- Opowiadanie: Cat Stevens - Pijak

Pijak

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Pijak

Etykieta na butelce mówiła, że woda, zanim do niej trafi, filtrowana jest przez sześć wulkanicznych warstw. Wiktor wpatrywał się w ową informację zamglonym, rozmarzonym wzrokiem i rozmyślał. Często to robił przy byle okazji. Pozwalał by przedmioty absorbowały go i opowiadały mu swoje dzieje. Linie wydrapane w blatach stołów, plamy na obrusach, wyszczerbione szklanki, klamki i zawiasy chyboczące się niebezpiecznie, wyrwane zamki w zaszczanych kiblach – one wszystkie miały znaczenie. Każdy z tych szczegółów niósł informacje o zamierzchłych czasach i opowiadał czyjąś historię. Nie dość ważną żeby trafić do wieczornego wydania wiadomości, ale – i tutaj Wiktor zgodziłby się całkowicie – nierzadko znacznie ciekawszą.

Właśnie myślał o tym, jak kropla wody szybuje przez, zdawałoby się, nieskończone przestworza, jak pęd wiatru ciska nią na wszystkie strony i raz po raz zmienia jej kształt. Jak kropla finalnie spada na glebę; dramat jaki jeszcze przed chwilą rozgrywał się tam u góry został właśnie sprowadzony do jednego cichego „pac”, na które nikt nie zwróci uwagi. Setki, tysiące kropel zaraz spadną obok i wydadzą setki i tysiące pacnięć, które ludzie w najlepszym wypadku zlekceważą, a w najgorszym przeklną. Marzyło mu się, żeby zobaczyć nagranie z mikroskopijnej kamery, spadającej razem z ulewą, która najpierw obserwuje pojedynczą spadającą kropelkę, a następnie zmienia ogniskową i pokazuje nam cały deszczowy mikro wszechświat, do którego ktoś podstawia muzykę z „American Beauty”. Naprawdę chciałby to zobaczyć. Wówczas jego fejsbukowy lajk dołączyłby to setek tysięcy innych, następnie Wiktor wyłączyłby komputer, uderzył głową w poduszkę i natychmiast zapomniał, że kiedykolwiek widział coś takiego, tak jak zapominał o wszystkim innym.

Wiktor miał trzydzieści trzy lata, ale we wszelkiego rodzaju spelunach przesiadywał już prawie piętnaście. Zaczęło się przypadkowo. Wszystko zawsze zaczyna się przypadkiem – przynajmniej wszystko to co istotne. Wybierał się wówczas w jakąś daleką podróż, chociaż za żadne skarby nie przypomniałby już sobie dokąd. Pech chciał, że spóźnił się na pociąg, a że nie uśmiechało mu się koczowanie na gliwickim dworcu do wczesnego poranka, ruszył przed siebie, sam nie bardzo wiedząc dokąd zmierza. A może jednak wiedział? Może była to podświadomość, albo jakiś tajemniczy magnetyzm, który zawiódł go do jedynej w mieście otwartej w nocy knajpy? „Śląska”, bo tak się zwała, zajmowała parter solidnej kamienicy na, o ironio, ulicy Piwnej. Z początku Wiktor się wahał: mroźna listopadowa pogoda nie była przyjemna, ale mimo to przebywanie w tak obrzydliwej spelunie w środku nocy uznał za potencjalnie niebezpieczne. Jako osiemnastolatek był bardzo ostrożny i wyważony. Zabawna i nietypowa to cecha dla nastolatka, aczkolwiek Wiktor chyba rozwijał się na odwrót, bo z wiekiem zupełnie mu przeszło i zamienił się w starego durnia. Tak lubił o sobie powtarzać.

Tamtej nocy skusił się na ciepły kąt i dach pod głową. Wszedł do środka i zamówił piwo. Barmanka spojrzała na niego spode łba; wyglądała na taką, której nie warto wchodzić w drogę. Jednym sierpowym mogłaby posłać na deski każdego szukającego zaczepki, takie przynajmniej robiła wrażenie, a Wiktor rozsądnie postanowił nigdy tego nie sprawdzić. Zapytała go wówczas o dowód… ha, to pamiętał akurat świetnie, bo od kilku tygodni nie mógł doczekać się okazji na pochwalenie swoją pełnoletnością. Nie żeby nigdy wcześniej nie miał styczności z piwem – zdarzało mu się dość często poimprezować z okazji urodzin znajomych, czy też bez żadnej okazji. Ten dzień był kluczowy dlatego, że, jak sądził, to właśnie wtedy uświadomił sobie, że piwo nigdy nie było dla niego wymówką do spotkania się z innymi ludźmi. To inni ludzie byli dla niego wymówką do spotkania z piwem. Niesiony tą myślą wrócił wtedy do stolika z kuflem (po drodze parę osób posłało mu mało przyjazne spojrzenie, ale nastolatek wytrzymał je) i pociągnął swój pierwszy łyk. Pierwszy łyk tej nocy i pierwszy łyk nowego życia. Owego dnia wszystko się zaczęło. Wiktor nieświadomie podpisał wówczas cyrograf z jakimś alkoholowym diabłem i związał swoją duszę z takimi miejscami na kolejne piętnaście lat.

Tamtą noc też uwielbiał wspominać. Dziś, gdy ponownie znalazł się w „Śląskiej”, wyczuwał w tamtej sytuacji pewną magię, chociaż nie wiedział czy w istocie była ona czymś wyjątkowym, czy też totalną bzdurą wyssaną z palca. Ludzie mają tendencję do mitologizowania przeszłości – myślał, idąc do sracza wołany zewem natury.

– Kurwa, co za długie słowo… – powiedział sam do siebie, opierając głowę o ścianę nad pisuarem. – Przecież ja nawet nie potrafiłbym tego powiedzieć. – dodał. W istocie, nie potrafiłby, bo język już trochę zaczął mu się plątać. Kilka piw wcześniej nie miałby tego problemu, ale nie miałby też, cóż, kilku piw. Zapinając rozporek pomyślał o wodzie powoli sączącej się przez sześć warstw wulkanicznych tylko po to, żeby jakiś obmierzły pijaczyna mógł później przepuścić ją przez swoje bebechy i pożegnać w zagrzybionym pisuarze. Na tę myśl wybuchnął szaleńczym śmiechem, którego nie próbował nawet w sobie dusić. Wrócił na miejsce, kompletnie zignorowany przez wszystkich wokół i pogratulował sobie w myślach (prawdopodobnie po raz tysięczny) wyuczonego talentu do niewzbudzania niczyjej uwagi. Woda skończyła się, co oznaczało powrót do innych, bardziej rzeczowych napojów. Dawno temu wymyślił ten sposób redukowania kaca do minimum. Sposób polegał na tym, że na każde wypite piwo wypijał też dwie małe butelki wody. Na początku uznał to sceptycznie za fanaberię i kolejny idiotyczny pomysł przepitego umysłu, ale nie byłby sobą gdyby nie sprawdził czy może faktycznie zadziała. Musiał, bo z biegiem czasu jego kace stawały się coraz bardziej dokuczliwe i coraz bardziej potrafiły zupełnie rozregulować jego organizm. Układ pokarmowy przepłukany lurą i zapchany obrzydliwym barowym żarciem rewanżował się wówczas i Wiktor przez kilka kolejnych dni srał niemalże z modlitwą na ustach. W żartach nawet ułożył sobie odpowiednią formułkę, chociaż miał nadzieję, że nigdy nie przyjdzie mu jej użyć:

 

PANIE BOŻE, KTÓRYŚ JEST W DRZEWIE

(LUB GDZIEKOLWIEK INDZIEJ, TY STARY POJEBIE)

PRZYJDŹ DO MNIE, BOM JEST W POTRZEBIE

NIE KRĘPUJ SIĘ, ŻE TAK TU JEBIE

ZNOWU ZAPCHAŁY SIĘ W RURZE SPALINY

A JA ZOSTANĘ TU JESZCZE Z DWIE GODZINY

 

Co do sposobu na kaca, to zdaje się, że nawet trochę pomagał. Wiktor nie mógł tego stwierdzić obiektywnie, bo na kacu wciąż czuł się kurewsko paskudnie. Obawiał się jednak, że owo „kurewsko paskudnie” może okazać się jedynie wstępem do czegoś gorszego i ta paranoiczna myśl uczepiła się go jak rzep psiego ogona. Od tamtej pory stosował swoją metodę za każdym razem. Bardziej ze strachu o to, co może się stać kiedy przestanie, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Wstał i zamówił sobie piwo, przyniósł trunek do stołu, po czym na szybko skręcił sobie papierosa i wyszedł na zewnątrz. Listopad powitał go w tradycyjny sposób – falą deszczu i wiatrem wciskającym ją w każdy zakamarek jego paskudnej, starzejącej się już mordy.

– Panie, ja już długo żyję, ale takiego, za przeproszeniem, chujowego listopada, to nie widziałem od dawna. – odezwał się w jego kierunku jeden z klientów, który, podobnie jak on, wyszedł zapalić.

– Ano. – odparł Wiktor. Nie chciało mu się teraz rozmawiać. Prawie nigdy nie chciało mu się z nikim rozmawiać. Miał solidną nadzieję, że koleś się zniechęci, że odpuści, że wiatr wciśnie jego głupkowate uwagi gdzieś z powrotem do płuc. Zawiódł się, rzecz jasna.

– Pamiętam jak w siedemdziesiątym czwartym…

– Spadaj, koleś. Daj mi spokój. – przerwał mu Wiktor. Zaskoczenie na twarzy drugiego pijaczyny trwało tylko chwilę, po której machnął na Wiktora ręką i odwrócił się plecami, nie komentując nawet sytuacji.

I bogu dzięki. – pomyślał Wiktor, zaciągając się papierosem. Kiedyś był milszy dla ludzi. Może nie tyle milszy dla ludzi, co bardziej cierpliwy. W końcu coś w nim pękło i stwierdził, że nie zamierza robić z siebie idioty przytakując w nieskończoność głupawym komentarzom i próbom zawiązania rozmowy. Czasem miał wrażenie, że ludzie próbują go ośmieszać, że rozmawiają z nim tylko po to, żeby później opowiedzieć swoim znajomym anegdotkę, zaczynającą się od „A wiesz jakiego pojeba dzisiaj widziałem?”. I to była jedna strona medalu. Medal miał, jak zawsze, strony dwie. Rozmowa zresztą też. Znoszenie czyjegoś idiotycznego paplania to jedno, ale zmuszenie się do takowego to zupełnie co innego. Wiktor na trzeźwo prawie nigdy nie potrafił zdobyć się na wejście z kimkolwiek w interakcję. Po alkoholu jedynie z rzadka. Nie chciało mu się nigdy słuchać tych pierdół, które wygadują inni ludzie i tę samą zasadę stosował w stosunku do nich. Szanujmy się wzajem. – myślał i sądził. Ty mi nie opowiesz o tym, że boli cię kolano, a ja nie będę zasypywać cię swoją gadaniną na temat tego jak bardzo lubię rosół. Jaka jest w ogóle funkcja takiej rozmowy? Boże, nie wiem! Myślałem nad tym tak długo, a wciąż nie wiem czy to pierwotny strach przed odrzuceniem, czy zwyczajnie nabuzowane ego, które musi pokazać wszystkim jakie jest wspaniałe.

Wiktor, teraz, kiedy już przemyślał wszystko dokładnie, był pewien że tylko dwa razy w życiu spotkał kogoś, z kim naprawdę warto było rozmawiać. Za każdym razem były to kobiety. Nie widział innego rozwiązania – rozmowa miała w jego mniemaniu funkcję czysto użytkową. Z kobietami rozmawiał tylko wtedy, kiedy były urodziwe, bo i tylko wtedy widział w tym sens, kiedy chciał się z nimi znaleźć w jednej sypialni. Ludzie nauczyli się mówić po to, żeby się wydajniej komunikować, a komunikują się wydajniej po to, żeby przetrwać. Dopóki nie nic nam nie grozi, albo zwyczajnie nie chcemy kogoś przelecieć, to lepiej zamknąć ryj na kłódkę. – podsumował swoją dawną refleksję. Papieros w połowie zamókł i próba dalszego palenia go byłaby upokarzająca. Niedopałek poleciał w stronę jezdni, chlupnął w kałużę. Po chwili w tę samą kałużę wjechał samochód, zamieniając niedawnego rozmówcę Wiktora w przemoczoną kulkę bawełny. Wiktor wszedł do środka chwilę wcześniej i uniknął jego losu, tak samo jak teraz unikał konieczności wysłuchiwania jego wrzasków. Usiadł twarzą do okna i spojrzał przez kufel. Zabawna sprawa z tym patrzeniem przez kufel. Mówi się, że pijacy oglądają świat przez dno kufla, ale ja oglądam jedynie przez jego szyjkę. Świat wówczas wydaje się trochę cieplejszy. Gdyby piwo było niebieskie, o zgrozo, to byłoby dopiero tragiczne.

Wspominał dwie kobiety, które miały na zawsze zmienić jego życie. Pierwszą miłość, którą uważał za swoją jedyną i ostatnią, dopóki będąc pijany nie wypieprzył w kiblu jej najlepszej przyjaciółki. I drugą – jego partnerka, muza, afrodyta i najpiękniejsza istota jaka kiedykolwiek chodziła po Ziemi, a którą na boku rżnął jego najlepszy kumpel. Co za ironia losu. – pomyślał. Nie, raczej esencja istnienia. – poprawił go wewnętrzny głos. I gdy tak siedział, sącząc piwo i snując refleksje, wydarzyło się bardzo wiele rzeczy na raz. Łysawy barman chcący przyszpanować umiejętnościami zbił szklankę, której odłamki potoczyły się po całej ladzie, wzbudzając powszechną konsternację i salwę „kurew”. Na drugim końcu sali ktoś zaatakował lewym prostym kolegę z przeciwka, posyłając go na ziemię przy akompaniamencie tłuczonych naczyń, a w drzwiach ukazała się Wiktorowi kobieta. Piękna kobieta, z kasztanowymi włosami spiętymi w warkocz i plecakiem luźno przewieszonym przez ramię. Wiktorowi na ten widok na chwilę stanęło serce, bo nowo przybyła wyglądała kropka w kropkę jak jego szczenięca miłostka, jak ta którą zdradził w klubowej toalecie. Oczy rozbłysły mu, a na usta wykwitł nieśmiały uśmiech. Tego, co poczuł w tym momencie nie doświadczył od wielu miesięcy, ba, nawet lat. Ogólny harmider stał się dla niego nagle dwakroć cichszy. Przez chwilę nie liczyło się nic, poza przemoczoną pięknością, którą pragnął mieć i posiąść. Inni bywalcy lokalu też ją zauważyli, ale po chwili zignorowali, wracając do butelek i szklanek. Zresztą, nie było ich wcale tak wielu, bo godzina była naprawdę późna. Co do kobiety… Wiktor nie potrafiłby jej zignorować, tak jak pozostali. Gdzieś, w głębi duszy, był fatalnym romantykiem. Jej pojawienie się było dla niego jak sygnał do ataku, jak wojenne bębny, jak czerwona płachta na byka. Cierpliwie czekał, aż piękność znajdzie sobie miejsce, a potem – postanowił – przysiądzie się albo i nie. Był aktualnie po piątym piwie, a to nieco za dużo jak na nawiązywanie swobodnej znajomości. Owszem, mógł wypić nawet i drugie tyle, a potem spokojnie dojść do domu, język zaczynał mu się jednak plątać już w okolicach piątego i nie było na to rady. Nawet gdyby postanowił nieco wytrzeźwieć, to pewnie też od razu odebrałoby mu to ochotę na amory. Jego romantyczna natura też miała swoje granice, a proces trzeźwienia był w jego wypadku zatrzymać nawet dużo większe i ważniejsze sprawy. Postanowił nie zrobić nic (poza zamówieniem sobie kolejnego piwa) i poczekać na okazję. Okazja może się nadarzyć; nie musi, ale może i prawdopodobnie zrobi to. Długie lata wysiadywania po knajpach i badania ludzkiej natury przez szklankę nauczyły go, że jeśli wybierze się odpowiedni moment, ubierze odpowiednią maskę i użyje odpowiednich słów, to załatwić można absolutnie wszystko. Tupet jak taran i szczęście tworzyły mieszankę pozwalającą na osiąganie sukcesu nawet w pozornie najbardziej beznadziejnych sytuacjach. Ta sytuacja zresztą wcale nie była taka beznadziejna, bo już po chwili dziewczyna zamówiła sobie piwo (Wiktor odnotował, że nie pokusiła się na żadnego pedalskiego drinka i kupiła pintę, jak na godnego człowieka przystało). Wiktor zawiesił wzrok na plecaku i począł zastanawiać się, co też przyciągnęło tę dziewczynę w takie miejsce. Niemalże miał ochotę podejść i zagadać ją najstarszym i najgłupszym tekstem na świecie – co taka piękna kobieta jak ty, robi w takim miejscu jak to, o tak późnej porze jak ta? – ale trudno było o mniej oryginalny podryw w knajpie, w której większość bywalców już dawno skończyła czterdziestkę i teraz pozostało im jedynie ślinienie się na młode dupcie zupełnie niezainteresowane ich przestarzałym sprzętem.

Pod tym względem Wiktor miał przewagę nad każdym obecnym. Był wciąż relatywnie młody, a do tego nie klepał biedy. Chociaż co drugi dzień upijał się w trupa, to jednak był też człowiekiem żelaznych postanowień i nigdy nie pozwolił sobie na chlanie dwa dni pod rząd. Po pierwsze: dlatego, że by go to najpewniej zabiło. Po drugie: dlatego, że nie mógłby pracować. Wiktor był informatykiem; raczej samoukiem niż kształconym akademicko. Pracował jako freelancer i programista, chociaż niezbyt często i – prawdę mówiąc – niezbyt dobrze. Częściej zwyczajnie naprawiał komputery ludziom, którzy byli zbyt głupi by połączyć ze sobą dwa kabelki albo zainstalować Windowsa. Dziękował bogu za ich głupotę, bo dzięki temu stać go było na skromne mieszkanie i zostawianie majątku za barami tego świata. Tak naprawdę wcale nie pasował do tego miejsca pełnego starych i biednych dziadów. Chociaż, być może, było na odwrót. Może to oni nie pasowali do jego królestwa. Z dziewczyną było podobnie. Też nie pasowała, nie układała się w jedną całość z dworcową speluną pokrytą kurzem i otoczoną smrodem starych ludzi i wietrzejącego alkoholu. Wiktor zebrał się więc w sobie i ruszył ku jej stolikowi zanim zrobi to ktoś inny.

– Mogę się dosiąść? – zaczął. Nie liczył na proste „tak”. Poczuł na swoich plecach spojrzenia kilku bywalców baru, którzy najwyraźniej odnotowali, że Wiktor zabrał się do smolenia cholewek, ale zignorował je, tak samo jak zignorował je piętnaście lat temu.

– Po co? – zapytała dziewczyna, ledwo podnosząc wzrok znad telefonu. Miała starą Nokię, jakże daleką technologicznie od najnowszych smartfonów, którym już chyba niewiele zostało do osiągnięcia rozmiarów bloku technicznego. Zanim Wiktor jej przerwał, pisała smsa z prędkością budzącą podziw. Jej palce pędziły po klawiszach tak szybko, że zostawiały smugi. Wiktor uśmiechnął się na samą myśl o tym, co jeszcze jej palce potrafią zdziałać. Po co? – zapytał sam siebie. No ciekawe po co. Może po to, żeby dobrać się do twojej dupy, panienko? Przecież wiesz, to po co pytasz? Szanujmy się.

– Ciekaw jestem, co cię tu sprowadza. Myślę, że masz do opowiedzenia ciekawą historię.

– Nie, chyba nie. Jestem nudna i w ogóle, wiesz?

Coraz bardziej podobała się Wiktorowi. Nie tylko była śliczna, ale także niegłupia. Nie szukała wymówek i nie zgodziła się natychmiast, niczym rasowa kurwa. Chciała zagrać w grę, a Wiktor jej to umożliwi. Tak postanowił. Dosiadł się, nie pytając więcej o pozwolenie.

– Zatem… jaka jest twoja nudna historia? Opowiedz mi, to sam zdecyduję, czy mi się podoba. Jeśli mnie mocno znudzisz i zasnę, to miej proszę na uwadze mój portfel i dokumenty, nie chciałbym wracać do domu piechotą. – oświadczył, tylko delikatnie sepleniąc z powodu wypitego alkoholu.

W kącikach jej ust pojawił się złośliwy uśmieszek. Albo nabijała się z niego albo spodobało jej się jego gadanina. Wiktor stawiał na to drugie i nie mylił się, bo dziewczynę naprawdę zainteresowało to co i jak powiedział. Lubiła ludzi, mówiących w taki sposób jak on. Elokwentny i otwarty, bez czajenia się. Bez udawania nieśmiałych z nadzieją, że ową nieśmiałością zdobędą czyjeś serce. Co za bzdura.

– Spóźniłam się na pociąg. – odpowiedziała wskazując na plecak. – Wybieram się do znajomych, nad morze. Albo się nie wybieram, bo PKP jak zwykle leci w… no, wiesz jak jest. Dawno nie piłam piwa, a chyba robię się wulgarna po alko.

– Też się kiedyś spóźniłem na pociąg…

– Wow, to super miałeś przygody, ziomek. – zakpiła.

– Na tym samym dworcu, piętnaście lat temu. Dokładnie piętnaście lat temu. I dziś też przyszedłem tutaj. Myślisz, że to przypadek? – otworzył się nieco przed nią. Jak tylko powiedziała mu o spóźnieniu na pociąg poczuł do niej garść sympatii. Tego rodzaju sympatii, która nie wynikała z chęci zerżnięcia jej w tyłek, przynajmniej nie całkiem.

– No nie wiem… Mam ci uwierzyć? A może to taki tekst na podryw? – zapytała, chowając telefon. Schowała telefon, a to znaczy, że teraz ja rozgrywam ten mecz.

– Zdaje mi się, że oba.

Wystawił kawę na ławę, więc niech się dzieje co chce.

– Skoro tak, to chyba ci wierzę. No tak, tak, widziałam jak się popatrzyłeś jak weszłam. Brakowało ci tylko wykrzyknika nad głową. Jak masz na imię w ogóle? Miło to tak się nie przedstawiać?

– Wiktor. – odparł krótko. Nawet nie fatygował się pytać o jej imię. I tak zaraz mu je zdradzi.

– A o moje nie zapytasz?

Panna okazała się dużo śmielsza i dużo bardziej otwarta niż przypuszczał na początku. Ogólnie, robiła wrażenie osoby dość światowej i otwartej (Wiktor nie miał pojęcia skąd ten wniosek, zapewne z powodu plecaka i faktu, że przyszła w takie miejsce), ale przejście do swobodnej rozmowy z nieznajomym, który przyznaje się do podrywania… Na Boga, ona się mnie nie boi! Obcy facet podchodzi do niej w zatęchłej spelunie i przyznaje do podrywu, a ona wyrzuca mu, że nie zapytał jej o imię.

– A po co? Przedstawisz się, jeśli uznasz, że warto.

– Magda jestem. Chyba warto. Skoro i tak mam tu siedzieć i czekać na koniec świata, to dobrze mieć chociaż towarzystwo, nie?

Wiktor szczerze w to wątpił, ale nie zamierzał polemizować. Czasy, kiedy jeszcze chciało mu się tłumaczyć ludziom zasady wedle jakich żył, minęły bezpowrotnie. Poza tym, Magdę miał zamiar polubić i nie chciał się (ani jej) zniechęcać już na samym początku.

– Czym się zajmujesz? – zapytała go. – Wyglądasz jak jakiś sławny aktor.

No, to teraz się zacznie sprawdzanie na ile ze mnie wartościowy gość. Gdzie pracujesz? Gdzie mieszkasz? Co robisz w wolnym czasie i jak wygląda twoje konto? – pomyślał ironicznie Wiktor. Wiedział, że nie da się uniknąć tego żenującego etapu rozmowy, który istnieje tylko po to żeby dwójka ludzi mogła obwąchać sobie tyłki niczym psy. Miał ochotę jej powiedzieć, że od kilku lat zajmuje się głownie przesiadywaniem w knajpach i już prawie otworzył usta żeby to zrobić, ale zamiast tego poczęstował ją wersją ugrzecznioną.

– Jestem informatykiem. Na pół etatu, powiedzmy. No, może ćwierć.

– Łał, i wychodzisz przy tym z domu do barów w środku nocy? Myślałam, że informatycy spotykają się tylko na herbatę za stołami z ceratą. – zakpiła z niego, udając poważny ton. Wiktor parsknął, bo niewiele było stereotypów tak chybionych jak ten. Nie znał ani jednej grupy zawodowej tak zdegenerowanej jak jego własna.

– Można powiedzieć, że jestem chlub… chlubnym wyjątkiem. – zająknął się. – Wiesz, ostatnią nadzieją informatyki. A jeśli pytasz mnie gdzie mieszkam, to też odpowiem: tutaj.

– W tym barze? – zaśmiała się.

No kurwa prawie.

– W Gliwicach, bystra panienko. Przeprowadziłem się tu dawno temu, jakoś polubiłem to miasto. – zaryzykował i odwzajemnił zaczepkę. Magda nie wyglądała na obrażoną.

– Może pokażesz mi jakieś ciekawe miejsca? – powiedziała, obrzucając „Śląską” długim spojrzeniem, wyrażającym pogardę. Ale ta pogarda była udawana, widział to wyraźnie. Magda świetnie się bawiła i była nieco jak on. Nie brała rzeczy na serio. Do tego zaproponowała kontynuację znajomości.

Wiktor na to liczył, ale i tego się właśnie obawiał. Był spity, a do tego leniwy. Nie chciało mu się opuszczać lokalu, a jednocześnie miał ochotę poznać Magdę lepiej. Dużo lepiej i bardzo dogłębnie. Ta ambiwalencja dopadała go za każdym razem, gdy w jego życiu miało nastąpić cokolwiek innego niż kolejna szklanka. Nawet jeśli miało spotkać go coś, co na trzeźwo uznałby za warte fatygi, to po kilku piwach nie istniało dla niego nic prócz kolejnych kilku piw. Walczył z tym kiedyś, o tak, Bóg mu świadkiem, że walczył, ale walkę tę przegrał z kretesem. I nawet było mu to już obojętne. Wraz z alkoholizmem spłynął na niego rzadki dar – samoakceptacja. Niektórzy ludzie całe życie walczą ze sobą, wstydząc się swoich najgorszych cech i ukrywając je przed światem. Chodzą po tym padole opanowani paniczną myślą, że ktoś odkryje ich mały, brudny sekret, podporządkowując codzienność utrzymaniu w tajemnicy swojego prawdziwego ja. Wiktor długo robił to samo, wypierając się swojego ego. W końcu jednak spłynęła na niego łaska zrozumienia.

Było to sześć, może siedem lat temu. Wiktor nie pamiętał zbyt dokładnie, a i czas upływał wówczas zupełnie inaczej. Jakby wolniej, wręcz denerwująco wolno. Spił się okrutnie (jak to często bywało) i wraz z przypadkowym kolegą od butelki, gliwickim żulem, wylądował na jednej ławce w szopenowskim parku. On, ubrany w drogą marynarkę i takież buty; jego kolega w potarganą puchową kurtkę i stare adidasy z dziurami na palcach. W tamtej chwili różniła ich tylko wartość odzieży. Wirtualne metki, które w wypadku Wiktora wskazywały czterocyfrową kwotę, a w wypadku kloszarda – być może żadnej. Zrozumiał, że wówczas byli jedną i tą samą istotą. Ludzkim śmieciem, który upodlił się do granic możliwości, zasypiając z głową pod śmietnikiem, w który jutro rano jakieś dziecko wracające z wycieczki w palmiarni wyrzuci papierek po batoniku. I było mu wszystko jedno, bo w głębi duszy wiedział, że nigdy nie był niczym innym.

Wspominał tamtą noc, jako jedną z najpiękniejszą w swoim życiu. W końcu przestał uważać się za śmiecia, a zaczął myśleć o sobie jak o człowieku wolnym. Wolnym od społecznych zobowiązań, wolnym od udawania kogoś innego, wolnym od konieczności krycia się ze swoją prawdziwą naturą, chowaną starannie pod marynarkami od Gucciego. Stał się wolny od wszystkiego, z wyjątkiem jednej rzeczy.

– Skoczmy na piwo w plener. – zdecydował. – Pokażę ci miejsce, w którym lubię sobie siedzieć i myśleć.

– I popijać piwo?

– Właśnie tak. – odparł bez cienia zażenowania.

Wyszli ze Śląskiej i skręcili w prawo, kierując się ku monopolowemu. Nie mieli daleko, ledwie kilkanaście sekund dzieliło ich od wyjścia z jednego pomieszczenia do wejścia w drugie. Deszcz przestał lać. Tylko kilka ostatnich, zagubionych kropel spadało z dachów i rynien na dziurawy chodnik. Wiktor pomyślał, że pod tym względem sami niewiele się od tych kropel różnią. Deszcz pojawił się i zniknął, tak samo jak tłum ludzi pojawia się tu co rano i znika każdego wieczora. Pozostają jedynie odpady, resztki, spływające do kanałów.

Sklep oświetlało rażące, żółte światło z banerów znajdujących się nad ladą. Banery reklamowały jakąś markę papierosów, przestrzegając jednocześnie, że palenie zabija.

– Promocja na śmierć. – pomyślał głośno.

– Co? – Magda nie dosłyszała.

– Spójrz na baner. Kup papierosy, będziesz męski i fajny, żadna dupa ci się nie oprze. Aha, przy okazji dostaniesz raka i musimy ci o tym powiedzieć, ale rak jest nieatrakcyjny i niekolorowy, za to nasze Camele…

Magda wybuchła głośnym śmiechem, zwracając uwagę sprzedawcy. Jego zmęczona życiem twarz wyrażała definicję pogardy i niezadowolenia, zapewne spowodowanych tym, że musi siedzieć w takim miejscu o pierwszej w nocy. Wiktor i Magda nie byli jedynymi klientami sklepu; jedynymi wyrzutkami. Gdzieś na szarym końcu młody chłopak w czarnym płaszczu sięgającym kolan przyglądał się z zainteresowaniem paczkom chipsów. W ręce trzymał czteropak Tyskiego. Wiktor doskonale wiedział, że młody wybrał produkt pierwszej potrzeby, a teraz próbuje ostrożnie dobrać coś na ząb tak, żeby nie przekroczyć sumy ostatnich pieniędzy jakie znajdują się w jego portfelu.

Pewnie jest głodny jak sam skurwysyn, ale ma w życiu inne priorytety.

Przy ladzie dwóch łysawych kolesi kłóciło się o to, jaką wódkę wziąć na urodziny znajomej. Jeden z nich optował za orzechową Soplicą…

– …i mówię ci, kurwa, nic lepszego nie znajdziesz. Laski lubią smakowe wódki.

…a drugi delikatnie sugerował mu inny wybór.

– No chyba cię popierdoliło? Nie będę pił jakiegoś, kurwa, monte. Dawaj czystą…

W końcu skończyło się na tym, że kupili obie. Rozsądnie.

Wiktor wyciągnął cztery butelki Heinekena, Magda zaaprobowała jego wybór skinieniem głowy. Dwie na głowę to niewiele. – pomyślał. …ale zawsze można wrócić po więcej.

Sprzedawca zmierzył ich niechętnym spojrzeniem, najpewniej chcąc się zemścić za to, że oni bawią się i śmieją, podczas gdy on tyra po nocach. Zatrzymał wzrok na Magdzie.

– Dowodzik jest? – zapytał w końcu, wielce uradowany, że być może będzie mógł popsuć komuś wieczór. Wiktor zamyślił się.

No właśnie. Ile ona ma do cholery lat? Jak zaraz wyjdzie na jaw, że szesnaście, to okaże się, że jestem pedofilem i rozpijam dzieci.

Magda wygrzebała z plecaka niewielki portfel i podała sprzedawcy plakietkę. Ten długo lustrował jej dowód. Nie chciał się poddać, próbując znaleźć jakąś niezgodność, ale w końcu odpuścił. Wiktor dostrzegł kątem oka datę: 1997. A niech mnie, hot eighteen.

Przeszli przez Plac Piastów, odprowadzając wzrokiem starego pekaesa, któremu chyba już bardzo niewiele brakowało do ostatniego zjazdu do zajezdni. Pod budką z burgerami paru prawilnych chłopaków zajadało się bułką. Na prawo plac przechodził w niedługą ulicę.

– Co za idiotyczna nazwa ulicy. – zauważyła Magda. – „Na piasku”? Widzisz tu jakiś piasek?

– Nie wiem. Gryzło mnie to przez kilka miesięcy, a potem dałem sobie spokój. Swoją drogą, widzisz ten bar z burgerami?

– No.

– Chcesz usłyszeć historyjkę?

– A będzie zabawna?

– Zależy dla kogo. – stwierdził i uśmiechnął się.

– To dawaj.

– A więc… przyszedłem tam pewnego dnia ze swoją dziewczyną. Głodny jak cholera. I pijany, rzecz jasna.

– Masz dziewczynę? – przerwała mu.

– Stare dzieje. Nawet nie jestem pewien czy wciąż żyje. Co zajebiście o mnie świadczy. Ale to mało ważne dla tej historii. Zatem… przyszliśmy tutaj na burgery, kupione za ostatnie pieniądze. Wiesz jak wyglądają burgery w takich miejscach? Sucha bułka wielka jak kopiec Kościuszki, do tego mięso najpewniej sprzed tygodnia i kilogram sałatki polany sosem w kolorze rzygowin.

– Brzmi smakowicie.

– Głodny nie wybrzydza. No i zamówiliśmy sobie po dwa takie cuda, ale tego zwyczajnie nie da się zjeść nie rozpieprzając połowy na stole. No i idziemy do baru poprosić o jakieś dodatkowe serwetki, a babka za barem na to: „trzeba było wziąć przy zakupie, teraz już za późno”.

– Co za cipa.

– Fakt. Trochę mnie to zbiło z tropu, bo, no wiesz, kurwa, pożałować człowiekowi serwetki? Pytam jeszcze raz: czy to jakiś żart? A ona na to, że nie, że po odejściu od kasy, bla bla bla.

– I co zrobiliście?

– Nie wiem jak to się stało, ale w tym samym momencie poczuliśmy taką wielką ochotę zrobić coś niemiłego. Wróciliśmy do tych burgerów i rozjebaliśmy je na ścianie w lokalu. – uśmiechnął się, nie mogąc powstrzymać wizji dwóch niedojedzonych kotletów przyklejonych do pięknie pomalowanej zielonej ściany. – Sałatka posypała się wszędzie dookoła, a my poszliśmy do wyjścia. Rzuciłem jeszcze do tej suki…

 

***

 

– Ciekawe ile serwetek będzie potrzeba żeby to posprzątać.

– Pojebało was? – wydarła się za nimi gruba ekspedientka, ale młody Wiktor i Alicja nie słyszeli już niczego, bo zanosili się śmiechem. Szli ulicą o absurdalnej nazwie „Na Piasku”, na końcu której pojawiały się tory kolejowe i budynek jakiegoś dawno zapomnianego urzędu, w którym ostał się już chyba tylko portier. Żeby dotrzeć do miejsca jakie wybrali sobie na wieczorną posiadówkę przy butelce, trzeba było skręcić w prawo i podążać wzdłuż torów. Okolica wręcz roiła się od potłuczonego szkła i wystających korzeni. Istny tor przeszkód i zaproszenie do połamania nóg, ale było warto, bo po kilkudziesięciu metrach jeden nieużywany tor chował się pod drzewem, udostępniając miejsce siedzące i ładny widok z góry. Może nie była to panorama miasta, ale spokojnie można było śledzić stąd życie kilku najbliższych ulic i wypatrywać wlepiaczy mandatów. Usiedli i otworzyli piwa. Kapsle potoczyły się na dół i zniknęły w trawie.

– Wiesz, że jesteśmy teraz taką żałosną, swojską wersją Natural Born Killers? Mordercy burgerów. Jesteśmy jak Bonnie i Clyde bułki z mięsem. Jak Butch Cassidy i Sundance Kid schabowego. Z czego się śmiejesz? – zapytał i zamknął jej usta pocałunkiem, nie dając szansy na odpowiedź.

– Przytul mnie. Zimno.

Zrobił to. Był szczęśliwy.

 

***

 

– Myślę, że zasłużyli sobie na to co dostali. – skwitowała opowieść Wiktora. – A jakbym była tam szefem, to wywaliłabym na zbity pysk tę babę. Myślisz, że jeszcze tam pracuje?

– Szczerze wątpię, to było… – zastanowił się, czy chce ją poinformować jaki jest stary. –… dawno temu. I już tam raczej nie wchodzę. Boję się hamburgerowej zemsty. Uważaj. – ostrzegł ją, bo zachwiała się na kładce położonej na torach. – Ta droga nie należy do najwygodniejszych.

– Dam radę. Spójrz na mój plecak i wyciągnij wnioski, kowboju.

Usiedli, zapalili, otworzyli piwa. Wiktor zaciągnął się i westchnął.

– Co tak wzdychasz, kowboju?

Mais où sont les neiges d’antan?

– Wybacz, ale mój francuski jest kiepski.

– Mój też. Potrafię powiedzieć tylko to. – odparł. Magda zaśmiała się cicho.

– Co to znaczy?

– „Gdzie są te dawne śniegi?”

– Gdzie są?

– Stopiły się dawno temu, kowbojko. – powiedział ochrypniętym od alkoholu głosem. Magda zadrżała. – Skąd się tak właściwie tu wzięłaś? – zapytał, łapiąc się na tym, że nagle zaczyna go to obchodzić.

– Przyjechałam ostatnim autobusem z Pyskowic, to takie małe miasto…

– Bywałem kilka razy, miło wspominam. Widzisz, jesteśmy prawie że sąsiadami.

– Wiktor?

– Ta?

– Zimno mi.

 

***

 

Wiktor obserwował, jak Magda śpi z otwartymi ustami i palił papierosa siedząc na brzegu łóżka. Rzadko palił wewnątrz. Nie lubił przynosić swoich nałogów do domu. Z piciem było tak samo – nigdy już nie pozwalał sobie urżnąć się w domu, chociaż czasem mocno go korciło. W dawnych czasach nie raz potykał się o butelkę leżącą gdzieś w przedpokoju, raz o mało nawet się na takiej nie zabił, ale nie to było powodem zmiany. Zwyczajnie nie chciał pozwolić na to, żeby jego dom stał się meliną. Można spać na ławce w parku, będąc wytarzanym w błocie i trawie, można zarzygiwać sobie spodnie i wracać do domu w środku nocy, ale potem wystarczy wziąć prysznic aby odzyskać dobrą formę i wygląd, natomiast robienie z własnego domu śmietnika było czymś, czego nie tolerował. Jeśli nie istnieje żadne miejsce – uważał – w którym możesz przywrócić się do porządku, jeśli całe twoje życie to jeden wielki śmietnik, to znaczy, że jesteś na samym dnie.

Nie miał się za kogoś z samego dna. Miał czyste mieszkanie, dobre maniery, czyste (z reguły) ubranie, pieniądze i nałóg, który akceptował i dopuszczał do głosu, ale nie kosztem przyzwoitości. Znalazł kompromis.

Ponownie spojrzał na Magdę, dopalił papierosa i wrócił do łóżka. Nie była to jego jedyna kobieta w tym miesiącu. Często udawało mu się ściągnąć do łóżka jakieś łatwe, puste suki z klubów. Tylko, cholera, to było coś innego. Znał ją ledwie kilka godzin, ale czuł się, jakby wymieniali myśli przez całe życie. Wiedział, że to bzdura, że takie rzeczy się nie zdarzają, że pasuje to do niego jak ryba do roweru. Ale tu wcale nie chodziło o to co wiedział, tylko o to co czuł. Nie oszukiwał się przez ostatnie kilkanaście lat i teraz też nie zamierzał. Magda coś dla niego znaczyła.

Rano obudził się sam. Na stole znalazł kartkę z numerem telefonu. I podpisem.

 

Zadzwoń, kowboju.

 

– A to ci niespodzianka… – wymruczał, skacowany jak co drugi dzień. Zwlekł się z łóżka i poszedł do łazienki żeby się, jako tako, ogarnąć. Czekała go dziś praca, a niewiele było rzeczy gorszych, niż zabieranie się do pracy śmierdząc jak gorzelnia. Mieszkanie też posprzątał, jak co dzień rano. Niezależnie od tego co się z nim nie działo, pewnym rzeczom nie można pozwolić się wydostać na zewnątrz. Są demony, które należy trzymać zamknięte. Lenistwo było jednym z nich. Później poklepał trochę kodu i począł przemożną chęć na wino. Do wszystkich diabłów, jakże bardzo go kusiło! Iść do sklepu i kupić wino, tylko jedno. Wiedział, że nigdy nie jest to tylko jedno. Potem będzie drugie, trzecie i historia zatoczy koło. Pisz, durniu. – zmuszał się. Przez dwie godziny klepał kod, a potem ponownie spojrzał na kartkę od Magdy.

 

Zadzwoń, kowboju.

 

– Szlag by to wszystko… – przerwał pisanie, znalazł telefon i wystukał numer. – Zachowuję się jak jakiś dzieciak. Trzydzieści trzy lata na karku… – nacisnął zieloną słuchawkę i poczekał na sygnał.

Cześć, tu Magda…

– Halo?

…to jest poczta głosowa, co znaczy, że nie mogę teraz odebrać. Albo, że mi się nie chce. Zostaw wiadomość, a ja oddzwonię albo i nie.

– Szlag.

Zostaw wiadomość po sygnale.

Wiktor poczekał chwilę na sygnał.

– Cześć tu Wiktor. Wiesz, skoro już zostawiłaś mi numer, to pomyślałem, że był w tym jakiś cel. Dzwonię żeby… a jebać to. Co u ciebie? Odezwij się, jak możesz. Do usłyszenia. – pożegnał się z sekretarką i rozłączył.

Boże, jakże chciało mu się pić! Nie miał takiej ochoty na alkohol odkąd pamiętał.

Spokojnie, jutro. Jutro będzie znowu twój dzień.

Telefon zadzwonił nim zdążył skręcić sobie papierosa.

– Wiktor?

– Tak, to ja.

– Cześć, kowboju. – zagadała do niego flirtującym głosem. – Co robisz jutro?

Kurwa!

– Pewnie szlajam się po barach, jak zawsze. – odparł, zanim dotarło do niego, co robi, ale nie pożałował swojej decyzji. Regret, kurwa, nothing. – A co? Chcesz się przyłączyć?

– Chyba mi póki co starczy barów. Chcesz wpaść do mnie?

– Do ciebie? Do Pyskowic?

– Tak.

– Poważnie mówisz?

– Tak, co w tym dziwnego? Wyślę ci adres smsem. Co powiesz na…dwudziestą?

– W porządku, dwudziesta jest ok. To…

– To do zobaczenia, kowboju.

– Magda?

– Tak?

– Do zobaczenia.

Rozłączył się i wyciągnął na krześle.

– Tom się wkopał. – mruknął sam do siebie i wrócił do pisania. Nie miał zamiaru zmarnować całego dnia na rozmyślania. Jutro zmarnuje cały dzień na rozmyślania. Pójdzie do knajpy i… szlag! Nigdzie nie pójdzie. Ponownie wrócił do klepania kodu. Klepanie kodu pozwoliło mu się odprężyć chociaż na chwilę.

 

***

 

Kolejnego dnia wstał wcześnie i poszedł do sklepu po setkę. Wódka wypita szybko nie powoduje później przykrego zapachu. Była to podstawowa zasada, którą każdy alkoholik kierował się, musząc (lub chcąc) zrobić coś, co wymagało dobrego wrażenia. Później zmienił zdanie i poszedł jeszcze po dwie. W takim stanie nie mógł prowadzić, a i tak rzadko to robił. Jego auto już najpewniej zżarła rdza. Wiktor miał to w dupie, a jeśli istniało coś co miał w dupie bardziej, to były to samochody innych facetów. Niewiele rzeczy na świecie potrafiło go zdenerwować. Uważał się za człowieka wolnego od przesądów, problemów, kompleksów i chyba faktycznie takim był, ale spuszczanie się nad motoryzacją i dodawanie sobie męskości samochodami uważał za cechę dzieloną tylko przez skończone pizdy. Postanowił więc, że pojedzie autobusem. Google Maps powiedziało mu, że podróż zajmie około czterdziestu minut, wziął więc kolejną setkę na zapas i poszedł na przystanek, znajdujący się na Placu Krakowskim. To miejsce zawsze go bawiło. Sądził, że nosi zdecydowanie zbyt dumną nazwę, jak na miejsce, które funkcjonowało głównie jako miejska toaleta, skate-park i punkt spotkań miejscowych ćpunów. Autobus przyjechał punktualnie, rzecz niebywała, więc Wiktor władował się do środka zanim miało okazać się, że to jedynie halucynacja. Wewnątrz siedziało bardzo niewiele osób – nic zresztą dziwnego, jeśli mieć na uwadze porę. A już na pewno nikt spośród obecnych nie popijał z wyciąganej z kieszeni marynarki piersiówki. Piersiówki to istne błogosławieństwo. W społeczeństwie mężczyzna popijający z piersiówki zachowuje klasę, staje się na poły mitycznym bohaterem z westernów lub filmów noir. Jeśli postawić go obok innego, popijającego bezpośrednio z małej buteleczki, otrzymujemy zestawienie macho z brudnym kloszardem, niegodnym nawet splunięcia w jego stronę.

Po kilku minutach jazdy otrzymał wiadomość.

Wyjść po Ciebie na przystanek, czy chcesz trafić sam?

Odpisał, że poradzi sobie sam. Lubił mieć czas dla siebie. Czas na przygotowanie się do tego co miało nastąpić, czymkolwiek by nie było. Czas żeby odetchnąć i pomyśleć. Poza tym, nie chciał pokazywać się w towarzystwie Magdy publicznie. Nie chodziło o niego, lecz o nią. Małe miasteczka znane są z plotek i tego, że wszyscy znają wszystkich. Mogłoby nie wyjść jej na dobre, gdyby nagle wszyscy zaczęli gadać o tym, że spotyka się z dwa razy starszym facetem. Na pewno zaczną gadać, prędzej czy później, ale Wiktor wolałby żeby nastąpiło to później. Być może „spotyka się”, to przesada, bo miał zobaczyć ją dopiero drugi raz w życiu, ale wiedział doskonale, że ma zamiar zrobić to ponownie, jeśli tak postanowi los. I pocałować ją na powitanie. Lubił takie gesty. Duże gesty z których nic nie wynika. – podpowiedziała mu podświadomość. Miał tylko nadzieję, iż nie okaże się, że Magda mieszka z rodzicami. W takie gówno nie miał zamiaru się pakować. Oznaczało by to najpewniej w tył zwrot i naprawdę solidną napierdolkę w pierwszym lepszym barze.

Wedle tego co udało mu się wysondować, Magda mieszkała około piętnastu minut wolnego spaceru od jego przystanku, albo też około dziesięciu szybkiego marszu. Wiktor preferował szybki marsz, poza tym, zaczynało się już ściemniać. Wysiadł z autobusu i przeszedł przez spory plac, jaki znajdował się nieopodal, następnie wszedł w drobną brukowaną uliczkę i zauważył, że na wprost znajduje się kościół, który wziął za swój punkt orientacyjny. Podobało mu się to miasteczko, już od dawna zresztą. Uwielbiał tu bywać w czasach swojej młodości, a może raczej szczeniactwa. Pyskowice pozwalały człowiekowi się wyluzować. Było to takie miejsce, w którym czas leciał naprawdę powoli i wszystkie te poważne problemy dotyczące mieszczuchów – praca, brak czasu, rozwój osobisty i mnóstwo innych bzdur – znikały tutaj, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Życie tu było proste: pracuj, a doczekasz kolejnego miesiąca. Nieco brutalne, fakt, ale w miejscu takim jak to, nikt nie zmagał się z problemami właściwymi pracownikom korporacji; ba, nikt nie zmagał się nawet z problemami osób zarabiających nieco ponad średnią krajową. Ten świat był pełen ludzi, którzy dawali z siebie wszystko, a w zamian otrzymywali niewiele. To budziło w Wiktorze szacunek. Niegdyś podszyty pogardą, fakt, lecz teraz szczery i absolutny.

Po kilku minutach dotarł w miejsce, które podświadomie uznał za odpowiedni punkt spotkania. Nie umawiał się i nie uzgadniał wcześniej tego, co zamierza zrobić. Magda znała to miasto, a on także je znał. Zatrzymał się więc mniej-więcej w samym jego centrum, w niedużym parku. Nie miał pojęcia czyje imię ów park nosi i jaka stoi za nim historia, wiedział jednak, że jeśli chodzi o atmosferę, klimat i samopoczucie – to miejsce nie miało sobie równych. Nieopodal znajdowała się stara szkoła, zbudowana w surowej cegle, a także ogromny teren przeznaczony niegdyś pod gospodarstwa rolne, a który to aktualnie stał nieużytkiem. W tym miejscu królowała cisza, a Wiktorowi było to w sam raz.

Spojrzał na zegarek: ten wskazywał dziewiętnastą z niewielkim hakiem. Stwierdził więc, że odpocznie chwilę na ławce. Ławek tu nie brakowało. Usiadł i rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś, na czym zawiesić mógłby wzrok. O tej porze mógł liczyć jedynie na bandy zapijaczonych kumpli, wracających do domu z bardzo daleka. Wiedział o tym i podobało mu się to. Czasem wyobrażał sobie, że rozmawia z nimi, że poznaje nowych znajomych, a być może nawet przyjaciół, i że od tej pory jego dola wygląda nieco inaczej. Że siedzi w jakimś lokalu i spędza czas na absorbującej rozmowie z kimś, kto wiele dla niego znaczy. Że spotyka się gdzieś wspólnie z przyjaciółmi i przez całą pańską noc bawią się najlepiej na świecie. To był dla niego świat obcy, obcy i nieco nieprzyjemny, ale nie znaczyło to bynajmniej, że nie chciałby go poznać lepiej, choćby na chwilę.

Znudzony ruszył przed siebie. Skierował się na północ i gdy już prawie opuścił park idąc ku kolejnemu zbiegowi ulic zdało mu się, że dostrzegł Magdę, stojącą na chodniku z wielkim czarnym kapeluszem narzuconym na czoło. Mylił się. Podczas gdy stał tam, zapatrzony w kobietę, tuż przy jego uchu rozległ się cichy głos.

– Cześć, kowboju. Cóż to za jedna? Konkurentka?

Zaskoczony Wiktor zdębiał na moment, jednak dość szybko odzyskał władzę nad sobą.

– Myślałem, że to jedna moja znajoma. Jestem dziś umówiony i nie zamierzam się spóźniać. – odparł, najwyraźniej chcąc się nieco podroczyć z Magdą, która chwilę wcześniej wynurzyła się kompletnie nie wiadomo skąd i rozpoczęła dialog. Mógł przyznać się szczerze, że nie zauważył jej, bo pojawiła się, dosłownie, znikąd.

– Na pewno? – zapytała, stojąc tuż za nim, w mroku. Nie łączy cię z nią absolutnie nic? – dodała, kpiarskim tonem.

– Nic, jeśli nie liczyć miejsca. – odparł. Odwrócił się. Magda stała w cieniu, pod brzozą, o którą opierała się nonszalancko. – Magdo?

– Tak?

– Chcę cię pocałować. Tu i teraz. Masz coś przeciw? – zapytał, zbliżając się. Nawet gdyby protestowała, nie zamierzał ustępować.

– Nie. – odpowiedziała. – Wręcz przeciwnie. Czekałam na ciebie pełna nadziei.

– Nadziei na co?

– Być może właśnie na to.

Pocałowali się. Księżyc kreślił ułomne wzory na bruku nieopodal. Rysowały się we wzór świetlistej bramy. Wiktor pomyślał, że w tym miejscu, w tych okolicznościach, jest to zupełnie absurdalne. Gdzie święty Piotr? Gdzie niebo i złoty klucz?

– Chodź do mnie. Zaczyna być późno. – powiedziała w końcu Magda, wyrywając się z jego objęć. – Dobry pomysł?

– Dobry pomysł.

– To chodź. – powiedziała, ciągnąc go za rękę.

Przeszli przez park, następnie skierowali się wzdłuż chodnika prowadzącego ulicą o jakiejś patriotycznej nazwie, która dla Wiktora była czymś zupełnie abstrakcyjnym. Trzeciego maja? Powstańców warszawskich? Co za cholerna różnica? Wszyscy ci ludzie zginęli na darmo z powodu czyjejś absurdalnej zachcianki, a kolejne pokolenia, zamiast wziąć sobie tę nauczkę do serca, dalej pojmowali patriotyzm jako machanie szabelką przeciw Niemcom i Ruskim. Zabawna rzecz działa się z ich patriotyzmem gdy przyszło zapłacić podatek albo chociaż posprzątać po swoim psie z chodnika. Wtedy rzekomy patriota zrzucał maskę, pod którą chowało się oblicze wykrzywione nienawiścią do świata; złodzieje! – pokrzywiał na polityków, konduktorów, urzędników i policjantów, którzy w jego świecie stawali się nowoczesnym wyobrażeniem ówczesnych zaborców. Tak, to ten sam człowiek, który wczoraj przy kupionej za zasiłek wódeczce oglądał relację z zamachów w Paryżu a dziś, w ramach swojej prywatnej zemsty, tłucze kijem Bogu ducha winnego Algierczyka, który od dwudziestu lat pracuje i oddaje podatki na rzecz polskiej ziemi. Tej ziemi.

Wiktor i Magda skręcili w prawo, w kolejną patriotyczną ulicę, następnie w jakiś boczny zaułek i kolejny, a potem kolejny. Wiktor dawno już stracił orientację, ale postanowił zachować dobrą minę. Przypomniał sobie o czymś, o co miał przecież zapytać.

– Magdo, nie mieszkasz z rodzicami, prawda?

Magda zachichotała.

– Nie, nie. Co to to nie. Mieszkam sama. – odpowiedziała, powstrzymując śmiech. Nieco to Wiktora zdziwiło. Spodziewał się dwóch możliwości, czyli mieszkania z rodzicami albo wynajmowania pokoju, jak na studentkę przystało. To, że Magda mieszka sama, znaczyć mogło nie mniej nie więcej niż to, że jej rodzice nie skąpili jej pieniędzy na wygody. No chyba, że znalazła jakieś dochodowe zajęcie na boku. Nie, o tym Wiktor nie zamierzał myśleć. To byłoby już cholerną przesadą.

– To tutaj! – rezolutnie zakomunikowała Magda, wskazując palcem na jedną z klatek schodowych, które wyrosły praktycznie znikąd w pierzei od strony wewnętrznego podwórka jakiegoś bloku. Podeszła do drzwi, otworzyła je szarpiąc się nieco z zamkiem („Zawsze się tak zacinały!”), po czym gestem zaprosiła Wiktora do środka. Klatka schodowa wyglądała jak żywcem wyjęta z reportażu o patologicznej rodzinie i matce, która sprzedała nerki swoich dzieci za jabola.

– Które piętro? – zapytał Wiktor. Budynek był dość wysoki, a on nie chciał się zmachać jeszcze przed wejściem do środka.

– Pierwsze. – odparła melancholijnym, zaskoczonym głosem. Jego tembr uderzył w jakieś dziwne struny, o istnienie których Wiktor z dawna się nie podejrzewał. Posmutniał nagle, nie bardzo rozumiejąc co właśnie się stało. Poczuł się tak… jakby już nigdy w życiu nie miał być szczęśliwy. Od dawna nie był, fakt, ale taki jednoznaczny wyrok… nieznoszący sprzeciwu żadnych okoliczności. Jak gdyby nawet spotkanie z Magdą nie miało przynieść mu żadnej radości, żadnego zadowolenia. Odgonił od siebie tę myśl i pośpieszył za dziewczyną na piętro. Magda otworzyła odrapane drzwi wejściowe i weszła do środka pierwsza, ponownie zapraszając go gestem dłoni. Wiktor przekroczył próg i zauważył, jak Magda znika w końcu korytarza. Odwrócił się, zamknął za sobą drzwi i ruszył za nią. Nie przeszedł nawet dwóch metrów, a na jego potylicy wylądował potężny cios, od którego stracił równowagę i upadł na kolana. Próbował wstać i bronić się, ale przypominało to raczej pijacki taniec niż realną walkę. Napastników było dwóch. Ten, który zaatakował go pierwszy, teraz odsunął się i pozwolił koledze dokończyć dzieła. Wiktor otrzymał kolejny potężny cios, tym razem w podstawę szczęki. Wylądował na podłodze w przedpokoju. Dywanik był od dawna nieprany, wciąż jednak wyjątkowo miękki.

– Patrycja! – zawołał jeden z nich. – Leży, kutas.

Wiktor usłyszał szybkie kroki, ktoś podszedł do niego i przez dłuższą chwilę wszyscy wokół milczeli. Zaryzykował podniesienie głowy.

– Magda? – wysapał w próżnię. Natychmiast dostał solidnego kopniaka w nos. Krew trysnęła na dywan i zalała mu usta.

– Kurwa, debilu! Brudzisz mi dywan, kurwa! – krzyknął jeden z napastników.

– Weźcie portfel. – poleciła Magda-Patrycja, przerywając potencjalną kłótnię. – Szybciej!

Tyle tylko miała do powiedzenia. Potem ktoś obszukał Wiktora i kopnął go jeszcze raz, zapewne dla profilaktyki. Co było później, tego Wiktor już za bardzo nie pamiętał. Obudził się gdzieś w pobliżu starego kolejowego dworca, od dawna nieczynnego. Pierwszym co zrobił było sprawdzenie kieszeni. Portfela nie znalazł, telefonu, naturalnie, też nie. W prawej kieszeni, tam gdzie zawsze nosił klucze do mieszkania, udało mu się znaleźć jakieś drobne, nieco ponad trzy złote.

– Na bilet chłopaki zostawili… grzecznie… – powiedział powoli, kalecząc język i wargi, rozbite niedawno czyjąś podeszwą. Podniósł się, cały zalany krwią i obtoczony błotem. Obrzucił zmęczonym spojrzeniem budynek dworca – stary, z odpadającym tynkiem, popękany w kilku miejscach i najwyraźniej bliski końca. Nagle zachciało mu się strasznie lać. Okrążył budynek dworca i rozpiął rozporek stając pod ścianą. Oprócz moczu, na ściana kapała także krew.

– Kierowniku, poratujesz groszem? – gdzieś z ciemności, dobiegła go najmniej chyba oczekiwana teraz kwestia. Zapiął rozporek i spojrzał na pytającego, który, przynajmniej swoim wyglądem, żadnej niespodzianki Wiktorowi nie sprawił. Okazał się brudny i zarośnięty. Widocznie pod sześćdziesiątkę. Koszulę menela zdobiły plamy z uryny i krwi. Tak w gruncie rzeczy, to wcale tak bardzo się od Wiktora nie różnił.

– Nie. Ale kupię co trzeba. Jak ze mną wypijesz. – odparł krótkimi zdaniami Wiktor, zanim jeszcze w ogóle przemyślał pytanie. Odpowiedź wytrysnęła z głębi jego serca, nie prosząc o żadną racjonalizację.

Menel ucieszył się widocznie. Czy cieszył się tylko z napitku? Czy imponowała mu dobroć Wiktora? Czy widział w nim jedynie frajera gotowego stawiać mu alkohol? A może wszystkie te znane mu uczucia złączyły się w jedno, tęskne, będące jakąś reminiscencją dawno utraconego życia? Życia, w którym coś jeszcze miało znaczenie?

 

ZAPACHNIAŁY ZEFIRY

BRZĘKŁY POTRÓJNE LIRY

PIERZCHNĘŁA TŁUSZCZA

SERCE ALKOHOLOWE

UNIEŚLI ANIOŁOWIE

NA ZŁOTYCH BLUSCZACH

 

Kult, „Śmierć poety” 

Koniec

Komentarze

Zawsze przekonuję, że pierwsze zdanie, pierwszy akapit, pierwsza strona, etc. są najważniejsze. Są jak pierwsze wrażenie, są wizytówką utworu. A u ciebie jest błąd:

Etykieta na butelce mówiła, że woda, zanim do niej trafi

Wychodzi na to, że woda trafia do etykiety.

A potem przez kilka akapitów dosłownie nic się nie dzieje. Dowiadujemy się o bohaterze rzeczy, które można było przekazać jednym zdaniem. Dla mnie na przykład opis spadającej kropli wody na kilka linijek jest odrzucający.

Zdążyłem jeszcze zobaczyć błędny zapis dialogów. Jak je poprawnie zapiać masz np. tutaj i tutaj.

Dalej nie czytam – to nie jest opowiadanie dla mnie :/

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Mam podobnie jak Madej, początek mnie nie przekonał i mimo dyżury nie dałem rady doczytać.

Spróbuję jeszcze wrócić i ocenić całość… ale obiecać nie mogę.

Przemęczyłam tekst ze względu na dyżur. Gdyby nie on, poddałabym się chyba gdzieś po kilku akapitach. Trzeci taki głos, Autorze, to nie za dobrze.

Masz braki w interpunkcji, źle zapisujesz dialogi (co już wspomniał Madej), czasem niefortunne sformułowania. Nie ma tego jednak tak dużo, żeby tylko z tego powodu porzucić lekturę, zdarzało mi się czytać znacznie gorsze pod tym względem teksty.

Mnie zniechęciła sama historia, która jest przegadana i do tego nudna. Szczerze? Absolutnie nie rozumiem zagrania z zaproszeniem Wiktora do Pyskowic, żeby go pobić i zabrać portfel. Znacznie pewniejszy i większy łup miałaby Magda, gdyby od niego wyszła z fantami.

I na koniec najważniejsze – nie ma tu ani grama fantastyki.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wybacz Autorze, ale nie dałam rady. Przeczytałam jedną czwartą opowiadania, a nie znalazłszy w historii Wiktora nic zajmującego, odpuściłam. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też odpadłam. Rozważania nad kuflem piwa raczej nie są strawne dla nikogo trzeźwego.

Zapis dialogów nadal do remontu.

Informacja, że nie ma tu kropli fantastyki, zniechęciła mnie ostatecznie.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka