- Opowiadanie: Krzysztof_Adamski - Spotkamy się w Valhalli!

Spotkamy się w Valhalli!

Krótki tekst, w którym mierzę się z mitologią nordycką.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

gary_joiner, Zalth

Oceny

Spotkamy się w Valhalli!

Jak przed każdą bitwą, atmosfera w obozie stanowiła swoistą mieszankę strachu, podniecania i kipiącego w głowach wojowników alkoholu. Ci z nich, którzy nie czuli się jeszcze gotowi na bliskie spotkanie ze śmiercią, próbowali swoje obawy zagłuszyć przy pomocy olbrzymich ilości miodu i piwa. Niektórzy robili to tak skutecznie, że ich udział w mającej rozegrać się o świcie bitwie stał pod dużym znakiem zapytania. Tak jak Bjorn, który właśnie stoczył się z okalającego obóz ziemnego wału, prawdopodobnie łamiąc sobie kark. Ani żaden z jego równie pijanych kompanów, ani obserwujący tę scenę z oddali Knut nie zamierzali sprawdzać, czy rzeczywiście się tak stało. Jeżeli Bjorn zginął w tak głupi sposób, oznaczać to musiało, iż zwyczajnie nie był godzien ujrzeć Valhalli, by po chwalebnej śmierci ucztować wraz z bogami.

Knut nie pił. Bardziej wierzył w swoje umiejętności niż w otumaniające umysł działanie piwa i miodu. Nie bał się również śmierci. Tańczył z nią już nie raz i za każdym razem wychodził z tego doświadczenia cało. Tej jednak nocy coś go niepokoiło. Miał przeczucie, którego nie potrafił precyzyjnie nazwać. Nie miał nastroju na zabawę, nie ucztował jak reszta wojowników. Tak, jakby po setce stoczonych bitew, ta miała być inna. Czyżby ostatnia? Mógłby o to zapytać obozowego czarownika, ale nie sądził, by o tej porze był on jeszcze zdolny sklecić chociaż kilka sensownych słów. Pomijając już rzucenie i interpretację runów… Stał więc ponury na skraju obozowiska, z wysokości wałów próbując dojrzeć pierwszy blask wstającego słońca. Być może ostatni, jaki dany mu będzie ujrzeć przed przekroczeniem progów Valhalli. Gdzieś niedaleko zabrzmiało donośnie krakanie kruka. O tej porze to również nie mógł być dobry znak.

– Napij się, Knucie, synu Jorunda, dobrze ci to zrobi! – Stary, jednooki mężczyzna pojawił się znikąd. W wyciągniętej w stronę Knuta dłoni trzymał hojnie wypełniony miodem róg. W drugiej dzierżył prostą włócznię, na której wspierał się przy każdym kroku.

– Nie chcę, jutro głowę i nogi muszę mieć lekkie jak wiatr. – Knut spojrzał na nieznajomego. Wydawał się za stary na wojownika, chociaż błyszczące ostrze jego włóczni sugerowało, że zamierza on jej użyć w najbliższej przyszłości. Być może był to kolejny starzec, któremu dotąd nie dane było zginąć z mieczem w dłoni, a który chciał raz jeszcze spróbować wywalczyć sobie wstęp do Valhalli. Przez chwilę Knut spróbował zgadnąć, w ilu bitwach musiałby jeszcze stanąć, by dożyć tego wieku. I czy osiągnięcie go jest tego w ogóle warte.

– Starość nie oznacza słabości, Knucie synu Jorunda! Oznacza mądrość, a ta daje siłę. – Starzec jakby odgadł myśli przyglądającego mu się bacznie rozmówcy.

– Skoro jest taka wspaniała, to może jutro, zamiast skoro świt zrywać się do bitwy, powinienem, dla odmiany, zająć się jakąś cycatą dziewką?

– Ale przecież wtedy możesz nigdy nie ujrzeć Valhalli! – prychnął starzec, chociaż widać było, że myśl ta bardziej go rozbawiła niż oburzyła.

– Myślisz, że jest ona tego warta?

– Nie wiem, ale o świcie zamierzam to osobiście sprawdzić! Pij, Knucie, synu, Jorunda! – Mężczyzna wcisnął róg w dłoń wojownika. Kruk ponownie zakrakał, tym razem gdzieś z drugiej strony obozu. – Żegnaj, mam nadzieję, że jutro spotkamy się w Valhalli!

– Spotkamy się w Valhalli… – odparł Knut, odprowadzając oddalającego się starca wzrokiem. Po chwili namysłu, zamoczył usta w miodzie. Smakował wybornie. Być może, następnego ranka, głowa i nogi Knuta nie będą tak lekkie, jak początkowo to sobie zaplanował.

 

*

 

Poprzedniej nocy wypił jednak za dużo. Uchylając się przed kolejnym atakiem, Knut poślizgnął się na parujących trzewiach, wyciekłych z brzucha dopiero co powalonego przez niego przeciwnika. Runął na ziemię, by tylko przypadkiem uniknąć przeznaczonego mu ciosu toporem. Poderwał się na nogi, równocześnie niemal na oślep dźgając mieczem. Ostrze trafiło w coś miękkiego. Knut przekręcił miecz, wyszarpnął go, a następnie z całej siły rąbnął tarczą w twarz drugiego z adwersarzy. Jej żelazne umbo trafiło w sam środek, z nieprzyjemnym chrzęstem wbijając nos wojownika w jego mózg. Knut odwrócił się w miejscu, niemal ponownie się poślizgując. Raniony w brzuch mężczyzna próbował podnieść się na nogi, wspierając na stylisku topora. Knut skinął mu głową, po czym jednym cięciem wysłał do bram Valhalli.

Ryk za jego plecami sprawił, że natychmiast odskoczył o kilka kroków. Tym razem, nacierający na niego mężczyzna nie miał zbroi. Nie miał nawet butów. Ubrany był jedynie w poszarpane, mocno zakrwawione spodnie. Całe jego ciało pokrywały świeże rany, a w obu dłoniach trzymał krótkie toporki, którymi nieprzerwanie ciął powietrze. Był szybki i silny, znacznie szybszy i silniejszy niż Knut. Wojownik przekonał się o tym, gdy przeciwnik dopadł do niego, zahaczając krawędź jego tarczy ostrzem jednego z toporków. Wystarczyło jedno szarpnięcie, by wyrwać mu ją z dłoni. Drugi toporek przeszedł o włos od jego twarzy.

Berserker nie zwolnił nawet na chwilę. Pozbawiony osłony, Knut próbował parować mieczem i unikać gradu spadających na niego ciosów, ale tych było zwyczajnie zbyt wiele. Raz trafiony w głowę, upadł na kolana. Hełm wytrzymał, czaszka chyba również, ale ogłuszony, reagował zbyt wolno, by długo móc cieszyć się tym stanem rzeczy. Dlatego też Knut zrobił jedyne, co mógł tej sytuacji zrobić. Zamiast spróbować uciec poza zasięg przeciwnika, skoczył do przodu. Nieprzygotowany na taki manewr, berserker nie zdążył samemu uskoczyć. Cięższy od niego o pancerz, wojownik obalił go na ziemię. Pogrążony w bitewnym szale wróg próbował jeszcze kąsać, jednak nóż Knuta szybko ukrócił jego opór.

– Spotkamy się w Valhalli… – wychrypiał Knut, kilkukrotnie przekręcając ostrze w boku przygniecionego mężczyzny.

Ledwo z piersi berserkera wydobyło się ostatnie tchnienie, Knut zerwał się na nogi. Bitwa trwała w najlepsze. Miecze zderzały się ze sobą, krzesząc iskry w powietrzu, topory nieustannie łomotały o tarcze. Ryki walczących mieszały się z jękiem rannych i umierających. Czerwono-brązowe błoto pod nogami cuchnęło krwią, wnętrznościami i gównem. Knut nigdzie w pobliżu nie znalazł swojej tarczy, dostrzegł natomiast kolejnych trzech przeciwników, którzy, najwyraźniej widząc, jak rozprawił się z ostatnim oponentem, postanowili zaatakować go równocześnie. W głowie wciąż huczało mu po otrzymanym ciosie, krew sączyła się spod wgniecionego hełmu zalewając oczy. Ręce mdlały, a nogi były ciężkie jak z kamienia. Knut spojrzał w oczy najbliższego wroga – wojownika o posturze niedźwiedzia i wytatuowanej twarzy, uzbrojonego w olbrzymi zakrwawiony topór.

– Spotkamy się w Valhalli! – ryknął, wznosząc miecz do ataku.

 

*

 

Krocząca przez pobojowisko kobieta była niezwykle piękna. Czysta, pozbawiona najmniejszej skazy twarz odcinała się od napierającej ze wszystkich stron, brudnej i śmierdzącej rzeczywistości. Jasne niczym kłosy pszenicy włosy spływały bujnymi lokami na osłonięte pancernymi naramiennikami ramiona. Ubrana była w lśniącą zbroję, w żaden sposób nie przypominającą prymitywnych pancerzy, w które odziani byli leżący dookoła mężczyźni. Ucztujące na zwłokach padlinożerne ptaki zrywały się do lotu na sam jej widok.

Szła przed siebie, co jakiś czas zatrzymując się przy którymś z umierających wojowników. Za każdym razem pochlała się nad nim, mówiła coś, po czym z matczyną czułością gładziła po twarzy i ruszała dalej. Knut obserwował ją z daleka, kurczowo zaciskając palce lewej dłoni na rękojeści miecza. Prawą stracił wraz z całym ramieniem, odrąbaną brutalnym ostrzem topora leżącego obok wielkoluda. Gdy podeszła bliżej i ujrzał jej łagodny uśmiech, niemal poczuł, jak jego dusza wyrywa się do Valhalli.

– Walczyłeś dzielnie, Knucie, synu Jorunda… – zabrzmiały dźwięczne słowa kobiety, która, ignorując drgające ciała innych konających, przykucnęła tuż obok.

– Za…Zabierz mnie tam… – wychrypiał Knut. – Do Val… Valhalli…

– Oczywiście, jeszcze tej nocy ucztować będziesz wraz z najdzielniejszymi wojownikami twoich czasów. A teraz śpij, mój ukochany… – Dotyk białej dłoni był rozkosznie ciepły, przynosił ulgę, natychmiast przeganiał ból i strach. – Śpij… – Knut zamknął oczy i zasnął.

 

*

 

– Jak oceniasz potencjał naszego najświeższego naboru? – Nie odwracając się, zapytał mężczyzna, stojący przed szerokim oknem, za którym na tle czerni kosmosu migotało morze gwiazd.

– Bardzo obiecujący, dawno takiego nie mieliśmy. – Jasnowłosa kobieta weszła do środka pomieszczenia, nie czekając na zaproszenie.

– Kończy nam się czas, potrzebujemy ludzi na Ragnarok… Kiedy będą gotowi? – Mężczyzna odwrócił się od okna i wlepił uważne spojrzenie swojego jedynego oka w piękną twarz kobiety.

– Trzy tygodnie w komorach reanimacyjnych, kolejne dwa na czyszczenie pamięci i odpowiednie zaprogramowanie. Tydzień na przyspieszone szkolenie.

– Półtora miesiąca… Nie wiem, czy Ragnarok tak długo wytrzyma.

– Musi, prawda? – Uśmiech kobiety miał moc topienia kosmicznego lodu. Mężczyzna pokiwał tylko głową i ponownie odwrócił się w stronę okna.

Chwilę później, OSS Valhalla rozpoczął procedury przygotowawcze do opuszczenia przestrzeni planetarnej. W jego wnętrzu, tysiące uśpionych wojowników śniło sny o wiecznej uczcie w towarzystwie swoich bogów.

Koniec

Komentarze

Przybyłam skuszona tytułem, ale widzę, że szort skupia się wyłącznie na walce, a to nie moje klimaty, więc wiele do powiedzenia nie mam. Dla mnie to trochę za mało, by móc poczuć cokolwiek do bohatera. Raczej odniosłam wrażenie, że poprzez pryzmat jednego wojownika chcesz pokazać pewien schemat.  

Może i na wojaczce się nie znam, ale pierwsza część tekstu wydaje mi się kompletnie nielogiczna. Wiedząc, że z rana bitwa, chyba żaden wojownik nie zdecydowałby się na popijawę do upadłego do późnej nocy. A już z pewnością żaden porządny wódz by na to nie pozwolił. 

Za to końcówka jest pewną ciekawostką, może nie kompletnym zaskoczeniem, ale intrygującą odskocznią od wcześniejszego klimatu.  

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cześć.

Dość fajne. Większość pominąłem, skoro dostałem informację o tym, że zwyczajnie mogę to zrobić bez straty.

Co do pijaństwa: sądzę, że autor nawiązuje do dość popularnego ostatnio przeświadczenia, którym się zgadzam, że onegdaj nie istniały ani badania medyczne, ani wystarczająco obiektywne obserwacje pozwalające na stwierdzenie, że alkohol pity przez całą noc przed bitwą szkodzi. Podobnie jak brak snu. Za to można przypuszczać, że było wystarczająco wielu zwolenników poglądu, w myśl którego alkohol usuwa zahamowania i w ten sposób nadaje się jako wzmacniacz morale.

Dodam, że wiedza o berserkerach i ziołach, które spożywali przed bitwami, jest chyba na tyle popularna, że jej odbicie powinno znaleźć się w takim opowiadaniu. Pada hasło “berserker”, ale żadnego uzasadnienia dla niego (a przecież pochodzi ono stąd, że taki facet wpadał w berserk po spożyciu ziół).

Interpunkcja niedoskonała, bo przekombinowana. Nie tyle widać braki w wiedzy, kiedy i jak stosować, ale widać przecinki tam, gdzie mogła się pojawić wątpliwość co do ich użycia.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Cześć, lubię mitologiczne klimaty, ale tutaj zostały jedynie muśnięte po wierzchu. Kończący tekst twist mnie zaskoczył, a o to chyba chodziło.

Odnośnie technikaliów – jest sporo literówek, i to już w drugiej linijce:

 

“…swoistą mieszankę strachu, podniecanie i kipiącego…”

 

Całkowicie subiektywnie – nie podobał mi się sam opis bitwy. Jak dla mnie był zbyt mało plastyczny i dynamiczny, a do tego odniosłem wrażenie, że bardzo “młodzieńczy”.

Odnośnie alkoholu, Śniąco, wiemy nawet z XX w., że są armie, gdzie odgórnie przed walką daje się setkę wódki żołnierzom, choć taka popijawa, hmm… Chyba prędzej po bitwie.

Berserker też mnie ubódł, przedstawienie rodem z Conana barbarzyńcy, można było to zrobić ciekawiej.

Ogółem opowiadanie ma swój klimat i dość lekko się je czyta, tylko koncept i przedstawiony świat mógłby być bardziej dopracowany.

I też o popijawie do upadłego piszę, a nie o przysłowiowym głębszym na odwagę, drodzy panowie. Do niej mam zastrzeżenia.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wybacz, opacznie Cię zrozumiałem ;) Tak to jest jak się na stojaka w autobusie czyta. Po przemyśleniu, nie zgadza mi się jeszcze w postaci bersekera  uzbrojenie – dwa toporki to raczej skrajnie niepraktyczne zestawienie ;)

Sam początek, IMO, nudnawy, ale ja nie lubię scen walki, więc nic dziwnego. Końcówka o wiele ciekawsza, zaskakująca. Mogłeś jeszcze gdzieś paznokcie wcisnąć. ;-) Zmieniłabym proporcje na rzecz zakończenia.

Za każdym razem pochlała się nad nimi,

Ta to dopiero lubiła wypić! ;-)

Babska logika rządzi!

Całkiem ciekawy (pomijam wcześniejsze zastrzeżenia) i zaskoczenia w końcówce było. A o to chyba chodziło.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Witam i dziękuję za zainteresowanie i konstruktywną krytykę.

W kilku słowach odniosę się do przedstawionych uwag (broń Boże się nie tłumacząc czy spierając, jeno przedstawiając własny punkt widzenia):

 

@ Proporcja i długość sceny walki – zajmuję niecałe 1/3 tego króciutkiego utworu. W sumie, cała akcja trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund. Bardziej zależało mi na oddaniu chaosu panującego na polu bitwy, niż na jej wątpliwych walorach estetycznych ;)

 

@ Alkohol – Pragnę zauważyć, że mówimy o społeczeństwie w którym (wg powszechnej opinii) wierzono, że śmierć z mieczem w dłoni jest dla wojownika dopiero początkiem drogi. Natomiast, trudno się dziwić, iż nawet tak uwarunkowani wojownicy, przed bitwą próbowali zagłuszyć wyjący ostrzegawczo instynkt samozachowawczy w najprostszy możliwy sposób (oczywiście nie wszyscy, patrz nasz protagonista).

 

@ Berserker (teraz się zacznie ;) – Termin berserker / berserk na tyle wszedł do mowy potocznej, że nie uznałem za konieczne tłumaczenie kto zacz i dlaczego. Podobnie jak w przypadku wizerunku – odwołałem się do obrazu możliwie jak najbardziej znanego czytelnikowi (Na Croma! ;)

Co do samego stylu walki dwoma krótkimi toporkami to chciałbym zauważyć, że rozmawiamy tu o wojowniku pogrążonym w bitewnym transie (w który to wprowadził się za pomocą ziół, czarów, miodu czy, jak kto woli, autohipnozy), pragnącym umrzeć w walce, po drodze zabierając ze sobą jak największą ilość przeciwników.

Rezygnując z ciężkiej tarczy i zbroi, korzysta z przewagi szybkości i efektu psychologicznego – nic jednak nie wskóra przeciwko osłoniętemu tarczą wrogowi. Technika z zahaczeniem górnej krawędzi tarczy toporem i opuszczeniem jej nie jest moim wymysłem. Tak odsłoniętego przeciwnika najprościej jest uderzyć w chronioną hełmem głowę – w przeciwieństwie do miecza, nawet w przypadku nieczystego trafienia obuchem topora, jego ogłuszenie jest niemal gwarantowane.

Alternatywną techniką był mocny kopniak w dolną krawędź tarczy, który, nie dość, że odsłaniał oponenta, to jeszcze pozbawiał go równowagi.

 

I jeszcze ostatnia sprawa – Chciałem ukazać czytelnikowi mechanizm, jakim za pomocą wierzeń i mitów, można manipulować społeczeństwem. Planeta, na której toczy się akcja niekoniecznie jest Ziemią, a jej mieszkańcy znanymi nam wikingami. Widzę ją bardziej jako „uprawę eksperymentalną”, wzorowaną na mitologii skandynawskiej, mającą pomóc w wyprodukowaniu żołnierzy doskonałych – ślepo oddanych i nie znających strachu, w pełni przekonanych, że walczą w ostatniej wojnie Bogów.

I nie ma w tym nic fajnego…

 

I to tyle. Jeszcze raz dziękuję za uwagę. Proszę, nie krzyczcie za głośno ;)

Krzysztof

Oj tam, przecież nikt nie krzyczał.

Babska logika rządzi!

I chyba nikt nie ma tu w zwyczaju krzyczeć, co najwyżej dyskutować :)

Ale i tak fajnie, że wszystko tak rzeczowo wyjaśniłeś.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Na początek usterki, które rzuciły mi się w oczy (oprócz “przecinkozy”):

 

Gdzieś niedaleko zabrzmiało donośnie krakanie kurka.

;)

Wydawał się za stary na wojownika, chociaż błyszczące ostrze jego włóczni sugerowało, że zamierza on jej użyć w najbliższej przyszłości. Być może był to kolejny starzec, któremu dotąd nie dane było zginąć w walce, a który chciał po raz kolejny spróbować wywalczyć sobie wstęp do Valhalli.

Zgadzam się też z Bartkiem, że opis bitwy taki… młodzieńczy :)

No i dużo tam “wojowników” i “przeciwników”, warto poszukać synonimów, albo wpleść więcej elementów wyglądu zewnętrznego, które ułatwiłyby opisy.

 

Chociaż opowiadanie jako całość podeszło mi tak średnio, to końcówka podobała się bardzo :)

I podzielam zdanie Finkli, że wydłużenie ostatniego fragmentu kosztem na przykład opisu bitwy, byłoby korzystne :)

Kurek poszedł na rosół. Uszczupliłem też nieco populację “wojociwników” ;) Dzięki za feedback!

Krzysztof

Ja bym sie berserka nie czepiała. To postać tak zakorzeniona w kulturze, że tracenie znaków w czasie bitwy na dotłumaczanie byłoby zbyteczne. Poza tym wytracałao by pęd sceny. Chyba, żeby go wcisnąć w tej pierwszej scenie, ale raczej dla kolorytu niż wytłumaczenia. Bohater jest w sumie jeden i rozdrabnianie sie na opis berserka burzyłoby zamysł. O berserku sobie można inny tekst przeciez napisać ;)

Uzbrojenie na pierwszy rzut oka może sie zdawać nielogiczne, mało praktyczne, ale wiecie co? Berserkowie mają nielogiczność wpisaną w zakres obowiązków ;)

Technikaliów rzeczywiście jest trochę, literówki i słowa zmienione chyba przez autokorektę.

Zamysł końcówki sprytny, taki twist troche w stylu drabbla. Tak mi sie skojarzyło przynajmniej.

 

Generalnie ciekawe, w sumie chętnie przeczytałabym jeszcze jakies Twoje mierzenie się z quasi-średniowieczem, żeby wyrobic sobie konkretniejsze zdanie.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Scen bitewnych nie lubię, ale z tą uporałam się bez większej przykrości. Czytało się nie najgorzej, a zakończenie zaskoczyło. ;-)

 

I czy osią­gnie­cie go jest tego w ogóle warte. – Literówka.

 

Knut pró­bo­wał pa­ro­wać mie­czem i uni­kać gradu spa­da­ją­ce­go na niego cio­sów… – …i uni­kać gradu spa­da­ją­cych na niego cio­sów

 

Ja­sno­wło­sa ko­bie­ta we­szła do środa po­miesz­cze­nia, nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie. – Rozumiem, że był to środek tygodnia. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję wszystkim za pomoc z wyłapywaniem trolli drukarskich (takich chochlików, tylko większych i znacznie, znacznie brzydszych :)

Krzysztof

Fajnie. Bez szału, ale solidna pisarska robota. Są wikingowie, są statki kosmiczne, gdyby jeszcze wrzucić lasery i jakieś gołe baby, to w ogóle byłby literacki majstersztyk. Szczególnie do gustu przypadł mi finał, z bardzo sympatyczną i całkiem pomysłową puentą.

Jeżeli chodzi o festiwal czepialstwa to:

  1. Jak to jest, że ja, wyhodowany wychowany w wierze katolickiej w dwudziestym wieku jestem w stanie rozpoznać Odyna, z jego dość charakterystycznymi atrybutami: włócznią, brakiem oka i krukami, a wiking z krwi i kości, nie?
  2.  sceny batalistyczne są trudne, być może najtrudniejsze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałem dobrą scenę batalistyczną (i nie mam na myśli jedynie utworów publikowanych na portalu). Tutaj było w porządku, całkiem dynamicznie, z lekko zasygnalizowanym chaosem, ale przedstawiona została nie bitwa, a seria pojedynków, przez co całość jawi się bardzo nierealistycznie.

na emeryturze

Wszystko niby dobrze, tylko do czego załodze tego statku byli potrzebni wojownicy walczący mieczami, toporami i włóczniami? No i pewnie łukami. To, że jakaś warownia/miasto musi wytrzymać,  a załogę należy wzmocnić, nic kompletnie nie mówi.

Sterowali przeszłością? Należało przynajmniej to zasugerować. Ale po co sterowali?

Ostatni rozdział chyba do dopracowania i poszerzenia. No i chyba nie adwersarz w jednym ze zdań. To wyraz z innej epoki.

Pozdrówka.

 

Adwersarz też mi zgrzytnął :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Stylistyka języka narracji w tym tekście jest bardzo nierówna. Zgrzytnął mi także wyraz “alkohol”. To jest wyraz współczesny, i to bardzo, tak w sumie, współczesny. Aż się prosiło, żeby w tym zdaniu użyć jakiegoś archaizmu.

W tekście jest więcej takich wyrazów, które do stylistyki pierwszych rozdziałów, rozdziałów opowieści o dawnych wojach cz też wojownikach, nie za bardzo pasują.

Pozdrówka.

Dzięki za ostanie uwagi, odniosę się do nich wszystkich za jednym razem :-)

@ gary_joiner :

a) A czy Ty, wychowany w wierze katolickiej w dwudziestym wieku, spotkawszy na ulicy człowieka nawet do złudzenia przypominającego Jezusa, uznałbyś, że masz do czynienia z Synem Bożym we własnej osobie ;-) A tak serio, to mam nawet szorta ocierającego się o podobną tematykę, którego planuję niedługo opublikować.

b) "Ówcześni" wikingowie do typowej bitwy stawali w tzw. murze(ścianie) tarcz (ang. shieldwall) – formacja ta składała się z kilku szeregów napierających na siebie wojowników, którzy, przy pomocy nakładających się na siebie tarczy, tworzyli dla wroga prawdziwy ludzki mur. Oczywiście, przeciwnik przeważnie stosował tę samą taktykę – dwa mury tarcz zderzały się ze sobą, a następnie, czasem nawet przez kilka godzin, sapiąc i stękając, przepychały w tę i z powrotem. Przednie szeregi walczyły krótkimi mieczami, tylne toporami na długich trzonkach oraz włóczniami, którymi można było atakować zza pleców towarzyszy, oraz pod ich nogami. Oczywiście, każdy któryś z murów musiał w końcu pęknąć – wraz z przełamaniem jego formacji, wróg przeważnie szedł w rozsypkę, a statyczna i przez to dość "nudna" bitwa zmieniała się właśnie w serię pojedynków i drobniejszych starć – takich jak te, opisane w tekście .

Przy okazji, jeżeli szukasz ciekawej fikcji historycznej z dobrymi scenami batalistycznymi, to polecam Bernarda Cornwell'a, a szczególnie jego saksońską sagę, która to właśnie o murach tarcz opowiada (między innymi).

 

@ RogerRedeye:

1. "…Trzy tygodnie w komorach reanimacyjnych, kolejne dwa na czyszczenie pamięci i odpowiednie zaprogramowanie. Tydzień na przyspieszone szkolenie…" – Myślę, że istotom dysponującym taką technologią, wystarczy wyselekcjonowanie osobników dysponujących odpowiednimi cechami (np. tzw. gen wojownika), by bez trudu zaadaptować ich do warunków współczesnego (im) pola walki.

Jak już wspomniałem powyżej, nie sądzę, by akcja działa się na Ziemi i w przeszłości.

2. Z tym adwersarzem i alkoholem sam mam problem ( w tekście, oczywiście ;-). Z jednej strony, rozumiem, że może w jakimś stopniu kłuć w oczy, ale z drugiej, czy narracja (tu przecież trzecioosobowa, więc narrator nie należy do świata przedstawionego) powinna być prowadzona językiem bohaterów, czy też językiem autora (czytelnika). Tym bardziej, skoro tekst ma część archaiczną oraz futurystyczną, czy należałoby zmieniać styl narracji w trakcie, dopasowując go do aktualnie opisywanych realiów? Ostatecznie, czy tekst opowiadający o orkach, winien być napisany z wykorzystaniem wyłącznie słów, jakimi posługiwałby się przeciętny Uruk-hai? A może wręcz czarną mową? Pewnie byłoby to nawet ciekawe…  ;-)

Krzysztof

A czy Ty, wychowany w wierze katolickiej w dwudziestym wieku, spotkawszy na ulicy człowieka nawet do złudzenia przypominającego Jezusa, uznałbyś, że masz do czynienia z Synem Bożym we własnej osobie ;-) A tak serio, to mam nawet szorta ocierającego się o podobną tematykę, którego planuję niedługo opublikować

Abstrahując od tego, że trudno wyczuć jak Jezus wyglądał (o ile faktycznie wyglądał), to gdybym spotkał gościa w koronie cierniowej, z przebitym bokiem i dziurami w dłoniach i stopach to najpewniej uznałbym go (lub siebie), za wariata cięższego kalibru. Rzecz w tym, że ja nie jestem osobą religijną, w przeciwieństwie do Knuta, który wierzy w ucztowanie u boku bogów. Mamy wikinga, który chwilę temu chciał radzić się czarownika i wróżyć z runów, rozmyślającego o śmierci, którego zaczepia nieznajomy doskonale wpisujący się w opis naczelnego bóstwa i częstujący pysznym trunkiem, a temu nawet przez myśl nie przejdzie, że ma do czynienia z Odynem. Nie gra mi to.

 

Przednie szeregi walczyły krótkimi mieczami, tylne toporami na długich trzonkach oraz włóczniami, którymi można było atakować zza pleców towarzyszy, oraz pod ich nogami. Oczywiście, każdy któryś z murów musiał w końcu pęknąć – wraz z przełamaniem jego formacji, wróg przeważnie szedł w rozsypkę, a statyczna i przez to dość "nudna" bitwa zmieniała się właśnie w serię pojedynków i drobniejszych starć – takich jak te, opisane w tekście .

Bardzo żałuję, że nie opisałeś bitwy w formacji. Tym bardziej, że ewidentnie masz o tym wystarczające pojęcie. Indywidualne potyczki, nawet te interesujące i dynamiczne, są chlebem powszednim fantastyki i ja mam ich już szczerze dość.

 

 

na emeryturze

@ gary_joiner, “…a temu nawet przez myśl nie przejdzie, że ma do czynienia z Odynem.” – masz rację, oczywiście zakładając, że w wyobraźni owego pesudowikinga i jego pobratymców, bóg ów cechuje się tymi samymi atrybutami, jakimi w naszej oraz architektów opisywanego świata (mogącymi być równie dobrze potomkami dzisiejszych Ziemian, tym samym “spaczonych” utartym wizerunkiem bóstw Asgardu).

 

Oczywiście doceniam Twoje uwagi, jedynie się do nich ustosunkowuję :-)

Krzysztof

Do czasu zwrotu akcji tekst, jakich wiele. Czyta się bez bólu, ale w pamięci raczej nie zostanie. Twist nieco podniósł ocenę, bo dałem się zaskoczyć.

 

Jest trochę błędów w interpunkcji:

Bardziej wierzył w swoje umiejętności, niż w otumaniające umysł działanie piwa i miodu. – bez przecinka

Tej jednak nocy, coś go niepokoiło. – bez przecinka

Czy karkołomnych zdań:

Wydawał się za stary na wojownika, chociaż błyszczące ostrze jego włóczni sugerowało, że zamierza on jej użyć w najbliższej przyszłości.

Krzysztofie, jako czytelnik nie kupuję wszystkich Twoich wyjaśnień, głównie tego (i dalszych w tym kontekście):

Planeta, na której toczy się akcja niekoniecznie jest Ziemią, a jej mieszkańcy znanymi nam wikingami. Widzę ją bardziej jako „uprawę eksperymentalną”, wzorowaną na mitologii skandynawskiej,

W przedmowie nakierowujesz czytelnika na wikingów i ich świat wierzeń, takie też podajesz tropy w tekście. A potem w komentarzu twierdzisz, że to wcale nie musi być Ziemia i wikingowie, tylko wydumana planeta z innym światem. Jako czytelnik widzę literki w tekście, nie to co masz w głowie i czego nie napisałeś. A literki mówią nieco co innego niż Ty w komentarzach.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hej, zakończenie miało (przynajmniej w moim zamierzeniu) pokazać, że przedstawiony świat nie jest taki, jakim jawi się z początku. Pozostawiłem pole do interpretacji dla czytelnika – ktoś uzna, że opisałem nasz świat, kto inny, że planetę, na której ludzie przyszłości bawią się w bogów. A jeszcze komuś innemu tekst w ogóle się nie spodoba bez wyraźnej przyczyny, do czego będzie miał przecież pełne prawo.

Mi samemu nie  do końca odpowiada łopatologiczne tłumaczenie czytelnikowi co miałem na myśli, ani wskazywanie mu tropów wiodących do jedynej właściwej interpretacji, jednak, w zamian za czas, który poświęcił on mojemu pewnie i dalece niedoskonałemu dziełu, czuję się w obowiązku to uczynić.  Przepraszam, jeżeli tym sposobem wywołałem jedynie zamęt :-)

 

Krzysztof

Zastanawiałem się, czy Knut wypije? Wypił. Na pohybel wikingom abstynetom! Tylko po co rozkminać to przez 1/3 tekstu?

Zastanawiałem się, po cholerę Ci ta siekanka?  Ale jednak się obroniła. Uratowałeś się końcówką.

Mnie się tam podobało. 

Faktycznie, brakuje gołej baby. Ale, co tam, klik.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zachęcony Donnerwetterem sięgnąłem do kolejnego tekstu Twojego autorstwa. Tutaj zdecydowanie inny klimat, ale przyznam, że również mi się podobało. Lubię takie wikińskie klimaty (jako wielbiciel serialu Vikings), niezły opis bitwy no i na plus końcowy twist. Solidny szort :)

Wielkie dzięki!

Krzysztof

Za każdym razem, kiedy wokół głównego bohatera budowało się napięcie niepotrzebnie je rozładowywałeś. Poza tym czegoś brakowało mi w charakterze Knuta. To był przecież nordycki wojownik, weteran, który przetrwał niejedną bitwę. A Ty zrobiłeś z niego bardzo refleksyjną postać, zupełniejsze nie pasuje mi ona do klimatu mitologii nordyckiej i wikińskiego etosu. Brakowało w nim stanowczości, odrobiny soczystego humor. Dlatego początek może wydawać się nużący.

Opisy pola bitwy psuły mi trochę plastyczność walki, Stann Nichols, robi je całkiem fajnie, więc może zajrzyj sobie do niego.

Ale muszę dodać, że świetnie bronisz się zakończeniem. Moment, w którym Walkiria przechadza się po pobojowisku jest bardzo klimatyczny, wyobrażałem sobie to właśnie tak jak Ty. A to co dzieje się potem też jest bardzo dobre, nie żałuje, że przeczytałem ten tekst dzięki takiej oryginalności.

 

Wpadło mi w oko kilka przecinków, na przykład: 

Niektórzy robili to tak skutecznie, że ich udział w mającej rozegrać się o świcie bitwie[-,] stał pod dużym znakiem zapytania.

Jeżeli Bjorn zginął w tak głupi sposób, oznaczać to musiało, iż zwyczajnie nie był godzien ujrzeć Valhalli, by po chwalebnej śmierci[-,] ucztować wraz z bogami.

Przez chwilę[-,] Knut spróbował zgadnąć, w ilu bitwach musiałby jeszcze stanąć, by dożyć tego wieku.

Pij, Knucie, synu[-,] Jorunda!

Szła przed siebie, co jakiś czas zatrzymując się przy którymś z umierających wojowników. Za każdym razem pochylała się nad nimi, mówiła coś, po czym z matczyną czułością gładziła po twarzy i ruszała dalej.

I napisałabym: pochylała się nad nim (którymś z wojowników).

Gdy podeszła bliżej i ujrzał jej łagodny uśmiech, niemal poczuł[+,] jak jego dusza wyrywa się do Valhalli.

Dobrze mi się czytało :)

I ponownie, Anet, dziękuję za poświęcony czas i wyłapanie tylu przecinkowych gremlinów :D

Krzysztof

Nowa Fantastyka