- Opowiadanie: jerzy1967 - Pleśń

Pleśń

2/3 tego opowiadanka przeleżało w szufladzie od 1996 roku do 2012, aż wpadłem na pomysł jego zakończenia. Ale miało być częścią dużo większej całości, która zapewne nigdy nie powstanie. Tytuł jest roboczy. Alternatywny to “Pasterze pleśni”.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pleśń

Drapieżnik wylegiwał się w padających niemal pionowo promieniach słońca. Pełny brzuch nie pozwalał mu jeszcze na wędrówkę. Koncentrował teraz wszystkie siły na trawieniu i oczekiwał nadejścia żółtego frontu, zwiastującego rychłe polowanie. Ale frontu nie było. Drapieżnik niechętnie ruszył ze swojej kryjówki i wdrapał się na szczyt skały.

Rozejrzał się. Tam skąd front powinien nadchodzić unosiły się w niebo poszarpane kłęby mgły. Dużo dalej niż drapieżnik spodziewał się je ujrzeć. Front, przed którym wczoraj polował nie przesunął się tak jak zwykle. Drapieżnik nie zastanawiał się dlaczego – jego umysł był na to zbyt prymitywny. Spojrzał tylko na lewo od strefy mgieł – zobaczył wodę zbyt szeroką, by mógł ją przepłynąć. Patrząc na prawo dostrzegł inny żółty front. Wydało mu się, że jest on nieco bliżej niż ten, którego nadejścia dziś oczekiwał. Skierował się w tamtym kierunku…

Na swoich czterech długich nogach mógł poruszać się stosunkowo szybko, toteż jeszcze przed zmrokiem udało mu się znaleźć na pozycji wyjściowej do polowania. Czasu pozostało niewiele. Mógł polować tylko przy świetle dziennym, a tego ubywało z każdą chwilą. Obszar przed frontem był jednak znakomitym miejscem do łowów. Zwierzęta umykając przed przerażającą i niechybną śmiercią nie zwracały uwagi na inne niebezpieczeństwa.

Wypatrzył stadko dużych, lecz chyżych czworonożnych roślinożerców. Matki i nieletnie samce osłaniały znajdującą się w środku grupkę tegorocznych podrostków. Tempo ucieczki było zbyt duże i niektóre słabsze młode zaczynały pozostawać w tyle. Nie na tyle by doścignął je front, ale wystarczająco, by znaleźć się poza ochroną rogów starszych osobników.

Zaczaił się w paśmie nieco wyższych roślin, tak by stado minęło go w jak najmniejszej odległości, a gdy znalazł się na jego tyłach zerwał się do biegu. Młode roślinożerców także poderwały się do gwałtownego biegu, wkładając weń resztki sił. Drapieżnik, mimo całodziennego marszu, nie był jednak zmęczony. Błyskawicznie wybrał z najbliższej grupki osobnika na tyle małego, żeby jego ciężar nie utrudniał ucieczki przed Frontem, lecz na tyle dużego, żeby zapewnić obfity posiłek. Dognał go bez większego trudu, powalił ciosem przednich łap i zatopił długie kły w szyi. Poczuł luby smak krwi. Ostatnia z dorosłych samic, która zawróciła w chwili napadu, zatrzymała się niezdecydowanie. Mogłaby oczywiście zaatakować Drapieżnika, zadając mu nie jedną ranę, a nawet zmuszając do porzucenia zdobyczy. Lecz nie przywróciłoby to już życia młodemu, a naraziło jej własne.

Ofiara jeszcze jakiś czas wiła się w przedśmiertnych konwulsjach, wreszcie znieruchomiała. Samica spojrzała raz jeszcze, potrząsnęła porożem i podążyła za resztą stada. Drapieżnik też nie mógł tracić cennego czasu. Front przybliżał się. Między jaskrawo żółtymi językami widać już było czerwone, świetliste smugi pozostawiane przez błyskawicznie się poruszające Pancerne Istoty. Uchwycił mocniej zdobycz zębami i ciężkim truchtem ruszył na zachód. Gdy oddali się wystarczająco, znajdzie odpowiednią kryjówkę i będzie ucztował…

*

Światła Nocy zapanowały już niepodzielnie na niebie, gdy stado złamało szereg i rozsypało się w tyralierę. Zostawiły daleko za sobą strefy Odrastającej Trawy i Gołej Ziemi. Teraz miały wejść na żerowisko – teren, przez który Niszczycielska Siła przeszła nie dalej jak jeden Cykl Aktywności temu. Tutaj pozostałości przejścia nie były jeszcze zatarte przez wiatr, ani rozmyte przez deszcz. Im dalej się posuwały, tym ich czułe oczy odbierały silniejszy poblask rozgrzanego podłoża. Przemieszczały się zygzakami z opuszczonymi głowami. Wtem z prawej strony dobiegł stłumiony przeciągły chichot. Całe stado natychmiast skierowało się w tamtą stronę i zgromadziło wokół ciała. Po przejściu Siły zwierzę pozbawione było futra, a wierzchnia warstwa mięsa była bardzo twarda, chrupiąca i miała dziwny smak. Na szczęście zwierzę było zbyt duże, by Siła zniszczyła je w całości. Zostało w środku jeszcze sporo dobrego mięsa, którym stado mogło się pożywić.

Najpierw przystąpiła do uczty Prowadząca. Gdy nasyciła pierwszy głód, dopuściła do zdobyczy swoje Zauszniczki. Reszta czekała karnie na swoją kolej, jednocześnie przepatrując okolicę. Wiele różnych zwierząt poszukiwało tu łatwego żeru. Niektóre mogły spróbować odebrać łup stadu.

Wreszcie, gdy stojąca na czele klika nasyciła głód i nagromadziła wystarczająco dużo mięsa w żołądkach żeby nakarmić młode, reszta grupy obstąpiła to, co zostało z padliny. Prowadząca i jej popleczniczki nie czekając ruszyły w drogę powrotną.

Niebo jaśniało zapowiadając kolejny dzień, gdy odnalazły grupkę młodych ukrytych w skalnej rozpadlinie. Szczeniaki na wyścigi ruszyły do swych matek. Wyciągały swe drobne, okrągłe pyszczki w kierunku nosów i warg rodzicielek. Zdawało się, że to powitalny pocałunek. Jednak w odpowiedzi matki zwracały z żołądków nadtrawione mięso, które wygłodniałe młode natychmiast pochłaniały wielkimi kęsami. Nie trwało to długo. Gdy słońce się wyłoniło, matki z młodymi odwróciły się od niego zadami i ruszyły w poszukiwaniu nowego, bliższego Niszczącej Siły legowiska. Po drodze grupka połączyła się z resztą członkiń stada. W nowej kryjówce przeczekają spiekotę dnia, a o zmroku jak zwykle ruszą na żer…

*

Całkowicie bezchmurny początek obrotu wskazywał, że będzie on dla grupy spokojny. Nie groził ani silny wiatr rozganiający grzybnię, ani zabójcze dla niej potoki zimnej wody lejącej się z nieba. Aktualny Przywódca Grupy wznosił swoje podługowate segmentowe ciało na najbardziej tylnej parze odnóży. Dzięki temu górował znacznie nad okolicą i mógł w pełni kontrolować zarówno pozostałych pasterzy jak i grzybnię wciąż przemieszczającą się zgodnie z pozornym kierunkiem ruchu małego fioletowego słońca. Większa część grupy, jak zwykle na początku jasnej części obrotu zatrzymała się w celu regeneracji. Niektórzy pochłaniali wcześniej przygotowany, skondensowany pokarm uzupełniając w ten sposób zapasy konieczne do czekającego ich w końcu transoceanicznego lotu. Inni zbierali tubami jeszcze ciepłe, nieprzetworzone pożywienie pozostałe po przejściu pleśni. Tylko Aktualny Przywódca nie mógł sobie pozwolić na wytchnienie i odbudowę wewnętrznych zasobów – jego zadaniem było obserwowanie czoła pleśni i poderwanie grupy, gdyby zaczęło się dziać coś niezgodnego z interpolacjami.

Wreszcie, nim pleśń przesunęła się o długość pasterza, członkowie grupy zasygnalizowali gotowość. Przywódca dał rozkaz wymarszu…

Przez większą cześć jasnej części posuwali się spokojnie wyznaczoną trasą, część grupy pilnowała zagonów pleśni, nakierowując je na właściwy szlak, reszta zaś zbierała urobek, jak zwykle na pomocą pierwszych czterech odnóży, i pakowała go do umieszczonych na grzbietach kondensatorów. Gdy słońce stało w zenicie Przywódca wysłał jednego zwiadowcę naprzód, ponieważ zaniepokoił go kolor pożywki widzianej na horyzoncie. Zwiadowca szybko zwiększył swoją temperaturę i oddalił się, unosząc ciało, ze zwiniętymi do lotu kończynami, na słupach gorącego powietrza. Wkrótce też jego postać zniknęła, minąwszy strefę lotnych wydalin pleśni.

Pod koniec jasnej części obrotu zatrzymali się na ponownie. Słońce jak zwykle szybko zapadło za horyzont, ustępując powoli miejsca nocnym światłom. Pasterze nie mieli kłopotów z mrokiem. Pleśń dostarczała wystarczająco światła do pracy, a i oni sami świecili, choć znacznie słabiej ze względu na tłumiące właściwości pancerza. W chwili, gdy słońce znalazło się całkowicie pod horyzontem, wrócił Zwiadowca. Natychmiast rozpoczął uzupełnianie nadszarpniętych lotem wewnętrznych rezerw. Gdy grupa ruszyła dalej Przywódca wezwał go do siebie.

Wieści nie były pomyślne. Pożywka rzeczywiście nie była jeszcze w pełni dojrzała. Prawdopodobnie wynikało to z niespodziewanie wysokiego poziomu płynącej wody znajdującej się w kierunku północnym od trasy ich marszu. Jeśli utrzymają obecne tempo, to dotrą do niedojrzałej pożywki w ciągu jednego dnia, a do tego nie można było dopuścić. Musieli zyskać co najmniej jedną dobę spowalniając wędrówkę pleśni. Inaczej będą zmuszeni zboczyć na południe, a to w sposób nieunikniony spowoduje konflikt z sąsiednią grupą.

Przywódca nadał odpowiednie komunikaty. Cała grupa przemieściła się przed front pleśni przygotowując się do jego zwężenia. Tnącymi odnóżami oczyszczono z pożywki dwa obszary podłoża w kształcie klina zmuszając pleśń do wejścia w pułapkę i trzykrotnie zmniejszając szerokość frontu. Następnie część grupy wróciła do zbierania urobku, reszta zaś zajęła się przygotowywaniem dalszej trasy. Równolegle przed frontem Pasterze przygotowywali naprzemienne pasy pożywki i gołego podłoża zmuszające pleśń do poruszania się zygzakiem. Przy utrzymującym się stałym wietrze dawało to szanse na dwu, trzykrotne spowolnienie marszu. W tym czasie kłopotliwa, nadmiernie wilgotna pożywka na zachodzie może zdąży wyschnąć – pomyślałby Dzisiejszy Przywódca, gdyby potrafił myśleć słowami.

Dokładnie w połowie ciemnej części obrotu Poprzedni Przywódca przywołał do siebie Kolejnego Przywódcę. Przekazał mu program decyzyjny i oddalił się, aby uzupełnić swoje wewnętrzne rezerwy po wyczerpującej pracy. Zaś Aktualny Przywódca poprowadził grupę dalej na zachód, w kierunku krańca superkontynentu.

O pierwszym brzasku Poprzedni Przywódca powrócił, by znów zająć wakujące miejsce Ostatniego w Hierarchii.

*

Strażnik na wieży zagwizdał, by zwrócić na siebie uwagę krzątających się na placu. Chłopiec spojrzał w górę. Zgodnie z gestem strażnika pośpieszył otworzyć bramę od strony rzeki.

Grupa kobiet wracała z pól. Każda jedną ręka podtrzymywała dźwigany na głowie kosz z kłosami, w drugiej niosła sierp.

Ostatni dzień żniw miał się ku końcowi. Słońce nieubłaganie zbliżało się do błękitnego grzebienia górskich szczytów, żeby jak dziki Turgu zlec w dolinach na nocny odpoczynek.

– Synku! – wyrwał go z zamyślenia głos matki. Zobaczył ją przy końcu kolumny. Łomocąc przebiegł po ażurowym moście i wyciągnął ręce.

– Poczekaj Smyku. Nie mogę cię teraz wziąć na ręce, to jest zbyt ciężkie – wskazała ruchem brwi i oczu na kosz – Może byś mi pomógł?

Dała mu sierp i przewiesiła przez ramie pustą już torbę po prowiancie. Dzięki temu uwolniła jedną dłoń. Mała ręka dziecka natychmiast się w nią wsunęła…

Ostatnie z wchodzących kobiet zamknęły i zaryglowały metalową bramę. Strażnik podniósł zwodzony most. Nocne zwierzęta bywały bardzo niebezpieczne, a niektóre mogły bez trudu wspiąć się na szeroki pochyły mur, wniesiony raczej dla ochrony przed płomieniami.

– Zdążyliśmy w ostatniej chwili, ale niewiele brakowało, aby zabrakło nam dnia – powiedziała kobieta.

– Demony Ognia niespodziewanie dały nam więcej czasu – potwierdziła druga idąca nieco z przodu – Kto je tam zrozumie…

Oświetlony ostatnimi promieniami słońca słup dymu z płonącej prerii fioletowiał na wschodzie w odległości mniejszej niż Noc Drogi Płomienia. Do rana powinien całkiem ominąć ich siedlisko i znikając za zachodnim horyzontem dać sygnał do Święta Nowego Cyklu.

Jak zawsze bezksiężycowa noc zapadła nad ludzką osadą. A gdy gwiazdozbiór Domu wzniósł się ponad dymne obłoki, zamrugała w nim odległa gwiazda Pierwszego Słońca.

 

Sierpień 1996-Maj 2012

Koniec

Komentarze

Czy to aby na pewno jest opowiadanie?

Przeczytałam kilka luźno powiązanych scenek i prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiem o co tu chodzi. Tekst sprawia wrażenie fragmentu i pozbawiony kontekstu jest mało czytelny.

Małe fioletowe słońce, fronty i specyficzne nazwy, sama nie wiem czego – pór dnia, żywiołów, czy może jeszcze czegoś innego – nie sprawiły, bym mogła uznać, że to science fiction.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia. W dwóch pierwszych akapitach jest kilka powtórzeń, których można uniknąć: drapieżnik pojawia się cztery razy, a front pięć.

 

jego umysł był na to zbyt pry­mi­tyw­ny. Spoj­rzał tylko na lewo od stre­fy mgieł – zo­ba­czył wodę zbyt sze­ro­ką… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Skie­ro­wał się w tam­tym kie­run­ku – Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Ruszył w tam­tym kie­run­ku

 

Na swo­ich czte­rech dłu­gich no­gach mógł po­ru­szać się sto­sun­ko­wo szyb­ko… – Zbędny zaimek. Czy istniała możliwość, by poruszał się na cudzych nogach?

 

po­zy­cji wyj­ścio­wej do po­lo­wa­nia. Czasu po­zo­sta­ło nie­wie­le. Mógł po­lo­wać tylko przy świe­tle dzien­nym… – Powtórzenie.

 

żeby jego cię­żar nie utrud­niał uciecz­ki przed Fron­tem… – Dlaczego front napisano wielką literą?

 

Mo­gła­by oczy­wi­ście za­ata­ko­wać Dra­pież­ni­ka, za­da­jąc mu nie jedną ranę… – Mo­gła­by oczy­wi­ście za­ata­ko­wać dra­pież­ni­ka, za­da­jąc mu niejedną ranę

Dlaczego drapieżnik napisano wielką literą?

 

Mię­dzy ja­skra­wo żół­ty­mi ję­zy­ka­mi widać już było czer­wo­ne… – Mię­dzy ja­skra­wożół­ty­mi ję­zy­ka­mi widać już było czer­wo­ne

 

Teraz miały wejść na że­ro­wi­sko – teren, przez który Nisz­czy­ciel­ska Siła prze­szła nie dalej jak jeden Cykl Ak­tyw­no­ści temu. Tutaj po­zo­sta­ło­ści przej­ścia nie były jesz­cze za­tar­te… – Powtórzenia.

 

Wtem z pra­wej stro­ny do­biegł stłu­mio­ny prze­cią­gły chi­chot. Całe stado na­tych­miast skie­ro­wa­ło się w tamtą stro­nę… – Powtórzenie.

 

Wy­cią­ga­ły swe drob­ne, okrą­głe pyszcz­ki… – Zbędny zaimek.

 

Nie mogę cię teraz wziąć na ręce, to jest zbyt cięż­kie – wska­za­ła ru­chem brwi i oczu na kosz – Może byś mi po­mógł?Nie mogę cię teraz wziąć na ręce, to jest zbyt cięż­kie.Wskazała ru­chem brwi i oczu na kosz. – Może byś mi po­mógł?

Nie wszystkie dialogi są zapisane poprawnie. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

sze­ro­ki po­chy­ły mur, wnie­sio­ny ra­czej dla ochro­ny przed pło­mie­nia­mi. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie/rozdział książki w postaci ciągu impresji prowadzących na końcu do wyjaśnienia mniej więcej o co chodzi – nie za dokładnie. Kontekstem jest pomysł na zbiór takich opowiadanek :-)

Wielkie litery są w większości zamierzone bo wiele z tych słów ma służyć na nazwy własne. Choćby Front. Na tej planecie jest tylko jeden front ognia obiegający pas stepów pierścieniowego kontynentu. Jeszcze pomyślę które ze słów powinny zostać z wielkiej litery.

Dzięki za komentarze techniczne. Na pewno wykorzystam, gdy znajdę znowu chwilę na to hobby :-)

Cieszę się, Jerzy, że uwagi okazały się pomocne. ;-)

Skoro Pleśń nie jest skończonym opowiadaniem, a częścią czegoś większego, powinieneś zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest skończonym opowiadaniem nie dokończonego zbioru – a właściwie ledwie zaczętego :-)

No cóż, skoro tak uważasz…

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“regulatorze” drogi – co do zaznaczenia jako “fragment” to chyba w tej sytuacji raczej jako “inne”, ale nie kłócę się :-) Idę jutro do szpitala, stąd ten nagły wysyp wszystkiego co było w “szufladzie”.

Jest jeszcze mikropowieść w kolejce do betowania jeśli dobrze zrozumiałem tutejszy system. Ale jak masz alergię na interpunkcję i inne kwestie techniczne to nie czytaj.

Serdecznie pozdrawiam

 

Co do “scenkowego stylu” przeczytaj mój komentarz pod opowiadaniem “Kolonia”. Muszę kończyć.

Do napisania – mam nadzieję :-/

Życzę jak najszybszego powrotu do pełni zdrowia. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też niewiele zrozumiałam z tekstu. Próbowałam znaleźć jakiś wspólny mianownik, podejrzewałam bakterie, sporysz, w końcu czekałam na finałowe wyjaśnienie, ale się nie doczekałam.

SF nie znalazłam.

Babska logika rządzi!

Raczej nie w moim guście i niestety niewiele zrozumiałam. Miałam wrażenie zbyt dużej abstrakcji i pewnej monotonii. Może po prostu nie jestem odpowiednim odbiorcą.

Nowa Fantastyka