- Opowiadanie: Dzikowy - Śmierć wyprzedana, ale mamy jeszcze kraba

Śmierć wyprzedana, ale mamy jeszcze kraba

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

PsychoFish, Finkla

Oceny

Śmierć wyprzedana, ale mamy jeszcze kraba

 

Wszyscy wiemy, że akcja przerażająco przeważającej liczby historii dzieje się na Ziemi. „Zet” duże nieprzypadkowo, bo przecież Ziemia jest ogromna! Wszak mieści na sobie i w sobie tyle różnorodnych opowieści.

Owszem, zdarzają się pojedyncze przypadki, gdy autorzy jeden z drugim wyrzucą swoich bohaterów w kosmos lub do jakiejś zmyślonej krainy, jak Niderlandia, gdzie narażają ich na niebezpieczeństwa, cierpienie, a nawet ryzyko śmierci. Przypominają wówczas w każdym akapicie, że to nie jest Ziemia! A im bardziej zapewniają, tym trudniej jest im uwierzyć. To jak z Tadziem, który nie lubił bawić się z dziećmi w chowanego, za to szeptał Bolkowi, który z twarzą przy pniu drzewa liczył do stu, że Tosia i Krzyś z pewnością nie schowali się w drewutni. I tak bardzo zaprzeczał, że w końcu szukający nabierał podejrzeń i łapał parę in flagrante delicto właśnie w drewutni. Tadzia zastanawiało, że Tosia z Krzysiem zawsze chowali się w drewutni, gdzie bynajmniej nie skupiali się na zabawie w chowanego, oraz jak to możliwe, że Bolkowi trzeba było za każdym razem podpowiadać, gdzie ma pary szukać? Ostatecznie to Bolek się doigrał. Prawdopodobnie Tadzik zostawił nieletnim kochankom siekierę, ale nie udało się udowodnić, że działał z premedytacją i w złej woli, wszak gdzie niby miał odłożyć narzędzie do rąbania drewna na opał, jeśli nie do drewutni?

To prawda, że podobnie jak w powyższym przykładzie autorzy zadają razy swoim ziemskim postaciom, ale czy którejś z ofiar swojego jadowitego pióra odmawiają pochówku? Są pojedyncze zwyrodniałe przypadki, ale nie zajmujmy się tu marginesem!

Podsumowując: tylko na Ziemi poległemu w wojnie lub zmarłemu na febrę, lub upadłemu ze znacznej wysokości bohaterowi czytelnik ocierający łzę może szepnąć „niech mu ziemia lekką będzie”.

Jak już zapewne się domyślacie, poniższa historia będzie normalna, czyli zacznie się i skończy na ziemi… pardon, na Ziemi przez duże zet. O, już jest zwyczajnie i przeciętnie: wieś, pole, kamień i dżdży. Kamień ów jest pięknym przykładem głazu narzutowego; granitowo-różowym dowodem wędrowniczych zapędów niektórych lodowców. Leżał na polu, gdy historia się zaczynała, ale został właśnie podniesiony dźwigiem i wciąż owinięty parcianymi pasami spoczął na ciężarówce, która zaraz uda się do zakładu kamieniarskiego z siedzibą w Warszawie, tuż za murem Cmentarza Powązkowskiego, a konkretniej obok trzeciej jego bramy. Adres wskazuje, że głaz wkrótce będzie pocięty na plastry, które ktoś zakupi jako kamienie nagrobne lub inne elementy umeblowania cmentarnego, gdy tylko autor uśmierci bohatera i pozwoli go pogrzebać.

Ale nie uprzedzajmy faktów, szczególnie że domysły są nietrafione, ponieważ największy „plaster” nabył księgowy w celach zawodowych. Nie targował się za bardzo, tylko poprosił, żeby sprzedać mu egzemplarz mocno cięty, a następnie zamówił grawerunek o niecodziennym kształcie.

Nazwa „Biuro rachunkowe”, nadana firmie będącej biurem rachunkowym, dowodzi albo ograniczonej wyobraźni jego właściciela, albo skandalicznego lenistwa po stronie autora. Dla dobra historii załóżmy to pierwsze, bo akurat wyobraźnia w tym fachu, znaczy w rachunkowości, jest najlepszym kompasem dla służb skarbowych i w dłuższej perspektywie utrudnia działalność. Pomieszczenia przedsiębiorstwa przypominały raczej punkt ksero, do którego studenci o każdej porze dnia i nocy przybiegają z kartonami notatek i torbami podręczników. Miejsca takie mają trzy zalety istotne z punktu widzenia żaków: są tanie, są całodobowe i obsługa nigdy nie pyta o widoczny u dołu trzeciej lub piątej strony zakaz kopiowania, szczególnie że najczęściej do druku klauzuli stosuje się czcionki małe i blade.

Biuro rachunkowe „Biuro rachunkowe”, podobnie jak wiele punktów ksero, mieściło się w suterenie przedwojennej kamienicy. Prowadzące do niego drzwi znajdowały się trzy stopnie poniżej poziomu dziedzińca pokrytego spękanym betonem. Kratkę odprowadzającą wodę często zatykały spływające z deszczem ulotki i pety, dlatego najniższy schodek zazwyczaj krył się pod powierzchnią brudnej wody. Na szczęście próg był dość wysoki, by do zalań biura dochodziło wyłącznie wskutek wyjątkowo gwałtownych burz, niemniej jednak przez większość roku klienci chcący chwycić za klamkę, musieli wychylić się daleko w przód i przez moment balansować, wisząc na otwierających się ciężkich drzwiach. Ci bardziej fajtłapowaci po wejściu do środka nie rozglądali się wokół, co byłoby zachowaniem typowym, ale wykręcali nogawki, zdejmowali buty, żeby wylać z nich wodę, i ściągali skarpetki. Dopiero wówczas podnosili wzrok, ale już nie zainteresowani wystrojem, tylko z obawą, że ktoś ich w tej niezbyt fortunnej sytuacji zobaczył.

Ich obawy zazwyczaj się potwierdzają. Zdarzenia widzi stojący za wysokim kontuarem asystent. Nigdy nie odwraca wzroku, ale też nie uśmiecha się szyderczo. Po prostu stoi i czeka, aż klient doprowadzi się do porządku. Nie pomaga, bo przecież nie może, skoro wchodzący nie zamówił usługi.

Mężczyzna, który właśnie z wyrazem żalu na twarzy kończył rozsmarowywać brud na nogawkach białych płóciennych spodni, był znany pracownikowi biura.

– Panie Tadeuszu – przypomniał w końcu o swojej obecności subiekt.

Nieszczęśnik przyszedł wyrównać rachunek za wyrównany przez biuro rachunek. Czyli spytać o kamień przywieziony z pola.

Cofnijmy się jednak do pierwszej wizyty pana Tadeusza. Mężczyzna ów, drobny przedsiębiorca w średnim wieku, zarabiający na konserwacji pokryw studzienek kanalizacyjnych i nie tylko ich, nie narzekał na swoją sytuację materialną, społeczną czy zawodową. Miał tylko jedno niespełnione marzenie. Dokładnie dwa tygodnie, jeden dzień i kwadrans przed niefortunnym wstąpieniem w kałużę przed progiem biura nadarzyła się okazja, by owo marzenie w końcu się spełniło.

Tamtego dnia odziany odświętnie i spocony z przejęcia czekał z niecierpliwością, aż siedzący po drugiej stronie biurka wydawca in spe skończy czytać notatkę zapisaną na żółtej karteczce z paskiem kleju, jakich miliony codziennie przypominają o sobie z ram monitorów, spodów klawiatur, marginesów książek i ścian biurowych boksów na całym świecie. Panu Tadeuszowi nie spodobał się wyraz twarzy czytającego.

– No i co to jest? – Usłyszał po chwili.

– Przecież to na konkurs. – Zdenerwowany kandydat nie zrozumiał pretensji. – Szukacie czegoś bezprecedensowego, łamiącego konwenanse i kłykcie, szkalującego świętości i bezeceństwa i napisanego na pełnej kurwie. To jest tylko konspekt do rozwinięcia, bo chciałem najpierw… – usprawiedliwiał się.

– Sado-sakro-negro-nekro-hard porno z wątkiem kazirodczym w tle i wulgaryzmami w tytule? – przerwał mu rozmówca.

– I gałązką konwalii w finale. Znaczy łodygą i kwiatkami. Bez liści – dodał przedsiębiorca, rozczarowany że nawet konspektu nie chciało się wydawcy przeczytać do końca. – Szukaliście kogoś takiego jak ja. Nie boję się wstrząsu, jaki wywołam swoim dziełem.

– Proszę sobie wstrząsać dziełami gdzie indziej. I bez nas. Zabieraj to pan i do widzenia. – Gospodarz rzucił papierkiem i pożegnaniem, żeby autor nie musiał kontynuować sceny, bo zaraz w następnej, zgodnie z logiką deus ex machina, pan Tadeusz, teraz zły, rozgoryczony i pałający żądzą zemsty, trafi na ulotkę reklamującą punkt ksero, ale z nazwą podmiotu skreśloną i z nabazgraną markerem ofertą biura rachunkowego, czyli hasłem „wyrównujemy rachunki”. Ulotka wpadła w ręce biednemu specjaliście od pokryw studzienek wraz z podmuchem wiatru, kiedy bąk w Austrii zamachał skrzydełkami w wyziewach bąka leniwca z wiedeńskiego zoo, dla odmiany odpoczywającego przed posiłkiem, a nie po, dlatego niech nikt nie próbuje mi zarzucać, że to jest niemożliwe, bo szanse są niezerowe!

Ale o czym…? A, tak. Chwilę potem pan Tadeusz po raz pierwszy wyżymał z wody nogawki swoich spodni. Zaprowadzony przez subiekta usiadł naprzeciw pozbawionego wyobraźni prezesa biura, pana Eustazego.

– Żądam satysfakcji! – Tadeusz zakończył zdawanie relacji i przeszedł do zamówienia usług. – On ma zginąć.

Na ostatnie słowa główny księgowy skrzywił się. Tajemnicą branżową był fakt, że zamawianie śmierci w sektorze usług rachunkowych może doprowadzić do niebezpiecznego efektu domina wskutek dalszego wyrównywania rachunku w wyniku zamawiania następnych zgonów przez rodziny i przyjaciół, i zwykłych przechodniów, którzy też mają prawo poczuć się pokrzywdzeni. Miałoby to ogromny wpływ na ceny gruntów na cmentarzach i na ceny mieszkań. Dlatego Izba podjęła decyzję, żeby problem próbować obejść.

– Śmierć wyprzedana, ale mamy jeszcze kraba – zaproponował pan Eustazy.

– A na cholerę mi krab?! – krzyczał wciąż wzburzony pan Tadeusz. – Ja nie zamierzam tego wydawcy in spe karmić, ale sprawić, żeby za szkalowanie mnie prawie publicznie, niemalże wszem i wobec, jak na agorze, zapłacił. Chcę wyrównania rachunku! Pan nie wiesz, jak ja się teraz czuję!

– Panie Tadeuszu – księgowy zwrócił się do mężczyzny uspokajającym tonem. – Krab jest narzędziem jak każde inne. Jak chcesz pan strzelać do gołębi pocztowych, to kupujesz pan strzelbę czy martwe gołębie?

– Szczelbe – powiedział dziecinnie zawstydzony pan Tadeusz. Opuścił głowę, czując, że cały czerwienieje. – A można dostać coś oprócz kraba?

– Kamień? Nagrobek może – doprecyzował Eustazy.

I dalszą część rozmowy też możemy pominąć, bo już wiadomo, kto, od kogo, co, i w jakim celu zamówił. I co się stało z ostro ciętym kamieniem, a przynajmniej dlaczego trafił do księgowego. Szczegóły nas nie interesują, poza jednym: pan Tadeusz chciał się rozliczyć w barterze.

A co konkretnie robił nasz bohater? Proponuję oddać głos samemu zainteresowanemu, który przecież jakoś swoje usługi kontrahentom reklamuje. Fakt, że pan Tadeusz w poniższym monologu zastosuje korpus językowy zbliżony do tego, jakim posługuje się autor w narracji, nie wynika z braku doświadczenia i talentu autora, tylko bliskiego społecznego i kulturowego środowiska, z którego obaj – fikcyjny i rzeczywisty – się wywodzą.

Wyobraź pan sobie studzienkę na trawniku. Za jakieś sto lat zrobią tu chodnik lub deptak. Cembrowinę wymienią na niższą, ale przecież nie dekiel, bo całkiem dobry. Potem zbudują dalej przedszkole, podepną do sieci kanalizacyjnej, ale znów dekla nie ruszą, bo przecież całkiem dobry. To samo później z portem kosmicznym, wybiegiem dla reptilian i schronami dla ukrycia się przed nimi. Dekle i pokrywy nikogo nie obchodzą. A przecież rdzewieją, szczerbią się, kruszą, aż w końcu jedna, druga, dziesiąta zerwie się i spadnie. A gdyby tu było przedszkole w przyszłości i dziecko spadło do kanału w przyszłości albo pasażer kosmostatku, albo jakiś ambasador? Albo ostatnia płodna kobieta w trakcie ucieczki przed definitywnym unicestwieniem ludzkości? Remontujemy pokrywy, żeby cywilizacja uniknęła tych kreskówkowych zwrotów akcji. A jeżeli ubezpieczony na poważne i żartobliwe kwoty obywatel za te pięćset lat wpadnie do kanału, ale nie wpadnie do kanału dzięki naszemu remontowi, wówczas my przejmujemy odszkodowanie. Biznes z czasem zacznie na siebie zarabiać, ale na razie krucho z gotówką, więc może jakąś kratkę wyklepać? Szkoda by było takiego asystenta, żeby się połamał w XXVII wieku.

Zleceniobiorca zgodził się rozliczyć zlecenie w formie remontu pokrywy leżącej na środku placu przed wejściem do siedziby przedsiębiorstwa. Tydzień po pierwszym spotkaniu i zawarciu umowy z nowym klientem księgowy, gdy już poznał nawyki i zwyczaje wydawcy in spe, pojechał kupić kamień.

W tym momencie jest wybór: zrobić retrospekcję z wykonania zlecenia czy sprawozdanie księgowy Eustazy ma przedstawić w dialogu swojemu klientowi? Wszystko zależy od tego, jaką rolę w historii ma odegrać kraksa, do której doszło z powodu zagapienia się na różowy granit pewnego mężczyzny prowadzącego pojazd na trasie z Marek do Ostrowii Mazowieckiej. Założyciel biura rachunkowego stwierdził, że mężczyzna, który tak brutalnie potraktował pana Tadeusza, ma zwyczaj zwalniać przed każdym mijanym krzyżem i nagrobkiem stojącym w pasie drogowym. Zapewne było to skrzywienie zawodowe wywołane podświadomym zastanawianiem się, czy mijane epitafium nadaje się do publikacji. Na różowym granicie, od którego rozpoczęła się ta historia, wygrawerowana była najpiękniejsza para piersi na świecie. Biegły sądowy stwierdził, niezgodnie z rzeczywistym przebiegiem wypadku, że skręt karku był skutkiem, nie przyczyną zjechania do rowu i spektakularnego koziołkowania samochodu z wydawcą in spe w środku.

Czyli chyba lepszym wyborem będzie… nieważne.

Równowaga rachunkowa jest kwestią dynamiczną, a nawet termodynamiczną. Nie da się wyrównać rachunku raz na zawsze. Chyba że wyzerowany człowiek od razu palnie sobie w łeb i nikogo przy okazji nie trafi rykoszetującym pociskiem.

Pan Tadeusz krótko cieszył się brakiem żalu do kogokolwiek. Miał w biurze rachunkowym dług, ale wpisał pokrywy w harmonogram prac swojego przedsiębiorstwa. Bo nie jest tak, że można sobie stalową pokrywę po prostu wziąć pod pachę i zanieść do zakładu: te cholery często ważą więcej niż pan Tadeusz – mężczyzna o posturze sprawiającej, że był podatny na podmuchy nawet niezbyt silnego wiatru wywołanego procesem trawiennym podopiecznego wiedeńskiego Tiergarten Schönbrunn.

Będąc osobnikiem nieśmiałym, a jednocześnie pragmatycznym, a jednocześnie w wieku, który matki i ciotki nazywają „ostatnim dzwonkiem”, niedoszły literat poślubił partnerkę z jego punktu widzenia idealną: niezbyt rozmowną, ale łatwą w obsłudze i pompowaną. Tak, wiem: dmuchana lala jako żona jest tak klasycznym absurdalnym wtrętem (poza obszarem Japonii i niektórymi środowiskami pod innymi współrzędnymi geograficznymi Ziemi) że za chwilę musi pojawić się nakrycie ślubnej protagonisty i jego wspólnika w biznesie in flagrante delicto w łożu małżeńskim.

Chwilę po tym zdarzeniu Krzysztof, wspólnik i przyjaciel od wielu lat, skazany w dzieciństwie za zabójstwo w afekcie, próbował wyjaśnić, że doszło – a jakże! – do nieporozumienia. Minutę później gonił pana Tadeusza z siekierą, a uciekającemu łzy gromadziły się po powiekami, gdyż nie dość, że druh z dzieciństwa przyprawił mu rogi, to jeszcze pozbawił mieszkania, wszak nijak było naszemu bohaterowi równać się w uczciwej walce z weteranem siekierezady. Zdecydowanie był to dzień wart wyparcia do podświadomości i rachunek krzywd, który należało wyrównać. Z żoną zamierzał policzyć się własnoręcznie z pomocą grabi i nastrzykiwarki do wędlin. A długi Krzysia zdecydował się scedować na biuro pana Eustazego.

– Wezmę tego kraba – zgodził się po krótkiej prezentacji usługi.

Przez drganie nóg wynikłe ze zdenerwowania i zmęczenia rozmowie towarzyszyło rytmiczne popierdywanie wody wyciskanej z butów.

Fanom kina nienajwyższych lotów oraz literatury, która najczęściej leży na kafelkach w toalecie i wartką akcją przyczynia się do rozwoju hemoroidów, krab przywodzi na myśl wielką zmutowaną chitynową maszynę do zabijania. Miłośnicy potworów morskich i całej tej dziedziny zoologii niepoważnej, choć barwnej, wiążą kraby z historiami weteranów z Iwo Jima. Większość jednak czytelników w tym sezonie kojarzy owe morskie skorupiaki z filmem, na którym ścigany przez kamerę osobnik uroczo broni się nożem kuchennym przed natrętnym paparazzo.

Nikt z powyższych nie wie o terytorializmie tych agresywnych i pociesznych w swej agresji zwierzaków. Krzysztof też nie wiedział, ale teraz nie uważał już owej cechy za pocieszną. Trzeci tydzień próbował zbliżyć się do pokrywy, której prostowanie zamówił w firmie obu dawnych przyjaciół nie kto inny, a sam pan Eustazy. Dekla nie dało się podjąć patykiem, kotwicą na linie, ani harpunem z gratisowym kutrem na jego końcu. Krab z nożem (bo naprawdę wyglądał uroczo) odpędzał od swojej studzienki natręta bez trudu i wysiłku.

Że też nikt nie pomyślał o zatrudnieniu skorupiaków do pilnowania bram! Krab w czapie z niedźwiedziego futra wyglądałby przecudnie. Zwierz pana Eustazego bronił przystępu do swojej pokrywy z taką determinacją, jakby było to wejście do pałacu Buckinghamów. A Krzysztof po każdym dniu bezowocnych wysiłków gasł i marniał. Prokurator, niezgodnie z rzeczywistością, za przyczynę samobójstwa uznał stres w pracy. Niesłusznie w przypadku tego z dwóch partnerów w firmie prostującej i reperującej pokrywy stalowe i wyroby pokrewne. Pan Tadeusz nie przewidział wszystkich skutków podejmowanych przez siebie w afekcie decyzji. Do spłaty swoich zobowiązań względem biura przystąpił niezwłocznie i nieskutecznie. W firmie tym fizycznym, silniejszym, sprawniejszym i przystojniejszym partnerem był Krzysztof, co usprawiedliwia do pewnego stopnia byłą małżonkę naszego bohatera. Entuzjazm spowodowany niedawnym powrotem do stanu kawalerskiego i przejęciem stu procent udziałów w spółce nie wystarczył do podniesienia żeliwnego włazu o wytrzymałości do pięćdziesięciu kiloniutonów. Próba ekspresowej poprawy kondycji na ciężarach mniej wymagających tylko pogorszyła sytuację. Po ustąpieniu zakwasów jeszcze przez kilka dni próbował zrealizować zadanie, a subiekt stojący na schodach obserwował z uwagą te wysiłki. Nie odwracał wzroku, ale też nie uśmiechał się szyderczo. Czas na spłatę zobowiązań względem biura kończył się. W końcu asystent zaprosił spoconego i zmęczonego przedsiębiorcę do biura swojego przełożonego.

– Termin upłynął i niestety musimy zgodnie z umową wyrównać rachunki.

– Ja się bardzo boję śmierci – wystękał płaczący od jakiegoś czasu mężczyzna.

– Ale co pan o tej śmierci cały czas? – Pan Eustazy nie krył oburzenia. – Jesteś pan naszym klientem, stałym, że tak powiem. Myślę, że na okoliczność dobrej współpracy udzielimy panu rabatu, dobrze? Na wszystkie nasze rachunki, także wstecz.

Na czerwoną od płaczu twarz mężczyzny wyszło coś jakby lekki cień nadziei. Księgowy nie mógł tego nie dostrzec. Uśmiechnął się życzliwie.

– Za kraba i kamień miały być dwie studzienki i kratka, ale jak zastosować rabat, to… – Wyjął spod biurka staromodne liczydło i przez chwilę ze stukiem przesuwał mahoniowe koraliki. – To będzie wykałaczka i nitka z pętelką. Zgadza się pan?

– Dziękuję. – Klient pociągnął nosem i podniósł się z krzesła, żeby uścisnął wyciągniętą dłoń księgowego.

W tym miejscu zakończmy, bo czytelnik zna już wszystkich bohaterów i okoliczności na tyle, żeby przewidzieć dalsze losy biednego mężczyzny, który zaplątał się w motek długów. Jednocześnie powyższa fenomenalnie poprowadzona historia, dynamiczna, pełna niespodziewanych zwrotów akcji i wypełniona łukami jak zeszyt pierwszoklasisty, daje nadzieję, że pan Tadeusz uniknie losu  dawnych antagonistów. A może nawet, kto wie, rozwinie swój konspekt w zgrabne opowiadanie sado-sakro-nekro-negro-hard porno z wątkiem kazirodczym w tle i wulgaryzmami w tytule.

Ale to już byłaby inna opowieść.

Koniec

Komentarze

Szalenie sympatyczny Pan Tadeusz! Czy jego żona była Lalladyną? Trup ściele się gęsto, niczym czyste prześcieradła pod czerwoną latarnią, więc i czyta sie z uśmiechem na paszczy ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Straszliwie zagmatwałeś opowieść, więc z trudem, bo kilka razy gubiłam wątek, dobrnęłam do końca, ale nie jestem przekonana, że wiem o czym czytałam.  

 

pro­wa­dzą­ce­go po­jazd na tra­sie z Marek do Ostro­wii Ma­zo­wiec­kiej. – …do Ostro­wi Ma­zo­wiec­kiej.

 

Fanom kina nie­naj­wyż­szych lotów… – Fanom kina nie ­naj­wyż­szych lotów

 

pod­niósł się z krze­sła, żeby uści­snął wy­cią­gnię­tą dłoń księ­go­we­go. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tu też niezły absurdzik, spodobał mi się pomysł na wykorzystanie tytułu.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nieźle przyabsurdzieś. Traciłem orientację i poczucie celowości, gdy zabierałeś mnie (czytelnika) w różne miejsca. Ciekawiej byłoby gdyby tekst zaczął się od akcji, a nie od opisu różnych sytuacji. Te wszystkie dywagacje (wiem, celowe) spowalniają tekst. Ale może moje zagubienie w Twoich słowach było celowe, tak więc absurdu stało się zadość. Myślę, że zdania które piszesz mają duży urok i potencjał, który może być wykorzystany tylko wtedy, gdy umieścisz je w sensownym kontekście.

Dla mnie nieco zbyt zagmatwane. Dużo absurdu, miejscami całkiem niezłego, ale jeśli złożyć to do kupy mnie nie przekonuje.

Tytułem wstępu: ja mieszkam w Niderlandii i ona naprawdę jest! ;-) A dalej – zawartość absurdu znaczna, ale bardzo ciężko mi się czytało ten tekst, nie potrafiłam w niego wejść; jakby jakiś krab w czapie z niedźwiedziego futra stał u wrót i machał szczypcami, no. Albo jakby narracja mrugała do mnie oczkiem, a ja nie umiałabym odmrugać, takie to uczucie :/ Na plus – biuro rachunkowe "Biuro rachunkowe" i rzeczona czapa :)

Kompletnie rozminęłam się z tym tekstem. Dotrwałam do końca tylko dlatego, że to tekst konkursowy. Pogubiłam się tyle razy, że do tej pory nie wiem, czy wszystko zrozumiałam, mimo że absurdu było dosyć sporo.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

W Niderlandach :) Dzięki za uwagi. faktycznie absurdu starczyłoby na kilka tekstów i się śmietnik zrobił.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Nowa Fantastyka