- Opowiadanie: Misiek452 - Razem uratujmy świat

Razem uratujmy świat

Celem opowiadania było wykreowanie świata utrzymanego w stylistyce Cesarstwa Rzymskiego, jednak całkowicie łamiącego dotychczasowe konwencje. Imperium umarło. Ale w przeciwieństwie do prawdziwego Rzymu nikt na jego gruzy nie przychodzi, a ostatni żyjący mieszkańcy kurczowo trzymają się dawnej symboliki i schedy po dawnej potędze. 

Chciałbym was zabrać w podróż, na jej końcu jest nadzieja. Czy jednak wszystko jest takim, jakie powinno być? 

Zapraszam do lektury. Ale uprzedzam – to nie jest radosna opowieść. I gorąco zachęcam do dotrwania do finału.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Razem uratujmy świat

 

A miasto jak zwykle wyglądało paskudnie.

 

Nie ważne czy w dzień, czy w nocy, leżąca na skraju pustyni Marhaba wyglądała jak truchło zwierzęcia, które jakiś czarodziej postanowił nieudolnie wypchać i postawić u siebie w pracowni. Potem zauważył, że miejscami odpada skóra i postanowił to jakoś samodzielnie załatać. Z marnym skutkiem.

 

Zrujnowane kamienne mury, z wyrwami łatanymi gliną lub palisadą z drewna sprowadzanego z nielicznych nieskażonych lasów na północy. Resztki kamiennej drogi, którą już dawno powinno się usunąć, bo stanowiła ryzyko dla tych niewielu kupców i rolników, którzy sprowadzali do miasta swoje towary. Sterczące, niczym pobielałe żebra na pustyni, resztki akweduktu, w cieniu którego kulili się żebracy. Nędzne gliniane lepianki, często wbudowane w ruiny dawnych willi. Połamane kikuty rzeźb, stojące na placach i forach, niczym antyczny wyrzut sumienia.

 

O tak, Marhaba niewątpliwie była największym i najbogatyszym miastem Imperium. Jedynym które jeszcze stało. Cóż, zdychające Cesarstwo wciąż kurczowo trzymało się życia, czego symbolem byli stojący u bram legioniści, w swoich podniszczałych loricach i galeach. Problemy z zaopatrzeniem w żelazo nie ominęły jednak i Ostatniego Legionu.

 

Zawsze, gdy zmierzałem w stronę tego syfu, zastanawiałem się nad tym jak bardzo ludzie potrafią być uparci, i kurczowo trzymać się nadanej dawno temu symboliki. Stolica naszego niegdyś wspaniałego państwa utonęła w magicznym ogniu prawie cztery wieki temu. Ten huczny koniec był jednym z wielu akordów trwającego lata upadku. Najpierw przyszły zmiany w klimacie. Początkowo nie robiło to wielkiej różnicy – ot, staruszkowie przestali mówić "kiedyś to były zimy". Jednakże z biegiem czasu, coraz niższe temperatury zaczęły doprowadzać do kiepskich żniw, a co za tym idzie – klęsk głodu. Oczywistym następstwem były niepokoje, zamieszki, a następnie wojna domowa. Kolejna. Tę uzupełniły starcia z barbarzyńcami, którzy oblepiali granice naszego Cesarstwa ze wszystkich stron.

 

W skrócie: nie było jeszcze tak źle. Nawet te prawie dwa wieki zamętu nie mogły zniszczyć takiego kolosa, jakim było nasze Imperium. Pola bowiem można było na nowo obsiać, kopalnie ponownie uruchomić, a manufaktury odbudować. Ale wszystko poszło prosto do szaletu, gdy wybuchły walki między naszymi magistris magis – czarodziejami i czarodziejkami, którzy stanowili podporę naszej cywilizacji. Magiczne bractwo, silnie zhierarchizowane i podzielone na rozmaite mniejsze katedry, było mieczem i tarczą Imperium. Magowie zajmowali wysokie stanowiska, zarówno w senacie, jak i w armii.

 

Magia była naszą dobrodziejką, a potem w rękach kilkunastu głupców stała się naszą zgubą. Konflikt magów trwał trzy dni. Po trzech dniach z dwudziestu prowincji Cesarstwa, całkowicie zniszczonych zostało pietnaście. Na północy stało się jeszcze zimniej, a na południu jeszcze cieplej. Pustynia, na brzegu której stoi Marhaba, wcześniej była prawie dwieście staj na południe – trzeba było dwóch tygodni jazdy konnej by dotrzeć na jej skraj. Jednak to nie był najmniejszy problem. Życie na wielu terenach stało się niemożliwe – część lądu ogarnęły tajemnicze i niewątpliwie magiczne opary. Nieliczni uchodźcy, którzy cudem znaleźli się po długiej wędrówce w Marhabie, opowiadali że, tam gdzie nie było mgły życie i tak było niemożliwe – lasy stały się jedynie obszarami uschniętych, martwych drzew, a ziemia nie chciała rodzić plonów. Oczywiście nie wszystkie prowincje doświadczyły tego losu – nasi wojujący magowie byli bardzo kreatywni. Podobno w jednej z prowincji prawie wszyscy mieszkańcy po prostu oszaleli, i zaczęli skakać sobie do gardeł. W innej pojawiła się zaraza. W następnej woda w studniach zamieniła się w krew. I tak dalej.

 

Kontakt z zamorskimi koloniami i miastami został urwany – morze stało się tak gwałtowne, że przeżyć w nim mogły jedynie morskie potwory, których zaroiło się po wojnie. Transport morski stał się czystą loterią, gdzie zwycięzca miał szczęście wrócić jako rozbitek na brzeg, po utracie jedynie swojego dobytku i bagażu.

 

Marhaba miała szczęście. A właściwie to miała Ją. Ją oraz Ostatni Legion. Szczątki imperium ocalały. Cesarstwo bez cesarza, ale jednak, coś tam zostało. Życie podtrzymywały te rzeki, które jakimś cudem nie wyschły. Nie było u nas objawów skażenia szaleństwem, ani tajemniczej mgły. Owszem – nie wszędzie można było uprawiać ziemię. Z wielkiej puszczy na północy zostały jedynie marne resztki. Ale jednak – dało się żyć. Dzięki naszej Primes Magistri.

 

Po przekroczeniu zrujnowanej bramy przywitało mnie morze głów – dziś dzień targowy. Przechodząc spacerowym krokiem po głównej ulicy zauważyłem, że pasuję tutaj jak pięść do nosa. Moja ciemna, szamerowana złotem chlamida, oraz śnieżnobiały, jedwabny chiton, na tle burych wełnianych tunik odróżniały się niczym dzień od nocy. Wiedziałem, że zwracam powszechną uwagę. I o to chodziło. Byłem tu w konkretnych interesach i chciałem by ludzka ciekawość otworzyła mi kilka drzwi. Ceną tego było kilka napaści i prób kradzieży, ale nic z czym bym sobie nie poradził.

 

Zanim jednak wylądowałem w siedzibie Mercaturae – kupieckiego związku, poświęciłem kilka chwil na przejrzenie targowiska artefaktów. Niewielki placyk, położony obok dzielnicy nędzy, wcale nie zachęcał do odwiedzin. Nie mniej jednak, każdy doświadczony poszukiwacz artefaktów i badacz wiedział, że czasem trafiały tutaj perełki z dawno zapomnianej ery.

Artefakty – jedyny widoczny ślad po starożytnej magii. Oczywiście był to w znacznej mierze szmelc – magia podobno wyparowała. Ale kto to wytłumaczy ludziom? Dla niektórych były to obiekty kultu i zabobonu, czasem też błyskotki osiągały zawrotne ceny jako amulety szczęścia czy odpędzające złe moce. Dla nielicznych uczonych stanowiły źródło do poznania zaginionej wiedzy. W rzeczywistości zaledwie jeden na tysiąc wyciągnietych z ruin przedmiotów działał. Wystarczyło.

O tak, żyliśmy w ciekawych, chociaż trudnych czasach. W epoce dobrobytu zaledwie cząstka mrocznych, szeptanych po kątach opowieści miała w sobie ziarno prawdy. W dzisiejszym świecie było ich znacznie więcej. Opustoszałe pracownie, świątynie? Prawie wszędzie. Potwory, jako pozostałość po eksperymentach czy będący dawnymi służącymi naszych magis? Zdarzały się. Opętane kulty, rytualne mordy? O, na pęczki. Wielu pociągała aura tajemnicy i wizja potęgi jaką myśleli, że zdobędą, jako schedę po czarodziejach Imperium.

Z tego wszystkiego niebotyczne ceny osiągały te przedmioty, które można było w jakiś sposób powiązać z primes magistri Kveris, czarodziejki która uratowała południową prowincję Imperium przed zamianą w dymiącą dziurę. Kveris w niektórych osadach i wioskach cieszyła się nawet kultem, jako bogini. To, że oczywiście nigdy boginią nie była, nie znaczy, że faktycznie nie miała potężnej mocy. I, że nie odeszła wraz z innymi primes. Jednak nie miało to znaczenia.

Tak jak się spodziewałem, Kopacze raczej nie mieli nic ciekawego. Połamane fragmenty ceramiki z inskrypcjami w starożytnym dialekcie. Trochę uszkodzonych aparatusów, służących pomocniczo w rytuałach. Kilka fiolek z osadem po miksturze. Mnóstwo tajemniczego, i czasem niewiarygodnie pogiętego żelastwa. Nieliczne przedmioty wykonane z przedziwnych materiałów, których dzisiaj nie sposób uzyskać.

A jednak! Jeden z młodszych Kopaczy, chłopak odziany w praktyczną kurtę z niezliczoną ilością kieszeni i pasków, na postrzępionym kocu sprzedawał kilka nietypowych przedmiotów. Wśród nich leżała niebieska róża, wyglądająca jak świeżo zerwana. I nic dziwnego, róże o tym kolorze były ulubionym kwiatem Kveris, która przy wsparciu magii hodowała je w swoich ogrodach. Charakteryzowały się tym, że raz zerwane, nigdy nie więdły. A to znaczy, że jeżeli kwiat był prawdziwy, musiał pochodzić z jej hodowli. Co by znaczyło, że ma prawie trzysta lat.

Stanąwszy przy kramie, pod uważnym spojrzeniem chłopaka, delikatnie podniosłem kwiat, badawczo sprawdzając jego autentyczność. Powąchałem. Tak. Ten jedyny, niepowtarzalny zapach. Zmrużyłem odruchowo oczy i wziąłem głęboki oddech. Cholera, ten aromat przypomniał rzeczy których nie potrzebowałem sobie przypominać. Nie teraz. Nie dziś. Nie mniej jednak….

– Ile? – zapytałem, badawczo lustrując chłopaka. Młody musiał mieć nosa, bo widać było, że chociaż zaświetliły mu się oczy, to stara się odpowiadać z namysłem.

– Trzydzieści aureusów – odparł – to prawdziwa róża z ogrodów Bogini. Skarb obecnie niespotykany – dodał.

Zaśmiałem się głośno. O, to nie tak, że nie miałem tylu, po prostu każda transakcja musi odbywać się według ściśle określonych rytuałów. Poza tym chciałem sprawdzić chłopaka.

-Chłopcze – rzekłem, kręcąc głową – prawdziwe róże są na pniu kupowane przez arystokratów i patrycjuszy, a ty siedzisz na kawałku obdartego koca na targu obok dzielnicy nędzy. Dam ci trzy, a i to dlatego, że ta twoja różyczka przypomniała mi miłe, i dawno zapomniane wspomnienia.

Blefowałem oczywiście, sprawdzając czy chłopak jest na tyle bystry by to przejrzeć, lub na tyle się zna by orientować się co tak naprawdę ma.

– To najprawdziwsza Róża Kveris – powtórzył chłopak z uporem – ma charakterystyczny, nie możliwy do podrobienia zapach.

– A skąd mam wiedzieć, że to właśnie ten zapach? Pewnie dogadałeś się z jakimś młodym czeladnikiem z farbiarni albo z pracowni alchemicznej.

-W życiu – odparł chłopak, wyjmując miedziany symbol Kopaczy – jestem licencjonowanym Kopaczem. Za sprzedaż podróbek obcięli by mi dłoń.

Miał rację. Albo jaja. Jedno i drugie zasługiwało na parę aureusów więcej.

– Dam…pięć złotych aureusów. Na więcej nie licz, to i tak wystarczy ci na miesiąc życia.

Kiedyś wystarczyło by na ponad rok, ale w dzisiejszych czasach aureusy były złote jedynie z nazwy.

– Dwadzieścia. Sam ją znalazłem, a za jej autentyczność ręczy gildia. A nie sprzedaję bogaczom z prostego powodu – sam nie mam żadnego dostępu do bogatszych dzielnic, a pośrednicy czy gildia wezmą lwią część – pokręcił głową ze złością – wolę szukać szczęścia tutaj.

-Gdzie ją znalazłeś? – zapytałem z autentycznym zaciekawieniem. Róże powinny rosnąć tylko w trzech miejscach, i wszystkie są mi znane. Z tego co pamiętam, od dawna były to spustoszone kompleksy.

– Tajemnica zawodowa – chłopak próbował utrzymać marsową minę, ale w momencie jak zdjąłem dłoń z sakiewki i udałem, że odchodzę, natychmiast zmiękł – nie mogę powiedzieć dokładnie, mogę jedynie rzec, że znalazłem ją w ruinach w jednej z dolin w Czarnych Górach.

Czarne Góry? Najpierw nie mogłem uwierzyć uszom. Potem szczęściu. Skoro dostał się do doliny, znaczy, że przepuściły go golemy. A skoro tak, musiałem go mieć.

– Dobra, dam piętnaście – chłopak wybałuszył oczy, słysząc jak łatwo skapitulowałem. Powstrzymałem go gestem dłoni – ale pod jednym warunkiem. Otóż organizuję ekspedycję…

 

To był pracowity dzień – pomyślałem, siedząc na leżance na tarasie gospody. Najpierw targ, potem rozmowa z kupiecką korporacją, która za sowitą opłatą zobowiązała się zorganizować i wyposażyć karawanę, a na końcu negocjacje z Kopaczami, którzy obiecali zorganizować grupę specjalistów. Dobrze, że wśród nich był młody od róży. Pozostało mi jeszcze odwiedzić kilka osób i dopiąć kilka spraw. Ale to jutro, bez pośpiechu. Teraz czas na przerwę. Należy mi się. Od lat nie miałem chwili wytchnienia.

 

Moje myśli zaczęły powoli błądzić bez celu. Zaskakujące, jak łatwo udało mi się przekonać wszystkich, o przełomowym charakterze wyprawy. Wydaje się, jakby czekali specjalnie by to wreszcie usłyszeć. I nie bardzo mogę się dziwić – była to bowiem ekspedycja której celem było odnalezienie pałacu samej Bogini. A miejsce to od wieków uchodzi za takie, którego zawartość może odmienić życie wszystkich mieszkańców upadłego Cesarstwa. Kveris bowiem nie tylko słynęła z potężnych mocy leczniczych, ale także ze swoich badań nad naturą życia. W jej pracowniach niezliczone pokolenia sług pracowały nad nowymi gatunkami upraw, nad odpornymi na warunki zwierzętami hodowlanymi. Plotki mówiły nawet, że jej magia może uleczyć zatrutą ziemię na północy i przywrócić lasom ich dawny blask. Nic więc dziwnego, że od lat Kopacze szukali wszelkich śladów tego miejsca. A ja miałem ze sobą twarde i logiczne argumenty, nie tylko w formie mapy, ale także pewnego dziennika, należącego do jednego z osobistych serwitorów naszej magis. No i pieniądze. Przede wszystkim pieniądze. Zabawne, co kilka kawałków szlachetnego metalu może zrobić z człowiekiem. Jestem ciekaw, kiedy do tych chciwych świń dotrze, że pieniędzy zjeść się nie da.

 

Ludzie to zaskakująco uparte i żywotne stworzenia. Mimo ruiny i zniszczeń z uporem godnym lepszej sprawy zbierali się w większe grupy w Marhabie, po czym wędrowali w głuszę, lub na pustkowia, w celu zakładania nowych osad. Do Marhaby wracały też niedobitki tych wypraw, zmuszone do porzucania nowych domostw, ze względu na nieurodzaj czy bandytów. I tak w kółko. Twardo też próbowali nawiązać kontakt z pozostałymi, ewentualnie nieskażonymi obszarami dawnego Imperium. Utrzymywali także te nieliczne przejezdne szlaki handlowe, przez wschodnie góry, prowadzące do odległych państw, podobno dotkniętych tylko pośrednio przez wojny i ucieczkę magii ze świata. Na niezniszczonych jeszcze wieżach dumnie powiewały proporce z orłem imperium, zaś dzieciom dalej nadawano tradycyjne imiona, ze starożytnych czasów. Ot, wiara i potęga tradycji. Albo desperacja i zaklinanie rzeczywistości.

 

Przed wyruszeniem w drogę niezbędne było zapewnienie odpowiedniej ochrony, zarówno przed bandytami jak i wszelkiej maści potworami– tymi mitycznymi oraz prawdziwymi. Mógłbym to załatwić tradycyjnie, i ogłosić nabór, ale tak poważna ekspedycja potrzebuje odpowiedniej oprawy. Po za tym zależało mi na obecności kilku specjalnych osób. Udałem się więc do kwater Pierwszego Legionu.

Oficjalnie zwany Pierwszym Legionem, za plecami zaś Ostatnim. Jedna z przyczyn dla których tereny te nie pogrążyły się w anarchii a Marhaba nie uległa z gruzowaniu w ciągu pierwszych lat zamętu. Była to bowiem siedziba dawnego XVII Legionu Inferus. Jako jeden z nielicznych nie został skierowany do walk, pełnił bowiem na wyraźne życzenie primus magistri Kveris służbę garnizonową i porządkową. Chwała dawnym bogom, że po upadku magów legat legionu okazał się człowiekiem z głową na karku i silną wolą. Błyskawicznie zaprowadzili stan wojenny, i przez kolejne miesiące legioniści twardą ręką przewodzili ocalałym i oszołomionym obywatelom Imperium. Ich liczba i wyszkolenie z biegiem czasu jednak podupadło, i obecnie legion liczy zaledwie jedną czwartą pierwotnego stanu a ich kontrola ogranicza się jedynie do Marhaby. We wszystkich wsiach i nielicznych miasteczkach władza bywa dosyć płynna – czasem rządzą dawni patrycjusze, czasem obieralni naczelnicy. O dziwo rzadko kiedy rządy przejmowali bandyci. Z bardzo prostego powodu. Wszyscy bez wyjątku potrzebowali Marhaby. A miasto mogło się obyć bez jednej czy dwóch wsi. A sama Marhaba potrzebowała ochrony Legionu. I jakoś się to kręci. Z resztą, w samym mieście panuje teraz luźno powiązana ze sobą rada, złożona z ludzi mających mniejsze lub większe wpływy. Czasem, jeżeli dany legat okazuje się spryciarzem, żołnierze przejmują władzę. Później zaś na wóz wchodzą szczególnie łebscy i zasobni kupcy, tych zrzucają posługujący się tłumem sekciarze…i tak dalej. Nikt jednak nigdy nie kwestionował militarnej roli legionistów. I dlatego Legion jest instytucją świętą. Tylko skrajny idiota ryzykował by zniszczenie jedynej zapory przed chaosem i anarchią. Co nie znaczy, że skrajnych idiotów nie brakowało….

Na spotkanie z oficerami Legionu przyszedłem dobrze przygotowany. Pod bramą twierdzy stanąłem jako weteran legionu – ubrany w znoszoną, ale wygodną subarmalis, z bransoletą na ramieniu świadczącą, że zakończyłem służbę w stopniu dekuriona – dowódcy oddziału kawalerii. O, i faktycznie tym dowódcą kiedyś byłem. Legion jednakże ostatnimi czasy przestawił się na wielbłądy – bardzo niewiele koni utrzymało się w naszym klimacie. A ja nie lubiłem wielbłądów.

Aby uzyskać pomoc Legionu, najlepiej być jednym z nich. W tych czasach, lwia część organizacji starała się utrzymywać zwarte struktury i dbać o lojalność swoich ludzi. Nikt jednak nie dopracował tego do perfekcji tak jak ostatni legioniści – atakując jednego, atakowałeś wszystkich. Żelazne respektowanie tej zasady było jedną z przyczyn, dla których niewielu chciało wchodzić w drogę wojskowym. Po sprawdzeniu mojej bransolety natychmiast oddano mi salut i odprowadzono do kancelarii. Do umówionego spotkania z trybunami miałem jeszcze prawię godzinę, więc po spełnieniu wszelkich formalności udałem się na poszukiwanie mojego starego przyjaciela, którego obecność w mojej ekspedycji była kluczowa. Jako weteran miałem pełną swobodę przemieszczania się, mogłem nawet skorzystać z legionowej kuchni – co dla niektórych żołnierzy, którzy przed poborem częściej oglądali puste dno garnka od jedzenia w nim, miało niebagatelne znaczenie.

Mojego znajomka odnalazłem na placu, gdzie obserwował poranną zaprawę. Potężny rudzielec niewiele się zmienił. Tylko na twarzy dorobił się więcej zmarszczek, zaczął też powolutku siwieć. Za to jego mocarny uścisk jak zawsze mało co mi żeber nie połamał.

-Salve Marku! – rzekł na powitanie olbrzym.

-Witaj, ruda zarazo – odparłem, kiedy wreszcie mnie wypuścił.

-Widzę, że zostałeś centurionem – dodałem, spoglądając na jego płaszcz.

-Ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy – odparł rudzielec – aczkolwiek muszę przyznać – rzekł, patrząc się na mnie z lekkim zdziwieniem – że, nie mogę tego samego powiedzieć o tobie. Zaskoczył mnie fakt, że organizujesz ekspedycję badawczą. Zawsze byłeś twardo stąpający po ziemi.

-Mam teraz więcej czasu niż kiedyś, po za tym sporo się zmieniło – odparłem wymijająco. -Z resztą, ja właśnie jestem tutaj w tej sprawie, jak się zapewne domyśliłeś.

– A tak, tak – kiwnął głową – nie popieram, co prawda, awanturniczych wypraw, ale to rozsądne, że zwróciłeś się do nas – rzekł, spoglądając na swoich ćwiczących żołnierzy – Tanio nie będzie, ale za to bezpieczeństwo od spraw śmiertelnych masz zagwarantowane. Co innego oczywiście demony i zjawy.

Zawsze był zabobonny. Tego w nim nie lubiłem. Ale był mi potrzebny.

-O demony i zjawy się nie boję – rzekłem.

-Noo, jesteś jedną z ostatnich osób, którą bym o to posądzał – odpowiedział olbrzym, zerkając na mnie kątem oka.

Nie spodobała mi się ta uwaga.

-Centurionie – odparłem sztywno, oficjalnie. Widziałem jak jego sylwetka stężała z zaskoczenia. Najpierw na twarzy ujrzałem zaskoczenie wywołane zmianą tonu, ale wkrótce także i ona stężała niczym pośmiertna maska. Wiedział, i wcale mu się to nie podobało.

-Nie, Marku. Proszę cię, nie. – rzekł.

-Obiecałeś mi. Tam, wtedy, na wzgórzu, kiedy uratowałem ci życie. Ono nie jest twoje, centurionie. Wiedziałeś, że pewnego dnia poproszę cię o spłatę.

Barczysty dowódca przeraźliwie długo milczał. Następnie spojrzał po raz kolejny w stronę placu. Jego spojrzenie powędrowało zwłaszcza w stronę młodziutkiego rekruta, który pod czujnym okiem dziesiętnika ćwiczył walkę gladiusem. Rudy olbrzym był w gruncie rzeczy fatalistą i pesymistą. Wiedział, że żyjemy w umierającym świecie. Odmieniło mu się po narodzinach syna. Cenił jednak swój honor bardziej niż życie. A syn już nie był dzieckiem.

Usłyszałem głuche westchnięcie. A następnie:

-Czas oddać co nie moje, tak? Dobrze. Kiedy wyruszamy?

Głupiec. Sentymentalny głupiec. Gdyby odmówił, nie miałbym dużego pola manewru. Nie zorganizowałbym przecież porwania centuriona z Legionu! A przynajmniej nie szybko. Ale nie musiałem. Był to efekt podjętej dawno temu ryzykownej decyzji. Cóż, opłacało się.

-Muszę jeszcze porozmawiać z trybunami. Poproszę, żebyś został szefem eskorty. Wyruszamy w przyszłym tygodniu – to mówiąc, odwróciłem się i skierowałem się w stronę kwater oficerskich. Zatrzymał mnie jego głos.

-Marku.

Obejrzałem się przez ramię.

-To nic nie zmieni.

Odszedłem bez słowa.

Spotkanie z trybunami przebiegło pomyślnie. Za słone pieniądze oraz obietnice części łupów skłoniłem ich do współpracy. Miałem więc karawanę zaopatrzoną przez korporację kupiecką, grupę Kopaczy, oraz legionistów do osłony. A także trzy z siedmiu potrzebnych osób – Centuriona, Kopacza, oraz młodego Tragarza, zatrudnionego do obsługi karawany. Jeszcze czterech. Dwie osoby powinny wkrótce same się do mnie zgłosić. To w takim razie czas na świątynię wiedzy.

Istniało bardzo niewielu badaczy magii którzy nie należeli do Kopaczy. Ekscentrycy, często wiodący dostatnie życie dzięki patrycjuszowskim majątkom. Teoretycy. Filozofowie. Czasem specjaliści od dawnych języków, starych źródeł. Osoba do której się udałem, była właśnie jednym z nich. Między innymi.

Wróciwszy do mojej chlamidy i chitonu, stanąłem u wrót jednej z niewielu niezrujnowanych dawnych willi. Ten budynek pamiętał jeszcze czasy sprzed Wojny. Ładny, gdyby ktoś mnie spytał. Ale nie spytano, tylko zaprowadzono prosto do gabinetu mistrza. Wychodzi na to, że wieść szybko się niesie, zwłaszcza taka. Jako, że miałem wsparcie prawie wszystkich ważniejszych graczy w mieście, zostałem potraktowany poważnie.

 

Gabinet był wręcz niesamowicie zagracony. Wszelkiej maści artefakty z czasów magii okupowały każdą półkę i stolik. Na moje oko, jakaś połowa była prawdziwa. Nieźle, staruszek musiał mieć nieliche doświadczenie i wiedzę. Moją uwagę w szczególności przykuły niewielkie czarne tabliczki, na których świeciły się na złoto słowa w dawno zapomnianym języku, którego nauka już w czasach magów była trudna. No proszę. Cudności…ale nie miałem teraz czasu na te cudeńka.

Właściciel tego bałaganu siedział przy biurku, pamiętającym jeszcze czasy ostatniej cesarskiej dynastii, i ze złożonymi przed siebie dłońmi uważnie mi się przyglądał. Bez skrępowania usiadłem na wolnym krześle i odwzajemniłem spojrzenie. Po chwili filozof przerwał milczenie.

-Cóż, witam w moim skromnym przybytku, panie…hm, jak pana teraz zwą? Gajusz? Marek? Agryppa?

A jednak, nasz badacz przeszedł od razu do ataku. Ciekawe.

-Oh, jak panu wygodnie, w gruncie rzeczy jest mi to obojętne – powiedziałem wzruszając ramionami. Czekałem na rozwinięcie sytuacji.

-Jest pan dla mnie zagadką – kontynuował mędrzec – pierwsze raporty na temat pańskiej aktywności otrzymałem prawie dwadzieścia lat temu. Zawsze w ruchu, widziany w różnych miejscach i sytuacjach….niekiedy dosyć podejrzanych. Czasem był pan obserwatorem, czasem w centrum wydarzeń. Często w pana posiadaniu znajdowały się cudowne, i niesamowicie interesujące artefakty. I zawsze wykazywał pan zainteresowanie głównym ośrodkiem badawczym Primes Magis Kveris.

Skoro on przeszedł do ofensywy, to i ja nie będę się patyczkował.

-Widzę, że wasza ekscelencja dobrze się przygotowała do tej rozmowy – powiedziałem, wygodnie moszcząc się na krześle, i zakładając nogę na nogę – trudno się z resztą dziwić, w czasach Cesarstwa, Magister Officiorum odpowiedzialny był między innymi za tajną policję. Czy to dlatego pańscy przodkowie postanowili rządzić ocalałą prowincją w ukryciu?

Trzeba mu to oddać, doskonale ukrył zaskoczenie, jeżeli w ogóle był zaskoczony.

-Cóż, ten model sprawowania władzy ma swoje niewątpliwe zalety. Pozwala utrzymywać delikatną równowagę – wzruszył ramionami – skoro odkryliśmy pierwsze karty, to może przejdźmy do konkretów?

Jednak pierwszy punkt dla mnie.

-Wiem, że jest wasza ekscelencja w posiadaniu fragmentu pewnego dziennika. Nie jest to z resztą tajemnicą, bo mając jedynie jego fragment, publicznie ogłosił Pan jego zawartość, by wspólnym wysiłkiem uczonych i Kopaczy, odnaleźć opisane w nim miejsce.

– Mówi pan rzecz jasna o dzienniku Serwitora 13, jednego z nieludzkich sług Mistrzyni Życia – Kveris. Tak, to znana historia. Serwitor 13 opisywał w nim wykonywane czynności administracyjne i porządkowe w centralnym ośrodku badawczym Primes, przez zabobonnych maluczkich zwanym potocznie "Wielką Świątynią". Niestety jest to jedynie fragment, z którego dowiadujemy się pobieżnie o lokalizacji kompleksu, w Czarnych Górach. Co więcej, są tam zawarte jedynie częściowe informacje dotyczące zabezpieczeń, z których jednak wynika, że dostanie się do środka jest prawie niemożliwe.

-Jest możliwe, co więcej, dopiąłem prawie wszystkich rzeczy, które umożliwią mi spenetrowanie ośrodka.

Uniesienie brwi.

-Na podstawie czego pan tak twierdzi?

Wyjąłem i położyłem na biurko niewielką skórzaną książeczkę.

-Na podstawie pełnego dziennika Serwitora 13. Uzupełniłem go o posiadaną przeze mnie drugą połowę.

Liczyłem na reakcję. Tym razem jedyne co otrzymałem to kolejne uniesienie brwi. Dobry jest!

-Pan pozwoli – rzekł Magister, po czym sięgnął po dziennik. Jako, że nie był specjalnie obszerny, a mój rozmówca znał doskonale pierwszą połowę, przeczytanie go zajęło mu kilkanaście minut.

-Skąd? – rzekł, odkładając na biurko książkę.

-Dostałem ją, dawno temu. Przyniósł mi ją w nocy do obozu wojskowego, na wpół obłąkany i dogorywający wędrowiec. Dosłownie wcisnął w ręce, bełkocąc coś o "liniach krwi" i "magicznym ziarnie" po czym zemdlał. Przepadł następnego dnia, zanim zdołaliśmy go przepytać.

-To by się zgadzało – kiwnął głową stary filozof – podobnie było w moim przypadku. Nie umiem tylko powiedzieć, czemu dostałem pierwszą połowę, a pan drugą.

-A więc wierzy pan w autentyczność dziennika?

-Nie mam powodu by wątpić. Po za tym nie mam wyjścia – westchnął ciężko, a z twarzy niczym po opadnięciu maski, odmalowało się olbrzymie tłumione napięcie i zmęczenie.

-Aż tak źle? Ile mamy czasu? – odparłem. Zaskoczony, mój rozmówca podniósł głowę.

-A więc pan wie?

-O czym? O tym, że skażenie i pustynnienie obszarów wciąż narasta? Tylko głupiec tego nie widzi. Wystarczy ruszyć się z Marhaby, by zobaczyć, że na pustkowiach trwa walka o przetrwanie. Jedzenia i wody jest coraz mniej. Mniej strzeżone osady dawno już zostały zaorane, te nieliczne wciąż stojące ledwo mają żywność na własne utrzymanie. W samym mieście też ceny zaczynają rosnąć.

-Tak, jest coraz gorzej. I coraz trudniej ukrywać to przed ludźmi. Nie mam wyjścia, muszę być z panem szczery. W ciągu następnych dwóch lat wyczerpią się nasze zapasy, ponieważ już teraz kupcy skupują mniej żywności i zwierząt niż się spożywa. Jak na złość, ustały praktycznie wszystkie kontakty ze wschodem, górskie plemiona skoczyły sobie do gardeł. Z resztą, transport żywności stamtąd także nie miałby sensu, byłby mało możliwy nawet w czasach pokoju. Najgorsze jest to, że nie mamy pojęcia co powoduje te zmiany w przyrodzie. Przez ponad dwa wieki klimat był stabilny. Nawet obserwowano miejscowe ustępowanie skażeń. Nie wiemy nawet, czy to co się dzieje ma podłoże lokalne, czy problem jest znacznie szerszy. Czy to pośredni efekt magii, czy naturalne przemiany? Wiemy jedno – nie wiemy co z tym zrobić. Dlatego pańska wyprawa stoi w zupełnie innym świetle niż dotychczas. Pierwotnie zamierzałem umieścić w niej kilku agentów. Teraz wiem, że ma ona priorytet. Zwyczajnie nie mamy innych opcji…jeżeli dziennik się nie myli.

-Że w "Wielkiej Świątyni" znajdują się magicznie wyhodowane rośliny, które są absolutnie odporne na temperatury i brak wody. Że są tam wyniki badań, które może, ale tylko być może, umożliwią nam hodowlę bardziej wytrzymałych i szybciej oraz częściej rozmnażających się zwierząt. Wreszcie, mogą tam być wciąż działające artefakty.

-Dokładnie tak. Ośrodek podczas Wojen został zaatakowany dwukrotnie, za każdym razem jednak napastnicy zostali odparci. Drugi raz zakończył się zniknięciem Primes Magistri. Z dzienników jednak wynika, że w dalszym ciągu serwitorzy utrzymywali ośrodek w dobrym stanie, nawet po odejściu ludzkich służących. A skoro mówimy o służących – ilu potomków pan zebrał?

-Cóż, razem z Panem i ze mną? Jest nas ośmiu. Golemy w dolinie powinny nas przepuścić. Z resztą, mam już dowody, że tak jest w istocie.

Starzec kiwnął głową, bez słowa akceptując swoją obecność w wyprawie. Z resztą, nie ufał mi. Nie w takiej sprawie. Wolał narazić się na trudy podróży, niż pozostawić to mnie. I bardzo dobrze.

-Magiczne ogniwa?

Skrzywiłem się.

-I tu leży problem – powiedziałem, wyjmując dwa, lśniące pomarańczowym blaskiem prostokątne pojemniki. Z dziennika wynika, że aby uruchomić awaryjne zasilanie, potrzebujemy sześciu ogniw. Z tego co wiem, ma Pan kilka w posiadaniu?

-Trzy. Skoro tak, wyślę wszystkich dostępnych ludzi na poszukiwania. W ciągu tygodnia powinniśmy mieć wyniki.

Był to krytyczny punkt wyprawy. Bez zasilania nie uruchomimy mechanizmu. Strawiłem lata, na poszukiwaniu magicznych ogniw. Bezskutecznie. Jeżeli nawet Magister Officium nie poradzi sobie, będę musiał odwołać się do ostatecznych środków. A nie chciałbym.

Bardzo bym nie chciał.

 

Po wyjściu z rezydencji pozostał mi jedynie powrót do tawerny. Być może już dziś będę miał z głowy dwóch kolejnych uczestników. Manewrowałem między zrujnowanymi kamiennymi budynkami, i lepiankami, a mój nastrój opadał niebezpiecznie w dół. Po raz kolejny zacząłem powątpiewać w sens swoich planów. Jakaś mała część mnie pragnęła wrócić do domu, i zamknąć się w nim na zawsze. Niby wszystko szło pomyślnie. Ale czy rezultat okaże się warty wysiłku?

Moje ponure rozważania przerwała wrzawa, jaką dostrzegłem na placu będącym dawnym forum. Na zrujnowanych kolumnach i postumentach rozsiedli się kilkunastoletni chłopcy, każdy ze stylusem i tabliczką w dłoni. Pośrodku zaś stał starszy już mężczyzna, w znoszonej białej todze i trzcinką w dłoni. Znaczy nauczyciel, i to dzieci z bogatszych rodzin. Na to wskazywali też rozmieszczeni dyskretnie ochroniarze.

 

Akurat był wykład o historii. Nie mając aktualnie nic do roboty, usiadłem z tyłu, na jednej z przewalonych kolumn. Jako, że nosiłem się jako bogacz, ochroniarze otaksowali mnie uważnie po czym zostawili w spokoju. Forum to w końcu miejsce publiczne. Nie ma potrzeby mnie bić. Jeszcze się okaże, że moja ochrona jest silniejsza i skończy się to obopólnym mordobiciem.

-Dzisiaj powtórzymy sobie historie Wojen Magów, oraz kim tak naprawdę byli czarodzieje – rzekł nauczyciel, przechadzając się między uczniami, i swobodnie wymachując trzcinką.

O zaraza, ależ się temat trafił – pomyślałem – przypadek?

-Zacznijmy najpierw od czarodziejów – kontynuował prowadzący – kto mi powie, jak jest ich natura i kim naprawdę byli?

– Magowie – rzekł jeden z chłopców, poważnie wyglądający nastolatek – wykazywali głębokie zrozumienie wszechświata, a przede wszystkim praw natury. Posiadali wysokie wykształcenie, oraz, co ich charakteryzowało oczywiście, predyspozycja do rzucania zaklęć.

-Zgadza się -odparł nauczyciel – czymże jednak była ta "predyspozycja"? I ile było "magii, w magii".?

– Współcześnie uważa się – rzekł ten sam chłopak – że znaczna część cudów, polegała na sztuczkach socjotechnicznych, natomiast ta część czarów, których do dziś nie potrafimy wyjaśnić, jest współcześnie uważana za"czary" z powodu niewystarczających źródeł, braku zrozumienia, a nawet przekupstwa lokalnych autorytetów, które ochoczo miały świadczyć o mistycznym charakterze danego zjawiska, oczywiście, za sowitą opłatą.

-Zgadza się – rzekł nauczyciel – co do natomiast samego konfliktu…..

Wstałem, głęboko zniechęcony, i skierowałem się w stronę jednej z uliczek. Nie chciałem słuchać dalej. Rozumiałem oczywiście powody dla których wśród warstw wyższych, które uważały się za "oświecone", kreowano teorie o ludzkim, oszukańczym i szarlatanerskim, charakterze magów. Śmierć i nieszczęście. Tak w ostatecznym rachunku postrzegani byli magistri, a zwłaszcza Primes Magistri. Co ciekawe nie dotyczyło to Kveris. I tutaj tkwi najbardziej dyskutowany moment naszej historii…..

Według jednych, Kveris miała bowiem zabić czarodziejów, którzy mieli czelność ją zaatakować, Baarnabasa oraz Martusa. Po czym wzniosła potężną barierę, która miała uchronić nas przed skutkami Wojny – skażeniem i śmiercią. Zaklęcie jednak było ponad jej siły, w efekcie czego Kveris miała umrzeć. Oczywiście, wszystko to było domeną mistycznej potęgi, czyli czarów, źródłem których miała być, według jednych, łaska bogów, z drugich, głęboko schowane ludzkie zdolności,

Inni jednak twierdzili, że cała potęga "czarodziejów" wynika z naszego braku zrozumienia dla fenomenu sprzed wieków. Część magów miała być szarlatanami. Część zaś miała korzystać z przedmiotów oraz technik współcześnie zapomnianych lub nieznanych. Dziwiło mnie to niezmiernie. Rozumiałem to ogólne, ateistyczne poniekąd podejście. W końcu sceptycy byli zawsze.Gdy żyje się w piekle, łatwo o zwątpienie. Nie mniej jednak czasy niepewności i ogólnego niedoboru powinny być pożywką dla wszelkiej maści fantastycznych historii, pełnych magów, cudów i potworów.

O, były.

Tylko nikt w nie nie wierzył.

W paskudnym nastroju skierowałem się w stronę gospody. Kiedy tylko przekroczyłem próg, cokolwiek nerwowym krokiem skierował się w moja stronę gospodarz tego przybytku.

-Panie– rzekł, kłaniając się – ma pan gości.

A tak, obowiązki wzywają.

Po chwili w moim gabinecie stali oni – długo wyczekiwani goście. Współczesne personifikacje tragicznej miłości Juliusa i Romui. Zakochani po uszy. On – ubogi garncarz. Ona, córka możnego patrycjuszowskiego rodu. I tak się złożyło, że są potomkami personelu Wielkiej Świątyni. Przypadek? Nie, oczywiście, że nie.

Przez kolejne pół godziny wysłuchiwałem ich tragicznej historii, pełnej braku zrozumienia dla ich wielkiej miłości. W końcu zdesperowani zwrócili się do mnie, bym ich zabrał z sobą. Byle dalej od miasta.

Ona znała języki. W tym nawet martwe. W porządku, witamy na pokładzie. On? Silny jest, do tragarzy dołączy. Może być.

Witamy na pokładzie. A, zaraz, statki nie pływają już od wieków. W każdym razie witamy.

Następnego dnia udałem się w sam środek dzielnicy nędzy. Na placu pośrodku szałasów i gruzów odnalazłem starą, zrujnowaną do cna skorupę świątyni. Kopuła, kiedyś wyróżniająca budynek wśród innych, dawno zapadła się do środka. Między kolumnami gnieździli się obecnie bezdomni. Wśród nich ona. Siedziała tam bezwładnie, opierając się o jedną z kolumn. Obok niej leżała opróżniona amfora. Ładnie zaczynamy dzień. Mam nadzieję, że jest na tyle trzeźwa by kontaktować.

Kiedy moja sylwetka zasłoniła słońce, podniosła wreszcie zapuchnięte oczy. Nie była stara. Ot, wiek średni, delikatnie przechodzący w okres starości. Jeszcze miała siły. Znaczy, miała by. Tak swoją drogą jej alkoholizm mnie nie przesadnie dziwi. Była opiekunką tej świątyni, córką z rodu kapłanów. Pewnie jedna z ostatnich. I chociaż od lat nie było już żadnych wiernych, a ona stała się jedynie jedną ze współlokatorek tego przybytku, to wciąż nie potrafiła opuścić tego miejsca. Tak jak nie potrafiła sprzedać za wino brązowego pierścionka z gemmą, na której znajdował się symbol jej kultu. Nie mniej jednak czasy były straszliwie trudne dla wszystkich religii, za wyjątkiem wszelkiej maści pseudokultów i sekt powstałych po upadku Cesarstwa. Stara, dobra, wiara nie przetrwała. Ta, którą ona reprezentowała, przetrwała najdłużej. A ona zostanie ostatnią kapłanką.

Usiadłem obok niej, wyjmując jednocześnie chowany na tą okazję bukłak z winem. Nie miał porównania do tych marhabskich skisłych, octowych sikaczy. Trudno się dziwić, nie wyprodukowano go tutaj. Położyłem go koło kapłanki. Nie musiałem długo czekać. Najpierw usłyszałem ciągnięcie skóry po kamieniu. Następnie odgłos łapczywego picia. Po chwili usłyszałem jej głos. Silny, chociaż zdrapany przez trudy i alkohol.

-Matka, zanim jeszcze nie zeszła z tego padołu, mówiła, że pewnego dnia, jeżeli będę cierpliwa, przyjdzie do świątyni pewien człowiek. Czy jesteś tym człowiekiem?

Odwróciłem powoli głowę po czym spojrzałem na nią. Po raz pierwszy od lat zdjąłem szkła maskujące. Ku mojemu zdziwieniu, pokiwała jedynie głową. Nie przestraszyła się. Wstała, otrzepując brudny chiton. Niewiele pomogło.

Ukłon.

-Panie.

Wstałem. To nie był czas i miejsce na ceregiele.

-Nadszedł czas, by kapłanki wróciły do prawowitej świątyni. Jesteś gotowa spełnić swój obowiązek?

Wzruszyła ramionami. Była spokojna. Nie wiem na ile był to pijacki stupor i zobojętnienie, a ile zostało z niej prawdziwej kapłanki. Nie mniej jednak odrzekła:

-Jestem gotowa, Panie.

-Dobrze. Ustalmy jednak jedno – nie tytułuj mnie więcej w żaden sposób.

-Oczywiście.

-Wiesz gdzie organizuje się karawana?

Kiwnęła głową.

-Dobrze, skieruj się tam. Zajmą się tam tobą. I czekaj na mnie.

Zawahała się.

-Tak?– zapytałem, odwracają głowę – czy masz jakieś wątpliwości?

-Marhaba…to miejsce…ten syf. Śmietnik. Co się z nim stanie?

Odwróciłem się i uśmiechnąłem szeroko.

-Tak jak obiecałem twojej matce, a wcześniej jej babce. A stanie się to możliwe dzięki tobie.

Uśmiechnęła się.

Niewiele razy w życiu widziałem równie ładny uśmiech.

 

Cóż. Pozostała sprawa ogniw. Kwestia krytyczna rzekłbym. Po kilku dniach udałem się ponownie do naszego ukrytego władcy.

– Obawiam się, że nie mam dobrych wiadomości – rzekł Magister Officiorum, kiedy przeszliśmy do tej kwestii.

– Nie ma? – zapytałem, czując bolesny uścisk w trzewiach.

-Nie ma – rzekł ten, kręcąc głową – a rzuciłem do poszukiwań prawie wszystkich ludzi. Sprawdzili rynki, sklepy i podziemie. Nic. Może gdybyśmy przesunęli wyprawę, wysłał bym ludzi do okolicznych wiosek…

-Nie ma takiej potrzebny – powiedziałem zdecydowanie. Nie mogliśmy tego odwlekać.

-Zdobyłem trzecie ogniwo – powiedziałem. Oczywiście wzbudziłem tym podejrzenia. Stary zesztywniał, a jego lodowaty wzrok bezskutecznie mnie przewiercał.

-Naprawdę? Ciekawe – wycedził – czterdziestu moich agentów od kilku dni próbuje je namierzyć, a pan ot tak sobie przychodzi z nim? Czegoś tu nie rozumiem?

-Miałem je przy sobie cały czas– rzekłem, wyjmując ogniwo – tylko proszę się mu przyjrzeć.

Ogniwo, w przeciwieństwie do pozostałych, było na wpół wyczerpane – jarzyło się bladym pomarańczowym blaskiem.

– Nie jestem pewien czy się nada, dlatego trzymałem je w zapasie – rzekłem – musi jednak wystarczyć.

Regent długo wpatrywał się w ogniwo, następnie zaś we mnie. Milczał.Wreszcie odwrócił się i podszedł do okna.

-Kim pan jest? – wycedził powoli.

Wstałem, po czym dołączyłem do niego. Razem wpatrywaliśmy się w znikający za horyzontem zachód słońca.

-Co jest pan w stanie poświęcić, by uratować Marhabę, a następnie odbudować Imperium?

-Wszystko – odparł natychmiast.

-Jeżeli pan ze mną pójdzie – odparłem powoli – dam panu to co konieczne by odrodzić ten upadający świat. I będzie pan mógł zrobić z nim co zechce.

-A w zamian?

-W zamian pomoże mi pan dostać się do Wielkiej Świątyni. Są tam rzeczy, które nie powinny być w rękach zwykłych ludzi.

Czekałem. I kiedy wydawało mi się, że czas rozciągnął się w nieskonczoność, usłyszałem ciche westchnienie.

-Dobrze. Zagram z panem w tę grę.

Nie do końca tej odpowiedzi pragnąłem, ale na pustyni i rak….

 

Wszystko wreszcie zostało przygotowane. Ponad stu ludzi, kilkadziesiąt wielbłądów i osłów. Zapasy na kilka tygodni. Stałem na tarasie gospody i z góry miałem okazję obejrzeć cały ten zamęt i rozgardiasz. Dostrzegłem znajome mi sylwetki.

Młody Kopacz. Łasy na pieniądze i żądny przygody. Nigdy nie widział tak wielkiej wyprawy i nie mógł powstrzymać swoich emocji i niecierpliwości.

Silny i zwalisty Tragarz. Facet o sile byka i rozumie dziecka. Od zawsze słabujący na umyśle, ale silny.

Sprawdzający swoich legionistów Centurion. Domyślał się kilku puzzli w układace, stąd jego mina była cokolwiek ponura. Był jednak lojalny. Albo nie wiedział jeszcze co robić.

Siedzący w cieniu i popijający wodę z bukłaka Regent. Otoczony przez swoich ludzi uważnie obserwował całą karawanę. Część ekspedycji to byli jego agenci, miał więc poczucie kontroli. Dalej jednak był czujny.

Siedząca na nieodległym murku i przytulona do siebie para zakochanych. Dama, oraz Garncarz. Nie widzieli świata poza sobą. Czuli się w końcu bezpieczni, bo za chwilę mieliśmy wyruszać.

Siedząca już na swoim ośle Kapłanka. W ręku trzymała jeden ze zwojów, które przechodziły z matki na córkę. O jej chorobie alkoholowej świadczyły drżące ręce i pełen bukłak wiszący przy siodle.

Siedmiu wybranych. Siedmiu skazanych. Siedmiu potrzebnych.

Byliśmy gotowi. Znaczy, ja byłem.

Oni?

Nie.

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………………….

 

Trzęsie.

Gorąco.

Wspominałem już, że nie lubię wielbłądów?

 

Nie powinienem jednak marudzić. Wszystko bowiem szło po mojej myśli. No, prawie, biorąc pod uwagę, że muszę jeszcze zdobyć zaufanie naszego Regenta, bądź jego ogniwa. Tymczasem odwróciłem się w siodle i spojrzałem na naszą karawanę. Miała w sobie coś urokliwego, nieuchwytnego. Sznur ciągnących się przez pustynię wielbłądów, wozów, tragarzy oraz poganiaczy w kolorowych szatach, wykrzykujących gardłowym głosem komendy, i wymachujących krótkimi biczami. Podróż była uspokajająca. Wykorzystałem ten czas, po raz pierwszy w życiu, na spokojną obserwację i nawet! Nawet próbowałem się cieszyć chwilą. Od rozpoczęcia podróży minął już tydzień. Tydzień zaskakująco nudny. Przynajmniej dla mnie. Dla innych widok na wpół zrujnowanych wsi musiał być wstrząsający. Nawet te kilka, szczególnie obwarowanych, robiło wrażenie nędzy i rozpaczy. Nie tylko mnie to nie zdziwiło, podobnież spokojnie zareagował Centurion oraz nasz Magister. Im się nie dziwię. Kapłance też – w momencie kiedy po raz pierwszy przekraczaliśmy zrujnowaną bramę, by odpocząć w cieniu pustej chaty i znaleźć ukojenie od wszechobecnego wiatru i piasku, była tak urżnięta, że gdyby nie młody Kopacz, to spadła by z osła jak kamień w studni.

Tragarz był kretynem, więc nie zwracał uwagi na takie rzeczy. Młody, podobnie jak inni kopacze, także przywykł do widoków pobielałych kości oraz krzyży z których smętnie zwisały szkielety. Ot, bandyci. Zdarza się.

Najbardziej ciekaw byłem reakcji naszej zakochanej pary, planującej spędzić szczęśliwe życie w jednej z takich osad. Oczywiście nie mogłem na to pozwolić – musieli dotrzeć ze mną do świątyni. Ku mojemu zdziwieniu – ona przyjęła to lepiej niż on. Zbladła, to prawda. Mało co nie zemdlała, to prawda. Ale nie próbowała zwymiotować do studni jak on. Na szczęście szybkie podłożenie nogi w wykonaniu naszego Kopacza sprawiło, że wyrzygał się obok. Całe szczęście. Delikatny chłopak. Zmumifikowana sterta szczątków nim wstrząsnęła. A może to krzyże? Nie ważne. Ważne, że mogłem zacząć działać. Kiedy, wciąż nieco rozstrzęsieni, usiedli w cieniu niewielkiego murku, możliwie jak najdalej od zwłok, podszedłem z bukłakiem wina.

– Dziękuję – odparł wreszcie Garncarz, odejmując bukłak od ust.

-Pierwszy raz za miastem, z tego co widzę – odparłem.

-Tak, nie było jeszcze okazji – odparła nasza Dama, elegancka w mowie, nawet na pustkowiach.

-Nie spodobał się widok? – stwierdziłem, wskazując głową na krzyże.

-Czy…czy to normalne tutaj? – zapytała.

-Normalne? Co: normalne? – odpowiedziałem uprzejmie pytaniem na pytanie – Krzyże? Czy może zniszczenie osady? A może to ognisko, z resztkami obgryzionych ludzkich kości?

-Wszystko – wyszeptała blada Dama. Widocznie nie zauważyła tego ostatniego.

-Czy coś nam grozi? Dlaczego nam pan nie powiedział? – odparł gwałtownie jej ukochany.

-Spokojnie, powoli – odparłem unosząc rękę – już odpowiadam.

Popędliwy gówniarz.

-Zacznijmy od ostatniego pytania: nie, nic nam nie grozi. Naszej wyprawie towarzyszy przeszło czterdziestu legionistów, a każdy uczestnik karawany to weteran, i zaprawiony wojownik – inni nie przeżywają w tym biznesie długo. W efekcie, żeby nam zaszkodzić, wszyscy lokalni bandyci musieli by się zjednoczyć, a to niemożliwe, bo stanowią różnorodny przekrój grup, z resztą też nie bardzo mają na to czas. Część band to zwykli bandyci, dezerterzy, zbiegli niewolnicy, wygnańcy. Robią co muszą by przetrwać. Tacy nie rujnują wsi – nigdy. Wiedzą, że bez osad nie mają szans na przeżycie. Często nawet dogadują się z wioskami, i za "haracz" czy też "opłatę" chronią je – traktują jak swój teren. Kolejna grupa, to nomadzi. Nie są po prostu bandytami – napady i rabunki traktują jako dodatek, urozmaicenie. Żadna z tych grup nie urządziła tego – machnąłem ręką– tutaj byli kultyści.

-Jacy kultyści? – Zapytała Dama, otwierając szeroko oczy.

-A różni. Tutaj to chyba sprawka Martuzjan. Martuzjanie to świry, którym ubzdurało się, że Primes Magistri Martuus był tak naprawdę bogiem śmierci, i że nigdy nie umarł, wrócił tylko do piekieł, i tam, siedząc na tronie z kości, przyjmuje składane im ofiary z ludzi. Wierzą, że im więcej wysłanych mu dusz, tym więcej energii, z której Martuus może korzystać. Dzięki czemu ma pewnego dnia wrócić, wynieść swoich wyznawców na piedestał, i rozpocząć nową epokę w dziejach Cesarstwa. Są też kanibalami – wierzą, że mała cząstka duszy zostaje po skonsumowaniu w nich, czyniąc ich silniejszym. I tak, są też inne kulty. Gorsze. A czemu nie powiedziałem? Bo wszyscy to wiedzą.

Dobra, chyba nie mogą być już wyraźniej bladzi. Oczy zaraz im wyjdą z orbit. Przechodzimy do sedna.

-Dzieciaki – odparłem spokojnie – Pustkowia to nie miejsce dla was. Oazy i wioski to w najlepszym razie ciężka i znojna praca. W najgorszym… – wskazałem palcem na sterty kości.

-Posłuchajcie – rzekłem, wstając – dopóki trzymacie się karawany, jesteście absolutnie bezpieczni. Gwarantuję wam to. Ale radziłbym dojechać z nami do końca. Jeżeli wyprawa się powiedzie, nie tylko zyskamy fortunę, wrócimy jako bohaterowie. To na pewno ułatwi wam sprawę z rodzinami.

Długo patrzyli się na mnie bez słowa. Wreszcie spojrzeli na siebie. Nieśmiało, powoli, Ona złapała go za rękę, On zaś, wciąż blady, próbował się uśmiechnąć. Wreszcie spojrzał się na mnie. Kiwnął głową.

Załatwione.

 

Po za zniszczoną wioską nie mieliśmy wiele przygód. Teren, w miarę upływu czasu ulegał zmianie. Wreszcie ujrzeliśmy góry. Zbliżaliśmy się do celu naszej podróży. Jeszcze tylko kilka dni…tylko kilka dni. Już tylko. Ostatnie kilka dni.

 

Rozbiliśmy obóz niedaleko wejścia do jednej z dolin. Wcześniej rozdałem wszystkim ważniejszym uczestnikom kopię pełnego dziennika Serwitora 13. Poinstruowałem też o celu naszej wyprawy, i o możliwych niebezpieczeństwach. W raz z nastaniem wieczora, przy jednym z ognisk usiedli prawie wszyscy ważni uczestnicy. Także ci, którzy się za takich uważali, jak przywódca grupy Kopaczy, olbrzym z siwą brodą i batem przy pasie. Po cholerę mu ten bat?

Zanim przysiadłem się do ognia, poszukałem wzrokiem moich wybrańców. Młody Kopacz brylował wśród swoich, opowiadając o swoich przygodach. Wychodzi na to, że mimo młodego wieku, dzięki wrodzonej odwadze i masie szczęścia, widział już wiele, więcej niż większość kolegów. Albo był po prostu dobrym gawędziarzem. Nie uszła mojej uwadze cicha rozmowa Centuriona z Regentem. Czyżby coś kombinowali? Bardzo wątpię. Nie robili by tego tak otwarcie. Prędzej Magister chciał mnie tym sprowokować, wybadać. Nie zwracałem więc na nich uwagi. Młoda para siedziała wtulona do siebie, i w milczeniu wpatrywała się w ogień. Desperacko próbowali odgrodzić się od świata, chociażby na chwilkę. O tym jak bardzo, świadczyły ich zaciśnięte dłonie, jak gdyby bali się, że jedno nagle zniknie, zostawiając drugie same. Chciałbym móc ich zrozumieć. Ale nie mogłem, nie potrafiłem.

Moją uwagę przykuli siedzący w pewnym oddaleniu Tragarz oraz Kapłanka. Dziwne. Tragarz zazwyczaj siedział wśród swoich, którzy o niego dbali i nie daliby mu zginąć. Rzadki przypadek – imbecyl który przeżył więcej niż kilka lat. Co jeszcze dziwniejsze, Kapłanka była trzeźwa. No, prawie. Z ciekawości przysiadłem się na chwilę. Siedzieliśmy w milczeniu.

-Czy oni wiedzą? – odrzekła w pewnej chwili Kapłanka.

-Co mają wiedzieć? – zapytałem po chwili.

-Co ich spotka.

-A co ty wiesz, kochana, co ich spotka ?– zapytałem.

-No…-zawahała się.

-Kochanie – przerwałem jej – wszyscy jesteśmy pionkami w większej grze. Posłusznie przeskakujemy przez taką liczbę pól, jaka wypadnie na kości. Może ci się wydawać, że skoro wiesz nieco więcej niż inni, a na pewno tak ci się wydaje, to znaczy, że wiesz na jakie pole zostaniesz przesunięta. Może ci się nawet ubzdurało że to ja przestawiam pionki. Tak nie jest kochanie. I nie pytaj mnie więcej o takie rzeczy. Nie jesteś bardziej specjalna niż oni, tyle, że twoje zadanie jest inne.

Milczenie.

-Nie owijasz w bawełnę.

-A po co? Sprawy chylą się już ku końcowi. Trzysta lat starań wielu pokoleń. To zawsze była duża gra.

-A co potem? Przecież to nie będzie koniec?

-Ależ oczywiście, że nie. To będzie sam początek. Ale nie dla nas – powiedziałem to wstając. W tym momencie poczułem szarpnięcie za rękaw. Odwróciłem głowę. Ku mojemu zdziwieniu, ręka ta nie należała do Kapłanki. To był nasz poczciwy idiota. Ale zamiast zwyczajowego głupiego uśmiechu i lekko przymkniętych oczu, zobaczyłem poważne, skupione oblicze. W zazwyczaj pustych oczach tym razem błyszczała inteligencja .Zesztywniałem. Nie. Tego nie przewidziałem. Po chwili powiedział:

-Idą tu. Przygotuj się.

Po chwili jego chwyt zelżał, a oblicze wypogodziło się. Uśmiechnął się głupio. Złapałem go za ramiona i w skupieniu zacząłem się wpatrywać w tą nalaną tępą gębę. Nic. Nie ma śladu. Spojrzałem na Kapłankę. Ta, wpatrując się w ogień, spojrzała na mnie jedynie kątem oka. Spodziewałem się uśmiechu. Nie doczekałem się go jednak.

-Tak jak powiedziałeś. Wszyscy jesteśmy pionkami. A czy ty wiesz, na jakim polu teraz staniesz?

Nie było czasu na subtelności. Natychmiast postawiłem całą karawanę na nogi, kazałem im rozpalić więcej ognisk i przygotować do obrony. Zostałem oczywiście obrzucony gradem pytań. Po chwili stanął przede mną Centurion, Regent, oraz szef Kopaczy. Odpowiedziałem im krótko.

-Widma.

Oni nie zbledli. Oni zrobili się biali. Po chwili zareagowali. Każdy w inny sposób. Centurion po prostu kiwnął głową, po czym odszedł wykrzykując rozkazy. Wiedział, że nie mają one sensu, ale chodziło o zajęcie żołnierzy i odwrócenie ich uwagi ode mnie. Ja musiałem zniknąć na pustyni, o czym on dobrze wiedział. Trochę mnie znał.

Szef Kopaczy natychmiast zarzucił mnie pytaniami, w znacznej mierze negując to co powiedziałem. Zignorowałem go. Natomiast Regent spojrzał na odchodzącego Centuriona, po czym jego spojrzenie ponownie spoczęło na mnie. Centurion musiał mu coś powiedzieć. Zwrócił się więc do szefa grzebologów.

-Na miłość bogów, niech pan już tak nie trajkocze, tylko ogarnie swoich ludzi. Może i Widma, może i nie. Ostrożności nigdy za wiele.

Szef musiał się domyślać kim jest ten trzymający się dobrze starszy pan, albo po prostu spokojny ton przywrócił mu resztki rozsądku, ponieważ przerwał, spojrzał się na nas obu, po czym skinął głową i pobiegł w stronę głównego ogniska. Regent zaś odwrócił się w moją stronę. W tej chwili doceniłem starego władcę Marhaby i zrozumiałem dlaczego miasto jeszcze nie pogrążyło się w anarchii. Rzekł bowiem jedynie:

-Jest Pan pewny?

-Tak.

-Poradzi Pan sobie z nimi?

-Tak.

-Dobrze. Dopilnuję więc aby pozostali uznali to za fałszywy alarm. Powiedzmy, pijany tragarz coś zobaczył w zwidzie. Co nie zmienia faktu, że po powrocie musi pan odkryć karty. Wszystkie. Widma nie atakują ot tak.

Kiwnąłem jedynie głową, po czym skierowałem się w stronę pustynnych wydm. Po powrocie będę musiał ostatecznie zająć się Regentem. Trzeba będzie mu wyjawić tą część prawdy, którą bez namysłu łyknie. Wiązało się to z pewnym ryzykiem, ale nie miałem wyjścia. Widma to absolutnie nie przelewki. Tym bardziej, że najlepiej radzą sobie ze śpiącymi, przejmując nad nimi kontrolę. Gdyby nas zaskoczyły, prawdopodobnie oznaczało by to koniec. Cholera jasna, dać się zaskoczyć w takim momencie! Po latach starannych przygotowywań!

Nie cierpiałem tych stworzeń. Otaczała je, czarna niczym one same, tajemnica. Nikt nie wiedział czym są. Wiedziano jedynie, że pojawiły się po wojnie. Z rzadka można było je spotkać błąkające się po pustyni, nieco częściej w ruinach. Powszechnie się uważa, że stanowią jakiś uwolniony przez wojnę eksperyment, prowadzony przez któregoś z Primes. Na pewno nie uciekły z ośrodka Kveris. Nie zajmowała się takimi obrzydlistwami. Byłem tego pewien. Pozostają inni Primes. Albo ich oszalali słudzy.

Istniały też inne odpowiedzi – te bezpieczniejsze to efekt skażeń czy zaklęcia. Były też te mniej bezpieczne, związane z rzeczami których nie rozumiałem. Dawno temu, w starym, niesamowicie skomplikowanym i niestety mocno uszkodzonym traktacie, napisanym wkrótce po wojnie zapisano:

I złożył ofiarę z tysiąca owiec, setki byków, oraz czterdziestu ludzi. I odpowiedź swą otrzymał. Drzwi zostały otworzone, a wylał się z nich mrok. Umowa z istotami nie będącymi częścią naszej rzeczywistości została wypełniona. Lecz ich pojmowanie świata było inne. Mag skonał w cierpieniach, a jego dusza została na zawsze wyrwana z tego planu. Lecz brama została.

Cały zapis był cholernie alegoryczny i momentami wręcz nieczytelny. Ofiara z tysiąca owiec, byków i ludzi? Brzmiało to jak kapłański bełkot. Osobiście podejrzewałem, że chodziło po prostu o eksperymenty. Gorzej, że wzmianka o innej rzeczywistości, prawdopodobnie nie jest bełkotem. A to źle. Nie bez powodu za próby grzebania w innych wymiarach czy rzeczywistościach karano śmiercią, poprzedzona torturami. Nie było większej zbrodni. Pierwsza zasada magii: nigdy nie zajmuj się czymś, czego do końca nie rozumiesz.

Widma nie miały jednolitego kształtu. Czasem były plamą czerni, czasem cieniem, mgłą. Nikt nie wiedział nawet czy żyły, czy były tylko echem, pozostałością po czymś więcej. Nie dysponowały pojmowanym przez nas rozumem. Były całkowicie niepoczytalne i nielogiczne. Ale można było z nimi walczyć. Trzeba było tylko wiedzieć jak. Ja wiedziałem, ale prawdopodobnie byłem jedynym w Ostatniej Prowincji, który znał skuteczne metody na odpędzenie ich. Nawet ja nie miałem szans na zniszczenie Widm.

Stałem na wzgórzu, czekając, aż ogarnie mnie nadciągająca ciemność. Kiedy tylko chmura zaczęła sie zbliżać, wyciągnąłem niewielką latarenkę, wykonaną z dawno zapomnianych materiałów, oraz szkła. Był to jeden z artefaktów ery magów. Po pstryknięciu lampka zaczęła się żarzyć jasnym, przenikliwym światłem, przechodzącym w błękit. Po chwili niebo zostało zalane czernią, a jedynym jasnym punktem stała się lampka. Widma otoczyły mnie, ale nie miały odwagi podejść bliżej. Ciemność kotłowała się i bulgotała, jednakże byłem bezpieczny. Jeszcze. Czas na mój ruch. Podniosłem artefakt wysoko w górę, po czym z kieszeni wyjąłem kolejny.

-Wiecie co to jest – krzyknąłem, wymachując niewielkim cylindrycznym tubusem. Był to kolejny z cudów dawnej ery – przedmiot, który po naciśnięciu wydawał z siebie przerażający, wwiercający się w mózg dźwięk. Dźwięk pozbawiający przytomności, a nawet zmysłów. Nie chciałem go używać. O, nie dlatego, że coś mogło mi się stać, bynajmniej. Po prostu dźwięk dotarłby do karawany, i nawet znacznie osłabiony, mógł wywołać panikę. A potrzebowałem ich żywych i zdrowych, a nie biegających po pustyni jak kurczaki w zagrodzie.

Ciemność wokół mnie zafalowała, jakby w wahaniu. Szalony, pchany jedynie żądzą pożerania byt nie był do końca przekonany do odwrotu. Zdjąłem więc soczewki. Do kolorów czerni i bladego błękitu dołączył trzeci. Karmazyn.

-POWIEDZIAŁEM, WON – krzyknąłem martwym, sztucznym głosem. Swoim prawdziwym, pragnąłbym dodać.

O zaraza, ale ja mam paskudny głos. Dobrze, że nie mam przy sobie lusterka. Oczy przy tym makijażu wyglądają pewnie jak u królika.

Chmura zakotłowała się, niczym smoła w kotle. W dalszym ciągu jednak nie przejawiała chęci do odwrotu. Nagle z atramentowej czerni wylała się, niczym atrament na pergamin, plama. Aha. Widmo dominujące. Znaczy, trafiłem na stado. Cholera. Plama zaczęła się wyraźnie zbliżać w moją stronę. Przystanęła po chwili i zaczęła się we mnie wpatrywać. Chyba. Nie jestem znawcą plam po atramencie.

Oprócz granatu zostało mi tylko jedno. Zacząłem zdejmować z siebie makijaż. Co prawda trudno się to robi jedną ręką, ale nie miałem wyboru. W momencie gdy zaczęła się odsłaniać moja skóra, czerń zaczęła się cofać. W pewnym momencie zadygotała…i ot tak uciekła. Psiakrew, mogła by trochę wcześniej, teraz miałem całą twarz odsłoniętą. No nic, i tak czekała mnie rozmowa z Regentem. Na razie muszę ją zasłonić.

Nie wiedziałem, czy pokazanie mojej twarzy spełni swoje zadanie. Granat był tutaj pewniejszą opcją, musiałem jednak spróbować. Chodziło o prosty mechanizm: byłem jedyny w swoim rodzaju – dla Widma byłem całkowicie obcy, tak jak one były obce dla ludzi. Nie znały mnie, ale liczyłem, że w tym szaleństwie coś dla odmiany zaskoczy. I zaskoczyło. Wszystkie elementy – lampka, granat, oraz ja, sprawiły, że Widma postanowiły się wycofać. Nie wiem, czy był to efekt strachu, bo czy one w ogóle czują strach?

Po przygotowaniu się po spotkaniu z Widmami, skierowałem się w stronę karawany. Musiałem jednak trochę odczekać, aż zejdzie z nich napięcie i odwołają alarm. Nagłe wyłanianie się z mroku było by nieprzemyślane. Za dużo pytań. Kiedy już się trochę uspokoiło, zawinąłem swoją twarz i wkradłem się do karawany.

Po wślizgnięciu się z powrotem razem z Regentem przedstawiliśmy historyjkę uwiarygodniającą bajki o fałszywym alarmie. Nawet Regent znalazł jakiegoś ochotnika który się przyznał. Został oczywiście ukarany, ale nie wątpię, że nasz Magister Officium wynagrodził mu to. Pozostały dwie kwestie. Regent i Kapłanka. Postanowiłem natychmiast je załatwić.

Szarpnąłem staruszka za rękaw. Spojrzał się na mnie. Skinąłem głową. Kiedy cała karawana układała się do przerwanego snu, my udaliśmy się na pustynię, by na osobności porozmawiać. Kiedy odeszliśmy już wystarczającą odległość od karawany, pan Marhaby odwrócił się w moją stronę. Uniósł brew. Co pewnie znaczy "zaczynaj".

Nie zamierzałem sprzedawać mu żadnych bajek, kluczyć i kombinować. Niech sam zobaczy. Powoli, zacząłem odwijać turban, jakim się stała moja głowa. Kiedy spadł ostatni fragment materiału, ustawiłem się tak, by padające od strony karawany światło ognisk dokładnie oświetlało moją twarz.

Patrzył na mnie długo, bez słowa. Po chwili, niepewnie, jakby z wahaniem, uniósł dłoń, by tuż przed dotknięciem mojej twarzy cofnąć ją niepewnie. Kiwnąłem głową. Poczułem dotyk. Wreszcie stary przestał się krępować i zaczął bez wahania obmacywać moją gębę. Kiedy przestał, zaczął się śmiać.

-Nie do wiary– zaczął kręcić głową – legendy kręcą się wśród nas. Nie do wiary. Jest pan personifikacją mnóstwa legend, i żywym spadkobiercą czasów sprzed Wojny.

-Oj dobra tam – machnąłem ręką. Zdziwił mnie niebywały entuzjazm starego. Oczy świeciły się jak u dziecka. Nie udawał. Chyba.

– Żadne "oj tam". Sama pana obecność wyjaśnia mnóstwo spraw. Aczkolwiek nie wszystko. Odpowie pan na moje pytania?

-Odpowiem, pod warunkiem, że będą się wiązać z naszą wyprawą.

-Wystarczy – kiwnął głową.

-W takim razie słucham.

Pierwsze pytanie prosto z mostu:

-Czy Primes Magistri Kveris żyje?

Zastanowiłem się nad odpowiedzią.

-Nie wiem. Następne pytanie.

Milczenie.

-Jak to…pan nie wie? Obiecał pan odpowiedzieć na moje pytania!

-Toteż odpowiadam. Nie umiem na nie odpowiedzieć. Nie jestem wszechwiedzący, ani też nie byłem świadkiem walki Primes z innymi magami. Wszelkie dzienniki na ten temat milczą.

Popatrzył na mnie bez słowa. Kontynuowałem.

-Jest tylko jeden sposób by się dowiedzieć. Musimy otworzyć główną komnatę. A do tego potrzebujemy krwi. Krwi z żył potomków personelu "Wielkiej Świątyni." Siedmiu potomków.

Kłamałem jak z nut. Prawda, potrzebowałem krwi. Ale nie do otwarcia komnaty, ta bowiem nie była zamknięta.

-Co pan rozumie przez "potrzebujemy krwi"?– Zapytał stary, unosząc brwi.

I znowu. Nauczyłem się ładnie kłamać przez te lata.

-Chodzi o identyfikacje. Niezbędna jest jedynie kropla, by kryształy mogły ją rozpoznać. Wtedy będę mógł wejść do głównej komnaty i uruchomić zasilanie. Co oznacza wyłączenie zabezpieczeń. Golemy i konstrukty zostaną wyłączone. Wtedy ośrodek jest nasz.

-Rozumiem. A jaki jest pański cel?

Wzruszyłem ramionami.

-Jeżeli o mnie chodzi, to możecie sobie zrobić z świątynią co tylko chcecie. Złupić, zabrać magiczne artefakty, dokumenty. W pańskich rękach raczej nie pójdą na zatracenie. W końcu, obiecałem panu uratowanie świata – dodałem z krzywym uśmiechem.

-Ja natomiast – kontynuowałem– tak naprawdę to chcę tylko jednego.

-Tak?

Popatrzyłem hen daleko, w góry, tam gdzie znajduje się ośrodek.

-Ja tylko chcę wiedzieć, co się z nią stało.

Nie kłamałem. Naprawdę chciałem wiedzieć, co dokładnie ją spotkało. Tylko, że nie miałem na to szans. Ale nie zamierzałem tego mówić.

-Czy rozwiałem Pana wątpliwości?

Stary zastanowił się chwilkę, po czym spojrzał w moje oczy. Nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę, że zdjąłem kamuflujące szkła.

-Jeszcze tylko jedno pytanie. Nie związane z celem naszej podróży.

Westchnąłem i przewróciłem oczami. Wiedziałem o co zapyta.

-Niech będzie.

-Największa tajemnica magów. Największa tajemnica potęgi Cearstwa. Znaliśmy odpowiedź na to pytanie. Ale minęły wieki. I jedyne co teraz mamy to rozmyty obraz. Ale pan wie. Musi wiedzieć.

-Jaka jest prawdziwa natura magii? – uprzedziłem pytanie.

Skinięcie głową.

Westchnąłem po raz drugi

-Nie potrafię tego w was zrozumieć – odrzekłem po jakimś czasie – kategoryzujecie i wykluczacie. Nie można pewnych procesów po prostu zaszufladkować, podzielić, czy przeniknąć ich natury. One po prostu są. Te procesy są niczym fala światła. A wy – ludzie, jesteście jak lustro. Światło po uderzeniu w lustro może ulec załamaniu, rozproszeniu, odbiciu. Tak samo wy zaburzacie, ze względu na wasze skażone subiektywizmem podejście, naturę zjawisk. I wykłócacie się– czy magia, czyli moc opierająca się waszemu rozumowi, dokonująca rzeczy których człowiek nie potrafi, była w posiadaniu Primes i Imperium. Czy może jednak wszystkie cuda były zasługą ludzkiego umysłu? Tylko wy utraciliście wiedzę? A ja pytam – dlaczego wykluczacie? Dlaczego nie jedno i drugie?

Zapiekliłem się. Zacząłem mówić coraz intensywniej, natomiast mój rozmówca sztywniał, i malał.

-Magia to jedno z niewyjaśnionych praw naszego świata. Ale nawet jeżeli niewyjaśnione, to wciąż możliwe do wykorzystania. I to robili Primes. Opracowali technologię, efekt pracy ludzkiego rozumu, w celu ujarzmienia tej energii. A następnie na bazie tej technologii, jak by bokiem, powstawały rzeczy które wymagały coraz mniej magii. Aż nadszedł czas, kiedy pojawiła się gałąź nauki, która bazowała jedynie na poznanych prawach świata. Ale główne źródło nauki – ta nieznana wam energia, pozostała. Dalej nieujarzmiona do końca. Dalej nie zrozumiana. I dalej wykorzystywana. A to, że nawet najpotężniejsi z Primes, nie potrafili przeniknąć jej tajemnic? Nie wiem skąd się wzięły wielbłądy, ani po co. Ale wiem, że mogę na tym bydlaku przemierzyć pustynię. Po wojnie jednak, wy, jako potomkowie Imperium, nie tylko nie wiecie skąd się wzięły wielbłądy, ani po co. Nawet nie wiecie jak na nie wsiąść. Ba, jak na złość wszystkie akurat gdzieś spierdoliły. Ale to nie znaczy, że nie istnieją. Nie jesteście pępkiem świata. Wasza negacja nie wymazuje obecności rzeczy.

-A co my możemy? – stary rozłożył jedynie bezradnie ręce, moja odpowiedź go przytłoczyła i zdumiała – nie ma wśród nas ludzi z talentem, nikt nie dysponuje mocą dawnych magów. Co mamy zrobić?

-To akurat proste -odparłem, odwracając się plecami, i kierując w stronę karawany. Odwracając głowę odpowiedziałem jedynie -

-Znajdźcie wielbłądy.

Stary milczał, stropiony. Po chwili ruszył za mną. Nie zadawał już głupich pytań.

I tak bym na nie więcej nie odpowiedział.

 

Od momentu napotkania Widm, spokojna dotychczas podróż przestała już taka być. Do Centuriona docierały informacje od swoich legionistów, że po okolicznych wydmach kręcą się zwiadowcy i podejrzani przybysze. Przez kilka godzin łudziłem się, dopóki nie przyniesiono nam jednego z nich, zabitego przez naszych balistiarii – kuszników. Wespół z Centurionem zaczęliśmy przeszukiwać ciało.

-To koczownik. Beduin. – odparł po chwili olbrzym.

Skrzywiłem się. Jedyna rzecz na którą nie miałem wpływu, to właśnie nieprzewidywalni koczownicy. Spojrzałem na szyję trupa. Po chwili trzymałem w ręku naszyjnik z symbolem. Bardzo charakterystycznym.

-Kurwa mać! – krzyknąłem rzucając naszyjnik w piasek.

-Co jest? – zapytał zdezorientowany Centurion. Po chwili spojrzał na leżący w piasku naszyjnik. Zdrętwiał.

-Ahemenejowie? Tutaj?

-Tutaj – burknąłem – musieli mieć ludzi w Marhabie, przez to nas namierzyli.

-Czyli będzie bitwa – tamten popatrzył się na mnie w niemym oczekiwaniu.

-Będzie bitwa – kiwnąłem ponuro – i to krwawa.

 

Zanim Cesarstwo stało się jedynie krwawym wspomnieniem, południowa prowincja nie należała do najspokojniejszych. Na rozciągającej się na południu pustyni znajdowały się liczne plemiona, od niepamiętnych czasów zamieszkujących te tereny. Zajmowały się pasterstwem, korzystając z szeregu osad. Zniszczenia oraz upadek Imperium nie zaszkodził im zbytnio. Owszem, tereny które uprzednio zajmowali stały się praktycznie nie do życia. Podążyli zatem na północ, na nową pustynię. Lokalna rolnicza ludność zaś przeniosła się na północ od Marhaby, zajmując wciąż nadające się do uprawy tereny. Po środku zaś tkwiła sama Marhaba. Na południu nieliczne małe osady zajmowały się rzemiosłem oraz handlem, dostarczając pustynnym plemionom te towary, o które było trudno. Ci zaś handlowali trzodą, wielbłądami, oraz niewolnikami. To ostatnie było dla wielu pozytywnym zjawiskiem – o ile na północy człowieka było znaleźć łatwiej, to właśnie w szerokie przestrzenie pustyni wtapiali się wszelkiej maści kultyści i kanibale. Mieli też inny powód – dawne kompleksy i świątynie, których gęsta sieć niegdyś oplatała południe. Większość plemion traktowała ich jak muchy, nie zawracając sobie nimi uwagi. Ahemenejowie do tej grupy plemion zdecydowanie nie należeli. Cóż, byli w końcu ulubieńcami Kveris. Krążyły nawet plotki, dementowane już w starożytności, że miała się właśnie wywodzić z tego plemienia. Powszechnie uważa się to za bzdurę. Ja uważam podobnie. Nie mniej jednak zażyłe stosunki między Primes a nomadami były prawdą – z Ahemenejów rekrutowała się nawet jej osobista gwardia. Ahemenejowie po katastrofie zaczęli uważać Kveris nie tylko za swoją matkę, ale także za boginię. W związku z tym z fanatycznym oddaniem strzegli znanych im kompleksów i placówek, uważając je za święte. Nie chcę wiedzieć jak bardzo oburzyła ich wieść o naszej wyprawie…. Miałem nadzieję, że ich uprzedzimy. Niestety, byliśmy za bardzo opieszali.

Zaalarmowani i gotowi do walki ruszyliśmy dalej. Przez następną dobę mieliśmy względny spokój. Dopiero gdy zbliżaliśmy się do wejścia w dolinę ujrzeliśmy naszych przeciwników. Nasz wróg czekał spokojnie aż podejdziemy na stosowną odległość. Nie podejrzewałem Ahemenejów o zasadzkę, byli na to za honorowi. Za głupi. Planowali się zmierzyć w otwartej bitwie.

Dalszą drogę w głąb doliny blokował stojący oddział pieszych włóczników. Szybka kalkulacja pozwoliła mi zauważyć, że ciężkie czasy dotknęły także plemiona. Oddział liczył zaledwie sześdziesięciu wojowników. Nie należało ich jednak lekceważyć – w przeciwieństwie do innych grup, ci walczyli zdyscyplinowanie, jako zwarty oddział. Każdy z wojowników miał długą hasta – włócznię, oraz podłużną tarczę, charakterystyczną dla plemion. Większość jako ochronne uzbrojenie głowy posiadała tylko gruby materiałowy turban, pierwsza linia jednak posiadała charakterystyczne dla naszych legionistów hełmy z nosalem. Pod ubraniem dostrzegłem kolczugi. Na szczęście nie towarzyszyli im łucznicy ani procarze. Za to z boku stała jazda.

Wielbłąd co prawda jest średnio spisującym się bojowym wierzchowcem, ale ludzie pustyni byli ostatnią rzeczą którą zamierzałem lekceważyć. Dwudziestu jeźdźców uzbrojonych we włócznie i tarcze stanowiło poważne zagrożenie, zwłaszcza, że nie mieliśmy własnej jeźdźców

Tak jak wcześniej uzgodniliśmy, zebraliśmy wszystkich legionistów i część ochrony karawany, zostawiając jedynie niewielką grupkę w razie niespodziewanego ataku. Siły pod względem liczebnym były wyrównane – dysponowaliśmy czterema dziesiątkami legionistów i drugim tyle strażników. Uzbrojenie ochrony było różnorodne – to co mnie niepokoiło, to fakt, że nie walczyli nigdy wcześniej jako zwarty oddział. Każdy z nich był weteranem, lecz byli indywidualistami, przyzwyczajonymi do walki ze złodziejami, czy obrony przed niewielkimi grupkami świrów czy bandytów. Widać to było w ich wyposażeniu – długie miecze, czasem duże tarcze i krótkie gladiusy, część zaś preferowała uzbrojenie rodem z gladiatorskich aren – sieci i trójzęby do tego płytowe ochrony naramienników. Niewielu miało kolczugi czy hełmy. Po namyśle Centurion rozdzielił strażników na dwa mniejsze oddziały, które miały stać po bokach naszej pancernej pięści – legionistów. Widać, nie spodziewał się, że karawaniarze utrzymają się w dłuższej potyczce – nie byli do tego wyszkoleni. Na czele tych dwóch oddziałów umieścił swoich zaufanych ludzi – mieli elastycznie reagować na zagrożenie i odpowiednio kierować swoimi siłami. Miało to niebagatelne znaczenie w przypadku jazdy.

Najwięcej nadziei pokładałem w legionistach. Od chwili wyruszenia z Marhaby wiedziałem, że to nie byli zwykli żołnierze. Widać to było w ich uzbrojeniu – wszyscy wyposażeni byli w tradycyjne, stosowane jeszcze przez wojsko Cesarstwa, duże tarcze. W przeciwieństwie do innych żołnierzy z Legionu, ci nie nosili długich mieczy, tylko klasyczne gladiusy. Każdy z nich też zamiast prostego hełmu z nosalem, posiadał drogą galeę, chroniącą także policzki i kark. Kiedy inni legioniści często nie mieli pancerza, tutaj wszyscy posiadali charakterystyczne dla późnego Cesarstwa kolczugi. Słowem: to był oddział jak za starych dobrych czasów. Możliwe, że jedyny taki.

Po przygotowaniu, oddziały stanęły w szyku, my zaś, z Centurionem oraz eskortą, wyszliśmy naprzeciw. Po chwili podjechało do nas kilku jeźdźców.

-Wiemy po co tu jesteście – rzekł zamiast przywitania wysoki czarnoskóry mężczyzna, owinięty turbanem.

-Co w związku z tym? – zapytałem nonszalancko.

-Odejdźcie. To święte ziemie.

-Nie odejdziemy. Powiem więcej, pójdziemy dalej, prosto do Wielkiej Świątyni.

Cisza.

-Zginiecie tutaj – odparł mój wyjątkowo małomówny rozmówca.

-O nie przyjacielu – odparłem, wyjmując chowany pod tuniką naszyjnik, z charakterystycznym grawerowanym dyskiem. Rozszerzone oczy jeźdźca powiedziały mi, że wiedział co to jest.

-Nie masz prawa! – zaczął krzyczeć – opuścili…

-Dosyć tego dobrego – powiedziałem gdy tamten zaczął krzyczeć. W tej samej chwili, płynnym ruchem rzuciłem w niego ukrytym wcześniej w rękawie nożem. Trafiłem prosto w oko. Mój rozmówca natychmiast zalał się krwią po czym zwalił się na ziemię. Po chwili dołączył do niego jego towarzysz, z tego samego powodu. Trzeci jeździec spiął wielbłąda i rzucił się do ucieczki. Po kilku metrach w jego plecach utkwił trzeci nóż. Krótką chwilę milczenia przerwał Centurion:

-Na przyszłość ostrzegaj mnie o takich rzeczach.

-Oczywiście – powiedziałem, wyjmując nóż z pleców ostatniego jeźdźca. Po chwili podszedłem do olbrzyma i poklepałem przyjaźnie po ramieniu – już tylko siedemnastu.

Wróciliśmy bez słowa. Kiedy tylko stanęliśmy na pozycji, ujrzeliśmy szybko zbliżający się las włóczni. A jednak, wkurzyłem ich, ale nie na tyle, by rzucili się do bezładnego ataku. Trudno. I tak mamy kilka niespodzianek.

120 metrów.

-Balistiarii!- krzyknął Centurion. Po chwili ostatni rząd legionistów – wyposażonych w ręczne kusze – rozpoczął ostrzał zbliżających się włóczników. Jeźdźcy póki co trzymali się z dala. Flankujący nas strażnicy odsunęli się nieco do tyłu i w bok. Tymczasem włócznicy wyraźnie przyśpieszyli, kiedy pierwsze bełty zaczęły wbijać się w tarcze. Po chwili upadł pierwszy wojownik. Potem drugi i trzeci. Mało. Za mało.

60 metrów.

Na znak dowódcy kusznicy zaprzestali ostrzału i wyraźnie odsunęli się do tyłu. Po chwili zrozumiałem, że mieli obserwować wyraźnie zmierzającą na naszą prawą flankę jazdę.

30 metrów.

-Plumbata! – zakrzyknął ponownie Centurion. Każdy z legionistów płynnym ruchem wbił w ziemię gladius, po czym sięgnął do umocowanych w wewnętrznej stronie tarczy ciężkich strzał obciążonych ołowiem. Plumbata – odpowiedź legionistów na zanik pilum. Ciekawe rozwiązanie, sięgające czasów utworzenia Pierwszego Legionu. Po chwili na przeciwnika spadł deszcz strzał. Kolejni napastnicy upadli. Wciąż jednak linia włóczni niezachwianie parła do przodu.

15 metrów.

-Scutum! – ponownie padła komenda, poprzedzona tym razem gwizdkiem. W tej samej chwili legioniści ponownie chwycili za gladiusy, po czym zwarli tarcze, przygotowując się na przyjęcie impetu.

Po chwili dwa oddziały zderzyły się z sobą. Ze względu na swój pęd i długie włócznie, pierwsze ofiary bezpośredniego starcia padły po naszej stronie – jeden z legionistów upadł, gdy beduin wyciągnął grot włóczni z jego twarzy, drugi zaś z raną w boku cofnął na tyły. Widać było tutaj porządne szkolenie ludzi Centuriona – natychmiast w luki wbili się legioniści z drugiego szeregu, tak by ściana tarcz nie uległa rozerwaniu. W momencie gdy pierwszy impet zelżał, żołnierze z Pierwszego zaczęli metodycznie atakować włóczników. Starano się klinować włócznie między tarcze i łamać groty mieczami, lub korzystać z okazji i dokonywać błyskawicznych pchnięć. Impas trwał przez chwilę.Po chwili atak beduinów na moment zelżał – między walczącymi zaczęła tworzyć się niewielka przerwa. W tym momencie stojący obok mnie Centurion przyłożył do ust gwizdek. Na dany przez niego sygnał natychmiast drugi szereg zamienił się z pierwszym, tak, że nie zmęczeni żołnierze przejęli bój. Byłem pod wrażeniem wyszkolenia – robili to niemal jak na ćwiczeniach.

Kolejny gwizdek. Tym razem oddział ruszył wyraźnie do ataku, powoli i metodycznie spychając do tyłu koczowników. Naglę dostrzegłem ruch z prawej strony. Zaklnąłem wyraźnie. Między wyraźnie wysuniętymi legionistami a stojącym na flance oddziale straży była duża luka. Luka w którą zmierzali z głośnym okrzykiem jeźdźcy. Jeżeli wbiją się w bok…

Trzy szybkie gwizdy. Nagle lewa flanka zaczęła biec. Zamierzali zapewne zaatakować z boku zmuszonych do defensywy włóczników. Kolejne dwa gwizdy. Tym razem jęknęły cięciwy kusz. I kolejna seria gwizdów. Oddział z prawej flanki ruszył do boju. Zaraz…..

Drgnąłem po czym przyjrzałem się wyraźnie wyposażeniu strażników z pierwszego szeregu. Zacząłem się śmiać. Każdy z nich był opatulony na beduińska modłę, tak, że nie było widać ich wyposażenia. Ja jednak się domyśliłem co mają. Ryzykowna, ale interesująca decyzja.

Po chwili luka w którą mogli wbić się jeźdźcy wyraźnie zmalała. Nękani strzałami, nagle skręcili w lewo, wyraźnie kierując się w niewielki oddziałek na naszej prawej flance. Zapewne zamierzali się przebić i zaatakować kuszników. Wtedy faktycznie mielibyśmy nielichy problem.

Kiedy tylko dosiadający wielbłądów, z głośnymi okrzykami na ustach, zbliżyli się na odpowiedni dystans, w ich stronę pofrunęły zręcznie rzucone sieci. No tak. Każdy z rzucających doskonale wiedział jak się nią posługiwać, część bowiem nie tylko pracowała jako strażnicy karawan. Czasem dorabiali też jako łowcy zbiegów i niewolników. A pędzący w ich stronę jeźdźcy byli doskonałymi celami. Ich ofiary zazwyczaj biegną w drugą stronę.

Prawie wszystkie rzucone sieci trafiły w cel. Atakujący rozsypali się w nieładzie – część spadła z wierzchowców, kilku utraciło władzę nad swoimi wielbłądami. Kilku zdezorientowanych, jadących z tyłu zaczęło wpadać na jeźdźców na przedzie. W ten popłoch wdarli się nasi wojownicy uzbrojeni w trójzęby oraz włócznie. Po chwili było już po wszystkim. Nie obyło się bez strat, ale taka walka zdecydowanie bardziej pasowała chłopakom, od starcia w szyku.

W tym czasie legioniści, wspierani przez atakujących z boku strażników osiągnęli wyraźną przewagę. Powoli, lecz nieubłaganie, topniała ilość koczowników. Po chwili kolejny gwizd. Dowódca prawej flanki zaczął wprowadzać porządek i właśnie zbliżali się z boku. Widząc zagładę swojej jazdy, i ryzykując walkę w okrążeniu, szeregi koczowników zaczęły wyraźnie się chwiać. Po chwili tylne rzędy pękły i pojedynczy wojownicy zaczęli rzucać się do ucieczki. Po chwili do ucieczki rzucili się wszyscy.

-No i po sprawie – mruknąłem z zadowoleniem. Centurion jedynie spojrzał na mnie nic nie mówiąc. Po chwili stanęliśmy na polu bitwy. Legioniści zaczęli ściągać swoich rannych i dobijać przeciwników, zaś strażnicy z entuzjazmem dobierali się do ciał, zabierając broń, buty i biżuterię.

Zacząłem oddychać głęboko, z przyjemnością wchłaniając zapach. O tak, czasy mojej służby w Legionie wspominam z sentymentem. Wtedy wszystko było prostsze. Po chwili dołączył do nas jeden z legionistów, który zaczął składać raport dowódcy. Nie przysłuchując się, leniwie przechadzałem po miejscu jatki.

-Mamy w sumie dziesięciu zabitych, oraz szesnastu rannych – rzekł podchodzący do mnie Centurion.

-Sporo, ale mogło być gorzej – skrzywiłem się.

-Tak, to byli dobrzy przeciwnicy.

-Teraz są jeszcze lepsi.

Uniesienie brwi.

-Bo martwi – odparłem, obdarzając go wyjątkowo paskudnym uśmiechem.

 

Ruszyliśmy dalej, stopniowo kierując się w górę, klucząc między dolinkami, i szukając drożnych ścieżek. O bliskości naszego celu świadczyły niewielkie zrujnowane kolumny, pełne dawnego, zapomnianego tekstu. Za każdym razem musieliśmy odciągać naszych Kopaczy od nich prawie siłą, Damę i Regenta z resztą też.. O tym, że zbliżamy się informowały nas strażnicze golemy ukradkiem obserwujące naszą karawanę. A właściwie informowały mnie, ponieważ żaden z uczestników ekspedycji nie zauważył naszych gospodarzy. Kopacze byli zajęci każdym kawałkiem kolumny, legioniści czujnie, ale daremnie obserwowali linię gór. Tragarze i poganiacze z każdym krokiem przybliżali nas do przeznaczenia. Mój wzrok spoczął na naszym idiocie. Przypomniałem sobie rozmowę z Kapłanką, sprzed kilku dni. Kiedy po rozmowie z Regentem, wreszcie udało mi się w spokoju nałożyć makijaż, wyruszyłem z zamiarem odnalezienia jej, i ewentualnego mało delikatnego obudzenia, gdyby spała. Nie spała jednak – siedziała w tym samym miejscu co ją zostawiłem. Usiadłem. Po chwili milczenia zapytałem:

-Czy on jest taki sam jak ty?

Cisza. Wpatrywała się w ogień. Na chwilę przed tym, jak miałem przejść do nieco mniej parlamentarnego słownictwa, odrzekła:

-I tak, i nie. Obecność w nim jest bardzo słaba. Ewidentnie nikt tego nie kontrolował, i nie wzmacniał. Wyczułam ledwie cienką nić, która teraz, po manifestacji, uległa zerwaniu. Jeżeli chciałeś nawiązać kontakt, to nie ma takiej szansy.

-Samodzielne, niekontrolowane wyodrębnienie? Szansa jedna na milion.

-A jednak – rzekła, patrząc na mnie – ktoś lub coś, nad tobą czuwa, panie.

Przeszły mnie dreszcze.

-Co mogło aktywować proces?

-Silne wspomnienie, skojarzenie. Mógł to być dotyk, znajomy teren, zapach.

Już wiedziałem. Moja ręka powędrowała do torby – znajdowała się tam róża, z którą się nie rozstawałem.

Błękitna róża z ogrodów Kveris. Niezapomniany, zawsze świeży, zapach.

Czy to znak, że Ona czuwa nade mną?

Dreszcze nie chciały przejść. Spojrzałem jeszcze raz na strażników. Idealnie wmontowane w skalne ściany golemy nie odwzajemniały mojego wzroku. Nawet nie wiem czy te modele w ogóle miały wzrok, czy oczy nie były jedynie atrapą. Ostatnie dni podróży uświadomiły mi, że wbrew wszystkiemu, jednak niewiele wiedziałem.

Po niezliczonych dniach kluczenia między dolinkami, prowadzona przeze mnie karawana wreszcie dotarła do najbardziej zewnętrznych obszarów ośrodka. Moje doskonałe rozeznanie w terenie niepomiernie zastanawiało co bardziej zorientowanych członków karawany, ale przecież nikt ośmielił by na głos wyrażać swoje wątpliwości. Dopóki obietnica skarbów i bogactwa była realna, dopóty słuchano mnie bez sprzeciwu.

Pierwszym znakiem, że dotarliśmy na miejsce, był fakt, że droga wcześniej wąska i pełna kamieni, stała się równym, szerokim i wyłożonym przyciętymi kamieniami traktem. Traktem w zaskakująco dobrym stanie. Następnie po dniu wygodnej wędrówki zobaczyliśmy pomniki. Ah słynna kamienna para, zapomniałem o nich całkowicie. Kiedy tylko dotarliśmy bliżej, zatrzymałem karawanę.

Po obu stronach traktu, stały dwie, olbrzymie statuy – kobiety, oraz mężczyzny. Kobieta, ubrana w chiton o antycznym kroju, trzymała w wyciągniętej ręce zwój. Mężczyzna, w todze z niezliczonymi inskrypcjami, trzymał w dłoni krótką różdżkę. Primes Elena i Primes Barbar – uznawani za założycieli magicznego bractwa.

-Czy to są…– wyrwało się jednemu ze zdumionych Kopaczy.

-Tak, to pierwsi Primes Magis Cesarstwa – Elena oraz Barbar – odparłem, odwracając wielbłąda w stronę karawany – a to znaczy, że jesteśmy prawie na miejscu.

Rzeźby były dowodem dawno zapomnianego kunsztu, którego nie można była doświadczyć w Marhabie. Dlatego pozwoliłem wyprawie na chwilę przerwy i kontemplacji, przy tych przykładach dawnej chwały. Tyle ich co się napatrzą, na cuda i dziwy na zewnątrz świątyni. Jednak niezwłocznie pogoniłem wyprawę, gdy tylko do moich uszu dotarły pierwsze, ukradkowe stwierdzenia, o możliwości skucia rzeźb i wywozie ich do miasta. Zwierzęta.

Antyczne statuy pełniły też inną rolę – były kolejną z linii bezpieczeństwa. W momencie gdy ośrodek zostanie postawiony w tryb gotowości (a taki aktualnie był) przejście przez wyznaczoną linię bez odpowiednich pełnomocnictw aktywowało kamienne golemy, które z gracją antycznej rzeźby miały rozpocząć anihilację. Na szczęście odpowiednie pozwolenie – w formie miedzianego dysku wiszącego na mojej szyi – posiadałem.

Zaledwie kilka klepsydr później droga zaprowadziła nas do wejścia na olbrzymi, zapełniony kolumnami i fontannami plac. Całość znajdowała się w niecce, otoczonej górami. To w tych górach znajdował się cały kompleks Primes Magistri. Między kolumnami znajdowały się wiecznie zielone drzewa i rośliny – palmy, daktylowce i inne, nawet te które uznane zostały za wymarłe. Za placem, znajdowało się wejście – olbrzymie żelazne wrota, na których widniał namalowany złotą farbą imperialny orzeł. Ani plac, ani wrota nie były jednak naszym celem – podwójne odrzwia były zamknięte, i żadna siła nie była w stanie ich otworzyć. Dlatego wstrzymałem karawanę. Nie było to łatwe – wszyscy aż się pchali na plac, pełen fontann tryskających świeżą wodą, oraz rzeźb i inskrypcji. Część była pozłacana.

Kopacze, ku mojej złości, uparli się. Chcieli byśmy rozbili obóz na placu, i wysłali mniejszą ekspedycję w pierwotne miejsce – czyli jedno z dawnych, tylnych wyjść ewakuacyjnych. Na daremnie ostrzegałem, że nie wyjdą z placu żywi. Wreszcie machnąłem ręką, gdy niewielka grupka wyrywnych kopaczy razem z ich siwym szefem oraz kilkoma tragarzami skierowała się na plac. Mała strata – żadne z wybrańców nie poszło za nimi. Cofnąłem karawanę na bezpieczną odległość, i kazałem Centurionowi postawić ludzi w gotowości. Mieli pilnować, by nikomu nic głupiego do głowy nie strzeliło. Popatrzył się na mnie, a po chwili kiwnął głową beznamiętnie. Domyślał się.

W momencie gdy grupka postawiła stopy na placu, mijając pierwsze pomniki, aktywowało się zabezpieczenie ośrodka. Osobiście zakładałem, że wścibscy ludzie zostaną zarżnięci przez pomniki brodatych żołnierzy. Ku mojemu zdziwieniu z piasku wyskoczyły konstrukty. Nie wiedziałem, że te mechanizmy były aktywne. Wielkie, żelazne pająki, z torsami legionistów, wskoczyły prosto w niczego nie spodziewających się Kopaczy, i za pomocą swoich ostrych jak brzytwy odnóż, rozpoczęły systematyczne krojenie na kawałki. Po chwili na placu leżały trudne do zidentyfikowania ochłapy. Cała karawana zesztywniała z grozy. Pająki jednak nie zwróciły na nas uwagi, i spokojnie wróciły w piaszczyste siedziby.

Nie było nic więcej do oglądania. Odwróciłem się plecami do miejsca rzezi i krzyknąłem:

-No. Popatrzyli? To jedziemy dalej. Czy może ktoś jeszcze ma coś do powiedzenia? Albo komuś się jeszcze chce samodzielnie odkrywać Wielką Świątynię? Proszę bardzo – machnąłem ręką w stronę placu. Reszta proszę za mną.

Odbiliśmy w boczną ścieżkę traktu, powoli obchodząc kompleks z boku. Po chwili podróży dołączył do mnie Centurion. Przez jakiś czas podróżowaliśmy w milczeniu. Po chwili usłyszałem:

-Czy mógłbyś więcej nie narażać naszych ludzi?

Naszych. Doprawdy, śmiechu warte. Nie mniej jednak odpowiedziałem:

-Tak. Możesz być pewien, że ani twoim ludziom, ani innym członkom ekspedycji nic nie grozi. Pamiętaj tylko by wyznaczyć swojego zastępcę, i odpowiednio go poinstruować.

Kiwnął głową.

-Pamiętam, pamiętam. Skąd ta troska? Myślałem, że to co się wydarzy po dotarciu do środka cię nie interesuje?

Skrzywiłem się. Dobrze myślał.

-Wręcz przeciwnie. Z ośrodka zamierzam wypuścić jedną osobę, tak jak jej obiecałem. Nawet ją wyposażę, w przedmioty i nasiona, dzięki czemu prowincja będzie miała szansę na przeżycie.

Przyglądał mi się bez słowa, a na jego twarzy powoli wpełzało niedowierzanie.

-Dlaczego? – zapytał jedynie.

Odwzajemniłem spojrzenie.

-Za kogo ty mnie masz, Centurionie? To, że nie jestem człowiekiem, nie znaczy, że jestem potworem.

To chyba było kłamstwo. Tak mi się wydaje. Nieważne.

Jechaliśmy dalej.

Pół dnia ponownego lawirowania na skalistej ścieżce doprowadziło nas do naszego celu. Wąskie przejście skalne pełne było reliefów, oraz schowanych we wnękach rzeźb. Tematyka niewiele się różniła od frontalnego wejścia – Primes Magis, triumfy, maszerujący żołnierze. Sztuka dawnego imperium, chociaż fantastyczna, była cokolwiek monotematyczna. Na końcu skalnego korytarza były niewielkie żelazne drzwi. Zatrzymałem karawanę na wolnym placu przed przejściem. Dalej mogli pójść tylko nieliczni. Po rozbiciu obozowiska zebrałem wszystkich. Czas na małe przemówienie.

Dziwne. Powinienem czuć…sam nie wiem. Podniecenie? Radość? Satysfakcję? Nie czułem. Czułem zmęczenie. Może to i lepiej. Lżej będzie.

-Dotarliśmy na miejsce – zacząłem – przed nami jedno z bocznych wejść do Wielkiej Świątyni. Podróż była długa i dosyć spokojna, ale dopiero teraz zacznie się najtrudniejsza część. Co innego bowiem znaleźć kompleks, a co innego wejść do niego i wrócić żywym. Jak napisano w pamiętniku Serwitora 13 – wyjąłem małą książeczkę – do środka mogą wyjść jedynie wybrańcy. Każdy z tu obecnych zostanie poddany sprawdzeniu – tłum zafalował, na kilku twarzach zauważyłem widoczny niepokój – lekcja z placu nie poszła na marne.

– Spokój – podniosłem rękę – nic wam nie będzie.

Odwróciłem się w stronę drzwi. Przy wejściu znajdował się niewielki postument, a na nim przymocowany był niewielki kryształ, z wyciętym miejscem na dłoń. Wskazałem na niego.

-Pojedynczo, każdy z was będzie podchodził do postumentu. Jeżeli zacznie błyszczeć, otworzą się drzwi. Macie wtedy nie zwlekać i przez nie przejść. Ci którzy tu zostaną, mają rozbić obóz. My natomiast – zaakcentowałem słowo "my" by wiedzieli, że i ja tam będę. Niech wiedzą, że wszystko jest w miarę pod kontrolą – zaczniemy eksplorować ośrodek. Jakieś pytania?

-Kto będzie dowodził? – zapytał jeden ze starszych poganiaczy. Spojrzałem na Centuriona.

-Dowodzić będzie najwyższy rangą niewybrany legionista – rzekł tamten – moi ludzie zostali odpowiednio poinstruowani na tą okazję.

-To wszystko. Życzę wam i sobie, powodzenia. A teraz ustawcie się.

-Idź pierwszy– zwróciłem się do Centuriona – dopilnujesz, żeby się grupa nie rozeszła po ośrodku.

Ten jedynie kiwnął głową, nie patrząc w moją stronę. Stanął następnie przy drzwiach, i obserwowany w napięciu przez niemal wszystkich, położył dłoń na krysztale. Po chwili ten zalśnił bielą. Żelazne wrota, skrzypiąc strasznie, przesunęły się by go wpuścić. Ich wolne zamykanie nie uszło uwadze innym, którzy zaczęli się oglądać, to na mnie, to na drzwi.

-Nawet nie próbujcie – mruknąłem zirytowany – mało wam sieczki przy głównym wejściu?

Wszyscy pokornie stanęli w kolejce. Nie było przy tym większych zaskoczeń. W przypadku moich wybrańców kryształ zapalał się raz jaśniej, raz słabiej, nie mniej jednak drzwi się otwierały. Reagowali różnie. Młody Kopacz aż podskoczył z emocji. Niby nie powinienem się dziwić. Chłopak sobie pewnie wyobrażał, że złapał bogów za nogi. Regent jedynie uśmiechnął się pod nosem i raźnym krokiem przekroczył drzwi. Skołowanego sytuacją Tragarza popchnęła Kapłanka, która po chwili przeszła lekko chwiejnym krokiem. Nie była pijana – kategorycznie zabroniłem jej chlać noc przed wejściem do kompleksu. To raczej pierwsze objawy odstawienia. Nasza zakochana para miała pewne opory przed odklejeniem się od siebie – pewnie bali się, że jedno z nich zostanie, ale po chwili przeszli do wnętrza kompleksu.

Nie było żadnych zaskoczeń. W jednym przypadku, o którym zresztą wiedziałem, w krysztale pojawiła się iskierka, by po chwili zniknąć. Drzwi pozostały zamknięte – rzeczony poganiacz miał w sobie zdecydowanie za małą domieszkę krwi. Ciekawe czy zdawał sobie sprawę, że był dalekim krewnym samego władcy Marhaby? Chyba nie.

Po chwili nadeszła moja kolej. Zostałem na końcu nie tylko by dopilnować wszystkiego, ale także dlatego, że w moim przypadku procedura jest nieco inna. Nie chciałem by moje…ofiary (wcześniej nie chciałem używać tego słowa) zorientowały się, że coś jest nie tak. A karawana przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. W chwili gdy podszedłem do drzwi, podniosłem wysoko do góry mój miedziany dysk, po czym powiedziałem wyraźnie:

-Serwitor numer 4 zgłasza się z powrotem do wydzielonej placówki badawczej Głównego Ośrodka Badawczego.

Drzwi otworzyły się z łoskotem.

Witamy w domu.

 

Kiedy stanąłem w zakurzonym niewielkim pomieszczeniu, pozostali już na mnie czekali. Kilku miało wystraszone miny. Regent zaś rozglądał się wokół z ciekawością. I nic dziwnego. Wnętrze kompleksu nie przypominało niczego z czym mieli okazję się dotychczas spotkać. O ile zewnętrzna fasada była z kamienia, tak we wnętrzu dominowała stal, beton oraz szkło. Światła dostarczały niewielkie, zamontowane na suficie kryształy.

-Fascynujące miejsce– odrzekł Regent, rozglądając się dookoła.

-Fortuna, to miejsce warte jest fortunę – odrzekł oszołomiony chłopak.

Dama tym czasem studiowała jedną z tabliczek, zamocowanych na ścianie.

-Dziwne – odparła – nie znam tego języka. To nie jest staroimperialny, ani żaden z dialektów.

-Nie, nie jest – potwierdziłem – to język zdecydowanie starszy.

Zaskoczona, odskoczyła jak poparzona i spojrzała się w moim kierunku. Ja jedynie uśmiechnąłem się, po czym skierowałem w głąb prowadzącego dalej w ośrodek korytarza.

-Zapraszam za mną – powiedziałem, odwracając się w stronę grupy. Po chwili ruszyli za mną.

Stalowe ściany korytarza wymalowane były w rozmaite kolorowe pasy i oznaczone językiem, którego nikt, po za mną, nie znał. W pewnym momencie lite ściany ustąpiły rozmieszczonym równolegle do siebie niewielkim pomieszczeniom. Do każdego z nich prowadziły stalowe przesuwane drzwi, natomiast wnętrza były doskonale widoczne, dzięki dużym szybom. W chwili, gdy przystanąłem przy jednym z paneli, kątem oka zobaczyłem, jak Młody Kopacz uważnie bada strukturę szkła, po czym za pomocą wyjętego skądś młoteczka planuję rozbić szybę. W ostatniej chwili złapałem go za ramię i cisnąłem o ścianę. Nie hamowałem się, więc zrobiłem to z prędkością dla normalnego człowieka raczej nie dostępną. Cholera, poniosło mnie.

Przycisnąłem zdumionego chłopaka do ściany po czym zacząłem prawie syczeć przez zęby.

-Powiedz mi – rzekłem nienaturalnie spokojnym głosem – chcesz nas zabić?

-Ale to szkło….jest tak przejrzyste….jest warte fortunę – wyjęczał chłopak. Znowu uderzyłem nim w ścianę.

– Chcesz nas zabić? – warknąłem głośniej – to, że nie ma tu zabezpieczeń, to nie znaczy, że nie można wywołać alarmu i sprowadzić konstrukty kretynie!!

Rzuciłem młodym o ziemię, i spróbowałem się uspokoić. Przegiąłem. Wszyscy patrzyli się na mnie z nietęgimi minami.

Oh, mi nic nie groziło. Ale uszkodzenie szyby naprawdę mogło wywołać alarm, zablokować część przejść i przywołać konstrukty. W efekcie musiałbym bronić naszej grupy, co oznaczało by przedwczesne ujawnienie, a potem mozolne przebijanie przez zablokowane zabezpieczenia.

-Niczego nie dotykajcie, dopóki nie uruchomimy głównego kompleksu – odparłem w stronę grupy. Ruszyliśmy dalej. Czułem na sobie palące spojrzenia.

Po chwili stanęliśmy przed dużymi rozsuwanymi drzwiami. Kilka chwil grzebania przy panelu i stanęliśmy w hangarze. Usłyszałem jak ktoś gwałtownie wciąga powietrze. Trudno się dziwić. Byliśmy prawdopodobnie w ostatnim zachowanym hangarze cesarskiej Floty Imperialnej. W środku znajdował się cały, przygotowany do lotu sterowiec, z wymalowanym na burcie imperialnym orłem. Oczywiście, nigdzie nie poleci, bo do normalnego lotu potrzebował kryształów . A tych mieliśmy jak na lekarstwo.

Kolejna z tajemnic Cesarstwa – sterowce. Latające olbrzymy, które rozniosły władzę Imperium po całym świecie, za wyjątkiem krajów wschodu, chronionych wysokimi górami. Dzisiaj uważane za czysty mit. Co ciekawe, nie wszystkie modele potrzebowały magicznego zasilania, zwłaszcza te mniejsze i nowsze. Ten jednak był prawdziwym olbrzymem – osobisty okręt Primes Magistri – "Niezatapialny". Tak, Kveris miała specyficzne poczucie humoru.

-To….to….to jest – wydukał oszołomiony Regent.

-Niemożliwe? – dokończyłem z uśmiechem. Ten jedynie spojrzał na mnie, wciąż nie mogąc pozbyć się niedowierzania z twarzy.

Najbardziej byłem ciekaw jednak reakcji Centuriona. Czy ten widok skruszy jego marsowe oblicze? Nie przeliczyłem się. Co prawda stał niczym słup soli, ale prawie słyszałem odgłos opadającej szczęki. To jednak nie był koniec dziwów.

Pozwoliłem grupie przez chwilę po napawać się widokiem, nawet chwilę się rozejrzeć. Młodego pilnował Centurion, Tragarza Kapłanka, a pozostałym mniej lub bardziej ufałem. Po chwili usłyszałem krzyk zdziwienia. Cała grupa, w tym ja, skierowała się w stronę niewielkiego pomieszczenia z boku hangaru. Aaaa tak. Już wszystko wiem.

W środku stała Dama, wpatrująca się w siedzącą na fotelu postać. Blado błękitna, błyszcząca skóra, przetykana białym kolorem żył. Łysa głowa jak u lalki. Twarz niczym maska.

Wszyscy bez wyjątku wpatrywali się w wyłączonego Serwitora. Stojąc z tyłu, nie omieszkałem zauważyć, spojrzenia, jakie rzucili mi Regent i Centurion. No co? Serwitor. Wyłączony. A skoro wyłączony, to znaczy, że jego pamięć została wyczyszczona, a on sam nie nadaje się do użytku. Innymi słowy: rupieć, produkt technologii przekraczającej ich najdziksze sny, przez to bezużyteczny. Ale rozumiałem do pewnego stopnia ich lęk i zachwyt. Serwitorzy byli największym osiągnięciem epoki magii. Sztuczni ludzie, stworzeni w efekcie połączenia najpotężniejszej magii, oraz najbardziej wyrafinowanej i skomplikowanej nauki. Jedynie najpotężniejsi Primes mogli sobie pozwolić na orszak Serwitorów. Owiani tajemnicą, byli elementem baśni i legend. Wielu uczonych prowadziło uczone dyskusje, czy Serwitorzy faktycznie istnieli, a jeżeli tak, to co w legendach jest prawdą, a co mitem? Wyjątkowo rzadki przykład, gdy większość mitów była prawdziwa. A i niewiele było nieprawdy w tym, że wszystkie zostały zniszczone po wojnie. Został jeden. Przynajmniej o jednym aktualnie sprawnym wiedziałem.

Pozwoliłem grupie popatrzeć jeszcze chwilę, zabrać parę bezużytecznych bibelotów. Po chwili ruszyliśmy dalej. Co prawda Regent chciał koniecznie wejść na sterowiec, ale przekonałem go, że później będzie miał na to dużo czasu.

Weszliśmy w kolejny, tym razem znacznie szerszy korytarz. Po kilku chwilach stanęliśmy przed kolejnymi żelaznymi wrotami. Uśmiechnąłem się. Jesteśmy. Pochyliłem się nad magicznym panelem.

-Jesteśmy prawie na miejscu – powiedziałem, wstukując odpowiednie klawisze.

-To tu? Centralna sala? – zapytał się mnie Regent.

-Tak, to tu – odparłem w roztargnieniu, pracując nad konsolą. Kiedy kryształy nade mną zaświeciły żółtym blaskiem, a drzwi zaczęły się otwierać, dotarło do mnie, że to nie Regent się pytał. Tylko Centurion. Odwróciłem się nagle, tylko po to, by zostać z całej siły pchnięty gladiusem w pierś. Rzuciło mną na ścianę. Centurion dopadł do mnie, i złapał za ręce. Za nim skoczył Regent.

-Szybko, musimy wyjąć kryształ – rzekł, przyciskając mnie razem z rudym olbrzymem. W pośpiechem obmacywał moją skórę, szukając miejsca na magiczny kryształ zasilający.

Zacząłem się śmiać. Leniwie, jak by odganiając muchę, zrzuciłem z siebie obu napastników. Stanąłem wtedy niepewnie, pochylając się do przodu. Z piersi wystawał mi miecz. Zrzuciłem z siebie perukę, dalej chichocząc pod nosem. Wyglądało to upiornie. Centurion leżał na ziemi, na szczęście jednak oddychał. Regent gramolił się na podłodze, a nad nim klęczała Dama.

-Dosyć desperacki pomysł – odparłem swoim sztucznym, prawdziwym głosem. – Nie mniej jednak brawa za starania – mówiąc, to zdjąłem soczewki. Już nie były mi potrzebne. Widząc to, Garncarz zaczął się wydzierać, a Kopacz wybałuszył oczy. Eh…ta dzisiejsza młodzież….

-Dziwi mnie pan, Regencie – odparłem do leżącego, wpatrującego się we mnie mężczyzny.

-Przecież obiecałem, że wyjdzie pan żywy. Nie ufał mi pan?

-Oczywiście, że nie. Nie jest pan człowiekiem. Nie można panu ufać – odparł tamten ,wpatrując się we mnie spode łba.

-A tak, tak – kiwnąłem głową – zgadza się. Ale kryształy pan zabrał. Przecież wiem. Chodziło o złupienie ośrodka, po mojej likwidacji.

-Nie dam ich panu.

-O, to akurat jest nie istotne. Sam je wezmę. Jak powiedziałem, zamierzam dotrzymać obietnicy.

Spojrzałem na leżącego Centuriona. A jednak. Nie chciał iść na śmierć niczym potulne jagnię. Wątpię by liczył na sukces. Chciał spróbować, bo nie spróbowanie obrażało jego poczucie przyzwoitości i zaprzeczało temu czym był. A był żołnierzem. Obrońcą ostatniego zaplutego, zasranego kawałka dawnej cywilizacji. Pokręciłem głową. Chyba zacząłem go choć trochę szanować.

– No dobrze. To teraz spać – odparłem, wykrzywiając usta w sztucznym uśmiechu. Musiało to wyglądać paskudnie. Nacisnąłem szybko odpowiedni guzik na konsolecie. Z górnej części ścian zaczął wydobywać się gaz. Grupa próbowała w panice uciec, ale po chwili leżeli nieprzytomni na podłodze.

Rozprostowałem ramiona i wyjąłem z piersi gladius. Czekało mnie dużo pracy. A czasu coraz mniej.

 

Pierwszą kwestią do rozwiązania była sprawa Kapłanki. Miała bowiem w całym przedsięwzięciu specjalną rolę. Po otworzeniu i przeniesieniu ciał do głównej komnaty, zaniosłem nieprzytomną kobietę na piętro, do skrzydła medycznego. Tam, po położeniu na kozetce i przypięciu specjalnych drutów, rozpocząłem cały misterny proces. Wyjąłem kryształ pamięci. Jarzył się doskonałym białym światłem, znaczy przechowywana w nim osobowość zachowała się w dobrym stanie. Zamontowałem kryształ na specjalnym postumencie– ciągnęła z niego istna plątanina przewodów, z których część niknęła w ścianie, część zaś kończyła się specjalnymi drucikami i oplatała leżące na kozetce ciało. Jeszcze tylko seria zastrzyków i można działać.

Po godzinie ślęczenia nad monitorem, cała operacja zaczęła przynosić efekty. Najpierw skurcze mięśni. Potem zauważyłem pierwsze oznaki wybudzenia. Podszedłem do kozetki. Oczywiście nie potrzebowałem już udawać – zrzuciłem z siebie cały kamuflaż, i założyłem mój wygodny, ulubiony kitel. I spodnie. Kochałem spodnie.

Kapłanka spojrzała się na mnie nieprzytomnie. Po chwili zobaczyłem po jej oczach, że zaczyna kojarzyć. Po chwili usłyszałem słaby głos:

-Czy to ty, Serwitorze 4 ?

-Witamy z powrotem, pani doktor – odparłem z uśmiechem.

– Z powrotem…czy to znaczy…czy to znaczy?

– Niestety– odparłem – wydarzył się jeden z przewidywanych scenariuszy. A mianowicie numer 6.

-Wojna…zagłada…ośrodek przetrwał…kryształ…tak, przypominam sobie. Boli mnie głowa….czuje się paskudnie.

-Niestety, ciało nie jest w za dobrym stanie. Pani potomkini piła na umór.

-Cholera – skrzywiła się – ile mamy czasu?

Szybko się pozbierała. A może nie do końca dotarło do niej, że tak naprawdę nie żyje, tak jak pozostały personel?. A ona jest jedynie kopią osobowości, naniesioną na ciało jej pra pra wnuczki ?

-Nałożona osobowość najdłużej utrzymuje się do 12 godzin – odparłem – w tym przypadku niewiele się zmieniło. Z resztą, nie miał kto się tym zajmować. Zostałem sam, a miałem pełne ręce roboty utrzymaniem ośrodka.

Popatrzyła na mnie zszokowana.

-Jak to sam?

-Normalnie. Cały personel ewakuował się, pozostali serwitorzy ulegli zniszczeniu, lub zwariowali. Ostatni serwitor, numer 13, oszalał jakieś dwie dekady temu.

-O cholera. Ile minęło?

– Plus minus 300 lat, pani doktor.

Milczenie. Długie. Wreszcie westchnięcie.

-Czuję się, jak we śnie. W długim koszmarze.

-Proszę się tym nie przejmować – odpowiedziałem stanowczo – jako jedyna dostała pani szansę. Szansę, by znów spojrzeć na ten świat. Nawet jeżeli tylko przez pół dnia. Inni nie mają nawet tego. Po za tym – Dopóki Ona żyje, dopóty jest nadzieja.

-Masz rację. A żeby ona przeżyła, muszę się pozbierać.

-Nie inaczej pani doktor.

-Daj mi jakieś wzmocnienia. Masz jakieś pobudzacze? Narkotyki?

Podniosłem strzykawkę.

-Dobrze. I bierzemy się do roboty.

 

Następne sześć godzin zajęło nam kalibrowanie maszyn, przenoszenie i zbadanie ciał naszych "dawców", przekierowanie mocy do centralnej części ośrodka. I chociaż w czasach świetności kompleksu nigdy nie miałem przesadnie bliskich relacji z panią doktor, to pracowało nam się dobrze. Korzystając z okazji, przygotowałem dla niej kawę, w jej ulubionym kubku. Popatrzyła na niego z zakłopotaniem, a mnie ogarnęło poczucie całkowitej bezradności. Zaklinaliśmy tak naprawdę rzeczywistość. Nie przywrócimy przeszłości. Nie przebudzimy Primes. Dosyć. Masz robotę do wykonania.

Stanąłem w głównym ośrodku. W olbrzymiej, cylindrycznej sali spoczywała ona. Na środku pomieszczenia stał olbrzymi, błękitny kryształ. Tkwił umocowany w specjalnej aparaturze, z której ciągnęło morze kabli. Część przewodów biegła i kończyła się w sześciu fotelach, rozmieszczonych równomiernie wokół kryształu. W każdym zaś leżeli przypięci dawcy – grupa starannie wybranych dawców. Jeden fotel był jeszcze pusty. Korzystając z wolnej chwili podszedłem do kryształu, w legendach zwanym Kryształem Życia. Była tam, jak zawsze. Nic się nie zmieniło. Ciało Primes Magister Kveris – tak piękne, jak w dniu gdy je złożyliśmy. Dotknąłem gładkiej struktury. Rzadka chwila, kiedy żałowałem, że nie zostałem wyposażony w gruczoły – nie potrafiłem płakać. A chciałem. Kochałem moją stwórczynię, tak jak kochał ją każdy kto ją znał.

Z niechęcią oderwałem głowę od kryształu. Odwróciłem się – stała tam pani doktor. Dziwnie wyglądało ciało Kapłanki, ubrane w ciemną spódnicę i śnieżnobiały lekarski kitel.

-Tak, pani doktor?

-Wszystko już gotowe. Czemu ten fotel jest pusty? Jedno z ciał widziałam, leży na piętrze.

-Tak. To miejsce dla Kapłanki.

Popatrzyła na mnie uważnie. Wreszcie westchnęła.

-Rozumiem. Posłaniec dobrej nadziei, tak?

-Najlepszej – uśmiechnąłem się szeroko.

-Próbki z którego sektora? A, czy B?

-O nie, pani doktor. Sektor C.

Zesztywniała na chwilkę, po czym spojrzała ponownie na mnie, jakby z rozmysłem. Po chwili westchnęła.

-Naprawdę musi być tam na górze źle, skoro proponujesz tak radykalne rozwiązanie.

-Nasz rejon jest w opłakanym stanie. Nie wiem co z pozostałymi, ale tutaj pomoże już tylko jedno.

-No cóż – odparła – to chodźmy obudzić tego twojego wysłannika. Musimy mu parę rzeczy wytłumaczyć pewnie.

-Niestety – westchnąłem.

Po godzinie wyjaśnień i tłumaczeń stanęliśmy w trójkę przed kryształem. Regent niechętnie przyjął do wiadomości, że ta "symboliczna ofiara z krwi" w rzeczywistości była całkowitym drenażem. Uspokoił się jednak, gdy wyjaśniłem mu, że nie będzie jedną z ofiar, a nikły uśmiech wykwitł gdy pokazałem mu skrzydło z roślinami. Faktycznie tam były, tak jak mu się marzyło. Magicznie wzmacniane, odporne na suszę rośliny strączkowe. Zboże. Bawełna. Odporne na zarazy, potrzebujące szczątkowej ilości wody, dające dwa razy więcej plonów niż normalne uprawy. Świeciły mu się oczy. Zapytał się jednak:

-Dlaczego? Dlaczego mi pan to daje?

-Chcę przygotować świat na jej powrót. Czy to pana dziwi?

Milczenie.

-Nie. Chyba nie.

Po włożeniu w każdy z foteli, magicznego kryształu, cała aparatura zaczęła działać. Po chwili obudzili się moi wybrańcy. Łaskawie pominę wszystkie wrzaski paniki, płacz, gniew. Jedynie Centurion się nie odzywał. Patrzył się, jak urzeczony, w kryształ. Po chwili stanęliśmy przed nimi.

-Chyba należy wam się kilka słów wyjaśnienia – rzekłem – zacznijmy więc od rzeczy najprostszych – przedstawienia. Jestem serwitorem Primes Magistris Kveris. To jest natomiast pani doktor, asystentka Primes Magistris. Gwoli ścisłości: to "umysł" pani doktor, w ciele znanej wam Kapłanki. Czy na razie są jakieś pytania?

O, były. Jakaż panika! Cóż. Podniosłem dłoń.

-To lecimy dalej. Pozwólcie, że wyjaśnię waszą sytuację. To długa historia, mająca prawie 300 lat, pominę więc nieistotne szczegóły. Zacznijmy od tego co tu widzicie – wskazałem ręką na kryształ – przed wami Primes Magistri Kveris. Pani Życia. A właściwie jej ciało.

Wszystkich zatkało z wrażenia. I trudno się dziwić. Kveris była czczona jako bogini. Westchnąłem.

-Niestety, to tylko ciało. Cofnijmy się do samego początku zagłady. Tak jak było mówione w legendach, ośrodek został zaatakowany przez dwóch innych Primes – Barnabasa oraz Martuusa. Pierwsza napaść zakończyła się odparciem wrogów. Druga jednak zmusiła Primes do rzucenia jednego z potężniejszych znanych zaklęć. W efekcie czar wyrwał duszę napastników z ich ziemskich ciał. Niestety. To samo stało się z Panią Życia. To, co tutaj widzicie – odwróciłem się w stronę kryształu – to sztucznie podtrzymywane przy życiu ciało Primes. Ciała wrogów którzy ośmielili się zaatakować kompleks spaliliśmy tak, że błąkające się po innych planach egzystencji dusze nie mogły wrócić, nawet gdyby chciały. Oczywiście, nie mogliśmy zrobić tego z ciałem naszej pani. Dlatego, mimo szalejącej wokół zagłady, zdecydowaliśmy się na ten krok – zamknięcie ciała w krysztale. Jest on stale monitorowany. I tak czekamy.

-Zaraz, to po co my tutaj, przecież chyba nie po to, by wybudzić Primes do życia!? – krzyknął młody Kopacz, siłując się z mocowaniami.

-Ależ nie. To może zrobić tylko ona sama. Wy tu jesteście z zupełnie innego powodu – pokręciłem głową – widzicie, już na samym początku, zdaliśmy sobie sprawę, że nasze zapasy są ograniczone. Kryształ, jak i sam ośrodek, zużywa zbyt wiele energii. Dlatego podjęliśmy starania w celu uzyskania innego, alternatywnego źródła. To dlatego personel opuścił ośrodek. Mieli wymieszać się z ocalałymi, a ich potomkowie mieli nieść w sobie krew. Krew nasyconą magią. Wszyscy członkowie personelu, dysponowali ponadprzeciętną siłą magiczną. Nie na tyle, by awansować w szeregi Magistri, nie mówiąc już o Primes. Lecz wystarczającą, by po pewnych…usprawnieniach…kombinacji, ich krew mogła stać się odpowiednim źródłem dla kryształu. Nadeszła właśnie pora żniw.

Obserwowałem ich reakcję. To musiało być interesujące doświadczenie – dowiedzieć się, że jedynym celem życia, było oddanie swojej krwi. Że było się hodowanym z ukrycia. Do niektórych to dotarło z całą siłą – Kopacz osunął się na fotelu i zaczął szlochać. Centurion przyjął to spokojnie – domyślał się części prawdy od początku. Garncarz zaś zwrócił się do Regenta.

-Niech nam pan pomoże! Przecież jest pan w tej samej sytuacji!

Ten jednak powoli, jak by z ubolewaniem, pokręcił głową.

-Nie mogę. To klasyczny dylemat – czy można poświęcić życie ludzkie, by osiągnąć większe dobro? Nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi. Ale jeżeli Ona, pewnego dnia się obudzi….to mam nadzieję, że spojrzy na wasze ciała. I zrozumie, jakiego poświęcenia dokonano. I zrobi wszystko by odbudować ten świat.

-Bydlę – oświadczył z pogardą Garncarz.

-Spokojnie – podniosłem ponownie rękę – dajcie mi dokończyć. I tak. Faktycznie nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi. Dlatego odpowiedzialnym za ten projekt, za obserwowanie was z ukrycia, i dbanie o czystość linii krwi, byłem ja – serwitor. Maszyna bez duszy, pozbawiona sumienia. Nie zawracałem sobie nigdy głowy aspektem moralnym. Ciało Primes musi żyć. Minęło 300 lat, i energia kryształu jest na wyczerpaniu. Wasza krew zasili go na kolejne 300 lat.

-A potem? Co potem? – zapytał milczący do tej pory Centurion.

-Jeżeli Kveris do tego czasu się nie przebudzi…ale nie, to niemożliwe. Ona wróci. Na pewno.

-Wszystko jasne. Jesteśmy ostatnią deską ratunku. Nie będzie więcej ofiar, bo nie ma więcej ludzi z taką krwią jak nasza – kontynuował Centurion, ze smutkiem kiwając głową – tyle dobrego.

-Chwila! Moment! – zawył Garncarz, odwracając głowę do Centuriona – wiedziałeś, prawda!? Domyślałeś się, prawda!?

-Częściowo. Wiedziałem, że nasz przewodnik jest serwitorem – Centurion jedynie smętnie kiwnął głową.

-To dlaczego nam nie powiedziałeś?

-Obiecałem. Co prawda obietnica ta będzie kosztować nas życie, ale obiecałem.

Milczałem. Zacząłem powoli, nieśpiesznie dokonywać ostatnich poprawek. W międzyczasie doktor dokonywała ostatnich zmian w panelu kontrolnym. Regent zaś stał. Po prostu stał, bombardowany okrzykami i błaganiami o pomoc. Przygarbił się, ale słuchał. Wierzył, że musi to zrobić. Głupiec.

Podszedłem do każdego fotela i po kolei, uaktywniałem w każdym kryształ energetyczny.

Młody Kopacz. Szlochał. Pogrążył się całkowicie w przerażeniu i panice. Cóż. Już nie był taki wyrywny.

Tragarz. Spojrzałem na jego nalaną twarz. Mimo, że nie rozumiał za bardzo co się dzieje to widziałem na jego twarzy spływające łzy. Bał się. Jak małe dziecko wystraszone burzy. Było mi go żal. Prawie.

Centurion. Obserwował ze spokojem jak krzątam się przy jego fotelu. Nie odezwał się słowem.

Dama. Błagała. Zaklinała. Płakała.

Garncarz. Ten dla odmiany rzucał w moją stronę wyzwiska i groźby. Kiedy widział, że to nie skutkuje, błagał, bym uwolnił jego ukochaną. Byłem głuchy na jego płaczliwe prośby.

Podszedłem wreszcie do Kapłanki.

-Pani doktor. Czy wszystko jest gotowe?

Odwróciła się w moją stronę.

-Tak – westchnęła – wszystko jest przygotowane. Wystarczy tylko wcisnąć odpowiedni przycisk, a zautomatyzowany proces sam ruszy. Czy to znaczy, że mamy się żegnać?

Uśmiechnęła się w moją stronę, i wyciągnęła ręce. Przytuliłem ją. Tak po ludzku.

-Nie powiem do widzenia, pani doktor – odparłem – bo już się więcej nie zobaczymy. Inne miejsca nam są pewnie pisane. Jeżeli nam akurat cokolwiek jest pisane.

-To prawda – kiwnęła głową.

Skierowaliśmy się w stronę ostatniego fotela. Ostatnia z ofiar podniosła brwi, gdy zobaczyła jak odciągam rękaw, i wyjmuję z ramienia ostatni, świecący nikłym bladym kolorem kryształ. Nie musieliśmy nic mówić. Ona wiedziała i ja wiedziałem. Bez baterii, zostało mi energii na co najwyżej godzinę pracy. Trudno. Swoją drogą, do końca będę się zastanawiał, czy moje poświęcenie jest efektem wbudowanego we mnie programu, czy może czymś więcej? Nie wiedziałem. I nigdy się nie dowiem.

Usiadła. Nachyliłem się jeszcze nad nią i powiedziałem:

-Dobranoc, pani doktor. To była przyjemność, z panią pracować.

Uśmiechnęła się. Dłonią zachęciła mnie do rozpoczęcia.

Podszedłem do panelu. Spojrzałem jeszcze raz na wszystkich.

-Nie martwcie się – odpowiedziałem – to nie będzie bolało.

Nacisnąłem guzik. Natychmiast mechanizm zaczął działać. W żyły wbiły się igły strzykawek. Jedna z środkiem nasennym, pozostałe zaś puste.

Stanęliśmy razem przy konsoli – ja i Regent. Po chwili kryształ zaczął pulsować światłem. Nasycał się. Kwadrans później było już po wszystkim. Usłyszałem ciche westchnięcie.

-Bogowie, w których nie wierzę – wybaczcie mi.

-Nie ma czego wybaczać – wzruszyłem ramionami – proszę przestać sobie wmawiać poczucie winy. Nigdy nie był pan centralną postacią tej historii. Nie miał pan na nią wpływu. Do teraz. Chodźmy. Przygotuję panu rośliny i artefakty.

Odwróciłem się i ruszyłem w stronę korytarza. Po chwili usłyszałem szuranie stóp. Spojrzałem na niego. Zobaczyłem złamanego człowieka. Poczucie winy dosłownie wgniatało go w ziemię. Tylko oczy – oczy świeciły się z nienaturalną determinacją.

-Swoją drogą – usłyszałem – czy ta szopka była konieczna? Musiał pan ich budzić i wszystko wyjaśniać? To było okrutne. I niepotrzebne.

Zatrzymałem się gwałtownie, tak, że Regent niemal na mnie wpadł. Spojrzałem do tyłu.

-Niepotrzebne? Może. Aczkolwiek ktoś inny by mógł powiedzieć, że zasłużyli by wiedzieć. Okrutne? Kpi pan? Czy może nie rozumie?

Odwróciłem się, mając na twarzy nienaturalny szeroki uśmiech.

– Dopasowuje pan waszą moralność do rzeczy które wykraczają po za wasze rozumowanie. Wasze poznanie natury rzeczy jest skrajnie ubogie, a jednak zabawnie aroganckie w swojej nieporadności. Dlaczego w ogóle podniósł pan ten temat? Zapomniał pan kim jestem? A może do pana to nie dociera? Jestem obcy. Nie ma pan bladego pojęcia jak wygląda moje postrzeganie rzeczywistości. I dlatego nie ma pan najmniejszego prawa mnie krytykować.

Odwróciłem się i ruszyłem dalej, nie czekając na odpowiedź. Odpowiedzią było milczenie.

Tak. Zawsze ostatnią odpowiedzią jest milczenie.

Stanęliśmy wreszcie ponownie pod tylnymi drzwiami ośrodka. On – z mnóstwem toreb i plecaków wyładowanych po brzegi nasionami, ziarnem, kilkoma magicznymi artefaktami uzdatniającymi wodę. Nie specjalnie się żegnaliśmy. Między nami był tylko interes. I przygnębienie.

Kiedy przekraczał próg wrót, spojrzał się jednak w moją stronę. Po chwili usłyszałem

-Żal mi pana. Naprawdę mi pana żal.

Wzruszyłem ramionami. Nie powinien mnie żałować, nie ma bowiem czego, każdemu z nas był pisany inny los, ja jedynie miałem szczęście go przewidzieć. Odwróciłem się.

-Niech pan nie próbuje wracać. To pewna śmierć – odrzekłem na odchodnym.

 

Wróciłem do komnaty. Spojrzałem jeszcze raz na pulsujący życiem kryształ. Był piękny. Ale najpiękniejsza była ona. Uśmiechnąłem się. Umierać…bo chyba umieram? A może ulegam destrukcji? Deaktywacji? Nie istotne. W każdym razie: umierać mając przed oczyma taki obraz? Mogło być gorzej. Naprawdę mogło być gorzej…. Przyniosłem sobie krzesło i usiadłem naprzeciwko kryształu. Ostatnie chwile życia postanowiłem spożytkować na obserwacji i kontemplacji. Wyjąłem różę. Ten zapach. Ten piękny zapach.

Obserwując Panią życia, i jej zamknięte jak by we śnie oczy, zauważyłem, że zapomniałem całkowicie jaki był ich kolor. Dziwne. My nie mamy zaników pamięci. Zastanowiłem się przez chwilę. Ah. Już wiem. Po prostu nigdy nie miałem odwagi spojrzeć jej w twarz. No tak.

Z kieszeni kitla wyjąłem fotografię. Przedstawiała grupę uśmiechniętych, pozujących ludzi. Wszyscy ubrani w kitle, część w okularach. Też tam byłem, stojąc całkowicie z boku. Wydzielony zespół badawczy numer 13. "Parszywa trzynastka" jak mawiali. Dosyć proroczo – większość faktycznie skończyła parszywie, niestety. Wypatrzyłem panią doktor – wysoką, kobietą o długich ciemnych włosach i wydatnych kościach policzkowych. Schowałem zdjęcie do kieszeni.

Chwilę jeszcze poświęciłem na rozmyślaniu nad losem Prowincji, nad przyszłością Marhaby. Regent powinien bezpiecznie trafić do miasta. Tam rozpocznie na szeroką skalę rekultywację ziemi. Wkrótce wokół miasta, i w okolicznych wioskach będzie zielono. Ludzie przestaną umierać z głodu, lub zabijać się o miskę cienkiej zupy i spleśniały chleb. Pozory normalności wrócą. Orzeł znów dumnie zacznie powiewać nad wioskami. Kto wie, może Regent pokusi się nawet o reinstytucję Cesarstwa? Cesarz…zaraz? Jak on miał na imię? Nie ważne.

Na kilka, kilkanaście lat zapanuję względny pokój i dobrobyt. Potem magicznie wywołana choroba, której źródłem będą spożyte rośliny, zacznie dziesiątkować ludność ostatniej prowincji Imperium. Choroba zabije wszystkich bez wyjątku. Nawet jeżeli jakimś cudem ktoś nie spożyje chleba z magicznej pszenicy, to napije się wody uzdatnionej przez artefakty. Jeżeli nie, to z pewnością wykończą go bandy oszalałych, rozgorączkowanych ludzi, będących w późnym stadium choroby. Uśmiechnąłem się do siebie. To był mój ostatni prezent dla Niej. Kiedy wróci, zastanie świat czysty – magiczne rośliny przefiltrują glebę. Choroba która wybiję ludzkość, oszczędzi zwierzęta, oczyści martwe lasy, i da możliwość odrodzenia się udręczonej przyrodzie. I chociaż nic nie mogłem poradzić na spustynnienie klimatu, wierzyłem, że Ta Co Przywraca, naprawi także i to. I pewnego dnia ziemię zasiedlą nowi ludzie – idealni ludzie, stworzeni przez Kveris.

Tak. Resztkami zanikającej świadomości czułem, że to piękna wizja.

Chyba jestem zadowolony. W końcu, uratowaliśmy świat.

Żegnaj Pani.

Ostatnią rzeczą jaką zobaczyłem, był wypadający z mojej dłoni kwiat błękitnej róży.

 

 

KONIEC

 

 

Michał Górny.

Poznań. 05.04. 2016.

 

 

Koniec

Komentarze

Nie ważne czy w dzień, czy w nocy – Nieważne

Jedynym które jeszcze stało. – przecinek przed które

Zawsze, gdy zmierzałem w stronę tego syfu, – nie za współczesne porównanie?

Początkowo nie robiło to wielkiej różnicy – ot, staruszkowie przestali mówić "kiedyś to były zimy". – a to bardzo ładne i wiele mówiące!

walki między naszymmagistris magis – czarodziejami i czarodziejkami, którzy stanowili podporę naszej cywilizacji.

spacja Cóż, razem z Panem i ze mną? – panem

I nie tylko tu, ale wszędzie brakuje Ci spacji w kwestiach dialogowych 

 

Miśku, nie przeczytałam całości, wymiękłam na początku. Na bardzo długim początku. Za dużo informacji na wstępie, na dodatek podane nieciekawie. Zapewne później się wszystko rozkręca, zerknęłam sobie na koniec i widzę dość ciekawy twist, niemniej nie dobrnęłam do tego normalną drogą, a skanując tekst. Przykro mi, ale takie długie opowiadanie musi zassać od razu, a mnie nie wciągnęło, niestety.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To samo zdanie, co Bemik. Początek jest tak nieciekawy, że zniechęca, by kontynuować.

Przeczytałam mniej więcej połowę i, wybacz Miśku452, Twoje opowiadanie tak mnie zmordowało, że na tym poprzestanę.

Przykro mi to mówić, ale przeczytany fragment, zdał mi się niezbyt ciekawy, dość monotonny i rozwleczony ponad miarę. Miałam wrażenie, że wielokrotnie czytam o sprawach, które już zostały opowiedziane, że idę wciąż po tych samych śladach i skoro przez pół opowiadania prawie nic się nie wydarzyło, straciłam wiarę, że dalszy ciąg będzie bardziej zajmujący.

Może gdyby Razem uratujmy świat napisano w miarę przyzwoicie, zdobyłabym się na dalszą lekturę. Niestety, wykonanie jest bardzo złe. Mnóstwo błędów i usterek, nie zawsze czytelnie konstruowane zdania, że o fatalnej interpunkcji i takimż zapisie dialogów nie wspomnę, sprawiły, że straciłam ochotę na czytanie reszty opowiadania.

Uważam też, że w opowiadaniu nie powinny znaleźć się taki słowa i wyrażenia, jak: kreatywność, będę miał to z głowy, nastolatek, sztuczka socjotechniczna, syf, puzzle, facet, choroba alkoholowa, biznes czy świry, że na tym poprzestanę.

 

O tak, Mar­ha­ba nie­wąt­pli­wie była naj­więk­szym i naj­bo­ga­ty­szym mia­stem Im­pe­rium. – Literówka.

 

sto­ją­cy u bram le­gio­ni­ści, w swo­ich pod­nisz­cza­łych lo­ri­cach i ga­le­ach. – Raczej: …sto­ją­cy u bram le­gio­ni­ści, w pod­nisz­czonych lo­ri­cach i ga­le­ach.

 

cał­ko­wi­cie znisz­czo­nych zo­sta­ło piet­na­ście. – Literówka.

 

prze­żyć w nim mogły je­dy­nie mor­skie po­two­ry, któ­rych za­ro­iło się po woj­nie. – Pewnie miało być: …prze­żyć w nim mogły je­dy­nie mor­skie po­two­ry, od któ­rych za­ro­iło się po woj­nie.

 

Trans­port mor­ski stał się czy­stą lo­te­rią, gdzie zwy­cięz­ca miał szczę­ście wró­cić jako roz­bi­tek na brzeg, po utra­cie je­dy­nie swo­je­go do­byt­ku i ba­ga­żu. – Wydaje mi się, że powinno być: Trans­port mor­ski stał się czy­stą lo­te­rią, w której zwy­cięz­ca miał szczę­ście jeśli wró­cił na brzeg jako roz­bi­tek, utra­ciwszy do­byt­ek i ba­ga­ż.

 

Nie mniej jed­nak, każdy do­świad­czo­ny po­szu­ki­wacz ar­te­fak­tów… – Niemniej jed­nak, każdy do­świad­czo­ny po­szu­ki­wacz ar­te­fak­tów

 

jeden na ty­siąc wy­cią­gnie­tych z ruin przed­mio­tów dzia­łał. – Literówka.

 

Opę­ta­ne kulty, ry­tu­al­ne mordy? – Czym opętane były kulty?

 

Nie teraz. Nie dziś. Nie mniej jed­nak….Nie teraz. Nie dziś. Niemniej jed­nak

Wielokropek ma zawsze trzy kropki. Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

-Chłop­cze – rze­kłem, krę­cąc głową… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

Ten błąd występuje wielokrotnie, w całym opowiadaniu.

Źle zapisujesz dialogi, zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

ma cha­rak­te­ry­stycz­ny, nie moż­li­wy do pod­ro­bie­nia za­pach. – …ma cha­rak­te­ry­stycz­ny, niemoż­li­wy do pod­ro­bie­nia za­pach.

 

dum­nie po­wie­wa­ły pro­por­ce z orłem im­pe­rium… – Do tej pory Imperium pisałeś wielką literą.

 

jak i wszel­kiej maści po­two­ra­mi– tymi… – Brak spacji przed półpauzą.

 

a Mar­ha­ba nie ule­gła z gru­zo­wa­niu… – …a Mar­ha­ba nie ule­gła zgru­zo­wa­niu

 

Tylko skraj­ny idio­ta ry­zy­ko­wał by znisz­cze­nie… – Tylko skraj­ny idio­ta ry­zy­ko­wałby znisz­cze­nie

 

Co nie zna­czy, że skraj­nych idio­tów nie bra­ko­wa­ło…. – Zbędna kropka po wielokropku.

 

na po­szu­ki­wa­nie mo­je­go sta­re­go przy­ja­cie­la, któ­re­go obec­ność w mojej eks­pe­dy­cji była klu­czo­wa. – Oba zaimki zbędne.

 

Na­stęp­nie spoj­rzał po raz ko­lej­ny w stro­nę placu. Jego spoj­rze­nie po­wę­dro­wa­ło… – Powtórzenie.

 

Za słone pie­nią­dze oraz obiet­ni­ce czę­ści łupów… – Słona bywa cena. Pieniądze mogą być ciężkie.

Literówka. Chyba że obietnic było wiele.

 

Cud­no­ści…ale nie mia­łem teraz czasu na te cu­deń­ka. – Brak spacji po wielokropku.

 

i ze zło­żo­ny­mi przed sie­bie dłoń­mi uważ­nie mi się przy­glą­dał. – …i ze zło­żo­ny­mi przed sobą dłoń­mi, uważ­nie mi się przy­glą­dał.

 

-Oh, jak panu wy­god­nie… – – Och, jak panu wy­god­nie

 

-Wi­dzę, że wasza eks­ce­len­cja do­brze się przy­go­to­wa­ła do tej roz­mo­wy… – Wi­dzę, że wasza eks­ce­len­cja do­brze się przy­go­to­wa­ł do tej roz­mo­wy

 

pu­blicz­nie ogło­sił Pan jego za­war­tość… – …pu­blicz­nie ogło­sił pan jego za­war­tość

Zwroty grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Ten błąd występuje wielokrotnie w całym opowiadaniu.

 

do­pią­łem pra­wie wszyst­kich rze­czy, które umoż­li­wią mi… – …do­pią­łem pra­wie wszyst­kie rze­czy/ sprawy, które umoż­li­wią mi… Lub: …do­pilnowa­łem pra­wie wszyst­kich rze­czy/ spraw, które umoż­li­wią mi

 

z twa­rzy ni­czym po opad­nię­ciu maski, od­ma­lo­wa­ło się ol­brzy­mie tłu­mio­ne na­pię­cie i zmę­cze­nie. – …a na twa­rzy, ni­czym po opad­nię­ciu maski…

 

Z resz­tą, trans­port żyw­no­ści stam­tąd także nie miał­by sensu… – Zresz­tą, trans­port żyw­no­ści stam­tąd także nie miał­by sensu

 

nie mamy in­nych opcji…je­że­li dzien­nik się nie myli. – Brak spacji po wielokropku.

 

Z resz­tą, mam już do­wo­dy, że tak jest w isto­cie.Zresz­tą, mam już do­wo­dy, że tak jest w isto­cie.

 

Z resz­tą, nie ufał mi.Zresz­tą, nie ufał mi.

 

Z tego co wiem, ma Pan kilka w po­sia­da­niu? – Z tego co wiem, ma pan kilka w po­sia­da­niu.

To stwierdzenie, nie pytanie, pytajnik jest zbędny.

 

Moje po­nu­re roz­wa­ża­nia prze­rwa­ła wrza­wa, jaką do­strze­głem na placu… – Wrzawa to gwar wielu głosów, krzyków i dźwięków. Moim zdaniem, wrzawę można usłyszeć, nie dostrzec.

Może: Moje po­nu­re roz­wa­ża­nia prze­rwa­ło zamieszanie, które do­strze­głem na placu

 

Dzi­siaj po­wtó­rzy­my sobie hi­sto­rie Wojen Magów… – Literówka.

 

kto mi powie, jak jest ich na­tu­ra i kim na­praw­dę byli? – Literówka.

 

I ile było "magii, w magii".?I ile było "magii w magii"?

Przed pytajnikiem nie stawiamy kropki.

 

jest współ­cze­śnie uwa­ża­na za"czary"… – Brak spacji przed otworzeniem cudzysłowu.

 

kre­owa­no teo­rie o ludz­kim, oszu­kań­czym i szar­la­ta­ner­skim, cha­rak­te­rze magów. – …kre­owa­no teo­rie o ludz­kim, oszu­kań­czym i szar­la­ta­ń­skim cha­rak­te­rze magów.

 

I tutaj tkwi naj­bar­dziej dys­ku­to­wa­ny mo­ment na­szej hi­sto­rii….. – I tutaj to już przesadziłeś – aż pięć kropek w wielokropku?!

 

Kve­ris miała bo­wiem zabić cza­ro­dzie­jów, któ­rzy mieli czel­ność ją za­ata­ko­wać, Ba­ar­na­ba­sa oraz Mar­tu­sa. Po czym wznio­sła po­tęż­ną ba­rie­rę, która miała uchro­nić nas przed skut­ka­mi Wojny – ska­że­niem i śmier­cią. Za­klę­cie jed­nak było ponad jej siły, w efek­cie czego Kve­ris miała umrzeć. Oczy­wi­ście, wszyst­ko to było do­me­ną mi­stycz­nej po­tę­gi, czyli cza­rów, źró­dłem któ­rych miała być… – Powtórzenia.

 

W końcu scep­ty­cy byli zawsze.Gdy… – Brak spacji po kropce.

 

Nie mniej jed­nak czasy nie­pew­no­ści… – Niemniej jed­nak czasy nie­pew­no­ści

 

Na­stęp­ne­go dnia uda­łem się w sam śro­dek dziel­ni­cy nędzy. – Można udać się dokądś, ale chyba nie w coś.

 

Ko­pu­ła, kie­dyś wy­róż­nia­ją­ca bu­dy­nek wśród in­nych, dawno za­pa­dła się do środ­ka. – Czy mogła zapaść się na zewnątrz?

 

Zna­czy, miała by.Zna­czy, miałaby.

 

Tak swoją drogą jej al­ko­ho­lizm mnie nie prze­sad­nie dziwi.Tak swoją drogą, jej al­ko­ho­lizm mnie nieprze­sad­nie dziwi. Choć wolałabym: Swoją drogą, jej al­ko­ho­lizm niespecjalnie mnie dziwi.

 

Nie mniej jed­nak czasy były strasz­li­wie trud­ne… – Niemniej jed­nak czasy były strasz­li­wie trud­ne

 

a ona stała się je­dy­nie jedną ze współ­lo­ka­to­rek tego przy­byt­ku… – Nie brzmi zbyt dobrze.

 

Usia­dłem obok niej, wyj­mu­jąc jed­no­cze­śnie cho­wa­ny na oka­zję bu­kłak z winem.Usia­dłem obok, wyj­mu­jąc jed­no­cze­śnie, cho­wa­ny na oka­zję, bu­kłak z winem.

 

Od­wró­ci­łem po­wo­li głowę po czym spoj­rza­łem na nią. – Czy mam rozumieć, że spojrzał na głowę, która odwrócił??? ;-)

 

Nie mniej jed­nak od­rze­kła:Niemniej jed­nak od­rze­kła:

 

że czas roz­cią­gnął się w nie­skon­czo­ność… – Literówka.

 

z góry mia­łem oka­zję obej­rzeć cały ten zamęt i roz­gar­diasz. – Zamęt i rozgardiasz to synonimy.

 

Sied­miu wy­bra­nych. Sied­miu ska­za­nych. Sied­miu po­trzeb­nych. – Ponieważ w grupie są kobiety, zdania winny brzmieć: Sied­mioro wy­bra­nych. Sied­mioro ska­za­nych. Sied­mioro po­trzeb­nych.

 

gdyby nie młody Ko­pacz, to spa­dła by z osła… – …gdyby nie młody Ko­pacz, to spa­dłaby z osła

 

A może to krzy­że? Nie ważne.A może to krzy­że? Nieważne.

 

Kiedy, wciąż nieco roz­strzę­sie­ni, usie­dli w cie­niu… – Kiedy, wciąż nieco roz­trzę­sie­ni, usie­dli w cie­niu

 

z resz­tą też nie bar­dzo mają na to czas. – …zresz­tą też nie bar­dzo mają na to czas.

 

Część band to zwy­kli ban­dy­ci… – Odkrywcze. ;-)

 

Długo pa­trzy­li się na mnie bez słowa. Długo pa­trzy­li na mnie bez słowa.

 

Wresz­cie spoj­rzał się na mnie.Wresz­cie spoj­rzał na mnie.

 

Po za znisz­czo­ną wio­ską nie mie­li­śmy wiele przy­gód. Poza znisz­czo­ną wio­ską nie mie­li­śmy wiele przy­gód.

Czy natknięcie się na zniszczoną wioskę można nazwać przygodą?

 

Jesz­cze tylko kilka dni…tylko kilka dni. Już tylko. Ostat­nie kilka dni. – Czemu służą te powtórzenia?

 

W raz z na­sta­niem wie­czo­ra… – Wraz z na­sta­niem wie­czo­ra

 

Młody Ko­pacz bry­lo­wał wśród swo­ich, opo­wia­da­jąc o swo­ich przy­go­dach. – Drugi zaimek zbędny.

 

Nie ro­bi­li by tego tak otwar­cie.Nie ro­bi­liby tego tak otwar­cie.

 

Młoda para sie­dzia­ła wtu­lo­na do sie­bie… – Młoda para sie­dzia­ła wtu­lo­na w sie­bie… Lub: Młoda para sie­dzia­ła przytu­lo­na do sie­bie

 

że jedno nagle znik­nie, zo­sta­wia­jąc dru­gie same. – …że jedno nagle znik­nie, zo­sta­wia­jąc dru­gie samo.

 

-Czy oni wie­dzą? – od­rze­kła w pew­nej chwi­li Ka­płan­ka. – Komu odrzekła?

Pewnie miało być: – Czy oni wie­dzą? – zapytała w pew­nej chwi­li Ka­płan­ka.

 

ka­za­łem im roz­pa­lić wię­cej ognisk i przy­go­to­wać do obro­ny. – …ka­za­łem im roz­pa­lić wię­cej ognisk i przy­go­to­wać się do obro­ny.

 

Po chwi­li sta­nął przede mną Cen­tu­rion, Re­gent, oraz szef Ko­pa­czy. – Było ich trzech, więc: Po chwi­li sta­nęli przede mną Cen­tu­rion, Re­gent, oraz szef Ko­pa­czy.

 

spoj­rzał się na nas obu… – …spoj­rzał na nas obu

 

Po­wiedz­my, pi­ja­ny tra­garz coś zo­ba­czył w zwi­dzie.Po­wiedz­my, pi­ja­ny tra­garz zo­ba­czył zwi­dy. Lub: Po­wiedz­my, pi­ja­nemu tra­garzowi coś się zwidziało.

 

Trze­ba bę­dzie mu wy­ja­wić część praw­dy… – Trze­ba bę­dzie mu wy­ja­wić część praw­dy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się podobało :)

Podpisuję się pod opinią Bemik, Gwidona i Regulatorzy.

Hmm... Dlaczego?

Drewian, czytasz w myślach Zaltha? Bo skoro Zalth nie wydał żadnej opinii… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ups… pokićkało mi się! Miałam, oczywiście na myśli Gwidona. Dzięki, Bogini!

Hmm... Dlaczego?

Tak myślałam. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka