- Opowiadanie: Gertrud - Nie zapomnij kupić soli, Ziemianinie

Nie zapomnij kupić soli, Ziemianinie

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Nie zapomnij kupić soli, Ziemianinie

Siedzieliśmy w kuchni. W zlewie spasiony szczur brał kąpiel między brudnymi talerzami i szklankami. Normalnie bym się za niego zabrał, ale opróżniłem już dwie flaszki koniaku i nie miałem najmniejszej ochoty uganiać się za gryzoniem. Opijaliśmy z Odo rocznicę jego przybycia na Ziemię. To już chyba dwudziesta piąta, a może szósta? W każdym razie urżnęliśmy się jak świnie.

 

– Stary, powitanie to mi zgotowałeś pierwsza klasa. Myślałem, że mi łeb odstrzelisz, jak cię zobaczyłem z tą flintą na werandzie. Komornika się spodziewałeś, czy co? – Podniósł szklaneczkę w geście toastu i opróżnił do dna odrobinę się przy tym krzywiąc.

 

–  Co ty masz w głowie, watę cukrową zamiast mózgu? Wylądowałeś na moim podwórku tym kosmicznym jajem i myślałeś, że powiem "O ufo przyleciało, jak miło. Może ufo chciałoby wstąpić na słoną herbatkę i paluszki?" – naśladowałem głos Pani Douptfire.

 

– Właściwie… tak.

 

– To, że na innych planetach odwiedziny obcych to normalka, to wcale nie znaczy, że na Ziemi też. U nas nie spotyka się obrzydliwych stworów, z łbem wielkości arbuza, pełzających na jednej nodze pokrytej przyssawkami. O trzech rękach nie wspominając.

 

– Sugerujesz, że jestem nieatrakcyjny?

 

–  Sugeruję, że miałeś szczęście, że byłem narąbany i uznałem, że mam omamy. W przeciwnym razie odstrzeliłbym ci łeb.

 

 

 

***

 

 

 

–  Wstawaj Ziemek. – Co za pisk, po co tak głośno, litości. Czego mnie tak szarpie, no już, już zaraz wstaję. Nagle chlust, cały jestem mokry. Co jest grane? Otwieram oczy, zwlekam się z kanapy. Cuchnie gorzelnią, aż mi ostatni posiłek podchodzi do gardła. Staram się powstrzymać ten odruch. Nic z tego, eksploduję treścią żołądkową prosto na dywan. Cudownie. Drgawki na całym, ledwo żywym ciele.

 

– Już myślałem, że nigdy nie wstaniesz. Sorry, za wodę, ale nie mogłem cię dobudzić już od czterech minut.

 

– Cii… – wymamrotałem, ale Odo nie zwracał uwagi.

 

– Słuchaj, Ziemek musisz lecieć do miasteczka. – tłumaczył skrzeczącym głosem. Aż mi w uszach dzwoniło. Jakie to niesprawiedliwe, że ludzie nie mogą zamykać uszu.

 

– Ciii… błagam, ciszej. Lecieć? Po co?

 

– Po sól.

 

– Nie, mowy nie ma. Miej litość.

 

 

 

***

 

 

 

Godzinę później siedziałem już za sterami awionetki. Nie miałem siły prowadzić, ale wierzcie mi na słowo, na takim kacu wszystko było lepsze od słuchania głosu Odo. Prowadzenie samolotu w obecnym stanie może się wydawać szaleństwem, ale przecież niczego nie ryzykuje. Nie mogą mi zabrać licencji, bo najpierw musiałbym ją mieć. Gdybym się rozbił i umarł, byłbym wdzięczny losowi. Skończyłyby się moje cierpienia. I nigdy więcej nie oglądałbym tej kosmicznej poczwary. Dawno mi tak nie podniósł ciśnienia, mógł wcześniej powiedzieć, że kończą mu się zapasy. Ale nie, ten gnom zawsze na ostatnią chwilę wszystko zostawia, a potem martw się człowieku. Jeszcze jakby było mało, lotnisko zamknięte z powodu strajku pielęgniarek. Niedorzeczne.

 

Zirytowany postanowiłem wylądować na jezdni. Zniżyłem się przez megafon poinformowałem kierowców, żeby zrobili miejsce i podszedłem do przyziemiania. Jak tylko otworzyłem drzwi oberwałem różową torebką. Sprawczynią napaści okazała się oburzona staruszka. Potulnie wysłuchałem nagany, kilkukrotnie prosząc jedynie o ściszenie głosu.

 

– Przecież nie ma żadnego znaku zabraniającego lądowania samolotów na tej drodze. – sumitowałem się nieustępliwej seniorce jak szczeniak na dywaniku u dyra. Chyba nie przypadło jej do gustu moje wytłumaczenie, bo zapowiedziała spotkanie na policji. Co to, to na pewno nie. Żadnych randek z członkiniami koła różańcowego. Zaparkowałem awionetkę przed hipermarketem budowlanym i pomaszerowałem do spożywczaka. Kupię, co mam do kupienia i już mnie tu nie ma.

 

Niestety po raz kolejny los pokazał mi figę z makiem. Wydeptałem z dziesięć kilometrów, nauczyłem się na pamięć rozkładu asortymentu a soli nie znalazłem. U konkurencji naprzeciwko to samo. W trzecim sklepiku, kiedy nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, zaczepiłem panią w dziwacznej czapeczce z firmowym logo zielony żółwik.

 

– Nie mamy. Przykro mi. – odburknęła na zapytanie o sól nie przerywając wykładania gum do żucia o smaku starej podeszwy. Kto kupuje coś takiego? Świat oszalał. Czułem się coraz gorzej. Łeb ciężki jak z ołowiu, grunt pod stopami chwiejny niczym pokład łodzi pod pełnymi żaglami w wietrzny dzień. Do tego chłód poranka już dawno ustąpił miejsca popołudniowemu upałowi. 

 

Za jakie grzechy przyszło mi niańczyć przygłupiego kosmitę? Czemu on musi potrzebować do życia codziennej dawki solonej wody? Człowiekowi wystarcza zwykła woda, czemu jemu nie może? Kiedy tak szedłem i marudziłem pod nosem do siebie, jak ostatni wariat na horyzoncie pojawiło się wybawienie. Szyld z ozdobnie namalowanym napisem Złoty kufelek. W środku panował przyjemny półmrok, ale właściciel nie zainwestował w klimatyzację, więc przeszedłem między drewnianymi stolikami na drugi koniec sali ku drzwiom prowadzącym do ogródka. Zamówiłem od razu dwie porcje chmielowego napoju i pierwszą szklanicę opróżniłem nim kruczowłosa kelnerka zdążyła wrócić za bar. Wytarłem usta wierzchem dłoni i od razu poczułem lecznicze działanie trunku. Ból w skroniach zelżał, nogi, mimo pozycji siedzącej byłem tego pewien, odzyskały połączenie nerwowe z mózgiem, który wyrwał się z odrętwienia. Która godzina? Zerknąłem na zegarek. Dochodzi piąta po południu, znacznie później niż myślałem. Trzeba zagęszczać ruchy. Mimo wszystko, wolę zastać Odo żywego niż martwego.

 

– Czy są tu jeszcze jakieś inne sklepy spożywcze niż szampon i dżem, farba i musztarda, i u kowboja? – zagadnąłem kruczowłosą, kiedy stawiała przede mną jeszcze jedną kolejkę.

 

– Nie, to już wszystkie.

 

Pstryk, olśnienie. Czerwona lampka nad skronią i już wiem, co robić. To takie proste. Trzeba jechać do kopalni soli. Dumny ze swojego geniuszu i całkowicie uleczony ze wszystkich dolegliwości postanowiłem ruszyć w drogę. Jeszcze tylko dwie szybkie lufy przy barze. Skoro trzy piwka tak rozjaśniły umysł to, ile może zdziałać coś mocniejszego. W końcu zaczynałem myśleć trzeźwo, po całym dniu zamroczenia. Jakie to przyjemne uczucie.

 

 

 

***

 

 

 

– Nie, proszę pana, nie ma tam żadnego lotniska. – Poinformowała mnie uprzejmie dama w żółtej garsonce i kapelusiku w kształcie banana. -Ale może pan pojechać autobusem.

 

Omal nie wyplułem płuc na przystanku taki ze mnie maratończyk. A wspomniany autobus i tak uciekł. Patrzyłem jak robi się coraz mniejszy aż zupełnie zniknął mi z oczu. Na szczęście złapałem okazję. Radość nie trwała długo. Jazda z wiejską handlarą okazała się utrapieniem i mordęgą. Baba cisnęła z zawrotną prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę. Całą drogę słuchała w radio transmisji mszy świętej z Watykanu. A mnie po raz kolejny tego cudownego dnia zaczęło zbierać się na wymioty. Automobilistka i tapicerka przesiąknięte były zapachem jaj, które woziła codziennie na targ do miasteczka co najmniej od kilkudziesięciu lat. A może nawet i dłużej. Na domiar złego, u kresu podróży okazało się, że muszę uiścić opłatę za przejazd, i to dwa razy wyższą niż zabuliłbym za autobus. Niech ją szlag jasny trafi, złorzeczyłem babsku bieżąc w kierunku kopalni.

 

 

 

***

 

 

 

Kopalnia soli w doniczce

 

 

 

Pod szyldem kartka na drzwiach.

 

 

 

Czynne od poniedziałku do piątku w dni nieparzyste, w godzinach między 8:36 a 11:04 i 13:17 a 18:02.

 

 

 

Co oznaczało, że gdyby jechała jak normalny człowiek to bym zdążył przed zamknięciem. Zrezygnowany człapałem wiejską drogą w nadziei, że zdarzy się cud. Zdarzył się otwarty sklep. Kupiłem w końcu sól, po całym ciężkim dniu poszukiwań, i piwo na ukojenie nerwów, które spożyłem z miejscowymi chłopami na schodach przed sklepem. Okazało się, że syn jednego z nich musi jechać do miasteczka jeszcze tego samego wieczoru. W drodze dowiedziałem się, że to piekarz i ma nocną zmianę. Podrzucił mnie pod sam hipermarket. Równy gość nie to, co baba od jaj. Nic nie chciał nawet za transport.

 

 

 

***

 

 

 

Wyobraźcie sobie, jakie było moje zdziwienie, kiedy doczłapałem się do mojej kochanej awionetki i ujrzałem blokadę na kole. Taką samą, jaką straż miejska zakłada źle zaparkowanym samochodom. Do drzwi przyczepiono kartkę, z której wynikało, że otrzymałem mandat za parkowanie na stanowisku dla niepełnosprawnych. A konkretnie dwa mandaty, za zablokowanie dostępu do dwu takich miejsc. Zatelefonowałem natychmiast pod wskazany numer i dowiedziałem się, że nie mogą przyjechać.

 

– Czy pan myśli, że nie mamy nic do roboty?

 

– A macie?

 

– Nie, ale po ósmej wieczór wyjeżdżamy tylko do zgłoszeń przestępstwa.

 

– Zatem chciałbym głosić przestępstwo. Mężczyzna w średnim wieku niszczy należące do policji mienie w postaci blokady na koło. Zajście ma miejsce na parkingu przed hipermarketem.

 

– Rozumiem, zgłoszenie zostało przyjęte. Wysyłam patrol.

 

 

 

***

 

 

 

Uff, nareszcie w domu. Coś jest nie tak. Drzwi otwarte na oścież, cisza jak makiem zasiał. Wszędzie ciemno. Nigdzie nie widać Odo. O nie… nie zdążyłem. To niemożliwe. Zaczynam wpadać w panikę, biegać po mieszkaniu, wrzeszczeć, zapalać wszędzie światła. Gdzie on może być? Pędzę schodami na górę. Jest, leży w mojej sypialni. Nogi się pode mną uginają, osuwam się na ziemię. Płaczę jak dziecko. Wspomnienia wspólnych chwil przemykają przez głowę, chaotyczne, nieuporządkowane. To najlepszy przyjaciel, jedyny… A ja nie zdążyłem. Zabiłem go.

 

Czołgam się i przysiadam przy nim na skraju łóżka. Oddycha. Widzę, jak jego ciało unosi się i opada miarowo, delikatnie. A może to omam, tak bardzo chciałbym, żeby się obudził. Potrząsam nim mocno raz i drugi. Nic. Puszczam się galopem do kuchni, omal nie łamiąc nóg na schodach. I do góry. Chlust. Powódź na łóżku. Odo na mnie wrzeszczy, wyzywa. A ja się cieszę jak dziecko. Biorę go w ramiona. Tańczę i śpiewam. Patrzy na mnie jak na idiotę. W sumie, jak teraz o tym myślę to nie ma mu się co dziwić. To trwa i trwa. Cieszę się jak nigdy w życiu. Potem idziemy razem na ganeczek. Ja nalewam sobie szklaneczkę koniaku. Odo wodę soloną, jak zwykle. I zaczynam opowiadać, jak minął mi dzień. Z każdym kolejnym łykiem zaczynam myśleć coraz bardziej trzeźwo i układać fakty w pasującą całość. I znowu wzbierają nerwy na tego huncwota.

 

– Czy ty czasem, drogi przyjacielu nie wspominałeś kiedyś, że bez soli nie przeżyjesz całego dnia?

 

– Różne rzeczy mówię. – odpowiedział niepewnie, wyczuwając niechybnie, do czego zmierzam.

 

– Owszem, ale z tego wynika, że powinieneś być już martwy, a żyjesz i masz się całkiem dobrze.

 

– To chyba akurat powód do radości.

 

– Raczej do tego, żeby złoić ci skórę bezczelny kłamco. A teraz mów, czemuś nawymyślał, że bez soli nie możesz żyć.

 

– Kiedy ja na prawdę nie mogę.

 

– Jak nie możesz jak widzę, że możesz. Łżesz jak pies. Prawdę mów albo inaczej pogadamy.

 

– Jestem soloholikiem.

 

– Co ty bredzisz? Kim jesteś?

 

– Takim alkoholikiem, tylko uzależnionym od soli a nie wódki. Jak byś znał prawdę to skazałbyś mnie na odwyk, bo nie chciałoby ci się latać na kacu do miasteczka.

 

– I, dlatego przez dwadzieścia pięć lat robiłeś mnie w konia. Dobrze się bawiłeś? – Ale Odo, jak zawsze, kiedy nie chce mu się czegoś słuchać, ma już zamknięte uszy. Za to zmokły szczur, który najwidoczniej wykorzystał moją nieobecność i cały dzień moczył się w zlewie, pęka ze śmiechu tarzając się po werandzie.

Koniec

Komentarze

Pomysł umiarkowanie zabawny, ale moim zdaniem wystarczający, by go rozegrać lepiej: śmieszniej, nie takim "ciężkim" żartem w finale (albo przynajmniej lepiej go podbudować, obecnie budowanie suspensu prowadzi do krociutkiej i imo słabej kulminacji z przyciężkawym epilogiem-wyjaśnieniem).

Notorycznie nie stawiasz spacji przed lub po myslniku, zapis dialogów z błędami (tu na stronie, w dziale Opowiadania->Poradniki jest garść  linków  do informacji o poprawnym zapisie dialogów). Za to przecinkologia, bez rozbierania każdego zdania, wygląda  całkiem nieźle – brawo!

 

I na koniec, po zerknięciu w profil: Gertrud była  kobietą? :-) Witaj :-) Czemu tyle milczałoś? :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fiszu, dzięki za przeczytanie i uwagi. Zapis dialogów już poprawiony. Z zakończeniem miałam trochę trudności, i z twojego komentarza wynika, że to niestety widać. Spróbuję nad nim jeszcze popracować, może uda się tchnąć nieco lekkości. 

 

Zgadza się, Gertrud jest kobietą. Od paru miesięcy poczytuje sobie dość regularnie płody twórcze pań i panów fantastów :) Absurdalny konkurs wydał się absurdalnie doskonałą okazją do pokazania również własnych grafomańskich praktyk.

I pomysł, i opowiadanie wydały mi się raczej takie sobie. Owszem, przeczytałam bez większej przykrości, ale w pamięci pewnie nie zachowam.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą coraz lepsze.

 

-Sta­ry, po­wi­ta­nie to mi zgo­to­wa­łeś pierw­sza klasa. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Ko­mor­ni­ka się spo­dzie­wa­łeś, czy co?– Pod­niósł szkla­necz­kę… – Brak spacji po pytajniku.

 

U nas nie spo­ty­ka się obrzy­dli­wych stwo­rów, peł­za­ją­cych na jed­nej nodze po­kry­tej przy­ssaw­ka­mi z łbem wiel­ko­ści ar­bu­za… – Ze zdania wynika, że przyssawki mają łeb jak arbuz.

Proponuje: U nas nie spo­ty­ka się obrzy­dli­wych stwo­rów, z łbem wiel­ko­ści ar­bu­za, peł­za­ją­cych na jed­nej nodze po­kry­tej przy­ssaw­ka­mi

 

– Wsta­waj Zie­mek.– Co za pisk… – Brak spacji po kropce.

 

Czego mnie tak szar­pie, no już, już za raz wsta­ję.Czego mnie tak szar­pie, no już, już, zaraz wsta­ję.

 

Sorry, za wodę, ale nie mo­głem Cie do­bu­dzić już od 4 minut.Sorry za wodę, ale nie mo­głem cię do­bu­dzić już od czterech minut.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się kogoś listownie. Liczebniki zapisujemy słownie.

 

– Słu­chaj, Zie­mek mu­sisz le­cieć do mia­stecz­ka. tłu­ma­czył tym swoim skrze­czą­cym gło­sem.

– Słu­chaj, Zie­mek, mu­sisz le­cieć do mia­stecz­ka – tłu­ma­czył skrze­czą­cym gło­sem.

Zbędny zaimek; czy mógł tłumaczyć cudzym głosem?

Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj do tego wątku:

 

– Ciii.. bła­gam, ci­szej.– Ciii bła­gam, ci­szej.

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

wszyst­ko było lep­sze od słu­cha­nia głosu Odo na takim kacu. – Ze zdania wynika, że na kacu był Odo.

 

ale prze­cież ni­cze­go nie ry­zy­ku­je. – Literówka.

 

Jesz­cze jak by było mało, lot­ni­sko za­mknię­te… – Jesz­cze, jakby było mało, lot­ni­sko za­mknię­te…

 

Zni­ży­łem się przez me­ga­fon po­in­for­mo­wa­łem kie­row­ców… – Zniżył się przez megafon czy przez megafon poinformował kierowców?

 

Za­par­ko­wa­łem awio­net­kę na par­kin­gu przed hi­per­mar­ke­tem bu­dow­la­nym… – Powtórzenie.

Wystarczy: Za­par­ko­wa­łem awio­net­kę przed hi­per­mar­ke­tem bu­dow­la­nym

 

U kon­ku­ren­cji na prze­ciw­ko to samo.U kon­ku­ren­cji naprze­ciw­ko to samo.

 

ku drzwiom pro­wa­dzą­cym na ogró­dek. – …ku drzwiom pro­wa­dzą­cym do ogródka.

 

dwie por­cje chmie­lo­we­go trun­ku i pierw­szą szkla­ni­cę opróż­ni­łem nim kru­czo­wło­sa kel­ner­ka zdą­ży­ła wró­cić za bar. Wy­tar­łem usta wierz­chem dłoni i od razu po­czu­łem lecz­ni­cze dzia­ła­nie trun­ku. – Powtórzenie.

 

– Czy są tu jesz­cze ja­kieś inne skle­py spo­żyw­cze niż szam­pon i dżem, farba i musz­tar­da, i u kow­bo­ja? – O co chodzi w tym zdaniu?

 

Baba ci­snę­ła z za­wrot­ną pręd­ko­ścią 40 km/h. – Baba ci­snę­ła z za­wrot­ną pręd­ko­ścią czterdziestu kilometrów  na godzinę.

Liczebniki nadal zapisujemy słownie, nie stosujemy symboli.

 

Wspo­mnie­nia wspól­nych chwil prze­my­ka­ją przez moją głowę… – Zbędny zaimek.

 

Ja na­le­wam sobie szkla­necz­kę ko­nia­ku, po­dwój­ną bez lodu. – Czy kiedykolwiek pito koniak z lodem?

 

I za­czy­na opo­wia­dać, jak minął mi dzień… – Literówka.

 

bo nie chciał­by ci się latać na kacu do mia­stecz­ka. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dzięki za szczegółową analizę błędów do poprawki. Nie powinnam była wstawiać tekstu w środku nocy… Zmęczenie widać wzięło górę i mnóstwo przeoczeń i niedoróbek się wkradło. Poprawki naniesione w trybie natychmiastowym. Mam nadzieję, że kolejnym osobom będzie się teraz czytało choć trochę przyjemniej :)

Cieszę się, że uwagi okazały się przydatne. ;-)

Gertrud, do czasu zakończenia konkursu możesz ulepszać opowiadanie. Wykorzystaj ten czas! ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mam wrażenie, że poszłaś po linii najmniejszego oporu, jeśli chodzi o dopasowanie do tytułu.

na prawdę => naprawdę

Z przecinkologią nie jest aż tak dobrze. Wołacze, Gertrud, wydzielamy przecinkami. Obustronnie.

Aha, polikwiduje zbędne entery.

Babska logika rządzi!

Na początku miałam jeszcze chęć nanosić poprawki, teraz widzę, że sens tego jest żaden, bo opowiadanie jest poniżej jakiegokolwiek poziomu jakościowo i treściowo. Zostawmy je dla potomnych z dopiskiem jak nie pisać. 

 

Nie no, nie jest aż tak źle.

A poprawiać błędy, IMO, warto – żeby następni czytelnicy dostali coś lepszego, żeby poszlifować warsztat…

Babska logika rządzi!

Gertrudzie, rozejrzyj się najpierw – do witania służy wątek

 http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/56842845

 

 

Pod opowiadaniami komentujemy i wytykamy sobie błędy, żeby Autor mógł użyć przycisku "edytuj" i je ulepszyć. Pisanie to proces, nie jednorazowy strzał. Jeśli nie jesteś gotowo na ciągłą pracę z raz napisanym tekstem (a wiem, że to żmudne i może irytować), to przemyśl co i czy chcesz pisać. Jest twardo, ale bez złej woli – wskazanie błędów oznacza, że ktoś poświęcił swój czas na twój tekst bezinteresownie. Osoba zdeklarowana na wiek 25 lat chyba nie oczekuje głaskania po głowie i nie obraża się na konstruktywną krytykę?

Do końca konkursu jeszcze 5 dni. Warto poprawić oczywiste błędy i przemyśleć konstrukcję tekstu. A że póki co wyszło średnio i przyjęcie  chłodne? Trudno, jak tego nie przejdziesz, to nie nauczysz się pisać tak, by porwać tłumy  :-)

 

I uwierz mi, jest o wiele więcej lepszych przykładów "jak nie pisać".  Twój tekst nie jest tak zły, by otrzymać tę kategorię odśnieżania;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Pobalansowałem na granicy uśmiechu

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie powiedziałbym, że tekst jest poniżej jakiegokolwiek poziomu. Należy szczerze powiedzieć, że nie jest to mistrzostwo świata, ale czytywałem tu już teksty znacznie gorsze.

Jeśli miałbym jakoś zaklasyfikować ten tekst, powiedziałbym, że jest wręcz idealnie średni. Dość przyzwoicie napisany, dość zabawny, dość ciekawy. Nie wybitny w żadnym calu, ale też niesprawiający przykrości podczas czytania.

Jeszcze taki drobiażdżek – “Pani Douptfire”, to chyba Pani Doubtfire? : > 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Gertrudzie, Gertrudo, dzięki za Twój tekst. Życzę Ci wytrwałości w twórczym "procesie", o którym pisał PsychoFish. Myślę, że miejsca, w które będziesz prowadzić siebie i czytelnika będą coraz ciekawsze.

Nadmiernie rozbudowane jak na taki prosty pomysł i praktycznie jedną akcję.

Adamie, do konkursu trzeba było mieć co najmniej 10000 znaków.

Babska logika rządzi!

To pod kątem tekstu, nie wymogów konkursowych.

Przyznam się, że dawno nie zaglądałam i dziś poczułam się miło zaskoczona, że tyle osób  poświęciło swój cenny czas na przeczytanie mojego tekstu. Dodaliście mi sporo otuchy. Sam fakt, że udało wam się dotrwać w lekturze do końca podniósł mnie na duchu. Żałują, że w pierwszej chwili zareagowałam nerwowo i nie poświęciłam opowiadaniu więcej czasu.

Adamie, w pierwszej wersji historyjka była sporo krótsza i została rozbudowana na potrzeby konkursu. 

Ta historia jest dla mnie trochę za oczywista, za bardzo poprowadzona pod tytuł – a żeby taki trick zadziałał, to w zakończeniu musi być prawdziwe trzęsienie ziemi. Tutaj go zabrakło. W tekście znalazło się kilka zdań, przy których się uśmiechnęłam (Żadnych randek z członkiniami koła różańcowego! – aż się prosi o historię podrywacza, który właśnie w takich kręgach się obraca ;-)). No, i plus za to, że jako jedyna wybrałaś temat z Ziemianinem i solą.

Tekst prosty. Zgadzam się, że wszytko napisane pod tytuł. To plus, ale zabrakło zaskoczenia. Absurd jest, ale nie najwyższych lotów. Przeczytałam bez przykrości, ale też bez wielkich zachwytów. Ot taka historyjka do poczytania.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka