- Opowiadanie: LanaVallen - Ostatni dzień ostatniej ery

Ostatni dzień ostatniej ery

Opowiadanie, które pewnie niektórych odrzuci, gdyż nie ma tu wszechogarniającego cynizmu, a  jest trochę udziwnione. Mimo to, proszę o opinię, bo jest to tekst, nad którym pracowałam naprawdę długo i bardzo zależy mi na tym, żeby usłyszeć, co sądzicie. Nie krępujcie się i wgniatajcie w ziemię, jeśli uznacie, że tekst na to zasługuje ;)

[ Tak na marginesie – jest to opowiadanie o słynnej w fantasy zagładzie świetności Elfów]

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Ostatni dzień ostatniej ery

Nazywali mnie Okiem Sokoła, Pożogą wśród Ciszy, Szeptem w Ciemności. Należałem do słynnych Jegrów Południa i Bękarcich Piratów. Byłem jednym z Braci Krwi i zarazem najsłynniejszym z Towarzyszy. Ponadto, podobno potrafiłem zaklinać potężne Orubany i przyzywać Błyskawice. Prawdę mówiąc, trudno mi teraz uwierzyć w cokolwiek z tego, bo to by oznaczało, że wiodłem bardzo niebezpieczne życie. To nieprawda. Moje życie było ekscytujące. Pełne frapujących odkryć, osobliwych postaci każdej rasy, fascynujących wypraw, które ceniłem bardziej od wojaczki i skarbów, ponieważ byłem naukowcem i filozofem. Dzięki podróżom przeżyłem i dowiedziałem się więcej, niźli ktokolwiek z żyjących. Cóż, tak było do pewnego czasu.

Dziewiątego dnia, dziewiątego cyklu Wieku Zdrajcy, który był przy okazji dziewiątym wiekiem, licząc czas od Kontrrewolucji, kiedy byłem już pomarszczonym, choć ciągle nieźle trzymającym się staruszkiem, przybyła pod progi mojego domu pewna niewiasta. Teraz z całą pewnością mogę stwierdzić, że koniec końców okazała się być najbardziej niezwykłą kobietą, jaką w życiu spotkałem. A poznałem ich wiele, wierzcie mi.

Gdy otworzyłem drzwi, stała z uniesioną i zaciśniętą dłonią, gotowa do ponownego zapukania. Ubrana w długi, czarny płaszcz z kapturem wyglądała na tle nocy bardziej niż przerażająco, ale równocześnie jakby nieśmiało.

– Doktor Yfindes? – spytała cicho. Głos miała dźwięczny i wbijający się do głowy.

Yfindes? przemknęło mi przez myśl. Komu się tak przedstawiłem, kto nadał mi takie imię? Towarzysze czy Jegrzy? Posługiwałem się takim mianem na Syczących Wzgórzach czy pośród drzew w Wiecznym Lesie?

Na szczęście szybko przypomniałem sobie, że to moje prawdziwe imię. Yfindes. Tak dawno nie słyszałem go w niczyich ustach, że aż zapomniałem, jak bardzo nie lubiłem w młodości jego brzmienia.

– Tak – przyznałem bez skrępowania.

Na wydawanych przeze mnie książkach nierzadko posługiwałem się właśnie tym nazwiskiem, więc znajomość go przez obcą osobę, nie budziło już we mnie takiej czujność, jak kiedyś.

– Czy mogę… – Zawahała się. – Muszę z panem porozmawiać.

Potarłem kark i niepewnie zerknąłem na zegarek. Było wpół do jedenastej. Dosyć późno dla mężczyzny w moim wieku, nie będę zaprzeczał. Jednakże czułem, że żadna kobieta nie pofatygowałaby się o takiej porze do starego naukowca, gdyby nie było to coś niecierpiącego zwłoki.  

– Właściwie to miałem zamiar się położyć. – Westchnąłem na wpół teatralnie, chcąc sprawić wrażenie, że nie uśmiecha mi się ta wizyta – Jednak mogę zrobić dla ciebie wyjątek – odparłem i wpuściłem gościa do środka.

Gdy przestąpiła próg, zniknęła w niej nieśmiałość i z gracją oraz spokojem zaczęła odpinać guziki płaszcza, odsłaniając dopasowany strój polowy. Położyła okrycie na oparciu jednego z krzeseł i stanęła przodem do kominka, w którym głośno trzaskał ogień. Zrobiła to tak szybko i zdecydowanie, jakby mieszkała tu dłużej ode mnie. Ponieważ nie pozostało mi nic innego, podreptałem za nią i z cichym stęknięciem rozparłem się w ulubionym fotelu.

– No dobrze, więc o czym tak szalenie chciałaś ze mną porozmawiać?

Odczekała chwilę, jak gdyby zbierała myśli, i spytała głosem, który wydawał się przemierzyć setki mil, nim doszedł do mych uszu:  

– Doktorze, czy wierzy pan w transmigrację?

Odchyliłem się w fotelu i sięgnąłem po kubek herbaty, jak zawsze czyniłem podczas dyskusji filozoficznych, by odkryć z rozczarowaniem, że oczywiście jest pusty.

– Och, to dosyć poważne pytanie. Dlaczego zadałaś je akurat mnie?

Odwróciła się i dopiero teraz dostrzegłem, jaka była piękna. Nie zrozumcie tego opacznie, nie w sensie czysto pociągającym, ponieważ nie miałem ochoty zrobić z nią tego, na co najprawdopodobniej miałyby chęć każdy mężczyzna. Ta niewiasta mogłaby być w końcu moją córką. Była olśniewająca jak wschodzące słońce, zniewalająca jak korony drzew w Wiecznym Lesie i zjawiskowa jak widok z wieży astronomicznej na Szmaragdowej Wyspie. Wyglądała jak marmurowy posąg, który właśnie wyszedł spod rąk najznamienitszego rzeźbiarza. Ale ponadto, sprawiała wrażenie, jak gdyby była z innego świata. Szeroko rozstawione oczy, lekko skośne, spozierały na mnie czystym błękitem, za to usta, wąskie i delikatne, zaciśnięte były w niemej prośbie o pomoc. Wysokie kości policzkowe współgrały z jej napiętą i pociągłą twarzą, a drobne ramiona miała uniesione. Była idealna. Po prostu.  

Nie pytając o zgodę, usiadła w fotelu naprzeciwko, należącym niegdyś do jedynej kobiety, która była skłonna zostać moją żoną, i wyciągnęła coś zza pazuchy. Dopiero teraz otrząsnąłem się z wrażenia, jaki wywarła na mnie dziewczyna, i spostrzegłem, że była to książka. Dokładniej mówiąc – książka mojego autorstwa.

– Czy to… „Ostatni dzień ostatniej ery”? Myślałem, że nikt tego nie czyta.

– Ludzie generalnie mało czytają, zauważył pan? Ja akurat ją przeczytałam. Dlatego właśnie tu jestem i stąd to pytanie – rzekła, spuściwszy oczy i delikatnie głaszcząc okładkę księgi. – Więc wierzy pan, czy nie?

Wstałem, ponieważ pomyślałem, że przyda mi się kubek porządnej herbaty. Gdy doszedłem do szafki w kącie, gdzie sufit mojego domu był pochyły, i zacząłem przygotowywać czajnik, odchrząknąłem.

– Wierzę. Zbyt dużo przeżyłem, by nie móc dopuścić do siebie takiej myśli.

– Tak właśnie sądziłam – odparła nieco weselszym głosem, niż dotychczas. – A czy… – To pytanie ewidentnie sprawiało jej więcej kłopotu. – Wierzy pan w to, co opisał w tej książce?  

– Oczywiście. Jestem naukowcem, a nie pisarzem. Niczego nie wymyśliłem, ale dociekłem prawdy – odpowiedziałem, stawiając czajnik na kratce w kominku.

– W takim razie mógłby pan pomóc mi zrozumieć? To, co pan opisał, jest piękne, ale również tak bardzo przesycone smutkiem. Historia upadku rasy, zdecydowanie przewyższającej naszą pod każdym względem. Chwile przed jej upadkiem opisane, jakby pan tam był, a ich ostatnie tchnienie wybrzmiewa na każdej stronie.

Ciągle stałem przodem do kominka i wspomnienie tej historii znowu się we mnie obudziło. Podniosłem lekko w górę rękaw i przejechałem palcami po bliźnie, układającej się topornie w liczbę dziesięć.

– Jak, panie Yfindes, to może być prawdą? Przecież to stawia ludzkość w bardzo złym świetle. Historia wspomina, że to my ostatecznie się tego dopuściliśmy, ale podobno nie bez powodu. To, co pan tutaj opisał…

– Historię piszą zwycięzcy, a oni zawsze przypisują sobie wszystkie zasługi – mruknąłem cicho.

Odwróciłem się gwałtownie, jak jeszcze przed chwilą uczyniła to w tym samym miejscu dziewczyna.

– Zapomnij o tej szmirze. Napisałem ją, gdy byłem dużo młodszy i nie znałem jeszcze całej prawdy. Dużo pominąłem, wiele zignorowałem. Jeśli naprawdę chcesz zrozumieć, jak to się stało, że Lud Qua’hael, zwany potocznie Elfami Wyższymi, wymarł, choć był na to zbyt inteligentny, to muszę ci tę historię opowiedzieć, ponieważ niektóre rzeczy tylko słowa potrafią przekazać. Już dawno powiązałem znane mi informacje w całość i stworzyłem nie lada opowieść. Tylko nigdy jeszcze nie znalazł się żaden słuchacz, gdyż historia nie jest ani łatwa, ani krótka.

Widząc błyszczące z zaciekawienia oczy dziewczyny, usiadłem naprzeciwko i zacząłem opowiadać.

 

 

Przed wieloma wiekami, podczas zapomnianej już Ery Wieczności, do brzegów Utopii przypłynęli As’gehan – Obcy, nazwani później Przodkami Ludzi. Sami siebie określali Jałowcami, ale to miano nic Elfom nie mówiło. Jałowcy nigdy nie potrafili dokładnie stwierdzić, skąd pochodzili. Mówili tylko o zamarzniętych wyspach na zachodzie, które nie posiadały zbyt wielu bogactw naturalnych. Mimo to zdołali zbudować statki i dopłynąć tam, gdzie od dawna myśleli, że nie ma nic. Okazało się jednak, że było tam wszystko. Ziemia zdatna pod uprawę, miejsce na rozwój, łagodny klimat i nikogo, kto w czymkolwiek mógłby im przeszkodzić. Ludzie nie poznali Elfów jeszcze przez wiele lat, ponieważ Lud Qua’hael nie sądził, że długo dadzą radę się utrzymać. Brakowało im finezji i inteligencji, które Elfy z taką dumą sobie przypisywały. Dlatego właśnie zaczęli ich obserwować, bo pomimo braków dwóch tak ważnych cech, rozwijali się i stawiali obiekty nieznane Elfom.

Po kilku latach od przybycia Ludzi Elfy zauważyły, że te nieznane im istoty być może nie posiadały znaczącej mądrości, ale były bardzo zdeterminowane i cierpliwe. Gdy nie udało im się postawić jakiegoś budynku, niestrudzone próbowały raz jeszcze, aż w końcu powstawało coś okropnie brzydkiego, ale wygodnego i spełniającego swoje funkcje. Kiedy zaś burza lub pożar zniszczyły budynek, to bez wahania ofiarowały pomoc w odbudowie i swój własny kąt, do chwili postawienia nowego obiektu. Jednak po pewnym czasie spokojna koegzystencja ludzka zaczęła się burzyć. Wybuchały konflikty i spory, dochodziło do bójek, sądów i egzekucji. Podobno to właśnie wtedy Elfy nauczyły się zabijać dla przyjemności lub osobistych korzyści.

Kolejne cykle przemijały, a Ludzie wycinali coraz więcej drzew i zajmowali coraz więcej terenu. Rozbudowywali się. Przestraszeni władcy elficcy, nazywani razem Radą, zbierali się w monumentalnym pałacu Lea’Muria, by znaleźć rozwiązanie. Niektórym z nich nie podobało się bezpośrednie i bezwzględne podejście ludzkie, więc proponowali wybicie całej rasy, póki jeszcze był czas. Kilku oburzało się na taki haniebny sposób rozstrzygania konfliktów, gdyż przemoc nie była nigdy rozwiązaniem. Agresja i brutalna siła była ludzka. Jeszcze inni, starsi już wiekiem, zgadzali się z tymi pierwszymi, czyli użycia przemocy do rozwiązywania konfliktów, ale jednocześnie wskazywali, że nie byłoby to długotrwałe wyjście z sytuacji, gdyż w końcu na ich miejsce przybyliby inni Ludzie, którzy od razu mogliby być wrogo do nich nastawieni. Dzięki temu, że obie rasy nie były jeszcze zwaśnione, możliwa stała się pokojowa droga do zażegnania nienarodzonego jeszcze sporu.  

W końcu doszli do porozumienia i postanowili spotkać się z As’gehan, by zaproponować sojusz. Być może brzmi to teraz bardzo naiwnie i głupio, ale trzeba pamiętać, że Elfy były czystymi i dobrymi stworzeniami. Uczyły się od nas zła i okrucieństwa, ale ciągle było to dla nich coś nowego i nienaturalnego. Niektórym z nich, jak już wspomniałem, mogły podobać się pewne ludzkie zachowania, ale to wcale nie oznaczało, że już w takich kategoriach działali. To wciąż było coś sprzecznego z ich naturą. Dlatego właśnie pokój i dobrobyt było czymś, do czego dążyli.

Ludzie nie od razu odrzucili sojusz. Tak jak na początku Elfy były zafascynowane Ludźmi, tak wtedy Ludzie byli zafascynowani Elfami. Myśleli, że są bogami, zesłanymi na nich w imię kary. Lud Qua’hael przeraził się, widząc klęczących u swych stóp Obcych, bo w końcu nie tego chcieli, dlatego wyjaśnili wszystko i odtąd obie rasy obdarzały się szacunkiem, choć ten ludzki był zdecydowanie większy. Do czasu. Wszystko pogrzebał jeden człowiek – Elias z Tysledrum, jedynego miasta stworzonego połączonymi siłami obydwu ras. „Tysle” wyrażało w języku Qua „pojednanie”, a „drum” wywodziło się z języka Jałowców i oznaczało po prostu „miasto”. Jak widać ironia losu i tutaj postanowiła dać o sobie znać, bo Elias był nie tylko zdrajcą swojego ludu, ale również mordercą najgorszego sortu. Zapragnął władzy absolutnej.  

Dwadzieścia pięć lat, bo zło wydawał się mieć w sobie od zawsze, czekał na okazję. Ćwierć wieku przyszło mu pielęgnować ukrytą złość i żądzę. Okazja nadarzyła się, gdy razem z grupą przyjaciół i zarazem sprzymierzeńców, wyruszył na biesiadujących w okolicznych lasach „Wysokich”, jak Ludzie nazywali Lud Qua’hael. Nie zamierzał ich zabijać – wręcz przeciwnie. Wiedział, że wrogów trzeba trzymać blisko, więc pod przykrywką przyjaźni zamierzał przedostać się do pałacu Lea’Muria. Coś jednak nie wyszło, ponieważ rozgorzała walka pomiędzy pojednanymi rasami. To właśnie wtedy na uświęconą i wolną od przemocy ziemię spadła pierwsza kropla krwi. Kropla, która zasiała we wszystkich sercach ostrożność i nieufność.

Przed całkowitą masakrą tamtego dnia uchroniła Ludzi młoda Elfka, Querria. Zwiedziona urodą i buntowniczym charakterem Eliasa, stanęła po jego stronie. Do dziś pozostaje dla mnie zagadką, jakie perspektywy musiał przed nią roztoczyć, że zdecydowała się zdradzić własny lud i ideały, którymi kierowała się całe życie. To Querria pomogła wywrotowcom przedostać się do miasta, to ona przekonała strażników i wskazała Eliasowi sekretne wejścia. I ostatecznie to ona wbiła miecz w serce swojego króla. Mimo tego ich plan się nie powiódł. Elias i Querria zostali otoczeni i w akcie desperacji postanowili zniszczyć cywilizację, który dzisiaj znamy tylko z legend i opowieści. Jak tego dokonali? Niestety nie mam pojęcia. To powinno być niemożliwe, ale jednak do tego doszło. Każdy po dziś dzień wie, że Querria i Elias to symbole zdrady i zła, mogącego ogarnąć zarówno człowieka, jak i elfa.

 

 

Dziewczyna przymknęła oczy i głęboko odetchnęła.

– Dokładnie tak się ich postrzega, prawda? Para zdrajców, którzy w imię nieśmiertelnej władzy rozerwali własny świat na strzępy – stwierdziła ze smutkiem po chwili. Wzrok miała wbity w ciemność za oknem. – Zadziwiające, że pan w to wierzy.

Odchyliłem się w fotelu i splotłem dłonie na brzuchu.

– Niby dlaczego? Może nie wyraziłem się dostatecznie jasno – nie uważam, żeby Querria działała świadomie. Postawiłbym tutaj zdecydowanie na winę Eliasa, który był niezwykle charyzmatyczny i szczerze wierzył w to, co robił. Querria miała zbyt ufne i dobre serce. Nie dała rady uchronić się przed złym wpływem chłopaka.

Nagle nieznajoma spojrzała na mnie tak, że odruchowo poczułem się nieswój. Wzrok zaszedł jej mgłą, kąciki ust wygięły się w grymasie, a knykcie pobielały od zbytniego ściskania podłokietników fotela. Zauważyłem, że aż drżała z wściekłości. Wyglądała jak chmura burzowa. Przypominała kogoś, ale wtedy nie wiedziałem, kogo dokładnie. Jednak ta złość trwała krótko, bo już po chwili jej maska pękła. Gdybym w tym czasie mrugnął, pewnie nawet nie spostrzegłbym zmiany.

Niespodziewanie poczułem, że w pokoju zrobiło się bardzo zimno, więc spojrzałem w stronę kominka. Żar ledwie się tlił, a z okazałych jeszcze niedawno kawałków drewna pozostały marne szczątki. Zacząłem odruchowo zmuszać swoje ciało do wstania, ale dziewczyna była szybsza.

– Mogę? – spytała cicho. Ten głos mroził bardziej od wygasłego ognia.  

Dałem przyzwalający znak ręką i z zamglonym wzrokiem patrzyłem, jak zręcznie dodaje drewien i dmucha, by rozniecić płomienie. Coś w jej ruchach sprawiło, że naraz poczułem się niezwykle sennie i bezpiecznie. Wróciły wspomnienia… wiele lat temu, niewiele starsza od niej dziewczyna i dużo młodszy ode mnie chłopak, inne ognisko, inne życie.

Niestety nie trwało to długo, bo nieznajoma wstała, a jej twarz znowu pokrył bezgraniczy smutek.

– Yfindes… Lea men stiveth da’ven trivende? Co ja ci zrobiłam? – Zaczęła nerwowo przechadzać się po pokoju.

– Nie rozumiem…

Moja odpowiedz jeszcze bardziej ją zdenerwowała, bo niespodziewanie podeszła do fotela, w którym siedziałem, i złapawszy podłokietniki, z szaleństwem w oczach i zarumienioną twarzą przemówiła do mnie głosem ziejącym wściekłością:

– Naprawdę nie pamiętasz, czy tylko maskujesz się pod tą opowieścią?

– Co robię? – wyjąkałem.

Mój rezon schował się gdzieś daleko, a naukowa zdolność do chłodnego opanowania chyba poszła go szukać, bo w głowie zapanował mi mętlik. Pierwszy raz od wieków.

– Krąg Dziesięciorga? Ashan? Lenve? Puste Miasto…? – Pod naporem mojego nic niewiedzącego wzroku, odsunęła się i runęła na drugi fotel. – Czyli stało się jednak to, czego się najbardziej obawiałam – stwierdziła głucho, twarz schowała w dłoniach.

Poczułem się głupio i nieswojo. Czy kobieta przede mną była wariatką, czy dawną znajomą z przeszłości, o której faktycznie zapomniałem? I dlaczego nagle naszło mnie uczucie, że skądś ją jednak pamiętam?

– Posępny, zachmurzony, hardy i wyniosły. Wolał sprawiać przykrość, niż słowami wyrażać swą wdzięczność. Miał wysokie mniemanie o sobie z podświadomym przekonaniem, że miał do tego prawo. Nigdy nie kochał i przypuszczalnie nigdy nikogo pokochać nie mógł – wyszeptała, spuściwszy oczy. – Powinien pan dodać te określenia do swojego opowiadania. W końcu taka była zgodna opinia o naturze Eliasa. – Nachyliła się. – A wie pan jaki był naprawdę? Wspaniałomyślny i dobry. Honorowy. Prostolinijny. Wrażliwy.

Umilkła, a ja nie śmiałem przerywać ciszy.  

– Przepraszam, doktorze – po chwili zreflektowała się. Jej twarz ciągle wyrażała smutek, ale znikło z niej wszelkie poprzednie szaleństwo. – Zbytnio się pośpieszyłam. Czy jest pan gotów ujrzeć całą prawdę? Mój czas się kończy, a pan jest jedyną osobą, której mogę ją pokazać.

– Pokazać? – mój głos wyrażał szczerą konsternację.

Kobieta wstała powoli z fotela i z szelmowskim, na wpół przewrotnym uśmiechem uniosła ręce i zatoczyła nimi koło po pomieszczeniu. Z jej dłoni wyleciała niebieskawa mgła, która po chwili zaczęła przybierać jakieś kształty.

– Proszę się przygotować, doktorze, na ostatni dzień ostatniej ery.

Nagle w moim domu zmaterializował się zupełnie inny świat.

 

 

Na początek widać tylko młodą elfkę, ubraną w wąskie spodnie koloru kory drzewnej i białą koszulę z podwiniętymi rękawami, stojącą przodem do innego elfa, mogącego być jej ojcem. Ma on na sobie czarny płaszcz, zapięty pod samą szyję, z wysokim kołnierzem i zapięciami na nadgarstkach. Ubrania, postawę i ruchy widać doskonale, za to twarze są rozmazane i ledwie widoczne.

Elfka nagle rzuca zaklęcie na mężczyznę, na które ten nie reaguje, ponieważ rozprasza się ono w postaci iskierek po jego tarczy. To jest test albo raczej próba – choć twarz maga jest rozmyta, jego usta układają się w uśmiech. Kładzie dłoń na ramieniu protegowanej i niskim basem oznajmia:

– Gratulację, Querria. Od dzisiaj zyskujesz tytuł Femalefis.

– Mistrzu. – Elfka klęka i pochyla głowę.

– Już nie. Od teraz możesz się zwracać do mnie Ashan, jak równy z równym.

 

 Następnie obłok materializuje się w ogromnych rozmiarów pomieszczenie. Dookoła mnie na wysokich, drewnianych krzesłach siedzi dziesięciu najwyższych rangą elfickich magów, władców, uczonych i wojowników. Są wśród nich zarówno młodzi, jak i starzy. Kobiety i mężczyźni. Rozpoznaję Khatię Litościwe Ostrze, która osiągnęła mistrzostwo w fechtunku, ale nigdy nie użyła swego miecza przeciwko bezbronnym. Widzę Abel’densa, alchemika, dzięki któremu wiemy, jak skutecznie uśmierzać ból; Dirhael’a, jednego z Wszechwidzących, najlepszych magów, jakie nosiła Ziemia; Falastura, władcę Yys’Muria – najstarszego elfickiego państwa. Znam wszystkich dzięki badaniom i tych kilku nielicznych źródeł pisanych. Nie rozpoznaję jednakże sześciu pozostałych osób.

– Rozpoczynam posiedzenie Kręgu Dziesięciorga – przemawia mężczyzna o niezwykle niskim basie. Nagle zauważam, że to elf z poprzedniego obrazu, Ashan. – Czy wszyscy obecni zgadzają się z tym, co ustaliliśmy poprzednio?

Każdy z zebranych kiwa powoli głową.

– Znakomicie. Otyla? – Zwraca się do wysokiej elfki, siedzącej po jego prawicy.

Elfka wstaje dystyngowanie.

– Panowie, panie. W takim razie dzisiejszy dzień zwiastować będzie początek nowej ery i nowego porządku. Ery, w której rządzić będziemy my – Lud Qua’hael, w której nie spotkamy żadnego Intruza. Raz na zawsze pozbędziemy się ich zgubnego wpływu. Wypijmy więc za ostatni dzień As’gehan, wypijmy za ich ostatnią erę!

Okrzyki radości niosą się po sali, a echo zwielokrotnia słowa Otyli, czyniąc wszystko po dwakroć straszniejszym.

 

Obraz zmienia się w leśną polanę i jest już bardziej wyraźny. O drzewa opierają się młodzi elfowie i elfki, zza pasów zwisają im kirpany i bułaty. Tylko nieliczna garstka posiada przewieszone przez plecy łuki. Ich zachowanie zdradza ekscytację.

Po chwili dołącza do nich Querria w długiej opończy. Choć w pierwszej wizji nie było widać jej twarzy, to jestem pewien, że to właśnie ona.

– Po co wam broń? – pyta głosem, który wydaje mi się znajomy. – Co zamierzacie?

Z drugiego końca pokoju w pole widzenia wchodzi grupka młodych ludzi. Przewodniczy im jasnowłosy chłopak. Elias. To na pewno on. Ani Elias, ani Querria nie wyglądają jednak tak, jak przedstawiani są na obrazach i posągach. Żadnemu z nich z czerwonych oczu nie zieje mord, dłonie nie są zaciśnięte na toporach, a z twarzy nie przypominają diabłów.

Gallhir! – wyje głośno elf z dwoma bułatami.

Jak powiedziałem – w oczach Eliasa nie dostrzegłem wtedy mordu, dostrzegłem strach i niezrozumienie. Szaleństwo tryska z oczu wszystkich Qua’hael.

Już w ciągu kilku chwil na ziemię pada krew, ponieważ ludzie nie posiadają broni.

– Dosyć tego! – krzyczy Querria.

Nikt jej nie słyszy.

Wyciąga dłonie i rzuca zaklęcie, które rozbraja atakujących.

– Po czyjej jesteś stronie, Femalefis? – pyta ostro ten, który skoczył z bronią jako pierwszy.

– Jeśli miałabym teraz wybierać, to chyba po niczyjej. Co ty wyprawiasz, Lenve? Mieliśmy to załatwić w pokojowy sposób!

– Z tymi barbarzyńcami nie da się inaczej – mówi i spluwa na ziemię.

– Jak śmiesz nazywać kogoś barbarzyńcą, podczas gdy sam wyciągasz broń i celujesz ją w niewinnego!

Lenve z wściekłością łapie za miecz u swych stóp i wymierza go w Querrię.

W tamtym momencie zamarło mi dech w piersiach, pamiętam to do dziś.

Jednakże broń nie przebija jej delikatnego serca. Bułat natrafia na inną stal i rozlega się drgający odgłos. To Elias dostatecznie szybko podniósł miecz, by odparować pchnięcie Lenve’a. Elf warczy jak wściekłe zwierzę i tym razem broń kieruje na chłopaka. Ich starcie nie trwa długo, ale każda sekunda wydaje się wiecznością. Lenve mistrzowsko posługuje się dwoma broniami naraz, toteż z jedną radzi sobie jeszcze lepiej. Elias co prawda nie walczy tak wprawnie, ale nadrabia to zwinnością i sprytem.

Querria przygląda się starciu ze strachem w oczach. Czemu nie reaguje? Może boi się, że zabije obu? Albo nie wie, komu tak naprawdę powinna pomóc? Gdyby nie Elias być może już by nie żyła. Magia nie potrafiła poradzić sobie z każdą raną, a i sama nie miała wtedy wokół siebie osłony. Aczkolwiek pomoc Eliasowi oznaczałaby zdradę własnego ludu. Zapewne postanowiła zostawić wybór losowi.

Niepodziewanie Lenve cofa się i zniża lekko miecz. Jest zmęczony lub tylko udaje. Elias zatrzymuje się i nie atakuje dalej. Honorowo czeka, aż elf się podniesie. Ten jednak znienacka doskakuje do Eliasa i kieruje miecz z zamiarem pchnięcia.

– Nie! – krzyczy elfka i w akcie desperacji rzuca zaklęcie.

Czas na chwilę spowalnia, miecz zatacza koło i ugadza Lenve’a prosto w serce. Ten całkowicie zaskoczony pada na kolana, a z jego ust wypływa krew.  

Wszyscy – i ludzie, i elfy – stoją oraz wpatrują się zszokowani w ciało chłopaka.

– Nie, nie, nie… – szepcze Querria, patrząca na własne dłonie, z których świeci niebieskawy poblask. Oczy wychodzą jej na wierzch, kurczy się, a oblicze staje się blade jak pergamin. Wygląda, jakby nie potrafiła zapanować nad emocjami i mocą.

 

Miałem wtedy wielką ochotę krzyknąć: „Uwaga! Odsuńcie się!”, ale co by to dało? Już wiedziałem, co się wydarzy.

 

Jedynym trzeźwo myślącym okazuje się być Elias. Rzuca się na elfkę, powalając ją na ziemię, ale jest za późno. Magia tryska z dłoni dziewczyny, wyrzucając wszystkich, oprócz niej samej i Eliasa, daleko w las. Niektórzy po upadku toczą się po trawie, inni głucho uderzają w drzewa. Jedno jest pewne – nikt nie mógł przeżyć takiej siły odrzutu.  

Dopiero po kilku minutach oboje są w stanie wyjść z oszołomienia. Querria podbiega szybko do najbliżej leżącego elfa i próbuje go obudzić. Niestety nie ma na świecie osoby, potrafiącej obudzić zmarłych.

– Co to było?! – pyta z krzykiem Elias i podchodzi gniewnie do dziewczyny. Pięści ma zaciśnięte, ciało napięte. – Hej! – Potrząsa apatyczną Querrią. – Spójrz na mnie.

Ta unosi głowę. Nie widać czy jej oczy przemawiają ze smutkiem, czy z bezsilnością, obraz wciąż nie jest wystarczająco wyraźny, ale oczywistym jest, że szok złamał jej delikatne serce.

– To nie powinno się było wydarzyć… Nie tak miało być… – mamrocze. – Mówił, że jestem gotowa. Nazwał mnie Femalefis…

– Kto cię tak nazwał, Wysoka?

– Mój… mój mistrz, Ashan. Powiedział, że ujarzmiłam swoją moc. Powiedział, że od dzisiaj jestem pełnoprawnym magiem… A oni pełnią również rolę heroldów, więc wysłał mnie tutaj, twierdząc, że As’gehan chcą nas zaatakować. Miałam powstrzymać was słowami, nie magią.

Elias klęka, aby jak najbardziej zbliżyć twarz do twarzy dziewczyny. Uleciała zeń cała złość, teraz jest roztrzęsiony.

– Zaatakować? Wyso…Elfko. Spójrz, nie mam broni. Nikt z nas jej nie miał. Szliśmy do Pustego Miasta po sprawiedliwość, nie po krew. Miasto, z którego pochodzę – Tysledrum, jest symbolem zjednoczenia naszych ras, ale tak naprawdę ogniskiem przemocy i dyskryminacji. Nie żyjemy wspólnie, my mamy swoją dzielnicę, wy swoją. Nasza dostaje mniej żywności, płaci większe podatki. Na początku dusiłem to w sobie – w końcu to wy założyliście to miasto, mogliście mieć więcej przywilejów, ale nie wytrzymałem, gdy poborcy spalili mój dom, bo nie chciałem zapłacić podatku „za niezarejestrowaną działalność artystyczną”. Tak nazwali moje podśpiewywanie na ganku. Nagle straciłem wszystko i na dodatek dostałem wezwanie do stawienia się przed królem w Lea’Murii. Więc poszedłem. – Tutaj uśmiechnął się szelmowsko. – Razem z kilkoma innymi niezadowolonymi osobami. Wzięliśmy przykład z waszych wyobrażeń o sobie, chcieliśmy wyciągnąć do was dłoń i załatwić wszystko pokojowo. Jak na ironię przystało, wy wyciągnęliście miecze.

Querria wlepia w niego wzrok zaskoczona. Ani ona, ani ja nie tego się spodziewaliśmy.

– Kłamiesz – jest zdolna jedynie wykrztusić.

– Jaką miałbym teraz korzyść w kłamstwie? – odpowiada, rozkładając ręce. – I tak Wysocy zwalą wszystko na mnie, cokolwiek powiem. Zabiją mnie, a całą dzielnicę pewnie spalą, tak dla przykładu.

Querria wstaje niespodziewanie.

– Nie, jeśli mogę temu zapobiec. To przeze mnie. Gdybym lepiej się kontrolowała…

Elias również wstaje.

– To raczej wina tego całego Ashana. Sama powiedziałaś, że sprawdzał, czy opanowałaś moc.

– Nie. Musiał się pomylić. Pójdziemy do pałacu i wszystko wyjaśnimy.

– I co im powiesz? „Przepraszam, że ich zabiłam, ale nie kontrolowałam się. Przy okazji wypuście jedyną osobę, na którą możecie wszystko zwalić.” Nie bądź naiwna, Wysoka. Na pewno istnieje inne wyjście. Takie pomiędzy bezczynnością, a zawiązaniem sobie sznura wokół gardła.

Jakby na potwierdzenie tych słów, nagle słychać delikatny odgłos fletu. Twarz Eliasa wyraża zaciekawienie, Querri – strach. Flet staje się głośniejszy i gdy się kończy, parę zalewa deszcz strzał. Mistrzowsko wystrzelone tworzą okrąg zamykający ich w pułapce bez wyjścia. Żadna nie miała trafić, to po prostu sygnał. Z drzew zręcznie schodzą zakryci od stóp do głów elficcy wojownicy.

Shin’ain – burczy dziewczyna.

 

Nawet nie znając języka Qua, zrozumiałem, co powiedziała.

 

Następna scena jest już bardzo wyraźna, ale chaotyczna. Jakby obłok sam nie wiedział, czy to prawda.

Widać biegnącą Querrię po spowitych mrokiem marmurowych korytarzach. Jedyne światło to te, które bije od kuli uwieszonej nad jej głową. Dziewczyna jest zmęczona i najwyraźniej zestresowana, ponieważ potyka się, ale niestrudzenie biegnie dalej. Dochodzę do wniosku, że jest celem pościgu.  

W końcu dobiega do celi na końcu korytarza, pilnowanej przez czterech strażników. Elfka jednym ruchem sprawia, że padają na ziemię. Raczej ich nie zabiła, tylko uśpiła. Nie trudzi się znajdowaniem klucza, po prostu wypycha drzwi na zewnątrz.

– Querria…?

– Elias – zaczyna drżącym głosem elfka. – Ten plan, który wymyśliliśmy… Wszystko stracone. To, co powiedziałeś po tym, jak nas złapali… Że to było ukartowane… Miałeś rację. Ashan zebrał dziewięciu najpotężniejszych Qua’hael i utworzył Krąg Dziesięciorga ze sobą na czele. Ich planem było pozbycie się całej twojej rasy, zniewolenie mojej i rządzenie jako Bóstwa, jako siła najwyższa. Cały plan od dawna oparty był na mnie. Byłam zapalnikiem. Nie wiem, co teraz zrobią, ale musimy ich powstrzymać! – wyrzuca z siebie jednym tchem.

– Tak…, tak musimy… Ale Querria, ja nie jestem magiem, nie jestem nawet wojownikiem.

Dziewczyna uśmiecha się zawadiacko.

– Jesteś dokładnie tym, kim musisz być. Osobą, bez której ten koszmarny plan się nie powiedzie. Chodź, wyjaśnię wszystko po drodze.

 

Ciemna cela zamienia się w mroczny zaułek, a jedynym światłem jest tym razem pochodnia. Nawet księżyc schował się za chmurami.

Pochodnia rzuca cień na tego, co ją trzyma, ale bez wątpienia jest to Elias.

– Gotowa? Jak zacznę nie będzie odwrotu.

– Tak – odpowiada bez wahania dumna elfka. – Mam nadzieję – dodaje cicho.

Elias chce odejść, ale cofa się jeszcze i kładzie dłoń na jej ramieniu.

– Querria, ja… Zaszczytem było dla mnie, że cię poznałem. Nawet, jeśli to był tylko jeden dzień to…, to był to najbardziej wyjątkowy dzień w moim życiu – mówi, a jego oczy błyszczą z emocji, choć może to po prostu ogień z pochodni.

– Szkoda tylko, że ostatni, prawda? – Querria zdolna jest jedynie do cichego szeptu. – Przepraszam, że nie ma innego wyjścia.

Chłopak uśmiecha się ciepło i jest to uśmiech tak ujmujący, że czuję, jak oblewam się rumieńcem na wspomnienie poprzednich oskarżeń skierowanych w jego stronę.

– Sztuką jest znaleźć ideę na tyle ważną, żeby warto było dla niej umrzeć, a później żyć dla niej po śmierci.

Elfka wpatruje się przez chwilę w Eliasa. Albo mi się przywidziało, albo ociera wierzchem dłoni łzy.

– Dziękuję. Za to, że pokazałeś mi Jało-wców – wymawia z trudem – od ich najlepszej strony i za uświadomienie, że to nie obcych należy się bać. Czujność trzeba zachować w stosunku do tych, co żyją obok ciebie.

Elias wyciąga zadowolony dłoń. Querria patrzy niepewnie na ten gest, ale w końcu ostrożnie styka swoje palce z jego. Chłopak zaciska dłoń i to samo czyni dziewczyna. Taki banalny gest, a stał się symbolem możliwej przyjaźni pomiędzy dwoma innymi, ale tak podobnymi do siebie rasami.

– Jeśli, tak jak twierdzisz, jest jakieś życie po śmierci, to obiecuję, że cię tam odnajdę. Va’hijal, mój przyjacielu. Krocz dumnie.

 

Obraz się rozmywa i przez kilka uderzeń serca nic się nie pokazuje. Tak jakby obłok nie chciał kształtować się w to, co powinien.

I wcale się nie dziwię.

W końcu widać Querrię, leżącą na marmurowej podłodze, twarz w połowie zasłania burza białych włosów. Białych. Cały czas miałem wrażenie, że jest to bardzo jasny blond. Niedaleko stoi Ashan z perfidnym uśmiechem na twarzy.

Trwa noc, ale w komnacie jest widno z powodu fali pożaru za oknem.

– Prawie ci się udało, Śnieżynko. Prawie. Jednak zapomniałaś jednego – trzeba mierzyć siły na zamiary. – Jego śmiech jest okrutny, a echo jeszcze to zwielokrotnia. – Może i nie uda nam się uratować Pustego Miasta, ale wciąż posiadamy cały świat. Krąg, którego tak sprytnie odwróciłaś uwagę ogniem, wróci i zdecydujemy, co z tobą zrobimy. W końcu wciąż jesteś nam potrzebna.

– Nie… – charczy Querria, a po brodzie spływa jej krew. – Nie wróci.

– Co tam szepczesz, Śnieżynko? – pyta z rozbawieniem i klęka przy niej.

Querria wyciąga raptownie dłoń i dotyka serca Ashana. Całe pomieszczenie aż oślepia od rozbłysku magii. Oboje krzyczą, ale czas wydaje się stanąć w miejscu, ponieważ płomienie za oknem jakby nagle zaczęły wolniej tańczyć, a każdy ruch maga jest bardzo powolny. Próbuje odepchnąć dziewczynę, ale jest to niemożliwe. Nastąpiło sprzężenie zwrotne przez połączenie się ze sobą dwóch tak ogromnych ognisk mocy.

– AS’VA;EN TYSLE ES LEA TRIVENDE! – krzyk elfki niesie ze sobą dumę i odwagę.

Po tym widać już tylko białą pustkę.  

 

Obłok zwinnie przemienia się w gruzy i puste pola. Spod jednego z kamieni wyczołguje się umazana popiołem młoda dziewczyna. Jej włosy są ciemne jak noc. Wstaje powoli. Jest prawie naga, bo ubranie ma całe w strzępach. Zakłada włosy za uszy, które nie są ani zbytnio szpiczaste, ani zanadto okrągłe.

Nagle wizja pokazuje ją od przodu i tym razem mogę zobaczyć każdy szczegół, ponieważ obraz jest tak wyraźny, jak wszystko inne, co widzę.

Z magicznego obrazu spogląda na mnie ludzka kobieta, która wygląda dokładnie tak samo, jak mój nocny gość. Obłok znika niespodziewanie.

 

Jeszcze przez długą chwilę nie mogłem wyjść ze zdumienia. To nie mogło być prawdziwe, prawda? Niby czary, niby iluzja, ale tak rzeczywista…

– Nie może być prawdziwe? Och, doktorze. Mówiłeś, że zbyt wiele w życiu widziałeś, żeby powątpiewać w niektóre zjawiska – przemówiła do mnie tajemnicza dziewczyna z wymuszonym uśmiechem.

Przez tę jedną wizję wydoroślała. Powiedziałbym nawet, że się zestarzała. Nagle w jej spojrzeniu dostrzegłem ogromne doświadczenie, ciało jakby wychudło, ruchy stały się mniej elastyczne.

Wstałem gwałtownie i zacząłem przechadzać się po pokoju.

– Nie możesz być Querrią. To by znaczyło, że masz…

– Tysiąc sto dwadzieścia dwa lata.

Tyle pytań nasuwało mi się na myśl, bo zamiast odpowiedzi dostałem same niewiadome. Tyle pytań mogłem zadać, ale spytałem tylko:

– Po co mi to wszystko pokazałaś? I dlaczego właśnie mnie?  

Jej uśmiech stał się tajemniczy i nagle tak bardzo znajomy…

– Powiedziałeś, że wierzysz w transmigrację. Z własnego doświadczenia wiem, że twierdzą tak osoby, które nie zawsze czują się, jakby byli sobą. Wierzą w nią, bo wiedzą, że byli kiedyś kimś innym. Prawda, Eliasie?…

Wtedy właśnie przeszła we mnie przemiana. Nagle wszystko stało się jasne. Przypomniałem sobie podobną do niej kobietę, gdy byłem Towarzyszem; kobieta o tych jasnych oczach sterowała jednym ze statków Bękarcich Piratów; była jedną z wielu adeptów, których szkoliłem na Jegrów. Przez całe moje życie przewijała się w nich wielokrotnie. Dlatego tak dobrze znała mój dom. Dlatego cały czas miałem wrażenie, że ją znam. Przypatrzyłem jej się raz jeszcze. Włosy były czarne jak noc, bo stały się zwyczajne. Uszy miała prawie okrągłe, bo tak spiczaste, jak miała kiedyś, posiadały jedynie Elfy Wyższe, które już nie istniały. Jedynie twarz nie mogła się zmienić i dlatego wyglądała, jak nie z tego świata.  

– Obiecałam, że cię znajdę w świecie po śmierci, pamiętasz?

Powinienem był spytać, jak udało jej się przeżyć, c0 robiła przez wszystkie te lata i jak mnie poznała, ale niektóre rzeczy lepiej jest zostawiać domysłom.

– Pamiętam, przyjaciółko. Nareszcie pamiętam.

 

Statek leniwie przepływał pod skalistym klifem, słońce chyliło się ku zachodowi, a delikatna morska bryza niosła cudowny zapach wolności. Marynarze przeklinali sztil, rytmiczne obijanie statku o fale i mewy, które z donośnym krakaniem dążyły do domu. Obraz zupełnej normalności dopełniała para, opierająca się o reling w tylnej części okrętu.

– Więc mówisz, że przyszłaś do mnie, kiedy byłem starym, pomarszczonym dziadem i opowiedziałaś całą prawdę? Moja mina musiała być bezcenna – powiedział ze śmiechem młody, blondwłosy mężczyzna.

– Faktycznie, byłeś lekko… zdumiony – odpowiedziała również w młodym wieku osoba, ale płci przeciwnej i o włosach ciemnych jak krucze pióra.

– I mówisz, że ile razy już to robiłaś?

– Trzydzieści dwa. I nigdy nie jestem znudzona. Szczególnie, jeśli udaje mi się cię znaleźć, kiedy jeszcze jesteś przystojny.

Mężczyzna spojrzał na kobietę, unosząc niby niewinnie brwi.

– Twierdzisz, że jestem przystojny?

– I tak za jakieś osiemdziesiąt lat to zapomnisz, więc niech ci będzie.

– Dzięki za przypomnienie, że kiedyś umrę, prawie dwutysiącletnia starucho – odparował, szturchając ją lekko.

Przez chwilę nic nie mówili, bo rozkoszowali się chłodnym powietrzem i widokiem zachodzącego słońca.

– Obiecałam, że opowiem, co działo się ze mną przez te tysiąc sto osiemdziesiąt siedem lat. Chcesz posłuchać? Ostrzegam tylko, że to długa historia.

Blondwłosy mężczyzna potwierdził spojrzeniem dwóch skrzących się oczu, na co kobieta uśmiechnęła się ciepło.

– Więc było to tak…

Jej słowa niosły się wraz z lekkimi podmuchami wiatru, opowiadając o historii niezwykle smutnej, ale zawsze z szczęśliwym zakończeniem.  

Ostatni dzień ostatniej ery? Chyba raczej pierwszy dzień nowej ery. Bo koniec jest zawsze początkiem czegoś nowego.

 

Koniec

Komentarze

Wybacz, LanoVallen, ale początek Twojego opowiadania nie wydał mi się zbyt zajmujący, a nawet nieco znużył. Przeczytawszy fragment opowieści doktora Yfindesa, doszłam do wniosku, że to raczej nie jest historia, która mnie zainteresuje.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Teraz z całą ze­bra­ną we mnie sta­now­czo­ścią, mogę stwier­dzić… – Jak można zebrać w sobie stanowczość?

 

Ubra­na w długi, czar­ny płaszcz, z kap­tu­rem na twa­rzy… – Na pewno miała kaptur na twarzy, nie na głowie?

 

Yfin­des?, prze­mknę­ło mi przez myśl.Yfin­des? prze­mknę­ło mi przez myśl.

Po pytajniku nie stawiamy przecinka.

 

od­sła­nia­jąc ukry­ty pod spodem do­pa­so­wa­ny strój po­lo­wy. – Co to jest strój polowy?

 

po­drep­ta­łem za nią i ci­chym stęk­nię­ciem roz­par­łem się w ulu­bio­nym fo­te­lu. – Chciałabym umieć robić coś cichym stęknięciem. ;-)

Pewnie miało być: …po­drep­ta­łem za nią i z ci­chym stęk­nię­ciem roz­par­łem się w ulu­bio­nym fo­te­lu.

 

usta, wą­skie i de­li­kat­ne, za­ci­śnię­te były w nie­mej de­spe­ra­cji o pomoc. – Raczej: …usta, wą­skie i de­li­kat­ne, za­ci­śnię­te były w nie­mej prośbie o pomoc.

 

Wy­so­kie kości po­licz­ko­we współ­gra­ły z jej na­pię­tą i po­cią­głą twa­rzą… – Co to znaczy, że kości policzkowe współgrają z twarzą?

 

Do­pie­ro teraz otrzą­sną­łem się z szoku, jaki wy­war­ła na mnie dziew­czy­na… – Szoku na kimś się nie wywiera.

Proponuję: Do­pie­ro teraz otrzą­sną­łem się z wrażenia, jakie wy­war­ła na mnie dziew­czy­na

 

Wsta­łem, po­nie­waż prze­wi­dzia­łem, że przy­da mi się po­rząd­ny kubek her­ba­ty. – Raczej: Wsta­łem, po­nie­waż pomyślałem, że przy­da mi się kubek porządnej her­ba­ty.

 

Hi­sto­ria upad­ku rasy, zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­sza­ją­cą naszą pod każ­dym wzglę­dem.Hi­sto­ria upad­ku rasy, zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­sza­ją­cej naszą pod każ­dym wzglę­dem.

 

prze­je­cha­łem pal­ca­mi po bliź­nie, ukła­da­ją­cą się to­por­nie w licz­bę dzie­sięć. – …prze­je­cha­łem pal­ca­mi po bliź­nie, ukła­da­ją­cej się to­por­nie w licz­bę dzie­sięć.

 

Hi­sto­ria wspo­mi­na, że to my osta­tecz­nie się do tego do­pu­ści­li­śmy… – Hi­sto­ria wspo­mi­na, że to my osta­tecz­nie się tego do­pu­ści­li­śmy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy: dziękuję bardzo za wyłapanie błędów przynajmniej w początku – zapewne dalej jest ich jeszcze więcej. Błędy poprawione i dzięki za komentarz :D

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Lano, przykro mi, że pomogłam tylko trochę, ale ciesze się, że i to się przydało. ;-)

Mam wrażanie, że zainteresuje Cię ten watek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ludzie nie od razu odrzucili sojusz. Tak jak na początku Elfy były zafascynowane Ludźmi, tak wtedy Ludzie byli zafascynowani Elfami. Myśleli, że są bogami, zesłanymi na nich w imię kary. – Ten fragment jest odrobinę niejasny. – Kto kogo traktował jak Bogów? I dlaczego kara?

 

Na początek widać tylko młodą elfkę, ubraną w wąskie spodnie koloru kory drzewnej i białą koszulę z podwiniętymi rękawami, stojącą przodem do innego elfa, mogącego być jej ojcem. Ma on na sobie czarny płaszcz, zapięty pod samą szyję, z wysokim kołnierzem i zapięciami na nadgarstkach. Ubranie elfów, postawę i ruchy widać doskonale, za to twarze są rozmazane i ledwie widoczne.

Elfka nagle rzuca zaklęcie na elfa, na które ten nie reaguje, ponieważ rozprasza się ono w postaci iskierek po tarczy mężczyzny. – Powtórzenia, trochę za dużo tych elfów. :)

 

Pomijając kwestie techniczne, to moim zdaniem masz dwie nierówne połowy opowiadania. Rzeczywiście, pierwsza jest lekko nużąca, szczególnie przegadany wstęp i spora garść informacji o genezie konfliktu między rasami. Z kolei drugą zdominowała akcja, w której czasem trudno połapać się kto jest kim.

Ogólnie ciekawy pomysł, przeczytałem do końca, mimo, że jakimś szczególnym fanem fantasy nie jestem (traktuje je dość rozrywkowo, ale nawet coś tam czasem skrobnę :)), więc nie jest tak do końca źle.

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Miałem całkiem długi komentarz na temat Twojego tekstu, niestety… został zjedzony przez chwilową awarię sprzętu. Dlatego teraz trochę bardziej skrótowo:

 

Uważam, że tekst powinien zaciekawić od samego początku. Nie jest dobrym pomysłem włożenie do pierwszego akapitu tak wielu nic niemówiących czytelnikowi Nazw Własnych.

Mam wrażenie, że tych Nazw Własnych nadużywasz; zamiast pokazać świat, co chwilę wspominasz o Bękarcich Piratach, Syczących Wzgórzach, Wiecznych Lasach itp. A kiedy do tego w opisie postaci dokonujesz porównania do “widoku wieży astronomicznej na Szmaragdowej Wyspie” – mnie, jako czytelnikowi, nie mówi to wiele, poza tym, o czym wspomniałaś już wcześniej – że była bardzo bardzo piękna. To drobiazg, ale mnie drażnił. Tworzenie światów, wymyślanie miejsc, kalendarzy itp. jest świetną sprawą, ale zastanów się, w jaki sposób chcesz ukazywać swoją wizję tego świata czytelnikowi.

Wydaje mi się, że wiele akapitów dałoby się znacznie skrócić, z korzyścią dla tempa historii. Weźmy takie zdanie: “Gdy tylko przestąpiła próg, od razu zniknęła w niej wszelka nieśmiałość i z gracją oraz niesamowitym spokojem zaczęła odpinać guziki płaszcza, odsłaniając ukryty pod spodem dopasowany strój polowy.“ Przeczytaj do zdanie bez podkreślonych fragmentów (pomijam fakt, że nieśmiałość zniknąć mogłaby “z niej”). Wiadomo, że strój polowy znajdował się pod płaszczem, po co to podkreślać? :) Do tego połowę przymiotników w rodzaju “niesamowita” można spokojnie wyrzucić.

Albo ten fragment: “Wyglądała jak istna chmura burzowa. Przypominała kogoś, ale wtedy nie za bardzo wiedziałem, kogo dokładnie. Jednak ta złość trwała bardzo krótko, bo już po chwili jej maska pękła. Gdybym w tym czasie mrugnął, pewnie nawet nie spostrzegłbym zmiany. Niespodziewanie poczułem, że w pokoju zrobiło się bardzo zimno, więc spojrzałem w stronę kominka“. Najbardziej rozbawiła mnie ta “istna” chmura burzowa. Poza tym, naprawdę wystarczy napisać “nie wiedziałem, kogo przypomina”, “zrobiło się zimno” – przynajmniej moim zdaniem.

Co do konstrukcji, fabuły… Całość sprawia trochę “naiwne” wrażenie, począwszy od drobiazgów (główny bohater miał tak wiele przydomków, że zapomniał własne imię? najpierw mówi, że jego książka jest prawdziwa, bo jest naukowcem, a po chwili wykrzykuje, żeby o niej zapomnieć, bo to bzdury?) po całość konstrukcji (pierwotna wersja historii: elfy są szlachetni, ludzie okropni; rzeczywista historia: ludzie są szlachetni, elfy okropne, a w ich oczach widać czyste szaleństwo).

Druga część opowiadania, chociaż ciekawsze i żywsza, jest mimo wszystko sztampowa i chaotyczna. Główna bohaterka świeżo po szkoleniu dysponuje olbrzymią mocą, pozwala wyrzucić w las wielu jej potężniejszych towarzyszów? – to wydało mi się kompletnie niewiarygodne i nieoryginalne. Do tego spisek, tajemniczy “Krąg Dziesięciorga”, wszystko oplecione wokół elfiej nowicjuszki… Hmm, masz bogatą wyobraźnię, to widać, myślę że stać Cię na więcej.

Mimo wszystko – całość da się przeczytać bez bólu, są poszczególne, ładne zdania, na plus zapisuję końcówkę i wątek trzydziestu dwu odwiedzin :). Nie jest najgorzej, ale bardzo wiele zostało do poprawy. Osobiście sugerowałbym, aby nie porywać się od razu na chęć opisania w jednym opowiadaniu praktycznie całej historii konfliktu między dwoma rasami, do tego w dwóch wersjach, bo strasznie ciężko to zrobić bez skrótów myślowych, chaosu i uproszczeń. Może lepiej wziąć się najpierw za bardziej kameralne, zamknięte historie, żeby poćwiczyć nad stylem i konstrukcją?

Podkreślam, że chociaż fantasy sporo w życiu przeczytałem, to wyrocznią nie jestem, to tylko moje spostrzeżenia. Życzę powodzenia w dalszym pisaniu ;). (no i nie dało się bardziej skrótowo :x)

Zalth: o jejku jej! Czytałam to opowiadanie chyba z pięćdziesiąt razy i nie zauważyłam tak dwóch okropnie sformułowanych zdań? (szczególnie to z nadmierną ilością elfiątek) Dziękuję za to wytknięcie, za przeczytanie opowiadania w całości (wiem, że to czasami niełatwe. Mnie często nie chce się czytać całości, choć stylem i ogólnie warsztatem przewyższają one moje wypociny ;)) i za opinię, że “nie jest tak źle” (to ogromny komplement, wierz mi). 

 

Wizimir: no i widzisz, jestem ogromną hipokrytką. Kiedy czytam opowiadanie i na samym początku (i ogólnie w całym tekście) mam podane masę nazw własnych, to najczęściej nie chce mi się czytać dalej. Pomyślałam jednak, że jeśli te nazwy będą po polsku, to zostaną lepiej przyjęte. Ogólnie to opoko jest już dosyć stare, teraz ograniczam nazwy własne do przyjemnego minimum (bo jednak fajnie jak jakieś się pojawiają). Przeczytawszy tekst raz jeszcze, w celu publikacji na stronie, postanowiłam, że nie będę już zmieniać początku. Więc spokojnie – moje inne opowiadania, te napisane jak i nienapisane, już taką nudą, mam nadzieję, powiewać nie będą.

Co do konstrukcji podanych przez Ciebie zdań, to masz rację – zdecydowanie lepiej brzmią w Twojej wersji. Jednakże chciałam, żeby zdania były no wiesz… przesadnie rozbudowane, co jest oczywiście błędem nowicjuszy. Będę teraz zwracała na to większą uwagę ;) Fabuła miała być naiwna – po prostu w wielu uniwersach fantasy (Wiedźmin, Dragon Age, troszkę LOTR) elfy mówią o swej historii jaka to ona nie była wspaniała itd. dopóki nie pojawili się ludzie. To zawsze my jesteśmy “tymi złymi, nieokrzesanymi brutalami, bez kultury itp.” i chciałam pokazać, że może nie jesteśmy wcale tacy okropni.

A jak chodzi o wyobraźnię… niestety ta bujność wcale nie jest taka dobra. Mam masę pomysłów, wiele dosyć oryginalnych, ale ogranicza mnie warsztat i to mnie bardzo frustruje, bo nie mogę oddać tego, co chcę w tekście. Pocieszam się, że jestem jeszcze b. młoda i może być tylko lepiej. 

Dziękuję serdecznie za rady, opinię, za przeczytanie całości i tak długi komentarz! ;D  

 

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Lano, jak zdajesz sobie sprawę, błędów jest więcej. Wypisałem tylko te, które najbardziej rzuciły mi się w oczy.

Przed publikacją dobrze jest odłożyć tekst na jakiś czas do szuflady, a potem przeczytać głośno. To bardzo pomaga wyłapać takie “kfiatki”. Można tez skorzystać z portalowej “betalisty”, o której wspomniała (podała link) Regulatorka. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Faktycznie, opowiadanie jest nierówne – po słabym początku trochę się rozkręca. Niektóre pomysły sztampowe, inne całkiem ciekawe. Mam wrażenie, że fabuła traci, bo jest przedstawiana jako opowieść i można się łatwo domyślić, kto ją snuje. Czyli sama pozbawiasz tekst elementu niepewności.

Powinienem był spytać, jak udało jej się przeżyć, c0 robiła przez wszystkie te lata

Interesująca literówka. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka