- Opowiadanie: Marianna - Głos Mani

Głos Mani

Oceny

Głos Mani

 

– Ten ktoś, kto był przede mną… Zrezygnował?

Zadał pytanie tak obojętnie, jakby dotyczyło późnojesiennej, coraz bardziej doskwierającej wszystkim aury. Dającej się najmocniej we znaki tym, którzy na krótko zwykli opuszczać ciepłe biura i przytulne mieszkania.

– Ulka? – Michał uśmiechnął się na wspomnienie koleżanki. – Zrezygnowała, ale miała powody. Łażenie po śmietnikach nie służy zdrowiu przyszłych matek.

– Tylko to? – Adrian mocniej nasunął kaptur na czoło.

Skąpy z początku deszcz zacinał coraz gwałtowniej. Do zmroku pozostało kilka godzin i nie nadeszła jeszcze pora, by zapłonęły uliczne latarnie. Świeżo upieczonemu streetworkerowi brakowało ich sztucznego blasku, dającego złudne poczucie bezpieczeństwa.

– Tylko. – Usłyszał. – To są normalni ludzie. Nie rzucają się na nas jak zwierzęta.

Odniósł wrażenie, że w słowach Michała zabrzmiała nuta przygany. Nie spytał o nic więcej. Nie czuł strachu, tylko lekkie poruszenie, nie wynikające z niepokoju o własne bezpieczeństwo. Raczej z obawy, jak zareaguje na widok bezdomnych – przecież niewiele brakowało, by stał się jednym z nich. Przecież kiedyś, kiedy jeszcze wiódł cieszący się jakim takim społecznym szacunkiem żywot, często ich spotykał.

– Tędy. – Michał wskazał wdeptane w gliniastą ziemię przęsło ogrodzenia.

Siatka, choć wygięta i zdeformowana, trzymała się jeszcze jednego ze słupków, wyciągając ku przekraczającym pazury zagięć i zadziorów. Niegdysiejszy plac budowy pokonali klucząc pomiędzy kałużami, rozrosłymi w mętne bajora. Parter nieukończonego biurowca, straszącego z oddali nagością metalowych żeber, z bliska okazał się całkiem przytulnym miejscem. Co prawda z ust wciąż wydobywały się obłoczki pary, ale stopy nie grzęzły już w błocie, co rusz trafiając na tłuczone szkło. Przybysze z ulgą zrzucili z głów ociekające wodą kaptury. Koczujący w pustostanie bezdomni ani na chwilę nie porzucili rozpalonego na betonie ogniska, choć musieli zauważyć gości.

– Chodź. – Michał ruszył pierwszy. – Poznasz “czterech pancernych”.

– Czterech? Widzę trzech.

– Jeden całkiem niedawno… No, wiesz.

Przykucnął obok jednego z grzejących się przy ogniu mężczyzn, pytając:

– Co słychać, panowie?

– Ano, chujowo – wychrypiał niechętnie siedzący najbliżej.

Adrian stanął za plecami kolegi i uważnie obserwował, jak częstuje bezdomnych papierosami. Sięgali po nie skwapliwie, biorąc po kilka naraz, aż zaszeleścił papier opróżnionej paczki. Podarunek rozwiązał im języki i zaczęli chętniej utyskiwać na swój los: a to na głupią pizdę z monopolowego, co na zeszyt nie daje, to na dusigroszy, którzy nie pozwolą odprowadzić wózka pod supermarketem, to na cioty z psiarni, a to na odnowiony ropień na nodze Prezesa. Propozycja Michała, by cierpiący zgłosił się do pielęgniarki z ośrodka na opatrunek, spotkała się ze stanowczą odmową. By skierować rozmowę na inne tory, jeden z “pancernych” wskazał ruchem głowy na Adriana i zauważył:

– To ten niby nowy, co mówiłeś? Niemota jakiś… Języka w gębie ni ma?

– Wciąga się dopiero – chrząknął Michał, wstał i nieco protekcjonalnie poklepał kolegę po plecach. – Ale swój chłop.

– Się okaże – mruknął drugi. – Czy swój. Może cudzy. Imię ma?

– Adrian – odparł chłopak. – Będę przychodził za Ulę. Gdybyście czegoś potrzebowali, pomogę.

Trzeci, dotąd milczący kloszard drgnął nagle. Oderwał mętne spojrzenie od ognia i wlepił je w nowego streetworkera, ale nie odezwał się ani słowem. Otworzył tylko usta, jak ryba; na wyblakłą, kiedyś zapewne kruczoczarną brodę obficie zaczęła cieknąć ślina. Adrian powoli przeniósł pytający wzrok na kolegę, ale ten nieznacznie pokręcił głową na znak, że to jeszcze nie czas. Przypomniał sobie jego słowa: „Nie ma przymusu leczenia, no chyba, że jest zagrożenie życia”.

Nie zatrzymywani, a właściwie zupełnie już ignorowani przez podopiecznych, ruszyli w drogę. Dopiero na moment przed wyjściem w deszcz, usłyszeli za plecami podniesiony, choć niewyraźny głos. Niezrozumiałe słowa, tłumione przez szum ulewy, zdawały się być tylko pijackim bełkotem.

– Potem ci o nim opowiem – mruknął Michał, zakładając kaptur. – Pan Prezes. Ciekawa figura.

Lało coraz mocniej, ale nawałnica nie zdołała zagłuszyć szamotaniny i krzyków, dobiegających od ogniska. Kolega niewzruszenie parł naprzód, ale Adrian przystanął, zaniepokojony. Odwrócił się w odpowiednim momencie, by ujrzeć tuż za sobą Prezesa.

Zaskoczony, nie zdobył się na unik. Bezdomny powalił go na ziemię i wpijając palce w mokrą kurtkę, wyrzucał z bezzębnych ust bełkotliwe obelgi. Michał od razu rzucił się na pomoc, ale nędzarz trzymał mocno, z każdym nowym słowem opluwając twarz leżącego kolejnymi porcjami spienionej śliny. Mimo, iż natychmiast zmywał ją deszcz, żarła skórę niczym kwas. Prezes odpuścił dopiero, gdy na pomoc chłopakowi przybyli dwaj pozostali „pancerni” i chwyciwszy za ramiona, siłą odciągnęli kompana na bok. Zamroczony Adrian zastygł w kałuży, nie próbując się podnieść. Michał z wysiłkiem pomógł mu wstać.

– Co to było? – spytał, gdy wydostali się na ulicę. – Musiałeś kiedyś dobrze zaleźć mu za skórę. On nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Co do ciebie gadał?

Adrian wciąż czuł na policzkach plwocinę żula, chociaż od dobrej chwili nerwowo pocierał je rękawem. Kurtka przemokła do ostatniej nitki, a ubłocone spodnie lepiły się do nóg. Pod fałdami zimnego, smaganego deszczem materiału zdawały się pełzać po skórze obślizgłe ciała robaków.

– Nie wiem. – Zadzwonił zębami. – Nie zrozumiałem ani słowa.

– Znałeś go? Spotkałeś go już? Kiedyś, wcześniej? W prewencji?

– Nie. – Choć towarzysz nie mógł tego zobaczyć, pokręcił energicznie głową i zaraz dodał z wyrzutem: – Pierwszy raz go widzę.

– Taaa, jasne – mruknął z niedowierzaniem Michał.

Resztę drogi pokonali w milczeniu. Adrian czuł ulgę, że z ust kolegi nie padają kolejne pytania, jednocześnie zadręczając się słowami bezdomnego. Nieprawdą było, że nie zrozumiał żadnego z nich.

Won z mojej głowy!… Przestań pierdolić… Zostaw mnie! Już wiem! To twoje myśli, nie moje. Zabierz je w pizdu, słyszysz?

Dobrze znał ton i barwę tego głosu, choć dałby głowę, że Prezesa widział pierwszy raz w życiu.

 

***

 

– Michał mówi, że był politykiem. – Adrian zatopił wzrok w malowidle jakiegoś chorego, wiszącym na ścianie ponad głową Agaty. – Kandydował nawet na prezydenta i miał spore poparcie. Podobno wszedł do drugiej tury, ale w telewizji, podczas jakiejś debaty, zaczął gadać do kogoś, kogo nie było w studiu. I wtedy wszystko się skończyło.

Terapeutka lekko skinęła głową, ale gest ów nie wyrażał poparcia czy zrozumienia, jedynie zachętę do dalszych zwierzeń. Zamyślony chłopak nie zarejestrował tego ruchu, raczej czuł, że Agata właśnie tak się zachowa. Jak zawsze unikał zbyt długiego spoglądania w jej oczy. Nie chciał zdradzić, jak bardzo mu się podoba ta starsza zaledwie o kilka lat dziewczyna; nie mógłby wtedy chodzić na jej zajęcia.

– Czasowo wszystko by się zgadzało – mówił dalej. – Urodziłem się w roku tamtych wyborów. Wtedy zaczął mnie słyszeć.

– Akurat wtedy? Skąd wiesz?

Adrian w zakłopotaniu podrapał czoło. Rozważał, ile może i powinien zdradzić.

– Powiedział mi – wyznał, zachowując dla siebie fakt, że po ich pierwszym, niespodziewanym spotkaniu bezdomny przestał słyszeć jego głos. – Wróciłem tam, rozmawiałem z nim. Nie był już agresywny.

Agata westchnęła dyskretnie i obrzuciła tęsknym spojrzeniem krąg pustych krzeseł. Gdy sympatyczny podopieczny poprosił ją o rozmowę po zajęciach grupy wsparcia, sądziła, że chce po prostu pochwalić się pierwszymi sukcesami na polu wolontariatu. Zamiast tego widziała pierwsze oznaki choroby, budzącej się z uśpienia.

– Ale nie zapominasz, że głosy, które słyszą chorzy, powstają w ich własnej głowie?

Chłopak nabrał powietrza do płuc i zatrzymał je na moment, po czym wypuścił powoli.

– Nie zapominam – odparł ponuro.

– Pomyśl – ciągnęła terapeutka. – Co Prezes miałby słyszeć w latach dziewięćdziesiątych? Płacz niemowlaka? Twoje pierwsze słowa? Naukę czytania? Wiesz, co jest bardziej prawdopodobne? Że słyszy cię od niedawna. Może spotkałeś go w czasie patrolu. Upomniałeś go za zakłócanie spokoju, wlepiłeś mandat za picie w miejscu publicznym, tylko po prostu wypadło ci to z pamięci. Stąd cię zna. Zastąpiłeś czyjś głos, albo dołączyłeś do chóru. Po prostu.

Adrian spochmurniał jeszcze bardziej. Uwaga o chórze przypomniała mu własny epizod i kaskady tamtych bezczelnie strofujących go, ostrych słów. Namawiających do skończenia ze sobą, nie cichnących w dzień i w nocy, często przechodzących w nieartykułowany, najeżony przekleństwami wrzask. Towarzyszył im monotonny szept kobiety, wypełniający ciszę pomiędzy kolejnymi porcjami wulgarnego, męskiego jazgotu natrętnymi zachętami do zachowań, o których chłopak na ogół tylko fantazjował. Długo trwało zanim zrozumiał, że czas poszukać pomocy, ale wtedy było już za późno: w miarę poukładane życie rozpadło się w gruzy. Do pracy nie było już powrotu, dziewczyna odeszła z najlepszym kumplem. Dwa lata od epizodu wypełnił lęk przed kolejnym atakiem choroby.

– Tak. – Spojrzenie Adriana prześlizgnęło się po zgrabnym nosie i nieco za wąskich wargach Agaty. Musnęło kształtny biust i powędrowało ku podłodze, gdzie zastygło na drobnych stopach, obutych w błyszczące czółenka. Potem spoczęło na zabłoconych, męskich butach w rozmiarze czterdzieści trzy. Zażenowany, cofnął nogi pod krzesełko. – Może. Ale ten głos, który słyszałem podczas mojego epizodu, to był on, Prezes. Teraz jestem pewien. To przecież możliwe, prawda? Przyszło mi też do głowy, że ta kobieta… Ta, wiesz, która cały czas szeptała, że ona też istnieje naprawdę.

– Mania? – przypomniała sobie Agata.

– Tak. Pamiętam jej słowa, ale nie wiem, naprawdę nie wiem, kto je wypowiada. A jeśli jutro spotkam ją na ulicy, w sklepie, gdziekolwiek, uwierzysz mi?

– W zasadzie to możliwe – przytaknęła po chwili wahania, unikając jasnej odpowiedzi. – Skoro pani Danusia mogła słyszeć papieża… Powiedz, bierzesz ciągle dawki podtrzymujące?

Zaskoczony Adrian podniósł wzrok. Ich spojrzenia spotkały się na długą, milczącą chwilę.

– Nie słyszę ich już, jeśli o to pytasz – odparł zimno. – Nie mówili do mnie od tamtego czasu. Ani on, ani ona. Myślisz, że… Że znowu?

Agata uśmiechnęła się smutno. Tym samym uśmiechem obdarzała też innych podopiecznych. Zrozumiał, że w jej oczach nie zobaczy nic, poza troską o chorego i daremnie czeka na choćby najmniejszą iskrę zainteresowania nim jako mężczyzną. Nie przekroczy niewidzialnej granicy, biegnącej przez środek okręgu utworzonego z pustych krzeseł.

– Nie. Ale powiesz mi, gdyby zaczęli mówić, prawda? – szepnęła. – Obiecaj, że powiesz.

– Powiem – odburknął, wstając. – Dzięki.

Opuścił salkę terapeutyczną, bezwiednie zaciskając pięści. Znajdzie tę szepczącą kobietę, obiecał sobie. Znajdzie i skonfrontuje z Prezesem. Poprowadzi dochodzenie tak jak detektyw, którym zawsze chciał być, a którym już nigdy nie zostanie.

Bo przecież Prezes też słyszy zły szept Mani, tak jak Adrian w czasie epizodu. Bo przecież, gdy już ją znajdzie, Mania odczepi się od nich raz na zawsze.

 

***

 

– Te, młody. – Prezes dopadł go wczesnym popołudniem przy drzwiach MOPSu. – Nic nie mów! Nie otwieraj nawet gęby! Spytam ci się coś, to kiwniesz głową, tak albo i nie.

– Okej – mimo woli wyrwało się z ust Adriana.

Twarz bezdomnego wykrzywił bolesny grymas. Skulił się i zatkał uszy dłońmi.

– Nie pierdolić! – zawył. – Ni chuja! A już przestałem ciula słyszeć!

Pobiegł wzdłuż muru potykając się na wyszczerbionym chodniku. Adrian popędził za nim do najbliższej bramy. Wyjście na zawalone gruzem i zastawione maszynami budowlańców podwórze blokowała solidna krata. Prezes chwycił pręty, popchnął, pociągnął, ale kłódka trzymała mocno. Odwrócił się, spoglądając spode łba na wolontariusza. Adrian przystanął i znacząco położył palec na ustach. Bezdomny przymrużył podejrzliwie powieki i dla pewności, znów podniósł dłonie do uszu.

– Szukałeś? – huknął, wzbudzając pod sklepieniem dudniące echo.

Chłopak skinął głową.

Zamiast zadać następne pytanie, Prezes uciekł spojrzeniem gdzieś w bok i zawył:

– Zamknij się, suko! Zamknij choć na chwilę! – Przez chwilę dyszał ciężko, po czym spytał: – Znalazłeś? Tylko żadnego pierdolenia! Ani słowa!

Adrian zaprzeczył bezgłośnie, nie mogąc opowiedzieć, jak pod byle pretekstem wciągał w rozmowę prawie każdą z napotkanych kobiet w bezskutecznym poszukiwaniu znajomego głosu. Pytał o godzinę, o drogę, podsłuchiwał rozmowy toczone przy okazji zakupów. Nie chciał pokazać notesu, w którym zapisywał wrażenia ze wszystkich tych spotkań niczym rasowy śledczy. Bezdomny zaczął chodzić wzdłuż kraty, tam i z powrotem, jak nakręcana zabawka, mówiąc:

– Nie znajdziesz jej, chowa się, kurwa jedna. Ukrywa w mojej głowie! Siedzi, suka i się śmieje. Od kiedy ty przestałeś pierdolić, ona nadaje cały czas. Rozkręca się, Mania-Srania, kurwiszon jebany. Nie pozbędziesz się mnie, mówi, nigdy, mówi. Wiesz, przez co to wszystko? – Przystanął nagle. – Przez brom! W wojsku zawsze dostawaliśmy brom. I wódkę, takie gówno najtańsze. Do wódki też coś sypali, pamiętam. Wypiłem, co miałem wypić, potem nacisnęli guzik i już! Po człowieku. Jakaś jebana ciota telewizyjna, pamiętam, pytała o politykę zagraniczną. Mańka-Srańka stała obok i wsadzała palec w cipę przy wszystkich. Wiesz, gdzie można dostać brom?

Adrian otworzył szeroko oczy. Już miał coś powiedzieć, ale w porę ugryzł się w język. Chciał pokręcić głową, ale Prezes już na niego nie patrzył. Powrócił do krążenia pod kratą.

– Wiesz, dlaczego przyszedłem sam? – ciągnął. – Ona mówi mi, co myśli tych dwóch chujów fałszywych. Słyszę to wszystko! Oni chcą mnie zadusić, jak Janusza. Bo to nieprawda, że upierdolił się na śmierć. Miał najmocniejszą głowę! Te dwa skurwysyny go zajebały. W nocy, jak spał. Ona czasem się przydaje, wiesz? Mówi mi, co będzie, ostrzega mnie. Mania moja kochana. Co ja bym bez niej zrobił? Chcesz mi ją zajebać? Powiedz, zapierdolisz mi ją, cioto? Moją Manię?

Bezdomny naraz przypadł do streetworkera, niezbornie wymachując pięściami pod jego nosem. Chłopak cofnął się ze wstrętem. Smród moczu, brudu, gnijących dziąseł i niedawno pitego denaturatu sprawił, że żołądek podszedł mu pod gardło. Wyzwiska Prezesa dudniły pod czaszką zupełnie jak podczas epizodu.

– Morda, kurwa! – ryknął w końcu, sprawiając, że bezdomny w jednej chwili zamilkł, skulił się i zatoczył na kratę. – Stul pysk, dziadu pierdolony!

Niegdysiejszy polityk zawył, padł na kolana i mocno zatkał uszy dłońmi. Kiwał się, przywodząc na myśl rozmodlonego muzułmanina.

– Przestań! Ani słowa! – żądał z bólem, choć z ust chłopaka nie dobiegał już żaden dźwięk. – Ni chuja! Nie słyszę Mani, cioto! Przestań krzyczeć, zagłuszasz mi ją! Moją Manię!

Adrian nie czekał, aż bezdomny się pozbiera. Pojął, jak złudna była nadzieja, że odnalezienie właściciela raz na zawsze uciszy jego głos. Wypadł z bramy i pognał przed siebie, byle dalej od wypełniającego ulicę wrzasku, ale nie zdołał już przed nim uciec.

Im szybciej biegł, tym słowa Prezesa stawały się wyraźniejsze.

 

***

 

Markotny i wyczerpany siedział na przystanku, ściskając głowę dłońmi tak, by zamiast przekleństw słyszeć tylko szum pulsujący w szczelnie zatykanych uszach. Dawno zapadł już zmrok i autobusy przystawały coraz rzadziej, a okna blokowiska po drugiej stronie ulicy rozjarzyły setki świateł. Dygotał, choć wcale nie czuł zimna. Przeciwnie – pot ściekał mu po plecach, a spieczone wargi paliły, jak w gorączce. Czekał na Agatę, nie mając pewności, że przyjedzie. Zwykle w czwartki prowadziła zajęcia do późna, ale kilka tygodni wcześniej przestał na nie uczęszczać. Mogła zmienić grafik, pójść na chorobowe, wziąć urlop. Mimo rozterek, czekał.

Wysłużony Ikarus zatrzymał się z jękiem. Jego reflektory wydobyły z mroku wulgarne graffiti, pstrzące zmatowiałą wiatę. Huk otwieranych drzwi sprawił, że chłopak podniósł wzrok. Obcasy terapeutki zastukały o mokry chodnik, by szybko umilknąć.

– Adrian? – Przystanęła o krok od niego i wahała się przez moment, jakby nie dowierzała własnym oczom. – Co tu robisz?

– Czekam – wymamrotał.

Przysiadła bokiem na lepkiej od brudu ławce tak blisko, że prawie dotykała kolanami jego ud. Czuł przez spodnie bijące od niej ciepło.

– Nie przychodziłeś na zajęcia – zauważyła z żalem. – Brakowało nam ciebie. Wszyscy pytali, co się stało. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Potrząsnął głową, niespodziewanie czując, jak jakaś siła skleja mu wargi i zmienia język w kawałek drewna. Ryk Prezesa wypełnił mu uszy ze zdwojoną siłą.

– Adrian? Co z tobą? – powtórzyła.

Każ jej się pierdolić, dupku! „Co z tobą”, „co z tobą”, myślałby kto, że piździe zależy!

– Adrian? – Wyciągnęła rękę i delikatnie pogłaskała go po włosach.

Jej dotyk na chwilę odstraszył bezdomnego. Głos ucichł.

– Wiem już… Przypomniałem sobie. Już kiedyś go spotkałem.

– Prezesa? – domyśliła się, biorąc go za rękę.

– Tak. To było… Tuż przed chorobą. Byliśmy na interwencji w hucie. W przychodni przyzakładowej – uściślił. – Komuś odbiło… Biegał z nożem, krzyczał…

– Prezes?

– Nie. Ale on też tam był. Nie skojarzyłem… bez brody wyglądał inaczej. Teraz pamiętam… Twierdził, że go uwięzili… Błagał o pomoc…

Gówno pamiętasz, kutasie! Nic jej nie mów! Nie pozwalam! Wredna, fałszywa suka!

Agata zadrżała; poczuł to wyraźnie, zupełnie jakby usłyszała obraźliwe słowa w jego głowie. Wstała powoli, nie puszczając dłoni Adriana. Rozważała, czy powinna dla niego łamać zasady; w końcu uznała, że chce to zrobić.

– Wejdź na herbatę. Mieszkam niedaleko, porozmawiamy spokojnie.

Bezwolnie dał się poprowadzić do jednego z piętrowych, otoczonych niewielkim ogródkiem szeregowców. Nie rozpoznałby, który należy do niej; wszystkie wyglądały identycznie. Zdziwiło go, że drzwi nie były zamknięte na klucz, choć w oknach nie płonęły lampy. Światło w holu zapaliło się automatycznie. Agata wskazała ruchem głowy drewniane schody, wyściełane wzorzystym chodnikiem.

– Idź na górę. Ja przyjdę, gdy tylko zluzuję opiekunkę – powiedziała.

– Do dziecka? – Zrobił głupią minę.

Zawahała się z odpowiedzią.

– Prawie. No idź.

Posłusznie wstąpił na stopnie. Miękki dywan tłumił kroki, ale skrzypienie wysłużonych desek z każdym stąpnięciem przybierało na sile. Gdzieś w połowie drogi na piętro usłyszał znajomy głos.

jesteś czekałam na ciebie ona też czekała nawet bardziej ale nie tak bardzo jak ja bo ja czekałam bardziej nie wiesz jak wszystko boli tam wewnątrz piętnaście stopni w górę zawróć…

Mania. Poznał ją od razu. Mania wróciła…

Każ tej kurwie się zamknąć! Każ jej wypierdalać, albo ukręcę piździe łeb!

Złamany dudniącą w głowie kakofonią, przysiadł na schodach i oparł policzek o jedną z gładkich tralek balustrady. Tak zastała go Agata; stąpała ostrożnie, uważając na dwa kubki pełne gorącej herbaty.

Zepchnij ją! Zepchnij sukę! Niech skręci kark! Należy jej się! Niech zdycha, pizda jebana!

– Muszę eee… sprawdzić coś… na necie – wybełkotał, ale nie usłyszał własnych słów, tylko jazgot Prezesa.

– Okej – minęła go ostrożnie i zniknęła w ciemnych drzwiach pokoju na piętrze. – Adrian? – zawołała po chwili.

Odwrócił głowę. W jednym z pomieszczeń płonęła lampa. Ociężale podniósł się ze schodów i jak ćma powędrował do światła. Agata siedziała na kanapie z laptopem na kolanach, zapatrzona w ekran.

– Co chcesz sprawdzić? – spytała.

Przystanął w drzwiach. Im bardziej wsłuchiwał się w monotonny szept Mani, tym trudniej przychodziło mu udzielać odpowiedzi.

– Tamtą debatę. No, tę z… Prezesem, wiesz którą…

Skinęła głową ze zrozumieniem. Chwilę trwało, zanim znalazła odpowiedni plik. Kilka razy obejrzał się za siebie; nie potrafił pokonać wrażenia, że ktoś, miękko stąpając po schodach, wkrada się na piętro. Że kryje się za nim, podglądając bezczelnie.

– Mam. – Terapeutka w końcu podniosła wzrok z zaskoczeniem stwierdzając, że chłopak wciąż stoi w drzwiach. – Siadaj.

siadaj siadaj teraz nic więcej nie powiem padał wtedy deszcz tylko zamknij okno żeby nie nalało do środka nie pamiętam gdzie zaparkował gdzie jest ten przeklęty samochód siadaj…

Bardziej na rozkaz Mani niż na zaproszenie Agaty zajął miejsce na kanapie. Dziewczyna położyła mu laptop na kolanach i odtworzyła film. Dźwięk też nie grzeszył jakością, na szczęście ktoś uzupełnił film napisami. Dwaj kandydaci kolejno odpowiadali na pytania, ale jednemu z nich nie szło najlepiej: gubił wątek, jąkał się, powtarzał słowa, sprawiając wrażenie pijanego. Wreszcie zaczął ciskać się po studiu, miotając przekleństwa. Na marnej jakości nagraniu sprzed ponad dwudziestu lat ledwo dało się rozróżnić twarze uczestników debaty, ale Adrian szybko odgadł, kto jest kim.

To ona, ta kurwa. Mania-Srania, pizda jebana. Mogłem już wtedy kurwę zajebać!

– To ona. – Adrian postukał palcem w rozmytą postać obok dziennikarza. – Mania.

Agata odstawiła kubek i przysunęła się bliżej. Czuł na policzku ciepło jej oddechu, gdy siedząc obok, spoglądała w ekran znad jego ramienia.

– Adrian, to… – zaczęła, ale szybko urwała. Przygryzła wargi na moment, by po chwili znów je rozchylić. – Ale tam…

Westchnęła ciężko. Gdy była blisko, Prezes cichł, za to Mania rozwijała skrzydła.

…pozwoli odda ci się pragnie cię powiedz jej światła przed skrzyżowaniem trzecie piętro nie czekaj na windę trzecie piętro rżnij już póki jest mokra weź ją teraz weź ją wsadź jej wreszcie na co czekasz zrób to rżnij ją ona na to czekała tak długo czekała aż ktoś ją przeleci podmiejski numer dwadzieścia trzy budka z frytkami wszystko jest tak jak było tak bardzo boli dlaczego nie mogę wstać piętnaście stopni w dół drzwi w końcu korytarza czekała tak długo czekała…

Zamknął pokrywę laptopa i odłożył go na bok. Dziewczyna z gracją poderwała się z kanapy, usiadła mu na kolanach i zwinnym ruchem zdjęła sweter, odsłaniając nagie, jędrne piersi. Sięgnął ku nim jak zahipnotyzowany; dotyk miękkiej, ciepłej skóry sprawił, że przeszył go pierwszy dreszcz. Szybko nastąpił po nim drugi i kolejny: szczupłe palce terapeutki wśliznęły się pod bluzę Adriana i przez moment błądziły po jego torsie, by w końcu spłynąć ku sprzączce paska. Poradziły sobie z nią szybko i zwinnie, rozsunęły suwak i sięgnęły głębiej. W tej samej chwili Prezes odzyskał głos, próbując zakrzyczeć Manię.

Ty cioto! Myślisz, że jej zależy? Gówno! Ośmieszysz się tylko, fiucie! Jebać to ty umiesz, ale własną matkę! Tylko do tego się nadajesz, eunuchu. Niby czemu Nikolę posuwa teraz Rafał, nie ty?

Dźgnięty obelgą jak nożem, gwałtownie zepchnął dziewczynę na podłogę i od razu poderwał się na równe nogi.

– Nie – prawie krzyknął. – Nie mogę!

Świetnie, pedale! Tak trzymać! Ale z ciebie fiut… Nawet pierwszej lepszej pizdy zerżnąć nie potrafisz! Ta kurwa opowie o tym wszystkim wokoło. Jutro wszyscy będą wiedzieli, jaka z ciebie ciota. Dobrze ci tak!

– Co? – Zaskoczona Agata uniosła wysoko brwi, widząc jak Adrian drżącą dłonią nerwowo sprawdza zasunięty rozporek i zapięty pas, jakby nie dowierzał, że wszystko z nimi w porządku.

– Już nic – szepnął, nie mniej zdziwiony niż ona.

Wystarczył mu jeden rzut oka na palce dziewczyny, niezmiennie zaciśnięte na kubku ze stygnącą herbatą, na gruby sweter z półgolfem szczelnie otaczającym jej szyję, by oszacować siłę rodzących się omamów. Kompletnie ubrana Agata wciąż zajmowała miejsce na kanapie tam, gdzie przysiadła na początku. Szept Mani przybrał na sile.

…może to tylko mi się zdawało może to tylko ci się zdawało nie powiem ani słowa nie zrozumie mnie nie zrozumiem nie powiem nikomu czwarty pawilon ona chce tego ona chce czekała na to czekała aż przyjdziesz i ją weźmiesz chce tego nie powiem jej nie powiem tak bardzo brakuje mi frytek tylko nie mów jej matce że sprowadza facetów na noc…

– W porządku – odrzekła dziewczyna, przymykając powieki. – Oboje mieliśmy ciężki dzień. Możesz spać w tym pokoju, jeśli chcesz. Koc i poduszka leżą na fotelu. Gdybyś czegoś potrzebował, będę na dole.

– Okej – wymamrotał.

Stojąc na środku pokoju, czuł się jak idiota. Agata wstała i minęła go ze spuszczoną głową.

– Rano… Od jedenastej przyjmuje doktor Pawłowicz – powiedziała już w drzwiach. – Zabiorę cię do ośrodka. Porozmawiasz z lekarzem. Tak… Tak będzie najlepiej. Inaczej nie potrafię ci pomóc.

nie wierz jej on ci nie pomoże stracisz mnie nie cofniesz zmian zaczniesz słyszeć innych…

Stary skurwysyn Pawłowicz?! Ten komuch jebany! Nie daj mu się! Takiego chuja!

Mimo iż Prezes i Mania po raz pierwszy zgadzali się ze sobą, milcząc przyznał Agacie rację.

 

***

 

Prawie nie zmrużył oka. Za każdym razem, gdy już prawie odpływał, ukołysany słowotokiem Mani, ryk Prezesa wyrywał go z płytkiego snu. Zupełnie jak podczas pierwszego epizodu, spędził noc na pełnej rozterek obserwacji elektronicznego budzika, oczekiwaniu na to, aż jedynka stanie się dwójką, piątka siódemką, a dziewiątka trójką. Na rozpoznawaniu znaczeń, ukrytych w skrzypieniu schodów i kocich krokach za oknem, na podsłuchiwaniu przepływającego w powietrzu kurzu. Nakręcany przez Manię, kilka razy doświadczał obecności nagiej, rozpalonej Agaty, ale dziewczyna nawet w omamach nie przyniosła mu spełnienia. Wyzwiska niegdysiejszego polityka za każdym razem odstraszały ją niczym senną marę.

Za oknem szarzało, gdy podjął decyzję. Wypił duszkiem zimną herbatę, ubrał się i najciszej jak potrafił zszedł na parter. Sięgnął po kurtkę wiszącą przy lustrze w holu i wsunął ręce w rękawy, ale zanim ostrożnie pociągnął za suwak, w nienaturalnej, pozbawionej głosów ciszy usłyszał wyraźnie skrzypnięcie drzwi. Powoli obrócił głowę, ale przedpokój był pusty. Piętnaście stopni…

Schody miały dokładnie piętnaście stopni. Drzwi w końcu korytarza, przypomniał sobie. Drzwi w końcu korytarza…

Ruszył przez hol na palcach. Lekko popchnął drzwi do jednego z pokojów; ciemne story w oknach nie przepuszczały światła brzasku, ale i tak zdążył dostrzec starszą kobietę, półleżącą na łóżku rehabilitacyjnym. Zamknięte powieki śpiącej czy też nieprzytomnej drgały lekko, ale pozbawiona wyrazu twarz przypominała maskę. Chora nie poruszała ustami, a jednak Adrian słyszał jej głos. Znał go tak dobrze.

…świetnie znalazłeś mnie wreszcie za pierwszym razem się nie udało otumanili cię zerwali połączenie czekałam tak długo nie mam już wiele czasu nie pozwól im bo nigdy się nie dowiesz beze mnie nie zrozumiesz nie cofniesz zmian wyczuwam zakłócenia tamten mataczy myśli że rozumie ale gówno wie uciekaj nie słuchaj go to ona zaimplantowała mu „Manię” on był pierwszy udany uciekaj ja byłam zaraz potem udana przygotowana starannie strzeż się Pawłowicza czwarty pawilon dwanaście przez dwadzieścia pięć podmiejski numer dwadzieścia trzy…

Podmiejski numer dwadzieścia trzy. Czy wciąż przystaje przy nieczynnej już hucie?

– Ma postać katatoniczną. – Słowa Agaty sprawiły, że prawie podskoczył.

Chwilę trwało, zanim pojął, że dziewczyna naprawdę stoi za nim. Że jej głos nie dołączył do chóru, że jest równie prawdziwa jak Mania i Prezes.

– Kto to?

– Moja mama.

Podeszła do leżącej i mechanicznie, bez czułości poprawiła okrywający ją koc. Zerknęła kątem oka na kurtkę Adriana i bez słowa pokręciła głową. Ubrała twarz w ten swój smutny uśmiech, którym obdarzała wszystkich chorych, ale gdy się odwróciła, w jej oczach błyszczały łzy. Adrian uznał to za kolejny omam; przecież w ciemności nie mógł ich widzieć. Dopiero gdy Agata wtuliła się w niego mocno, poczuł na wargach słoną wilgoć jej policzka. Nie uwierzył temu doznaniu; było mniej realne niż tamte, które nie miały miejsca.

Mimo to, otoczył dziewczynę ramionami i przymknął powieki. Czuł niespokojne bicie jej serca, gorący oddech na szyi, ale ani krągłość skrytych pod piżamą pośladków, ani jędrność piersi wyłaniających się spod rozchełstanej koszulki nie zrobiła na nim wrażenia. Prawdziwa Agata nie poruszała go tak, jak ta z halucynacji.

– Zostań… Obiecaj, że będziesz się leczył – szeptała. – Obiecaj, że pójdziesz do Pawłowicza. Zostań… Proszę…

Nie odpowiedział. Mania, jakby zniesmaczona rozgrywającą się na jej zamkniętych oczach łzawą scenką, nuciła jakiś peerelowski, romantyczno-kiczowaty szlagier.

…jak się masz kochanie jak się masz kiedy znowu cię zobaczę co zostało z naszych marzeń…

Panował zwodniczy, nierzeczywisty spokój, ale Adrian wiedział, że to tylko kwestia czasu. Prezes zaraz zacznie kląć; postanowił dobrze wykorzystać ostatnie sekundy ciszy.

– O której odchodzi pierwszy podmiejski numer dwadzieścia trzy? – spytał.

Koniec

Komentarze

Do zmroku pozostało jeszcze kilka godzin i nie nadeszła jeszcze pora

Ciekawe i wciągające, jak zawsze u Ciebie. Pełne rozedrganych myśli, ale niestety – nie wszystko zrozumiałam, a właściwie Ty nie wszystko wyjaśniłaś. Zostawiłaś zbyt otwarte. A właściwie nie wyjaśniłaś niczego: dlaczego eksperymenty, dlaczego słyszy je Adrian, po co to wszystko? I co z tym pawilonem?

Jak dla mnie za dużo niewiadomych. Ale napisane bardzo sugestywnym językiem.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki, Bemik :)

Ano, wszystko przez limit znaków… Znaczy: mam pomysł na dłuższy tekst oparty na tym motywie, obawiam się tylko, że na taką właśnie, dłuższą metę ten rozedrgany bohater byłby zbyt męczący (dla czytelników i dla mnie też). Ale dzięki, że przeczytałaś.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Nie przeszkadza mi, że w opowiadaniu brak policjanta, a fantastyka jest dość specyficzna. Jakkolwiek nie wszystkie poczynania bohatera były dla mnie zupełnie jasne, nie będę powtarzać pytań, które zadała Bemik, ale chętnie poznałabym odpowiedzi na nie.

Mimo wspomnianych niejasność, świetnie napisany Głos Mani uważam za nader satysfakcjonująca lekturę. ;-)

 

Pan prezes. Ciekawa figura. – Czy nie powinno być: Pan Prezes.

 

Nie po­bę­dziesz się mnie, mówi, nigdy, mówi. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy,

No tak, bo policjant policjantem był kiedyś, a fantastyka może dopiero będzie…

Wielkie dzięki za przeczytanie (mam nadzieję, że bez bólu zębów ;)) powyższego tekstu.

P.S. Tylko dwa babole? :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Nic, Marianno, nie bolało. I tak, wypatrzyłam tylko dwa malutkie babolki. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Marianna sama sobie korektę robiła :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Dobra robota, Marianno! Gratuluję! ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sorry, ale ze mnie tuman. Jeszcze jednego babola znalazła mi Bemik. To znaczy że były trzy.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Zdolność do samokrytyki też jest zaletą. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czy ja wiem… W obecnych czasach to raczej tendencja do samochwalstwa jest na fali. W żadnym talentszoł długo bym nie zagrzała miejsca ;)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Dlatego, mając talent, robisz show! Fantastyczny! ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Taaa…

:)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Ależ to pięknie napisane. Łyknęłam zachłannie od pierwszej litery do ostatniej kropki. Narracja płynie gładko, choć bohater rozedrgany, zdania dopieszczone. Szkoda, że urywa się w połowie historii. Proszę o dalszy ciąg.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Myślę, że to bardziej wstęp do opowiadania, niż skończony tekst, ale tak czy inaczej jestem pod wrażeniem – przeczytałam tekst dwa razy, zanim w ogóle zaczęłam pisać ten komentarz. Fantastyki nie widzę ani trochę (co nie jest zarzutem), ale to chyba kwestia interpretacji.

Wspaniale posługujesz się językiem – mam na myśli zarówno opisy (chociaż chwilami jest dla mnie za dużo, ale to kwestia gustu – dorzucę zaraz jakiś przykład), jak i monologi głosów w głowie. Inspirowałaś się czymś (kontaktem z pacjentami, opisem chorób czy choćby filmikami pokazującymi rzeczywistość osób, które słyszą głosy)?

Mam w zasadzie tylko jeden większy znak zapytania. Ten najważniejszy to zachowanie terapeutki prowadzącej grupę wsparcia. Mam wśród bliskich znajomych kilkoro psychologów i nie wyobrażam sobie, żeby zaprosili pacjenta do domu na herbatę. Wydaje mi się, że takie rzeczy są jeśli nie zakazane, to niewskazane, bo zupełnie się zmienia relacja (ale w sumie mogę się mylić).

A w poniższym zdaniu chyba zabrakło jednego słowa:

Pod fałdami zimnego, smaganego deszczem materiału zdawały się pełzać po skórze [jak?] obślizgłe ciała robaków.

i to jest też przykład zdania, w którym dla mnie jest trochę za dużo, za barokowo :-)

 

a tutaj:

Zupełnie jak podczas pierwszego epizodu, spędził noc na pełnej rozterek obserwacji elektronicznego budzika, oczekiwaniu na to, aż jedynka stanie się dwójką, piątka siódemką, a dziewiątka trójką.

nie zrozumiałam, która jest godzina; wszystko mi pasowało aż do tej dziewiątki…

Fleurdelacour.

ano, marzy mi się rozwinięcie tego motywu w kryminał z nienachalnym elementem fantastycznym i political fiction w tle. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na razie się cieszę, że gładko Ci się czytało :)

 

Lola,

inspirowałam się (w różnym stopniu) wszystkim, co wymieniłaś (facet od bromu to autentyk, tylko oczywiście podrasowany dla potrzeb opowiadania). Co do terapeutki – masz absolutną rację, ale założyłam, że a) chłopak przestał chodzić na zajęcia, b) dziewczyna coś tam do niego czuje. Ale przyznaję, że będę musiała to zaproszenie bardziej uwiarygodnić. Dzięki :)

 

Zdanie z robakami – taki był zamysł. Nie fałdy spodni zdawały się pełzać jak robaki, ale chłopakowi zdawało się, że pełzają po nim robaki. Być może niejasne, przyjrzę się temu.

Zdanie z godzinami – też taki był zamysł. Nie chodziło mi o obserwowanie zegara minuta po minucie, ale obserwację, przerywaną momentami półsnu, czyli siłą rzeczy nieciągłą. Coś w ten deseń :)

 

Wielkie dzięki za komentarze :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Melduję, że przeczytałam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Marianno, rozumiem :) Co do zegara, rozumiem zamysł, ale myślałam, że chłopak się budzi, widzi, że jest pierwsza, potem koło drugiej, piąta, siódma… w zasadzie można by już wstać, ale nie, robi się dziewiąta… no i ta trójka mnie wybiła. Chyba sama w półśnie patrzę bardziej na godziny niż minuty i założyłam, że wszyscy tak mają ;-)

Śniąca,

dzięki :)

Lola,

no to ja się przyznam, że bardziej patrzę na godziny w przypadku tradycyjnego zegara – takiego ze wskazówkami. W przypadku cyfrowego to już nie jest takie oczywiste (u mnie:))

Jeszcze raz dzięki za komenty :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Bardzo ciekawy pomysł. Zgodzę się jednak z Bemik, że zabrakło mu zakończenia. Jako czytelnik wolałabym, żebyś plunęła na konkurs i napisała całość historii.

Babska logika rządzi!

Reszta historii właśnie się pisze.

Dzięki :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Co do policjanta i jego pracy, to musze zauważyć, że ex-glina, który nie ma już nic wspólnego z byłą pracą, to trochę mało jak na konkursowe wymogi.

Samo opowiadanie napisane jest wciągająco. Jednak trochę za dużo w nim tajemnic i zagadek, których nie wyjaśniasz, ani nie dajesz nawet wskazówek.

Bardzo chętnie poznam rozbudowaną, nie ograniczoną konkursowym limitem, wersję, gdzie mam nadzieję otrzymać więcej odpowiedzi. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Śniąca :)

Obiecuję napisać równie wciągającą część dalszą.

Pozdrawiam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Tekst jest pokręcony, pełen dwuznaczności, nakładania się wewnętrznego świata bohatera z rzeczywistością i tajemnic - dokładnie tak jak lubię! Nie jestem pewna, czy do końca zrozumiałam wszystkie smaczki, ale historia wciągnęła mnie na tyle, że zamiast końcowego wrażenia w stylu “​kurde, nic nie rozumiem", doświadczyłam raczej uczucia z rodzaju “łał! nic nie rozumiem” :D

“Głos Mani” jest bardziej częścią jakiejś większej całości, ale nie przeszkadza to w czytaniu. Mam nadzieję, Marianno, że rozwiniesz to w większą historię!​

Hmm... Dlaczego?

 

Rozwijam, rozwijam. Już prawie kończę rozwijać :)

Dzięki, Drewian :)

 

 

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

 Żur jest dobry, taki porządny rasowy bej ze schizofrenią ;d

Dobre naturalne bluzgi, udane odwzorowanie problemu.

Na koniec wydało mi się (i liczyłem, że tak będzie), że w istocie jedynie Adrian jest w tym opowiadaniu realnym wariatem, cała reszta – Prezes, żury z budowy, gadająca Mania i tak dalej to jego wymysł; polityk może i był prawdziwy, ale cała obudowa tego polityka to już fiksacja Adriana, a kobieta dlatego się nim opiekuje, że to jej mąż/były chłopak; któremu palma odwaliła z uwagi na jakąś traumatyczną interwencję – ale to chyba będzie trochę naciągana interpretacja ; )

Historia i styl opowieści są na tyle ciekawe, że również czekam na kontynuację.

 

W kontekście konkursu natomiast niestety muszę zauważyć, że Policjanta jak na lekarstwo. Bohater może i kiedyś był funkcjonariuszem, ale dla bieżącej fabuły nie ma to chyba większego znaczenia ; P

 

I po co to było?

No i biblio jako nagroda specjalna : P

I po co to było?

Wielkie dzięki, syf.ie :)

Właśnie się zastanawiałam, co to za magiczne wyróżnienie i teraz już wiem :)

 

Policjanta nie ma za dużo, liczyłam się z tym, że w konkursie raczej nie powalczę, ale warto było. Twoje spostrzeżenie, że udało mi się stworzyć wiarygodny żulerski klimat, z językiem włącznie – jest dla mnie jak nagroda główna :)

 

Z tego co wymieniłeś – nie, nie poszłam tym szlakiem. “Realnych wariatów” będzie więcej. Miałam nawet ochotę uczynić z Adriana jedynego normalnego, ale w końcu nie poszłam w aż taki hardcore. Ale traumatyczna interwencja – tu trafiasz jak najbardziej.

Pozdrawiam:)

 

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Czytałam z zachwytem. Aż do końca i zrobiło mi się przykro, że to już wszystko. Za dużo nie zrozumiałam, ale to faktycznie może wina limitu. Mam nadzieję, że rozwiniesz historię, bo mnie bardzo się podobał ten pokręcony bohater. Tylko szkoda, że tak mało się wyjaśniło. Czekam na dalszy ciąg. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiana,

 wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz :)

 

Kurcze blade, tyle osób chciałoby zapoznać się z kontynuacją, że zaczynam się bać, czy sprostam wyzwaniu…

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Ej, teraz już nie odpuszczaj! ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

+ Bardzo udane opisy “głosów w głowie”, byłem pod wrażeniem. Opisy relacji bohatera z żulami też dość przekonujące.

– Zabrakło odkrycia choćby jednej karty przed czytelnikiem w końcówce. Czytało się naprawdę nieźle, ale nie da się ukryć, że tekst tego rodzaju nie zalicza się do szczególnie lekkich. Tym bardziej wskazane byłoby, żeby jednak wyciągnąć pomocną dłoń do odbiorcy w ostatnich zdaniach. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za wizytę, Navaz.

 

W kontynuacji wyjaśniam trochę więcej. Chyba powinnam ten oznaczyć tekst jako “Fragment“, żeby być w porządku wobec czytelnika, tak na wypadek, gdyby jeszcze jakiś się tu pojawił :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Dzięki za wizytę, Nevaz. ;P

 

A gdzie jest kontynuacja? Nie miałem pojęcia, że takowa istnieje : >.

Przy okazji chciałbym Cię jeszcze pochwalić za relacje damsko-męskie. W moim odczuciu wyszły tu całkiem naturalnie. 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ups! Ale wtopa… Oczywiście, dzięki Nevaz.

Sorry za nie tę literkę :)

Kontynuacja na razie u mnie na dysku, to skąd miałeś wiedzieć :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

:D

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, Anet :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Nowa Fantastyka