- Opowiadanie: Dzikowy - Przedszkole Promyczek

Przedszkole Promyczek

Horror bez traum dla protagonisty. Mało tu horroru, ale najważniejsze przecież, żeby dzieciom kuku nie zrobić, prawda?
...na muniu.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Przedszkole Promyczek

Pierwsza była Paulina. Pojawiła się wkrótce po przeprowadzce do nowego miasta, nowego mieszkania i nowego przedszkola. Przenieśli się z Przeciętnych wraz z awansem taty, niedługo potem mama też znalazła pracę w tej samej firmie. Sprzedawali lampy do oświetlania zamków i mostów. Rodzice wychodzili z domu rano, gdy Maciuś dopiero się budził, a wracali po południu lub wieczorem, najczęściej wspólnie. Dwa razy dziennie mijali się w drzwiach z dziewczyną dbającą, żeby ich syn punktualnie i bezpiecznie dotarł do przedszkola, a po południu wrócił do domu. Paulina otrzymała od rodziców chłopca jeszcze jakieś polecenia, ale Maciuś nie pamiętał jakie.

Opiekunka wciąż się uczyła, chociaż była już chyba tak dorosła, jak panie w przedszkolu. Lat miała tyle, co dwa razy palców rąk. Jej palce kończyły się długimi paznokciami pomalowanymi na różne kolory. Gdy jechali tramwajem, Paulina nie zajmowała się podopiecznym, chyba że za bardzo się wiercił. Całą uwagę poświęcała rozmowie ze swoim chłopakiem. Maciuś nie wiedział, po co jej ten chłopak, skoro w trakcie tych rozmów głównie krzyczała do telefonu. Czasami gwałtownie rozłączała się i wrzucała urządzenie do torebki, a potem ukradkiem ocierała łzę, pociągała nosem i zwracała Maciusiowi uwagę, żeby się nie wiercił, nawet jeżeli ten siedział nieruchomo.

Po powrocie do domu chłopiec najczęściej siadał na dywanie w swoim pokoju i wyciągał spod łóżka pudło wypełnione resorakami. Miały obtłuczony lakier i scentrowane koła. Zabawki przyjechały z Przeciętnych razem z meblami i garnkami. Panowie w brudnych rękawiczkach wyjmowali z ciężarówki wypełnione różnościami pudła i układali je w stosy. Rodzice czytali nabazgrane grubym flamastrem napisy i roznosili kartony do właściwych pomieszczeń: kuchni, salonu, sypialni, garderoby i tak dalej. Książki, ubrania, płyty, kosmetyki układali na półkach, w nowych szafkach, szufladach i komodach. Na pytania mamy, czy nie jest mu źle z powodu wyjazdu z Przeciętnych, Maciuś odpowiadał, że nie. Chodził po całym mieszkaniu, wąchał pachnące lakierem deski podłogi i lizał ściany smakujące kredą. Tęsknił za babcią, z którą dotychczas mieszkali po sąsiedzku i która codziennie ich odwiedzała.

Po powrocie z przedszkola, gdy chłopiec bawił się w wyścigi samochodów lub kolorował, Paulina wyciągała telefon i siąkając nosem, pisała SMS-y, a jej oczy z każdą chwilą stawały się coraz bardziej czerwone. Potem musiała płukać twarz zimną wodą i smarować ją kremem w kolorze skóry.

Tamtego dnia rodzice polecieli samolotem do innego kraju i mieli wrócić dopiero nazajutrz. Opiekunce przygotowali przed wyjazdem pościel i ręczniki.

Od rana było szaro, dlatego Maciuś podejrzewał, że panie nie wypuszczą dzieci na plac zabaw. W drodze do przedszkola Paulina znów pokłóciła się z chłopakiem. Krzyczała tak głośno, że jakaś starsza pani zwróciła jej uwagę, żeby nie używała brzydkich słów przy dziecku.

Przedszkole „Promyczek” było nieduże. Zajmowało jednopiętrowy stary dom z dużymi oknami, ze ścianami obrośniętymi bluszczem i dorodnymi drzewami rosnącymi na podwórzu za budynkiem. Wchodziło się po trzech trochę poszczerbionych schodach. Klamka miała kształt kuli, a same drzwi ozdabiał witraż.

W niedużej szatni Paulina rozwiązała Maciusiowi buciki i po odprowadzeniu go na salę odeszła bez pożegnania. Po drodze zaczepiła ją pani dyrektor. Zaprosiła do gabinetu, żeby przekazać jej jakieś dokumenty dla mamy. Około południa do pięciolatków przyszły dwie sympatyczne dziewczyny, sympatyczniejsze niż Paulina. Bawiły się z dziećmi w taki niby teatrzyk, ale bez żadnych słów: wszystko trzeba było pokazywać. Animatorki zjadły też z przedszkolakami obiad – pieczone mięsko z kaszą i surówką z pomidorów. Na podwieczorek dzieci dostały zupę owocową.

Chłopca dopiero wieczorem odebrała zdenerwowana babcia. Było już całkiem ciemno, a inne dzieci już dawno poszły do domu, tak samo prawie wszystkie panie. Została tylko jedna, która wcześniej próbowała dodzwonić się najpierw do Pauliny, a następnie do mamy chłopca.

Maciuś lubił wracać z babcią. Zawsze przyjeżdżała samochodem – takim białym, dużym i pachnącym. Wciąż niestara, energiczna kobieta podnosiła wnuka prawie na wysokość swojej głowy, bo nie mógł samodzielnie sięgnąć do kanapy, i przypinała go pasami w foteliku. W drodze do domu prawie zawsze zajeżdżali do restauracji lub kina, czasem do zoo, gdy było ciepło i jasno, nie jak teraz. Jedli pizzę lub Happy Meal, a po powrocie babcia od razu szła do kuchni, wstawiała wodę na herbatę lub kawę Inkę, przeglądała zawartość lodówki i szykowała kolację. Dziś też, mimo że wrócili bardzo późno. Maciuś starał się zjeść wszystko, mimo że babcia nałożyła dużo, aż uciekało z talerza.

– Takich klopsików pewnie jeszcze nie jadłeś. Dołożyć? – spytała. Stała nad wnukiem z matowoszarym garnkiem ubrudzonym gdzieniegdzie ciemnym sosem pachnącym grzybami.

Chłopiec z pełnymi ustami pokręcił głową, że nie, ale babcia to zignorowała.

– To ci dołożę. Ziemniaczki?

Najedzonego do syta chłopca zaprowadziła do łazienki, żeby przepłukał usta i umył zęby. Pozwoliła mu jeszcze chwilę pobawić się przed snem. Zasypiając, słyszał, jak babcia coś mówi. Pewnie rozmawiała przez telefon z mamą, bo mówiła coś o odpowiedzialności i że Paulina to gówniara i lafirynda.

***

Zanim zatrudniono nową opiekunkę, przez ponad tydzień chłopcem opiekowała się babcia. Szykowała Maciusiowi śniadanie, zawoziła go do przedszkola, a po południu odbierała, czasami dość wcześnie, tuż po podwieczorku. W takie dni wracali prosto do domu. Chłopiec pomagał w gotowaniu. Nie mógł zbliżać się do kuchenki i piekarnika ani używać noży, dlatego tarkował marchew, a później mieszał surówkę, aż kawałki warzyw wysypywały się z dużej miski na stół. W tym czasie babcia szykowała mięso – umyty kawałek nacierała czosnkiem i przyprawami, których zapach przypominał chłopcu łąkę lub babciny ogródek w Przeciętnych, w którym rosły różne kwiaty i warzywa.

– To golonka – poinformowała chłopca, gdy wrócił z łazienki, gdzie umył ręce śliskie od oliwy. – Takiego mięska jeszcze nie jadłeś, prawda? Mama takich rzeczy nie robi. A modlitwa? – Powstrzymała wnuka, który już zamierzał się widelcem na parujący na talerzu walec z kością wystającą po obu jego końcach.

Maciuś lubił gotować z babcią.

Nowe mieszkanie było na tyle duże, że babcia zajęła pokój z oddzielną łazienką, ale i tak z każdym dniem jej obecności mama była coraz bardziej rozdrażniona. Tato próbował łagodzić spory, zanim przerodzą się w kłótnie.

– Kamilku, tutaj masz ogłoszenie. – Babcia podała tacie dwie koperty. – Podjedź jutro na uniwersytet i rozwieś. A to zawieź do gazety.

– Jest przecież internet – wtrąciła się mama.

– Kochana, przez ten wasz internet zgłosiła się lafirynda, co przy pierwszej okazji poszła z jakimś gachem, zapominając zupełnie o Maciusiu. Ja wam znajdę taką opiekunkę, która do swoich obowiązków podejdzie poważnie.

Po rozmowie z babcią mama wyszła z domu. Oczy miała czerwone jak Paulina.

Marysia wydawała się starsza. Też się uczyła, ale chyba czegoś innego niż Paulina, bo nie rozmawiała przez telefon, za to bez przerwy gapiła się w książki. Też nie lubiła, gdy Maciuś jej przeszkadzał, ale nie zwracała mu uwagi, nawet jeśli kopał rurę, znudzony znanymi już na pamięć widokami przesuwającymi się za oknem tramwaju. Niechętnie też odpowiadała na zadawane pytania. To pewnie dlatego zrezygnowała z czytania mu bajek: co chwila przerywał, bo nie wiedział, co to jest pegaz czy wyrwidąb. Z każdym dniem historyjki były krótsze.

Po kilku dniach chłopiec uznał, że Marysia jest jednak lepsza niż poprzednia opiekunka. Nadal okropnie się nudził w podróży i po powrocie w domu, ale dziewczyna przynajmniej nie krzyczała przez telefon i nie siąkała potem nosem. Czasem nawet wychodzili na nowy i praktycznie pusty plac zabaw między blokami osiedla. Regularnie bawiło się tu inne dziecko, wyższy i starszy od Maciusia chłopiec. Nie mówił po polsku, ale dawało się z nim porozumieć. Tak było tylko przez jakiś czas. Po kilku tygodniach Marysia powiedziała, że ma sesję, i odtąd poświęcała swoim książkom i zeszytom jeszcze więcej uwagi.

Jak tylko zrobiło się ciepło, pani dyrektorka pozwoliła wypuszczać dzieci na podwórze za przedszkolem, ogrodzone z każdej strony wysokim parkanem. Słońce z trudem przebijało się przez korony dorodnych drzew, dlatego przed wyjściem wszyscy musieli założyć kurteczki. Później, gdy już było bardzo ciepło, panie pozwoliły bawić się w samych koszulkach. Z wyjątkiem Maciusia. Chłopiec rano trochę chrypiał, dlatego Marysia przekazała przed wyjściem dyrektorce, żeby cieplej go ubrać. Tamtego dnia znów przyszły dwie dziewczyny, które pokazywały różne fajny gry i zabawy. Na obiad jedli wtedy makaron z sosem pomidorowym i mięsem mielonym. Studentkom też bardzo smakowało.

Wieczorem Maciusia odebrała mama. Wracali jej nowym samochodem, mniejszym niż ten babci i szarym, nie białym.

– Marysia ma egzamin. Jutro się zobaczycie – odpowiedziała, gdy synek zapytał, dlaczego to ona po niego przyjechała.

Ale następnego ranka Marysia się nie zjawiła. Zdenerwowani rodzice dzwonili gdzieś przez kwadrans, może dłużej. Zerkali na zegarki.

– Udało się, przesunąłem spotkanie na jedenastą. Zawiozę Maćka – zapewnił tata.

– A kto go odbierze po południu? Ja mam projekt do skończenia.

– A ja prezentację. Może mama? Jeżeli dziewczyna się nie znajdzie, to i tak będziemy potrzebować pomocy.

Nie mógł nie dostrzec zmiany wyrazu twarzy żony.

– Może jakaś agencja? – odpowiedziała cicho. – Świra dostanę, jeśli Danuta znowu będzie tu mieszkała.

Rodzice praktycznie nigdy się nie kłócili. Czasami tylko, gdy rozmawiali o babci. Maciuś rozumiał, że babcia nie przepada za mamą, a mama „dostaje cholery, jak słyszy Danutę”, jak kiedyś powiedziała. Dopiero niedawno mama wytłumaczyła chłopcu, że babcia jest mamą taty, a druga babcia, mama mamy, umarła, bo była chora i miała guza. Jeśli chodzi o dziadków, to tata mamy też umarł wiele lat temu, a ten drugi od dawna nie mieszkał z babcią i nie kontaktował się z rodziną. Mama kiedyś powiedziała, że wcale się nie dziwi, że zostawił tę zołzę. Tata tego nie słyszał.

Biały duży samochód stanął pośrodku wąskiej ulicy, bo nie było gdzie zaparkować. Babcia włączyła światła awaryjne i jedną ręką, drugą trzymając telefon przy uchu, próbowała wyplątać wnuka z pasów.

– Po prostu zawieź te ogłoszenia, co ci ostatnio dałam. Masz jeszcze gazetę? Przepisz z niej – mówiła ojcu. – Ale tym razem dziewczynę najpierw mi pokażecie. Całe szczęście, że byłam w mieście przejazdem. Nie jestem emerytką, mam u siebie z pięćdziesięciu najemców, nie będę ściągać z Przeciętnych na każde wasze wezwanie. No, na kolację coś przyszykuję. Znalazłam świetny sklep. Tam kupują najlepsze restauracje. Pa, pa, Kamilku.

Dopiero po skończonej rozmowie i zwolnieniu drugiej ręki udało jej się wypiąć wnuka. W tym czasie za samochodem zrobił się trąbiący ogonek. Babcia udawała, że nie słyszy klaksonów i wywrzaskiwanych pretensji.

Czasami do przedszkola przychodzili policjanci: pan i pani w ładnych mundurach. Przedszkolaki bawiły się z nimi w zgadywanie kolorów świateł, a potem w przechodzenie przez ulicę. Ulicą był kawałek podłogi między dywanami. Dzieci udające światła drogowe co jakiś czas zamieniały się z udającymi samochody. Tym razem przyszło dwóch panów, ale nie chcieli grać w żadną grę. Rozmawiali z przedszkolankami, a potem z panią dyrektorką, która zaproponowała im kawę i zaprosiła do swojego gabinetu.

Chłopcu wydawało się, że to przez niego przyszli do przedszkola. Co chwilę zerkali w jego stronę i odwracali wzrok, gdy ich zauważył. Nie mógł przez to skupić się na zabawie. Poza tym wydawało Im się, że w rozmowie, jaką we troje nadal prowadzili po wyjściu z pokoju pani dyrektorki, kilka razy usłyszał swoje wypowiadane szeptem imię.

– Nie ma sensu go niepokoić, poza tym najpierw rodzice muszą wyrazić zgodę – uspokajającym tonem powiedział wyższy policjant. – Jak coś, proszę dzwonić. Tu jest moja wizytówka. Także panie wydawały się trochę zdenerwowane tą niespodziewaną wizytą. Uśmiechały się inaczej niż zwykle, bardziej powściągliwie. Szeptały między sobą, gdy dzieci leżakowały po posiłku. Dziś na obiad były eskalopki z groszkiem i ziemniakami.

Mimo że babcia zabrała Maciusia z przedszkola wcześnie, nie zdążyli na karmienie pingwinów. Odwiedzili za to młodego żyrafka i leżące na grzbiecie foki. Szare wielkookie zwierzęta wygrzewały się w słońcu i od czasu do czasu drapały płetwami po brzuchach, wywołując u chłopca ataki śmiechu. Wizyta w zoo nie trwała długo, mimo to babcia twierdziła, że jest strasznie późno. Do domu jechali szybciej niż zwykle. Tym razem Maciuś nie pomagał przy gotowaniu. Kobieta wygoniła go z kuchni, gdy dopytywał, co wyjmuje z zamrażarki. A może chodziło o to, że prawie się o wnuka potknęła.

– Nie łaź tu, bo nie zdążę z kolacją. Umyj ręce i idź się pobawić.

Jedli we czwórkę w salonie. Nowy stół wcale nie było nowy, tylko zabytkowy. Tato od jakiegoś czasu kupował bardzo stare meble. Żeberek dostali zaledwie po kilka sztuk, za to smakowały wyśmienicie, choć babcia narzekała, że za krótko się marynowały. Chłopiec obgryzał kości trzymane w palcach. Papierowe serwetki rwały się i przywierały do skóry, gdy próbował obetrzeć ręce z tłuszczu. Mama chwaliła potrawę i dopytywała syna, jak było w przedszkolu. Opowiedział o policjantach, ale rodzice już chyba o nich wiedzieli. Babcia również.

– Ja bym nie narażała dziecka na taki stres – fuknęła. – Poza tym to was w ogóle nie dotyczy. W tym wieku młodzież często ucieka na jakieś giganty. Pewnie obie się zakochały i poszły w świat. Znajdą się, jak im rozum wróci.

Maciuś domyślał się, że mówi o Paulinie i Marysi. Słowa babci uspokoiły go. Dotąd nie wiedział, że Marysia też miała chłopaka, z którym mogłaby uciec.

***

Karolinę polubił od razu. Po dwóch dniach uwielbiał ją bezgranicznie. Z nową opiekunką też jeździli tramwajem, ale przez całą podróż rozmawiali, żartowali. Czasami dziewczyna proponowała konkursy, na przykład kto pierwszy wskaże człowieka z parasolem albo w kapeluszu. Świeciło słońce, dlatego tych pierwszych było niewielu i chłopiec musiał uważnie się rozglądać. W drodze powrotnej zgadywał nazwy samochodów na podstawie ich znaczków. Dziewczyna czasami go poprawiała lub podsuwała właściwą odpowiedź, gdy nie mógł zgadnąć.

Do domu wpadali tylko na chwilę. Opiekunka pomagała chłopcu się przebrać, a potem wychodzili na plac zabaw. Tam bawili się w oblężenie zamku lub wędrówkę przez dżunglę pełną krokodyli i gepardów. Niekiedy mama musiała po nich dzwonić. Wyjątkiem były dwa letnie tygodnie, gdy rodzice polecieli na wyspę z palmami, a chłopiec został pod opieką Karoliny, a w sobotę i niedzielę zajmowała się nim babcia, która zabierała go na działkę w Przeciętnych. Babcia nie ukrywała, że nie lubi dziewczyny. Raz nakrzyczała na nią, gdy Maciuś ubrudził się lodami. Chłopiec rozpłakał się. Poczuł się winny nieprzyjemnej sytuacji.

Po powrocie rodziców wszystko wróciło do normy.

Tata pozwolił zabrać do przedszkola tablet, gdy mieli opowiadać o pracy swoich rodziców. Na tablecie znajdowały się zdjęcia z mostami, kościołami i pałacami, które oświetlały lampy sprzedawane przez rodziców. Poprzedniego wieczoru wgrali też kilka filmów, bo niekiedy światła zmieniały kolory i wyglądały jeszcze lepiej niż na fotografiach. Po drodze Karolina pozwoliła chłopcu bawić się w zgadywankę. Dotykał wyświetlanych na ekranie liter, które wyczytywała dziewczyna. Opiekunka czasami naprowadzała chłopca, jak w przypadku nazw samochodów, a gdy trafił, biła mu brawo. Po dojechaniu na miejsce Karolina odprowadziła Maciusia do sali, przybiła mu piątkę na pożegnanie i przekazała pani przedszkolance, że tablet zostawi u dyrektorki do przechowania.

Prezentacja wyszła nie tak dobrze, jak planowali. Mimo rzucanego przez drzewa cienia na podwórku było zbyt jasno i według Maciusia film ze zmieniającym kolory mostem nie wywarł na pozostałych dzieciach odpowiedniego wrażenia. Co prawda panie obiecały, że będzie mógł pochwalić się galerią, gdy wrócą do sali przed obiadem, ale wtedy głodne dzieci myślały już tylko o gulaszu, którego zapach dochodził z kuchni. W trakcie posiłku w dużym oknie wychodzącym na ulicę mignął mu duży biały samochód i znajoma twarz.

– Babcia! – zdążył krzyknąć, zanim pojazd zniknął.

***

Na odwiedziny panów policjantów w domu Maciuś trafił dwa razy. Pierwszy raz w sobotę. Babcia nakrzyczała na nich, że nie mają prawa nachodzić uczciwych obywateli i że zaraz zadzwoni po adwokata. Tato starał się ją uspokoić, a mama po prostu odpowiadała na pytania, ignorując awanturującą się teściową. Za drugim razem policjanci nie byli już tacy uprzejmi. Chłopiec uważał, że to przez zachowanie babci przy poprzedniej wizycie. Pokazali jakąś kartkę, a potem zaczęli robić bałagan w całym mieszkaniu, szczególnie w kuchni. Zabrali jedzenie, garnki i ubrania. Mama była zdenerwowana, ale starała się to ukryć. Trzymała chłopca na kolanach i czytała mu bajkę o wyprawie gąsienicy i pasikonika do miasta. Na obrazkach kolorowa gąsienica plotła ze srebrnej nici tobołek. I tak plotła i plotła, a pasikonik się niecierpliwił. W końcu cała się w ten srebrny tobołek zaplątała, a gdy w końcu towarzysz wyprawy ją uwolnił, okazało się, że zmieniła się w motyla. Maciuś lubił tę historyjkę. Babcia krzyczała na policjantów, dlatego nie mógł skupić się na historyjce.

Mimo że był to normalny dzień, nie weekend, mama nie poszła do pracy. Zawiozła syna do budynku, w którym pracowali policjanci. Oboje usiedli w kolorowym i jasno oświetlonym pokoju wypełnionym zabawkami i pluszakami. Kilkoro przyjaźnie i sympatycznie wyglądających dorosłych poprosiło, żeby opowiedział o swoich opiekunkach: jakie były, jak się zachowywały. Mama powiedziała, że nic się nie stanie, jeżeli o czymś zapomni lub coś pomyli. I że dorośli chcą dziewczynom pomóc. Potem spytali o babcię. Maciuś czuł wstyd, gdy mówił, jak babcia je nazywała. Opisał, jak odwiedzili zoo, że wieczorami razem gotowali. I że potem widział samochód babci niedaleko przedszkola.

Mama zmieniła pracę i teraz mogła chłopca odwozić i przywozić. Tata twierdził, że z jego pensji wystarczy na dostatnie życie, ale mama nie chciała być kurą.

W przedszkolu Agatka powtarzała, że przez Maciusia odchodzą dzieci. Faktycznie kilku jego kolegów ostatnio zniknęło, ale dziewczynka zawsze dokuczała innym, opowiadając jakieś straszne bzdury. Na takie zaczepki wystarczyło odpowiedzieć „wcale nie”. Kiedy wymiana argumentów „wcale nie” i „wcale tak” osiągała odpowiednią głośność, przychodziła pani i przerywała kłótnię, a potem mówiła, że tak nie wolno. Panie przedszkolanki też od jakiegoś czasu nerwowym szeptem rozmawiały ze sobą w trakcie leżakowania. Maciuś nie wszystko słyszał, a nawet jeśli słyszał, to nie wszystko rozumiał. Podobno policjanci znaleźli jakieś „de en a” na bluzeczce, a nad rzeką szczątki, ale nie wszystkie, bo kilkunastu dziewczyn nadal nie znaleziono. I panie wiedziały o tym z gazety. Któregoś dnia chwaliły też dyrektorkę, że mimo całej sytuacji pozwoliła Maciusiowi zostać, żeby nie narażać go na stres w tak trudnym okresie.

Tata udawał pogodnego i spokojnego, tylko jego włosy robiły się z każdym dniem bardziej siwe. Chłopiec słyszał rozmowę rodziców i wiedział, że policjanci pojechali do Przeciętnych, żeby zamknąć babcię za kratkami. Rodzice pytali też syna, czy dobrze się czuje, czy nie boli go brzuch. Mama zabierała jego kupę do badania i woziła chłopca do lekarza. Tam oglądali go i raz ukłuli w rączkę, przez co chwilę płakał. Za odwagę dostał lizaka z witaminami, a po wyjściu z gabinetu już wcale nie bolało.

Po tym, jak panowie policjanci zrobili bałagan w przedszkolu, mimo protestu dyrektorki i pozostałych rodziców, którzy przyjechali razem z adwokatami i dziennikarzami, Maciuś dowiedział się, że do domów innych przedszkolaków policjanci też przyszli, ale nie aresztowali im babć ani nikogo innego. Wieczorem mama zakomunikowała synkowi, że od jutra będzie chodził do nowego, jeszcze lepszego przedszkola i że będzie się tam uczył muzyki. Chłopiec spytał, czy będzie mógł dostać od Mikołaja skrzypce. Dni do świąt liczył, wklejając naklejki z owocami w kratki w zeszycie. Narysowali je wspólnie z Karoliną któregoś deszczowego dnia. Wiśnie, truskawki i gruszki wklejał zawsze wieczorem już po umyciu zębów. Wtedy przez krótką chwilę tęsknił za Karoliną. Pewnie uciekła z chłopakiem do ciepłych krajów, tak jak Paulina i Marysia. Miał nadzieję, że rodzice ją znajdą, gdy znowu polecą na wyspę z palmami.

Do nowego przedszkola pojechał z mamą i babcią, którą policjanci wypuścili zza kratek. Furtkę przed budynkiem ozdabiały uśmiechnięte słoneczko i gwiazdki, przysypane teraz śniegiem, który padał przez całą noc. Budynek nie miał piętra, a plac zabaw był większy niż w starym przedszkolu. Panie wydawały się sympatyczne. Zaprowadziły Maciusia za rączkę na salę i zaprosiły wszystkie dzieci do zabawy, w trakcie której będą mogły poznać się z chłopcem, a on też zapozna się z grupą.

Na obiad była zupa-krem z warzyw z kiełkami, tłuczone ziemniaki, surówka i kotlety sojowe. Maciuś nigdy takich nie jadł, ale stwierdził, że są smaczne. Asia, która siedziała obok, spytała chłopca, czy jest wege, bo ona i jej rodzice są wege i tylko kot Traktor nie jest wege.

Po leżakowaniu bawił się na dywanie w wyścigi wagonów drewnianej kolejki ze swoim nowym przyjacielem, Michałem. Rozebrali owalny tor, ustawili równolegle dwie zjeżdżalnie i puszczali z nich pojazdy. Po pewnym czasie na końcu trasy ustawili mur z klocków, w które miały uderzać. W trakcie zabawy Michał opowiadał straszne historie. Najpierw o kraksach i wypadkach drogowych, a potem o trzęsieniach ziemi, wybuchach w domach, o strasznych mordercach, którzy włamują się do domów z nożami lub karabinami. Opowiadał też o przedszkolu, w którym pani dyrektorka w piwnicy robiła dla dzieci jedzenie z ludzi. Maciusiowi te historyjki podobały się bardziej niż bajka o gąsienicy i pasikoniku.

Odebrała go mama. Z żalem pożegnał się z nowo poznanymi rówieśnikami.

– Jak ci się podoba nowe przedszkole? – spytała, zawiązując mu sznurowadła. Kokardki robiła inaczej niż babcia: najpierw jedną, a dopiero na koniec drugą pętelkę, nie dwie na raz.

– Bardzo fajnie – odpowiedział z entuzjazmem. – Tutaj dużo dzieci jest wege. Mamo, a ja też jestem wege?

– Jesteś – odpowiedziała, nie podnosząc głowy.

Koniec

Komentarze

Czytało się świetnie. Bardzo podoba mi się widzenie wszystkiego oczami przedszkolaka i chyba coś mi się z tego specyficznego postrzegania udzieliło, bo po lekturze czuję się trochę jak Maciuś – nie mam pewności czy wiem, o co chodzi… ;-)

 

– Jest prze­cież in­ter­net – wtrą­ci­ła się mama.– Jest prze­cież In­ter­net – wtrą­ci­ła się mama.

 

– Ko­cha­na, przez ten wasz in­ter­net zgło­si­ła się la­fi­ryn­da… – Ko­cha­na, przez ten wasz In­ter­net zgło­si­ła się la­fi­ryn­da

 

z panią dy­rek­tor­ką, która za­pro­po­no­wa­ła im kawę i za­pro­si­ła ich do swo­je­go ga­bi­ne­tu. – Drugi zaimek jest chyba zbędny.

 

Poza tym wy­da­wa­ło m się… – Literówka.

 

w roz­mo­wie, jaką we troje nadal pro­wa­dzi­li… – …w roz­mo­wie, którą we troje nadal pro­wa­dzi­li

 

Dziew­czy­na cza­sa­mi go po­pra­wia­ła lub pod­po­wia­da­ła wła­ści­wą od­po­wiedź, gdy nie mógł zgad­nąć. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: …lub pod­suwa­ła wła­ści­wą od­po­wiedź

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam takie wrażenie, jakby historia była bezbarwnie opowiadana. Zazwyczaj, najczęściej, i te dziwne szyki w zdaniach… jak sprawozdanie ze sprzedaży mydła. Np. ten fragment: Zajmowało jednopiętrowy stary dom z dużymi oknami, ze ścianami obrośniętymi bluszczem i dorodnymi drzewami rosnącymi na podwórzu za budynkiem. Wchodziło się po trzech trochę poszczerbionych schodach. Klamka miała kształt kuli, a same drzwi ozdabiał witraż. <– nic mi nie wniósł ani do wyobraźni, ani jeśli chodzi o doznania. Sucho i dziwnie.

Zwróć uwagę, że po powyższym akapicie używasz znów określenia “nieduże”.

 

Wciąż niestara ??????

 

przepłukał usta i umył zęby. ← chyba na odwrót?

 

przesuwającymi się na oknem tramwaju.

 

usłyszał swoje imię wypowiadane szeptem imię.

 

Czytałam do końca, zaciekawiona, o co chodzi. I nie zrozumiałam. Brakowało paru przecinków, ale poza tym tekst jest poprawny i zgrabnie napisany. 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Przyjemnie się czyta, dobrze napisane, ale gdzie tu fantastyka?

Babska logika rządzi!

Melduję, że przeczytałam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hej, wrzucę poprawki, jak skończę zmieniać opko na konk. absurdalny.

Finklo, zapomniałem o fantastyce, co jakoś często mi się ostatnio zdarza. Powiedzmy, że protagonista potrafi się teleportować 10 cm w dowolną stronę, ale odkryje to dopiero po siedemdziesiątce. ;)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Podobało mi się, zwłaszcza zwracanie przez Maciusia uwagi na rodzaj posiłków (dla mojego bratanka też najważniejszym punktem raportu z przedszkola było “co na obiad”:D).

(spojlero-pytanie, może być na priv: babcia miała jakieś konszachty z dyrektorką, czy wypuścili ją zza kratek na stałe?)

A że było miło – klep:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Może tylko aresztowali tymczasowo (i po “tymczasie” wypuścili) albo okazała się niewinna ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Spodobało mi się. Opisywanie faktów z perspektywy dziecka, jakże sugestywnie przekazane. Wciągający tekst.

…czy nie boli go brzuch. – Z jednej strony uśmiecha (perspektywa dziecka), a z drugiej przeraża. ;)

 

 

Poza tym wydawało m się, że w rozmowie, jaką we troje nadal prowadzili po wyjściu z pokoju pani dyrektorki, kilka razy usłyszał swoje imię wypowiadane szeptem.

Też nie mam pewności, o co chodzi. 

Ale nic to  – podobało mi się bardzo. Świetnie opisałeś wydarzenia z puntu widzenia pięciolatka. Obiadki w przedszkolu to bardzo ważna sprawa. :) W przeciwieństwie do c21h23no5.enazet uważam, że taki rodzaj narracji pasuje do tego tekstu idealnie.

Kamień z serca, że nie tylko mnie umknęło rozwiązanie intrygi. Podejrzewałem, że babcia mordowała opiekunki, żeby być bliżej wnuka, ale zakończenie innych wątków (wege? dyrektorka?) było już chyba poza moimi możliwościami.

Największym atutem było dziecięce spojrzenie na świat. Nie jestem ekspertem od psychologii dziecięcej, ale z mojej perspektywy wypadło całkiem nieźle i realistycznie. Pozostał lekki niedosyt z powodu “nie jestem pewien o co chodziło”. Generalnie podpisałbym się pod komentarzem Reg.

: )

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Jak zwykle świetnie napisane. Perspektywa spojrzenia kilkulatka bardzo ciekawa, zwłaszcza przypuszczenia i domysły co się działo z opiekunkami, jak np. tu: Pewnie uciekła z chłopakiem do ciepłych krajów, tak jak Paulina i Marysia. Miał nadzieję, że rodzice ją znajdą, gdy znowu polecą na wyspę z palmami.

Tylko, na dowolnych bogów, gdzie podziała się fantastyka? A tu nic, po prostu babcia eliminowała dziewczyny…

Aha, Twoje tłumaczenia, że Maciuś w wieku siedemdziesięciu paru lat dowie się, że jest nieśmiertelny, mnie nie satysfakcjonują ;)

Ze strony formalnej – dzieciństwo jest, fantastyka – brak, zbędnych traum brak, czyli nie wszystko jest jak być powinno. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałem.

Ja się niestety nie zgodzę z przedmówcami w kwestii stylu i perspektywy – widać że chciałeś pokazać świat oczami dziecka, są naprawdę dobre momenty, ale bez przerwy coś zgrzyta, jakbyś nie mógł się zdecydować czy to ma by dziecięce czy jednak “normalne”. Dużo rzeczy na to wpływa – głównie to, że czasami widać dystans do przedstawianych sytuacji, takie bardzo narratorsko – opowiadające podejście (kawałek o wymianie argumentów z “wcale nie”, “wcale tak” jest niezłym przykładem, choć jest ich więcej), a czasem, kiedy jest bardziej “Maciusiowo” w ogóle go nie ma. Takie zmiany potrafią się pojawić dwa czy trzy razy w jednym zdaniu i bardzo mi ta huśtawka przeszkadzała w odbiorze. Podobnie proste, prawie beznamiętne zdania – które świetnie się sprawdzają kiedy mamy perspektywę przedszkolaka, który po prostu bez pytania przyjmuje wszystkie fakty i w efekcie cały świat jest równie czarodziejski jak normalny, ale już w wypadku narratora podszytego dorosłością są zwyczajnie nużące.

Natomiast co trzeba Ci zaliczyć na ogromny plus to puenta, w ogóle granie tymi opisami jedzenia, zapachów i gotowania i wege na końcu. To jest super, naprawdę świetnie przeprowadzone.

Minusem jest jednak niestety, to że naprawdę nie do końca wiadomo kto tu kogo zjadał i dlaczego. Czy jest jeden wątek, czy może jednak dwa, czy mamy babcię-psychopatkę zabijającą opiekunki i niezależnie od niej przedszkole w którym karmi się dzieci ludziną, czy też tylko babcię-psychopatkę karmiącą młodego człowieka opiekunkami, a to, co opowiada dziewczynka w nowym przedszkolu to legenda miejska (przedszkolna? :D), czy może babcię dostarczającą dyrektorce ludziny, powstała ze zlepków uprzednich wydarzeń? Albo samo przedszkole a babcia to zmyłka? Ogólnie moim zdaniem jeśli z przedszkolem jest coś nie tak, to warto to zaznaczyć w tekście wcześniej (a nie tylko policjantami, którzy znienacka robią tam bałagan). No i w opowiadaniu to mimo wszystko warto mieć jeden wątek, nie dwa ;) 

Zasadniczo mam po tym tekście wrażenie, że mógł być naprawdę rewelacyjny – widać to po nim w naprawdę wielu momentach – a tymczasem zatrzymał się w połowie drogi.

EDIT: A, okej, zorientowałam się, że tytuł opowiadania jest wskazówką w kwestii tego ile i jakie mamy wątki, ale pozostaję przy twierdzeniu, że należałoby to przeprowadzić wyraźniej ;) Zwłaszcza że, nie wiem jak większość czytelników, ale ja to tytuł zapominam zazwyczaj w okolicach drugiego akapitu ;)

Tropy, kto stał za zniknięciem opiekunek są pozostawione dosyć jasno :) Wszystkie zniknęły w tych samych okolicznościach przecież.

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dobre opowiadanie. Świat ładnie opisany oczami dziecka, tak że można w ten tekst uwierzyć. Raz czy dwa zdarzyły się potknięcia, ale poza tym napisane sprawnie. Treść interesująca, naprawdę wyczekiwałem rozwiązania tej, jak by nie było, kryminalnej zagadki. I jej rozwiązanie bardzo mnie usatysfakcjonowało. Ciekawa postać babci i rodziców, brakowało mi jednak w tekście rówieśników, bo wydaje mi się, że powinni już odgrywać w życiu dziecka większą rolę. Bardzo poważny minus, który zaważył na ocenie – brak fantastyki!

Kurczę, miałem nadzieję, że to babcia :)

Brak fantastyki.

Dzikowy, ja by Cie tak, pierunie jeden… Gdybyś nie pokazał mi palca i zamieścił w tekście coś, co mogłoby uchodzić choćby za pretekstową fantastykę, to podium być może wyglądałoby teraz inaczej. Ale nie. A jak nie, to nie, trudno.

Tekst dojebany. Zrobiłeś totalną makabrę, nie robiąc tak naprawdę żadnej makabry. Język tekstu, z jednej strony suchy, bezosobowy, a z drugiej cudownie dziecięcy, prosty i naiwny, tak cholernie kontrastuje z opisywanymi wydarzeniami, że efekt dosłownie poniewiera. W pewnym sensie jest to najlepsze i najgorsze dzieciństwo ze wszystkich opisanych w konkursie. Szacun.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękju. Opowiadania miały być dwa o tym chłopczyku – jedno fantastyczne – ale mi pary zbrakło. ;)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Nowa Fantastyka