- Opowiadanie: RogerRedeye - Czerwona poświata

Czerwona poświata

Opowiadanie “esensyjne”. ukazało się także na portalu “Herbatka u Heleny”, a w tym miesiącu znajdzie swoje miejsce w e-zinie “Herbasencja”. Tekst jest daleko idącym rozwinięciem miniatury o tym samym tytule, opublikowanej w jednym z Wydań Specjalnych “Szortalu na Wynos”.

W stosunku do pierwowzoru  w dwóch miejscach leciuteńko zmieniłem tekst.

Spokojnej lektury o sztuce pisania listów – i nie tylko o tym...

Małgorzacie Lewandowskiej i redakcji “Szortalu” dziękuję za wyrażenie zgody na zamieszczenie ilustracji.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Czerwona poświata

– Chryste, jak ich kawa pachnie! – Frist oblizał wargi. – Nie jak nasza lura, cholera wie, z czego robiona.

Zapach świeżo parzonego naparu z obozowiska konfederatów dochodził aż tutaj, na przeciwległy brzeg rzeki. Konfederaci zazwyczaj wstawali nieco wcześniej i od razu zabierali się do przygotowywania śniadania. Mocno wiało i porywiste podmuchy górskiego powietrza przenosiły na przeciwległe zbocza wąwozu cudowny zapach świeżo parzonej kawy. Wciskał się w szczeliny strzelnicze okopu oddziału Wagnera. Łechtał nozdrza przypomnieniem dawnych czasów, gdy unioniści jeszcze dysponowali obfitością chleba, herbaty, koców, ciepłych płaszczy i amunicji. Teraz oszczędzali wszystko, szanowali też każdy pocisk. Konfederaci robili tak samo, strzelając ledwie kilka razy w tygodniu.

Sierżant Frist lubił kawę. Wszyscy żołnierze roty Wagnera uwielbiali konfederacki smakołyk. Kubek czarnego napoju był rozkoszą dla podniebienia.

Ranki i wieczory nad górskim wąwozem przejmowały ciała chłodem, a noce palącym skórę zamrozem. Kawa wroga, uzyskiwana w drodze wymiany, wspaniale rozgrzewała i nasycała żołądek. Żeliwne piecyki w okopie dawały sporo ciepła, jednak zużyli już większość drewnianych elementów nieużywanych odcinków umocnień.

Kilka kopiatych łyżeczek cukru i kropelka konfederackiego rumu, dostarczanego wraz z torbą brązowych ziaren, zmieszane z parującym płynem, powodowały, że Wagner przez prawie cały dzień czuł się bosko. Zapominał nawet o czerwonej poświacie, wolno nadciągającej od zachodu. Od strony ziem, zaciekle bronionych przed armią konfederatów. 

 – Zaproponujemy białogwardzistom kolejną wymianę? – Sierżant possał palec. Rożek czerwonej gwiazdy na jego kaszkiecie oderwał się, pewnie w końcu zetlała nitka. Frist pracowicie przyszywał emblemat. Zajęty obserwowaniem przeciwległego brzegu ukłuł się w dłoń.

Konfederatów od koloru gwiazdek ma czapkach często nazywano białogwardzistami, a ich, unionistów, czerwonogwardzistami.

Wagner przeraźliwie ziewnął. Z czujnej drzemki po nieprzespanej nocy budził się pierwszy. Potem uważnie, tak jak teraz, sprawdzał, czy w wyglądzie stanowisk wrogów na drugim brzegu coś się zmieniło. Od dawna nic się nie zmieniało, podobnie jak w umocnieniach jego oddziału.

Fortyfikacje obu brzegów wyglądały prawie identycznie. Mało widoczny zygzak długiego okopu, nakrytego metalowymi płytami i grubą warstwą głazów, obsypaną ziemią. Nieco wyższe kopulaste wzgórki schronów do ognia skośnego. Parę zabezpieczonych wałami worków z piaskiem wykopów dla głęboko ukrytych granatników plazmowych.

Stadko ptaków spacerowało na przedpolu pozycji konfederatów, pilnie przeszukując wybujałe trawsko. Gołębie i trznadle wypatrywały okruszków sucharów. Podniebni goście dawno już zorientowali się, kiedy znajdą najbardziej obfity łup, pojawiając się w porze posiłków. Dla żołnierzy Wagnera chleb stał się wytęsknionym marzeniem, a porucznik przypuszczał, że sytuacja nieprzyjaciół jest taka sama. I tak samo jak unioniści, konfederaci chętnie dokarmiali gruchających przybyszów.

Liczne leje porosła już wysoka trawa. Teraz po prostu wyglądały na naturalne wgłębienia skalistego gruntu. Wagner sądził, że konfederaci na przeciwstoku swojej pozycji zrobili to, co uczynili jego żołnierze – kilka lejów zamienili w polowe latryny. Wykopali do nich rowy łącznikowe, starannie je zamaskowali i z zadowoleniem korzystali z polowych ubikacji. Oferowały coś cennego – długie chwile odosobnienia. Wagner miał swój własny kibelek ziemny i lubił z niego korzystać.

Kilka lat temu, w święta Bożego Narodzenia, zawarto dwudniowy rozejm. Wtedy też porucznik i jego żołnierze czuli wspaniały zapach parzonej konfederackiej kawy. Ktoś zaproponował wymianę ziaren na papierosy. Unioniści nadal dysponowali świetnym tytoniem, cieniutkimi bibułkami, pakietami paczek gotowych papierosów naprawdę dobrej jakości. Rozejm ponowiono w Nowy Rok, a potem, nieoczekiwanie, wymiana zaczęła się stale powtarzać.  

Frist przerwał milczenie.  

– Jak zwykle, dajemy papierosy, suchary i cukier, a oni dwa dzbanki kawy, torbę niezmielonych ziaren i flachę rumu? – kontynuował, przyjmując brak sprzeciwu Wagnera za zgodę. – Jezu, świeży napar… Aż mnie ssie w żołądku, gdy myślę o kubku prawdziwej kawy…

Ponownie oblizał wargi.

– Może też zapytamy, co oni myślą o tej czerwonej poświacie. –Kapral O’Hara starannie wysmarkał nos. – Chyba nie jest ich sprawką, bo idzie od naszej strony. Ciągle się przybliża. Ładnie wygląda, tylko żeby nie przyniosła choróbsk bydlątkom…

Frank O’Hara zwykle mało się odzywał. Jeżeli już, opowiadał o swojej farmie. Bardzo martwił się, że dziwny poblask nieboskłonu zaszkodzi hodowli i uprawom. Zawsze pracowicie spędzał dzień, coś naprawiając, remontując, odnawiając. Całkiem niedawno poszył z resztek płacht maskujących sporą ilość poduszek i wypchał je sianem. Zbiór trawy też był zasługą O’Hary – czołgając się po zapolu umocnień, ścinał ją własnoręcznie zmajstrowanym sierpem, zbierał i na dnie okopu formował pokaźne kopce. Nikt nawet nie uśmiechnął się, oglądając starania O’Hary – rota nigdy nie otrzymała obiecanych śpiworów, materaców i koców. Dostała tylko zadanie – zablokować bród na górskiej rzece. Kilkanaście poręcznych zydli tez stworzyły dłonie chudego jak tyka kaprala. Podobnie jak deski ustępowe, nowe osłony strzelnic, sfabrykowane przez O’Harę z pancerzy zniszczonych robotów bojowych.

Wagner sądził, że kapral traktuje fortalicję jak gospodarstwo, wymagające stałego nadzoru. Od dłuższego czasu porucznik przemyśliwał, czy nie stworzyć drużyny saperów i nie mianować O’Hary jej dowódcą. Istniał tylko jeden problem, niemożliwy do rozwiązania – brak ludzi. Z macierzystej jednostki, Brygady Ochotniczej imienia Abrahama Lincolna, pozostały tylko dwa tuziny jego żołnierzy. Reszta wyginęła w ciągle ponawianych szturmach na pozycje konfederatów.

– Może nie ich, a może jednak tych skurwieli. – Frist zapętlił już nitkę. Szykował teraz sakwę z towarami na wymianę. Parciana torba zwykle służyła do przenoszenia magazynków amunicyjnych, jednak w nowej roli doskonale się spisywała. – Parszywi bandyci, ile złego nawyczyniali. Ludzi rozstrzeliwali bez sądu, męczyli… W myśl swoich idiotycznych idei przewrócili wszystko do góry nogami. Ale kawę mają pierwsza klasa…

Wagner prychnął. Nie mógł powstrzymać się od rzucenia oschłej uwagi:

– Za to my zawsze rozwalaliśmy wieśniaków ma podstawie wyroków sądów polowych. Pewnego razu przewodniczyłem składowi – kontynuował obojętnym tonem. – Proces trwał piętnaście minut. Potem całą wieś w majestacie prawa wysłaliśmy do piachu, bo chłopi – tutaj nadal istnieją chłopi – nie chcieli przekazać kontyngentu. 

Wagner dobrze pamiętał, że sporo opornych wieśniaków powieszono, aby oszczędzić nabojów. Wszyscy żołnierze uczestniczyli w egzekucjach. On też nieraz dobijał poranionych nieszczęśników, wysyłanych w otchłań śmierci pospiesznymi wyrokami sądów polowych. Nadal dobrze pamiętał oczy tych ludzi, patrzących na jego palec, ściągający spust pistoletu.

Porucznik potrząsnął głową. Nie zamierzał o tym myśleć. Nie chciał przypominać sobie, jak wraz z narastającymi rekwizycjami i zwiększającymi się daninami rodziły się desperackie bunty. Jak je tłumiono, śpiesznie ferując wyroki śmierci. Początkowo stanowiły wyjątek, niebawem stały się powszedniością. Jak obracały się w proch jego marzenia o urządzeniu sprawiedliwego świata po pokonaniu konfederatów, zawzięcie broniących ustanowionego przez siebie nowego porządku. Jak szybko jego zapał zgasł niczym płomyk zdmuchniętej świecy, gdy zrozumiał, że tak naprawdę walczy dla zaspokojenia żądzy władzy nieznanych mu ludzi, umiejących tylko ładnie przemawiać.

O’Hara wyciągnął już ze schowka na taśmy nabojowe pokaźną tubę. Służyła do porozumiewania się z przeciwległym brzegiem.

– Na wojnie różnie bywa – zauważył ugodowo. – Poruczniku, niech pan powiadomi konfederatów.

Wagner pokiwał głową. Frist miał rację – ostatnią wymianę przeprowadzono ponad miesiąc temu. Ciągle żywili się tym samym – sucharami, coraz gorzej pachnącymi konserwami, stwardniałą prawie na kamień czekoladą. Należało wprowadzić jakąś odmianę. Jeśli O’Harze udało się złowić we wnyki parę kuropatw, znęconych okruszkami sucharów, mogli czasami zjeść radośnie witaną zupę.

Porucznik musiał mocno wytężyć głos, aby dobrze go słyszano na drugim brzegu. Komunikat brzmiał tak, jak zwykle:  

– Proponujemy wymianę! Papierosy, suchary i cukier za waszą kawusię i ten zafajdany bimberek! W tych proporcjach, co zawsze.

Frist wyszczerzył w uśmiechu poczerniałe od nikotyny zęby. Żołnierze Wagnera obficie korzystali z przyjemności, jaką jeszcze dysponowali – wielkim zasobem doskonałego tytoniu. 

Za kilka minut chrypliwy głos oznajmił decyzję wrogów. Brzmiała bardzo podobnie do wcześniejszych odpowiedzi.

– Dobrze! Spotkanie pośrodku rzeki, na kamiennym przejściu. Bez broni. Nie bimberek, ale doskonała gorzała z trzciny cukrowej.

Tuba białogwardzistów po chwili przeniosła niezrozumiałą wymianę zdań. Niewidoczny żołnierz niespodziewanie dodał jeszcze jedno zdanie:

– Podrzucie trochę kamieni do zapalniczek, bo się nam kończą. Następnym razem jakoś wyrównamy… 

Reszta nielicznego oddziału Wagnera budziła się, wyrwana ze snu krzątaniną przy szykowaniu wymiany. Chrząkali, przecierali oczy, a kilku za załomem transzei oddawało mocz. Strzelec Simmons, snajper oddziału, sprawdzał, czy nie zaparował się wizjer celownika optycznego jego karabinu. 

Rzeka płynęła w głębokim wąwozie. Porucznikowi przypominał kaniony w rodzinnych Górach Skalistych, teraz tak dalekich od wzgórz i jarów Uralu. Oddział, próbujący sforsować bród za dnia, zostałby wysieczony ogniem wroga. W nocy sytuacja nie przedstawiała się tak prosto. Konfederaci i unioniści czuwali po zmierzchu. Wagner, z nastaniem świtu rozpoczynając czujną drzemkę, nie pamiętał już, od kiedy trwa ten stan. Wiedział tylko, że od bardzo dawna. 

Ktoś w sztabie amerykańskiej dywizji ochotniczej dostrzegł możliwość wykorzystania przez konfederatów gościńca, łączącego kilka wiosek, używanego też do przegonu bydła na wypas. Postanowił zabezpieczyć przejście. Front dawno już zastygł. Obie strony lizały rany, wyczerpane długotrwała wojną i hekatombą ofiar. Zdziesiątkowana rota Wagnera otrzymała proste zadanie – strzec brodu, nawet do ostatniego żołnierza. Wykluczono możliwość odwrotu.

Frist, gotów do zejścia, obciągnął szynel i poprawił kaszkiet. Wagner ocenił, że czerwona gwiazdka prezentuje się całkiem dobrze – sierżant porządnie wykonał pracę. Emblemat nie wyglądał nawet na specjalnie brudny. Sierżant przetarł go kilka razy wodą z manierki. Kolor gwiazdy symbolizował płomień prawdziwej wolności, bronionej przez unionistów.

Żołnierze bez komendy zajmowali miejsca przy strzelnicach. Czekali na rozkaz, taki jak zwykle.

Wagner go wydał.

– Dajcie osłonę ogniową Fristowi, jeśli białogwardziści wymyślą głupi podstęp – zakomenderował. – Tylko bez nerwów! Powinno pójść dobrze.

Lufa karabinu Simmonsa przesuwała się w lewo i prawo. Snajper szukał pewnego celu.

Strzelec wyborowy oddziału Wagnera pochodził z Baltimore. Dawnej był kucharzem w jakimś podłym barze w dzielnicy ubogich mieszkańców. Teraz okazało się, że nie tylko świetnie strzela, ale i dobrze gotuje. Jack Simmons oprawiał złowione zające i bażanty. Z nieodległej opuszczone wioski O’Hara przynosił warzywa, wyszukiwane w zdziczałych ogródkach, a Jack pichcił niezłe zupy.

– Jeśli coś wymyślą, jeden na pewno pójdzie do piachu… – rzucił snajper. – Jakiś szczawik, śmieje się od ucha do ucha.

Wagner chrząknął. Obie strony przestrzegały krótkotrwałych rozejmów. Porucznik nie spodziewał się, żeby tym razem stało się inaczej. Wymiana dawała chwilę wytchnienia od obezwładniającej umysły nudy i beznadziei życia w okopie. Pozwalała zapomnieć o perspektywie ciągłego przebywania w ciasnych i wilgotnych schronach mieszkalnych. Stwarzała chwilową ułudę normalności.

 Przez chwilę Wagner zastanawiał się, czy ktoś z przeciwległego brzegu złowił jego twarz w celownik.

– Chłopczyk idzie… – O,Hara zatarł dłonie. – Niedługo napijemy się kawy. Dostaliśmy niezłe suchary i czekoladę, tez całkiem świeżą.

 Piegowatą twarz farmera z Idaho rozciągnął uśmiech.

Od strony konfederatów do wymiany wychodził zawsze ten sam żołnierz – szczupluteńki młodzieniaszek w przydługim szynelu i zuchowato przesuniętej na bakier czapce. Wagner sądził, że dowódca wrogów wybrał go świadomie, wiedząc, ze w razie strzelaniny straci najmniej wartościowego podwładnego. Chłopak niósł dzbanek, opatulony ręcznikiem. Przez ramię przewiesił sporej wielkości torbę.

Simmons kaszlnął i odłożył snajperkę. 

– Szykujmy stoliki… – stwierdził wyraźnie zadowolony. – Zależy im na papieroskach, więc nie wykoncypują nic głupiego.

O’Hara wyciągnął z kieszeni płaszcza pilnik i sięgnął po piłę. Kapral utyskiwał, że zęby piły mocno się już stępiły. Najwidoczniej, osądził Wagner, O’Hara zamierzał po śniadaniu z pyszną kawą zabrać się do ich ostrzenia. Wielu żołnierzu pomagało dawnemu farmerowi. Szukali zajęcia zabijającego przytłaczającą umysły jednostajność życia w głębokim wykopie. 

– Poruczniku, przeczyta pan przy kawie ostatni list od żony? Chłopaki mówili, że dostał pan nowy… – W głosie O’Hary brzmiała pewność pozytywnej odpowiedzi. – Tak mało otrzymujemy listów, tak niewiele… Może coś napisała o tej poświacie.

Wagner z trudem stłumił ciężkie westchnienie, odpowiedział jednak z uśmiechem:

– Tak, kapralu. Pominę tylko najbardziej osobiste wątki.

Z przyzwyczajenia zerknął w okular lornety nożycowej, starego grata, pewnie wyciągniętego z jednego z magazynów, gdzie przechowywano dawno wycofane z użytku rupiecie. Lorneta nadal sprawowała się dobrze, pozwalając na bezpieczny ogląd terenu.

Wagnera coś podświadomie niepokoiło w wyglądzie wrogiego brzegu. Coś, czego jeszcze nie potrafił określić. Trzy smużki dymu nad stanowiskami konfederatów nabrały gęstości – białogwardziści tez szykowali śniadanie. Szczupły chłopak wracał do swoich, machając ręką. Palił papierosa. Frist już wychodził na strand, niosąc dzbanek z kawą. Ptaki nadal beztrosko spacerowały na przedpolu pozycji konfederatów, pilnie szukając pożywienia.

Wagner przesunął głowicę lornety. Chciał przyjrzeć się szczytowi kamienistego wzgórza. Na jego zboczu rozgałęział się okop konfederatów.

Coś dziwnego, niespodziewanego, wdarło się do siatkówek oczu porucznika. Coś, czego jeszcze wczoraj nie było. Wagner już wiedział, co go niepokoiło.

Od wschodu też nadciągała czerwona poświata. Mało jeszcze widoczna, wyglądające jak zetlałe zamazanie widnokręgu amarantową farbą, jednak wyraźnie już dostrzegalna.

 

***

 

Porucznik Harry Wagner czytał ostatni list od swojej żony Joan. Znał go na pamięć, tak jak wszystkie pozostałe.

Siedział w przeznaczonym tylko dla niego schronie mieszkalnym. Wąskie wyjście wiodło pod stromym kątem wprost do stanowisk strzelniczych. Wagner lubił swoje niewielkie przytulisko, bo czuł się w nim bezpiecznie. Nad głową miał warstwę stalowych belek i kilka metrów kamieni i ziemi. Nawet ciężki granat plazmowy, uderzający w strop, nie wyrządziłby większych szkód. Kryjówka była niewielka i całkiem przytulna – prycza, piecyk, stolik, stojak z miednicą, popękane lusterko, trzy zydle i biurko. Zbił je O’Hara, wykorzystując deski oszalowania okopu. 

Wagner ponownie zaczął studiować fragment listu żony o czerwonej poświacie. O’Hara nie mylił się – Joan sporo o niej napisała. O promieniowaniu, pożerającym wszystko. O tym, że jej i sąsiadom zostało ledwie parę godzin życia. O tym, że nikt już nie pamięta, dlaczego wybuchła wojna i czemu tak zaciekle obrzucono się bombami i pociskami jądrowymi. O tym, że modli się, żeby okop na zboczu wąwozu go ochronił. I o tym, że bardzo go kocha. 

Harry wiedział, ze napisze nowy list od martwej już zony. I kilka innych do swoich podkomendnych, pełnych wieści o zwykłych sprawach i małych kłopotach. Przy następnej kawie zrobi to samo, co zawsze – przeczyta je. Tylko on w oddziale umiał czytać i pisać. Prawie nikt już nie wiedział, kiedy zamknięto szkoły i przestano uczyć znaczenia liter. Wielka wojna nieubłaganie pożerała wszystkie zapasy, jednak papier nie posiadał istotnego znaczenia dla jej prowadzenia. Pozostały spore zasoby z dawnej produkcji. Ludzie nauczyli się ponownie umiejętności klejenia kopert, a ci, którzy jeszcze znali sztukę pisania, przelewali na pożółkłe arkusiki wiadomości, prośby, błagania i błogosławieństwa. Wagner wiedział, że wiele na tym zarabiali. Naprawdę sporo, bo ludzie łaknęli informacji od bliskich im osób. Niespodziewanie narodziła się nowa, intratna profesja.

Porucznik w biurku przechowywał pierwsze próbki tych listów. Zachował je. Przy każdym liście zmieniał charakter pisma i dzięki tym próbkom dobrze wiedział, który jest odpowiedni. Żołnierze traktowali listy jak relikwie, nieraz i nie dwa prosząc go o ponowne przeczytanie. Musiały różnić się charakterem pisma.

Pamiętał, że niebawem musi też udać się do odległego magazynu, nadal pełnego zaopatrzenia. Znowu wtedy przyniesie papierosy, suchary i cukier. Upozoruje kolejną dostawę.

Porucznik pragnął już tylko jednego. Zanim nad piękną rzekę dotrze czerwona poświata, mogli przecież razem z konfederatami złowić kilka pstrągów. Urządzić piknik, a potem na kamienistej plaży rozegrać mecz piłkarski.

Mogli też w końcu odpruć z czapek i kaszkietów czerwone i białe gwiazdy i zerwać z naramienników niepotrzebne już nikomu dystynkcje.

Wagner złapał się nagle na dziwnie prostej i oczywistej myśli. Poczuł złość, ze wcześniej nie przyszła mu do głowy. 

Mógł przy kolejnej wymianie sam zanieść konfederatom sakwę z towarami. I pośrodku rzeki porozmawiać o czerwonej poświacie z dowódcą oddziału śmiertelnych wrogów. 

 

***

.

Na brodzie woda sięgała ledwie po kolana, jednak przeszywała ciało zimnem. Nawet w upalny dzień rzeka nigdy mocno się nie nagrzewała.

Podczas wymian emisariusze konfederatów i unionistów często donosili kamienie, wkładając je w nierówności płycizny. Warstwa małych głazów i otoczaków narastała. Teraz już wszyscy nazywali przewężenie rzeki kamiennym przejściem.

Stali naprzeciwko siebie – Wagner i dowódca oddziału konfederatów, wysoki, młody mężczyzna w okrągłych okularkach na ładnie zarysowanym nosie. Porucznik poczuł w sercu ukłucie zazdrości, gdy zobaczył nakrycie głowy wroga. Kaszkiet z gładkiej, błyszczącej skórki, z pięknie wyprofilowanym daszkiem, ozdobiony gwiazdą z białego metalu wyglądał bardzo szykownie i przyciągał wzrok. 

Trzymany w dłoni przez dowódcę konfederatów dzbanek z kawą roztaczał cudowny zapach.

– Nieźle pachnie… – Wagner przełożył naczynie do sakwy. Zabrał aż trzy torby – uzgodniono obfitą wymianę. Towary sprawnie wędrowały z rąk do rąk. – Piękna czapka, pozazdrościć… Jestem porucznik Harry Wagner, dowódca nędznych resztek licznego niegdyś oddziału Amerykańskiej Brygady Ochotniczej. Was też nie pozostało zbyt wielu… Wiemy o tym.

Mężczyzna w okularach wzruszył ramionami. Niedbałym ruchem zdjął czapkę i palcami przegładził włosy. Miał ładną fryzurę, długie włosy układały się na czole w gęstą grzywkę.

Przez chwilę Wagner czuł niepewność, czy został zrozumiany. Odpowiedź rozwiała wątpliwość.

– Starszy lejtnant Joshua Lermontow, dowódca kompanii Angielskiej Brygady Ochotniczej imienia Oliwera Cromwella. – Lermontow niespodziewanie uśmiechnął się. Rozerwał paczkę papierosów i wsadził jednego do kącika ust. – Czemu chciałeś się spotkać? Nie mamy sobie wiele do powiedzenia…

Lermontow mówił wysmakowanym angielskim, z akcentem kogoś, kto ukończył renomowany uniwersytet i większość życia spędził nad Tamizą, obracając się w kręgach doskonale wykształconych ludzi.

Kątem oka Wagner dostrzegł sporej wielkości okonia, płynącego z nurtem. Kolczasta ryba zatrzymała się na chwilę, jakby oceniając, czym są buty i łydki obu mężczyzn. Po chwili okonek popłynął dalej.

– Naprawdę tak się nazywasz? – Wagner zadał pytanie bez chwili zastanowienia. Oksfordzki akcent zupełnie nie konweniował z rosyjskim nazwiskiem. Wielu żołnierzy brygad ochotniczych obu stron często przybierało nowe, nieraz dziwnie brzmiące nazwiska. – Ładnie brzmi…

 – Dawniej nazywałem się Trent. Nijako… – Człowiek w pięknym kaszkiecie wolno pokiwał głową. – Obecne nazwisko znacznie bardziej odpowiada moim zapatrywaniom, poglądom i ideom. Walczymy o nie – o świat bez granic, bez banków, bez pieniędzy i wyzysku. O skonfederowany glob wytęsknionej sprawiedliwości. W tej walce nazwiska są bez znaczenia, jednak obecne bardziej mi się podobało. W nowy świecie brzmiałoby dobrze…

Lermontow uśmiechnął się tęsknie. Zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął. Z namysłem potarł czubek kształtnego nosa.

– Harry, mów, o co chodzi – dodał po chwili. – Chyba nie ściągnąłeś mnie po to, żebyśmy dostali zimnicy… Jesteś wrogiem, śmiertelnym wrogiem, i mam nadzieję kiedyś cię wykończyć. Twoi żołnierze może zrozumieją, że otumaniła ich głupia propaganda obrońców zmurszałego porządku. Znajdziemy dla nich miejsce.

Wagner ciężko westchnął. Wiele razy słyszał takie słowa – na spotkaniach, wiecach, mityngach. Słyszał je prawie bez przerwy w stacjach informatycznych, gdy jeszcze działały. Od jeńców, tłumaczących, dlaczego walczyli tak zaciekle. Sam wygłaszał kiedyś bardzo podobne zdania, głęboko w nie wierząc. Ta wiara zetlała, obróciła się w proch, przemieniła w dojmujące poczucie wstydu, gdy przypominał sobie widoki egzekucji i rekwizycji. Gdy wspominał widok ciężarówek, odwożących niepewnych ideowo do obozów odosobnienia. Coraz dłuższe kolumny aut… Przemieniła się w żrące duszę poczucie winy, gdy ujrzał nagie trupy, wiszące na drzewach i latarniach, z przywiązanymi kartkami: ”zdrajca”, „szpieg”, „renegat”, „sprzedawczyk”, „konfederat”.

Pamięć porucznika nagle przywołała twarzyczki chudych dzieci, wyciągających rączki po żołnierskie suchary. Zakłopotany uśmiech O’Hary, sięgającego do torby z racjami żywnościowymi. Wagner odwracał wtedy głowę, bo inaczej musiałby postawić kaprala przed sądem polowym za marnowanie cennej żywności. 

Nie było sensu wszczynać z Lermontowem dyskusji. Już nie teraz, gdy z każdym dniem przybliżała się zawłaszczająca niebo czerwona poświata.

– Joshua, ty i inni uważacie, że walczycie o słuszną sprawę. My też tak uważamy. Może nawet jesteśmy jej nadal wierni – skwitował krótko. – Co z tego? Wszystko rozpłynęło się w krwi, głodzie, trupach. W gadaninie nawiedzonych polityków, siedzących w dobrze zabezpieczonych schronach. Dajmy sobie z tym spokój…

Wagner przez szynel czuł przyjemne ciepło dzbanka z kawą. Myśl o kubku czarnego jak smoła napoju spowodowała napływ śliny w ustach. Z rozdrażnieniem pomyślał, że teraz najprostsze przyjemności wywołują zachwyt. Tak jak u Lermontowa, z błogim wyrazem twarzy zapalającego następnego papierosa.

– Tobie i mnie z wielkich zamiarów wyszło wielkie gówno… – kontynuował głuchym głosem. – Jak ostatni głupcy utaplaliśmy się w nim po szyję. Daliśmy się oszukać pieprzonej gadaninie. Lepiej powiedz, co wiesz o tej czerwonej poświacie.

Wagner ze zdziwieniem stwierdził, że obaj mówią sobie po imieniu, jakby od dawna się znali. Równie niespodziewanie skonstatował, że czuje się tak, jakby rzeczywiście spotkał dobrego znajomego. Może z tego powodu, że ten starszy lejtnant też był żołnierzem i nadal wierzył w to, o co zaciekle walczył.

Człowiek w pięknej czapce uważnym spojrzeniem omiótł twarz Wagnera. Przez chwilę głęboko nad czymś się zastanawiał. W końcu dziwnie znużonym gestem wzruszył ramionami.

– Radiacja… – stwierdził, drapiąc się po policzku. – Widzę, że wiesz. Albo domyśliłeś się. Kurestwo, i nie ma siły, żeby ją powstrzymać. 

Wagner poczuł, że stopy zesztywniały mu z zimna. Dzbanek z kawą szybko stygł. Należało wracać. Pewnie na obu brzegach już zastanawiano się, o czym dowódcy tak długo rozmawiają.

– Zakończmy walkę – kontynuował. – Wspólne poszukamy sposobu ratunku. Koniec z podziałem na konfederatów i unionistów. Twoi i moi żołnierze zrozumieją, dlaczego, jeśli dowiedzą się, czym jest poświata. Pewnie się domyślają…

Lermontow pokręcił głową. Zdjął okulary i przetarł je kawałkiem irchy. Uważnie oglądał soczewki, jakby dostrzegł w nich coś bardzo interesującego.

Ławica małych płotek przepłynęła między nogami obu mężczyzn. Wagner odprowadził ją wzrokiem. Przypominały czasy, gdy oddawał się ulubionej pasji – łowieniu ryb.

Lermontow odchrząknął.

– Harry, cóż chciałbyś zrobić? – rzucił, ugniatając w palcach następnego papierosa. Dokładnie go obwąchał i uśmiechnął się z zadowoleniem. – Zakończyć wojnę na tym zapomnianym przez wszystkich zadupiu? Już od dawna specjalnie intensywnie nie walczymy.

– Tak – potwierdził porucznik. – Chłopie, nie mam żadnej łączności z jakimś zakichanym sztabem. Ty też nie masz. Zapomniano o nas i bardzo możliwe, ze jesteśmy ostatnimi oddziałami unionistów i konfederatów. Reszta już gnije w ziemi. Albo patrzą w lusterko i widzą, jak skóra odpada płatami, wypadają włosy. Dziwią się, że srają ropą… Może razem jakoś się uratujemy.

Wagner nie spał całą noc. Czytał listy Joan. Czytał stare listy żon i dziewczyn żołnierzy. Prawdziwe listy, pilnie skrywane. Dokładał szczap do piecyka, a potem wracał do lektury i rozmyślań. O tym, co powiedział Lermontowowi, pisało wiele osób. Harry sądził, że rozkaz zabezpieczenia brodu uratował tych kilka tuzinów żołnierzy w dziurawych szynelach i znoszonych czapkach. Przedłużył istnienie jego i Lermontowa, choć obaj nie wiedzieli, na jak długo.

Porucznik od dawna czuł, że jego pasje i przekonania odchodziły w niebyt, stawały się nieistotne, a nawet śmieszne w obliczu tego, co czego doprowadziły.

Lermontow schylił się zebrał dłonią garść piasku, wspaniale żółtego, z drobnymi kawałkami kwarcu, nieskalanymi nawet cieniem brudu. Przyglądał się mu z uśmiechem.

Opłukał palce i spojrzał wprost w twarz Wagnera.

 – Nie. – W głosie dowódcy konfederatów zabrzmiało zdecydowanie. – Możemy wygrać. Ta kurewska poświata kiedyś w końcu ustąpi… Może nie ogarnie wszystkiego.

Wargi Lermontowa ułożyły się w marzycielski uśmiech.

– W końcu urządzimy sprawiedliwy świat bez granic, świat skonfederowanych narodów, świat bez wyzysku. Straciłem na wojnie dwóch braci – ciągnął twardym tonem. – Siostrę… Powiesili ją. Myślisz, ze teraz zrezygnuję? Nie doczekasz takiej chwili.

Wagner poczuł zmęczenie. Lermontow niczego nie przemyślał, ciągle zachłystując się dawno wyblakłymi ideami. Nie miały już znaczenia, zmieniły się w zbiór frazesów. Pożerała je, tak jak wszystko pozostałe, czerwona poświata.

– Ja straciłem żonę – rzucił sucho. – Nie doczekaliśmy się dziecka. Uważam, że mieliśmy szczęście. Przyszłoby na świat po to, aby szybko zmienić się w żywego trupa… A tak długo wybieraliśmy mu przyszłe imię… Poczęcie odkładaliśmy na czas po wojnie. Po zwycięstwie…

Zamilkł na chwilę. Pamięć przywiodła twarz Joan, z przejęciem zastanawiającą się nad walorami wstępnie wyselekcjonowanych imion. 

– Piszę fałszywe listy do swoich żołnierzy, bo już od dawna nic nie działa – kontynuował wolno. – Nadawcy pewnie już pożegnali się z życiem. Chłopie, zrozum, że dzięki naszej głupocie wszystko straciło znaczenie. Możemy osiągnąć to, czego chcieliście – połączyć się. Skonfederować, jeśli wolisz takie określenie. Może wtedy przetrwamy…

– Co planujesz? – w głosie Lermontowa zabrzmiało zainteresowanie. Pogładził się po brodzie.

– Wykopiemy jakieś tunele, zmajstrujemy kombinezony, osłony… – Wagner wzruszył ramionami. – Nie znam się na tym. Pomyślimy… Magazyny są nadal pełne, bo nikt, oprócz nas, już z nich nie korzysta.

Lermontow zacisnął wargi. Rozejrzał się dookoła.

Od dłuższego czasu utrzymywała się piękna pogoda. Wąwóz wyglądał wspaniale. Rzeka skrzyła się refleksami światła, przypominając wstęgę fałdzistego materiału, gęsto ozdobioną efemerycznymi błyskotkami, zapalającymi się i gasnącymi w dziwnym tańcu.

Cień musnął oczy Wagnera. Podniósł głowę.

Wysoko na niebie dwa wielkie ptaki krążyły nad ludźmi  stojącymi pośrodku brodu. Zataczały kola, prawie nie poruszając skrzydłami. Wyglądały jak nagle obudzeni strażnicy bezludnej krainy, przywołani do życia widokiem ludzkich sylwetek. Harry wiedział, że patrzy na myszołowy, szukające pożywienia. O’Hara kiedyś je rozpoznał. Farmer z Idaho jednym rzutem oka stwierdzał, czy nad pagórzastym pustkowiem krąży jastrząb, krogulec cz też szybki jak strzała sokół. 

Głos dowódcy wrogów wyrwał Wagnera z zamyślenia.

– Moja żona też pisała listy, jednak zaprzestała… Widzę, że u was jest tak samo. – W głosie Lermontowa ciągle brzmiała nuta zastanowienia. – Chce mi się rzygać, gdy zamykam właz schronu i siadam za stołem, jednak cóż począć… Chłopaki na nie czekają. Na wieści od rodziny, dziewczyn i matek. Z Londynu, Sussex i Yorkshire… 

Harry niespodziewanie dla siebie samego nagle zachichotał. 

– Joshua, pewnie też udajesz – rzucił – że przyszły nowe dostawy, gdy wracasz z magazynu? Ciekawe, kiedy ktoś się domyśli, że nie ma juz transportów aprowizacyjnych.

Powstrzymał śmiech i ciągnął normalnym tonem:

– Żyjemy, bo wszyscy o nas zapomnieli. Nie wiemy tylko, jak długo jeszcze.

Na twarzy dowódcy białogwardzistów odbiło się wahanie. Znowu zdjął piękny kaszkiet i palcami przygładził gęstą czuprynę. Z uwagą przyglądał się skórzanej czapce, obracając ją w palcach. 

– Dostałem ją od Jane… Przysłała na moje urodziny. – Lermontow nagle odkaszlnął, może chcąc ukryć załamanie głosu. – Napisała, że będę w niej dobrze wyglądał w dniu zwycięstwa – kontynuował z lekkim uśmiechem. – Gdy wrócę, znajomi oniemieją z zachwytu. Jeden z ostatnich listów… Na pewno czapka sporo kosztowała.

Z czułością przetarł irchową chusteczką metalową gwiazdkę, a potem pocałował emblemat.

– To też dar od żony – dodał tonem wyjaśnienia, widząc zdziwione spojrzenie Wagnera. – Wystarczało tylko ją przypiąć… Jane myślała o wszystkim. Założyłem dziś ten kaszkiet pierwszy raz.

Mówił tak, jakby zwierzał się dawno niewidzianemu przyjacielowi z osobistego sekretu.

– Trzymałem ją na powrót – kontynuował, obracając kaszkiet w palcach. – A teraz, po prostu, chciałem dobrze wyglądać… Głupie, co?

Harry pokręcił głową.

– Prezentujesz się wspaniale – stwierdził poważnie. – Przyznam, że trochę mnie zżera zazdrość. Naprawdę ładna.

Z żalem pomyślał o swoim sfatygowanym nakryciu głowy, często służącym za podręczną poduszkę, zrudziałym od śniegów i deszczy. Wiedział, że powinien je wyrzucić, jednak w żadnym magazynie nie znalazł pakietu odzieżowego.

– Może i masz rację… – Lermontow jeszcze raz skierował spojrzenie na trzymany w ręku piękną czapkę. Drugą dłonią nagle przetarł powieki. – Może nie zauważyłem, że wszystko się już skończyło.

Zamilkł na chwilę.

– Jane od dawna nie napisała żadnego listu – kontynuował wolno. – Nie wysłała infowieści, hologramu… Może jednak coś przeoczyłem… Może ciągle łudzę się, że znowu się zobaczymy… 

Nagle nasadził kaszkiet na głowę.

– Kończmy – kontynuował zdecydowanym tonem. – Kawa wam całkiem wystygnie. I tak trzeba będzie ją podgrzać. Pogadam z chłopakami, ty zrób to samo. Jutro w południe wystrzelimy racę. Zielona  oznacza pokój, czerwona tyle, że walczymy aż do końca. Bywaj, Harry.

Lermontow poprawił ułożenia pasów sakw na ramionach i obciągnął szynel. Ptaki nadal krążyły wysoko na ich głowami, jakby podniebni drapieżcy napawali się majestatycznym pięknem swojego lotu. 

– Do jutra. – Wagner pokiwał głową. – Też powiem swoim żołnierzom, co i jak. Może od razu nie do końca, żeby ich zbytnio nie załamywać. Joshua, nie pomyl się przy wyborze barwy flary.

Niespodziewanie dla samego siebie porucznik wyciągnął rękę. Lermontow patrzył przez chwilę ze zdziwieniem na dłoń Wagnera, a potem ją uścisnął.

 

***

 

Harry tak mocno zwarł palce na rączkach lornety nożycowej, że dłoń przeszył niespodziewany ból. Skórę rozorała niewielka, ale ostra zadra w metalu, ślad po odłamku. O’Hara miał spiłować nierówność, jednak w natłoku różnych prac zapomniał o tym. Wagner owinął uchwyt szmatką i mocno zawiązał w supeł, też zapominając o wygładzeniu rękojeści. Nie zauważył, że kawałek starego koca w końcu się zsunął, rozluźniony wielokrotnym przekręcaniem głowicy.

Czekali. Cierpliwie czekali na smugę rakiety, wystrzelonej z drugiego brzegu. Na wybłysk barwy flary, wolno opadającej na spadochronie.

Wagner powiedział żołnierzom prawie wszystko. Przemilczał tylko jedno – to, że fałszował listy. Nie mógł tego uczynić, bo nie chciał odbierać garstce podkomendnych nadziei, że może jeszcze ktoś na nich czeka.

Porucznik w głębi ducha przyrzekł sobie jedno – nie napisze już żadnego listu. Po prostu przestaną napływać. Przestaną cieszyć. Harry dobrze wiedział, że wszyscy szybko zrozumieją, że już nie nadejdą. Pojmą, że nigdy ich już nie otrzymają.

Frist poprawił kaszkiet na głowie. 

– Skórkowańce strzelą czerwoną racę, sygnał odmowy – stwierdził pewnym siebie tonem. – Tych skurwieli tylko na to stać. I dobrze… Gnoje, ile złego nawyprawiali. Ilu ludzi wytłukli w myśl swoich głupich idei… Wtedy pomyślimy, jak się do nich dobrać.

Głos sierżanta nabrał mocy.

–Sprawiedliwość musi zwyciężyć! – Frist prawie już krzyczał. Oczy nieomal wychodziły mu z orbit. – Przedrzemy się na drugi brzeg i damy jebańcom popalić, aż im dymek naszych papierosów rozerwie płuca.

Z zadowoleniem zarechotał, złym, pełnym jadowitego szyderstwa śmiechem. 

Simmons z ukosa uważnie przyjrzał się Fristowi. Chrząknął.

Niecałe dwa tuziny żołnierzy zajmowało jednak tylko jedno – obserwowanie przeciwległego brzegu. Czekali na sygnał.

Szczupła postać w przydługim szynelu i szyja owiniętą szalikiem wynurzyła się z okopu konfederatów. Młodzieniaszek, ten sam, który wychodził do wymiany, trzymał w dłoni rakietnicę. Wagner dobrze widział w okularze lornety chudą twarz, oszpeconą kilkoma krostami i brzydką szramą na policzku.

Simmons odruchowo chwycił za karabin.

– Zastrzel gada! – syknął Frist, szturchając snajpera. – Na co czekasz?! 

– Spokojnie, jeszcze obowiązuje rozejm… – Wagner odwrócił twarz w stronę Simmonsa. – Jeżeli nawet strzeli czerwoną rakietę, daj mu wrócić. To rozkaz!

Postać na wrogim brzegu zgięła i uniosła rękę. Druga dłoń podparła łokieć.

Smuga prochowego dymu poszybowała do góry, aby na wierzchołku toru lotu rozkwitnąć zieloną barwą. 

 

***

 

– Helen z kopaniem tunelu na naszej farmie da sobie radę… – W głosie O’Hary zabrzmiała niezachwiana pewność siebie. – Dobra z niej kobieta. Gorzej z bydlątkami. Pewnie padną.

Kapral poprawił węzełek na plecach. Zapakował do niego wszystkie narzędzia. Stylisko siekiery dziwacznie sterczało zza głowy O’Hary.

Żołnierze w milczeniu przyjęli wyjaśnienia dowódcy, czym naprawdę jest czerwona poświata. Kiwali tylko głowami. Harry osądził, że chyba wszyscy domyślali się prawdy, ale bali się o nią pytać. Na chudych twarzach odbijało się uczucie ulgi, że wreszcie  dla nich kończy się długotrwała, krwawa rzeź, która ogarnęła cały świat.

Propozycję zniszczenia broni i amunicji niespodziewanie przedstawił Lermontow. Podczas rozmów Harry cały czas miał ją na końcu języka, jednak wahał się, nie wiedząc, czy nie pogrzebie wszystkiego.  

– Narzędzia do zabijania będą już niepotrzebne – stwierdził starszy lejtnant. – Są niebezpieczne, a mamy teraz znacznie ważniejsze sprawy na głowie. Wystarczy, że ktoś się zdenerwuje, wkurwi, naciśnie spust i wracamy do przeszłości… Wiesz, walczyłbym do końca, ale to prawda, że wszystko straciło już sens.

Gorzko się uśmiechnął.

– Za przeciwnika będziemy mieli tylko tę kurewską poświatę, dzieło naszych rąk – dodał po chwili milczenia. –  Wszy i brud, a może w końcu i głód. Pewnie też szczury. Na zające, bażanty i kuropatwy wystarczą wnyki, jeżeli potem, gdy nadciągnie radiacja, da się je jeszcze jeść. Załatwmy tę sprawę porządnie. Koniec wojny

Obrócił w palcach swoją piękną czapkę i przyjrzał się jej uważnie.

– Zona pochwaliłaby mnie – dodał po chwili milczenia, z dziwnie tęsknym uśmiechem. – Stworzymy świat bez granic, bez banków, bez pieniędzy i wyzysku. I bez broni. Wytęskniony glob sprawiedliwości, tylę, że pod ziemią, bo nie istnieje inna możliwość.  

Ta ostatni rozmowa odbyła się dwa dni temu. Żołnierze obu oddziałów potrzebowali czasu, żeby się przygotować.

Wagner porzucił wspomnienia. Rozejrzał się. Teraz czekali już tylko na pojawienie się konfederatów i połączenie oddziałów. Ludzie Wagnera złożyli broń i pociski w jeden stos, wykorzystując największy lej. Na wierzchu porucznik ułożył sztandar oddziału. Kilka granatów plazmowych miało posłużyć do zniszczenia niepotrzebnych przedmiotów do zabijania i niewielkiej chorągwi z czerwoną gwiazdą. Pozostała tylko snajperka Simmonsa – kule z jego karabinu miały spowodować detonację.

Sygnał mieli dać konfederaci, w podobny sposób unicestwiając broń i zapasy amunicji. Potem oddział Lermontowa powinien przejść przez bród i urządzić obozowisko. Zapole stanowisk roty Wagnera było rozległe, a parę mil dalej znajdowały się trzy opuszczone wioski i kilka podziemnych magazynów. Granicę umocnień konfederatów wyznaczało pasmo kamienistych wzgórz, osypujące się piargi i zwarte zagajniki wysoko wyrosłych świerków i sosen. Z dużymi oporami Lermontow w końcu uznał, że teren za fortalicją Wagnera lepiej nadaje się do stworzenia wspólnego miejsca przetrwania. Umożliwia urządzenie obok magazynów podziemnego węzła tuneli i komór, dającego cień szansy na przeżycie. 

Simmons na przedpiersiu okopu układał pryzmę sporych kamieni. Po detonacji miły posłużyć do zniszczenia snajperki. Na twarzy wyborowego strzelca co chwila pojawiał się niepewny uśmiech.

Wagner oglądał widok, znany mu od dawna. Od dawna powszedni. Ze zdziwieniem stwierdził, że czuje smutek, iż niebawem opuści okop. Wiedział, dlaczego – po prostu się zadomowił. Przyzwyczaił do miejsca, będącego dla niego jedynym domem. Czuł, że może nawet w końcu trochę je polubił.

 Teraz też fortalicja wyglądała tak, jak zawsze. Tylko świeża mogiła sierżanta Jacoba Frista niweczyła uczucie niezmienności fortalicji.

Frista zabił Simmons. Przyłożył mu lufę karabinu do czoła i nacisnąl spust.

Sierżant, usłyszawszy, czym jest czerwona poświata, bardzo się ucieszył. Z radości zacierał dłonie.

– Tak jak mówiłem – najpierw wykończymy jebanych konfederatów. Potem się ukryjemy, a gdy kiedyś wyjdziemy na powierzchnię, urządzimy świat według naszych sprawiedliwych zasad – perorował. – Wreszcie wyjdą z ukrycia… Poślemy ich do piachu.

Wściekł się, usłyszawszy plan Wagnera o połączeniu oddziałów. Najbardziej rozbestwiła go propozycja zniszczenia sztandarów.

– Zdrada! – wrzeszczał, waląc pięścią w osłonę strzelnicy. – Podła zdrada! Po co walczyliśmy tak długo? Jedno wielkie kurestwo!

Frist tak mocno zachłystywał się wypowiadanymi słowami, że z kącików ust ściekała mu ślina.

Następne zdania brzmiały równie stanowczo.

– Mamy wegetować z wrogami? Którejś nocy wyrżną nas, co do jednego! To renegat i sprzedawczyk! Jebany sukinsyn!

Dłoń sierżanta zwróciła się w stronę Wagnera. Frist nie powiedział nc więcej, bo Simmons pociągnął za spust. Czaszka rozprysnęła się na strzępy, znacząc twarze najbliżej stojących plamami krwi, kawałkami kości i szczątkami mózgu.

O’Hara bez słowa wziął łopatę i poszedł kopać grób. Potem szybko zbił krzyż, a na kawałku drewna wyrył imię i nazwisko.

Frista żegnano w milczeniu. Wagner jednak przemógł się i wydukał kilkanaście słów. Porucznik lubił sierżanta, rezolutnego podoficera, zawsze gotowego do działania. Harry uznał, że coś mu się jednak należy. 

– Dobry był z niego żołnierz i towarzysz, ale na koniec czegoś ważnego nie zrozumiał… – stwierdził znużonym głosem. – Chciał nadal zabijać, a zabijanie straciło już sens. Wybrał drogę prowadzącą donikąd. Nie było innego wyjścia, musiał zginąć. Jednak zapamiętajmy go takim, jakim był do wczoraj.

O’Hara odmówił modlitwę. Jako jedyny jeszcze umiał się modlić.

Huk eksplozji przerwał rozmyślania porucznika. Na przeciwległym brzegu poniósł się grzybiasty słup pyłu i kamieni. Konfederaci zniszczyli swoją broń. Zgodnie z umową należało uczynić to samo.

– Strzelaj, Jack! – zakomenderował Wagner. – Ostatni strzał w tej nikomu niepotrzebnej rzezi.

Trzasnęły zamykane klapy strzelnic. Wszyscy przywarli do ścian okopu.

Wybuch prawie ogłuszył Wagnera. Przez chwilę słyszał jeszcze świergot odłamków, uderzających w sklepienie okopu.

– Koniec… – Simmons odłożył karabin. – Nareszcie… Nareszcie rozwalę w drzazgi tę pieprzoną snajperkę.

Chwycił największy kamień. Silnymi uderzeniami niszczył zamek, a . O’Hara obuchem siekiery deformował lufę.

Wagner patrzył w milczeniu na wysiłki obu mężczyzn. Karabin wyborowy zmieniał się w powyginany, do niczego nieprzydatny grat.

– Nie szkoda ci twojej broni? – zapytał z ciekawością, widząc wściekłość uderzeń Simmonsa i grymas na jego twarzy. – Dobrze służyła, gdy była jeszcze potrzebna.

– Nie. – Snajper potrząsnął głową. Otarł pot z czoła. – Kiedyś ją lubiłem, a potem znienawidziłem… Widzi pan – ciągnął Simmons w rytm miarowych uderzeń – żołnierz nie wie, kiedy zabija. Idzie natarcie, pył, dymy wybuchów, sylwetki podnoszą się i padają. Może zostali trafieni, a może chronią się przed ostrzałem… Nadciągają ślizgacze bojowe konfederatów. Strzela się do pojazdu, a nie do ludzi w środku…

Z rozmachem uderzył znowu parę razy w zamek karabinu.

– Dobrze wiedziałem, kiedy zabijam. – Simmons pokiwał głową. –Bardzo dobrze… Patrzyłem na krople potu na czole. Widziałem, że ktoś ma katar i cieknie mu z nosa. A potem twarz rozpryskiwała się w krwawą breję. Miałem już tego dość.

Niespodziewanie uśmiechnął się radośnie.

– Nareszcie koniec – dodał z wyraźną nutą satysfakcji. – Może kiedyś zobaczę Harriet… Nauczę się od Franka modlitw, pewnie pomogą.

Wagner patrzył na Simmonsa w milczeniu. Jack nigdy nie otrzymywał sfałszowanych listów. Czekał na nie, ustawiał się w kolejce, a potem z poszarzałą twarzą wracał na swoje miejsce w okopie. Harry spalił ostatni list od dziewczyny Simmonsa i nie pisał już nowych. Harriet napisała krótko, że znalazła kogoś innego. Nie pamięta już nawet twarzy Jacka. Radziła, żeby znalazł sobie jakąś sanitariuszkę z oddziału wolontariuszek, zdrową i krzepką. I żeby o niej zapomniał.

Wagner nie zdecydował się na pisanie listów do Simmonsa. Nie mógł. A teraz wiedział, że nie powie snajperowi prawdy.

Okrzyki żołnierzy przerwały przedłużającą się chwilę milczenia. 

Na drugim brzegu konfederaci sprawnie sformowali kolumnę. Już szli. Lermontow na czele, z zuchowato przekrzywionym pięknym kaszkietem. W dłoni trzymał dzbanek z kawą. Obok niego kroczył chłopaczyna w przydużym szynelu i szaliku, ciasno opatulającym szyję. Też dzierżył za ucho parujący gorącem imbryk. Kilku ludzi na końcu szyku ciągnęło dwa wózki, pełne plecaków i obwiązanych sznurami tobołków. 

Na środku brodu zatrzymali się na chwilę. Lermontow machnął ręką. Żołnierz w papasze zdjął z wózka drzewce z prostokątem tkaniny – sztandar oddziału. Inny wyciągnął kij, owinięty czymś, co wyglądało na pakuły. Oblał je płynem z niewielkiej bańki, a resztę cieczy wychlusnął na proporzec. Trzeci ze strzelców zapalił pochodnię i podał dowódcy. Lermontow jakby przez chwilę jeszcze się wahał, jednak przyłożył ją do pochylonego insygnium oddziału.

Buchnął płomień. Żołnierz, dzierżący sztandar, cisnął go w wodę. Kolumna znowu ruszyła naprzód. Tylko Lermontow, salutując, stał jeszcze kilka minut, wpatrując się w powoli gasnący ognik, płynący z bystrym nurtem rzeki.

Dowódca konfederatów wyglądał tak, jakby z czymś na zawsze się żegnał.  

 

***

 

– Wychodzimy na spotkanie! – Wagner poprawił na głowie nowy kaszkiet. Nakrycie głowy prezentowało się prawie tak ładnie jak skórzana czapka Lermontowa. Rankiem otrzymał go od Simmonsa. – Schodzimy ścieżką! Ogarnijcie się, chłopaki!

Wszyscy, podnieceni spotkaniem z niedawnymi wrogami, po raz pierwszy nie odsypiali czujnej nocy. Simmons, widząc Wagnera, obracającego w dłoniach zniszczoną czapkę, wyciągnął ze schronu swój tobołek. Wyłowił z niego małe zawiniątko.

– Poruczniku, niech pan to weźmie. – W dłoni trzymał prawie nowy kaszkiet z porządnego sukna. – Przez pomyłkę dostałem na samym początku dwie czapki. Jeszcze wtedy dbali o szyk… Jedną oszczędzałem na powrót, żeby dobrze wyglądać. Teraz nie ma to już znaczenia… Harriet pewnie na mnie też nie czeka.

Uśmiechnął się krzywo.

– Schodzimy bezpiecznym przełazem! – ponownie wykrzyknął Wagner. – Spokojnie, za parę minut dokładnie ich obejrzymy!

Konfederaci i unioniści od samego początku pilnie rozkładali miny, starannie je maskując. Przy pierwszej wymianie wytyczono z obu stron ścieżki do brodu.

Snajper chyba nie słyszał słów porucznika. Pewnie podniecony spotkaniem z niedawnymi wrogami, szparko ruszył wprost przed siebie. 

Wybuch urwał Simmonsowi obie nogi. Gdy Wagner i reszta żołnierzy dobiegli do niego, jeszcze żył. W dłoni trzymał fotografię smuklej dziewczyny, zalotnie się uśmiechającej. 

Wargi Jacka już siniały, a na twarz wpełzała trupia bladość.

Wagner nie wiedział, co powiedzieć. Zdjęcie, w które wpatrywał się Simmons, nagle natchnęło porucznika do wypowiedzenia jeszcze jednego kłamstwa.

– Jack, dużo zdarzyło się w ostatnich dniach… – Harry klęknął na jedno kolano. Dłonią starł pot z czoła umierającego snajpera. – Zapomniałem ci powiedzieć, że dostałeś list. Od Harriet, tak się podpisała. Wybacz mi.

– To dobrze… Co napisała? – Simmons próbował uśmiechnąć się. – Dobre wieści?

Wagner z trudem ułożył wargi w nieznacznym półuśmiechu. Gorączkowo szukał dalszych słów. 

Znalazł je.

– Miała kłopoty. Ostatnio pracowała w barze – ciągnął już zdecydowanie. – Właściciel się do nie przystawiał. Rzuciła robotę i długo szukała nowej, dlatego nie pisała. Nie chciała cię martwić. Teraz otworzyła sklepik z podpłomykami i dobrze jej idzie. Ludzie to kupują, bo są braki w zaopatrzeniu. Z utęsknieniem czeka na ciebie.

– Wiedziałem… – ledwie słyszalnym szeptem wychrypiał Simmons. – Wiedziałem…

Próbował pokiwać głową. Już nie mógł.

– Poruczniku, niech mi pan włoży ten list do munduru. – Nagle głos Simmonsa nabrał siły. Mówił prawie normalnie, jakby wkładał w słowa resztki uciekającego życia. – Przedtem niech pan odczyta go nad grobem. Pochowajcie mnie z nim. Tam, gdzie idę, może ktoś mnie z nim dokładnie zapozna…

Oczy Simmonsa stały się szkliste. Skonał z cieniem radosnego uśmiechu w kącikach warg.

Wagner w głębi duszy ponuro przeklął. Musiał napisać jeszcze jeden list. List do umarłego, od dziewczyny dawno już nie kochającej Simmonsa, pewnie już nie pamiętającej, jak wyglądał i kim był. Wiadomość pełną czułych słów i zapewnień o miłości.

– Głupio zginął… – Porucznik poczuł uścisk dłoni na ramieniu. Obok stał Lermontow, trzymający czapkę w dłoni. – Ostatnia ofiara wojny. Niepotrzebna…

O’Hara ułożył obok ciała Simmonsa oderwaną nogę, a po chwili przyniósł drugą. Wargi kaprala poruszały się w bezgłośnej modlitwie.

– A inni zginęli mądrze? – Wagner zamknął powieki snajpera. – Zrobiliśmy z tego wszystkiego jedno wielkie gówno. Wszyscy głupio zginęli.

– Chyba masz rację. – Lermontow westchnął. Nasadził kaszkiet na głowę. Metalowa gwiazdka błysnęła w promieniach słońca. – Chodźmy już. Mamy wiele roboty.

Dwa myszołowy znowu majestatycznie krążyły nad wąwozem. Wypatrując ofiary, pewnie też przyglądały się niewielkiej grupie ludzi w szynelach, czapkach i papachach, zmierzających do linii okopu na szczycie wzgórza. Na jednym z wózków ułożono ludzkie ciało. Ciągnęło go czterech ludzi. Czterech żołnierzy z białymi i czerwonymi gwiazdami na kaszkietach.

Ptaki pewnie jednak nie dostrzegły, że w to piękne, wczesne popołudnie czerwona poświata znowu zawłaszczyła kolejny obszar nieba.

Wagner przyjrzał się jej dokładnie. 

Barwa tej łuny nabrała głębi, zachwycającej oko intensywności. Wyglądała jeszcze piękniej niż poprzednio

 

20 czerwca 2015 r.  Roger Redeye

 

Ilustracja – Małgorzata Lewandowska

Koniec

Komentarze

UWAGA! Achtung! Achtung! Komentarz może zawierać (i zawiera) śladowe ilości spoilera!

 

Opowiadanie, jak przypuszczam, wzorowane do pewnego stopnia na wydarzeniach z frontu pierwszej wojny światowej, ukazanych między innymi w filmie Boże Narodzenie? (Swoją droga przepiękny film i niesamowita historia, naprawdę warto obejrzeć).

 

Do pewnego stopnia udało Ci się wczuć w klimat tej historii i go oddać, za co plusik w sumie.

Dla Gosi Lewandowskiej kolejny, ale ona wie, że ma we mnie fana.

 

Długo, długo oszukiwałeś mnie co do tego, o której wojnie opowiada przestawiona przez Ciebie historia. Primo, przez nazewnictwo, secundo przez – moim zdaniem – błędne otagowanie opowiadania (nie ma tutaj historii alternatywnej, tylko futufologia). A kiedy odkryłem swoją pomyłkę, poczułem się rozczarowany, bo TAMTA wojna, urozmaicona bombami plazmowymi byłaby dla mnie o wiele atrakcyjniejsza, niż w “jest jak jest”. Spokojnie można by to opowiadanie umieścić właśnie w XIXw. nawet z plazmami i łuną. I byłoby to, moim zdaniem, zdecydowanie ciekawsze i lepsze o tyle, że tło opowiadania moim zdaniem zupełnie się nie broni.

Wzmianki o analfabetyzmie wśród żołnierzy jako pokłosiu konfliktu są bardzo dla mnie niewiarygodne. Nawet jeśli przyjąć prawie-postapokaliptyczną otoczkę i mocne braki w ludziach i zaopatarzeniu, czyli qasi-partyzantkę na zasadzie “rzucajmy wszystkim, co mamy, a może uda nam się trafić ich w głowę“. O ile dobrze zrozumiałem, mamy tu do czynienia z regularnym wojskiem, wyszkolonym do zadań znacznie trudniejszych niż tylko “ciul ciul z karabinka”, jak choćby obsługa zaawansowanego sprzętu bojowego. I tacy ludzie nie potrafią czytać? Nie kupuję tego. Nawet w dzisiejszym wojsku, w tym małym kraiku nad Wisłą leżącym, zwraca się uwagę na wykształcenie i rozwija umiejętności żołnierzy. W wojskach sensowniejszych, jak amerykańskie, idzie to zapewne o wiele dalej. Zresztą mamy czasy, w których dzieci w wieku trzech lat zaczynają ogarniać telefony, Internet i tak dalej, więc nie tylko mają od małego styczność ze słowem pisanym, ale same chętnie je sobie przyswajają. Tak więc z mojego punktu widzenia przyszłość – chyba nie tak znowu odległa – w której świat poszedł w zupełnie inną stronę, jest baaardzo naciągana. Gdyby Twoja wojna ogarnęła faktycznie cały glob i zamieniła go w pustynię, to może jeszcze, ale przecież widzimy na zapleczu normalne życie rodzin żołnierzy w normalnym świecie, który – do czasu – przyzwoicie funkcjonował i, przynajmniej pod pewnymi względami, mocno się rozwinął. Jak byłoby to możliwe, gdyby ludzie zatracili umiejętność pisania? Jak cokolwiek w takim świecie byłoby możliwe?

Odpowiednie tło historyczne byłoby tu eleganckim rozwiązaniem problemu. I pozwoliłoby Ci uchronić się przed uciekaniem się do wojennych morałów, tak już wyświechtanych, że będących właściwie frazesami, jak: “Wojna to zabawa polityków, a my jesteśmy ich kukiełkami” – jeśli taki miał być wydźwięk tego opowiadania, to utonął on niestety w morzu innych opowieści nadających na tej samej fali – czy rozwiązań fabularnych w równie ogranym stylu: “Nikt już nie wie kto zaczął i o co poszło“.

Te propagandowe pogadanki Frista również strasznie sztuczne.

Finał, prawdę mówiąc, też nie bardzo. To znaczy, gdyby nie ta melodramatyczna scena ze snajperem, byłoby to jeszcze do przełknięcia, choć też ograna, ale w obecnej formie dla mnie… no po prostu za dużo.

No i warstwa językowa, która, niestety, zostawia trochę do życzenia. Przede wszystkim pozjadane literki (dosyć sporo), powtórzenia (szczególnie nazw walczących frakcji) i jakieś tam literówki, ale też poucinane farfocle przy polskich znakach czasami (szczególnie w słowie zona/żona). Zdarzają się także dziwne, niejasne i – moim zdaniem – źle skonstruowane zdania.

Dla przykładu:

 

Podniebni goście dawno już zorientowali się, kiedy że znajdą najbardziej obfity łup, pojawiając się w porze posiłków.

 

Dla żołnierzy Wagnera chleb stał się wytęsknionym marzeniem, a porucznik przypuszczał, że sytuacja nieprzyjaciół jest taka sama. I tak samo jak unioniści, konfederaci chętnie dokarmiali gruchających przybyszów. (Logiki powyższego za złote piórko nie łapię – ani jedni ani drudzy nie mieli chleba, więc chętnie dokarmiali nim ptaki?)

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy, dzięki za przeczytanie i komentarz.  Nie widziałem wspomnianego  w komentarzu filmu z czasów I Wojny Światowej.  Daleką inspiracją tego tekstu  była zupełnie inna scena z filmu, którego tytułu nie pamiętam, ba, nie pamiętam też fabuły. Jednak zapamiętałem jedną, bardzo wyrazistą scenę – wymiany towarów właśnie na brodzie górskiej  rzeki. Akcja filmu toczy się podczas wojny secesyjnej. 

Interesujące, że autorka ilustracji nie omieszkała – i słusznie – na swoim blogu poinformować, że “szortalowa” ilustracja posłużyła do zilustrowania rozwiniętej wersji “Czerwonej poświaty” na jednym z portali. 

Link: http://thirdeyeofmyimagination.blogspot.com/2016/03/czerwona-poswiata-red-glow.html?view=sidebar#!/2016/03/czerwona-poswiata-red-glow.html

Ciekawe, że  równie interesujące “esensyjne” ilustracje Andrzeja “Gastara” Diaczuka zostały utrzymane w innej tonacji.

Link:http://esensja.stopklatka.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=22131

Na pewno “Czerwona poświata” wymyka się klasyfikacjom. Na stronie FB “Esensju” tekst określono jako lekko modernistyczne opowiadanie w klimatach wojennych. Coś w tym jest… A w “Herbasencji” jako tekst, będący alternatywną historią wojny secesyjnej.

No cóż, nie wiemy, co by się stało, gdyby taka wojna wybuchła. Czy na pewno po jakimś okresie czasu korzystalibyśmy z internetu, a znajomość pisania byłaby normalnością… Jesteś pewien, że tak by było? Może tak, a może i nie…

Wyraz “ kiedy” w wzmiankowanym zdaniu określa czas. 

Słuszna uwaga co do futurologii – zmieniłem określnik tematyczny. Jakoś nie zwróciłem na niego uwagi.

Pozdrówka.

Lubię wojenne opowiadania. Czytając Twój tekst miałem odległe skojarzenia z Księżycową, jasną nocą Whartona (motyw Bożego Narodzenia, wymiany towarów) oraz poprzez nazwisko głównego bohatera z Wrześniem Pacyńskiego.

Dobrze napisane, chociaż zdarzyły się jakieś literówki i kilka powtórzeń, których można było uniknąć. Trochę zabrnąłeś w typowo wojenny, amerykański patos co nie pasowało mi do początkowego klimatu opowiadania. Gdybyś więcej opisów poświęcił czerwonej poświacie i jej wpływowi na walczące frakcje teksty tylko by na tym zyskał.

Podsumowując tekst jest dobry, nie na darmo znalazł się w Esensji, jednak można by z pomysłu wycisnąć dużo więcej, nie uderzając w patetyczne tony. Tekst wart biblioteki, gdybym mógł oczywiście bym kliknął.

Przydługi początek, potem niepotrzebna wzmianka, że żołnierze nie potrafią czytać, a kilka akapitów dalej, że wielu pisało.

“Czytał stare listy żon i dziewczyn żołnierzy. Prawdziwe listy, pilnie skrywane. Dokładał szczap do piecyka, a potem wracał do lektury i rozmyślań. O tym, co powiedział Lermontowowi, pisało wiele osób.”

Nie pijam kawy,więc fascynacja kawą jest dla mnie niezrozumiała.

“List do umarłego, od dziewczyny dawno już nie kochającej Simmonsa, pewnie już nie pamiętającej, jak wyglądał i kim był.” – fragment dla mnie niezrozumiały. Jak długo trwała woja, by zapomnieć? Sto lat? Wiekowi byli ci wiarusi.

pozdrawiam

 

Bel­haju –  dzięki za przeczytanie i opinię. Wharton – bardzo ciekawa proza. Chyba był też i film…

“Czerwoną poświatę” napisałem bardzo szybko. i to zarówno miniaturę, jak i tekst rozwinięty/ Przy wersji poszerzonej. i to znacznie, od razu miałem postacie Lermontowa, Simmonsa, rozszerzenie postaci Franka O’Hary i Frista.

Literówki mogą być – przejrzę tekst i usunę – w tych leciutko rozwiniętych miejscach. Poprawiłem tekst tuż przed opublikowaniem tutaj. 

A co do znaczniejszej ilości informacji o czerwonej poświacie – chyba nie. Tekst jest konsekwentny  w sposobie oglądu świata – patrzymy na niego oczyma bohaterów. Nie wprowadzałem żadnych informacji , przekazywanych przez narratora zewnętrznego. Wagner wie dużo, jednak wie o charakterze poświaty z listów.  On nie ma łączności z kimś zewnątrz. To wyraźnie akcentuję. Podobnie Lermontow – on chyba wie jeszcze więcej, ale też z listów. Przyznaje się do tego w chwili szczerości.  Żołnierze może czegoś się domyślają, a może nie – tutaj charakterystyczna jest postawa O’Hary.  Może, tak po prostu, nie przyjmują swoich spostrzeżeń do świadomości? Widzimy świat taki, jakimi bohaterowie go widzą, i tak, moim zdaniem, jest właśnie dobrze.  Poszerzenie informacji o charakterze poświaty chyba popsułoby charakter opowieści.

A co do patosu – a to ciekawy problem.  Dla jednych tak, ale dla innych taki moment może być po prostu wzruszający. To chyba zależy już od czytelnika. 

Biblioteka? Dzięki. Wydaje mi się, że co najmniej biblioteka… Dzięki za nominację.

Pozdrawiam.

Przeczytałem, choć to nie mój sposób widzenia świata doceniam klimat opowiadania. Zauważyłem jednak parę nielogiczności

nr 1 

“Wagner ponownie zaczął studiować fragment listu żony o czerwonej poświacie. O’Hara nie mylił się – Joan sporo o niej napisała. O promieniowaniu, pożerającym wszystko. O tym, że jej i sąsiadom zostało ledwie parę godzin życia.”

 

Pomyślmy. Walnął niuk promieniowanie szaleje żona pisze pożegnalny list do męża. Wszystko jest logiczne i trzyma się konwencji, tylko zostaje problem listonosza. Bo tak między wierszami można wywnioskować, że jego problem promieniotwórczości nie dotyczy. Listonosz najwyraźniej będzie żył i rozwoził listy choćby wszystkich promieniowania zabiło.

Pomijam kwestię cenzury wojskowej, bo  jak wynika z twojego opowiadania, tą prowadził sam dowódca.  Aczkolwiek z tego co się orientuje nawet prywatna poczta niemieckich generałów z czasów I i II wojny światowej była cenzurowana. Jeśli lubisz kino wojenne, to co nieco o działaniu cenzury wojskowej jest w jednej ze scen  “Listów z Iwo Jimy”

 

nr 2 

“Tylko on w oddziale umiał czytać i pisać. Prawie nikt już nie wiedział, kiedy zamknięto szkoły i przestano uczyć znaczenia liter.”

Ktoś już o tym wspominał wiec do siebie dodam tylko tyle, że skomplikowana broń, wymaga umiejącego czytać żołnierza. Owszem analfabetę da się w 20 minut nauczyć obsługi kałacha ale już choćby kierowca musi być czytaty by nie popsuł szybko drogiego sprzętu. To samo dotyczy obsługi wszelkiej maści granatników przeciwpancernych itd.  

 

MPJ 78   – dzięki za przeczytanie i komentarz.

Cóż, z fabuły wynika, że właściwie nic już nie działa, i to od dawna… Problem dostarczenia listów jest prosty – dostarczano je, gdy jeszcze coś działało. A później już nikt nie pisał listów, więc nie było co dostarczać. Pewnie wtedy i nie było poczty polowej, i być może dlatego nie dostarczano listów.  Pewnie z wielkich armii zostały strzępy. Nie wiemy, i to jest zabieg świadomy, jak długo już Wagner i Lermontow siedzą nad tą rzekę, na tym zadupiu, o czym wspomina Lermontow. Za to wiemy, że Wagner od dawna fałszuje listy. Lermontow też. I wiemy, że wojna trwa bardzo długo. 

Joan napisała ostatni w swoim życiu  list i myślę, ze wtedy już nie było cenzury, że każdy myślał o sobie. .

Skąd wiesz, że granatnik plazmowy jest bronią skomplikowaną? Granat plazmowy – tak, na pewno, ale oni mieli gotową amunicję. A granatnik jest bronią prostą, łatwą w obsłudze. Granatnik oznacza też rodzaj lekkiego moździerza, i o tym wspominam, pisząc o wykopach, chroniących granatniki. Dla dobrego poznania jego funkcjonowania nie potrzeba umiejętności czytania, wystarcza dobry instruktor. Wsadzasz granat w lufę i wio. Nastaw celownika można nauczyć się bez umiejętności czytania.

I w tekście nie ma wzmianki o broniach skomplikowanych, jedyną wzmianką jest informacja o snajperce Simmonsa. A to nie jest karabin specjalnie skomplikowany… 

Cieszę się, że klimat opowieści i jego wymowa przypadły d do gustu.

Pozdrówka.

Ok twój świat twoje pomysły :)

MPJ 78no i taka wizja świata. Przez chwilę, pisząc ten tekst, zastanawiałem się nad granatnikami plazmowymi, jednak je zostawiłem – chciałem podkreślić, że akcja toczy się w odległej przyszłości. no i zaakcentować, że okazało się, iż w tej przyszłości tak naprawdę niewiele się zmieniło, a może wiele cofnęło. Z tego też powodu świadomie wprowadziłem pieczenie podpłomyków przez dziewczynę Jacka, żeby pokazać, jak ten świat się zmienił na gorsze. 

Gwidonie, sorry, nie odpowiedziałem na komentarz, więc odpowiadam.

Ty nie pijasz kawy, a ludzie Wagnera tak. Ten początek służy podkreśleniu, że rytuał picia kawy był formą rozrywki. Zapomnienia o rzeczywistości, nie mówiąc o tym, że ciągle jedli to samo. Dla nich to było ważne, i Wagner to rozumie. Jest akapit o przemyśleniach Wagnera, czy zdecydować się na wymianę. Ten wątek – szukania czegoś normalnego, zajęcia, dającego zapomnienie  – świadomie pociągnąłem przy opisie postaci O’Hary.

Z tekstu wynika, że ta wojna trwała już długo. Bardzo długo. I dziewczyna Simmonsa dawno nie widziała już Jacka. A ludzi zapomina się łatwo, bardzo łatwo.

Dzięki za przeczytanie i ciekawy komentarz.

Pozdrawiam. 

patos/dramatyzm = przesadzony konkretnie

obrazek z kawą, strumykiem, łuną, okopami = naprawdę udany

tło historyczne – aspekt wojskowy, nawiązania historyczne = ciekawe

tło historyczne -braki we wszystkim, listy = przesadzone, nie przekonuje, choć tworzy klimat

postaci, dialogi – przeciętne, wystarczające

zakończenie – logiczne, oczywiste i pasuje do pozostałej części

całość przydługa, jak na zawartość

płynność czytania: dobra

5 – bo coś z niego zapamiętałem (obrazek jw), poprawne i zdatne do czytania, nie jest to mocne 5, ale więcej niż 4

 

 

Ignorancja to cnota.

Ka­ta­strof VII –  dzięki za syntetyczną ocenę tekstu. Powiem szczerze, że ja w tym opowiadaniu nie widzę patosu. Wojna jest sprawą krwawą i przeważnie brudną, jednak na każdej wojnie zdarzają się chwile wzruszające, a nawet wzniosłe. I takie, między innymi sprawami, momenty starałem się uchwycuć w tej krwawej batalii, tocznej w przyszłości pomiędzy dwoma częściami globu. 

Zastanawiałem sie nad napisaniem ostatniego rozdziału, jednak chciałem rozwinąć wszystkie postacie, więc opisałem losy Frista i Simmonsa, bo pozostali zostali chyba obszernie scharakteryzowani.  Poszerzenie losów Frista uważałem za konieczne, bo żołnierze po obu stronach  wierzą, że walczą o słuszną sprawę. A Simmons? Tez, tyle, że on nie ma szczęścia. Jego dopada powszedniość  życia gdzieś za frontem… Zdarza się.

Tekst pewnie można by skrócić, jednak nie jest chyba specjalnie przydługawy. 

”Przeistoczenie” jest naprawdę długą opowieścią, nie mówiąc o innych opowiadaniach. 

Link: http://esensja.stopklatka.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=19834

Pozdrówka. 

Przeczytałam, ale nie doznałam szczególnych wrażeń. Opowiadanie wydało mi się dość nużące, a sprawa wymiany dóbr i kontentowanie się nimi, moim zdaniem, zajmuje zbyt wiele miejsca. Jednocześnie rozumiem, że wyczerpani monotonią takiego życia byli żołnierze obu stron, więc dla nich pewnie była to swego rodzaju rozrywka i urozmaicenie.

Nie mogę uwierzyć w powszechny analfabetyzm i mam wrażenie, że wzmianka o nim była nieodzowna, aby Wagner mógł prowadzić działalność epistolograficzną, będącą istotnym elementem opowiadania.

Dziwi mnie też trochę, że obie strony, widząc czerwoną poświatę i wiedząc/ domyślając się czym jest, tak późno doszły do porozumienia i przedsięwzięły wspólne kroki, aby przetrwać.

Opowiadanie napisane porządnie, więc choć tematyka nie wywołała nadmiernego entuzjazmu, czytało się nieźle.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przybyłam, zwabiona punktem do Biblioteki, ale tekst mnie nie przekonał.

Mam wrażenie, że to bardzo sentymentalna scena, na potrzeby portalu obłożona wciśniętymi na siłę elementami fantastycznymi. Tu granatniki plazmowe (SF), tam czerwona poświata zapewne jakoś związana z radioaktywnością i oznaczająca koniec świata (postapo), ówdzie ideologiczne zmagania Amerykanów i Anglików w towarzystwie ogólnego analfabetyzmu (socjofantastyka) oraz wojna Konfederatów z Unią tudzież Biało– i Czerwonogwardzistów (historia alternatywna). Dla mnie te elementy nie pasują do siebie, bo pochodzą z różnych bajek, a związku między nimi nie wyjaśniasz.

Też nie mogłam uwierzyć w ten analfabetyzm. Bez przesady, opanowanie czytania i pisania (o ile nie mamy do czynienia z piktogramami) to prosta sprawa. Jeśli ktoś chce się nauczyć i znajdzie kogoś, kto już umie czytać, to sprawę da się szybko załatwić. Szkoły wcale nie są niezbędne w tym procesie. A chętnych do nauki nie powinno braknąć, bo piszesz, że fucha pisarza jest intratna.

Sam chyba nie bardzo wierzysz w ten analfabetyzm, bo zaznaczasz, że dowódca naśladował charaktery pisma różnych ludzi i przechowywał próbki. Czyli kobiety żołnierzy potrafiły pisać, nie korzystały z usług przygodnych pisarczyków.

Ale klimat wojskowy oddałeś ładnie.

A obrazek szlag trafił.

Babska logika rządzi!

No i wcięło mi ilustrację, i to na dwóch portalach… Dość beznadziejna sprawa. Będę musiał ją chyba jakoś odtworzyć, a to wcale nie będzie proste, bo nie mam już adresu do źródła.

Zdaje się, że tymczasowo przeniosę opowiadanie do kopii roboczych.

Tymczasem może link do premierowej publikacji tej opowieści – http://esensja.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=22131

Przejmujące, trzymające w napięciu opowiadanie. Nienachalna, wręcz nieobecna przyszłość w teraźniejszości, po kawałeczku uobecniana. Bohaterowie zróżnicowani.

Najbardziej podobało mi się to jak opisałeś ważność listów. One naprawdę sprawiają, że człowiek czeka, ma nadzieję i że rzadziej chwyta za broń.

Wymiana towarów – bardzo szeroko opisana, przynajmniej dla mnie sprawiała wrażenie, że chodzi o coś więcej – że to przypomnienie, kto stoi po drugiej stronie, że tam nie jest tylko wróg czy idea, ale przede wszystkim człowiek. Dopełnia tego zniszczenie snajperki – narzędzia, które pozwala zabić na sporą odległość, kogoś kogo się doskonale widzi.

Poświata zmienia całkowicie postrzeganie zewnętrznych skojarzeń – czerwony zwiastun śmierci, zapomnienia (nie tylko takiego ludzkiego, ale i historycznego), zwiastun nadziei i zarazem beznadziejności. Aż w końcu symbol tlącego się w tych żołnierzach życia, a raczej chęci do życia.

F.S

dzięki za przeczytanie i komentarz. I za głos za biblioteką.

Wydaje mi się, że “Czerwona poświata” dobrze wytrzymała próbę czasu, bo tekst nie jest już taki “świeży”, a jednak teraz, gdy przypomniałem go sobie, przeczytałem z ciekawością. W wersji “szortalowej” kończył się na drugim rozdziale. Ale korciło mnie poszerzenie tego świata i bardziej dokładne jego opisanie. I wtedy doszły postacie Lermontowa, Simmonsa, rozszerzyłem opis postaci O’Hary i Frista. no i Wagnera. 

Jestem zadowolony z tego opowiadania. Być może, jest ponure, ale co zrobić – ten świat stał się taki… Chyba dobrze oddałem jego klimat. Postacie bohaterów nadal wydaja mi się  interesujące i prawdziwe.

Cieszę się, ze opowiadanie się podobało i wywarło dobre wrażenie. Wiele wrażeń…

“Czerwona poświata” za sprawą “Esensji” znajduje się na pomocniczej liście tegorocznych tekstów “zajdlowkich”.

Pozdrawiam.

Ja ten tekst już czytałam. Mój komentarz:

 

Na samym początku zatrzymała mnie kawa. Świeżo parzona. Kawa. Kawa. Kawa. Zdecydowanie za dużo kawy.

"– Chryste, jak ich kawa pachnie! – Frist oblizał wargi. – Nie jak nasza lura, cholera wie, z czego robiona. Zapach świeżo parzonej kawy z obozowiska konfederatów dochodził aż tutaj, na przeciwległy brzeg rzeki. Konfederaci zazwyczaj wstawali nieco wcześniej i od razu zabierali się do przygotowywania śniadania. Mocno wiało i porywiste podmuchy górskiego powietrza przenosiły na przeciwległe zbocza wąwozu cudowny zapach świeżo parzonej kawy."

W tym fragmencie jest zupełnie inaczej: "Sierżant Frist lubił kawę. Wszyscy żołnierze roty Wagnera uwielbiali konfederacką kawę. Kubek czarnego napoju był rozkoszą dla podniebienia."

Tutaj w ogóle mi to powtórzenie nie przeszkadza. Aczkolwiek w pewnym momencie zapomniałam, że to ma być o czerwonej poświacie smiley Miałam drobny problem z umiejscowieniem w czasie tego opowiadania. Lubię historię alternatywną, rozumiem, że świat rozwijał się w innym kierunku, ale musi być spójny, logiczny. Trwa wojna, dwa obozy. Nic się nie dzieje. Żołnierze czekają na wieści z domu – czyli listy, których nie potrafią przeczytać, bo od dawna nikt się tego nie uczy. Kto więc je pisze? I po co, skoro istnieją hologramy? Gdybym miała przesłać wiadomość komuś niepiśmiennemu, choćby dziecku, raczej bym przekazała obrazek, niż tekst pisany.

Tylko dowódcy dostrzegają czerwoną poświatę, reszta jej nie zauważa, nie niepokoi się zmianami, nie zastanawia, nie zadaje pytań. To nie jest naturalne. Dowódcy wiedzą już, co to oznacza, z ostatnich listów – pomimo tego milczą, dalej wymieniają się kawą i papierosami, czekają nie wiem, na co.

Pomysł połączenia sił – znany, ale w porządku. Ok, namyśliliśmy się, pomóżmy sobie nawzajem.

Nie bardzo rozumiem koncepcję schowania się przed radiacją w tunelu – to naprawdę wystarczy? I nikt więcej na to nie wpadł? Ale jestem skłonna przyjąć, że po prostu bohaterowie nie mają takich informacji, zapomniano o nich.

I zastanowiła mnie jeszcze jedna rzecz: kto pozbywa się całej broni, mając przy boku niedawnego wroga (nawet, jeśli już się z nim porozumiał), a w perspektywie życie w nowej, popromiennej rzeczywistości? To wszystko brzmi mało wiarygodnie.

Ogólnie czyta się bardzo dobrze (jak zwykle) u Rogera).

 

Anet, dzięki, obszerny i zacny komentarz. 

Jeżeli idzie o kawę – chodziło mi o to, że życie Wagnera i jego żołnierzy zostało zredukowane do bardzo prostych spraw. Takich podstawowych. Oni myślą o tej kawie i chyba ta myśl ich ekscytuje. Raz, że smaczna, daje energię, dwa, że stanowi odmianę. To smakołyk i pewnie też przypomina im normalną przeszłość. Chwila ułudy, dość długa. Frank żyje kawą  i pracą przy remontowaniu umocnień. Wagner – kawą, pisaniem listów, udawaniem, ze nadeszła nowa dostawa. Frist chyba już tylko kawą. Simmons – kawą 0 wspominaniem swojej dziewczyny. A wszyscy tym, czy konserwy i czekolada będą w miarę świeże i smaczne. I czy będzie zupa jako rarytas. 

Po prostu – zredukowane życie. Tak bywa na wojnie. O tym pisał Remargue.

Kto pisze listy? Mogłem dodać jedno zdanie – ci, co jeszcze potrafią pisać… Może takie zdanie teraz wprowadzę do tekstu. Będzie logicznie wszystko jasne.

Ależ nie tylko dowódcy widzą czerwoną poświatę! Pierwszy wspomina o niej Frank. I martwi się. Jeżeli on ją widzi, widza ją i inni. Czemu o tym nie mówią? Zostawiłem to, to chyba byłaby to już łopatologia.  Może odrzucają od siebie – świadomie – podejrzenia, że coś zaczyna być mocno nie tak? Oni po prostu mają już wszystkiego dość. 

Tunel to jedyne wyjście w tej sytuacji 0 nie ma innego.

Muszą pozbyć się broni, bo ten, kto ma broń, ma przewagę. I widać po Friście i jego słowach, że to jest całkiem realna perspektywa. On nawet podejrzewa, że ktoś z ludzi Lermontowa może zarżnąć go w nocy. Wagner i Lermontow są inteligentni – tak wynika z tekstu – i to rozumieją. Może jedno zdanie byłoby tutaj też potrzebne.

Dzięki za głos za biblioteką.

Pozdrówka.

W porządku.

Proszę bardzo :)

Jednak nie pamięta się dokładnie starszych tekstów… 

Anet, po publikacji “Czerwonej poświaty” na pewnym zacnym portalu uwzględniłem uwagi i poszerzyłem wątek, w którym wspominam, że zaprzestano nauki czytania i pisania. I że już mało kto zna te umiejętności, wydaje się, podstawowe.

Ten fragment drugiego rozdziału  brzmi tak:

“Tylko on w oddziale umiał czytać i pisać. Prawie nikt już nie wiedział, kiedy zamknięto szkoły i przestano uczyć znaczenia liter. Wielka wojna nieubłaganie pożerała wszystkie zapasy, jednak papier nie posiadał istotnego znaczenia dla jej prowadzenia. Pozostały spore zasoby z dawnej produkcji. Ludzie nauczyli się ponownie umiejętności klejenia kopert, a ci, którzy jeszcze znali sztukę pisania, przelewali na pożółkłe arkusiki wiadomości, prośby, błagania i błogosławieństwa. Wagner wiedział, że wiele na tym zarabiali. Naprawdę sporo, bo ludzie łaknęli informacji od bliskich im osób. Niespodziewanie narodziła się nowa, intratna profesja.”

Wydaje mi się, że to załatwia sprawę, chociaż mogę się mylić. A dlaczego zaprzestano nauki? Bo była, tak po prostu, wielka wojna pomiędzy dwoma częściami świata, konfederatami i unionistami, co jasno wynika z tekstu.

Dobra, jeszcze przemyślę wprowadzenie zdania, czemu musiano zniszczyć broń.

Dzięki za cenne uwagi.

Pozdrawiam.

Ok, przyjmuję to wyjaśnienie.

 

Ale co do broni, nie wiem, jak to obejść.

Zobacz.

Ustaliliśmy już, że ludzie widzą czerwoną poświatę. Nawet jeśli o tym nie rozmawiają, czują, że to coś niezwykłego, a obce równa się straszne, bo nie wiadomo, czego można się po tym spodziewać.

Nie mam pojęcia, jak można wytłumaczyć pozbycie się broni (jakiejkolwiek), kiedy nadchodzi  (lub istnieje możliwość, że może nadejść) niebezpieczeństwo/nieznane.

Cóż…

Ty jesteś autorem, to kombinuj :)

 

Specjalnie nie ma co kombinować… Wagner i Lermontow wiedzą, że zbliża się fala promieniowania.  I to z dwóch stron. Obaj muszą  poinformować o tym swoich żołnierzy, no i wspólnie dojść do wniosku, że na powierzchni i tak wszystko szlag szlag trafi, a pod ziemią będzie o wiele lepiej bez broni, bo unika się ryzyka wzajemnej strzelaniny. I z bólem serca na to się zgadzają, bo wiedzą, że tylko tak mogą przeżyć. 

Jeden element wymaga tylko poszerzenia, bo z wypowiedzi Franka wynika, że Wagner powiedział podwładnym wyraźnie, co się dzieje. 

Reszta to jest trochę trudniejsza operacja, bo te zdania – góra trzy – trzeba wprowadzić w dwóch miejscach tekstu. W przyszłym tygodniu załatwię sprawę, bo faktem jest, że zniszczenie broni  chyba trzeba nieco szerzej wyjaśnić.

Pozdrówka prawie że wiosenne.

Nie kupuję tego.

Zejdą pod ziemię, a tam za chwilę zaatakują ich napromieniowane szczury-mutanty i wszystkich zagryzą, bo nie będą  mieli się czym bronić.

… a potem spotkają takich, którzy broń zachowali, i będą się mieli z pyszna…

Ty niesiesz karabin, ale naboje do niego taszczę ja. I po problemie, tym największym…

Roger – zostałeś przegłosowany ;)))))))))))))))))))

Aha, i pewnie jeszcze karaluchów wielkości wagonu kolejowego, też mutantów…

Anet, mocno płaskie jest to, co ostatnio napisałaś. Wyjątkowo. Zanim pojawią sie zmutowane szczury, Lermontow i Wagner zdążą już umrzeć. Mam nadzieję, że ze starości, chociaż nie ma takiej pewności. Oni po tych spotkaniach na brodzie zdają już sobie dobrze sprawę z jednego – coś musza zrobić, żeby na tą piękną rzeką uratować życie swoje i innych. 

Zrobione, jeżeli idzie o zniszczenie broni. Poszerzyłem początek piątego rozdziału. Doszły też dwa zdania na końcu – nie mogłem sie oprzeć… 

A jeżeli idzie o życie ludzi po okresie promieniowania, napisałem taką miniaturę. Nadal jestem z niej zadowolony. Nie pamiętam, czy jest na liście pomocniczej.

Link –  http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/16769

Pozdrówka.

Roger – obrażasz się bez sensu. Trudno, nie miałam nic złego na myśli.

ależ ja absolutnie nie obrażam się. Po prostu – ten przedostatni komentarz wydał mi się taki nie w Twoim stylu. Kwestia odbioru. Ale każdy czytelnik komentuje tak, jak uzna za stosowne. 

Jednakowoż trudno mówić, żebym się obraził.

Pozdrawiam prawie już wiosennie.

Nowa Fantastyka