- Opowiadanie: mirekson11 - KAJDANY PAMIĘCI 2

KAJDANY PAMIĘCI 2

Oceny

KAJDANY PAMIĘCI 2

Przespał wieczór, noc i poranek. Zbudziwszy się, usłyszał dźwięk dzwoniącego telefonu. Wyskoczył z łóżka i z impetem pobiegł do kuchni, bo tam był aparat. Thomas usłyszał głos Melissy, skarżącej się na to, że próbuje się do niego dobić już od dwóch godzin. Miała dla niego dobrą wiadomość. Otóż, umówiła go na spotkanie z Adamem, o jedenastej.

Thomas, z komórką w ręku przeszedł do sypialni, gdzie nad drzwiami wisiał zegar. „O, kurwa, zaklął w duchu, już dziesiąta”.

– Pogadam z nim o wszystkim – mówił do aparatu. – Tak, wiem, wiem… jak tylko dowiem się czegoś nowego, zadzwonię… Dobra, niech będzie. No, pa.

Rozłączywszy się, rzucił komórkę na łóżko. Zbliżała się pora spotkania. Musiał się w coś ubrać. Przydałoby się też ogolić, stwierdził spojrzawszy w lustro. Ale miał tylko godzinę, zbyt mało, żeby zrobić porządek z własnym wyglądem, toteż pospiesznie wrzucił na siebie koszulkę z napisem Jack Daniels, na nią zaś szary sweter. Z szafy wypadła też para dżinsowych spodni – wpadły mu w oko, więc wcisnął się w nie i podszedł do lustra.

– Świetnie! – przyznał, zadowolony z efektu.

Spojrzał za okno. Siąpił jesienny deszczyk, więc pomyślał, że dobrze zrobi, jeśli narzuci na sweter jakąś kurtkę, przeciwdeszczową – oczywiście, jeśli taką ma.

Ze zdziwieniem i nutą dumy stwierdził, że Thomas, którego nie pamięta, miał dobry gust i szafę pełną smakołyków. Były w niej nawet kapelusze, cała kolekcja! I krawaty w przeróżnych kolorach, a nawet różowy!

– Dobra, nie ma czasu na chwalenie samego siebie. Trzeba działać – powiedział w duchu, a po wypowiedzeniu tych słów odczuł niepokój na myśl, że te myśli nie są jego, że nie jest taki jak one. I prowadząc ze sobą monolog spojrzał po sypialni, przypominając sobie, czy wziął wszystko co trzeba. A kiedy zaspokoił już umysł skierował się do mahoniowych drzwi, zamknął je delikatnie, przekręcił kluczyk i wsunął go głęboko w kieszeń kurtki.

Na dworze panowała iście angielska pogoda – co stwierdzić mógł tylko wszystkowiedzący narrator, bo Thomas nie dokonał w myślach tego porównania, a to dlatego, że nigdy nie był w Anglii, a jego wiedza ograniczała się do prostych codziennych czynności, znajomości zasad gramatyki, języka, zdolności społecznych, do samodzielności i na niej się kończyła, a wszystko ponadto było, i miało być tylko nagłym przebłyskiem zbłąkanego i niespokojnego umysłu.

Kierując się do baru „Whisky In The Bar”, czuł się nadzwyczaj nieswojo, bowiem nie miał pojęcia skąd właściwie wie, gdzie jest ten bar. Wiedział, podświadomie, tyle, nic ponadto. Jakby jakaś nieznana siła prowadziła go tam, szepcząc: Idź, nie bój się, prosto, potem w lewo, prosto, za rogiem w prawo, i tak dalej. A właściwie skąd znam nazwę tego baru?, pytał w duchu, dokładnie widząc to miejsce oczyma wyobraźni. Wiedział jak wygląda, jacy ludzie tam przychodzą, co podaje barman, jak powinien się zachowywać, wiedział, wszystko to dobrze wiedział, ale mimo tego nie mógł go opuścić diabelski niepokój, bo czuł, że to nie on bywał w tych miejscach, tylko ktoś inny.

To nie ja, to nie ja, to nie ja… – takie myśli obarczały jego kulawą duszę. Sam je wzniecał, jak ogień. Płoń, mocniej, wyżej, rozpal go całego, niech zatopi się w płomieniach, w odmętach gniewu i samoświadomości, wszystko po to, ażeby chociaż odrobinę poczuł siebie samego, wiedział, że to on… że to pieprzony Thomas Defoe!

Samoudręczenie zakończył stojąc tuż przed drzwiami baru „Whisky In The Bar”. Oczy powędrowały za szybę, gdzie w wielkiej sali dojrzał wiszący na ścianie zegar. Zbliżała się jedenasta.

Nacisnął klamkę.

Przeniósł się do królestwa drogiego alkoholu, fast foodów, zimnych jak lód energy drinków i jednorazowych kobiet szukających penisa na noc. Doskonale wiedział jak tu jest, i na tę myśl potaknął skinieniem. Jego wzrok szukał siedzącej samotnie postaci.

„Adam. Skąd ja mam wiedzieć jak wygląda Adam?”.

I jakby w odpowiedzi, usłyszał męski głos, wołający jego imię.

Adam siedział sam, a dokładniej mówiąc w towarzystwie drinka. Thomas, niepewnym krokiem, czując wahanie zbliżył się do stolika ustawionego w samym rogu, tuż obok szafy grającej i plazmowego telewizora zawieszonego na ścianie.

– Cześć – wydukał, usiadłszy na krześle. Adam podał mu dłoń.

– Coś słaby jesteś – wymamrotał mężczyzna. – Zwykle miałeś silniejszy uścisk. – Zaśmiał się, zapewne z nadzieją, że kolega przypomni sobie ich wspólne przywitania. Ale niestety nic takiego nie zaszło w głowie Thomasa, w której jak dotąd panował tylko rozgardiasz.

– Wyglądasz mizernie – przyznał Adam po chwili milczenia. – Wiem, wiem co się dzieje. Melissa wspominała mi co nieco. Przykra sprawa. Ej! Tak w ogóle, to pijesz coś? Może sok pomarańczowy, tak jak zawsze?

– Sok pomarańczowy?

Adam, nic nie tłumacząc, gestem ręki przywołał uwagę stojącej za ladą barmanki.

– Pomarańczowy!!! Dla Thommy’ego! – krzyknął.

Słychać było chichot dziewczyny, która, jeśli Thomasa wzrok nie mylił, puściła mu oczko.

– No więc – podjął Defoe, próbując zebrać myśli. Spojrzał uważnie na kolegę. – Nie wiem co w tej sytuacji powinienem zrobić. Udać się do jakiegoś lekarza, czy odszukać osobę, która mi to zrobiła? Tylko pojawia się pytanie, jak ją odnaleźć? Przecież nie zostawiła żadnych śladów, poza pustymi puszkami po piwie, niedopałkami papierosów i… i majtkami.

– Majtkami?

– Tak. – Thomas wykrzywił twarz w grymasie.

– A, niech mnie! Chociaż tyle zostało ze starego dobrego Thomasa. – W przypływie impulsu Adam podniósł kąciki ust, ale, ujrzawszy przygnębioną twarz kolegi przywołał się do porządku. Odchrząknął, po czym powiedział rzeczowo:

– Rozumiem, że nie wiesz do kogo należą te majki?

Thomas pokręcił głową przecząco.

– A może po prostu jakaś jędza zabawiła się twoim kosztem, co? Pomyśl. Spodobałeś się jej i, weźmy na przykład, opiła cię, a ty zaprosiłeś ją do mieszkania. I tam baraszkowaliście całą noc. Działała jak dobra whisky, odurzyła cię. A co do wspomnień, no cóż. Ostatnio często słyszy się o przeszczepach pamięci. To smutne. Zamieniła się z tobą pamięcią. Brzmi to absurdalnie, nawet jak na dzisiejsze czasy, ale trzeba przyznać, że wszystko na to wskazuje.

Ich dialog przerwało pojawienie się głosu Jona Bon Jovi’ego. Mężczyzna stojący przy szafie grającej puścił utwór „Living On A Prayer”. Pierwsze dźwięki rockowej esencji wywołały nostalgiczny uśmiech na twarzy Adama, który kątem oka chciał sprawdzić, czy Thomas przypomina sobie stare dobre czasy, z którymi związany był tekst piosenki.

– Bon Jovi, stary! – Adam krzyknął, uderzając o blat stołu.

Szklanka z whisky zabrzęczała.

Thomas zaprzeczył, twierdząc, że nie ma pojęcia co to za piosenka.

– Nieważne – Adam machnął ręką i wrócił do przerwanego tematu. – A więc… na czym to skończyliśmy, a! Jest źle, to wiemy. Nie pamiętasz co robiłeś, nie pamiętasz mnie, ani Melissy.

– Nie. Czuję, jakbym widział cię po raz pierwszy. Jakbym nigdy z tobą nie rozmawiał, ale twój głos wydaje mi się znajomy. Nic ponadto.

– Mieszanka wspomnień – stwierdził Adam.

– I czasem dochodzą do mnie dziwne głosy.

– Głosy? – Adam przysunął krzesło bliżej. Łokcie oparł na stole, a dłonie na podbródku. Zmarszczył czoło, słuchając z uwagą kolegi.

– Znaczy się, dziwne myśli. Jakby ktoś obcy je wypowiadał, nie ja. Jakby mi je nasuwano, przesyłano. Pamiętam miejsca, tak jak na przykład to. Dobrze wiedziałem gdzie jest, nikt nie musiał mi tego mówić. Kiedy tu jestem, czuję się tak, jakbym kiedyś był tu w jednym ze snów.

– Jak deja vu?

– Co?

Adam machnął ręką.

– Dobra – podjął, westchnąwszy. – Chcę ci pomóc. I jedyne wyjście z tej sytuacji to, moim zdaniem udanie się do gościa, który operuje wykrywaczem wspomnień. Tak, wiem jak dziwnie to brzmi, ale to istnieje i potrafi dobrze diagnozować. Maszyna powie ci wszystko o twoich i nie twoich wspomnieniach. Zlokalizuje posiadacza wspomnień, słowem, powie prawdę i w końcu będziemy wiedzieć, kto cię oszukał.

– Ciekawe…

– Wiesz, dzisiaj mnóstwo ludzi bada się tym urządzeniem. Przede wszystkim ćpająca młodzież. Biorą meskalinę, LSD, grzybki… a potem dostają psychoz i wizyta u psychiatry często nie wystarcza. Zwykła diagnoza to za mało. Wyrok na dwa lata terapii, po których być może poprawi się im, to za dużo czasu i pieniędzy. A jeśli gość idzie na wykrywacz, dowie się o częściach swojego mózgu, działających nieprawidłowo, pojmie które ma nadaktywne, a które nieaktywne i wtedy lekarz dobiera mu odpowiednie leki, mogące przywrócić poprawne działanie umysłu.

Thomas wyglądał na zdziwionego poziomem wiedzy kolegi.

– Jesteś psychiatrą, czy co? – spytał.

Z ust Adama wyrwał się szczery chichot.

– Tak, jestem gościem od czubków. Ale, mówiąc czubki, mam na myśli żart. Szanuję chorych pacjentów i chcę ich dobra, to moja zasada.

– Działasz na dwie zmiany? Pytam, bo Melissa wspominała coś o twojej działalności w Departamencie Sprawiedliwości. Mówiła też o manifestacjach, na które chodziłeś razem z nami.

– Ta, zgadza się. Czasami chodziłem z wami na te p o c h o d y, ale tylko czasami. Najwięcej czasu przeznaczam na chorych i, oczywiście na romanse. – Tutaj puścił oczko siedzącej przy oknie blondynce. Półszeptem powiedział do niej cześć, po czym zwrócił zadowoloną twarz ku Thomasowi. I zdziwił się niezmiernie, kiedy ujrzał na niej trans, coś jakby hipnozę, w której pacjent przypomina sobie coś ważnego z przeszłości, co dotąd nieświadome kryło się jak mysz w dziurze.

– Co się stało? Mówże, co ci jest? – pytał podejrzewając, że zaraz dowie się czegoś ważnego, może nawet szokującego. Czekał, czekał i czekał na odpowiedź. Patrzył jak niemy przyjaciel pogrąża się w otchłani nagłego wspomnienia, jak zanurza się w gęstym dymie zrozumienia, przebłysku, olśnienia.

– Widziałem, widziałem… – szepnął Thomas, nie kończąc zdania.

– Co widziałeś?

Defoe przełknął ślinę i zamrugał powiekami, jakby budząc się z tępego snu.

– Powiedz mi – zwrócił się do Adama – czy ja miałem żonę?

– No coś ty! – Mężczyzna zaśmiał się z ironią w głosie. – Żartujesz sobie?

– A czemu mam sobie żartować?

– Daj spokój. Przecież ty babiarz jesteś. Człowieku, żaden bawidamek jakiego znam, nie dorównuje tobie w podbojach. Thomas, zawsze, odkąd cię znam byłeś psem na baby. Wystarczyło cię spuścić ze smyczy i leciałeś na nie ze śliną na ustach – mówił to z uśmiechem na ustach. – Nieraz miałeś i po trzy laski na tydzień. Zmieniałeś je jak moja babka skarpety, hehe… wiem, kiepskie porównanie, ale…

– Zaraz, zaraz – przerwał mu Thomas. – Nie można traktować kobiet przedmiotowo. Kobiety są tak samo równe w człowieczeństwie jak my, mężczyźni. Należy się im szacunek i miłość, zrozumienie i troska. Musimy o nie dbać, a nie upokarzać i uprzedmiatawiać. To nieludzkie, niegodne człowieka! – Jego głos nabrał męskiej ostrości, niemalże władczego tonu, a słuchający tego wywodu Adam nie mógł nadziwić się zmianie, jaka zaszła w przyjacielu. Zaniemówił.

– Jeśli taki byłem – kontynuował Thomas. – To chyba wolę zostać z t ą pamięcią. – Mówił ze złością. Widać było, że cały czas kontroluje poziom agresji, bo gdyby przestał, groziłoby to zwróceniem na siebie uwagi obecnych.

– Co w ciebie wstąpiło, cholera jasna? Thomas! Kurwa mać, Thomas. – Zbliżył się do niego, chcąc mówić szeptem. – Z tobą jest naprawdę źle. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Nie jesteś sobą.

Thomas odetchnął, upuszczając z siebie jadowitą złość.

– Przepraszam, prze-przepraszam – wydukał zmienionym głosem. Mówił dużo spokojniej. – Coś we mnie wstąpiło, sam nie wiem co.

Adam wyciągnął z kieszeni długopis i zmiętą kartkę papieru. Rozłożył ją na stole i zaczął pisać. Skończywszy, wsunął ją przyjacielowi do ręki i powiedział, że zapisał na niej adres gabinetu, w którym przyjmuje lekarz stosujący wykrywacz wspomnień.

– Zdążysz nawet dzisiaj – rzekł spoglądając na zegar – nawet teraz. Jeśli gość będzie miał pacjentów, to przynajmniej umówisz się na jakiś termin.

– Dziękuję, Adam.

– Nie dziękuj. Moim obowiązkiem jest pomóc przyjacielowi.

– Głupio mi. Nie mam pojęcia jak mogę ci to wynagrodzić – powiedział Thomas, zmieszany.

– Kiedyś postawisz mi whisky – wycedził Adam, wstając z krzesła. – A teraz czas na mnie. Muszę lecieć, bo mam pacjenta. Jest w pół do trzeciej, a ja jestem umówiony na trzecią. Szlag zwali, naprawdę, już pora – mówił zapinając zamek przeciwdeszczowej kurtki. – Chodźmy.

Adam ruszył ku drzwiom, a otępiały Thomas wcisnął kartkę do kieszeni spodni. Nie miał pojęcia gdzie są ani kim jest człowiek idący przed nim. Czyżby go znał? Może to jego przyjaciel? Co się działo przez ostatnią godzinę? Nie pamięta nic od chwili ujrzenia stojącej przy łóżku Melissy.

Podbiegł do pustego stołu, na którym stała szklanka z sokiem pomarańczowym. Wychylił zawartość dwoma haustami. Dłonią przetarł zroszone potem czoło.

Usłyszał znajomy głos. Człowiek stojący przed drzwiami wołał go.

– Idziesz czy nie?

„Adam! Tak, to on”

I jak z bicza strzelił przypomniał sobie rozmowę w barze. Popędził do drzwi, za którymi czekała na niego rzeczywistość.

 

***

Na twarzy stojącego nad Thomasem mężczyzny pojawiło się zaskoczenie. Właśnie spojrzał na ustawioną przy lekarskim krześle aparaturę.

– Czy pan jest kobietą? – spytał, zerkając na pacjenta znad szkieł okularów.

– Że jak? Przecież widać… mam zarost. Jak w ogóle może mnie pan o to pytać? –  W przypływie niepokoju pocierał wilgotne dłonie. Wiercił się na krześle, tak jakby chciał się z niego wyrwać. Wrócił jednak do poprzedniej pozycji i drżące ręce położył na oparciu fotela.

– Pytam nie bez powodu – odezwał się melodyjnym głosem lekarz. – Widzi pan, jestem neurobotomologiem z doświadczeniem i nieraz spotkałem się z mężczyznami o kobiecych imionach. To były po prostu kobiety po operacji. No, niech pan nie mówi, że nie wie nic o dzisiejszym stanie medycyny… przecież sporo ostatnio się mówi o feminizacji pokolenia M.

– Ja mam na imię Thomas. Jestem Thomas Defoe. Nie mam kobiecego imienia, a o stanie dzisiejszej medycyny nie mam zielonego pojęcia – bronił się przed pytaniami, które hordą wkraczały na terytorium jego umysłu. Pytał w duchu, czy naprawdę jest kobietą? A może Melissa i Adam nie istnieją, są tylko wytworem jego chorego umysłu? A może faktycznie Jennifer ukradła mu pamięć? W takim razie co będzie jeśli jej nie odnajdzie? Co będzie jeśli zostanie tak na zawsze?

– W takim razie grzecznie przepraszam za pochopne wnioski – powiedział medyk. – Widać, nastąpiła drobna pomyłka.

– Pomyłka? – Thomas przyjrzał się uważnie dłoniom. Oblepione były kropelkami potu, które błyszczały w świetle padającym do gabinetu przez okno.

– Monitor wskazał mi jasno, że pamięć należy do Jennifer Anton – kontynuował lekarz.

Thomas wyrwał się z miejsca jak rażony piorunem.

 – Jennifer Anton? – W duchu poczuł lęk i w myślach pytał sam siebie, o co tutaj chodzi. „Pamięć kobiety… Gdybym miał pamięć kobiety pamiętałbym mężczyzn z którymi kiedyś byłem… Fe, b y ł a m! Wzdrygnął się na myśl o męskim ciele… nigdy, przenigdy!”

– Nie dziwię się pańskiemu zaskoczeniu… Wiem zaś jedno. Nasza aparatura nigdy nie kłamie. Resztę zostawiam panu.

Thomas podszedł do okna, przez które dojrzał uciekających przed deszczem ludzi.

Słyszał, jak lekarz odkłada na bok sprzęty medyczne. Ściągnął rękawiczki z dłoni, po czym rzekł:

– Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy chcą żyć w zakłamaniu. Cóż, taki jest dzisiaj świat… milczysz i masz, gadasz i dostajesz w kufę, że tak brzydko się wyrażę. No, świata nie zmienię. Dzisiaj zrobiłem to co do mnie należało. Powiedziałem panu prawdę, a to co pan z nią zrobi jest tylko i wyłącznie pana sprawą. Cóż… – Spojrzał na zegarek. – Jest już trochę późno… muszę zamknąć gabinet, więc…

– Już uciekam. – Thomas odwrócił się od okna. Słyszał szybkie bicie własnego serca i ciężki oddech.

– Gdybym dowiedział się czegoś takiego też byłbym nerwowy – powiedział półszeptem lekarz. Pacjent zastygł w miejscu, bowiem nie był pewien czy starszy mężczyzna rzucił to stwierdzenie do niego, czy do siebie samego.

Spojrzał na lekarz uważnie, nieufnie. Badał każdy jego ruch, nawet ten najdrobniejszy.

– Chwila, chwila… to prawda – powiedział, przystanąwszy przy drzwiach.

– Słucham? – Lekarz nie miał zielonego pojęcia o co chodzi pacjentowi.

– Mówię o tej całej Jennifer Anton, czy jak jej tam. Może ja faktycznie mam pamięć kobiety… To może być prawda! – Nasiąknięte przerażeniem oczy wbił w lekarza. Potem przeniósł spojrzenie na okno.  

Świat zewnętrzny jawił się Thomasowi jako jedna wielka czarna dziura… nicość, powtarzał w myślach, zupełnie jak nicość… i tu nic nie jest pewne, nie istnieje doskonałość… bo czymże jest świat bez doskonałości, tym czym niebo bez gwiazd. Te zdania wchodziły do głowy Thomasa jakby nieproszone. Najpierw pukały głośno w czeluści jego pokaleczonego umysłu, później wskakiwały weń. Nie wiadomo skąd pochodziły. Nie chciały się przyznać. Biegły prędko. Jedna za drugą, jakby ścigały się o pierwszeństwo w maratonie.

– Maraton myśli – parsknął Thomas, zupełnie zapominając gdzie się znajduje.

– O czym pan mówi? – uniósł się lekarz.

– Co?

– Bardzo pan zamyślony… radziłbym panu przespać się solidnie. Jak każdy z nas idzie pan pewne jutro do pracy, tak więc życzę spokojnej nocy i udanego jutrzejszego dnia. Mówię udanego, mimo wiadomości, którą pan dzisiaj ode mnie dostał. Do widzenia. – Otworzywszy szeroko drzwi czekał, aż Thomas powie magiczne słowo. Jednak zamiast słowa pożegnania lekarz usłyszał:

– Jak mogę skontaktować się z tą całą Jennifer Anton?

– Słucham? – Medyk jeszcze raz spojrzał na zegarek.

– Mówię o kobiecie, która jest właścicielką pamięci.

– Przepraszam, muszę zamknąć gabinet. Do widzenia panu. – Dłonią wskazał mu wyjście.

– Ale niech mi pan tylko powie, jak mogę się z nią skontaktować! Czy na pańskiej aparaturze wyskoczył jakiś numer telefonu?

– Nie, proszę pana, nie wyskoczył.

– To co ja mam teraz zrobić?

– Polecałbym panu iść do mieszkania i spróbować zasnąć. Jeśli wystąpią problemy ze snem, proszę wziąć pigułę nasenną.

Thomas przeszedł za próg. Przystanąwszy, jeszcze raz odwrócił się do mężczyzny.

– Ale muszę się z nią skontaktować – odparł, patrząc mu prosto w oczy.

– Ja panu w tym nie pomogę – rzekł stanowczo medyk. Spod jego krzaczastych, siwych brwi dało się dostrzec przebłysk zakłamania. Thomasa olśniło. Ten człowiek coś wie. Tylko nie chce mu pomóc!

– Niechże pan mówi wreszcie… Wiem, że pan coś wie.

– Bo zadzwonię po ochronę! – Starszy mężczyzna podszedł do telefonu i koncentrując się na pulpicie, zaczął wystukiwać numer. – Dzwonię – uprzedził go.

Thomas uniósł dłonie w pożegnalnym geście.

– Idę – oznajmił, opuszczając gabinet.

Mocne uderzenie drzwiami sprawiło, że lekarzowi telefon wypadł z rąk.

 

***

 

 Wyszedłszy z budynku, Thomas westchnął z ulgą. Najchętniej dałby sobie kilka godzin wolnego od tej ciężkiej pracy, jaką było szukanie prawdy. Czuł się, jakby przez dziesięć godzin dźwigał same ciężary. W tym wypadku obciążeniem był mózg, w jego odczuciu obcy organ, wrogi, z którym musiał toczyć boje.

Coś zaczęło dzwonić.

Telefon!

Dobrze, że go wziąłem – stwierdził – bo może ktoś dzwoni w ważnej sprawie. Może dowiem się czegoś, co dobrze wpłynie na bieg wydarzeń.

– Słucham? – odezwał się, przysuwając aparat do ucha. Odpowiedział mu baryton, jakiś złowrogi głos. Mężczyzna mówił szybko, nieskładnie, ze złością. Chciał spotkać się z Thomasem. Nasz bohater miał czekać na niego przy ulicy Czwartego Lipca. Rozmówca za piętnaście minut powinien się tam zjawić.

– Gdzie czekać? – spytał Thomas. – Pod którym budynkiem? – Nerwowo przebiegł oczyma dokoła.

– No, dobra. Niech się pan nie rozłącza! Niech mi pan powie o co tu chodzi? Coś ważnego? – dodał zatrwożony, jednak to co usłyszał w odpowiedzi nie było najmilsze, bo zmarszczył czoło i ścisnął mocniej telefon. Udław się, pomyślał.

– Będę czekał – rzekł, po czym rozłączył się. Tępo patrzył na ekran komórki. Oprzytomniawszy, wsunął ją do kieszeni.

Miał czekać na gościa przy wejściu do parku, na ławce, tuż przy tabliczce z napisem PARK JOSEPHA CONRADA.

Tabliczka akurat była w zasięgu jego wzroku. Przeszedł przez pasy i udał się na miejsce. Siedząc na ławce, czekał przez piętnaście minut.

Zniecierpliwiony spojrzał na zegar w telefonie.

 – Siedemnaście.

Potem minęła osiemnasta minuta. Niekończąca się dziewiętnasta, dwudziesta…

Ciekawe o co mu chodzi. Kim on w ogóle jest? Jak mógł być tak nieuprzejmy? Przecież nic mu nie zrobiłem. Chyba, że coś wywinąłem, tylko tego nie pamiętam, bo tę cholerną pamięć zwinął mi ten cholerny babsztyl!”

Miał tylko nadzieję, że nie chodzi o zadłużenie. Nie wiedział czy na jego koncie jest jakiś zapas, ale gdzieś podskórnie czuł, że sprawy z pieniędzmi są delikatną rzeczą, a długi to bagno.

Pomacał kieszenie spodni, w przeczuciu, że nieświadomie mógł wziąć ze sobą portfel.

– Jest!

Tkwił w lewej kieszeni kurtki. Drżącymi dłońmi otworzył go.

Pliki banknotów. Dziesięciodolarowe, dwudziestki, jedna pięćdziesiątka i setka.

Miał jeszcze jakieś drobne. I coś więcej… coś, na widok czego serce zaczęło mu mocniej bić – dowód osobisty! Na plastikowej karcie widniał napis: „Thomas Wolfgang Defoe”. Pod napisem było zdjęcie przystojnego mężczyzny, z blond włosami zakrywającymi czoło. Wąski nos, wąskie usta, szeroko rozstawione błękitne oczy i lekki, ciemny zarost. Thomas wpatrywał się w kartę jak zahipnotyzowany, jakby kodując w głowie myśl, że to on. To on! To naprawdę on!

Z zamyślenia zbudził go dźwięk nadjeżdżającej furgonetki. Samochód z piskiem opon zatrzymał się tuż przy ławce, na której siedział Thomas. Mężczyzna schował portfel do kieszeni. Wstał.

Ze starego poobijanego samochodu wyszedł facet o wyglądzie kibola. Daszek czapeczki sterczał mu dumnie nad czołem. Jasna koszula opinała umięśnione ciało. Klatkę piersiową miał wielką, wysuniętą do przodu. Był w szerokich, szarych dresach, a na nogach miał sportowe buty.

– Chodźmy dalej – powiedział bez przywitania. Jego rozbiegane spojrzenie mówiło, że sprawa jest naprawdę poważna i że nie zamierza pobłażać Thomasowi.

– Tam? – Defoe palcem wskazał miejsce w głębi parku, najbardziej oddalone od jezdni i bloków mieszkalnych.

Dres potaknął skinieniem.

Idąc z nim ramię w ramię Thomas czuł wzrastające napięcie.

 Kibol szedł przed siebie, zagryzając zęby.

I kiedy doszli na miejsce, z którego nie słychać było gwaru ulicznego ani rozmów, dres oznajmił Thomasowi, że już koniec żartów.

– Już raz wywinąłeś mi podobny numer – mówił półszeptem, grożąc mu palcem. – Wiesz co mi dałeś?

Thomas patrzył na niego tępo, nie mając najmniejszego pojęcia o co chodzi temu człowiekowi.

– Sorry, ja nawet nie wiem kim jesteś – wydusił, starając się, aby w jego głosie brzmiała pewność siebie. Ale kiedy usłyszał własny głos rozczarował się, bo brzmiał żałośnie, jak pojękiwanie szczeniaka. Pożałował tych słów, bo, jak stwierdził, lepiej było udawać, że wie kim jest rozmówca. Przynajmniej nie narażałby się na ośmieszenie – kto wie, jak ów zareaguje, kiedy usłyszy, że Thomas ma amnezję. Mógłby go wyśmiać, albo, co gorsza, jeszcze bardziej się zezłościć.

– Gościu, co ty mówisz, do jasnej cholery? – Kibol zmarszczył czoło. Zacisnął pięści.

– Wiem, że to głupio zabrzmi – zaczął Thomas. – Ale mam problemy z pamięcią. Po prostu wczoraj sporo wypiłem – załgał.

– Aha! Od razu tak mów! – Rozmówca machnął ręką. – Dobra, ale bez pieprzenia. Chodzi o ayahuasca, którą sprzedałeś mi w środę. No wiesz, kurwa, wziąłem ją w czwartek rano… no, i kurwa mać, gówno! Wyobraź sobie, że nie spałem do dziś. Tak! Nie zmrużyłem oka przez cholerne dwa dni. I to przez ciebie! To było najgorsze ścierwo jakie kiedykolwiek dostało się w moje ręce – mówił, celowo zniżając ton głosu. Oczyma zerkał to w lewo, to w prawo.

– Ayahuasca. – Thomas skinął głową na znak, że wie o co chodzi, ale naprawdę to czuł się jak przedszkolak, którego zaproszono na wykład o teorii względności.

– Ta, Ayahuasca, kurwa mać – rzucił dres. Splunął na chodnik. – I masz mi oddać kasę. Dwa razy więcej. Pamiętasz w ogóle ile płaciłem za to gówno?

– Nie wiem. – Thomas zrobił niewinną minę. Pokręcił głową.

– Ale ja wiem. Pięćdziesiąt dolców. I, jutro mam widzieć stówkę, zrozumiano?

Defoe potaknął.

– Pytam jeszcze raz, zrozumiano?

– Zro…zrozumiano – odparł Defoe, przypomniawszy sobie, że w furgonetce było jeszcze dwóch dresów. Nie miałby szans, stwierdził, gdyby nawet ćwiczył. Lepiej udawać, że wszystko wie, że na wszystko się zgadza. Tak więc starał się nie robić głupich w min i wyglądać poważnie, bez cienia lęku na twarzy.

– Dobra. Cieszę się, że wszystko rozumiesz – rzucił rozmówca wyciągając z kieszeni paczkę Cameli. Wcisnął papierosa do ust i zapalił go srebrną zapalniczką Zippo.

– Rozumiem, rozumiem. Nie ma sprawy – dorzucił Thomas.

– No, chyba, że masz coś ze sobą. Kurwa, chodzi mi o monety. Masz coś?

– Nie, nie mam – zaprzeczył.

Starał się, aby jego głos brzmiał stanowczo, żeby z oczu wyzierała szczerość, ale nie miał pojęcia jak mu to wyszło. Dres patrzył na niego podejrzliwie, z litością.

– Lecę! – powiedział oddalając się powoli od Thomasa. – Jutro o tej samej porze. W tym samym miejscu.

I z papierosem w ustach ruszył w stronę furgonetki, zostawiając za sobą Thomasa, człowieka, który dałby milion dolarów, żeby zasnąć, nie myśleć, nie wiedzieć, nie czuć, nie działać, nie mówić, nie ruszać się.

Kiedy furgonetka zatonęła w strumieniu płynących na północ samochodów, Thomas poszedł przed siebie, nie zdając sobie sprawy dokąd właściwie zmierza. Nie zauważył kiedy z kieszeni wypadł mu portfel. Leżał otwarty tuż przy ławce w parku, otwarty w miejscu, w którym był widoczny dowód osobisty potwierdzający jego tożsamość.

Koniec

Komentarze

“Rozłączywszy się, rzucił komórkę na blat kuchenny.“ – Będąc w sypialni rzucił komórkę na blat kuchenny? Ja bym się nie odważyła.

 

“– Dobra, nie ma czasu na chwalenie samego siebie. Trzeba działać – powiedział do siebie, a po wypowiedzeniu tych słów odczuł niepokój na myśl, że te myśli nie są jego, że nie jest taki jak te myśli.“ – powtórzenia.

 

“…wsunął go głęboko w kieszeń kurki.“ – biedna kurka.

 

Bardzo szczegółowo opisujesz, co bohater zrobił. Skupianie się nad tym, jakiego koloru ma sweter i z jakim nadrukiem koszulkę jest nudne. Poza tym stosujesz sporo krótkich zdań – to sprawia, ze tekst staje się urywany, szarpany, źle się go czyta.

 

“Szlak zwali, naprawdę, już pora“ – miałeś na myśli szlag?

 

“– Chwila, chwila… to prawda – powiedział po chwili“

 

“– Jak mogę skontaktować się z tą całą Jennifer Anton?

– Słucham? – Medyk jeszcze raz spojrzał na zegarek.

– O kobiecie, która jest właścicielką pamięci.“

Czegoś tu brakuje: Albo powinno być: “Z kobietą, która…” albo np. “Mówię o kobiecie, która…”

 

“Nasz bohater miał czekać na niego przy ulicy Czwartego Lipca.“ – wstawki odautorskie w 99 przypadkach na 100 są szkodliwe. Mówię o przypadkach, w których narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Nie wspomina się o wszechwiedzącym narratorze i w żadnym wypadku nie nazywa się bohatera “naszym bohaterem”. Jeśli próbujesz wykreować jakikolwiek klimat i poprawnie prowadzić narrację, to każdy taki zabieg jest strzałem w kolano.

 

Teraz marudzenie. Nie zrozum mnie źle, nie chcę być niemiła. Piszę tylko to, co myślę.

 

Na początek bez bicia przyznam, że nie znam rozdziału pierwszego. Po prostu drugi przypadł akurat na dzień mojego dyżuru.

Z kontekstu wywnioskowałam mniej więcej, co się dzieje (Thomas w bliżej nieokreślony sposób za pośrednictwem kobiety zyskał jej pamięć, a stracił swoją), jednak, generalnie rzecz biorąc, przeczytany fragment historii nie spodobał mi się. Bohater sprawia wrażenie dość głupiego. Nie zagubionego, przestraszonego itp., tylko właśnie głupiego (o czym świadczyć może chociażby ochocze spotkanie z obcym gościem, który mu obcesowo i niemile kazał iść do parku. Co robi Thomas? Idzie w wyznaczone miejsce i grzecznie siedzi i czeka). A niestety nie da się polubić bohatera, który wydaje się czytelnikowi głupi.

Poza tym nie kupuję pomysłu z “zamianą” pamięci. Jeśli faktycznie byłaby to zamiana, Thomas nie miałby żadnych swoich wspomnień – nie kojarzyłby baru, Adama itp. Poza tym jak na mój gust miałby wówczas wspomnienia tej kobiety, a nie tylko jej odczucia. Pomysł wydaje mi się albo niedopracowany, albo wyjaśniony w niedostateczny sposób, albo może zważywszy, że to jest rozdział drugi, ja nie znam pierwszego i nie wiem, co będzie dalej, czegoś nie rozumiem. Niemniej to, co przeczytałam, wydaje mi się niespójne.

To raz. Dwa – nie podoba mi się Twój styl. Przede wszystkim dlatego, że jest niewyrobiony – dialogi są sztuczne, opisy miejscami chaotyczne, narracja jest prowadzona niewprawnie. Po prostu całość czyta się niepłynnie i niemiodnie, raz po raz czytelnik się o coś potyka. Wszystko to składa się na ogólną konkluzję, że opowiadana przez Ciebie historia wydaje się niewiarygodna (bo jest nie za dobrze opisana). A musi taka być, czytelnik musi być w stanie zagłębić się w opowieść. Nie zrobi tego, jeśli przeszkadzać mu będą potknięcia techniczne i niezgrabne zdania, składające się na niezgrabne akapity.

Jeśli “Kajdany” mają stanowić dłuższą formę (powieść) to – opinia subiektywna, jak każda opinia – moim zdaniem za wcześnie dla Ciebie na dłuższe formy. Za rok spojrzysz na to, co napisałeś i sam stwierdzisz, że straciłeś czas, że dziś napisałbyś to inaczej – i lepiej. A najlepiej właśnie jest wprawiać się na krótkich formach. Jeśli jesteś w stanie w opowiadaniu na kilkadziesiąt tysięcy znaków zamknąć dobrą historię, poprawnie napisaną, to wielki sukces. Ale nie należy porywać się za wcześnie na większe projekty.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jeżeli to tylko kawałek opowieści, to wypadałoby oznaczyć tekst jako “fragment”.

Ja też odniosłam wrażenie, że zbyt często i obszernie opisujesz zwyczajne, znane każdemu rzeczy. Podobnie jak Jose, sądzę, że po zamianie pamięci bohater powinien mieć wspomnienia kobiety. Na przykład wiedzieć, dlaczego chciała doprowadzić do zamiany.

zimnych jak lód energy drinków i jednorazowych kobiet szukając penisa na noc.

Literówka.

Thomas kiwnął głową przecząco.

Przecząco to się raczej kręci.

potęgowane świadomością, że jego „znajomy” nie raczył odezwać się ani słowem.

Przecież zaproponował, żeby poszli dalej.

Babska logika rządzi!

Josehem, problem w tym, że zabrałaś się za drugi rozdział, nie znając pierwszego – głównie przez to naraziłem się linczowanie. Tu jest oczywiście mój błąd, bo powinienem oznaczyć tekst jako fragment, a nie jako opowiadanie.

Pisałaś coś o wspomnieniach Thomasa, o tym, że powinien mieć jej pamięć, a nie swoją. A więc muszę przyznać, że twoje niezadowolenia wynika z tego, że nie znasz ani pierwszego, ani trzeciego rozdziału – tam sporo się wyjaśniała.

Głupi bohater? No cóż, psychotyk taki właśnie jest; roztrzepany, bezmyślny, impulsywny i chaotyczny. To, że nazwałaś Thomasa głupim bohaterem ukłuło mnie osobiście, bo tworzyłem jego postać na podstawie doświadczeń, jakie wyniosłem przebywając z osobą chorą psychiczne. Chciałem, żeby wyszło to autentyczne, no ale, może faktycznie mój warsztat nie jest jeszcze tak dobry jak myślałem.

 

Mireksonie, wybacz, że zostawiam tylko łapankę, ale o opowiadaniu wolałabym wypowiedzieć się po przeczytaniu całości. Chciałabym też wiedzieć, ilu części można się jeszcze spodziewać.

Powiem tylko, że ciekawi mnie, jak zakończy się cała historia.

 

Ale miał tylko go­dzi­nę, zbyt mało, żeby ogar­nąć się na nowo na­ro­dzo­ne­go… – Co to znaczy ogar­nąć się na nowo na­ro­dzo­ne­go?

Podejrzewam, że miało być: Ale miał tylko go­dzi­nę, zbyt mało, jak na nowo narodzonego, żeby się ogar­nąć…

 

Z szafy wy­le­cia­ła też para je­an­so­wych spodni… – Z szafy wy­le­cia­ła/ wypadła też para dżinsowych spodni

Używamy wersji spolszczonej.

 

Sią­pi­ło je­sien­nym desz­czy­kiem… – Sią­pi­ł je­sien­ny desz­czy­k

 

Jakby jakaś nie­zna­na siła pro­wa­dzi­ła go tam, szep­cząc mu… – Drugi zaimek zbędny.

 

wy­du­kał ze zmie­nio­nym gło­sem. – …wy­du­kał zmie­nio­nym gło­sem.

 

otę­pio­ny Tho­mas wci­snął kart­kę do kie­sze­ni spodni. – Raczej: …otę­piały Tho­mas wci­snął kart­kę do kie­sze­ni spodni.

 

Wró­cił jed­nak do po­przed­niej po­zy­cji i drące ręce po­ło­żył na opar­ciu fo­te­la. – Pewnie miało być: …drżące ręce po­ło­żył na opar­ciu fo­te­la.

 

Tho­mas pod­szedł do okna, zza któ­re­go doj­rzał ucie­ka­ją­cych przed desz­czem ludzi. – Raczej: Tho­mas pod­szedł do okna, przez które doj­rzał

 

Od­po­wie­dział mu męski ba­ry­ton, jakiś zło­wro­gi głos. – Masło maślane. Czy zdarza się żeński baryton?

 

Nie koń­czą­ca się dzie­więt­na­sta, dwu­dzie­sta… – Niekoń­czą­ca się dzie­więt­na­sta, dwu­dzie­sta

 

– Go­ściu, co tym mó­wisz, do ja­snej cho­le­ry? – Literówka.

 

Tho­mas po­szedł przed sie­bie, nie zda­jąc sobie spra­wy gdzie wła­ści­wie zmie­rza.Tho­mas po­szedł przed sie­bie, nie zda­jąc sobie spra­wy dokąd wła­ści­wie zmie­rza.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, powieść będzie się składać z kilkunastu rozdziałów, krótszych i dłuższych.

 

OK, dzięki za informację. Mam nadzieję, że wytrwam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka