- Opowiadanie: LanaVallen - Srebrny Król Nocy

Srebrny Król Nocy

Debiut na łamach strony fantastyki, więc proszę o porządne gryzienie, przetrawienie lub wyplucie. Przyjmę każdą krytykę, popłaczę później w kącie.

 

A i tak na marginesie – tytuł wzięty z wiersza “Bakczysaraj w nocy”, Adama Mickiewicza. Ten jeden zwrot zainspirował mnie do opowiadania. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Srebrny Król Nocy

Chłopiec przypomina serafina, z twarzą jak błękit oceanu, wiecznie spokojnej i zadumanej, którą otacza burza pozłacanych loków. Ma szeroko rozstawione oczy, lekko pochyłe, spozierające na las pełnią czystej bieli. Spoglądam nań przenikliwym wzrokiem, nie ważąc się ukazać swej postaci. Klucząc wśród zarośli próbuję go zrozumieć i przejrzeć. Jeszcze nigdy nie sprawiało mi to takiej trudności.

Słyszę w oddali tupot zakłócający ciszę kniei, sarny zaniepokojone unoszą uszy do góry, kruki skrzeczą przeraźliwie, a wiewiórka nerwowo zaciska swe drobne pazurki na moim ramieniu.

– Wiem, że nadchodzą. Było ich słychać zanim weszli do lasu – mruczę. – Że niby co mam zrobić? No dobrze, to może w takim razie ty i twoja przyjaciółka samowtór wypędzicie tę hordę, co? Bo to tak samo absurdalne.

Nagle do rozmowy dołącza się pewien uroczy słowik.

– Tak, jestem Strażniczką, ale bezużyteczną. Nie mogę korzystać ze swojej mocy. Poza tym, to tylko jeden chłopiec. Zabiorą go i szybko ruszą z powrotem do wioski. Tak, widzę, jak wygląda! Ale ktokolwiek kryje się w borze, nie ma czystego sumienia.

Słowik zamierza zakwestionować moją bierność raz jeszcze, więc odganiam go ruchem ręki.

– Czemu stoisz? Dlaczego nie uciekasz? – mamroczę do siebie. – Przecież wiem, że ich słyszysz.

Niecierpliwię się coraz bardziej. Serafinek stoi spokojnie ze wzrokiem utkwionym w ciemność lasu. Nie drży, nie płacze, nawet nie mruga. Zawsze myślałam, że potrafię zrozumieć każdego intruza, ale ten mały, najwyżej dwunastoletni chłopiec, przełamał barierę mojego rozeznania. Sprawia, że czuję ból w skroniach, a dłonie mi się trzęsą, ale jednocześnie, patrząc na niego, odczuwam spokój. Tak nie powinno być.

– Proszę, pozwól mi coś zrobić. On nie jest intruzem, nie rozumiesz? On jest harmonią. Urodził się na zewnątrz, ale sercem należy do nas – szepczę prawie bezgłośnie do zamglonej postaci, którą widzę tylko ja. – Jestem Strażniczą, więc daj mi go obronić! Tylko ten jeden raz. Proszę. Błagam.

W mojej głowie pojawia się obraz imponujących rozmiarów wilka, który swym spojrzeniem sprawia wrażenie jakby był Bogiem Kniei. Znam ten modry wzrok, tą srebrzystą sierść, wielkie kły i majestatyczne wręcz opanowanie. To Srebrny Król Nocy, nazywany również Księżycem.  

– Srebrny Król Nocy? Ale co to za pomoc? Przecież klątwa mówi…

Lekkie uderzenie umysłu. Zero dyskusji.

Wzdycham, mając nadzieję, że koniec końców moja pomoc nie okaże się czymś znacznie przeciwnym. Zostało mi tylko kilka chwil – intruzi są tuż, tuż. Składam więc dłonie i przymykam oczy.

– Przyjacielu żywych, towarzyszu umarłych – mój Srebrny Królu Nocy! Tyś przewodnikiem jest na niebie, ale gwiazdą na lądzie. Przybądź, gdy cię o to proszę, pomóż, gdy ktoś jest w potrzebie. Twoja Strażniczka cię wzywa, byś mógł wreszcie spełnić swe przyrzeczenie.

Wtedy właśnie z ciemności wyłoniła się horda z widłami i pochodniami. Zauważywszy chłopca, rzucają się nań, jakby był workiem złota. Już jeden prawie chwyta Serafinka za kołnierz, kiedy to wyskakuje na intruzów homeryczny wilk i powala wszystkich jednym ciosem ogona. 

Dopiero na widok wilka, w chłopcu następuje przemiana. Blednie, zaciska dłonie, ale wciąż nie ucieka. Stoi jakby w zadumie i jakiś dziwny, przewrotny, na wpół niedorzeczny uśmiech błąka się na jego wargach. Księżyc spogląda nań zafascynowany i głośno sapie. Wyglądają, jakby rozmawiali ze sobą w myślach, ale z tej odległości nie mogę niczego usłyszeć. Mój wzrok nerwowo przeskakuje to z jednego, to na drugiego.

Ta wymiana myślowa trwa długo. Zbyt długo. Czuję, jak krew spływa mi po plecach po wbijaniu się w nie pazurkach wiewiórki, słyszę ciężki oddech sarny, widzę rozdrażnienie u kruków, które przysiadły na pobliskim drzewie. W końcu Księżyc łapą usadawia chłopca na grzbiecie i szybko znika w gęstwinach.

Przez kilka chwil wciąż kucam w tym samym miejscu, zachodząc w głowę, co się właśnie wydarzyło. Przykładam palce do ust i gwiżdżę przeciągle. Pokrótce zjawia się Wenus – mój wierzchowiec z najbardziej okazałymi porożami w całym lesie. Wskakuję na nią i kłusuję śladem Księżyca i tajemniczego chłopca.

 

 

– Potwór!… Wynaturzony bękart!… Morderca!

Ich twarze były dzikie, nienaturalnie wykrzywione, a wzrok tak palący, jak wściekły potrafi być jedynie ogień.

Na początku tylko się bali. Trzęśli się, oczy mieli rozbiegane, a usta łapczywie próbowały złapać powietrze. Jednak po strachu zawsze następuje gniew. Gdy w końcu zrozumieli, co się właściwie stało, gdy w końcu dotarło do nich, kto jest za to odpowiedzialny, ich oblicza natychmiastowo się odmieniły. Z oczu zaczęły lecieć iskry, a z ust okrutne słowa.

A ja stałem jak wmurowany w ziemię, kompletnie nie wiedząc, co się stało. Potrafiłem tylko zerkać to na tłum i na wszystkie szkody, które wyrządziłem, to na własne dłonie. Wciąż było na nich widać białe poskręcane linie, a w dotyku nadal były zimne jak lód. Czy te zamrożone domy, te trupioblade postacie leżące wokoło były naprawdę moim dziełem? Czy to było możliwe? Jak to się stało, że w ciągu jednej chwili z dwunastoletniego chłopca stałem się mordercą?

Wielu mieszkańcom udało się przeżyć i zaczęli tworzyć wokół mnie okrąg. Nigdy nie bałem się tak, jak wtedy.

– On zabił moją córkę! – krzyknęła przeraźliwie jedna z kobiet.

– I moją żonę! – pochwycił mężczyzna, którego jeszcze przed chwilą zwałem sąsiadem.

W odpowiedzi każdy z mieszkańców rzucał oskarżeniem lub wyzwiskiem.

– Szatański pomiot!

– Zoczcie jak mu się dłonie świecą!

– A jak ślipia, jakby sam i diabeł w nich siedział!  

Jednak najstraszniejszą rzecz wykrzyczał sam wójt.

– Chłopy, brać za liny! Trza go związać, a później spalić, bo to Szatan we własnej postaci!

Wtedy właśnie poczułem, jakbym cały był jednym wielkim zamętem. Bałem się, że stracę nad sobą panowanie, a moc znowu uleci z mych rąk. Starałem się myśleć o czymś spokojnym, ale nie pomagało – miałem wrażenie, że moc buzuje mi pod skórą. Więc uciekłem. Przebiegłem pod nogami wójta i uskakiwałem przed rękoma, próbującymi mnie złapać, a później biegłem tak szybko, na ile pozwalały mi nogi. I ani razu się nie odwróciłem. Do dzisiaj nie mam pojęcia, dlaczego nikomu nie udało się mnie złapać.

Zatrzymałem się dopiero przed wejściem do lasu. W końcu przez całe życie wmawiano mi, że nie wolno doń wchodzić, bo podobno mieszkały tam potwory. Jednak czy właśnie przed chwilą nie stałem się jednym z nich? Może tam było moje miejsce? Wkroczyłem więc do środka, słysząc z daleka krzyki chłopów.

I nagle nic nie miało dla mnie znaczenia.

W lesie panowała bezkresna cisza, która od razu wywołała spokój. Było dosyć ciemno, gdyż strzeliste korony drzew zasłaniały niebo, ale to wcale nie sprawiało, że  byłem przerażony. Wręcz przeciwnie. Zrobiło mi się nagle niesamowicie lekko na duszy. Jakby kamień spadł mi z serca, pomimo ciążącej nań zbrodni.

Moje stopy same znajdowały drogę, jak gdyby wielokrotnie już tu były. Nie wiedziałem, gdzie idę, ale jednocześnie wiedziałem doskonale. Czułem się jak jeden ze Stworzycieli – mogłem wszystko. Gdybym zechciał to zabiłbym nawet tych wszystkich wieśniaków! W czym byli lepsi ode mnie? Zacząłem patrzeć na swoje dłonie i nagle dostrzegłem w nich ogromną moc. Moc równą Stworzycieli.  

Z początku napełniło mnie to dumą, lecz po chwili, gdy uświadomiłem sobie, jaka pycha mną zawładnęła, chłód zmroził mi serce. Rozdarty oparłem się o drzewo i próbowałem złapać oddech. Wydawało mi się, że usłyszałem w oddali krzyki i nawoływania, ale zabrzmiały one tak nienaturalnie i złowieszczo, że rzuciłem się biegiem naprzód.

Zatrzymałem się dopiero na odosobnionej polanie. Ponieważ drzewa rosły tam rzadziej, Słońce padało mi na twarz. Wtedy właśnie dotarło do mnie, że jedyne co mogłem zrobić, to poddać się losowi. Metaforyczna krew wciąż brukała moje dłonie.

Stanąłem więc nieruchomo i niewzruszony czekałem na katów. To musiał być piękny widok: dwunastoletni chłopiec w dziurawym ubraniu i rozczochranej fryzurze sprawiał wrażenie wojownika pogodzonego z tym, co ma nadejść, ale wciąż dumnego.

Nie minęło dużo czasu, jak na polanę wkroczyli chłopi. W blasku trzymanych przez nich pochodni wydawali się jeszcze straszniejsi. Rzucili się w moją stronę, a ja nawet nie mrugnąłem. Jeden już byłby mnie capnął, kiedy to z zarośli wyskoczył ogromny wilk.

Zwierzę uderzyło mężczyzn swym długim ogonem, a ci padli jak lalki. Wtedy wilk odwrócił się w moją stronę i znowu poczułem przerażenie. Oddech miałem ciężki, na czoło spłynęły mi drobne krople potu. Jednak nie chodziło o rozmiary i siłę wilka, tylko o jego spojrzenie. Było ono tak przenikliwe i rozumne, że aż zacząłem szczękać zębami.

– Taki hardy, a nagle trzęsie się jak osika. Wilka nigdy nie widziałeś, chłopcze? – spytał mnie, ale jego głos tak głośno rozbrzmiał w moich myślach, że wydawało się, jakby dobiegał wręcz z mojej głowy. I chyba faktycznie tak było.

Widziałem. Ale jeszcze żaden nie zabił dziesięciu mężczyzn samym uderzeniem ogona – odpowiedziałem i miałem nadzieję, że udało mi się zawrzeć w myśli swoje oburzenie.

Najwidoczniej udało się, bo wilk przekrzywił swój ogromny łeb, a wzrokiem jeszcze bardziej mnie przeszył.

A ja jeszcze nigdy nie widziałem chłopca, potrafiącego zabić dziesięciu ludzi jednym ruchem dłoni.

– Co? – Skąd on o tym wiedział? Czyżbym miał to wypisane na twarzy? – To był wypadek! Wcale tego nie chciałem!

– Ja też. Ty mnie do tego zmusiłeś.

Strasznie się zdenerwowałem. Przecież to nie była prawda!

– Ja?! Chciałem, żeby mnie zabrali. Wcale nie kazałem nikomu ich zabijać!

Nie krzycz, Nieskalany. Nie będę nigdy mordercą na czyjeś polecenie, nawet dla ciebie. Twoi wybawcy leżą ogłuszeni – jego „głos myślowy” był okropnie cierpki i niski, lecz również w pewnym stopniu ciepły. – W każdej chwili mogą się obudzić, więc radziłbym ucieczkę.

Nie będę nigdzie uciekać!

Wtedy to jeden z mężczyzn charknął przeciągle i próbował wstać. Wilk prychnął zniecierpliwiony i swą monstrualną łapą usadowił mnie na grzbiecie. Zanim zorientowałem się w sytuacji, zwierzę już dało potężnego susa w głąb lasu.

 

 

Słońce powoli zachodzi, więc zsiadam z Wenus, by znaleźć ostatnie tropy. Pomimo mojej wieloletniej wprawy i doskonałego wzroku, pomimo tego, że mój cel waży ponad tonę, niezwykle trudno jest zauważyć cokolwiek. Prycham po raz kolejny, kiedy przeczesuję teren, ale w końcu udaje mi się znaleźć mocno odciśnięte odciski czterech łap.

– Księżyc sunie po ziemi prawie jej nie dotykając, a nagle, ni stąd ni zowąd takie ślady… Musieli zatrzymać się na postój – mówię do samej siebie. – No dobrze, więc i my się zatrzymamy. W nocy i tak nic nie widać.

Wenus kładzie się, a ja momentalnie przylegam do jej ciepłego boku.

– Boję się o mojego Serafinka. Tak, wiem, że Księżyc na pewno go przed wszystkim obroni, ale ta klątwa…

Jeleń prycha, rozsiewając naokoło drobne krople śliny, jak zawsze, kiedy mówię coś niepotrzebnego.

– „Gdy płomień szczęścia zapłonie w sercu Nieskalanego, błoga radość i poczucie piękna życia – wtedy właśnie Srebrny Król Nocy, jako jedyny Pan Ciemności i Mroku odda swą duszę Niebiosom, by na wieczność się z nimi połączyć.” – zarecytowałam melodyjnym głosem. – Dziwaczna przepowiednia… Żeby radość zabijała? – Ziewnęłam. – Chyba nic im nie grozi, prawda? Oboje noszą w sercach tak wielki smutek…

 

 

Wilk mknął jak wiatr, a ja przez cały czas krzyczałem. Nie wiedziałem czy ze strachu, czy z zaskoczenia. Cała ta sytuacja – nieruchome ciała, wściekły tłum chcący mojej śmierci, bajeczny las i przeogromny wilk, który potrafił mówić(!), a na którego grzbiecie trząsłem się z oszołomienia – wciąż do mnie nie dotarła. Nie potrafiłem zebrać myśli, czułem się słaby, a głowę miałem ciężką. Chciałem, żeby to wszystko się skończyło.

Zatrzymaj się – szepnąłem.  

Nie mamy czasu – jego myśl była niezwykle ulotna. Nic zresztą dziwnego. W końcu pędził jak oszalały.

Proszę, zatrzymaj się.

W odpowiedzi usłyszałem jedynie głośne parsknięcie.

– Stój! – krzyknąłem, a mój głos poniósł się po lesie.

Wtedy wilk skoczył gwałtownie, a gdy wylądował po całym ciele przeszły mnie dreszcze. Spuściłem się z jego grzbietu i oparłem o najbliższe drzewo.

Od zawsze mówiono mi, że Nieskalany powinien być bardzo odważny i inteligentny. Póki co tego nie widzę – prychnął oburzony.

– Nie jestem żadnym Nieskalanym! Nazywam się Elijah i, dodam, bo chyba nie zauważyłeś, mam dopiero dwanaście lat! Nigdy nie jeździłem nawet na koniu, a co dopiero na przeogromnym wilku pędzącym z prędkością wiatru! Czego chcesz? I kim ty w ogóle jesteś? – wyplułem z siebie wszystko na jednym tchu.

Wilk spojrzał na mnie, mrużąc te swoje wielkie czujne oczy i odpowiedział nad wyraz spokojnie:

– Moje imię to Srebrny Król Nocy, ale możesz nazywać mnie Księżycem. Jestem twoim Stróżem.

– A przed czym masz mnie bronić? Nie potrzebuję żadnych obrońców!

Moim zadaniem jest pomóc w wykonaniu niezwykle ważnej misji, którą ci powierzono. Pomimo tego, że wcale mi się to nie podoba.

Potrząsnąłem głową i złapałem się pod boki.

– Jaką misję? O co tu w ogóle chodzi? Nikt mi niczego nie powierzał!

Księżyc znowu parsknął, a jego oczy nabrały nieprzyjemnego wyrazu.

– No tak! Bo oczywiście zupełną normalnością jest zamienianie ludzi w bryły lodu! Nie rób ze mnie głupca, chłopcze. Co ci powiedziała Pani? – zapytał wilk.

– Nikt mi niczego nie mówił! – warknąłem.

 Miałem już po dziurki w nosie tego całego Księżyca wraz z jego świdrującym wzrokiem.

Patrzył na mnie długo, aż w końcu wydał odgłos podobny do ludzkiego cmoknięcia.

– No dobrze. Zostaniemy więc tu dopóki sobie nie przypomnisz. Czekałem tysiąc lat, poczekam i dłużej!

– Ale co mam sobie przypomnieć? – spytałem, ale Księżyc, utkwiwszy wzrok w dal, nie poruszył się, ani nie mrugnął.

Nie mogąc tego znieść, zacząłem parkać nozdrzami łapiąc powietrze, bo nie stawało mi ono w piersiach. Następnie chwyciłem się obiema rękami za skronie i padłem obok wilka.  

 

 

Drobny, złotowłosy chłopak przedziera się przez zarośla na dobrze znanej mi ścieżce. Urzeka mnie odwaga i drapieżne ruchy chłopca, dlatego go nie powstrzymuję, tylko kroczę jego śladami.

Jakiś tajemniczy głos wciąż syczał w mojej głowie: „Chodź, Elijah. Chodź.” Więc szedłem, choć gałęzie uderzały mnie po twarzy, a ostre kamienie raniły stopy.

W końcu dochodzi do maleńkiej sadzawki, przy której siedzi Ona. Pierwszy raz widzę jej pełną postać – jest piękna. Nie, to za mało powiedziane. Jest olśniewająca jak wschodzące słońce, zniewalająca jak korony drzew i zjawiskowa jak widok z najwyższego szczytu. Wygląda jak marmurowy posąg, który właśnie wyszedł spod rąk najznamienitszego rzeźbiarza. Ale ponadto, sprawia wrażenie, jak gdyby była z innego świata, co jest zapewne prawdą. Lekko pochyłe oczy spozierają na chłopca pełnią czystego błękitu, za to usta, wąskie i delikatne, układają się w pełen miłosierdzia uśmiech. Wysokie kości policzkowe współgrają z dobrotliwą i pociągłą twarzą, a drobne ramiona ma luźno opuszczone.

Przy sadzawce siedziała kobieta spowita w na wpół przezroczystą suknię. Odwróciła głowę i spojrzała wzrokiem, w którym czaił się jad. Myślała, że zmyli mnie swoją urodą i prostolinijnym spojrzeniem, ale jej usta, choć uśmiechnięte, kryły za sobą kłamstwo. Wiodła mnie tu pięknymi słowami, a ja nagle wpadłem w pułapkę. Gdy tylko na nią spojrzałem, od razu wiedziałem, że stanie się coś złego.

Pani podchodzi do chłopca i kładzie dłoń na jego głowie.

– Witaj, Nieskalany, mój drogi chłopcze – jej głos jest pieśnią dla mego serca, a uśmiech promykiem dla duszy. – Przepraszam, że cię tu zwiodłam, ale świat jest w wielkim niebezpieczeństwie i tylko ty możesz go uratować. Czy podejmiesz się tego wyzwania?

– Nie.

Jego odmowa sprawia, że z piersi wyrywa mi się niemy krzyk.

– Witaj, Nieskalany, mój drogi chłopcze – syknęła, kąsając moje ciało. – Wreszcie jesteś. Tak długo kazałeś na siebie czekać, że aż zgłodniałam. – Oblizała językiem usta. – Jestem potężna, ale tylko ty możesz zniszczyć świat. Czy podejmiesz się tej rozkoszy?  

– Nie – odmawiam bez cienia zwątpienia.

Niepodziewanie jej oblicze się zmieniło. Rysy złagodniały, ramiona trwożnie opuściła, a oczy zaszły łzami. To oczywiście tylko gra.

– Aerilaya! – Pani woła mnie tęsknym głosem. Trochę jest mi głupio, że zostałam odkryta, ale wychylam się posłusznie. – Proszę, przekonaj tego chłopca, naszego Nieskalanego!

– Twoje życie od początku nie należało do ciebie. Musisz spełnić swoje przeznaczenie, wykonać to, co zostało przepowiedziane! Urodziłeś się z błękitną krwią, jesteś Wybrańcem – mówię głosem pełnym wzruszenia.

Popatrzyłem na Aerilayę i zrobiło mi się jej żal. Wydawała się być w transie, jakby nie widziała prawdziwego oblicza kobiety.

– Musisz podążać wprost za Słońcem! – krzyknęła w uniesieniu.

Kobieta zgromiła ją wzrokiem i momentalnie znowu zmieniła oblicze.

– Ty głupia… – warknęła i strzeliła dłonią, z której uleciał biały promień.

Ugodził mnie w serce. Poczułem przeraźliwe zimno i osunąłem się na ziemię.

– Przepraszam, moja kochana, ale on chciał zniszczyć świat. Nie powinnaś była wskazywać mu drogi. Wyrzucę mu to ostatnie z głowy, ale wciąż muszę cię prosić, żebyś go pilnowała. Jest naszą szansą, ale zabłądził.

– Zrobię jak rozkażesz, moja Pani. 

Nagle zobaczyłem, jak kobieta zamroziła wioskę, a ja stałem na placu i wszystkiemu biernie się przypatrywałem.

 

 

– Chłopcze. Obudź się. Chłopcze!… Elijah! – głos był stanowczy, lecz uspokajający zarazem. Wydawał się dochodzić z tak daleka, że nie miałem ochoty wstawać.

Dopiero potężne wycie spowodowało, że zerwałem się jak oparzony.

– Co się dzieje?! Ach, to ty – zauważyłem cierpko. – Miałem nadzieję… zresztą nieważne. Przypomniałem już sobie o swojej „ważnej misji”. Musimy iść – rozejrzałem się w poszukiwaniu Słońca. – Tamtędy! – Wskazałem.

Księżyc zmrużył oczy, ale podniósł się.

– No dobrze… to wskakuj.

 

 

Tym razem jechaliśmy wolniej, pomimo tego, że wyjechaliśmy z lasu i na ogromnym pustkowiu można było nabrać prędkości.

– Księżycu… Mogę cię o coś zapytać?

– Właśnie zapytałeś.

– Jeśli nie chcesz rozmawiać, to mogę nic nie mówić.

Wilk westchnął.

– Pytaj – odpowiedział.

– Kim jest Pani? Wcześniej o niej wspomniałeś – zacząłem niepewnie.

– Pani to siostra Słońca, oczywiście. Dwie z trzech obrońców. Kiedyś rządziły razem tu, na Ziemi. Jednak któregoś dnia Słońce zabrały Niebiosa, by czuwała nad nami z góry.

Zamyśliłem się i próbowałem połączyć tę informację z tymi ze snu. Jeśli taka zła kobieta była obrończynią świata, to nie chciałem nawet myśleć, kto był jego ciemiężycielem.

– Powiedziałeś dwie z trzech… Kto w takim razie jest tym trzecim?

– Nie wiadomo. Niektóre z magicznych istot twierdzą, że jeszcze się nie narodził. Inne, że przybędzie, kiedy będzie najbardziej potrzebny – odpowiedział nieobecnym głosem.

– A po czym będzie można go poznać?

Księżyc parsknął i opuścił uszy.

– Zadajesz dziwne i trudne pytania, Elijah.

– W takim razie zadam jeszcze jedno. Dlaczego nazywasz mnie Nieskalanym? Co to oznacza?

– Niesprawiedliwie byłoby, gdybym ci odpowiedział. Każdy sam musi zrozumieć sens swojego miana. Ja na przykład mam ponad tysiąc lat, a wciąż nie wiem, dlaczego nazywają mnie Srebrnym Królem Nocy. Ciekawość w odkrywaniu tajemnic nadaje cel naszemu życiu. – Odwrócił głowę i mrugnął do mnie.

Ten jeden gest sprawił, że moje odczucia co do niego, zaczęły się zmieniać.  

Reszta dnia upłynęła wraz z niekrępującą ciszą. Dopiero, gdy Słońce żegnała się z nami, postanowiliśmy się zatrzymać.

– Czemu nikt nie pomaga tym drobnym punkcikom? Przecież sobie nie radzą – jest tak ciemno… – zauważyłem, kładąc się obok Księżyca. 

– Kiedy Pani zostanie wezwana przez Niebiosa, spocznie obok swej siostry i obie będą oświetlać nam drogę. Niektórzy dziwią się, że trwa to tak długo. Pani musi mieć coś na sumieniu albo jeszcze nie jest gotowa.

Nic nie odpowiedziałem, bo postanowiłem trzymać podejrzenia dla siebie. Wśród szumu traw i śpiewu nocnych zwierząt, zasnąłem. Nawet nie wiedziałem, kiedy wtuliłem się w miękkie futro Księżyca, mojego stróża.

 

 

Następnego dnia dotarliśmy do krawędzi Ziemi. Stojąc na wysokim klifie, na dole i na górze widziałem tylko niebo. Za to przed nami stało Słońce. Choć zapewne było to przewidzeniem, wydawało mi się, że się do nas uśmiechała.

– I co teraz? – zapytał Księżyc, lekko popychając mnie łbem.

– Pani powiedziała tylko: podążaj za Słońcem. Myślałem, że jak dojdziemy będę wiedział, co zrobić.

– Nieskalany, mój drogi. Przecież wiesz. Musisz uratować świat przed moją siostrą.

Wzdrygnąłem się. Ów głos nie rozbrzmiewał w mojej głowie, ale też z niczyich ust. Czy to Słońce?…

– Słyszałeś? – zapytałem wilka.

– Niemożliwe…

– Stwierdził ogromny, magiczny wilk, potrafiący zrozumieć ludzką mowę i rozmawiać z innymi w myślach. – Roześmiała się czule. – Mój drogi przyjacielu. Sam jeden jesteś niemożliwością. Żyjesz już tysiąc lat, więc jak cokolwiek może wydawać ci się niemożliwe?

Pierwszy raz Księżyc stracił wątek. Wykorzystałem to, by zapytać:

– Powiedziałaś, że muszę ją pokonać. Czyli to oblicze, które pokazała mi we śnie jest prawdziwe?

– Niestety tak – odpowiedziała ze smutkiem. – Jednak nie zawsze taka była. Zmieniła się dopiero, kiedy Niebiosa wybrały mnie zamiast niej. Z wściekłości postanowiła zniszczyć świat, ale kiedy spoczęłam na niebie, nic już nie mogłam poradzić. Nie bezpośrednio. Wybrałam ciebie, żebyś ją pokonał. Ona wybrała ciebie, żebyś pokonał mnie. Liczyłam, że przywrócenie odebranych wspomnień pomoże ci zrozumieć. Na szczęście nie pomyliłam się. – Oświetliła nas swym blaskiem. Poczułem, jak lód w moim sercu i z moich dłoni zaczyna topnieć. – To co powiedziała Aerilaya jest prawdą. Musisz spełnić swoje przeznaczenie, wykonać to, co zostało przepowiedziane.

– Chyba wreszcie zrozumiałem. Tak zrobię, Słońce – głos mi się łamał, a oblicze naprzód stało się blade, potem czerwone, potem jeszcze bielsze, niż przedtem.

– W końcu! – krzyknął Księżyc.

– Wiedziałeś, że jest zła? To dlaczego nic nie powiedziałeś?

Księżyc wzruszył ramiona, albo raczej całym ciałem, i przymknął powieki. Wsiadłem na jego grzbiet i pomknęliśmy znów do lasu.

 

 

Tym razem podróż wyglądała zupełnie inaczej. Nie ściskałem kurczowo Księżycowego futra, nie denerwowałem się, nie byłem nawet spięty. Zaufałem mu, ponieważ on zaufał mi.

Wpół drogi zauważyliśmy samotnego jeźdźca.

Gdy dostrzegł nas z oddali najpierw się zatrzymał, a później zaczął zawracać.

– Hej! Stój! – krzyknąłem, ale bez rezultatu.

Wiesz… dogonienie go nie będzie dla mnie żadną trudnością – powiedział Księżyc.

I tak też się okazało. Nie minęło wiele czasu, jak zajechaliśmy jeźdźcowi drogę. Okazało się, że była to dziewczyna, którą skądś znałem. Zsiadłem i spytałem:

– Chwila, znam cię. Nazywasz się Aerilaya, prawda?

Dziewczyna wybałuszyła oczy, a jej jeleń zatupał nerwowo.  

– Serafinku, uciekaj! – zawyła strwożona.

– Co?

– Już!

Nie zdążyłem się nawet nad tym zastanowić, gdyż nagle pojawiła się wpierw zamglona, a później całkiem rzeczywista postać. To była Pani z furią w spojrzeniu.

– Ty chciałeś pokonać mnie? Mnie?! Proponowałam ci wspaniały układ. Mogłeś władać światem razem ze mną, ale zamiast tego staniesz się królem podziemi! – jej krzyk rozdarł powietrze.

Rzuciła znów tym samym promieniem, jednak Księżyc skoczył i zasłonił mnie swym ciałem.

– Nieeee!!!

Zaklęcie ugodziło wilka prosto w pierś. Osunął się bezwładnie na ziemię.

Pani zaczęła śmiać się szaleńczo. W sercu narodziła się mi tak przeogromna chęć wypełnienia swojego przeznaczenia, że ogień ogarnął całe me jestestwo. Jednak zanim cokolwiek zrobiłem, Aerilaya nabiła ją na poroże jelenia.

– Teraz, Serafinku! Użyj swej mocy!

Podniosłem więc dłonie i, choć nie wiedząc jak, wystrzeliłem nie białym, lecz złotym promieniem. Kobieta zawyła przeraźliwie, a jej ciało zaczęło znikać. Naprężyłem mocno mięśnie, zaparłem się stopami, a pot lał się ze mnie strumieniami, ale w końcu zniknęła zupełnie. Siła wybuchu rzuciła nas na ziemię.

 

 

Szarpię chłopca gwałtownie za ramię.

– Udało ci się! Naprawdę to zrobiłeś!

Otwiera oczy, jednak zamiast radości, widzę w nich monstrualny smutek. Zrywa się szybko na nogi i biegnie do ciała wilka.

– Księżyc! – Przywiera do niego i spogląda mu w oczy, które jeszcze niedawno tak przenikliwe, teraz są puste. – Jesteś moim stróżem, pamiętasz? Obudź się! Obudź się!

Nagle odwraca się do mnie. Śmiertelnie blady, z drżącą dolną wargą i załzawionymi, ogromnymi oczami, mówi:

– Potrafisz go uratować, prawda? Na pewno możesz coś zrobić!

Trzęsę się nie mniej od niego.

– Ja… mogę spróbować – Przełykam ślinę i wycieram wierzchem dłoni łzy. – Stworzyciele, Obrońcy, Stróże i Widzący, zwracam się do was. Błagam o pomoc. Okazałam się niegodną Strażniczką, służyłam kobiecie, której serce przesiąknięte było złem i oczekuję na karę. Jednak ostatni raz proszę o przysługę, ale nie dla mnie, tylko dla chłopca, który przeżył zbyt dużo, jak na swój wiek. Chłopca, który ani razu nie zaznał radości. Pozwólcie poczuć mu ją choć raz!

Wtedy dzieje się coś cudownego. Księżyc otwiera oczy.

– Tak mocno mnie ściskasz, że nie mogę oddychać – sapie Księżyc i uśmiecha się.

Chłopiec wtula się weń jeszcze mocniej. Moje zadowolenie momentalnie gaśnie, bo czuję, że oboje są bardzo szczęśliwi.

– O nie… nie, nie, nie – łapię się za głowę. – Wilku, twoja przepowiednia!

Księżyc w odpowiedzi uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Spokojnie, moja mała Strażniczko. Tak właśnie miało być, prawda?

O czym ona mówi? – pyta chłopiec.

– „Gdy płomień szczęścia zapłonie w sercu Nieskalanego, błoga radość i poczucie piękna życia – wtedy właśnie Srebrny Król Nocy, jako jedyny Pan Ciemności i Mroku odda swą duszę Niebiosom, by na wieczność się z nimi połączyć.” To moja klątwa i moje wybawienie.

– Więc to ty jesteś trzecim Obrońcą? Staniesz teraz na niebie i będziesz oświetlał nam drogę?

Księżyc uśmiechnął się raz jeszcze.

– Tak myślisz? Srebrny Król Nocy… Może właśnie oto chodzi? – szepcze i mruga do chłopca.

Serafinek wtula się w białe futro, ale wcale nie smutnieje. Wie, że każdy ma jakąś rolę do wypełnienia.

 

 

Siedzieliśmy nad klifem oparci o ciepłe ciało Wenus. Aerilaya głaskała moje włosy, a ja wpatrywałem się wysoko na niebo, gdzie górował Księżyc. Wyglądał co prawda trochę inaczej, był okrągły i mocno świecił, ale to wciąż był on.

– Znaczenie mojego miana poznaliśmy… A co z twoim? – spytał mnie tym samym ciepłym głosem. Nie musieliśmy już rozmawiać w myślach.

– Wciąż szukam – odpowiedziałem z uśmiechem. – Wątpię jednak by mogło równać się z twoim, mój kochany Srebrny Królu Nocy.  

 

Koniec

Komentarze

Mam wrażenie, LanoVallen, że Twój Srebrny Król Nocy chyba nie spełnia założeń konkursu. Zaprezentowałaś opowiadanie fantasy, którego jednym z bohaterów jest, co prawda, dwunastoletni chłopiec, ale cała opowieść ma się nijak do kwestii dzieciństwa.

Rzecz jasna decydująca w tej sprawie będzie opinia jurorów, nie moja.

Opowiadanie zdało mi się przegadane i strasznie chaotyczne, a przez to mało zrozumiałe. Szczerze powiedziawszy, nie do końca pojęłam o co tu chodzi i dlaczego. Powierzanie narracji kolejnym bohaterom, moim zdaniem, jeszcze bardziej wszystko zagmatwało.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Najbardziej przeszkadzał mi nadmiar zaimków, często zupełnie zbędnych, nie najlepsza interpunkcja i niezrozumiale konstruowane zdania. Mam też wrażenie, że zdarza Ci się używać słów, których znaczenia chyba nie znasz.

Mam nadzieję, że z czasem, kiedy poprawisz warsztat, lektura Twoich opowiadań będzie bardziej satysfakcjonująca.

 

Chło­piec przy­po­mi­na se­ra­fi­na, z twa­rzą jak błę­kit oce­anu, wiecz­nie spo­koj­nejza­du­ma­nej… – z twa­rzą jak błę­kit oce­anu, wiecz­nie spo­koj­nąza­du­ma­ną… Lub: …o twa­rzy jak błę­kit oce­anu, wiecz­nie spo­koj­nej i za­du­ma­nej

 

Ma sze­ro­ko roz­sta­wio­ne oczy, lekko po­chy­łe, spo­zie­ra­ją­ce na las peł­nią czy­stej bieli. – Na czym polega lekka pochyłość oczu chłopca i ich pełnia czystej bieli?

Podejrzewam, że oczy chłopca były lekko skośne.

 

sarny za­nie­po­ko­jo­ne uno­szą uszy do góry… – Masło maślane; czy można unieść coś do dołu?

 

Je­stem Straż­ni­czą, więc daj mi go obro­nić! – Literówka. Skoro Strażniczka szepcze, to po co wykrzyknik?

 

Znam ten modry wzrok, sre­brzy­stą sierść… – Znam ten modry wzrok, sre­brzy­stą sierść

 

Lek­kie ude­rze­nie umy­słu. – Co to znaczy?

 

Mój wzrok ner­wo­wo prze­ska­ku­je to z jed­ne­go, to na dru­gie­go.Mój wzrok ner­wo­wo prze­ska­ku­je z jed­ne­go na dru­gie­go.

 

Czuję, jak krew spły­wa mi po ple­cach po wbi­ja­niu się w nie pa­zur­kach wie­wiór­ki… – …po wbi­ja­niu się w nie pa­zur­ków wie­wiór­ki

 

W końcu Księ­życ łapą usa­da­wia chłop­ca na grzbie­cie i szyb­ko znika w gę­stwi­nach. – Czy to znaczy, że wilk położył chłopca na plecach i znikł?

 

Po­krót­ce zja­wia się Wenus – mój wierz­cho­wiec z naj­bar­dziej oka­za­ły­mi po­ro­ża­mi w całym lesie. – Wkrót­ce zja­wia się Wenus – mój wierz­cho­wiec z naj­bar­dziej oka­za­ły­m po­ro­żem w całym lesie.

Dwa rogi na głowie zwierzęcia są porożem, nie porożami.

Sprawdź w słowniku znaczenie słowa pokrótce.

 

ich ob­li­cza na­tych­mia­sto­wo się od­mie­ni­ły. – …ich ob­li­cza na­tych­mia­st się od­mie­ni­ły.

 

Wciąż było na nich widać białe po­skrę­ca­ne linie, a w do­ty­ku nadal były zimne jak lód. Czy te za­mro­żo­ne domy, te tru­pio­bla­de po­sta­cie le­żą­ce wo­ko­ło były na­praw­dę moim dzie­łem? Czy to było moż­li­we? – Powtórzenia, a właściwie początki byłozy.

 

– A jak śli­pia, jakby sam dia­beł w nich sie­dział!– A jak śli­pia, jakby sam dia­beł w nich sie­dział!

Chyba że w oczach chłopca siedzieli chłopiec i diabeł.

 

Za­trzy­ma­łem się do­pie­ro przed wej­ściem do lasu. – Jak wygląda wejście do lasu?

 

W lesie pa­no­wa­ła bez­kre­sna cisza… – Na czym polega bezkres ciszy?

Sprawdź w słowniku znaczenie słowa bezkres.

 

Moje stopy same znaj­do­wa­ły drogę… – Czy istniała możliwość, by drogę znajdowały cudze stopy?

 

Nie wie­dzia­łem, gdzie idę, ale jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem do­sko­na­le. – Nie wie­dzia­łem, dokąd idę…

 

mo­głem wszyst­ko. Gdy­bym ze­chciał to za­bił­bym nawet tych wszyst­kich wie­śnia­ków… – Powtórzenie.

 

za­brzmia­ły one tak nie­na­tu­ral­nie i zło­wiesz­czo, że rzu­ci­łem się bie­giem na­przód. – Czy mógł rzucić się biegiem w tył?

Proponuję: …że biegiem rzu­ci­łem się do ucieczki.

 

Za­trzy­ma­łem się do­pie­ro na od­osob­nio­nej po­la­nie. – Wystarczy: Za­trzy­ma­łem się do­pie­ro na po­la­nie.

 

Po­nie­waż drze­wa rosły tam rza­dziej… – Polana jest pozbawiona drzew.

 

dwu­na­sto­let­ni chło­piec w dziu­ra­wym ubra­niu i roz­czo­chra­nej fry­zu­rze… – …dwu­na­sto­let­ni chło­piec w dziu­ra­wym ubra­niu i z roz­czo­chra­ną fry­zu­rą/ z rozczochranymi włosami

Fryzurę/ włosy można mieć, ale nie można w nich być.

 

Nie mi­nę­ło dużo czasu, jak na po­la­nę wkro­czy­li chło­pi.Nie mi­nę­ło dużo czasu, gdy/ kiedy na po­la­nę wkro­czy­li chło­pi.

 

Zwie­rzę ude­rzy­ło męż­czyzn swym dłu­gim ogo­nem… – Czy zwierzę mogło uderzyć cudzym ogonem?

 

ale jego głos tak gło­śno roz­brzmiał w moich my­ślach… – Nie brzmi to dobrze.

Proponuję: …ale jego głos tak donośnie roz­brzmiał w moich my­ślach

 

a wzro­kiem jesz­cze bar­dziej mnie prze­szył. – Raczej: …a wzro­k stał się jeszcze bardziej przeszywający.

 

w końcu udaje mi się zna­leźć mocno od­ci­śnię­te od­ci­ski czte­rech łap. – To też brzmi fatalnie.

Proponuję: …w końcu udaje mi się zna­leźć mocno/ wyraźnie od­ci­śnię­te tropy czte­rech łap.

 

mówię do samej sie­bie. – …mówię do sie­bie.

 

za­re­cy­to­wa­łam me­lo­dyj­nym gło­sem. – Raczej: …wy­re­cy­to­wa­łam me­lo­dyj­nym gło­sem.

 

Oboje noszą w ser­cach tak wiel­ki smu­tek… – Piszesz o chłopcu i wilku, więc: Obaj noszą w ser­cach tak wiel­ki smu­tek

Oboje, gdybyś pisała o chłopcu i wilczycy.

 

Spu­ści­łem się z jego grzbie­tu i opar­łem o naj­bliż­sze drze­wo. – Raczej: Zsunąłem się z jego grzbie­tu i opar­łem o naj­bliż­sze drze­wo.

 

wy­plu­łem z sie­bie wszyst­ko na jed­nym tchu. – Raczej: …wy­plu­łem z sie­bie wszyst­ko jed­nym tchem.

 

Wilk spoj­rzał na mnie, mru­żąc te swoje wiel­kie czuj­ne oczy… – Czy wilk mógł mrużyć tamte cudze oczy?

 

Nie mogąc tego znieść, za­czą­łem par­kać noz­drza­mi ła­piąc po­wie­trze, bo nie sta­wa­ło mi ono w pier­siach. – Co robił nozdrzami??? Sprawdź w słowniku, co znaczy parkać się, parkać.

Co to znaczy, że powietrze nie staje w piersiach?

 

Urze­ka mnie od­wa­ga i dra­pież­ne ruchy chłop­ca… – Piszesz o dwóch czynnikach, więc: Urze­kają mnie od­wa­ga i dra­pież­ne ruchy chłop­ca

 

Lekko po­chy­łe oczy spo­zie­ra­ją na chłop­ca… – Znów zapytam: Jeśli nie chodzi o lekko skośne oczy, to na czym polega ich lekka pochyłość?

 

Od­wró­ci­ła głowę i spoj­rza­ła wzro­kiem, w któ­rym czaił się jad. My­śla­ła, że zmyli mnie swoją urodą i pro­sto­li­nij­nym spoj­rze­niem… – Skoro we wzroku kobiety czaił się jad, to jak można mówić o prostolinijnym spojrzeniu?

 

z pier­si wy­ry­wa mi się niemy krzyk. – Skoro niemy, to chyba nie krzyk.

 

Dwie z trzech obroń­ców. – Raczej: Dwie z trojga obroń­ców. Lub: Dwie z trzech obroń­czyń.

 

Resz­ta dnia upły­nę­ła wraz z nie­krę­pu­ją­cą ciszą. – Co to znaczy?

 

Choć za­pew­ne było to prze­wi­dze­niem, wy­da­wa­ło mi się, że się do nas uśmie­cha­ła.Choć za­pew­ne było to przy­wi­dze­niem

Sprawdź w słowniku znaczenie słów przywidzenieprzewidzenie.

 

Po­czu­łem, jak lód w moim sercu i z moich dłoni za­czy­na top­nieć.Po­czu­łem, jak lód w moim sercu i dłoniach za­czy­na top­nieć.

 

Księ­życ wzru­szył ra­mio­na… – Wilki chyba nie mają ramion.

Ramion się nie wzrusza, można wzruszyć ramionami.

 

Nie mi­nę­ło wiele czasu, jak za­je­cha­li­śmy jeźdź­co­wi drogę. – A czym jechali wilk i chłopiec?

Proponuję: Nie mi­nę­ło wiele czasu, jak za­stąpiliśmy/ zagrodziliśmy jeźdź­co­wi drogę.

 

– Ja… mogę spró­bo­wać – Prze­ły­kam ślinę… – Brak kropki na końcu wypowiedzi.

 

Może wła­śnie oto cho­dzi? Może wła­śnie o to cho­dzi?

 

a ja wpa­try­wa­łem się wy­so­ko na niebo, gdzie gó­ro­wał Księ­życ. – …a ja wpa­try­wa­łem się w niebo, wy­so­ko, gdzie gó­ro­wał Księ­życ. Lub: …a ja patrzy­łem na niebo, wysoko, gdzie gó­ro­wał Księ­życ.

Wpatrujemy się w coś, ale patrzymy na coś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzając się z Regulatorzy, napiszę tylko, że miejscami styl jest niezły. Temat nie mój, no i zagwozdka, dlaczego piszesz jako chłopak/mężczyzna? Nie lepiej pisać jako dziewczyna, skoro z nicku tak wynika?

A mnie się nawet spodobało. To znaczy, gdyby nie liczne drobne usterki językowe, tekst, IMO, nadawałby się do Biblioteki. Taka baśniowa opowieść. Tylko nad warsztatem powinnaś popracować, pozwolić tekstowi poleżeć spokojnie tydzień czy dwa, a potem uważnie przeczytać.

moja pomoc nie okaże się czymś znacznie przeciwnym.

Czy zwrot “znacznie przeciwny” ma sens?

– Pani to siostra Słońca, oczywiście. Dwie z trzech obrońców.

Jedna pani, a dwie obrończynie?

Babska logika rządzi!

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

regulatorzy: no właśnie moim największym problemem nie są błędy językowe, stylistyczne, interpunkcyjne itd., bo nad tym można popracować, ktoś może poprawić, można się tego wyuczyć. Moim największym problemem jest owa chaotyczność, o której wspomniałaś. Mam zbyt wiele pomysłów do opowiadań, tj. każdą historię za bardzo wyolbrzymiam, przegaduję etc. Jednak wciąż się uczę, dużo piszę i zastanawiam nad każdą opinią i komentarzem, który w swoją stronę dostaję. Może być tylko lepiej ;)

Dlatego właśnie dziękuję za tak wyczerpujące wyłapanie błędów i przebrnięcie do końca, chociaż nie będę ukrywać, że trochę się załamałam widząc, jak niektóre z nich są głupie (naprawdę byłam pewna, że pokrótce znaczy “zaraz”, (!) przez tę pewność nawet nie sprawdzałam, choć normalnie zawsze szukam znaczenia nie do końca znanych mi słów) Chcę dodatkowo trochę sprostować:

 

– Co do zwrotu lekko pochyłych oczu, to ktoś gdzieś tego użył i myślałam, że to prawidłowe.

 

– Moja Strażniczka krzyczała szepcząc, bo niejednokrotnie widziałam takie zjawisko – ktoś jest b. zły, ale nie może głośno krzyczeć z powodu jakiejś tam sytuacji, więc musi krzyczeć cicho. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, ale nie była to literówka niestety, tylko efekt zamierzony.

 

Lekkie uderzenie umysłu – istnieje taka moc magiczna przyjęta w grach fantasy.

 

– Zwrot “jakby sam i diabeł w nich siedział” podłapałam z literatury Sienkiewicza bodajże… może źle zastosowałam, ale wiem, że kiedyś się tak mówiło.

 

– Jak powietrze “nie staje w piersiach” to znaczy, że nie można oddychać – przyznaję, że wzięłam ten zwrot z powieści Sienkiewicza i jest ono poprawne, tyle że pewnie już zbyt archaiczne.

 

Wilk wzruszył ramionami, choć raczej całym ciałem – bez tego drugiego człona faktycznie jest to trochę głupie – chciałam trochę spersonifikować mojego wilczka.

 

Jeszcze raz dziękuję!

 

 

gwidon: tak, jestem dziewczyną, ale dlaczego w takim razie nie mogę napisać opowiadania z chłopcem w roli głównej? Mam zawsze pisać jako dziewczyna? ;) Poza tym dzięki!

 

Finkla: dziękuję! Właśnie o to mi chodziło – o taką baśniowość. Ogólnie, ponieważ polska literatura pełna jest cynizmu, wulgaryzmów i brudu (co nie zawsze jest złe), lubię pisać bez tych właśnie przymiotów. Tak bardziej wrażliwie, delikatnie. Czy mi to wychodzi to już inna sprawa… Zazwyczaj pozwalam moim opowiadaniom poleżeć i sprawdzam je aż do znudzenia, ale tym razem śpieszyłam się na konkurs i to pewnie przez to.

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Jeśli myślisz jak mężczyzna, jak najbardziej możesz pisać teksty z perspektywy chłopaka.

A poza tym rób, co chcesz.

Gwidon, przesadzasz, IMO. Można pisać teksty z narracją pierwszoosobową, w których bohaterem jest wampir, smok, ufoludek… A już mężczyźni twierdzą o sobie, że są prostymi stworzeniami. ;-)

Babska logika rządzi!

Zgadzam się Finklo. Doskonałe porównanie. Cofam moje wredne komentarze. Coś mi odjebało.

Ogólnie tekst naprawdę dobry i życzę powodzenia w konkursie.

Lano, nie do końca chyba wszystko zrozumiałam z tej baśni. A powodem był/jest panujący w tekście chaos. Za bardzo zlewają się ze sobą poszczególne części – obie postaci opowiadają w pierwszej osobie, różni je tylko czas – raz przeszły, raz teraźniejszy, co nie ułatwiało czytania. Do tego odniosłam wrażenie, że Aerilaya raz mówi o sobie w rodzaju męskim, raz żeńskim, jakbyś nie mogła się zdecydować, albo sama myliła w trakcie pisania.

Gdyby poprawić usterki i trochę uporządkować ten chaos, to otrzymaliśmy piękną baśniową legendę, taką w starym stylu o pojawieniu się na niebie księżyca.

Jak skorygujesz, to sama chętnie kliknę bibliotekę, ale musisz na nią jeszcze trochę popracować :)

Ze strony formalnej – dzieciństwo jest, fantastyka jest, zbędnych traum brak, czyli niby jest wszystko jak być powinno, tylko czy to fantastyczne dzieciństwo jest tu głównym tematem? Muszę się jeszcze zastanowić. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca – dziękuję za odzew! Przyznam szczerze, że praca była pisana w połowie normalnie, w połowie na szybko, bo tydzień przed zakończeniem konkursu miałam prawie gotowe już inne opowiadanie, ale ze zbytnio rozbudowaną fabułą, która mogła ostatecznie nie zmieścić się w limicie znaków, i z traumą. Dlatego też nagle wpadłam na inny pomysł i ledwo co zdążyłam z wykonaniem (wiem, że się przeliczyłam – trzeba mierzyć siły na zamiary ;)) Po zakończeniu konkursu z wielką chęcią przyjrzę się temu opowiadaniu raz jeszcze, poprawię je i może wtedy wstawię go na stronę ponownie, jeśli tak w ogóle można. 

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

wzrok tak palący, jak wściekły potrafi być jedynie ogień.

 

przekombinowane zdanie.

 

odciśnięte odciski

 

widzę, że Regulatorzy już to zauważyła, podobnie jak zdanie z parkaniem nozdrzami. Słowo parkać oznacza chyba coś innego, niż miałaś na myśli ;). 

 

Opowiadanie rzeczywiście jest mocno chaotyczne, choć ma w sobie ziarenko piękna. Żeby wyrosła z niego baśniowa legenda, tłumacząca historię pojawienia się na niebie Księżyca, tak jak zasugerowała Śniąca, powinnaś jeszcze trochę popracować nad tekstem. Wtedy i ja chętnie zobaczyłbym ją w naszej bibliotece.  

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz – z tym parkaniem to literówka – miało być parskać, ale nie zauważyłam jej i gdy Reg wytknęła mi to, było już po terminie konkursu i nie mogłam zmienić. Jak tylko zostaną ogłoszone wyniki, poprawię wszystkie błędy i ogólnie przeredaguję cały tekst. Dzięki za odzew! ;) 

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Przeczytałem.

. jak Księżyc w pełni okrąglutka.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zgadzam się, że tekst jest chaotyczny i trudno mi się było połapać co, kto i kiedy. A można było wprowadzić prosty zabieg i nazwać poszczególne fragmenty imionami bohaterów i już byłoby przejrzyściej. Druga sprawa – bohaterem jest co prawda dziecko, ale samego dzieciństwa w tym tekście tyle, co kot napłakał. Gdyby dać starszego bohatera, tekst by się obronił (czy właśnie wymyśliłem brzytwę zygfryda? :P ). Na poziomie zdanie całość dość strawna, sama historia ma potencjał, ale w takiej formie pozostaje on niewykorzystany.

Chaos. To po pierwsze. Po drugie… też chaos. Końcówka w miarę wszystko wyklarowała (chyba), ale podczas lektury przegrzewałem mózg okrutnie, próbując nadążyć za tym, co się dzieje. A i tak się pewnie nie udało. A szkoda, bo pomysł był nawet, nawet. Styl i język też niezgorszy. Warsztat za to znalazł się jednak po Ciemniej Stronie Mocy.

Ogólnie sam Srebrny Król był tutaj chyba najbardziej „żywą” a przy tym zdecydowanie najbardziej sympatyczną i ciekawą postacią. Z pozostałych może dałoby się wyciągnąć więcej – podobnie z fabułą – ale pochłonął je chaos. Dzieciństwa jako takiego tutaj niestety, niewiele. Dziecko jako bohater, owszem jest, jakiś zarys jego historii także, ale nie sposób nazwać go osią całej historii.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka