- Opowiadanie: michal3 - Tajemnicza kradzież

Tajemnicza kradzież

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Tajemnicza kradzież

Zapach w mieszkaniu M. jak zwykle wprawił mnie w dobry nastrój. Kłębiący się z fajki dym wsiąkł już chyba w każdą stronicę grubych tomów, obicia kanap i foteli, a także wełniane dywaniki. Nikotynowa nuta była mocno wyczuwalna, dzięki czemu całe mieszkania zyskiwało w mych nozdrzach uznanie – tytoń najwyższej jakości palą tylko wspaniali dżentelmeni. M. bez wątpienia do nich się zaliczał.

– Drogi przyjacielu – powiedział M., czytając gazetę – czyżbyś znowu bawił się w myślowego powieściopisarza? – Ton jego słów był łagodny, acz kryła się w nich zaczepka.

– Czy coś się przed tobą ukryje? Chyba tylko słońce, kiedy zachodzi.

– Nie przesadzajmy.

M., jak zwykle, wniknął w najgłębsze pokłady mego umysłu i z łatwością przewidział, o czym myślę. Nie mam pojęcia, czy znowu używa swych umiejętności czy zwyczajnie można czytać ze mnie jak z książki.

– Zdecydowanie to drugie – zaznaczył M.

Czyżbym powiedział to na głos?

– Zdecydowanie nie, przyjacielu.

Znowu się ze mną bawi.

– Nie ma w tym nic zabawnego.

Jak on to robi?

– Dobra pamięć, ale krótka – podsumował M. – Czyżbyś zapomniał, że rano uścisnąłeś mą dłoń? Jako że dzień zapowiada się na niezwykle monotonny i nudny, postanowiłem trochę go urozmaicić. Mam nadzieję, iż się nie gniewasz?

– M. – powiedziałem, licząc, iż moja twarz nie zdradziła lekkiej irytacji. – Zawsze z wielką przyjemnością przyglądam się, jak czytasz przyszłość. Nie mogę więc się gniewać, gdy sam padam ofiarą twych umiejętności.

– Naprawdę? – Wydawał się zaskoczony. – W takim razie uważaj dzisiaj na dachówki. Jedna zaplanowała wylądować na twojej głowie.

Jakby nie mógł od razu tego powiedzieć.

 

– Ale nie powie pan nikomu?

M. gościł panów Atkinsa oraz poczciwego inspektora Grandsona, chyba najfortunniejszego policjanta w Zjednoczonym Królestwie. Ilu funkcjonariuszy może powiedzieć, że współpracuje z jednym z najbystrzejszych umysłów współczesnej Europy? Prawdopodobnie tylko inspektor Lestrade.

– Klejnot Cintamani, panie M. – powiedział Walter Atkins, korpulentny, energiczny mężczyzna z niezwykle bujnymi włosami, piskliwym głosem i dziwną pustką w oczach. Przez wiele lat przebywał w Indiach, gdzie ponoć odnalazł wiele bezcennych artefaktów. Trudno uwierzyć, że tak niepozorny człeczyna mógł przedzierać się przez dżunglę. – Słyszał pan kiedyś o kamieniu?

– Nigdy – krótko skwitował M. – Czy mógłby pan opowiedzieć, co się stało?

Muszę przyznać, iż sam byłem niesłychanie ciekaw. Legendarny Cintamani, zwany także klejnotem umysłu, rzekomo jest kamieniem o niewyobrażalnej mocy. Ponoć wystarczy wypowiedzieć życzenie, a ono natychmiast się spełni. Chociaż patrząc na pana Atkinsa należy wątpić w magiczną moc artefaktu. Od razu poprosiłby o większą posiadłość, najnowszy automobil, a zapewne i o piękną, młodą damę u boku.

– Kilka dni temu, wraz z przyjaciółmi, zorganizowaliśmy w mojej posiadłości małe przyjęcie. Nie tak dawno minęło dwadzieścia lat, odkąd skończyliśmy studia archeologiczne na Oxfordzie. Zechciało nam się powspominać dawne dzieje, a że dom mam duży, to zaproponowałem, aby spotkać się u mnie. Impreza była naprawdę przednia, udało się nawet zaprosić Vaughana Williamsa Ralph’a, nieprawdopodobnego kompozytora i dyrygenta. Cóż za cuda wyczynia ze smyczkiem… Oczywiście po kilku wypitych karafkach postanowiłem pochwalić się kolekcją indyjskich precjozów. Wyjąłem je z sejfu, po czym pokazałem gościom. Proszę mi wierzyć, iż nigdy nie zapomnę tych zachwytów. Niestety, przyjęcie w końcu dobiegło kresu, szybko zasnąłem, a rano się okazało, że sejf jest uboższy o jeden kamień! Złodziej dobrze wiedział, co robi, zapewne liczył, iż nie połapię się tak prędko. Niedoczekanie jego! A co gorsza, przestępcą musi być ktoś z moich znajomych!

Doprawdy wstrząsająca historia. Nikomu nie można ufać w dzisiejszych czasach. Pamiętam, jak kilka lat temu pewien zamożny baronet zniżył się do poziomu pucybuta i poślubił bednarkę, która nota bene okazała się analfabetką. Skandal goni skandal.

– Zauważył pan, aby ktoś z gości wyglądał na szczególnie zainteresowanego klejnotem?

– Szanowny panie M., wszyscy goście wręcz pożerali wzrokiem ten zachwycający kamień – powiedział z nieukrywaną dumą. – Ale gdybym miał kogoś wskazać, to zdecydowanie byłaby to Elizabeth Hamilton. Ona jako jedyna była niewzruszona.

– Niewzruszona? – zapytałem zdziwiony. Spodziewałem się raczej, iż pan Atkins wytypuje kogoś, kto był zainteresowany oglądanym przedmiotem, a nie odwrotnie.

– Zachowywała się nietypowo. Oczywiście jest niezwykle zachwycająca i pochodzi z dobrego domu, jednakże w jej ignorancji było coś nienaturalnego. Patrzyła na wentylator, krzewy rosnące w ogrodzie i chyba tylko raz zerknęła na Cintamani. Musicie się panowie ze mną zgodzić, że to podejrzane?

– Zdecydowanie, panie Atkins – przyznał inspektor Grandson. – Proszę mi wierzyć, że jeszcze dzisiaj pan M. uda się do tej kobiety. Rzecz jasna, będę mu asystował.

Cóż za gbur z tego Grandsona! A miałem o nim takie dobre zdanie. Nie dość, że cokolwiek nakazuje M., to jeszcze zupełnie zapomniał wspomnieć o mnie. Niestety, każdego dnia doświadczam upadku obyczajów i dobrych manier. Mam nadzieję, że nigdy nie zachowam się tak grubiańsko.

– Wolałbym pójść sam inspektorze – powiedział poważnie M. – Ewentualnie w asyście mego dobrego przyjaciela, siedzącego obok pana.

Odpowiedź zawstydziła Grandsona, który momentalnie się zaczerwienił. Dobrze mu tak. Jeżeli nie powściągnie języka, to pewnego dnia wyląduje na prowincji w Winchester.

Atkinsa wybiło trochę wtrącenie Grandsona. Błądził wzrokiem po pokoju, najwyraźniej chciał jeszcze o czymś wspomnieć.

– Czy zechciałby pan jeszcze coś powiedzieć? – zapytałem, chociaż raz przejmując inicjatywę. M. wydawał się zaskoczony. W sumie nic dziwnego. Zbyt rzadko bywam przydatny.

– Jest jeszcze jedna osoba, która zachowywała się nietypowo. Lady Walton… Ona… – Atkins uśmiechnął się melancholijnie. – Chyba się trochę zadurzyła we mnie i mogła ukraść kamień, aby zwrócić na siebie moją uwagę…

Sacrebleu! Cicha woda…

– Cóż, zakochani potrafią zrobić z siebie… – zaczął M. cichym i spokojnym głosem.

Kompletnego osła?

– …głupca, a nawet i złodzieja – dokończył.

Zaiste, potrafią. Kiedyś starałem się o względy pewnej ziemianki z Dorset, pięknej i kapryśnej siedemnastoletniej Wiktorii Doughty. Do dziś żałuję, iż nikt mnie nie uprzedził o reakcjach na kwiaty tej naprawdę wspaniałej kandydatki na żonę. Wręczyłem jej bukiet żółtych niczym słońce żonkili, a nieziemska Wiktoria najpierw napuchła, a następnie straciła przytomność. Zapewne nie przekreśliłbym swych szans na małżeństwo, gdybym nie uciekł z prędkością pociągu towarowego do Manchesteru. Spanikowałem. Nikt nie jest idealny.

 

Lady Walton była wdową i namacalnym przykładem, iż nie trzeba mieć rozumu, aby pławić się w bogactwie.

– Czy to pan M.? – spytała. – Jasnowidz?

Spojrzała na mnie.

– Pana nie znam, więc pewnie tak powinno być… Ale gdzie się podziały moje maniery? Proszę, siadajcie.

Usiedliśmy w miękkich niczym puch fotelach.

– Panowie w sprawie moich córek?

M. pokręcił głową.

– Obawiam się, że nie, szanowna pani. Przyszliśmy, gdyż…

– Rozumiem. Więc zapewne chodzi o szóstego syna lorda Robertsona. Może i jest tym całym maklerem, ale ufać mu nie można nic a nic.

– Również nie o to chodzi, lady Walton.

– No i co z tego, że ukończył Stonyhurst?

Wymieniliśmy spojrzenia z M. Najwyraźniej nasze zainteresowanie nie było potrzebne, aby gospodyni mogła opowiadać.

– Zawsze miał opinię niestabilnego i rozpustnego – ciągnęła dalej. – To wszystko przez wychowanie. Zawsze powtarzałam, że wiara rzymskokatolicka sprowadza młodych i ambitnych na ścieżkę alkoholu i tytoniu.

– Lady Walton, czy była pani ostatnio u pana Atkinsa?

W jej oczach zobaczyłem zwątpienie.

– A uważałam pana za anglikanina…

Bez słowa wstała i wyszła z pokoju. Po kilku minutach jednak wróciła i znowu zaczęła opowiadać o sprawach dla nas nieistotnych.

– Na szczęście po śmierci wuja, co zbiegło się z osiągnięciem przez niego pełnoletności, udał się w podróż po Afryce.

Opowieść trwała dwie godziny. Trzy razy policzyłem zęby, powycierałem noski butów, a nawet pechowo wyrwałem guzik z kamizelki. No i gdzie znajdę krawca o tej porze?

– Na szczęście oświadczył się tej biednej dziewczynie.

– A dziecko? – zapytał M., wyraźnie podekscytowany. Nie sądziłem, że aż tak zaangażuje się w tę historię. – Uznał je za swoje?

– Oczywiście.

– I to nie była pomyłka?

– Przyznała się.

– Kiedy?

– Po pierwszym rozwodzie.

– Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedział?

– Nie. Chociaż zadenuncjował go policji.

Boże, gdzie ja trafiłem? Tak muszą wyglądać posiedzenia Izby Gmin.

– Panie M. – powiedziała mocnym głosem. – Jest pan wspaniałym słuchaczem. To zaszczyt poznać pana osobiście. Więc w czym mogę pomóc?

M. przez chwilę milczał, po czym wprost zapytał, czy nie zabrała klejnotu Cintamani. Powiedziała, że nie i uwierzyliśmy w jej zapewnienie.

 

Panna Elizabeth Hamilton była przeciętną kobietą, niską, poważną, z wypukłymi policzkami i małymi ustami. Jednakże miała coś nietypowego w oczach, coś, co widziałem tylko u artystów. Może zajmowała się malarstwem? Chociaż patrząc na jej nieubabrane farbą palce, obstawiałbym, że gra na fortepianie. Ciekawe, czy umiałaby zagrać sonatę b-moll Chopina?

– Pan M. i… przepraszam, ale nie znam pańskiego nazwiska?

Przedstawiłem się, po czym wespół z M. skłoniliśmy się jak tylko dżentelmeni potrafią. I oczywiście pozwoliliśmy sobie ucałować naszą gospodynię w prawą dłoń. Pachniała jaśminem.

– W czym mogę panom pomóc?

– Straszna tragedia spotkała pana Atkinsa – zaczął M. – Otóż, proszę sobie wyobrazić, iż ktoś ukradł jego bezcenny klejnot.

– I sądzicie, panowie, że mam z tym coś wspólnego?

W jej głosie było tyle agresji, że aż się wyprostowałem na krześle. Ostatni raz tak napastliwy ton słyszałem jeszcze w wojsku od niezapomnianego pułkownika Pitta, który zawsze jak mnie zobaczył, to kazał robić pompki. Oczywiście nigdy żadnej nie zrobiłem. Jeszcze bym się przegrzał.

– Ależ skąd, pani Hamilton. – Powiem szczerze, iż nie takiej reakcji spodziewałem się po M. – Po prostu pan Atkins uważa, że mogła pani widzieć złodzieja, gdyż wyszła pani jako jedna z ostatnich z pomieszczenia, w którym znajdował się sejf.

A to przebiegły człowiek. Podpuszcza biedną pannę Hamilton.

– Niestety, ale muszę panów rozczarować. Nie tylko nic nie widziałam. Ja w ogóle nie byłam zainteresowana tym jego kamieniem. Nie dość, że prawie cały wieczór musiałam słuchać przechwalania się tych podstarzałych archeologów, to jeszcze ta kolekcja była więcej niż kiepska. Poza jednym cennym Cintamani nie było tam nic wartościowego. Walter całe życie szukał czegoś, co nada jego życiu sens. Cieszę się, że coś takiego znalazł, ale wierzcie mi, panowie, jestem ostatnią osobą, która zwracałaby uwagę na jego kolekcję.

– Nie uważa pani, że ten legendarny kamień wpływa na ludzkie umysły?

– Nie! Toż to absolutny nonsens! Trzeba być szaleńcem, aby w coś takiego wierzyć.

– No cóż – mruknął M. – są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło.

– Może i tak, ale zdecydowanie nie pod tym niebem i nie na tej ziemi.

Po czym pani Elizabeth Hamilton wstała i już wiedzieliśmy, że spotkanie dobiegło końca.

 

Do domu M. wracaliśmy piękną aleją, pełną zielonych drzew i podskakujących wiewiórek. Zastanawialiśmy się, czy nie skorzystać z dyliżansu, jednak letnie słońce skłoniło nas do zaczerpnięcia świeżego powietrza.

– Muszę ci powiedzieć, M., że jestem wściekły. Tylko nie wiem, na kogo bardziej! Przecież nic się od niej nie dowiedziałeś! A kiedy nas wyprosiła, to pokornie odeszliśmy. Jak jakieś… bażanty!

– Drogi przyjacielu. – Tak spokojny ton odpowiedzi zazwyczaj sugerował, że palnąłem jakieś głupstwo i zaraz wysłucham wykładu. – Musisz wiedzieć, że bycie inteligentnym człowiekiem nie oznacza tylko rozumienia otaczającej nas rzeczywistości. Aby czymś się wyróżnić w dzisiejszym świecie, musisz przede wszystkim dostrzegać to, co niedostrzegalne na pierwszy rzut oka. Zarówno ty, jak i panna Hamilton zobaczyliście jasnowidza, człowieka, który chce czegoś się dowiedzieć. I gratulacje. Obydwoje macie rację, przyszedłem czegoś się dowiedzieć. Jednakże popełniliście ten sam błąd. Założyliście, że muszę najpierw o coś zapytać, aby uzyskać pożądaną przeze mnie informację. Widzisz, nie bez powodu całuję kobiety w dłonie…

– Chwileczkę – czułem się trochę skołowany przydługim wywodem M. – Przecież jesteś jasnowidzem, jak sam przyznałeś. Więc nie mogłeś zobaczyć przeszłości. Nie wiesz więc, czy to ona jest złodziejem.

– Zgadzam się z tobą, przyjacielu. Nie widziałem, kto dokonał kradzieży. Ale zobaczyłem, iż za dwa dni w dokach pani Hamilton spotka się z tajemniczym mężczyzną w kapeluszu. Tak więc przygotuj się dobrze, bo ruszymy śladami ukradzionego klejnotu, gdyż na pewno nie będą pić razem popołudniowej herbatki.

 

Mżyło. Wiele osób żartuje, iż Eskimosi znają pięćdziesiąt określeń na śnieg. My, Brytyjczycy, znamy chyba pięćset różnych rodzajów deszczu i mam nadzieję, że nie będzie nam dane poznać pięćset pierwszego. To byłby koniec Wielkiej Brytanii, jaką znamy.

– Dzięki Bogu, przyszedłeś! – zawołał M., widząc, iż powoli człapię z parasolem. – Ale powiedz mi, naprawdę musiałeś wziąć żółty parasol?

– Wiesz, to zabawna historia – zacząłem. – Należał do mojej matki, jednak zgubiła go, a ojciec go znalazł, kiedy jeszcze jej nie znał i…

M. przerwał mi:

– Proszę. Nie teraz. Mamy misję do wypełnienia. – Po czym po chwili dodał: – I schowaj ten parasol, inaczej ja to zrobię.

Nie chciałem moknąć, ale z drugiej strony nie chciałem narażać się na złość M. Jeszcze wygłosiłby drugi wykład w przeciągu kilku dni.

– To gdzie idziemy? – zapytałem.

– Kierujemy się na molo. Niedługo powinni się tam zjawić.

Znalezienie ich zajęło nam kilka minut. Deszcz kapał mi za kołnierz, więc miałem szczególną motywację, aby wszystko szybko załatwić. Zobaczyliśmy pannę Hamilton w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Zaczęliśmy się skradać, jednakże sprawy przybrały bardzo niespodziewany obrót. Niestety, bywam dosyć fajtłapowaty, przez co najpierw się poślizgnąłem, a następnie uderzyłem czołem o kubeł na śmieci. Przysłowiowy słoń w składzie porcelany narobiłby mniej hałasu.

M. z politowaniem pokręcił głową.

Tymczasem tajemniczy mężczyzna zobaczył nas i – jak podejrzewam – w przypływie paniki i adrenaliny, zastrzelił biedną pannę Hamilton. Huk wystrzału rozległ się po całym, opustoszałym z powodu deszczu, porcie. W momencie kiedy jasnowidz pomagał mi wstać, ów jegomość z pistoletem podszedł do nas i powiedział znanym mi głosem:

– A cóż panowie tutaj wyprawiają?

Tajemniczym mężczyzną był pan Atkins!

– My? – warknąłem. – Toż to pan zabił człowieka!

Morderca jednak nic nie odpowiedział. Zbliżył się tylko do M. i przyłożył mu pistolet do głowy. Przyznam, że zdębiałem. Przez chwilę myślałem, że pan Atkins wytropił złodzieja i postanowił samemu wymierzyć sprawiedliwość. Jednak, gdyby tak było, dlaczego celowałby do osoby, którą wynajął, aby rzeczony kamień znalazła? Czyżbyśmy zobaczyli zbyt dużo? Z całą pewnością śmierć M. byłaby wielką stratą. Niech tylko pomyślę, jak wyglądałby świat, gdyby Michał Anioł nie wyrzeźbił „Dawida”… Porównanie może i odrobinę przesadzone, ale jednak. M. był moim przyjacielem i stanowił prawdziwe natchnienie.

M. zachował spokój. Nie uciekał, nie krzyczał, nie próbował obezwładnić przeciwnika. Sekundy się przeciągały, a ja w tym czasie zdążyłem zaobserwować, iż było coś nienaturalnego w zachowaniu pana Atkinsa. Dopiero po kilku sekundach uświadomiłem sobie, że ani razu nie mrugnął. Wyglądał niczym zahipnotyzowany.

Nagle kurek uderzył w spłonkę naboju, co powinno zainicjować wystrzał. Ale pocisk nie opuścił bębna. Coś się zacięło. Prawdziwy cud!

W tym samym momencie, w którym pocisk powinien opuścić lufę, M. wystrzelił do przodu i obezwładnił zdziwionego usterką pistoletu poszukiwacza artefaktów.

– Biegnij po inspektora Grandsona! – zawołał grzmiącym głosem M. – Tylko szybko!

– Powiedz mi tylko, M. Skąd wiedziałeś, że pistolet nie wystrzeli?

– To proste, drogi przyjacielu. Pan Atkins dotknął bronią mojego czoła. Wiedziałem więc, że przy pociągnięciu za cyngiel, pistolet się zatnie. Jednakże bardziej zaskakujące jest to, iż po zamordowaniu swojej koleżanki, miał popełnić samobójstwo.

Na chwilę obecną nie potrzebowałem więcej wyjaśnień. Pobiegłem. Tak szybko jak tylko dżentelmen potrafi.

 

Westchnąłem trochę głośniej niż powinienem, ale byłem znużony czekaniem. Zaraz po pogrzebie panny Hamilton, M. poprosił mnie i inspektora Grandsona do siebie. Najwyraźniej w końcu uznał, że należą nam się jakieś wyjaśnienia co do ostatnich wydarzeń.

– Witam, inspektorze. I co z biednym panem Atkinsem? – zapytał M. Był wyraźnie zaintrygowany.

– Cóż – zaczął – trafił do prywatnego szpitala dla obłąkanych. Lekarze stwierdzili, że jeszcze nigdy nie widzieli, aby ktoś został „sprowadzony z powrotem” z tak głębokiej hipnozy.

– Wiadomo, czyja to sprawka?

– Póki co nie.

Z pobliskiej stacji rozległ się gwizd.

– Słuchajcie, panowie – powiedział M. – Chciałbym coś wam pokazać.

Wziąłem do ręki liścik i zacząłem czytać na głos.

 

Szanowny przyjacielu,

to ja skradłam kamień. Jeżeli chcesz go odzyskać, przybądź po zmroku do portu. I weź ze sobą pieniądze.

Pozdrawiam

– E. Hamilton

 

Wydawałoby się, że liścik nic nie wnosi do sprawy. Mimo to wprost nie mogłem się doczekać, co wywnioskował z niego mój przyjaciel.

– Kamień Cintamani – zaczął M., wstając z fotela – niekoniecznie skradziono tak, jak podejrzewaliśmy. Otóż, jak sam zauważyłeś, drogi przyjacielu, zarówno pan Atkins, jak i panna Hamilton mieli coś dziwnego w oczach. Nie tylko rozsądek, ale i wieloletnie doświadczenie w hipnozach, każe mi założyć, iż oboje zostali wprowadzeni w ten jakże nietypowy stan przez nieujawnioną przez nas osobę trzecią. Ponadto policja nigdzie nie znalazła zaginionego klejnotu Cintamani.

Póki co wyjaśnienia wydawały się sensowne.

– Ja to widzę tak – kontynuował M., spacerując po pokoju – Tajemniczy złodziej, na przykład podczas kurtuazyjnej wizyty u pana Atkina, hipnotyzuje gospodarza za pomocą kamienia Cintamani. Następnie zabiera cenny artefakt niczym swoją własność i udaje się do panny Hamilton. Niczego nieświadoma kobieta również ulega mocom naszego sprawcy, który najpierw chowa klejnot do sejfu, a następnie oczekuje dalszych wydarzeń. Zapewne sprawca chciał, aby pan Atkins poinformował stróżów prawa o kradzieży, jednak nie wziął pod uwagę, iż nasz poszukiwacz trafi do inspektora Grandsona, który z kolei przyjdzie do mnie. Tak to już jest… Życiem rządzi przypadek. Nasz sprawca nie przewidział, iż uniemożliwimy panu Atkinsowi popełnienie samobójstwa. Poza tym, chyba nigdy nie dowiemy się, kto skradł klejnot. No i szkoda tylko, że dopuściliśmy do zastrzelenia panny Hamilton.

Kiwnąłem głową. Czułem dużą winę z tego powodu. Ale przynajmniej wszystkie wyjaśnienia składały się w spójną całość. Kto by pomyślał, że tak naprawdę ich ciała miały zostać znalezione, a liścik z kieszeni palta panny Hamilton powinien stanowić gwóźdź, który zamknąłby całą sprawę.

I podobnie jak M., mam nadzieję, że kiedyś dowiemy się, co stało się z klejnotem. A tajemniczy złodziej spędzi kilka lat na wysłuchiwaniu historii lady Walton. O ile nie zabroni tego konwencja genewska.

 

Epilog

Służący odszedł, a M. pośpiesznie otworzył telegram. Przeczytał raz, drugi, a następnie podał mi zmiętolony kawałek papieru o następującej treści:

 

Szanowny Panie M.,

mało brakowało, a po raz drugi pokrzyżowałby mi pan plany. Co prawda do dziś nie mogę odżałować pana Harrisa, który zdecydowanie przedwcześnie opuścił ten padół łez (o kilka dni) – nim zdążyłem przejąć całość jego majątku, ale tym razem jestem dużo bardziej zadowolony. Klejnot, który prawie udało się panu odzyskać, stanowi ważne ogniwo w mym planie. Widzi pan, to totalna bzdura, że Cintamani spełnia życzenia. Zaiste jednak jest to kamień umysłu…

 Można więc powiedzieć, że w naszej małej grze jest remis. Oby kolejne starcie było już rozstrzygające.

Pozdrawiam,

W.

Koniec

Komentarze

Przyjemne opowiadanie, chociaż nie mogę sobie przypomnieć, o co chodziło w części poprzedniej.

Silne skojarzenia z S.H., ale na pewno zdajesz sobie z tego sprawę. Zbrodnia nie powala maestrią jak u Agatki, ale jednak czytało się miło.

Zapewne od razu poprosiłby o większą posiadłość, najnowszy automobil, a zapewne i o piękną, młodą damę u boku.

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Senkju. :)

 

Jak dla mnie H.P., a nie S.H., ale kłócić się nie będę. :P

Work smart, not hard

A mnie pierwsza scena bardzo mocno skojarzyła się z S.H. czytającym dr W. H.P. chyba aż tak się nie popisywał przed H.

Babska logika rządzi!

Dlatego się nie będę kłócić. :)

Work smart, not hard

Wkradły się “gratulację” zamiast gratulacji.

 

Żółty parasol to nawiązanie do pewnego serialu : > ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Tak się składa, że tak. :)

Work smart, not hard

Pod względem warsztatowym i językowym nie mam zastrzeżeń (może poza tym że raz piszesz pan Atkins, a raz pan Atkin). Jednak sama intryga mnie nie powaliła, uczynienie bohaterem detektywa-jasnowidza jest lekkim pójściem na łatwiznę. No i popracuj troszkę nad tytułami bo ten nie jest zbyt zachęcający. Mimo wszystko czytało mi się bardzo dobrze :)

W jednym miejscu znalazłem “Atkin” i już poprawiłem.

 

Nie znam zbyt wielu bohaterów jasnowidzów i uznałem, że jest jakaś luka. Zgodzę się, że zalatuje to pójściem na łatwiznę, jednak staram, aby mu trochę życie utrudnić. Poza tym, lepsze to niż przypadkowe natknięcie się na trop, co zdarza się zdecydowanie zbyt często w powieściach i opowiadaniach.

 

A co do tytułów, to w poprzednim opowiadaniu miałem na początku jeszcze gorszy. :) Zgodzę się, że to nie jest moja mocna strona.

Work smart, not hard

Masz jeszcze raz Atkin parę zdań wyżej.

Masz zamiar kontynuować przygody tych bohaterów?

Si, plany są na trylogię. I właśnie powstaje trzecia część. A co później? Zobaczymy… Jak będzie dobry pomysł, to pewnie coś tam jeszcze popełnię.

Work smart, not hard

Co do samego tekstu, myślę że trzyma poziom z poprzedniej części. W moim odczuciu może nawet jest odrobinę lepszy. Narrator wzbudza u mnie pewną dozę sympatii ; ). Choć z drugiej strony twist bardziej zakręcił mną w pierwszej części, tutaj miałem trochę wrażenie Deus ex machina.

Nie wykluczam, że przeczytam też trzecią część, ot tak, żeby sprawdzić jak się skończy ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Kliknęłam bibliotekę – za fajny klimacik i lekkie pióro :) Nie czytałam poprzedniego opowiadania, ale rzeczywiście bez tego dało się zrozumieć o co chodzi i czerpać przyjemność z lektury. Opowiadanie dzięki osobie narratora jest bardzo sympatyczne w odbiorze, zgadzam się tutaj z Nevazem, pozostałe postaci też fajnie nakreślone, wyraziste pomimo niedługiego tekstu. Rzeczywiście intryga trochę zawodzi, ale może się jeszcze jakoś rozwinie w kolejnej części? 

Rozwinie, rozwinie. :) I dzięki za komentarz (oraz bibliotekę)!

Work smart, not hard

Podobało mi się, choć pewnie nie tak, jak chciałoby. Bo fabularnie, niestety, słabo. W ciekawy sposób namalowałeś ładny obraz, ale, generalnie, jak się okazuje, niewiele na tym obrazie jest. A szkoda.

O ile narrator jest rzeczywiście fajnie wykreowaną postacią, to jednak M. już mi nie podszedł. To znaczy sam w sobie jest ok, ale fakt, że jedynie jego jasnowidztwo pcha fabułę do przodu, stawia gościa daleko, ale to daleko za S.H. czy H.P. i bardzo spłyca fabułę. Niemniej i tak czytałem z zainteresowaniem, i przyjemnością, a to się w sumie liczy najbardziej. Tak więc biblioteka.

Z takich mocniejszych zgrzytów, to określenie “wspaniały” gentleman mi nie pasuje. Moim zdaniem gentlemanem albo się jest, albo nie, więc “prawdziwy” byłby tu znacznie bardziej na miejscu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ale to wymaga założenia, że istnieją również dżentelmeni nieprawdziwi ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Jestem, istnieję, droga Anet. Ze mnie taki gentleman jak z plastra z dupy wołowej jarskie danie. Ja po prostu nieźle udaję.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

 Najciekawszy jest klimat, a i historyjka miejscami uśmiechnęła. Wciągające. :) 

Dzięki za komentarze.

 

Nie chcę się tłumaczyć, więc nazwijmy to wyjaśnieniami: trudno jest stworzyć historię z jasnowidzem. Osobiście kojarzę jasnowidza w “Burzy“ Parowskiego i chyba tyle. Jednakże “Tajemnicza kradzież“ jest taka, jaka wg mnie, powinna być. Klimat jest głównym bohaterem tej historii. A przynajmniej ja chciałem, aby był. :) A fabuła… wiadomo, że trudno zaskoczyć osoby, które przeczytały tyle, iż właściwie nie da się ich zaskoczyć, jednak położenie nacisku na styl i klimat też jest jakimś wyjściem.

 

Dzięki za bibliotekę!

Work smart, not hard

Kon­ty­nu­acja opo­wia­da­nia “Ta­jem­ni­czy te­le­gram”. Ale nie trze­ba czy­tać, aby się po­ła­pać. :)

Michale, próbowałam pójść za Twoją sugestią i, nie czytając Tajemniczej kradzieży, usiłowałam połapać się, o co w niej chodzi. Bez powodzenia, niestety. :-( Więc, choć napisałeś, że nie trzeba, przeczytałam całe opowiadanie i teraz wszystko jest jasne. ;-D

Intryga, istotnie, nieco wątła, ale mimo to opowieść zdała mi się szalenie sympatyczna, osobliwie za sprawą utrzymanej w dobrze oddającej klimat niedzisiejszości relacji przyjaciela jasnowidza M.

 

po­sta­no­wi­łem po­chwa­lić się swą ko­lek­cją in­dyj­skich pre­cjo­zów. – Czy chwaliłby się cudzą kolekcją?

 

Nie­ste­ty, przy­ję­cie w końcu się skoń­czy­ło… – Brzmi to fatalnie.

Proponuje: Nie­ste­ty, przy­ję­cie w końcu dobiegło kresu

 

szyb­ko za­sną­łem, a rano się oka­za­ło, że sejf jest uboż­szy o jeden ka­mień! Zło­dziej do­brze wie­dział, co robi, za­pew­ne li­czył, iż nie po­ła­pię się tak szyb­ko… – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: …za­pew­ne li­czył, iż nie po­ła­pię się tak prędko

 

Od­po­wiedź za­wsty­dzi­ła Grand­so­na, który mo­men­tal­nie zro­bił się cały czer­wo­ny. – Skąd wiadomo, że zaczerwienił się cały? ;-)

Może wystarczy: …który mo­men­tal­nie zaczerwienił się.

 

Za­pew­ne nie prze­kre­ślił­bym swych szans na za­mąż­pój­ście, gdy­bym nie uciekł… – Czy przyjaciel jasnowidza M., naprawdę nosił się z zamiarem zamążpójścia? ;-)

Pewnie miało być: Za­pew­ne nie prze­kre­ślił­bym swych szans na małżeństwo, gdy­bym nie uciekł

 

Cho­ciaż za­de­nun­cjo­wał go na po­li­cję.Cho­ciaż za­de­nun­cjo­wał go po­li­cji.

 

Za­ło­ży­li­ście, że muszę naj­pierw się o coś za­py­tać… – Zbędny zaimek. Wystarczy: Za­ło­ży­li­ście, że muszę naj­pierw o coś za­py­tać

 

Huk wy­strza­łu roz­legł się po całym, opu­sto­sza­łym z po­wo­du desz­czu, por­cie. – Dlaczego, skoro deszcz w Anglii nie jest niczym nadzwyczajnym, port był opustoszały?

 

Tak to już w życiu jest… O więk­szo­ści de­cy­du­je przy­pa­dek. – O większości czego decyduje przypadek?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, ty akurat czytałaś “Tajemniczy Telegram“, więc coś tam powinnaś pamiętać. :) A taka Werwena nie miała problemu z połapaniem się. Wszystko zepsułaś. :P

Work smart, not hard

I sporo naprawiła ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Michale, pozwoliłam sobie na żart. Oczywiście czytałam Tajemniczy telegram i pamiętam, o co tam chodziło. Tyle że z Twojej przedmowy zrozumiałam, że aby połapać, o co chodzi w Tajemniczej kradzieży, nie trzeba jej czytać. ;-)

Jeśli znikną usterki, kliknę Bibliotekę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Usterki znikną jak będę miał kilka minut wolnego. :) Czyli pewnie wieczorem. :)

Work smart, not hard

Poprawione.

Work smart, not hard

Kliknięte. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jej :)

 

 

Kogo by tu jeszcze przekupić?

Work smart, not hard

Zorganizuj licytację. ;-)

Babska logika rządzi!

Zieloni trzysta!

Work smart, not hard

Bardzo ładnie napisane, proste, ale z klimacikiem.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

senkju :)

Work smart, not hard

Nowa Fantastyka