ich zabili.

– Nie musimy tego robić. Możemy jeszcze… – Karzeł zająknął się. – Możemy się powołać na paragraf Abrahama.

– Kogo? – zapytał swojego doradcę Stebor. Zdawał sobie sprawę z tego, że podczas gdy on wspinał się po szczeblach NadNadzorczej kariery, Karzeł tkwił na stanowiskach konsultacyjnych, specjalizując się w obchodzeniu systemu.

– Abrahama. To postać z Biblii. Abraham licytował się z Bogiem, by ten nie zniszczył całego miasta, Sodomy, dla jednego sprawiedliwego.

– I co udało mu się?

– Tak – odparł zdecydowanie Karzeł. – To znaczy nie. – Dodał równie zdecydowanie. – Abraham jakby wygrał licytację, ale Sodoma i tak została zniszczona. Jak zwykle Bóg wiedział lepiej.

– A Dyrektywny to łyknie?

– No pewnie. To część naszej kultury. Jest ustawiony tak, żeby szanować tradycję. Jeśli chcemy uratować cały sektor, musimy po prostu udowodnić, że choć jeden człowiek jest tu niekłamanym altruistą bądź jest produktywny.

„Halla. W niej cała nadzieja.” – pomyślał Stebor.

Karzeł skrzywił się, jakby czytał w myślach swojego przełożonego.

– Nie liczyłbym na nią – powiedział. – Użyczanie umysłu Korporacji nie mieści się w definicji słowa "produktywność".

– Pozostaje więc altruizm. Wiem, że jest do tego zdolna. Znam ją… – NadNadzorca spuścił wzrok, po czym dodał jakby do siebie:

– Była przecież moją żoną.

 

4. Altruizm Halli.

 

Znaleźli je podpięte do Wiecznej Niańki. Nóżki miało wetknięte w dwa otwory wywiercone w czymś na kształt metalowej miski, która służyła jednocześnie za pampers, odzienie i bidet. Urządzenie realizowało funkcje podmywania i odprowadzania nieczystości. Oczy, czoło oraz włosy dziecka w całości przykrywał hełm przypominający futurystyczną fryzurę.

Maluch człapał niezdarnie po ruchomych taśmach, które zawsze przesuwały się w przeciwnym kierunku do jego chodu. Wokół niego z zawrotną prędkością krążyła, umieszczona na mechanicznym ramieniu, bezbarwna, zmiennokształtna bryła, niczym wielki owad gotowy usiąść na swoim żywicielu. Czasem stykała się z małym człowiekiem, najczęściej wchodząc w interakcję z jego rękami. Końcówka bryły błyskawicznie wydłużała się wtedy, po czym zmieniała swój kształt, symulując obiekty, z którymi dzieciak stykał się w wirtualnej rzeczywistości, w której był hodowany. Bryła była to łyżką, to ścianą, innym razem głaszczącą policzek ręką matki, klockiem albo książką. Czasem była stołem, na którym leżały wirtualne chrupki, czasem grzbietem kota, oddając z niezwykłą precyzją każdy detal sierści zwierzęcia. W większości przypadków jednak nie wiadomo czym była, bo tylko niewielka jej część przeistaczała się w to, czego akurat dotykał mały człowiek w hełmie. Czasem dawała się oderwać, a jej małe kawałeczki znikały w ustach dziecka. Gimnastyka tej plastycznej materii, ilość wykonywanych operacji na sekundę, prędkość i precyzja mogły oszołomić każde nieprzyzwyczajone do takiego widoku oko.

– A to dziecko, to czyje? Nasze? – zapytała Halla.

– Wydaje się, że tak – odparł Mirren. – Nie wiedziałem, że przeżyło. To ty miałaś doglądać dzieci. Kiedy przestałaś schodzić do piwnicy, przyjąłem za pewnik, że stało się z nim to, co z ósemką poprzednich. Uznałem, że nie chciałaś nic mówić, bo temat jest dla ciebie bolesny.

– Musiało mi wylecieć z pamięci… – rzuciła z nostalgią kobieta. – Zostawiłam je w Wiecznej Niańce i zapomniałam o nim. Gdy użyczałam swoich połączeń neuronowych Korporacji, musieli chyba wykorzystać te, w których przechowywałam informacje na temat dziecka. Ja, wiesz… – zwróciła się twarzą do męża. – Chciałam zacząć tak jak należy, od początku, z przytulaniem, spędzaniem czasu i tak dalej. Mogłabym je nawet karmić. Ale nie tak puszczać na autopilocie w SiecioEdukacji. To dziecko mogłoby należeć do każdego, tyle że ma nasze geny.

– Trochę naszych genów – poprawił Mirren. – Dużo zmienili.

– Może ofiarować państwu?

– Znajdzie nas. A potem będzie chciało spojrzeć nam w oczy. Co wtedy?

– Odwrócimy wzrok – zachichotała Halla.

– Ale poważnie.

– Może pozwolą nam je abortować? Zrobimy sobie nowe… – zaproponowała Halla

– Za późno. Ma już zbyt skomplikowaną strukturę neuronową. Wiesz co zaczną mówić: przeżycia, uczucia, świadomość…

– Jaka świadomość? Pamiętasz jak miałeś dwa lata?

– Nie miałem nigdy dwóch lat. Jestem klonem, zapomniałaś? Poza tym mało kto pamięta jakikolwiek epizod, z czasów gdy miał dwa lata.

Zamilkli na chwilę. Wtedy rozległ się niespodziewanie dziecięcy głos.

– Gdyby ktoś ci wbił metrowy szpikulec w ten durny łeb przez nos, to byś zapamiętał. Ale byłoby to twoje ostatnie wspomnienie jako poddanego w łonie matki aborcji niemowlaka – chłopiec w jakiś sposób zdołał zdjąć hełm i patrzył teraz na Mirrena ciemnymi oczami.

Rodzice oniemieli.

– Ono mówi – oburzyła się kobieta.

– Poddawałaś je przyspieszonemu rozwojowi? – Mirren rozłożył ręce, jakby miał pretensje do żony.

– Broń boże!

– Boga w to nie mieszaj – powiedziało dziecko. – Jestem poddany planowi wszczepiania wspomnień nieżyjących istot.

– To cud, że mówisz. Twój aparat mowy nie jest wykształcony – próbował argumentować Mirren.

– Właśnie, słuchaj ojca, nie powinieneś mówić. Poza tym twoja świadomość nie jest rozwinięta, gadamy z jakąś mechaniczną odtwarzarką cudzych wspomnień. Równie dobrze możemy konwersować z magnetofonem.

– Magnetofon nie odpowie na zadane pytania.

– Nie jesteś świadomą istotą – histeryzowała kobieta. – Jesteś mechanizmem komórek zaprogramowanym by układały się w odpowiedni sposób. Można w świetle, jeśli nie prawa to zdrowego rozsądku, zrobić z tobą wszystko na co mamy ochotę. Tak jak z nienarodzonym płodem.

– O, wspomnień nienarodzonych płodów to ja mam aż w nadmiarze. Wszystkie wasze aborcje. Żebyście wiedzieli jak takie małe ciałko odczuwa ból. Dorośli ludzie nie mają takiego czucia. Ale, jak sama stwierdziłaś, nikt o tym nie wie. To ich ostatnie wspomnienie i nie mają o nim komu opowiedzieć, mamo.

– Nie nazywaj mnie tak!

– Spokojnie żono, mamy paragrafy na tak bezczelne zachowanie. Prawo zakazuje stręczycielstwa psychicznego, a ty się zapędziłeś.

– Żeby być sądzonym, musiałbym sam być uznany za ludzką istotę, tatku.

– Możemy pozwać twoich twórców – pogroziła palcem kobieta.

– To wy nimi jesteście.

– Nie, twórców programu pozyskiwania wspomnień od denatów. On pamięta swoje aborcje, też mi coś!

– Nie swoje, czyjeś.

– No i co, no i co? Każdy cierpi, a potem zdycha! – Halla była przepełniona emocjami, których nie rozumiała. – A gdzie cię w ogóle uczą takich głupot?

– W szkole, do której mnie posłaliście. Wiele z tych wspomnień sczytał też Twój hełm do MyśloPisania. Służy też do MyśloCzytania. Twojego mózgu. Wiedziałaś o tym mamo? W naszej szkole każdy wymienia się swoimi przeżyciami wyniesionymi z domu. Czy to nie cudowne?

 

5. Ewaluacja postawy Halli.

 

Stebor opuścił głowę. Zgarbił się. Wydął wargi, jakby z czegoś szydził.

– Halla nie jest altruistką – podsumował. – Chce skasować swoje dziecko, żeby zrobić sobie nowe.

– Nie pozwolimy na to. Może gdyby miało rok… – mruknął Karzeł, dostrajając swój głos do posępnego tonu swojego przełożonego.

– No pewnie, ale na skasowanie całego sektora to pozwolimy? Nie sądziłem, że przyjdzie mi niedługo po objęciu stanowiska NadNadzorcy eksterminować cały sektor.

– Jest jeszcze Mirren – powiedział Karzeł. Dotknął panel kontrolny, dopuszczając superkomputer do głosu. Dyrektywny przemówił, niczym narrator przygotowujący widza na rozstrzygnięcie finału epickiej powieści:

– Jeśli Mirren sprzeda zapasy PostCebuli i okaże się tym samym produktywnym członkiem społeczności, jaką tworzy ten zapchlony sektor, zostaną spełnione warunki, by paragraf Abrahama mógł wejść w życie. Tym samym nie będzie potrzeby pozbawiania jego mieszkańców leków na destyrozę, raka i deprawację genetyczną.

 

6. Produktywność Mirrena.

 

Mirren pracował w dziale KontrSprzedaży. Jego głównym zadaniem było udawanie zagubionego klienta przed wideomarketerem, by w końcu samemu znienacka coś mu opchnąć. Paskudna robota.

– Nie jestem zainteresowany oferowanym przez pana ubezpieczeniem – tłumaczył się do ekranu, na którym widniała szeroka i pusta twarz marketera.

– Proszę uwzględnić też fakt, że jest pan rodzicem i jest pan rozliczany według prawa Racjonalności Wyborów. Pańska ignorancja w tak fundamentalnej kwestii jak u-bez-pie-cze-nia może prowadzić do utraty praw rodzicielskich – sprzedawca przesylabizował kluczowe słowo swojej wypowiedzi, żeby zwrócić na nie uwagę Mirrena, jakby ten był dzieckiem.

– Ale ja mam już ochronę prawną, proszę kliknąć po więcej. Poza tym zgromadziłem już prawie czterdzieści lajków pod tą rozmową, więc niech pan mnie już nie dręczy.

Sprzedawca pochylił się nieco, klikając coś poza kadrem. Mirren czekał.

– Proszę uwzględniać ustawę o ochronie języka i używać przy mnie przyzwoitych słów, tak jak „polubienia”, ot co. Poza tym proszę też nie mówić o „dręczeniu”, bo to bezpodstawne oskarżenie, które proszę aby pan odkręcił.

– Nie jest pan dręczycielem. Przepraszam, przepraszam, po trzykroć przepraszam, że tak pana nazwałem. Proszę o wybaczenie.

– Za późno. Wniosłem już pozew.

– I co?

– Wygrałem, oczywiście.

– Tak szybko? – Mirren zmrużył oczy w podejrzliwości.

– Tak szybko. Kliknij po więcej… Nie będę składał wniosku o zadośćuczynienie, jeśli kupi pan nasze ubezpieczenie.

– To szantaż.

– Wnoszę kolejne oskarżenie, nazwał mnie pan pośrednio szantażystą.

– Jaki wynik?

– Też wygrałem. Kliknij po więcej…

– Właśnie kliknąłem. Przegrał pan.

– A tak, rzeczywiście, przegrałem. Pomyliłem się.

– Wnoszę oskarżenie o fałszowanie wyników obrad Niezależnego Sądu Dwunastu.

– Przecież mówiłem, że się pomyliłem…

– Wygrałem. Kliknij po więcej…

– Proszę poczekać, niech sprawdzę. Rzeczywiście, wygrał pan. Więc pewnie mam się teraz rozłączyć i już pana „nie dręczyć” ofertami ubezpieczeniowymi?

Mirren wreszcie się rozluźnił. Ziewnął teatralnie, po czym leniwym tonem odparł:

– Oj, zapewniam pana, że mnie pan nie dręczy. Całkiem miło mi się z panem gawędzi.

– Czego pan ode mnie chce?

– Chcę panu zaoferować PostCebulę.

– Nie mogę jeść PostCebuli. Nie mógłbym jeść nawet zwykłej cebuli, gdyby wciąż istniała. Jestem uczulony.

– To szkoda. Kiedy mogę przypomnieć się z ofertą?

– Jestem uczulony, nie wiem czy i kiedy wyzdrowieję.

– Czy mogę zadzwonić w przyszłym miesiącu?

– Nie, proszę nie dzwonić.

– Czy mogę zapytać co jest powodem takiej decyzji? Sam pan przecież przyzna, że to korzystna oferta.

Wideomarketer zamilkł.

– Możemy też sobie pogawędzić na temat ostatnich przypadków fałszowania wyników obrad Niezależnego Sądu Dwunastu. Zawsze myślałem, że takie przypadki to zamierzchła historia… – ciągnął w tonie przyjacielskiej pogaduszki Mirren.

Marketer spuścił wzrok, jakby skapitulował.

 

7. PrawdoDawcy szacują.

 

– Sprzedał całą PostCebulę – rzekł Stebor.

– Sprzedał. Jest produktywny – odparł Karzeł

– Nie będziemy musieli robić całego sektora.

– Dalej myślisz o niej?

– O kim?

– O Halli.

– Kto to taki? – Stebor popatrzył zdziwiony na swojego podwładnego.

– Nie, nikt – uśmiechnął się półgębkiem Karzeł. – Ile procent mózgu użyczyłeś Korporacji?

– Skąd wiesz, że zacząłem użyczać? – NadNadzorca energicznie spojrzał na rozmówcę. Karzeł wymownie rozłożył ręce i zrobił duże oczy. Stebor pokiwał głową z namysłem, po czym oświadczył:

– Trochę. Ponad trzydzieści – wzruszył ramionami. – O czymkolwiek zapomniałem, myślę, że było warte zapomnienia.

 

8. „Kochanie, muszę skasować kolejną część swojego mózgu”.

 

– Kochanie, muszę skasować kolejną część swojego mózgu – powiedziała Halla do męża, obozującego jak zwykle w pomieszczeniu obok.

– Ile znowu chcesz oddać tej krwiożerczej Korporacji?

– Kolejnych pięć procent.

– Tylko żebyś mi jutro nie zapomniała kto jest twoim mężem.

– Spokojnie, zahasłuję tę część mojego umysłu, w której przechowuję wszystkie dane o naszym małżeństwie. Nie będą mieli tam wstępu. Muszę tylko wymyślić jakieś absurdalne zdanie-klucz, na które nie wpadną i zapisać je w osobnym pliku na moim komputerze.

– To wymyśl jakieś kretyństwo, jesteś w tym dobra.

– Masz na myśli jakieś absurdalne hasło?

– No przecież o tym mówię. Pamiętaj, że proste zdania odpadają. A pojedyncze wyrazy to oddanie gry walkowerem. Nie zapominaj kochanie, że tu chodzi o nasze małżeństwo. Chyba nie chcesz zapomnieć wszystkich naszych wspólnych chwil?

Halla zastanowiła się.

– Może: „Sprzedam wannę z mało używaną ektoplazmą”?

– Nie, to zbyt głupie.

– „Ostatni tydzień z życia nogi od stołu”.

– Lepsze, ale jakiś zaawansowany algorytm mógłby na to wpaść.

Kobieta pokręciła energicznie głową, jakby chciała strząsnąć z siebie niewidzialne dyrektywy męża. Wzięła do ręki tradycyjną klawiaturę i wyładowując złość na przyciskach wystukała palcem wskazującym jednej ręki: „m l e k o”.

– I co, wymyśliłaś coś?

– Tak, zaufaj mi – powiedziała. Przysłoniła ręką usta i zapatrzyła się w sufit. Zastygła w bezruchu.

– Chodź już kocie, pokochamy się trochę.

Zerknęła w stronę drzwi i uśmiechnęła się ironicznie. Skasowała to, co napisała przed chwilą, po czym entuzjastycznie wstukała trzy litery i nacisnęła staromodny przycisk <enter>.

Poszli się kochać.

Hasło brzmiało: "kot".

Koniec

Komentarze

Interesująca wizja. Nie wiem, czy wystarczająco absurdalna, ale niech się tym jurorki martwią. Podobało mi się.

I ładnie wplotłeś kilka konkursowych tytułów. :-)

Tylko odrobinkę za długi tekst wyszedł. Może przytnij trochę?

Babska logika rządzi!

Dzięki za feedback :)

 

Widzę, że Word inaczej liczy znaki. Początkowa wersja opowiadania miała 30 tys. znaków, potem sporo okroiłem swój tekst na potrzeby konkursu. To mój debiut na portalu fantastyka.pl i szczerze mówiąc liczyłem na wyrozumiałość jury i na to, że podany limit jest orientacyjny.

 

Specjalnie nie czytałem poprzednich opowiadań konkursowych, żeby nie nakręcać absurdu absurdem, ba jak wiadomo ten bywa zaraźliwy. Teraz z chęcią przejrzę inne teksty.

Niezły pomysł i jak dla mnie absurdu w absurdzie jest tu jak raz w sam raz, za to kota, choć zaistniał w kluczowym momencie, zdecydowanie za mało, ale i tak przeczytałam z przyjemnością. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za opinię.

Przyznaję, kota w “Kocie” niewiele, można by rzec: tyle co kot napłakał.

Nimrod, portalowy licznik inaczej zlicza niektóre znaki specjalne (wygląda na to, że zlicza bajty, nie znaki jakie my widzimy, więc znak dwubajtowy liczy się za 2) ;-) .

 

Trochę absurdalne, owszem. ale jak dla mnie, przede wszystkim bardzo ponure.

 

I dobrze napisane.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki za Twój głos.

Trochę zaskakujące jest dla mnie to co napisałeś, ale też bardzo cenne.

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Co za zacne grono smiley Dziękuję, czuje się poczytny.

.

To kropka techniczna. Obszerniej wypowiem się rano :)

Czekam, Lordzie.

Toż to Orwell w wersji humorystycznej.

Genialna rozmowa z telemarketerem, myślę, że to mocny punkt w kontekście wymagań konkursu (jako groteska) bo poza tym dosyć niewiele dostrzegam tu absurdu. Ogólnie jako historia całkiem dobre, sprawnie posplatane kilka wątków.

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję, Lordzie. Cenne jest dla mnie to co napisałeś. Dziękuję, Morigiana.

Dzięki :)

Fajne :)

Dzieki :) :)

Przyjemnie płynęło mi się przez tekst (plus uśmiech przy wykorzystanych tytułach :)). Językowo jest ok, zgrzytnęło mi jakieś zdanie, ale nie na tyle, żeby się zatrzymywać i notować. Trochę uciekła mi za to sama historia: sektor unika likwidacji, dziecko wspomina cudze aborcje, a ja na to "no, to co?". Czyli nie dałam się wciągnąć w opowiadanie.

Bardzo Gruba Lolu, bardzo Ci dziękuję i za tę niewielką cząstkę Twojego cennego czasu, który poświęciłas na zapoznanie się z moim opowiadaniem.

Ogólnie mi się podobało. Absurd jest jak się patrzy i to całkiem udany. Dosyć ciekawa wizja i w dodatku ponura. Dziecko w wersji creepy, bardzo ciekawe. I zakończenie interesujące. Interpretacja tytułu zacna. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję za Twoją opinię, jest dla mnie bardzo cenna. Dzięki też, że dodatkowe 1028 znaków w stosunku do wymagań konkursowych nie zniechęciło do tekstu.

Przeczytałam kilka dni temu i przyznaję, że chodzi za mną ten tekst. A to znaczy, że ma w sobie COŚ. 

Przedstawiasz wizję o tyle straszną, co w wielu aspektach prawdziwą. Oczywiście trzymając się konwencji konkursowej przerysowujesz, ale  dostrzegam pewne zachowania, z którymi dane mi się było spotkać w rzeczywistości.  A do tego napisane tak, że czytało mi się samo. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za odwiedziny i kolejny punkcik. Twój komentarz to dla mnie duża satysfakcja.

Ostatni klik poszedł. Absurd jest, choć nie wiem, czy w przyszłości będzie absurdem czy rzeczywistością. 

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, Twój głos to jak podarunek pod choinkę. Bardzo piękny prezent mi sprawiłaś tym, że poświęciłaś swój czas i pochyliłaś się nad tekstem, który zdawał się już być zakopanym. Prezent nie tylko piękny, ale i ważny. Aż chce się człowiekowi dalej pisać.

Pewnie gdybyśmy naszym babciom i dziadkom w ich młodości ukazali wizję przyszłości, w jakiej im przyjdzie żyć, uznali by ją za równie absurdalną co wizje, które snujemy na tym portalu.

Mimo że nie do końca rozumiem przedstawiony świat, to opowiadanie czytało się bardzo przyjemnie. Absurd w umiarkowanym natężeniu bardzo mi pasował. Styl taki… bezpośredni? Wyjątkowo podoba mi się pomysł na udostępnianie części mózgu korporacji – choć kontekst inny, to jednak trochę się skojarzyło z Johnny Mnemonic. Niezłe absurdalne opowiadanie.

Blackburn, dzięki za lekturę. Myślę, że z biegiem czasu coraz więcej ludzi pracujących czuje się jak Johnny Mnemonic, nie wyłączając z tego szeregu mnie. Fajnie, że zajrzałeś, Twój komentarz jest zawsze cenny.

Nowa Fantastyka