- Opowiadanie: Piotr Tomilicz - Świat byłby nieludzki, gdyby nie ty

Świat byłby nieludzki, gdyby nie ty

To moje pierwsze opowiadanie na stronie NF, choć nie pierwsze w ogóle. Jestem wielbicielem każdej opinii (choć wolę sensowne od tych drugich), dlatego z wdzięcznością przeczytam każdą Waszą uwagę i już szczerze dziękuję za każdą z nich.

 

Warto chyba, abym uprzedził, że pewne ewidentne błędy językowe (zwroty typu “leży taki jeden, co mógłby” zamiast “leży taki jeden, który mógłby” użyte są celowo).

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Świat byłby nieludzki, gdyby nie ty

„Świat byłby nieludzki, gdyby nie ty”

 

Strzał. Błysk. Huk. Krew.

Ambulans. Szpital. Lekarz. Krew.

 

„Bardzo mi przykro. Nie udało się uratować pana żony…”

– Nieee!

 

„Znowu ten sam jebany sen. Wykańcza mnie.”

 

Zdjęcie przybite gwoździem do ściany. Młoda kobieta o rozmarzonym spojrzeniu, potężny facet z krótkimi, ciemnymi włosami, dziecko mniejsze niż jego przedramię. A w tle huśtawka ze splecionych szmat i granatnika przeciwpancernego.

Zdejmuje zdjęcie, czyta i moduluje w myślach głos kobiety:

„Świat byłby nieludzki, gdyby nie ty”.

 

Czas wstawać? Nie, przecież niebo wciąż czerwone od nocnej luminescencji opadów radioaktywnych. To nic.

Wiąże podkoszulek na twarzy i pada na podłogę. Sto pompek na kościach. Małe odłamki ukryte w półcentymetrowej warstwie pyłu wbijają się w skórę. Cholernie przyjemny ból, budzi lepiej niż ta błotna ciecz zwana kawą.

 

Wychodzi oknem, nie chce budzić dzieciaków i nowej kobiety. Nigdy nie dokończony budynek i gruz w ogródku sprawiają, że łatwo da się wyjść przez każde okno.

Idzie pobiegać – dobrze wie, gdzie mogą być niewybuchy.

Wraca po godzinie, koszulka ma kolor rdzy. Tak samo jego barki, spodnie i buty. Schodzi do piwnicy, obmywa się pod rurą zatykaną pociskiem przeciwpancernym. Woda jest zimna, przyjemna.

 

Wchodzi drzwiami. Najmłodsze płacze, pewnie z głodu. Jego matka o chorobliwie bladej skórze i czarnych workach pod oczami snuje się po korytarzu. Uśmiecha się. Zawsze się uśmiecha, od kiedy pomyłkowy nalot wysadził w powietrze jej poprzednią rodzinę.

Starszy jeszcze śpi. Ma 6 lat. Chce nakryć się poszewką i jeszcze pospać, ale on nie pozwala. Cierpliwie szarpie poszewkę, łaskocze w stopy, szepce coś o raku-nieboraku.

 

– Ale mi się nie chce – mówi półprzytomne dziecko. – Możemy jutro?

– Jutro też. Wstawaj – odpowiada codziennie tak samo.

 

Na podłodze już leży koc. Chłopiec kładzie się, podpiera pięściami, próbuje się podnieść…

 

– Jeden…

 

Dobrze! Udało się. Pierwsza pompka jest najtrudniejsza, ale kolejne przychodzą łatwiej.

 

– Dwa…

 

Na każde dziesięć pompek jego syn robi jedną.

 

– Dziesięć.

– Wystarczy.

– Dobrze. Teraz się ubieraj.

 

Podczas śniadania nikt się nie odzywa. Tylko półroczny Joe drze się jak opętany i szeleszczą plastikowe opakowania po żarciu instant.

Po posiłku nauka. Ojciec wieczorem pisze zadania, a chłopak rano i wieczorem rozwiązuje.

16*19

1734-796

86+322+80+135+9+762+44

 

Czwarty raz sprawdza, czy drzwi są zamknięte. Poprawia zasuwy.

Ogromną dłonią głaszcze syna zawieszonego nad zadaniami. Idzie mu coraz lepiej. Całuje go w ciemię i spluwa rdzawym pyłem. A potem niesłyszalnie wychodzi do pracy z reklamówką ubrań schowaną w drugiej reklamówce, a ta w trzeciej reklamówce.

 

Droga to przygoda. Codziennie ta sama i nie robi już wrażenia.

A praca to powołanie. To służba dla sprawy większej niż on, niż każdy i niż wszyscy.

W piwnicach można korzystać z ciepłej wody i to prawie bez limitu. Hantle jak małe sztangi wyssały z niego tyle samo potu, co wściekłości. Jedni przed pracą muszą coś przypalić, inni wciągnąć. On musi wkurwić się na zimną stal i żeliwo.

I nim inni wejdą do szatni, on już jest gotowy. Staroświecki ubiór w kolorze dobrze obitej gęby, czapka z daszkiem rzucającym cień na oczy, pas mogący zatrzymać kulę albo ostrze, biała pała zrobiona własnoręcznie na wzór tych ze starych fotografii. I brązowe buty lśniące w świetle buczących lamp. Buty zawsze muszą być czyste. Choćbyś tarzał się we własnym gównie, to potem wstań i wyczyść buty. Jeżeli te nie błyszczą, to znak, żeś martwy.

 

„Ślubuję przestrzegać dyscypliny służbowej”

 

Gdy zaczynał tę robotę pięć lat temu, mały, wrzeszczący człowieczek z obrzydliwie tłustymi włosami przydzielił go do jebanego zasłużonego ulicznego zabijaki. „Jesteśmy zespołem. Pracujemy jak pierniczony zespół! I chodzimy w zespole jak cholerni świadkowie Jehowego!” – darł głupią mordę.

Jak wrócili do bazy, to nowy kumpel miał rozjebany nos i górne jedynki dyndające chyba na nerwach. Zasłużony (dostał jebany zegarek za dziesięć lat służby i za tyle samo ran kłutych!) powiedział, że potknął się na schodach. Od następnego dnia Anders pracował sam. Jednoosobowy, kurwa, oddział prewencyjny.

 

Biuro płaciło za utrzymanie porządku w obrębie murów. A mury stanowiły miasto. Jak ktoś zadymiał w mieście, to mógł się spodziewać, że kiedyś natrafi na Strażnika Pokoju.

Biuro płaciło, a cała forsa szła na jedzenie dla Johna, Joego i Tatiany. On, Anders, jadał tylko w piwnicznej jadłodajni. Pakował jedzenie na drogę, wracał i jadł. Pracował codziennie, codziennie jadł, pakował na siłowni i mył się.

 

Raz tylko musiał odsiedzieć w domu tydzień. Jakiś czas temu nowy przełożony, jebany klon tego oślizgłego krasnala, zwrócił się do niego jego pełnym imieniem. Potem przez tydzień wpierdalał to, co znalazł. Potem ktoś go odwiedził i powiedział, że karzeł wyliże się z tego, że ma tylko zmiażdżony nos, pękniętą czaszkę i wstrząs mózgu. Anders mógł wrócić do pełnienia swoich zaszczytnych obowiązków.

 

„Ślubuję wykonywać rozkazy i polecenia przełożonych”

 

Chuj, który nadał mu imię, chyba nie żył. Nie miał pojęcia, co wstąpiło w jego starego, gdy napisał urzędnikowi na kartce „Palisander”. Chciał, żeby był jakimś klaunem? Cholernym rycerzem na białym smoku? Kurna, nie na smoku. Oni zabijali smoki.

 

Nikt tak nie wierzył w sens swojej pracy, jak on. Gdyby płacili jedzeniem dla dzieci, to pracowałby za żarcie. Prawo i porządek były sensem istnienia i nie chodziło tylko o jego istnienie. Kto nie przestrzegał prawa i porządku, ten nie mógł czuć się bezpiecznie na ulicy. Bo Strażnik Pokoju po to żyje i dla tego żyje, abyś ty, obywatelu, mógł bezpiecznie chodzić po ulicy między ósmą a szóstą po południu! I nawet taki śmieć, jak ty, takie dno i zero, ma być, kurwa, bezpieczny, gdy szlachetny Strażnik Pokoju idzie ulicą! I jego pieprzona lśniąca pała, wykurwisty gnat robiący dziury jak jebany młot pneumatyczny i buty, wypastowane i błyszczące jak psu jaja są jak oczyszczający ogień z nieba! Jak pierdolony „Młot na czarownice”! I doceń to, zasrańcu, że dzięki niemu jeszcze oddychasz!

 

„Ślubuję służyć wiernie narodowi”

 

A że Strażnicy Pokoju to w większości zcwelowane cioty i najgorszy sort tego srającego ścierwa, to tego lepiej nie pamiętać.

 

Anders kochał swoje dzieci, ale bardziej kochał starszego. Ten po prostu znał zasady. Dla niego Anders mógł zabijać, mógł własnymi rękami wciskać oczy w czaszkę i rozdzierać ją na pół. Pod gruzami sąsiedniego poligonu zwanego szumnie domem leży taki jeden, co mógłby o tym poświadczyć. Ale mało z niego zostało.

Kiedy szedł w miasto, wierzył, że czyni je lepszym miejscem dla swoich dzieci. Że chodzi o to, aby żadna łajza nie czuła się bezpiecznie z kosą w ręce. O to, aby porządne dzieciaki, jak John, mogły kiedyś normalnie chodzić ulicą, co najwyżej w kamizelce, a jego dzieci bezpiecznie bawić się w strzelanego.

Cokolwiek robił, robił dla Johna i innych grzecznych dzieciaków.

 

– Nie przeszkadza ci to, że ludzie nie wiedzą, czym się zajmujesz? Nawet nie wiedzą, że istniejesz – zapytała go kiedyś jakaś dziwka.

 

Nie wiedział wtedy, co ma odpowiedzieć. Po kilku dniach już wiedział. Chuj go obchodzi, co ludzie myślą i co wiedzą. Nie wiedzą o istnieniu Strażników Pokoju? To bez znaczenia. Nie wiedzą, że on istnieje? To i lepiej. Wielu z nich zamiast spieprzać przed nim po prostu wyciąga gnata albo kosę i idzie na czołowe. A potem strzelają zdziwko, że rozpryskują się o jebaną niespodziankę. Jak nie wiedzą, co oznacza mundur w kolorze dobrego wpierdolu, biała pała i błyszczące idealnie buty, jak nie wiedzą, czym był ten symbol w poprzednim świecie, to ich sprawa.

A dziwki się zdarzały. Są po prostu koniecznością, aby dowiedzieć się czegoś więcej i aby jutro świat był wolny od jeszcze jednego skurwiela.

 

„Ślubuję przestrzegać zasad etyki zawodowej”

 

Zdarzały się też dragi. Rzadko coś wciągał, no ale czasami musiał. Czasami też dał w kanał. To trochę brudniejszy kawałek chleba, ale to ścierwo zabija każdego dnia wielu fajnych dzieciaków. Pozwolić tym mordercom bezkarnie działać w jego mieście to jakby samemu przyłożyć lufę do małej główki i rozwalić ją w pizdu. Nie godził się na to.

Przełożeni aprobowali wszystkie jego szemrane interesy, w które pakował się wieczorami. Jak długo Strażnikowi nie odpierdalało i nie skakał z dachu wieżowca albo nie napierdalał do kolegów, to akceptowali każdy plan mający na celu dotarcie do dilerów. Rzadko udawało się wniknąć głębiej, ale załatwienie dilerów oznaczało, że w mieście, w jego mieście, jakiś dzieciak pożyje dłużej.

Raz podjął się dystrybucji, ale po godzinie jego dostawca wykrwawiał się w jakiejś piwnicy po tym, jak musiał zeżreć pół kilo ścierwa, którym handlował.

Raz też dał się skorumpować. To była większa akcja wewnętrzna w jego wydziale. Na przymusową emeryturę poszła wtedy połowa ludzi, z którymi robił. To wszystko trwało kilka miesięcy i było chyba najgorszym gównem, w jakim kiedykolwiek się babrał.

Nawet gorszym niż zabijanie.

 

Zabijał z obowiązku. Zabijał, bo wierzył w jedyną słuszną sprawiedliwość. Zabijał, bo świata nie da się uporządkować przekładając tylko śmiecie z miejsca na miejsce. Zabijał, bo czuł się idealistą, czuł, że jego wiara w lepsze jutro dla swoich dzieciaków naprawdę może przynieść efekty.

 

Kiedyś przyłożył kosę do oka takiej paniusi. Przyszła w spódniczce, w białej koszuli, dała mu jakieś kartki do wypełnienia, a potem powiedziała, że jest psychopatą i stanowi zagrożenie dla innych. Nie wytrzymał. Przyłożył jej nóż do oka i kazał napisać, że jest okazem zdrowia psychicznego.

 

Czasami czuł się jak prorok. Jak miecz boży, który lśni ogniem prawości w najciemniejszej dupie. Pierwszy raz wyskoczył „do monopolowego”, jak to nazywał, jakieś trzy lata temu. Jakaś cholera sprawiła, że naprawdę był spokój na ulicach. Ucałował Johna do snu i poszedł w miasto. Pojeździł trochę autobusem-kabrioletem i jednej nocy poznał miasto lepiej niż wielu innych z jego pracy. Następnej nocy jeździł tam, gdzie nikt inny się nie odważył. Do rana zasztyletował dwóch dilerów i własnoręcznie udusił jakiegoś zwyrodnialca.

Wciągnął się. Uzależnił.

Co najmniej raz w tygodniu wypadał „do monopolowego”. Raz ledwo go odratowali. Została mu potem taka wielka szrama na szyi.

O tych wypadach wiedzieli jego przełożeni. W papierach czarno na białym było, że to część jego obowiązków służbowych, choć tak naprawdę nikt nie chciał wiedzieć, co on tak naprawdę robi.

Doszło do tego, że łapy mu się trzęsły, gdy za długo nie wychodził na miasto.

Był dumny z tego, że pod jego błyszczącymi butami zdychają wszy z łona tego pięknego miasta.

 

„Ślubuję chronić ustanowiony Konstytucją porządek”

 

„Bardzo mi przykro. Nie udało się uratować pana żony…”

– Nieee!

 

Znowu to samo. Codziennie.

Niebo wciąż rdzawe – czas na trening.

W robocie jak zwykle pierwszy. Mundur wygładzony, plamy wywabione. Czapka leży prosto, buty lśnią.

 

– Anders, masz iść do pokoju „T”.

 

Przesłyszał się? Do pokoju „T”?

 

– Już!

– Idę.

 

Dziesięć minut życia w dupie. Dotarcie do legendarnego pokoju „T” było najczystszą formą straty czasu. I nawet to, że szedł tam po raz pierwszy, nie zmieniało jego zdania.

Z pokoju nie wychodziło się i nie wchodziło, kiedy chciałeś. Ktoś musiał nacisnąć przycisk, a wtedy bzyczek mówił: teraz ty.

 

Miękka wykładzina, dwie żarówki za głowami pięciorga typów. Prawie cały pokój zajmował wielki stół w kształcie litery T. Przy węższym końcu czerwone kółko z białym napisem „Stań tu”. Z drugiej strony pięć głów w aureoli światła, które po prostu wali po oczach. Cicho i mało co widać.

 

– Oficerze Palisander, zostaje pan zawieszony w pełnionych obowiązkach do czasu zakończenia śledztwa przeciwko panu.

– Co powiedziałeś?

– Zostaje pan zawieszony w czynnościach…

– Co powiedziałeś? Że jak mnie nazwałeś?

– Oficer Palisander. Zgadza się?

 

Ciekawe, czy byli na to gotowi (a może zrobili to specjalnie?), czy to było w standardzie. Anders pchnął stół z całej siły, aż puściły śruby. Szare eminencje z drugiego końca poleciały razem z krzesłami na podłogę. Strażnik Pokoju był już w połowie stołu, w połowie drogi między czerwonym kołem a mającą się za chwilę pojawić czerwoną plamą krwi, gdy ładunki elektryczne strzeliły w niego jak fajerwerki. Walnął na twarz, a po chwili spadł ze stołu. I nadal trzaskał na nim prąd.

 

Któryś z ważniaków w garniturze krzyczał:

 

– Idziesz do paki, kolego. Na długo! Odpowiesz za to i za morderstwa, których się bezprawnie dopuściłeś. Oskarżają cię o ponad sto zabójstw z zimną krwią! A oprócz tego handel narkotykami, korupcja… Oj, przyjacielu, masz przechlapane.

– Wyyy skurwy… To wasze brudy… Wszystko jest w papierach…

– Sugerujesz, że Centrala zlecała ci zabójstwa, defraudacje, handel narkotykami i gwałt na dzieciach? Oficerze, jesteś nienormalny! Gwarantuję ci, że z ampułkami na impotencję i otępienie będziesz za pan brat!

– Jebane mendy! Sprawdźcie w papierach! Oni mnie wrabiają! Sprawdźcie w papierach!

– Zwiększcie napięcie. Niech się już nie męczy.

– A potem zabierzcie tego psychola z moich oczu. To niedopuszczalne, by takie coś tu przebywało.

– Twoje istnienie to skaza na naszej instytucji.

– Moje dzieci! Aaaargh! Moje dzieci! Muszą jeść!

– Kończcie już to haniebne wystąpienie. Zaraz mam śniadanie z burmistrzową.

 

"Ja, Oficer Strażników Pokoju, świadom podejmowanych obowiązków Strażnika, ślubuję: służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją porządek prawny, strzec bezpieczeństwa Państwa i jego obywateli, nawet z narażeniem życia. Wykonując powierzone mi zadania, ślubuję pilnie przestrzegać prawa, dochować wierności konstytucyjnym organom Państwa, przestrzegać dyscypliny służbowej oraz wykonywać rozkazy i polecenia przełożonych. Ślubuję strzec tajemnic związanych ze służbą, honoru, godności i dobrego imienia służby oraz przestrzegać zasad etyki zawodowej."

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To twój debiut więc nie będę się pastwił. 

Niestety tekst jest słaby, naszpikowany niepotrzebnymi wulgaryzmami, niby miał wywoływać emocję, ale tego nie robi. Bohater jest sztampowy, a twój styl nie ułatwi czytania tej poszarpanej narracyjnie opowieści. 

Czekam na kolejny tekst twojego autorstwa.

Belhaj, jeżeli ne będziesz się pastwił albo po prostu opiniował w zgodzie z tym, co myślisz, to nie dowiem się, co Twoim zdaniem wymaga poprawy bądź jest po prostu złe.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Opowiadanie jest strasznie chaotyczne, przez co lektura nie należy do najłatwiejszych. Opisujesz wiele epizodów, ale nie pozwalasz czytelnikowi zorientować się o co chodzi, co to za świat, dlaczego bohater jest właśnie taki. Razi nadmiar wulgaryzmów, których używasz bez opamiętania, zupełnie jakbyś założył sobie, że im więcej bluzgów, tym lepiej.

W opowiadaniu nie znalazłam fantastyki, a oznaczenie, że to science fiction, uważam za nieuzasadnione.

Powinieneś popracować nad interpunkcją.

Mam nadzieję, że lektura Twoich kolejnych opowiadań okaże się bardziej satysfakcjonująca.

 

Zdej­mu­je zdję­cie, czyta i mo­du­lu­je w my­ślach głos ko­bie­ty… – Co czyta?

 

Ma 6 lat.Ma sześć lat.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Ogrom­ną dło­nią głasz­cze syna za­wie­szo­ne­go nad za­da­nia­mi. – Nie umiem sobie wyobrazić dzieciaka, wiszącego nad wykonywaną czynnością.

Może: Ogrom­ną dło­nią głasz­cze syna pochylonego nad za­da­nia­mi.

 

zwró­cił się do niego jego peł­nym imie­niem. – Czy oba zaimki są niezbędne?

Czy zwracałby się do niego cudzym imieniem?

 

choć tak na­praw­dę nikt nie chciał wie­dzieć, co on tak na­praw­dę robi. – Czy to celowe powtórzenie?

 

dwie ża­rów­ki za gło­wa­mi pię­cior­ga typów. – …dwie ża­rów­ki za gło­wa­mi pięciu typów.

Piszesz typów, więc to mężczyźni. O pięciorgu można mówić, jeśli grupa składa się z kobiet i mężczyzn.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, regulatorzy.

I właśnie teraz muszę podważyć Twoją opinię (ech, wiem, wiem: robię to w kontekście swojego opowiadania, więc mnie za to nie polubicie).

 

  1. Co dokładnie jest chaotyczne? Piszesz, że “opowiadanie”. Czyli forma? Treść? Zgaduję, że treść. To już druga taka opinia, stąd konkret nie zaszkodzi. Zawsze czytam to, co napisałem. Gdy poświęcam wystarczająco wiele uwagi (a tekst mnie nie zniechęci), to jestem w stanie zrozumieć taką szarpaną narrację (ma ona oczywiście swoje wady i zalety, a cenię sobie usuwanie zbędnych wyrazów). Co więc dokładnie jest chaotyczne? I czy chaotyczne, czy po prostu trudniej zaskoczyć, co i gdzie się dzieje?
  2. Tak, lektura tego nie należy do łatwych. Zaryzykuję, że nie jest też lekka i przyjemna. To właśnie ryzyko tej szarpanej narracji: można zaskoczyć, co się dzieje, można też nie zaskoczyć i zgubić się w tekście (w fabule). Ale najłatwiej to sprawdzić jednym pytaniem: wiesz, o co chodzi w każdym miejscu opowiadania? Jeżeli nie, to w którym nie wiesz, co się dzieje?
  3. Przeczytałem właśnie po raz kolejny opowiadanie. Tak, jestem jego autorem, więc mi łatwiej. Ale trudno mi uwierzyć, że jest do tego stopnia zagmatwane. Widzę w nim 3 części. Pierwsza to jakaś teraźniejszość bohatera, to, kim jest, co robi, z kim mieszka i podobne. Druga to retrospekcja pokazująca, dlaczego obecnie jest taki. I trzecia to powrót do teraźniejszości. Przejście z jednego pomieszczenia albo czynności do drugiego (drugiej) następuje z pominięciem zdań typu “przeszedł do pokoju syna” czy “po treningu poszli do kuchni”. Wydaje się, że kilka wyrazów już wyjaśnia, gdzie po chwili jest bohater, co robi, po co to robi itd.
  4. Świat jest bez znaczenia. To za krótkie opowiadanie i nie poświęcone światowi, lecz bohaterowi, aby odwzorowywać jakiś świat. Po prostu bliska przyszłość. Pewnie trochę plugawa, ale dość dowolna. Obojętna w większości dla fabuły. Kiedy ktoś próbuje w krótkim opowiadaniu wepchnąć mi świat na siłę, to zaczyna nudzić (skoro świat naprawdę jest bez znaczenia, a znaczenie mają wycinki tego świata, które otaczają bohatera).
  5. Retrospekcja służy pokazaniu, dlaczego bohater stał się taki. Ale nie usiłuję go ani uwiarygadniać, ani wciskać w niego duszę. Dla porównania: polecam filmy takie, jak “Sicario” czy “Dreed”. To właśnie tego typu bohater: nie wzrusza, nie rozczula, nie daje się polubić ani znienawidzić. Tak, jest trochę nijaki. Czy jest sztampowy? Oczywiście, taki miał być. A filmy “Sicario” i “Dreed” nie ogląda się dla estetycznych doznań, a z jednego powodu: aby obserwować osobliwą, bo subiektywną wersję sprawiedliwości. I to tyle. Nie ma głębi w tym człowieku. Prawie w maszynie.
  6. Uwielbiam zarzut o wulgaryzmach. Skąd wniosek, że ich nadużywam? Z ich ilości? To podejdź do tego inaczej. Kilka pytań pomocniczych. Ile osób się wypowiada w opowiadaniu, a ile używa wulgaryzmów? Odpowiadam za Ciebie: dwie (bohater i narrator). Czy coś w tym niezwykłego albo nachalnego? Na to już nie odpowiadam. Kolejne: który wulgaryzm zupełnie nie pasuje do opowiadania czy wypowiedzi? Wskaż choćby jeden. I nie pytam, który da się zastąpić przez inny, bo da się każdy. Ale który z nich osłabia całość? Czytam dużo opowiadań z wulgaryzmami (a na co dzień są mi zupełnie obce) i prawie każde usiłuje mnie przekonać, że bluzganie pasuje. Nie, na ogół nie pasuje, jest nachalne i psuje całość. A umiesz napisać szczerze w ten sposób o tym tekście?
  7. Zdefiniuj S-F tak, jak się je powinno rozumieć (nie tak, jak Ty je rozumiesz). Jeżeli tekst zawiera choćby tak skromne odniesienia do czegoś innego niż znamy obecnie (jakaś struktura Strażników), to jest to fantastyka. Tak, rozumiem, że może się to nie podobać, za mało być fantastyczne, ale w dalszym ciągu nie staje się melodramatem, paradokumentem czy poezją. Wciąż jest to S-F.
  8. Powinienem popracować nad interpunkcją. Niestety zarzut nie pokrywa się z niczym. Wskaż choć jeden błąd interpunkcyjny. A w Twoim komentarzu ja zdołam wskazać jeden: “Nie umiem sobie wyobrazić dzieciaka, wiszącego nad wykonywaną czynnością“ – tu nie stawia się przecinka (oddzielasz czasownik od imiesłowu). A mojego tekstu jest wiele razy więcej. Dla jasności: jak każdy, popełniam błędy. Ale mam zbyt dużo udokumentowanych sukcesów na polu ortografii i interpunkcji, aby musieć “popracować nad interpunkcją”. Wskaż, gdzie widzisz tę konieczność, a przyznam Ci rację (nie mam z tym problemów, uwielbiam konstruktywną krytykę – poważnie).
  9. Zdejmuje zdjęcie, czyta i moduluje w myślach głos kobiety… – Co czyta?“ – jeżeli nie wyrwiesz zdania z kontekstu i dostawisz brakujący dwukropek na końcu, to będzie raczej oczywiste, że czyta to, co pojawia sie po dwukropku.
  10. “Ma 6 lat.Ma sześć lat. Liczebniki zapisujemy słownie.” – ale w jakiej sytuacji zapisujemy je słownie? Na pewno w zadaniach szkolnych z języka polskiego. Nigdzie nie spotkałem się z wykładnią, według której jest obowiązek (wynikający z poprawności językowej) zapisywania liczebników wyrazami.
  11. “Ogromną dłonią głaszcze syna zawieszonego nad zadaniami. – Nie umiem sobie wyobrazić dzieciaka, wiszącego nad wykonywaną czynnością. Może: Ogromną dłonią głaszcze syna pochylonego nad zadaniami.” – Twoja wersja jest poprawniejsza i czytelniejsza, zgadzam się. Choć przywykłem do wyobrażania sobie osób zawieszonych (skojarzenie zupełnie inne niż “wiszących”) nad czymś. Synonimy to np. ślęczącego. Są one dosłowniejsze niż “pochylenie”, mają w sobie więcej niż chwilowość “pochylenia”.
  12. “…zwrócił się do niego jego pełnym imieniem. – Czy oba zaimki są niezbędne? Czy zwracałby się do niego cudzym imieniem?” – nie są niezbędne, ale są lepsze niż brak jednego. Dlaczego? Zwrócił się do niego pełnym imieniem. Czyim pełnym imieniem? Równie dobrze psa albo kanarka, prawda? Jeszcze dalej: “Zwrócił się do SYNA pełnym imieniem” – dla mnie wciąż niejasne jest, czyim imieniem się zwrócił. A teraz weź kontekst zdania. Jeżeli pominiesz jeden z tych wyrazów, to na pewno ja nie będę wiedział, kto się do kogo zwraca i czyim imieniem (w scenie jest jeszcze jeden facet). Sprawdź: weź cały akapit, wywal jeden zaimek i oceń, czy jest zrozumiały.
  13. “…choć tak naprawdę nikt nie chciał wiedzieć, co on tak naprawdę robi. – Czy to celowe powtórzenie?“ – rzeczywiście jest to powtórzenie. Rzeczywiście da się jej zastąpić czymś innym. Faktem jest, że pasuje do obu części składowych, ale jest powtórzeniem. To fakt.
  14. “…dwie żarówki za głowami pięciorga typów. – …dwie żarówki za głowami pięciu typów. Piszesz typów, więc to mężczyźni. O pięciorgu można mówić, jeśli grupa składa się z kobiet i mężczyzn.“ – dyskusyjne. O ile masz całkowitą rację, że “typ” jest rodzaju męskiego, o tyle typ nie musi być mężczyzną. Feminizacja języka nie stworzyła jeszcze “typki”, a ta także mogła siedzieć przy stole (w zasadzie w moim zamierzeniu siedziały dwie “typki”, choć fabuła o tym milczy i jest to dla niej bez znaczenia). Wyraz ten sugeruje anonimowość i szemraną rolę nieokreślonego osobnika. Jestem bliski pojmowaniu tego w sposób z punktu 1.3: https://pl.wiktionary.org/wiki/typ. Niemniej dla pełnej jasności warto byłoby zmienić wygląd tego zdania.

Merytorycznie? Myślę, że bardzo. W zasadzie oczekiwałbym tego samego od Ciebie, ale tak nie jest, bo nie masz żadnego obowiązku odpisywania. Wciąż cenię Twój czas i Twój wkład. Po prostu się nie zgadzamy, a ja z przyjemnością i z korzyścią dla siebie uczę się również z Twoich wypowiedzi.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Piotrze, przeczytałam i krótko skomentowałam Twoje opowiadanie, pisząc o wrażeniach, które odniosłam w czasie lektury. Dobrze zrozumiałeś, co dla mnie jest chaotyczne.

Dodałam też kilka uwag, o których musisz wiedzieć że są zaledwie sugestiami, których w ogóle nie musisz brać pod uwagę. To Twoje opowiadanie i skoro jesteś z niego zadowolony, wyłącznie od Ciebie zależy jakimi słowami jest napisane.

Wybacz, ale nie podejmę się ponownej lektury opowiadania, by szukać brakujących przecinków. Skoro twierdzisz, że wszystko jest w porządku, wierzę Ci na słowo.

Ponieważ prosisz o definicję, czym jest science fiction, służę: http://encyklopedia.pwn.pl/szukaj/science-fiction.htm, https://pl.wikipedia.org/wiki/Fantastyka_naukowa.

Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe, że na tym zakończę, albowiem na przeczytanie czeka mnóstwo innych tekstów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na pewno nie będę miał Ci tego za złe. Nie masz takiego obowiązku i poświęcasz swój czas – to jasne, rozumiem to i cenię to (choćby i była to część Twoich działań zarobkowych).

Nie polemizuję, nigdy tego nie robiłem i robić nie będę, z tym, że opowiadanie się nie podoba. To jest między innymi jego rolą: komuś się podobać, a komuś nie.

Niemniej sugestia o popracowaniu nad interpunkcją jest naprawdę chybiona (i nie dlatego tak sądzę, bo zjadłem wszystkie rozumy, ale dlatego, że znam się na tym i – między innymi – za stawianie i nie stawianie przecinków mi płacą).

 

 

Resztę moich uwag skasowałem. Miały znaczenie, niemniej z rozważań na temat gustów niewiele wynika.

 

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

…to jasne, rozumiem to i cenię to (choćby i była to część Twoich działań zarobkowych).

Nie, Piotrze, to nie są moje działania zarobkowe, a jedynym zyskiem jest satysfakcja.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tym większy szacunek i szczere uznanie. Podziwiam taką postawę. (Zero ironii.)

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Pierwsze wrażenie po przeczytaniu to poczucie chaosu. Drugiego wrażenia nie będzie, bo tekst nie zachęca do ponownego przeczytania. Nic nie przykuło mojej uwagi, nie wciągnęło, a nadmiar wulgaryzmów raził (przydałby się odpowiedni tag, przynajmniej byłabym uprzedzona co mnie czeka). Nie wiem, w jakim świecie dzieje się akcja, więc nie umiem właściwie odczytać poczynań bohatera i odnieść do otaczającej go rzeczywistości.

Jestem tradycjonalistką i odstępy między akapitami oznaczają dla mnie jakieś przeniesienie akcji, pewną zmianę. Ich ilość w Świecie… powodowała, że się gubiłam, bo nie wiedziałam, w którym miejscu się znajduję i co się właściwie dzieje.

Resztę pierwotnego komentarza wykasowałam po przeczytaniu dyskusji, jaką toczyłeś z Reg, aby nie powtarzać tego, co już zostało przez Was obje powiedziane.

Niestety, ale ten tekst do mnie nie trafił. Może z kolejnym będzie inaczej (Grafomanii nie liczę :)  )

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Do mnie też tekst nie trafił. Za dużo przemocy, za mało fantastyki, ale to pewnie kwestia gustu.

Zadania chyba dosyć trudne jak na sześciolatka.

Babska logika rządzi!

Tak samo jego barki, spodnie i buty. Schodzi do piwnicy, obmywa się pod rurą zatykaną pociskiem przeciwpancernym.

 

– brzmi niebezpiecznie ; )

 

Mnie się podobało o tyle, że stylizacja uchwyciła taką skrajnie prymitywną brutalność i zwierzęce pojmowanie świata. Afirmacja tych postaw już do mnie mniej trafia ; )

 

Kreacja bohatera – w sumie konsekwentna i spójna, jak również dość wiarygodna; ale jednocześnie jednoznacznie odpychająca

Rola policjanta – tym właśnie policjant być nie powinien ; )

Fabuła – szczątkowa, ale z happy endem  

I po co to było?

Socjopata w służbie praworządności? Coś w rodzaju “Z punktu widzenia nocnego portiera” Kieślowskiego? Zgadzam się z przedpiścami, że opowiadanie jest zbyt chaotyczne, ale jeśli dobrze zrozumiałem jego intencję, to warta jest ona tego, aby przedstawić ją w tekście bardziej spójnym.

Coś w rodzaju “Dreeda”.

Kurczę, film (ten nowszy) urzekł mnie bez reszty.

 

– Wiesz, kim jest ten strażnik?

– Nie.

– A my wiemy.

 

Oczywiście macie rację, że za dużo tych przeskoków w czasie/miejscu. Ja się połapuję, bo to mój tekst. Niemniej nie planuję go poprawiać na łamach Fantastyki, bo straci z osobistej impresji, którą chyba od początku był.

Kawał węgla, który nigdy nie będzie diamentem. W dodatku bardzo kanciasty kawał.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Szlag!

Sobota. Wreszcie wolna. Siesta.

Ja co?

Siadam. Komentuję.

– Nieee! 

:)

 

A jednak, obowiązek, to obowiązek. Ponieważ z takim zapałem udzielasz się, Piotrze, na forum  i tak ładnie o to w przedmowie prosisz, chciał, nie chciał, sobota, nie sobota, czuję się w obowiązku przekazać Ci tych kilka drobnych uwag. Pamiętaj przy tym, iż jesteś ostatnią osobą, której chciałbym zrobić przykrość. 

 

No cóż, już na samym początku muszę Cię niestety zmartwić. Tych kilka pierwszych linijek, mających rozumiem wstrząsnąć i zaciekawić czytelnika, wydało mi się tak sztucznych i sztampowych, tak rodem z sensacji klasy “d”, że mało już na samym początku nie poddałem się. Ale zacisnąłem zęby i pobrnąłem, bo czego się nie robi dla znajomych :), choć coś mi mówi, że nie docenisz mojego poświęcenia ;)

 

Zdjęcie przybite gwoździem do ściany 

Nieźle brzmią te równoważniki. Nadają tekstowi dynamiki. Skoro jednak decydujemy się na nie, należy wtedy jak sądzę unikać przegadania, bo wzbudza dysonans. A tak to jest, że jak się coś przybija do ściany to gwoździami :) Więc może lepiej: Zdjęcie przybite do ściany ?

potężny facet z krótkimi, ciemnymi włosami, dziecko mniejsze niż jego przedramię.

Raczej nie “mniejsze”, a “krótsze”. Trudno wyobrazić mi sobie kogoś z przedramionami większymi w obwodzie od małego dziecka, nawet noworodka. No chyba, że mamy do czynienia z mutantami, ale ta informacja, jeśli gdzieś istnieje, jakoś mi umknęła.

 

moduluje w myślach głos kobiety

IMO lepiej: naśladuje lub imituje. Moduluje się raczej głos już poza myślami. 

 

niebo wciąż czerwone od nocnej luminescencji opadów radioaktywnych.

Pierwsze wrażenie niby-dobre, nieco poetyckie nawet rzekłbym, ale praktycznie w tym zdanku panuje zabawny naukowy misz-masz :)  Przepraszam, ale przekonanie rodem z kreskówek, że odpady radioaktywne świecą wydaje mi się całkiem zabawne. Plus za to, że nie na zielono jak u Simpsonów :). Aha, no i samo zjawisko luminescencji ma naprawdę niewiele wspólnego z promieniowaniem radioaktywnym, przynajmniej nie w dawkach w których można pozostać żywym :)

 

Sto pompek na kościach

Niejasne. Kości leżały na podłodze? Jeśli nie zaryzykuję twierdzenie, że ludzkie ciało bez kości raczej nie byłoby zdolne do takich wygibasów jak pompki. By uniknąć tego typu przemyśleń, może należałoby zastosować: “kostki”? lub wyjaśnić, że kości są dywanem :)

 

błotna ciecz zwana kawą

Nie trafia do mnie to porównanie. Błoto kojarzy się z czymś gęstym, a zła kawa z lurą.

 

obmywa się pod rurą zatykaną pociskiem przeciwpancernym

A pięty szorował granatem odłamkowym? Jestem ciekaw, czym zatykał toaletę… ;D

 

czarnych workach pod oczami

Worki pod oczami nie miewają takiego koloru. Sprawa wymagałaby wyjaśnienia. 

 

Starszy jeszcze śpi. Ma 6 lat. Chce nakryć się poszewką i jeszcze pospać, ale on nie pozwala

Czyli śpi, czy nie śpi? Bo wygląda, że obudził się gdzieś na wysokości kropki ;)

 

pierwsza pompka jest najtrudniejsza, ale kolejne przychodzą łatwiej

Ale, ale… ale oddziela zdania przeciwstawne, więc jest tu co najmniej zbędne. Lepsza IMO byłaby kropka. 

 

Ogromną dłonią głaszcze syna zawieszonego nad zadaniami. Idzie mu coraz lepiej.

No fakt, jeśli dłoń była proporcjonalna do przedramienia, to rzeczywiście takie głaskanie wymaga wprawy :)

 

A potem niesłyszalnie wychodzi do pracy

Niesłyszalnie przez okno, rozumiem? ;)

 

w świetle buczących lamp

Lepiej brzmiałoby świetlówek?

 

„Ślubuję przestrzegać dyscypliny służbowej”

Dyscyplinę się raczej utrzymuje lub tosuje; przestrzega się zasad, prawa itd. :)

 

cholerni świadkowie Jehowego

Jehowy, przynajmniej w świadkach, się nie odmienia :)

 

górne jedynki dyndające chyba na nerwach

Serio??? :) Warto byłoby jakoś wyjaśnić to niesamowite zrządzenie losu, że cios który wyrwał zęby z zębodołów, nie uszkodził drobnych nerwików zębowych. ;D

 

Pakował jedzenie na drogę, wracał i jadł. Pracował codziennie, codziennie jadł, pakował na siłowni

Niezły, że tak powiem, paker, choć dość powtarzalny :D

 

wstrząs mózgu

Ja też dostaję niemal wstrząsu, gdy ktoś przywołuje to słowo w kontekście mózgu. Zamiast: wstrząśnienie ;)

 

po to żyje i dla tego żyje

Wydaje mi się, że chodzi o podkreślenie. Ale jak już, to nie lepiej bez powtórzenia: po to i dlatego żyje? Nie będę się upierał :)

 

to ścierwo zabija każdego dnia wielu fajnych dzieciaków

Ekhm ;) A jeśliby “ekhm” nie wystarczyło to dodam tylko: wiele 

 

Wciągnął się. Uzależnił.

Wieloznaczne skojarzenia budzą dysonans. Zmień :)

 

Nadal trzaskał na nim prąd

Skwierczał, iskrzył?

 

To chyba na tyle po pierwszym i ostatnim czytaniu, Piotrze. :) Powiem szczerze – umęczyłem się i mam naprawdę niemiłe poczucie straconego czasu. Ufałem wciąż jednak Twym zapewnieniom z przedmowy, że “z wdzięcznością przeczytasz każdą z Moich uwagę i szczerze za nią podziękujesz”. :) I właśnie to zatrzymało mnie do końca. 

Zazwyczaj w takich przypadkach żądam od autora zwrotu tego czasu, który poświęciłem na przeczytanie tego, co napisał. Jak dotąd, jak się domyślasz, bezowocnie. W tym wypadku tego nie zrobię, bo sądzę, że emocje, które wyraziłeś niestety były w sporej części szczere i dlatego zajadle tak ich bronisz :/

 

Przeczytałem właśnie po raz kolejny opowiadanie. Tak, jestem jego autorem, więc mi łatwiej. Ale trudno mi uwierzyć, że jest do tego stopnia zagmatwane.

Myślę, że jak już ochłoniesz, dostrzeżesz, w czym tak naprawdę tkwi problem. Dlaczego widzisz, to, co napisałeś inaczej niż (prawie) wszyscy. Podpowiem, choć dopóki sam do tego nie dojdziesz,  ta podpowiedź wyda ci się nieprawdziwa. Po prostu, to co napisałeś, nie jest tym samym, co tkwi w twojej głowie. :/ 

 

A teraz posłuchaj uważnie mnie, Piotrze, i nie rozum mnie źle…

Nikogo jeszcze o to nie prosiłem. Być może inni się do tej prośby dołączą. Proszę, byśmy się trzymali z dala od dobrodziejstwa własnych komentarzy. Nie odczuwam niestety najmniejszej potrzeby dzielenia z Tobą Twojej frustracji :(.  

Wyjścia z tej zagmatwanej, przyznajmy, sytuacji są dwa: albo tkwię w najgłębszym błędzie i wtedy  zupełnie obojętnie przychylisz się do mej prośby. Albo niestety mam rację i dalej będziesz sadził takie, nie inne komentarze. Proste, prawda? :) 

Pozdrawiam serdecznie.

 

P.S. 

Skoro już, jak Ty, przypisujemy bohaterowi odczucia autora, to jeśli pracujesz w Policji lub ochronie -change job ;D 

 

 

Prim "Corcoran" Chum

Nowa Fantastyka