- Opowiadanie: Mały Słowik - Skoczek

Skoczek

Limit atakował jak wściekły pitbull. Dopiero jak rzuciłem kilka ochłapów, to się odczepił.

Odnoszę wrażenie, że lepsza byłaby narracja trzecioosobowa. Nic, stało się.

Fizyka trochę na wyrost.

Miłego czytania.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

bemik, Finkla, śniąca

Oceny

Skoczek

Kiedy przychodzą do ciebie w szarych płaszczach, wiesz, że ktoś zadecydował za wszystkich.

Wyszli spomiędzy tłumu otaczającego teren kwarantanny, wyglądali jak krew wypływająca z rany. Paskudna bezbarwność pośrodku malarskiego szaleństwa. Krzyczałem, że nie wolno, że jeszcze nie dorwałem sukinsyna, że niebezpiecznie i już przecież wychodzę. Patrzyłem na nich bezradnie, a oni po prostu wręczyli mi kopertę.

Beżową, pachnącą gorącym papierem kopertę. Wiem, że miałem coś złego w oczach, ale nie zareagowali, nie powiedzieli nic. Nie byłem pierwszym, któremu przekazali rozkaz z góry.

Kiedy przychodzą, rzucasz wszystko, przerywasz każdą robotę, czy zabawę. Wyskakujesz z łóżka, kapci, ogrodniczek, czy kabiny operatora dźwigu. Czasami musisz zostawić za sobą najgroźniejszy gatunek przestępcy nowego świata. Nie domykasz sprawy, nad którą pracowały setki, a tysiące wmieszało się przypadkiem.

Wiesz, że przyjdzie ktoś inny, uspokajają cię, że wszystko będzie w porządku, że złapią go. Możesz patrzeć bezradnie, niewiele więcej. Wiedzą, że to już osobiste. Kiedy tylko przekroczysz linię tłumu, wejdziesz w jego świat, porozmawiasz ze skoczkiem, sprawa staje się częścią ciebie. Pierwsza linia, front psychologicznej wojny. Szaleństwo, które próbuje w tobie zasiać.

Wtedy właśnie przyszli. Wtedy mnie zabrali. Tak działają słowa warszawskich Profetów. Wyczytane w Strukturze, zapisane na miękkim papierze.

 

***

 

Mieli wygodny samochód. Bodajże nowy model syrenki, wersja postrewolucyjna. Patriotyczny stempel na wizerunku organizacji. Podobno, dawniej to my mogliśmy stanąć ponad prawem, kiedy nikt nie patrzył. Im nie przeszkadzają nawet oczy szeroko otwarte.

Nie rozpieczętowałem jeszcze koperty, ale wiedziałem, dokąd mnie wiozą. Wjechaliśmy na główną autostradę do Wrocławia. Darmowa wycieczka z półmilionowego wypizdowa do prawdziwej metropolii. Nadmiar szczęścia leczyłem papierosem; dym pachniał słodko, cynamonem. Nie podobało im się.

– Skóra łatwo nasiąka – mówił kierowca. Spoglądał na mnie co kilka chwil, nie krył się z tym. Miał czas, uroki autostrady. – Nie żeby cynamon był zły, naprawdę dobry wybór, ale mimo wszystko, mimo wszystko.

W lusterku dostrzegał głębokie, brązowe oczy, chłodne jak mrożona kawa. Ja widziałem jego zieleń, śliski jadeit pewności siebie. Tam można zrozumieć najwięcej, dlatego obaj nie spieszyliśmy się, żaden nie opuszczał gardy.

– Kolega chciał powiedzieć, że to kwestia wyboru – wtrącił się drugi, siedzący również z przodu. Nie potrafiłem przypomnieć sobie, bym kiedykolwiek jeździł na tylnym. Widok przez szybę zdawał się przez to inny, obcy. Perspektywa. – Nie lubi, gdy ktoś decyduje za niego. Nawet, jeśli ten wybór wpisuje się w jego gusta.

– Wybór to musi być ciekawy temat dla ludzi Profetów. Jak wygląda filozofia w miejscu, gdzie Struktura decyduje za wszystkich?

Wymienili między sobą uśmiechy. Nie szydercze, nie nerwowe, czy wypracowane. Smutne, jak błękitne oczy drugiego mężczyzny.

Zgasiłem papierosa.

 

***

 

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, poczułem się niewpasowany w rzeczywistość. Przywitali mnie ludzie w ciemnogranatowych mundurach, służby kordonowe i kilku detektywów wyrwanych z noirowskiego komiksu. Zebraliśmy się między blokami, na pustej, wyłożonej kostką ulicy odgrodzonej od miasta pancernymi wozami. Szare Płaszcze stanęły kawałek dalej, jakby nie chcąc uczestniczyć w rozmowie. Słuchający wszystkiego pozoranci.

– Rozumiemy, że wie pan już, po co został przysłany? – zapytał jeden z detektywów, brunet o szorstkim spojrzeniu, lustrującym otoczenie spod nieadekwatnie dużego kapelusza.

W jednej chwili przypomniałem sobie o kopercie, której nawet nie rozpieczętowałem. Była dla mnie bez znaczenia. Znajomość przyszłości nie zawsze pozwala na zmianę. Nie, kiedy przemówiła Struktura. Prasa lubiła tematy współczesnych Edypów, a moje nazwisko nieszczególnie pasowało do nagłówków tabloidów. Skrajny patriotyzm, który dawniej uratował państwo, teraz kąsał moje kości.

Uśmiechnąłem się beznamiętnie, sięgając do kieszeni czerwonej bluzy. Koperta była pomięta, mapa tras wyznaczonych przez nieświadome palce. Zapach papieru nieco wyblakł, unosił się teraz w powietrzu jak żółć.

– Naprawdę? – ponownie zapytał detektyw. – I ten facet ma mnie zastąpić?

Czyli policjant, wydział łowców, kolega po fachu. Zdecydowanie zbyt narwany, co może kiedyś zaboleć, bardzo, bardzo mocno. Domyślałem się już, o co chodzi. Rozumiałem faceta, był w identycznej co ja sytuacji. Musiał porzucić swojego skoczka, odejść z bliznami, których nie pomści.

List napisano odręcznie, na papierze dużo sztywniejszym niż sama koperta. Ostatni raz dotykałem takiego w dzieciństwie, w bibliotece, której już nie ma. Została po niej tylko wirtualna dusza, co jakiś czas wypluwająca promocje przestarzałych e-książek.

Jeden, szybki ruch dłoni.

 

Szanowny pan Tomasz Blumenkranz,

Skoczek. Wrocław. Most Uniwersytecki. Ossolineum. Ratusz.

Zmieni się świat.

 

Podpisano: Warszawa

 

Coś mnie ukłuło. Smakowało jak rozczarowanie. Wiedziałem, że to moja wina, zbyt rozbudowane wyobrażenie, gra tajemnicy i zapach papieru. List przypominał bardziej telegram, nic konkretnego. Szybkie słowa i duże obietnice, jak kampania wyborcza. Kogo chcieli przekonać?

– Czyli wszystko jasne? – ocucił mnie poirytowany głos bruneta.

– Kim on jest? – odpowiadam pytaniem, przerzucając ciężar rozmowy. Zauważył to, rozluźnił się nieco. Znaczy, też czuł dyskomfort.

– Brajan Mazurski. – Spojrzał na ekran tabletu wyciągniętego z głębokiej kieszeni płaszcza. Zmieściłby tam segregator. – Rozpoznał go jakiś stary znajomy. Brak pewności co do danych, równie dobrze może być to jego brat, Tymian. Fantazyjne imię, prawda?

– Prawda. Tylko skąd brak pewności? Teraz kamery patrzą nawet znad sedesu, a tutaj wątpliwości? Bliźniaki?

– Nie, ale podobni. Naszych też zaskoczyło, że nie potrafią znaleźć żadnych zdjęć, poza przeterminowanymi o jakieś osiemnaście lat. Jeden miał roczek, drugi dwa. Patologiczna rodzina, co trochę wyjaśnia sprawę. Puste profile społecznościowe, nie wymieniali się zdjęciami nawet w prywatnych korespondencjach.

– Dotarliście do kogoś?

Wkładam papierosa do popękanych od gryzienia ust. Zaciągam się, puszczając jednocześnie oczko do Szarych Płaszczy. Udali, że nie widzą. Fałszywe twarze.

– Wszyscy jak kamień w wodę, poza ojcem.

– Co z nim?

– Możecie sobie pogadać – uśmiechnął się. – Umów się ze spirytystą na pobliskim cmentarzu.

– Kamery z cmentarza przebadane? Pewnie odwiedzali grób.

– Sam sprawdzałem – odparł, wyraźnie zawiedziony, że żart nie chwycił. – Pusto.

– Pokaż ich zdjęcia.

Obudowa tabletu raziła chłodem. Żadnego zapachu, żadnych wrażeń empirycznych, poza zimnem i zbyt jaskrawym blaskiem wyświetlacza. Śmierć dla zmysłów.

Na pierwszy rzut oka identyczni. Kilka drobnych różnic, jak układ pieprzyków na lewym ramieniu i ślad po dziwnym cięciu tuż nad pachwiną jednego z bobasów, kręgi gaszonych niedopałków na udzie drugiego.

– Ten po lewej – wskazał palcem, jakby nie będąc pewnym, czy mam prawo jazdy – to Brajan. Wielokrotnie spisywany za drobne wykroczenia, ale jeszcze przed wprowadzeniem kamer dla dzielnicowych. Niefortunnie, bardzo niefortunnie. Podobno lubił wypić. Kilku znajomych w szkole, opisali go jako dość impulsywnego. Nie był na żadnym ze zdjęć klasowych, czy na imprezach. Generalnie, rzadko bywał w szkole w ogóle.

– Ogień w oczach – wypaliłem odruchowo, kiedy papieros wypadł mi spomiędzy palców. Wczesny Parkinson, powoli przestaję kontrolować własne ruchy. Nic nie boli bardziej niż świadomość, że będzie tylko gorzej.

– Co mówisz?

– Nic takiego. Kontynuuj.

Spojrzał na mnie dziwnie. Usłyszał, co powiedziałem, ale nie pasowało mu żadne wyjaśnienie. Lepsza pustka niż pytanie.

– Po prawej Tymian. O tym danych jeszcze mniej. Cichy i spokojny, podobno. Klasowy prymus, ale nie przychodził odbierać nagród. Kalkulatory jeszcze leżą u dyrektora. Nic się w edukacji nie zmieniło.

– Ocean – dodałem, szeptem prawie. Nie zwracał już uwagi, co mamroczę pod nosem.

– To wygląda trochę, jakby unikali aparatów, ale podobno w ich zachowaniu nie było nic niezwykłego. Zdarzają się takie przypadki. Bóg jeden wie, co mieli w domu. Myślisz, że to powiązane?

– Zostanie skoczkiem i trauma? Statystycznie nie wypada odpowiednio przekonująco. Brak stu procent to doskonały dowód na nic.

Klepnąłem go w ramię i skinąłem, żebyśmy przesunęli się kawałek dalej. Szare Płaszcze kłóciły się z kordonowymi. Nic wyjątkowego, nikogo nie bawi ingerencja sił wyższych. Tak mówią w e-zinach, a tam prawdę się wytwarza.

Spojrzeliśmy po sobie, na chłodno, bez niepotrzebnych nerwów.

– Bardzo? – zapytałem.

– Gorzej. Dobrze wybrał teren; rynek to zabytek, pełno restrykcji co do kamer. Nie znalazłem go, ani razu. Nie odezwał się do mnie, nie próbował pozbyć. Jakby go w ogóle tam nie było.

– Czyli nawet się nie spotkaliście?

Zaprzeczył, niespiesznie, jakby próbował sobie coś przypomnieć. Tkwiło głęboko, rwało głowę do góry. Wtedy poprosiłem o zdjęcia rodziców.

 

***

 

– Masz podobne oczy – powiedziałem, kiedy wiatr próbował przepchać most przez rzekę. Żałowałem tenisówek. W metropoliach żywioł zdaje się agresywniejszy.

– Że ja?

– Tak. Spokojny błękit, jakby nie było nic poza. Można w nim topić ludzi, pewnie ci się zdarzało. Ale nie o kolor chodzi, bo ten może się zmienić z wiekiem. Tymian to miał. Miał ocean.

Stałem z Szarymi Płaszczami, tuż przed kordonem. Za nami; setki ludzi ustawionych wężykiem, wzdłuż barierek ogradzających rzekę. Przed nami; gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego. Było jeszcze jasno, ale włączono światła liżące ściany od dołu, przemykające między oknami. Nad ciemnym dachem, w sztucznym blasku lewitowała wieża matematyczna, a wszystko to odbijało się w tafli wody. Nałożony pręgami krem, pomięty jak kartka papieru.

– Jak ich łapiecie?

Spodziewałem się pytania. Każdy je zadaje, jak tylko dowie się, co robię w życiu. Przez mgłę zawsze dostrzega się fantastyczne kształty. Wytrzymali długo; w syrence pozwolili mi bić się z myślami, wiedzieli, że potrzebuję czasu.

– Znacie teorię kwantową?

– Zaczynasz z grubej rury – roześmiali się.

– To dobrze, że nie znacie, bo na jej podstawie buduje się obraz skoczka, ale jednocześnie przeszkadza w ujęciu ogólnym. Tak się dzieje, kiedy próbujemy coś spasować. Kiedy kształtem nie mieści się w sztywnych ramach, ludzie próbują ucinać krawędzie.

– Aż wejdzie!

– Aż wejdzie. No więc, słuchajcie – mówiłem, odpalając kolejnego papierosa. Czułem, że drżenie dłoni nawraca, musiałem się ratować, wypalać nadpobudliwe nerwy. Parkinson czaił się za rogiem, złośliwy sukinsyn. – Całość jest prosta, kiedy potrafisz uwierzyć w absurd.

Robię krok w tył i jeszcze jeden, do przodu. Sprawdzam, czy nie zastałem się zbytnio na wietrze. W uszach szum.

– Tak jak stoję przed wami, widzicie mnie, prawda? Jasne, że widzicie. A teraz, skąd macie pewność, że jestem tutaj, kiedy nie patrzycie?

– Mogę cię dotknąć.

– Tak, zgadza się. To jest obserwacja, narzędzie. Empiryczny dowód. Ale kiedy nie sprawdzacie, skąd wiecie, że tu stoję?

– Mogłeś się przesunąć. Czy daleko, to już zależy jak szybko biegasz.

– Jasne, że mogłem. Zatem jeśli nie obserwujecie, że tu jestem, to mnie nie ma.

– Albo jesteś.

– Albo jestem. Rzeczywistość utrwala się pod spojrzeniem obserwatora. Wywołuje jak zdjęcia w starych aparatach, gdzie musisz chuchnąć i dmuchnąć, wpłynąć jakoś na obiekt, inaczej nie wiesz, jak to wygląda. Tak działa świat mikroskopowy. Skoczkowie podobnie, ale skala jest już inna i możliwości znacznie bardziej przerażające.

– Wy tam chyba w tej policji dużo studiujecie.

– Nie, sprawdzamy empirycznie – uśmiechnąłem się ciepło. Zaczynałem ich lubić. Zwykli ludzie na niezwykłych łańcuchach.

– Czyli, jak go znajdziecie, to po prostu pakujecie w kajdanki i pod stały nadzór?

– Tutaj podobieństwa się kończą. Skoczkowie nie mogą być jak mgła, nie mogą być wszędzie, bo to nie ziarenka materii, a całe ich worki. Mają centrum, wokół którego orbitują. Moim zadaniem jest znalezienie źródła, właściwej wersji, nie odbitek od oryginału.

Wskazuję przed siebie. Gdzieś między zdobienia uniwersyteckiej bramy, prowadzącej prosto na rynek.

– On gdzieś tam jest. W tej chwili, wszędzie. Moja robota polega na tym, żeby był w jednym miejscu.

– Ale co, kiedy znajdziesz kopię i zostawisz pod obserwacją. Nie możesz znaleźć oryginału?

Wspomnienia wykrzywiają mi usta bardziej niż choroba. Kiedy się zastanowić, to wielu nie panuje nad swoimi odruchami, nawet będąc zdrowym. Na tym właśnie polega dolegliwość, że nie mam wyboru. Jest jak miękka koperta z rąk warszawskich Profetów.

– Mogę. Nazywamy to spięciem. Tak zabija się skoczków.

 

***

 

Skoczkowie zaczęli pojawiać się dokładnie wtedy, kiedy powiedziano, że policja stała się zbędna. Nowy wymiar przestępczości rozkwitły na trupie poprzedniego, jakby świat nie akceptował siebie bez ciemnych odcieni.

Wszechobecne kamery stawiały dla zła kolejne granice. Wolność w zamian za bezpieczeństwo, jedna czerń za drugą. W grze był ten, kto potrafił przeskakiwać szlabany. Tak powstają dewiacje rzeczywistości. Tak rodzą się skoczkowie.

W branży klasyfikowaliśmy ich podług terytorium, w jakim mogli się przemieszczać, licząc odległość od oryginału. Największy do tej pory kordon postawiono w dwudziestym piątym, w Warszawie, prawie trzy hektary budynków. Teraz mówi się, że nie znano jeszcze dobrych metod, stąd tak rozległa przestrzeń. Prawdą jest jednak, że tamten skoczek wykończył tuzin policjantów i trzy razy tyle cywilów, nim doszło do spięcia.

Tym bardziej zdziwiłem się, że tutaj kordonem objęto cały rynek. Około trzy i pół hektara kulturowej spuścizny narodu. Człowiek, którego szukałem, wyskakiwał poza skalę. Bardziej zachowaniem, niż możliwościami. Nie wziął zakładników, pozwolił wyprowadzić ludzi. Wszystko w ciszy, jak nigdy wcześniej.

– Od teraz masz dodatkowe kilka par oczu – zatrzeszczał kobiecy głos w słuchawce. Nie chciałem bezprzewodowej, więc kabel bujał się przy kapturze. – Uważaj, żeby nie zasłaniać żadnej z kamer. Naciągnij trochę kaptur.

 

Idąc mostem, przypominałem sobie ich twarze. Widziałem, jak traciły wyraz w momencie spięcia. Nagła pustka w spojrzeniu i bezwładny upadek na ziemię. W jednej sekundzie, jakby ktoś zdmuchnął płomień świecy. Myślę o tym, kiedy chcę opanować drżenie dłoni. Zwalczaj ogień ogniem, mówili. Przez to, chociaż wszędzie płomienie, stawałem się coraz zimniejszy.

Szare Płaszcze odprowadzały mnie wzrokiem; policjanta w tenisówkach i czerwonej bluzie. Marsz w stronę słońca zamykającego dzień. Woda pięknie iskrzyła, zapaliły się latarnie, a wiatr idący brzegami Odry od samego morza, przycichł. Świat chciał tej rozmowy. 

­– Masz oczy po matce! – krzyknąłem, łapiąc chwilę.

Odpowiedziała cisza, dlatego wiedziałem, że słucha. Mógł, więc to robił. Kwestią było tylko, czy to, co słyszy, wywołuje emocje. – I włosy po ojcu!

Wtedy odpowiedział, gdzieś między kolejnymi podmuchami wiatru, między szumem wody uderzającej o brzegi koryta. Krótkie, cięte nie, na granicy rzeczywistości. Mógł być wszędzie, za którymś ze słupów, pod mostem, za murkiem ogradzającym drugą stronę rzeki; w każdym z tych miejsc jednocześnie. Wiedziałem, jak z nim rozmawiać, bo miał znajomy ocean. Nie chciał zabijać.

– Mogę ci pomóc!

Cień mignął w bramie uniwersyteckiej. Być może był to ptak; przesiadywały na rynku ławicami, że zrywając się w jednym czasie, przykrywały niebo. Wróble i gołębie, tłuste i ociężałe. Odbicie społeczeństwa.

Wchodziłem do tunelu jako czterogłowy Światowid, z głosami płynącymi w słuchawkach. Bali się o mnie. Czułem ich troskę, mimo że poznałem tych ludzi ledwie kilka godzin temu. Teraz dopiero zauważyłem, że człowiek o jadeitowych oczach ma równie zieloną barwę słów.

Na ujściu korytarza czekała choinka ułożona ze starych abażurów, pozostałość po świętach bożego narodzenia. Z pięknie zdobionej fontanny zerkały marmurowe kobiety, oplatające ramionami cokół, z którego kolejny raz uciekł wrocławski szermierz. Mówi się, że w przerwach od pozowania chadza ze studentami na piwo.

– Uliczka z lewej – usłyszałem jadeitowego. – Szedł między budynkami. Czarna kurtka, chyba skóra. Ćwieki na ramionach.

– Jeśli zniknął z kamery, to pewnie już go tam nie ma – mówię, mimo wszystko skręcając we wskazaną uliczkę. Po bokach rosły stare mury, oplecione teraz bluszczem liżącym parapety pierwszych okien. Tak rodziła się czyjaś artystyczna wizja.

– Albo właśnie jest.

– Albo jest – uśmiechnąłem się, dumny. – Bardziej, niż gdziekolwiek indziej. Dobrze, że słuchaliście.

Kawałek dalej, kolejny zakręt, wąska, brukowana uliczka. Było pusto, jak nigdy wcześniej. Zawsze gwarny, pełen osobliwości rynek, teraz zdawał się martwym. Nie było ludzi rozmawiających na balkonach i przeciskania się wśród tłumu; spokój, nadmorski kurort poza sezonem. Kamienne ściany bez swoich architektów.

Kątem oka dostrzegłem, jak mężczyzna znika w furtce prowadzącej za mur. Rzeczywiście, ćwiekowana kurtka. Nie pasowało to do profilu Tymiana. Mogłem się pomylić.  

Za furtką: Ogród barokowy Ossolineum. Zaczynałem rozumieć.

Niewielki placyk, zabudowany białym murem ścian i czerwienią dachówek, o który opierały się cienie cisów i bukszpanów. Zieleń traw i niewysokich krzewów rozrysowano geometrycznymi figurami, na brzegach których wpasowano ścieżki z jasnego kamienia. W uciętych ćwierć-kołami rogach ustawiono lampy, w tej chwili nierozpalone. Nie miał kto pobudzić ich do życia.

Skoczek stał pośrodku, tak, że nie widziałem twarzy. Przypatrywał się posągowi.

– Do nieba patrzysz w górę – powiedział szklanym głosem, po którym ześlizgiwały się zmysły – a nie spojrzysz w siebie. Nie znajdzie Boga, kto go szuka tylko w niebie.

– Johannes Sheffler, Anioł Ślązak – wszedłem w rozmowę, wbrew rozgorączkowanym słowom szeleszczącym w słuchawce.

Wykonany z brązu posąg stał na udekorowanym cytatem piedestale, wspólnie sięgając wysokości trzech metrów. Przedstawiał człowieka rosnącego ku chmurom, ze skrzydłami jakby dopiero pączkującymi, jednym od ramienia, drugim od serca.

– Czy sztukę można samemu interpretować? – pyta, wciąż nie obróciwszy się w moją stronę.

– Myślę, że nawet należy.

– Bo mówią, że skrzydła mu wyrastają. Od serca, to byłoby rzeczywiście bardzo symboliczne.

Przerwał na chwilę, jakby stracił zainteresowanie, bądź przebywał gdzie indziej. Nie wiem zbyt wiele o podzielności uwagi skoczków. To zupełnie inny wymiar doświadczania rzeczywistości, co sprawia, że w gruncie rzeczy nie poczuwam się do rozumienia ich w żadnym aspekcie. Mogę tylko interpretować czynnik ludzki.

– Tyle, że ja widzę, jak są złamane, urwane, rozszarpane jak płótno, z piórami rozczapierzonymi jak po huraganie. Ja widzę, jak patrzy przykro, bo bez wyrazu, a ból tam właśnie jest, w tych nieokazanych emocjach. Widzę człowieka złamanego, który nie wzniesie się już do nieba.

Obrócił się, spojrzał na mnie. Nie badał wzrokiem, bo zrobił to wcześniej, zapewne niejednokrotnie. Niełatwo jest powstrzymać się przed takimi możliwościami. Pochłonął mnie ogień w jego oczach. Płomienie lizały ciepłem, nie parzyły.

– Dlatego właśnie lubię ten cytat. Doskonale pasuje do rzeźby. Myślę jednak, że powinna stać w Warszawie.

– Dlaczego?

– Ze względu na historię – zamyślił się, prawie niedostrzegalnie. Wszelkie idee przeskakiwały po źrenicach wyjątkowo szybko. – I dlatego, że mógłbym częściej go odwiedzać.

– Co przez to…

Przerwałem, bo w słuchawkach padła komenda, której się nie spodziewałem. Powinienem był, bo to przecież nieodłączna część tej pracy, jedno z dwóch możliwych wyjść, a większość skoczków aspiruje, by myśleć o nich w tych właśnie kategoriach. Teraz jednak, kiedy usłyszałem rozkaz, poczułem jak coś pęka. Trzask odegrał obrzydliwą symfonię między ścianami czaszki, nim odzyskałem zdolność sięgnięcia do kabury.

– Nie powinieneś tego robić – powiedział, uśmiechając się.

– Wiesz, że muszę.

– Ja nie o tym. Chodzi o palenie. Tym sobie nie pomożesz, to nawet nie działa. Wmawiasz sobie. Są gorsze rzeczy, niż przypadkowy ruch dłoni.

Wtedy właśnie, jakby dla zaprzeczenia postawionych słów, broń wypaliła.

Upadł, wciąż uśmiechnięty. Nie byłem w stanie określić, czy pociągnąłem za spust sam, czy pomogła mi w tym choroba. W obu przypadkach, w kącikach ust pojawiał się paskudny niesmak, rozlewało coś zgniłego. Ponownie, wybór nie miał znaczenia.

– Dobra robota – znów kobiecy głos w słuchawce. – Praca jest praca.

– O czym on mówił, na końcu? – zapytał jadeitowy.

– Chciał mi obrzydzić homeopatyczne walory palenia – odpowiedziałem szybką, gotową na takie okazje formułką. – Widocznie martwi go mój tryb życia.

– To urocze – zaśmiała się, kobieta, której imienia nie znałem. Szare Płaszcze nie zareagowały. Nic nie szkodzi.

Kiedyś i tak wyjdzie na jaw. W pracy zauważą, jak rzadko mrugam, jak nienaturalnie zaczynam wypinać klatkę piersiową. Pewnego razu nie uda mi się oszukać kontroli, spojrzeć w oczy lekarza i skłamać po raz kolejny. To będzie pierwszy dzień emerytury beznadziejnej jak drogie restauracje; zapracowanej po to tylko, by nawet się nie najeść. Kolejna z wielu, śmierć dla zmysłów, od której bardziej boję się tylko śliniaczka. Koło życia.

­– Rozstaw kamery – instruuje kobieta, jakbym nie robił tego już setki razy. Doskonały materiał na żonę. – Tylko pamiętaj, żeby ogarniały wszystkie kąty. Nie chcielibyśmy, żeby, ot tak, je sobie zdjął.

– Skąd wiesz, że to kopia?

Dziwiłem się, że pytania zadawał tylko jadeitowy. Może tak powinno być, może w błękitnych oczach drugiego było coś więcej niż spokój, jakaś obojętność.

– Po reakcji na podniesioną broń, po braku cienia, zwykle przemykającego wtedy pod powiekami. Nie ma szaleńca, który by się w ten sposób nie zdradził.

– Nie wszyscy boją się śmierci.

– To nie zawsze musi być strach. Czasem to radość, zdziwienie, niedowierzanie. Zmiana, najważniejsza jest zmiana. Tak się patrzy na ludzi. Patrzy się przez zasłony sekund, zanim ci zdołają opanować ciało.

Moje kurtyny, pomyślałem wtedy, stają się coraz dłuższe. Smak cynamonu neutralizuje podobne myśli.

Wiedziałem, dokąd iść, żeby zakończyć sprawę. Powiedziano mi.

 

***

 

Na stolikach restauracji wciąż stygły zamówione potrawy, a porozrzucane krzesła świadczyły o wielkim pośpiechu. Całość zatrzymała się w czasie, i tylko niebo zmieniło filtr na nieco ciemniejszy.

Było tak cicho, że wyraźnie słyszałem własne kroki, odbijane echem od brukowej kostki, a między nimi, szmer słów; cichych i niewyraźnych, głosu przytłumionego grubą warstwą ziemi. Mówił z dołu, z tuneli. Rozumiałem tylko w tych krótkich chwilach, kiedy mijałem zapieczętowane przejścia do wrocławskich podziemi.

– Nie wie pan nawet, w jakim celu został przysłany. To straszne, jak odhacza puste słowa Profetów. Skreśla podpunkty, jak listę zakupów, nawet nie chcąc sprawdzić, co może być pomiędzy.

– Ich słowa to przyszłość. Struktura się nie myli, to potwierdzone. Mnie natomiast, tęskno do domu.

Ponownie sięgam po paczkę papierosów. Straszne, w jak szybkim tempie wypalam kolejne, lecąc chyba na rekord. Palce napotykają pustkę, koniec kompetycji. Kwituję to głośnym przekleństwem. W słuchawkach pocieszają, że za kordonem zatrzymają całą ciężarówkę, jeśli będzie trzeba.

Chwila ciszy, interwał pomiędzy kolejnymi włazami. Napawam oczy widokiem pustego Wrocławia, bez jednej duszy. Niewielu było szczęściarzy mogących spojrzeć na miasto od tej strony. Nie ma już godzin, w których zamierałoby choćby na chwilę.

Mijam kolejne banki i apteki wtopione wizualnie w rzędy kamieniczek; wielopiętrowe księgarnie i ustrojone na wszelką modłę restauracje i fastfoody, bary ze striptizem i alkoholem. Człowiek mógłby żyć tutaj gruby i szczęśliwy, gdyby tylko miał pieniądze.

– A co pan wie – głos z podziemi informuje, że mijam kolejne zejście – o Profetach, poza tym, co wylądowało na czołówkach gazet? Co powiedziano o nich więcej, niż wyczytał pan w pracach naukowych, cenzurowanych jak komunistyczne wiersze.

– Więcej mi nie potrzeba. Ja mam obowiązki, oni mają swoje. Nikomu źle nie jest.

– A co, gdybym panu powiedział, że oni odczytują wiele przyszłości jednocześnie?

– Uznałbym, że nie potrafię się rozdzielić na kilka przyszłości jednocześnie.

Kolejny interwał. Dostrzegam już smukłą wieżę ratusza, rozmazaną w ostatnich promykach słońca. Im bliżej jestem, tym więcej z jego dachów wyrasta metalowych krzyży, spiętych razem w gęstwinę krat.

Daleko przed sobą, na horyzoncie poprowadzonej zupełnie prosto alejki, dostrzegam kordon ludzi. Drugi kraniec pola bitwy. Nie wiedziałem, w którym punkcie pojedynku jestem. Słowa Profetów urywały się na obietnicy zmiany świata, bez żadnej wzmianki o samej naturze metamorfozy. Nie spodziewałem się motyla.

– Czy gdyby przyszłość była jedna, musieliby wysłać po pana swoich ludzi? – usłyszałem pytanie tak wyraźnie, jakby stał tuż za mną, jednak głosy w słuchawce milczały. – Panie Blumenkranz, na pana oczach popychają do przodu jedną z rzeczywistości. Taką, która im najbardziej odpowiada. Teraz pytanie, czy pana interesy są zbieżne z interesami Profetów? Czy Profeci, w jakiejkolwiek z wyobrażalnych dla pana rzeczywistości, potrafią przejmować się, czy usiądzie pan jeszcze w ulubionym fotelu, albo zje gorący posiłek po długim dniu pracy?

– Nie wiem, Brajanie.

Kolejna chwila ciszy, ale tym razem z innego powodu. Mijałem kolejny, ostatni już właz na drodze do ratusza. Tuż przed granicą słyszalności, odezwał się ponownie.

– Brajan panu pokaże. A potem odegramy hejnał.

 

Stałem przed otwartymi, żelaznymi drzwiami, których jęk rozlegał się na wietrze.

 

***

 

– Wyłączcie kamery – powiedziałem w ciemności, stawiając ostrożne kroki na stopniach schodów. – Te w ogrodzie też. Chcę z nim porozmawiać.

– Nie ma takiej możliwości – syczy jadeitowy głos, z którego uleciała pewność siebie. Był zbyt daleko, by sięgnąć do mnie pięścią. – To jest rozkaz. Wywołaj spięcie i po wszystkim. Odwieziemy cię do domu, z zapasem cameli na dwie następne dekady.

– To byłaby opcja, wybrać raka z własnej woli. Dobra, beznadziejna decyzja. Powiedziałem, wyłączcie kamery.

Nie odpowiadali. Mijałem pierwsze plątaniny mechanizmów zegarowych i koniuszek języka mosiężnego dzwonu, wstawionego całkiem niedawno. Do szczytu pozostało kilka kroków, zatrzymałem się.

– Wyłączyliśmy kamery – odezwał się drugi z Szarych Płaszczy, pierwszy raz od mojego wejścia wewnątrz kordonu. Nie miał w sobie smutku, jaki wyczytałem podczas jazdy syrenką. Kłamał.

– Nieprawda.

Zacząłem ściągać bluzę, na co zareagowali żywiołowo. Zagrozili konsekwencjami. Odłączyłem słuchawki, a sam telefon wyciszyłem. Upewniłem się, że żadna z kamer nie zaplątała się w materiał koszuli. Czułem, że mogę popełniać błąd, ale nie ciążyła mi jego waga.

Zamknąłem oczy i wdrapałem się po ostatnich, stromych schodkach. Nie chciałem, żeby doszło do spięcia. Chłód zachodniego wiatru musnął mój policzek.

– Wiesz, dlaczego mamy połamane skrzydła? ­– pyta Brajan.

– Pokaż mu – dopowiada głos, którego nie znałem. Chrobot rwanej kory.

Czuję na ramieniu dotyk, a wtedy wszy…

 

***

 

Odzyskuję świadomość, stojąc oparty o barierkę. U stóp mam cały rynek, ale i dużo, dużo więcej. Jeszcze nie rozumiem, co się dzieje. Zmysły przeskakują z jednego miejsca w drugie, nie jestem w stanie zatrzymać jednej myśli. Z kalejdoskopu wyrywa mnie głos, chrobot rwanej kory.

– Teraz wiesz. Naszymi zmysłami Profeci sięgają za struny rzeczywistości. Edward Witten miał dobre przeczucie, tylko zbyt małą wyobraźnię. Dane nie miały znaczenia, bo strun nie można zaobserwować, czy dotknąć. Można zajrzeć za membranę.

Spojrzałem w dół, próbując skupić się na jednym punkcie. Leżał tam, w czerwonej plamie przypominającej pajęczynę. Krew wypełniała szczeliny bruku, błyszczała na metalowych ćwiekach.

– Nie wiedzieli, jak cenny jest Brajan, inaczej nigdy byśmy nie uciekli. Na pewno nie on, ktoś potrafiący pokazać świat za strunami. Nie wiedzieli, że to Brajan zrobił ze mnie skoczka. Boże, jak on nienawidził tego imienia. Tak dawno nie słyszałem go we własnych ustach.

Spojrzałem w bok. Stał tam, również oparty o barierkę, ale patrzący przed siebie, w miejsce gdzie podnosił się księżyc. Miał ocean w oczach. Teraz rozumiałem, czemu kordon musiał być tak rozległy, a słowa wypływające z kanałów tak różne tym wypowiedzianym przed aniołem.

– Tymian – wyszeptałem. Niezgrabnie, jakby nie mogąc opanować dźwięków. Uczucie przypominało atak Parkinsona, ale to nie był on. Potrafiłem skurwiela rozpoznać.

– Od tymianku. Podobno byłem najspokojniejszym niemowlakiem na świecie, denerwowałem tym lekarzy i pielęgniarki. No cóż, rodzice nie byli tytanami intelektu.

– Co z nimi?

Potrafiłem już złożyć kilka słów. Coś jednak sprawiało, że czułem jak drżały na wietrze, nie tylko tutaj, ale w całym Wrocławiu. Na każdej drobince materii, rozciągniętej jak niekończąca się włóczka.

– Matka jest szczęśliwa, a ojciec… ojciec sobie zasłużył. Nie rozumiem, czemu Brajan miał wyrzuty sumienia.

Jeszcze raz spojrzałem w dół. Mocniej zacisnąłem dłonie na poręczy.

– Nie martw się. Chciał spięcia, jego sumienie się domagało. Dla nas nie było już odwrotu – uśmiechnął się, identycznie jak robił to jego brat. – Ale ty już wiesz, dokonałeś wyboru. Dla ciebie jest szansa; oni nie mają pojęcia, co się stało. Myślę, że warto, by przynajmniej jeden skoczek smakował wolności. Nie wiem, jaka utrwali się z tego przyszłość, ale podobają mi się wszystkie warianty.

W jakiś sposób, widziałem jak Szare Płaszcze biegną wąską uliczką. Słyszałem ich kroki dudniące między ścianami kamienic i szybkie oddechy wyznaczające rytm. Jakbym stał obok, wszędzie wokół. Jednocześnie widziałem księżyc i fontannę bez szermierza, i posąg Angelusa Silesiusa, i każdy tryb zegara pracującego pod moimi stopami.

Widziałem też, jak Tymian opiera się o barierkę plecami i bierze głęboki wdech. Jeszcze raz, uśmiecha się. Przechyla niebezpiecznie poza krawędź.

– W jednym cię okłamałem. Nie zagramy razem hejnału, bo nie potrafię. Szkoda.

Zaczyna spadać, a ja nie potrafię wydobyć z siebie słowa. Obserwowałem ten lot pod każdym możliwym kątem. Płakałem, wszystkimi z tysięcy par oczu.

 

Koperta wciąż szeleściła w kieszeni spodni. Przesuwałem palcami po wypukłościach atramentu, wracałem do przeszłości. Profeci spełnili obietnicę; nie powiedzieli tylko, czyj świat się zmieni.

 

Koniec

Komentarze

Krzyczałem, że niewolno – nie wolno

dlatego oboje nie spieszyliśmy się – obaj, bo to faceci

Wiedziałem, dokąd iść żeby zakończyć sprawę. – przecinek przed żeby

Oż cholerka. Szczerze powiem, że zagubiłam się w tym tekście. Jest niepokojący, tajemniczy, z klimatem, który powoduje dreszcze. Nie zrozumiałam wszystkiego, o teorii strun mam bardzo mętne pojęcie, więc to dodatkowo utrudniało mi percepcję, ale… bardzo mi się podobało. 

To mój faworyt w tym konkursie. No, Słowiku, dałeś czadu. Myślę, że gdyby Twoje opowiadanie brało udział w konkursie SF, też miałoby duże szanse.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie wolno stawiać faworytów przed rozwiązaniem worka z opowiadaniami! Bo mi zapeszysz! :P

Cieszę się, że przypadło do gustu. To była trochę rozgrzewka, rozprostowanie kości po długim czasie bezproduktywności. Tym bardziej raduje mnie serducho.

Co do samych teorii – stanowią one tutaj raczej punkt wyjściowy, dla lepszego wyobrażenia, niż rzeczywisty opis świata. Nie sądzę, by ich znajomość w tym wypadku wiele dawała, bo starałem się też gdzieś tam po drodze co nieco wyjaśnić. Limit zablokował mi niektóre smaczki, ale może to i lepiej.

 

Dzięki też za punkcik :).

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ano, cieszę się i wyczekuję, kiedy wypiszesz co tam w kajeciku wylądowało :).

Zadziwiające. Czytałam ze sporym zaciekawieniem, mimo że nie wszystko rozumiałam i chyba nie do końca pojęłam to, co napisałeś.

 

po­roz­ma­wiasz ze skocz­kiem, spra­wa staje się cze­ścią cie­bie. – Literówka.

 

Sza­leń­stwo, które pró­bu­je w tobie za­siać go­dzi­na­mi. – Czy zasiewał szaleństwo przy pomocy godzin?

 

Mieli wy­god­ny sa­mo­chód. Bo­daj­że nowy model Sy­ren­ki, wer­sja po­stre­wo­lu­cyj­na.Bo­daj­że nowy model sy­ren­ki

Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

Dar­mo­wa wy­ciecz­ka z pół mi­lio­no­we­go wy­piz­do­wa do praw­dzi­wej me­tro­po­lii.Dar­mo­wa wy­ciecz­ka z półmi­lio­no­we­go wy­piz­do­wa do praw­dzi­wej me­tro­po­lii.

 

za­py­tał jeden z de­tek­ty­wów, bru­net o szorst­kim spoj­rze­niu i nie­ade­kwat­nie dużym ka­pe­lu­szu. – Czy to znaczy, że detektyw był o kapeluszu?

Może miało być: …za­py­tał jeden z de­tek­ty­wów, bru­net o szorst­kim spoj­rze­niu, w nie­ade­kwat­nie dużym ka­pe­lu­szu.

 

– Bra­jan Ma­zur­ski – spoj­rzał na ekran ta­ble­tu… – Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Winno być: – Bra­jan Ma­zur­ski.Spoj­rzał na ekran ta­ble­tu

Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

W me­tro­po­liach ży­wioł zdaje się agre­syw­niej­szym. – A tym raczej spokojnym i mniej agresywnym żywioł się nie zdaje?

 

Było jesz­cze jasno, ale włą­czo­no świa­tła li­żą­ce ścia­ny od spodu, prze­my­ka­jąc mię­dzy okna­mi. – Czy dobrze rozumiem, że przemykając między oknami włączono światła, które lizały ściany od spodu? Jak można lizać ścianę od spodu?

 

Woda pięk­nie iskrzy­ła, za­pa­li­ły się la­tar­nie, a wiatr idący z Odrą od morza, przy­cichł. – Czy Odra zmieniła bieg?

 

Być może był to ptak; prze­sia­dy­wa­ły na rynku ła­wi­ca­mi, że cza­sem przy­kry­wa­ły niebo. – Czy ptaki, siedząc na rynku, przykrywały niebo?

 

usta­wio­no lampy, w tej chwi­li nie­roz­pa­lo­ne. Nie miał kto po­bu­dzić je do życia.Nie miał kto po­bu­dzić ich do życia.

 

Cięż­ko jest się po­wstrzy­mać przed ta­ki­mi moż­li­wo­ścia­mi. – Raczej: Trudno/ Niełatwo jest się po­wstrzy­mać przed ta­ki­mi moż­li­wo­ścia­mi.

 

– Dla­te­go wła­śnie lubię ten cytat. Do­sko­na­le pa­su­je do rzeź­by. Myślę jed­nak, że po­wi­nien stać w War­sza­wie. – Z tego wynika, że w Warszawie powinien stać cytat.

 

W obu przy­pad­kach, na ko­niusz­kach ust po­ja­wiał się pa­skud­ny nie­smak, roz­le­wa­ło coś zgni­łe­go. – Usta mają kąciki, ale chyba nie mają koniuszków.

 

jak nie­na­tu­ral­nie za­czy­nam wy­pi­nać klat­kę pier­sio­wą do przo­du. – Chyba masło maślane. Czy można wypinać klatkę piersiową inaczej, nie do przodu?

 

Nie chcie­li­by­śmy, żeby od tak je sobie zdjął.Nie chcie­li­by­śmy, żeby, ot tak, je sobie zdjął.

 

Za­mkną­łem oczy i wspią­łem się po ostat­nich schod­kach. Nie chcia­łem, żeby do­szło do spię­cia. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Spoj­rza­łem w dół, pró­bu­jąc sku­pić się w jed­nym punk­cie. – Raczej: Spoj­rza­łem w dół, pró­bu­jąc sku­pić się na jed­nym punk­cie.

Skupiamy się na czymś, nie w czymś.

 

a słowa wy­pły­wa­ją­ce z ka­na­łów tak różne tym wy­po­wie­dzia­nym przed anio­łem. – Nie bardzo rozumiem; chyba że miało być: …a słowa wy­pły­wa­ją­ce z ka­na­łów tak różne od tych, wy­po­wie­dzia­nych przed anio­łem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślałem, że za oknem śnieg sypie, zima wraca, a to tylko małe manifestacje mojej głupoty leciały ^^. W następne walentynki wysyłam Ci jakieś czekoladki (Asekuracyjnie wybrałem odległe święto. Tak zrobiłby prawdziwy, nieodpowiedzialny mężczy… tfu, chłopiec).

 

Dziękuję, bo tu chyba więcej powiedzieć nie zdołam. Mam teraz kilka zagwozdek logistyczno-logicznych, a tam gdzie błąd żenujący, że aż świszczy, już poprawione.

 

W ostatnim przypadku, naprawdę nie jest to dokładnie to samo?

Jak Ty to robisz?

Gdzie podziały się dobre soki w biedronce?

Dokąd zmierza świat?

 

Przepraszam za głupkowaty humor ;). Taki dzień wesoły. No mam.

A tu jeszcze taka ładna łapanka. Za dużo szczęścia na raz, a nie palę. Nawet cynamonowych :(.

 

Bardzo się cieszę, jeśli w czymkolwiek pomogłam.

A Twój humor, Mały Słowiku, wcale nie jest głupkowaty. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo spodobał mi się pomysł na świat, na skoczków, na głównego bohatera.

Trochę za mało, IMO, wyjaśniasz, ale pewnie nie można mieć wszystkiego. A może to limit zaszkodził.

Babska logika rządzi!

Początkowo miał być jeszcze wątek łapania wspomnianego tylko na wstępie skoczka, co by pokazać jakim takowi arsenałem dysponują, czemu są tak cholernie groźni, a ten Wrocławski dziwacznie inny. To by mogło rzucić więcej światła (bez gwarantów jednak). Limit wymusił większą kondensację, chociaż pewne wątki miały pozostać nie w pełni ukazane w samym założeniu.

 

Cieszę się, że się podobało.

Początek mnie lekko zirytował tym, że nie wiedziałam o co chodzi. Jednak opowiadanie napisane jest we wciągający sposób i w miarę czytania zagłębiałam się w ten niepokojący klimat i niezrozumienie dokuczało coraz mniej. Wprawdzie ostatecznie nie zrozumiałam wszystkiego, ale tekst ma w sobie coś, co wwierca się w pamięć i dodatkowo nie pozwala przejść obok obojętnie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ha, Śniąca rozstrzelała wszystkie konkursowe teksty w praktycznie godzinę :P. Nawet Clint Eastwood musiałby się zastanowić, czy to dobry pomysł trzymać dłoń na kaburze, kiedy taki juror jest w pobliżu.

Cieszę się, że tekst wyszedł obronną ręką.

Ha, widzisz, jaki ze mnie czarodziejski ekspres? ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

 Przyznam, że zupełnie nie moje klimaty, ale chcąc być obiektywnym dodam, że to ciekawe opowiadanie; przykuwające wyobraźnię.

 

Kreacja Policjanta jest ciekawa – widać bohatera z rozterkami, w pewnym sensie uwikłanego w dylemat związany z pracą

rola Policjanta w świecie przedstawionym również jest intrygująca

– wydaje mi się jednak, że nad obiema ww. kwestiami wisi limit znaków i rozwinięte prezentowałyby się lepiej.  

I po co to było?

Nowa Fantastyka