- Opowiadanie: kchrobak - Taki to był policjant

Taki to był policjant

Plan był taki, by na­pi­sać tekst na kon­kurs, kreu­jąc bo­ha­te­ra i in­try­gę w stylu Chan­dle­ra czy Ham­met­ta, ale mi się w mię­dzy­cza­sie po­li­cjant zbie­sił i nijak nie chce współ­pra­co­wać. A że nie chce mi się już tego po­pra­wiać, ani pisać od nowa, to za­miesz­czam tak jak jest.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Taki to był policjant

Szef ekipy tech­nicz­nej sto­łecz­nej ko­men­dy po­li­cji, dok­tor Jan An­drze­jew­ski, stał opar­ty o ba­rier­kę i pa­trzył na zbli­ża­ją­ce­go się wol­nym kro­kiem Kes­sle­ra. Po­rucz­nik, z nie­od­łącz­nym ca­me­lem w ką­ci­ku ust, w zno­szo­nym i wy­pło­wia­łym ka­pe­lu­szu, i, co może naj­istot­niej­sze, za­wsze z tym samym, nieco zgorzk­nia­łym wy­ra­zem twa­rzy, wy­glą­dał jak de­tek­tyw ze sta­rych fil­mów. Wy­pisz, wy­ma­luj Hum­ph­rey Bo­gart z So­ko­ła Mal­tań­skie­go. An­drze­jew­ski był pe­wien, że ten image nie był przy­pad­ko­wy, ale, mimo że znali się już od bez mała trzy­dzie­stu lat, nigdy nie od­wa­żył się o to za­gad­nąć. Gwał­tow­ny po­dmuch wia­tru za­ło­po­tał po­ła­mi sza­re­go pro­chow­ca i za­fa­lo­wał odro­bi­nę sfla­cza­łym już ron­dem ka­pe­lu­sza, zu­peł­nie jakby miał go zaraz ze­rwać z głowy męż­czy­zny i ci­snąć gdzieś w nie­zna­ne. De­tek­tyw zda­wał się tego nie za­uwa­żyć i szedł dalej rów­nym kro­kiem nie wy­cią­ga­jąc dłoni z kie­sze­ni. Jak ci zaraz pi­zgnie tym ka­pe­lu­szem do rzeki… po­my­ślał tech­nik, za­sta­na­wia­jąc się, czy wi­dział kie­dy­kol­wiek Kes­sle­ra bez na­kry­cia głowy. Nie­ste­ty wiatr, jak na złość, ze­lżał i szan­se na przyj­rze­nie się gór­nej czę­ści głowy po­rucz­ni­ka ode­szły jak sen jaki złoty.

– Cześć, Jasiu. – De­tek­tyw nie­znacz­nie skło­nił głowę. – Co tam mamy na ta­pe­cie?

– Ko­bie­ta, lat dwa­dzie­ścia kilka…

– Sa­mo­bój­stwo? – Po­rucz­nik wpadł mu w słowo.

– Tak to wy­glą­da, ale… sam wiesz. Na razie szu­ka­my.

– Prze­cież tu jest mo­ni­to­ring.

– Nie moja dział­ka. Ty sobie sprawdź, a my, póki co, za­bez­pie­czy­my teren. Bo jak się póź­niej okaże, że jed­nak nie, to bę­dziesz pierw­szym, który na nas na­psio­czy.

– Lubię psio­czyć, zwłasz­cza na was, od­wra­ca to uwagę od mojej wła­snej nie­kom­pe­ten­cji. – Kes­sler uśmiech­nął się pa­skud­nie, cią­gle nie wy­pusz­cza­jąc pa­pie­ro­sa z ust.

– Mówił ci już ktoś, że je­steś…

– Wiele razy. Głów­nie ko­bie­ty. – Uśmiech de­tek­ty­wa, o ile to w ogóle moż­li­we, jesz­cze spa­skud­niał.

Wy­chy­lił się za ba­rier­kę i wy­pluł peta. Przez chwi­lę obaj pa­trzy­li jak leci w kie­run­ku rzeki, ale nagły po­dmuch po­rwał go pod most i po se­kun­dzie nie­do­pa­łek znik­nął im z oczu. Kes­sler wy­do­był z kie­sze­ni pacz­kę ca­me­li i ude­rzyw­szy nią kilka razy o na­sa­dę dłoni, jak zwy­kle wy­cią­gnął w kie­run­ku An­drze­jew­skie­go. Tech­nik przez chwi­lę, w mil­cze­niu, pa­trzył mu w oczy, po czym po­dzię­ko­wał ru­chem głowy. Jak zwy­kle.

– A de­nat­ka?

– Za­bra­li na Oczki.

Stali przez chwi­lę w mil­cze­niu, pa­trząc na pły­ną­ce le­ni­wym nur­tem Wisły śmie­ci.

– No, to i ja sobie już pójdę. – De­tek­tyw wy­cią­gnął rękę. – Co tu będę tak sam sie­dział.

– Jutro, koło po­łu­dnia. – An­drze­jew­ski uści­snął po­da­ną dłoń i od­wró­cił się do swo­ich pod­wład­nych, któ­rzy krzą­ta­li się na oto­czo­nym pa­sia­stą taśmą te­re­nie.

 

***

 

Za­mknął tecz­kę i przez chwi­lę trzy­ma­jąc ją jesz­cze w dło­niach za­ga­pił się w okno. Nie zna­lazł w niej żad­nych istot­nych in­for­ma­cji. Ale, jako że na nic szcze­gól­nie nie li­czył, to i się nie­spe­cjal­nie za­wiódł. Rzu­cił tecz­kę na stos in­nych pa­pie­rów i zdej­mu­jąc stopy z biur­ka przy­su­nął się do kom­pu­te­ra.

Mo­ni­to­ring wi­zyj­ny nie obej­mo­wał nie­ste­ty ca­łe­go mostu. Kes­sler przej­rzał już na­gra­nia z kamer za­mon­to­wa­nych przy Wy­brze­żu Szcze­ciń­skim. Nie żeby spo­dzie­wał się, że wła­śnie z tej stro­ny dziew­czy­na mu­sia­ła wejść na most, ale od cze­goś trze­ba prze­cież za­cząć. Klik­nął ikon­kę pod­glą­du i na przy­spie­szo­nym od­twa­rza­niu prze­glą­dał na­gra­nia, od czasu do czasu za­trzy­mu­jąc obraz i po­więk­sza­jąc wy­bra­ne kadry.

Na tym, umiar­ko­wa­nie pa­sjo­nu­ją­cym, za­ję­ciu stra­wił dobre dwie i pół go­dzi­ny. I jedno czego był po tym se­an­sie pe­wien, to to, że de­nat­ka, w ciągu sze­ściu go­dzin po­prze­dza­ją­cych śmierć, na pewno nie we­szła na ten pie­przo­ny most. Ani od stro­ny Pragi, ani od War­sza­wy.

Czy to moż­li­we, żeby ster­cza­ła tam dłu­żej niż sześć go­dzin? Kes­sler od­rzu­cał taką moż­li­wość. Jej skok – ale czy to na pewno był skok? – wi­dzia­no z bul­wa­rów. Po­li­cja po­ja­wi­ła się w ciągu kilku minut. Coś, jakiś we­wnętrz­ny głos, mówił mu, że mu­sia­ła do­stać się na most ina­czej. Tuż przed samym wy­pad­kiem. Nie wie­dział jesz­cze jak, nie wie­dział dla­cze­go tak myśli, ale był tego nie­mal pe­wien. A in­tu­icja jesz­cze nigdy go nie za­wio­dła.

 

***

 

Jak nie­mal każ­de­go ranka od ponad sze­ściu lat, tak i dziś, Zyg­munt sie­dział przy ku­chen­nym stole i pisał. Palce szyb­ko ude­rza­ły w kla­wi­sze, od czasu do czasu tylko za­trzy­mu­jąc się na kilka, góra kil­ka­na­ście, se­kund. Tyle zaj­mo­wa­ło mu się­gnię­cie po kubek z kawą lub za­cią­gnię­cie się pa­pie­ro­so­wym dymem. Na ekra­nie wy­słu­żo­ne­go lap­to­pa firmy To­shi­ba po­ja­wia­ły się ko­lej­ne li­nij­ki tek­stu. Nie­któ­re słowa pod­kre­ślo­ne były fa­li­stą, czer­wo­ną linią, ale nie zwra­cał na to naj­mniej­szej uwagi. A rze­czo­na falka po­ja­wia­ła się nad­zwy­czaj czę­sto. Cza­sem za spra­wą ku­le­ją­cej Zyg­mun­to­wej or­to­gra­fii, ale czę­ściej z po­wo­du szwan­ku­ją­ce­go kla­wi­sza alt, co skut­ko­wa­ło na­gmin­nym wręcz bra­kiem pol­skich zna­ków dia­kry­tycz­nych. Wszel­kie li­te­rów­ki, błędy, nie­lo­gicz­no­ści po­pra­wi gdy skoń­czy scenę. Teraz by­ła­by to tylko stra­ta czasu, a co gor­sza, może i na­tchnie­nia. A na to nie mógł sobie po­zwo­lić. Ter­min usta­lo­ny z wy­daw­nic­twem prze­kła­dał już dwu­krot­nie. Jesz­cze chwi­la i każą mu zwró­cić za­licz­kę, a tego bar­dzo by nie chciał. Oj, bar­dzo!

Ostat­nia po­wieść opi­su­ją­ca pe­ry­pe­tie, co tu dużo mówić, old­sku­lo­we­go po­rucz­ni­ka Kes­sle­ra sprze­da­ła się bar­dzo do­brze. Nie­ste­ty, od pre­mie­ry mi­nę­ło już ponad pół­to­ra roku, a w tym cza­sie stan Zyg­mun­to­we­go konta osią­gnął okrą­głą sumę czter­dzie­stu ośmiu ty­się­cy sied­miu­set dwu­dzie­stu trzech zło­tych. Na mi­nu­sie. Aby jakoś się wy­ka­ra­skać z kło­po­tów, mu­siał naj­da­lej w ciągu dwóch mie­się­cy oddać go­to­wą po­wieść do wy­daw­nic­twa.

Przez ten czas prze­we­ge­tu­je jakoś w odzie­dzi­czo­nej po matce ka­wa­ler­ce. W tej za­sy­fio­nej, nie­ogrze­wa­nej klit­ce, która przez ostat­nie pięt­na­ście lat “le­ża­ła odło­giem” cze­ka­jąc na lep­sze czasy. Kil­ka­set zło­tych, na które mógł jesz­cze na­cią­gnąć swoją kartę kre­dy­to­wą, po­win­no mu wy­star­czyć. Musi! No, chyba że Dance przej­dzie foch i po­zwo­li mu wró­cić do wspól­ne­go miesz­ka­nia. Wtedy przy­naj­mniej je­dze­nie miał­by po­rząd­ne. I czy­ste ciu­chy.

Chwy­cił kubek i po­cią­gnął so­lid­ny haust let­niej już kawy. Od­sta­wił go nie­uważ­nie wy­wra­ca­jąc i wy­le­wa­jąc reszt­ki na­po­ju na le­żą­ce na stole książ­ki i ga­ze­ty. Zi­gno­ro­wał to i po­now­nie ude­rzył w kla­wi­sze. Tak! Gdy wpa­dał w pi­sar­ski trans, nic go nie mogło za­trzy­mać. Czuł się jak praw­dzi­wy mistrz. Jak Chan­dler, Ham­mett. Ba, jak sam Zyg­munt Mi­ło­szew­ski.

 

***

 

Zwło­ki le­ża­ły ukry­te w krza­kach po­ra­sta­ją­cych za­ko­le rzeki. Zresz­tą „ukry­te” to nie­wła­ści­we słowo. Ten, kto po­rzu­cił tu ciało, nie zadał sobie wiele trudu by je za­ma­sko­wać. Ot, jedna więk­sza gałąź i stara opona od cię­ża­rów­ki nie­dba­le rzu­co­ne na zwło­ki. De­tek­tyw Rob Kes­sler, sto­jąc na skar­pie ob­ser­wo­wał krzą­ta­ją­cych się wokół de­nat­ki tech­ni­ków. Po­sta­no­wił po­cze­kać, aż za­bez­pie­czą wszyst­kie ślady, choć był pe­wien, że w ta­kich wa­run­kach nic istot­ne­go nie znaj­dą.

Wcze­sny lu­to­wy zmierzch, w po­łą­cze­niu z sią­pią­cym od kilku dni desz­czem, po­tę­go­wał tylko de­pre­syj­ny na­strój miej­sca. Od­wró­ciw­szy głowę wy­pluł le­d­wie się tlą­ce­go, sfla­cza­łe­go od wil­go­ci ca­me­la. Na­stęp­nie po­sta­wił koł­nierz płasz­cza, opu­ścił rondo zno­szo­ne­go sza­re­go ka­pe­lu­sza i nie wy­cią­gnąw­szy dłoni z kie­sze­ni, wol­nym kro­kiem skie­ro­wał się w stro­nę tech­ni­ków. Bar­dzo ostroż­nie sta­wiał stopy na po­chy­łym, roz­mok­nię­tym na­sy­pie. Wy­wró­ce­nie się w to, wy­mie­sza­ne z reszt­ka­mi śnie­gu, błoc­ko, było ostat­nią rze­czą, na którą miał ocho­tę.

– Pan de­tek­tyw miał nowe butki. – Z prze­ką­sem za­uwa­żył dok­tor An­drze­jew­ski.

– Pieprz się Jasiu – od­burk­nął po­li­cjant, do­pie­ro teraz za­uwa­żyw­szy, że jest po kost­ki uwa­la­ny w lep­kiej, bru­nat­nej brei. Brei, która wy­glą­da­ła jak roz­ba­bra­ne kro­wie łajno.

– Chodź, po­znasz Dankę. – Szef tech­ni­ków po­kle­pał go po ra­mie­niu.

– Dankę? – zdzi­wił się Kes­sler.

– Szes­na­sty lu­te­go, Da­nu­ty. Tak sobie wy­my­śli­li­śmy i tego bę­dzie­my się trzy­mać…

 

***

 

Zyg­munt uśmiech­nął się pod nosem. A masz ty głu­pia pindo, po­my­ślał, nie­zbyt ele­ganc­ko, o swo­jej, bądź co bądź, pra­wie żonie i od razu zga­nił się za to w my­ślach. Nie­mniej, po­mysł by nadać jed­nej z ofiar jej imię, bar­dzo mu się spodo­bał i po­sta­no­wił tego nie zmie­niać. Przez chwi­lę roz­wa­żał czy nie prze­ka­zać de­nat­ce jesz­cze in­nych jej atry­bu­tów, ale zde­cy­do­wał, że mo­gło­by być, hm… mało kom­for­to­wo, gdyby Danka uzna­ła, że nie jest to naj­wła­ściw­szy spo­sób uczcze­nia jej osoby. A w końcu, wcze­śniej czy póź­niej, prze­cież się po­go­dzą.

Teraz po­trze­bo­wał świe­żej kawy. Chwy­cił czaj­nik i pod­sta­wiw­szy go pod kran od­krę­cił kurek. W ru­rach za­bul­go­ta­ło, za­char­cza­ło i po chwi­li pry­cha­jąc za­czę­ła lać się woda. Przyj­rzał jej się z pewną taką nie­śmia­ło­ścią. Ale nie, ciecz pły­ną­ca z rury wy­da­wa­ła się być w po­rząd­ku. Od­sta­wił na­czy­nie na starą, ufaj­da­ną ja­ki­miś za­sty­gły­mi glu­ta­mi płyt­kę elek­trycz­ną i prze­krę­cił gałkę. Oparł się o pa­ra­pet i, cze­ka­jąc aż woda się za­go­tu­je, spo­glą­dał przez okno. Deszcz sią­pił od kilku dni i mimo że wcze­sna była jesz­cze go­dzi­na, to za­snu­te szczel­nie chmu­ra­mi niebo sku­tecz­nie tłu­mi­ło i tak mi­zer­ne o tej porze roku pro­mie­nie słoń­ca. Ku­chen­ne okno wy­cho­dzi­ło na we­wnętrz­ny dzie­dzi­niec, oto­czo­ny za­nie­dba­ny­mi, wy­so­ki­mi na czte­ry pię­tra mu­ra­mi jed­nej z nie­licz­nych, pa­mię­ta­ją­cych jesz­cze wojnę, pra­skich ka­mie­nic.

Zyg­munt spę­dził tu całe dzie­ciń­stwo i mimo iż wspo­mnie­nia z tego okre­su nie były prze­cież kosz­mar­ne, cie­szył się, że nie musi już tu miesz­kać. Cho­ciaż… Kurwa! Teraz aku­rat musi, ale są to prze­cież przej­ścio­we trud­no­ści. Chyba by się zabił, gdyby mu­siał tu zo­stać do końca życia. Uśmiech­nął się do tej, bły­sko­tli­wej, myśli i po­sta­no­wił za­pa­mię­tać. Może ją gdzieś wy­ko­rzy­sta. Kie­dyś.

Za­rdze­wia­ły, zde­ze­lo­wa­ny wrak sa­mo­cho­du, wart­bur­ga lub mo­skwi­cza – nie był pe­wien, wci­śnię­ty w kat po­dwór­ka, pod­su­nął mu po­mysł na ko­lej­ne miej­sce ukry­cia zwłok. A może to jest stara wołga? Zresz­tą cała ta ru­de­ra nada­wa­ła się na jedno, wiel­kie cmen­ta­rzy­sko. Albo kry­jów­kę se­ryj­ne­go mor­der­cy. Choć nawet w jego, co tu dużo mówić, dość sztam­po­wych po­wie­ściach, aż tak pro­stac­kie roz­wią­za­nie by­ły­by chyba nie na miej­scu.

Czaj­nik za­czął gwiz­dać. Zalał wrząt­kiem kawę, do­rzu­cił dwie ły­żecz­ki cukru (za­no­to­wał w my­ślach, że się koń­czy) i wró­cił do pracy.

 

***

 

An­drze­jew­ski pod­niósł się znad ba­gaż­ni­ka sta­rej, za­rdze­wia­łej wołgi, do­kład­nie w mo­men­cie, w któ­rym Kes­sler wy­ło­nił się zza win­kla. Uśmiech­nął się sze­ro­ko i wy­cią­gnąw­szy rękę przy­wi­tał po­li­cjan­ta.

– Kogo to moje pięk­ne oczy widza. Toż to sam pan po­rucz­nik Kes­sler z te­le­wi­zo­ra nas za­szczy­cił.

– Od­puść już. Ile można? Czło­wie­ka po­ka­żą przez sie­dem se­kund w te-fau-enie, a wy przez ty­dzień macie uży­wa­nie.

– No wiesz, Ro­ber­cie, jak się czło­wiek ce­le­bry­tu­je po te­le­wi­zjach to się i dzi­wić potem nie po­wi­nien, ze go wszy­scy pal­ca­mi wy­ty­ka­ją.

– Ka­za­li, to po­sze­dłem…

– Ja wiem – prych­nął tech­nik – wy­ko­ny­wa­łem tylko roz­ka­zy. Pa­mię­tam ze szko­ły, ale…

– Ale jak nie prze­sta­niesz – wpadł mu w słowo Kes­sler, so­lid­nie już zi­ry­to­wa­ny – to po­ga­dam z Mo­ni­ką – i wi­dząc za­sko­czo­na minę ko­le­gi, wy­ja­śnił – z tą ładną, co to wy­wiad pro­wa­dzi­ła, żeby i o cie­bie na jakiś mały wy­wia­dzik w na­czal­stwie po­pro­si­ła. O pracy tech­ni­ków, bo to prze­cież cie­ka­we być musi. Dla te­le­wi­dzów oczy­wi­ście. Bo wiesz, teraz to my już do­bry­mi przy­ja­ciół­mi je­ste­śmy i nie sadzę żeby od­mó­wi­ła, zwłasz­cza po ostat­niej nocy.

– Nie było te­ma­tu. – An­drze­jew­ski uniósł ręce w obron­nym ge­ście i, nie­ja­ko dla pod­kre­śle­nia swych szcze­rych in­ten­cji, od­wró­cił się w stro­nę wraku i od razu zmie­nił temat. – Gaz dwa­dzie­ścia jeden, z lat sześć­dzie­sią­tych, druga seria, o tu widać – wska­zał dło­nią – atra­pa chłod­ni­cy z pio­no­wy­mi otwo­ra­mi, kie­dyś był nie­bie­ski, ale teraz…

– A de­nat­ka?

– Ach, chcesz po­znać pannę…

– Niech zgad­nę, Ju­sty­nę – wy­pa­lił de­tek­tyw.

– No, uczysz się. – Tech­nik z uzna­niem po­ki­wał głową.

– A ty wiesz, że one na­praw­dę mają takie imio­na. Przy­naj­mniej te, które do tej pory zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy.

– Jak to?

– Tak to! To, kiedy je znaj­du­je­my, nie jest dzie­łem przy­pad­ku. Ten gnój chce, żeby to było aku­rat tego, a nie in­ne­go dnia.

– O kurwa!

– Wła­śnie, o kurwa. Ale jesz­cze nie wiem czy to coś ozna­cza. A jak tam wasza dział­ka, macie coś?

– Wąt­pię, w tym ba­gaż­ni­ku gdzie ją zna­leź­li­śmy i do­oko­ła zresz­tą też, jest za dużo syfu. Sa­mych petów mamy pra­wie dwie setki, nie ma szans żeby się dało coś sen­sow­ne­go uzy­skać.

 

***

 

Zyg­munt prze­cią­gnął się roz­pro­sto­wu­jąc ra­mio­na i po­krę­cił głową aby roz­ru­szać nieco ze­sztyw­nia­łe mię­śnie karku. Prze­le­ciał wzro­kiem ostat­nią scenę i do­szedł do wnio­sku, że o ile nic spe­cjal­ne­go nie wnosi, to jest ide­al­nym wy­peł­nia­czem. A jesz­cze ta wzmian­ka o te­le­wi­zji i re­dak­tor­ce po­zwo­li mu na do­pi­sa­nie kilku barw­nych scen. Jak bar­dzo barw­nych, to się jesz­cze okaże, a na razie…

 

***

 

De­tek­tyw Kes­sler mógł być z sie­bie za­do­wo­lo­ny, jeśli do­brze pój­dzie dziś wła­śnie go do­pad­nie. Sta­ra­jąc się po­ru­szać jak naj­ci­szej, wcho­dził mrocz­ną klat­ką scho­do­wą na dru­gie pię­tro sta­rej, za­pusz­czo­nej ka­mie­ni­cy. Ta­kiej, w któ­rej mar­mu­ro­we scho­dy, ozdo­bio­ne ku­ty­mi, zdo­bio­ny­mi ba­rier­ka­mi, obie­ga­ją za­bez­pie­czo­ny me­ta­lo­wą siat­ką szyb windy. Zde­cy­do­wa­na więk­szość świa­teł, po­dob­nie zresz­tą jak i sam ele­wa­tor, nie dzia­ła­ła. Je­dy­nie na pół­pię­trze ża­rzy­ła się jedna blada, wi­szą­ca na na­gich ka­blach ża­rów­ka. W po­wie­trzu uno­sił się smród uryny i, po­kry­wa­ją­ce­go po­pę­ka­ne ścia­ny ob­fi­tym, choć nie­zbyt ma­low­ni­czym ar­ra­sem, grzy­ba. Ofi­cer po­sły­szał w od­da­li ja­kieś skrzy­pie­nie. Za­trzy­mał się na­słu­chu­jąc. Ale się nie lękał. Wie­dział, że nie ma czego. In­tu­icja jesz­cze nigdy go nie za­wio­dła. Taki to był po­li­cjant…

 

***

 

Nagle, jakiś dziw­ny dźwięk przedarł się przez so­lid­ną, wy­pra­co­wa­ną la­ta­mi prak­ty­ki, za­sło­nę twór­czej pasji. Palce Zyg­mun­ta za­mar­ły nad kla­wi­sza­mi, a on sam, unió­sł­szy głowę znad lap­to­pa, po­wo­li ro­zej­rzał się wokół. W pół­mro­ku ko­ry­ta­rza, bie­gną­ce­go w kie­run­ku je­dy­nej klit­ko­wa­tej sy­pial­ni oraz za­pusz­czo­nej ła­zien­ki, ża­rzy­ły się czer­wo­ne punk­ci­ki. Zmru­żył oczy by przyj­rzeć im się uważ­niej. Ener­dow­ski bu­dzik elek­trycz­ny, który do­stał na trzy­na­ste uro­dzi­ny od matki, wska­zy­wał go­dzi­nę je­de­na­stą sie­dem.

Po­now­nie coś za­chro­bo­ta­ło w od­da­li. Nie by­ło­by w tym nic dziw­ne­go, bo w tym sta­rym, za­nie­dba­nym bu­dyn­ku cią­gle coś skrzy­pia­ło, stu­ka­ło, ka­pa­ło… Ale ten dźwięk był inny. Dziw­nie me­ta­licz­ny. Zu­peł­nie jakby… Nie był w sta­nie okre­ślić, co go w nim za­nie­po­ko­iło, ale za­marł wstrzy­mu­jąc od­dech. Po kil­ku­na­stu, może kil­ku­dzie­się­ciu se­kun­dach, wy­pu­ścił z płuc po­wie­trze. Zer­k­nął na ze­ga­rek. Osiem po je­de­na­stej.

Wstał od stołu i, sta­ra­jąc się po­ru­szać jak naj­ci­szej, wol­ny­mi, ostroż­ny­mi kro­ka­mi pod­szedł do ku­chen­ne­go blatu. Się­gnął po le­żą­cy w zle­wie nóż, który kupił jakiś czas temu na Al­le­gro. Sprze­daw­ca za­rę­czał, że ostrze wy­ko­na­no z da­ma­sceń­skiej stali, ale Zyg­munt, gdy już prze­sył­kę ode­brał, za­czął w te za­pew­nie­nia po­wąt­pie­wać. Nie­mniej na­rzę­dzie spra­wia­ło się świet­nie w kuch­ni, a i pew­nie do obro­ny by się nada­ło.

 

Wy­cią­ga­jąc broń przed sie­bie skra­dał się w kie­run­ku wej­ścia do miesz­ka­nia. Krok za kro­kiem, uwa­ża­jąc by żad­nym dźwię­kiem, żad­nym skrzyp­nię­ciem nie zdra­dzić swego po­ło­że­nia. Do­tarł do sta­rych, ma­syw­nych drzwi. Przy­warł do nich ple­ca­mi i ostroż­nie przy­ło­żył ucho do dę­bo­wej płyty. Wstrzy­mu­jąc od­dech za­czął na­słu­chi­wać.

Zdało mu się, że po dru­giej stro­nie ktoś, czy może ra­czej coś, się czai. Ostroż­nie, sta­ra­jąc się nie zdra­dzić swej obec­no­ści, ni po­ło­że­nia. Zombi może. Nie, zombi nie. Oni nie by­wa­ją tacy cisi, nie wy­zna­ją się na sub­tel­no­ściach pod­cho­dów i pla­no­wa­niu za­sa­dzek. Zresz­tą nie przy­po­mi­nał sobie by kie­dy­kol­wiek wi­dzia­no ja­kie­goś w oko­li­cy. Nie­mniej, ktoś się tam czaił.

 

Zyg­munt od­su­nął się od drzwi i w tym mo­men­cie padły strza­ły. Ob­ser­wo­wał, zda się w zwol­nio­nym tem­pie, jak roz­ry­wa­ne po­ci­ska­mi drew­no sypie wokół drza­zga­mi. W dę­bo­wej desce po­ja­wi­ły się trzy otwo­ry. Huk wy­strza­łów zlał się mu w jeden prze­cią­gły dźwięk gromu. Osu­wa­jąc się na pod­ło­gę zo­ba­czył jesz­cze, przez gęst­nie­ją­cą z każdą chwi­lą mgłę, jak pchnię­te po­tęż­nym kop­nię­ciem drzwi ude­rza­ją o sto­ją­cą obok ko­mód­kę, zrzu­ca­jąc z niej ramkę ze zdję­ciem. Chciał się­gnąć i je pod­nieść, bo prze­cież nie godzi się, by fo­to­gra­fia jego uko­cha­nej wa­la­ła się po brud­nej pod­ło­dze, ale nie dał rady wy­cią­gnąć ręki. Był taki zmę­czo­ny i słaby… Musi się zdrzem­nąć… Choć chwi­lę… Za­mknął oczy.

 

De­tek­tyw pod­szedł do lap­to­pa i, szturch­nąw­szy go lufą pi­sto­le­tu, wy­rwał z uśpie­nia. Ekran roz­ja­rzył się nie­bie­ska­wym bla­skiem i po chwi­li po­ja­wił się ekran po­wi­tal­ny firmy To­shi­ba. Klik­nął przy­cisk uru­chom i cze­ka­jąc, aż po­ja­wi się obraz, zer­k­nął jesz­cze raz na le­żą­ce w ciem­nym ko­ry­ta­rzu ciało. Nie miał po­ję­cia kim jest, czy ra­czej był, ten facet. Zde­cy­do­wa­nie nie jego spo­dzie­wał się za­stać w tej za­tę­chłej norze. Ale dziw­ne, gra­ni­czą­ce z pew­no­ścią, prze­czu­cie po­zwa­la­ło mu są­dzić, że choć praw­do­po­dob­nie nigdy nie uda mu się do­wie­dzieć, kto stał za tymi wszyst­ki­mi mor­der­stwa­mi i jakie kie­ro­wa­ły nim mo­ty­wy, ko­lej­ne już się nie zda­rzą. Spoj­rzał na ekran. Ostat­nia za­pi­sa­na li­nij­ka brzmia­ła: In­tu­icja jesz­cze nigdy go nie za­wio­dła. Taki to był po­li­cjant…

 

 

Koniec

Komentarze

policji, Doktor Jan Andrzejewski – doktor

Bardzo fajny wprowadzający opis, niby absolutnie statyczny, ale od razu nakreśla postać bohatera.

– Cześć Jasiu – detektyw nieznacznie skłonił głowę. – – Cześć przecinek Jasiu kropka albo wykrzyknik dDetektyw nieznacznie skłonił głowę.

Kawalerce, którą odziedziczył po matce, a która przez ostatnie piętnaście lat “leżała odłogiem” czekając na lepsze czasy. – mówisz tu o matce, czy o kawalerce, bo naprawdę nie wiem. Jeśli kawalerka – to mógł ją wynająć – miałby trochę kasy.

– Kogo to moje piękne oczy widza. – widzą

Odpuść juz – już

dziwic potem nie powinien, ze go wszyscy palcami wytykają. – dziwić/ że

i o ciebie na jakiś maly wywiadzik – mały

wskazal dlonią – ł ł

kiedys był niebieski – kiedyś

– Niech zgadnę, Justyne – wypalił detektyw. – Justynę

obiegaja zabezpieczony metalową – obiegają

podobnie zreszta jak i sam elewator nie działala – zresztą/działała

Ale się nie lękał. – to zabrzmiało jak z jakiegoś romansu. Może: Ale się nie bał?

Sporo brakujących przecinków, szczególnie tak, gdzie są imiesłowy.

Głównym atutem tego opowiadania są opisy – bardzo “mięsiste”, pozwalają od razu wczuć się w klimat. Fajne poplątanie rzeczywistości z fikcją, choć nie jest to motyw nowy, ale ciekawie wykorzystany. Ogólnie – dobra lektura.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za uwagi i docenienie.

 

Co do leżenia odłogiem to, jakby się tak głębiej zastanowić, matka też… ale nie będę kontynuował wątku, bo zrobi się niesmacznie. Oczywiście chodziło mi o kawalerkę – zmieniłem nieco i jest chyba lepiej. Oczywiście, mógł wynająć, ale jak miał kasę to nie w głowie mu były takie rzeczy…

 

Co do literówek – polskich znaków w części policyjnej – to jest to z premedytacją. Gdzieś tam tłumaczę, skąd się to bierze i stąd też uznałem, że jest to dobry wskaźnik, że przenosimy się w fikcję literacką. Ale sam nie jestem pewien czy to dobrze.

Czy to jest sygnaturka?

Zajarzyłam ten fragment, gdzie mówisz, iż autorowi szwankowała klawiatura, jednak myślę, że ten zabieg jest niepotrzebny. Mnie drażnił i uznałam, że to Twoja nieuwaga, a nie że jest to rozmyślny zabieg. 

Oczywiście zrobisz, co zechcesz, ale sądzę, że i bez tego wiadomo jest, kiedy jest fikcja a kiedy rzeczywistość. smiley

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No, skoro tak, to poprawiam. To nie nieuwaga – szwankuje mi prawy alt w laptopie…

Czy to jest sygnaturka?

Taki zbieg okoliczności… Chyba zacznę się bać!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo zacny pomysł.

Co prawda w pewnym momencie fikcja zaczęła mi się mieszać z rzeczywistością i zaczęłam tracić rozeznanie, ale kiedy się zorientowałam, że fikcyjna jest fikcja a rzeczywistość rzeczywista, doszło do zagadkowego spotkania detektywa i autora, skutkiem czego zakończenie okazało się nader satysfakcjonujące. ;-)

Czytało się całkiem dobrze, a byłoby jeszcze lepiej, gdybyś usunął celowe literówki i zapanował nad interpunkcją.

 

Jak ci zaraz pi­zgnie tym ka­pe­lu­szem do rzeki…, po­my­ślał tech­nik… – Po wielokropku nie stawiamy przecinka.

http://sjp.pwn.pl/zasady/Wielokropek-obok-innych-znakow-interpunkcyjnych;629818.html

 

– Cześć. Jasiu.– Cześć, Jasiu.

 

– Jutro, koło do po­łu­dnia. – Raczej: – Jutro, koło po­łu­dnia. Lub: – Jutro, do po­łu­dnia.

 

Cza­sem za spra­wą ku­le­ją­cej zyg­mun­to­wej or­to­gra­fii, ale czę­ściej z po­wo­du szwan­ku­ja­ce­go kla­wi­sza alt… – Cza­sem za spra­wą ku­le­ją­cej Zyg­mun­to­wej or­to­gra­fii, ale czę­ściej z po­wo­du szwan­ku­jące­go kla­wi­sza alt

 

a w tym cza­sie stan zyg­mun­to­we­go konta osią­gną okrą­głą sumę… – …a w tym cza­sie stan Zyg­mun­to­we­go konta osią­gnął okrą­głą sumę

 

Ot, jedna więk­sza gałaź i stara opona od cię­ża­row­ki nie­dba­le rzu­co­na na zwło­ki. – Gałąź i opona to dwie rzeczy, więc: Ot, jedna więk­sza gałaź i stara opona od cię­ża­row­ki nie­dba­le rzu­co­ne na zwło­ki.

 

Brei, która wy­glą­da­ła jak roz­mem­ła­ne kro­wie łajno. – Nie wydaje mi się, by o łajnie można powiedzieć że jest rozmemłane.

Może: Brei, która wy­glą­da­ła jak rozbabrane/ rozgrzebane kro­wie łajno.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozmemłanie podobało mi się brzmieniowo, ale rzeczywiście znaczeniowo pasuje jak kot do kożucha… Dzięki. Poprawki dokonane.

Czy to jest sygnaturka?

Cieszę się, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O nie, to ja się cieszę :D

Czy to jest sygnaturka?

;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajny pomysł i dobre wykonanie. Podobało mi się również lekkie nawiązanie do Psów Pasikowskiego, szkoda, że nie dodałeś więcej podobnych smaczków :)

Ogólnie dobry tekst :)

Melduję, że przeczytałam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję i mam nadzieję, że bez większej przykrości.

Czy to jest sygnaturka?

Pomysł może nie taki całkiem nowy, ale zakończenie mi się spodobało.

Interpunkcja Ci mocno kuleje, szczególnie w sąsiedztwie imiesłowów.

Babska logika rządzi!

Ciekawy pomysł. Podobał mi się klimat – bez zbędnego pośpiechu ani niepotrzebnie przeciągany. Trafiały się literówki, ale uśmiechnąłem się, gdy pomyślałem o problemie, który miał Zygmunt z niedziałającym przyciskiem Alt. Nie wiem czy to zamierzone, ale mnie to uśmiechnęło. Jedna rzecz mi tu nie pasuje, ale być może to widzimisię, dlatego napiszę o tym po zakończeniu konkursu. Ogólnie – bardzo przyjemna lektura. Pozdrawiam. B.

@ Finkla

Fajnie, że Ci się podobało. A interpunkcja, no cóż – leży i kwiczy, a to już po autokorekcie :(

@ Blackburn

j.w.

Ale… co Ci nie pasuje, no co? Ty myślisz, że jak ja się teraz czuję? Po takim wpisie od dwóch dni czytam w kółko ten tekst i staram się wykoncypować, co jest nie tak… A nie, wróć, dopiero dzisiaj to napisałeś… No nic, tak czy siak, ciekaw jestem bardzo.

 

pozdrav

k.

Czy to jest sygnaturka?

Kchrobaku, to jest naprawdę drobnostka. Możliwe, że nie mam racji. To jest… hmm… nie, potrzymam Cię w niepewności. Tak, wiem, możesz mnie nazywać draniem. ;D

Ale zaznaczam, że bardzo mi się. Także luz.

 

I’ll be back.

Ale możliwe, że masz :)

I, szczerze mówiąc, nie wiem co lepsze. Dla mojego własnego samozadowolenia, chyba lepiej byś się mylił. Ale dla rozwoju, byś miał sensowne zarzuty. Ale czy ja chcę się rozwijać? :D

Czy to jest sygnaturka?

Na początek pytanie – czy doktor Jan Andrzejewski i Ostrowski to ta sama osoba z poplątanymi nazwiskami, czy to dwóch doktorów Janów, dobrych przyjaciół detektywa?

 

Wszystkie literówki powinieneś był usunąć. Informacja o zacinającej się klawiaturze nie jest wystarczającym powodem do tego typu błędów. Zwłaszcza że w początkowych fragmentach ich nie ma, więc nie jest to równo rozłożone. I wydawało mi się, że miałeś je usunąć po komentarzach dziewczyn.

I tyle marudzenia.

Napisane jest dobrze, wciągająco. Bardzo ciekawe jest zapętlenie fikcji z rzeczywistością. Szalenie mi się to spodobało. I aż zżera mnie ciekawość, czy Zygmunt sam sobie taki los napisał, czy fikcja bez jego udziału ożyła? Nie, nie odpowiadaj. Wolę delektować się domysłami, niż dostać gotowe rozwiązanie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No i nie wiem, jak mam z tego teraz wybrnąć, bo… to naprawdę żenujące. Więc może, po prostu, napiszę, tak dla odmiany, prawdę. No więc… tak, to ta sama osoba, tylko mi się pomerdało. Defekt mózgu lub inna obiektywna przyczyna niewykluczona.

Co do literówek, to nawet wydawało mi się, że usunąłem. A jeśli coś zostało, to przez ślepotę lub wspomniany defekt.

Ponadto, dzięki za wytknięcie – poprawię już po zamknięciu konkursu.

 

Co do biegu wydarzeń, to jest dokładnie tak jak napisałaś. Nie wiadomo. Co prawda w całkiem pierwszej wersji pomysłu – jeszcze nienapisanej – miało być podane rozwiązanie, a przynajmniej sugestia, ale uznałem, że bez tego jest lepiej.

Dzięki za docenienie.

Czy to jest sygnaturka?

Ha! No to Śniąca mnie ubiegła. ;)

No to już wiesz, że moje samozadowolenie nieco oklapło… Swoją drogą, niewiele osób chyba zauważyło, więc mógłbym udawać, że nic nie zaszło :)

Czy to jest sygnaturka?

Wiesz, nie ma się co aż tak przejmować :) Czytam książkę, uznanego jakoś tam autora, wydaną w porządnym wydawnictwie, a i tam są takie kwiatki. W jednym miejscu jest napisane, że bohater idzie bez kurtki, którą wcześniej zgubił, a kilka akapitów i minut dalej ociera się rękawem kurki o ścianę. Jak widać, zdarza się więc i profesjonalistom :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

I to ma być niby usprawiedliwienie? Jak już w swojej tfu’rczości dogonię pięty Sapkowskiego, Murakamiego lub choćby Szekspira, to się będę całkiem nie przejmował, a na razie, to hańba i sromota.

 

Czy to jest sygnaturka?

Jak ja lubię takie klimaty! Czytając, niemal czułam zapach stęchlizny, zimnej wilgoci i papierosowego dymu. Jedyny minus, kchrobaku, jest za te camele – ​wyjątkowo śmierdzące papierosy, moim zdaniem :D

Przeczytałam z przyjemnością!

Hmm... Dlaczego?

 

@ Drewian Cieszę się i dziękuję za miłe słowa. Co do cameli (sam nie palę, nie paliłem, nie znam się) – ale z tego co pamiętam, detektyw Marlowe palił takowe, więc…

 

 

 

Czy to jest sygnaturka?

Co do cameli (sam nie palę, nie paliłem, nie znam się)

Hihi! Kchrobaku – to wstyd! Przecież wiadomo, że przed publikacją trzeba porządny resercz zrobić! :p

Hmm... Dlaczego?

 

Risercz był: zepsulem laptopa, byłem w Wawie (przejazdem) i wywalilem się w błoto. I jeszcze nazwiska (pomieszane) to osoby z którymi ostatnio współpracowałem.

Czy to jest sygnaturka?

. Coś, jakiś wewnętrzny głos, mówił mu, że musiała dostać się na most inaczej. Tuż przed samym wypadkiem. Nie wiedział jeszcze jak, nie wiedział dlaczego tak myśli, ale był tego niemal pewien. A intuicja jeszcze nigdy go nie zawiodła.

A może ktoś ją po prostu przywiózł? : D

 

Poza tym te uwagi o śladach są trochę nietrafione ; P

 

No to tak – historia w sensie fabularnym może jakaś szałowa nie jest – to znaczy pomysł na spotkanie autora kryminału z detektywem to już schyłek inwencji modernizacji kowencji kryminału – za to wykonanie jest fajne. Faktycznie czuć miejscami klimat a la hard-boiled.

 

I po co to było?

Chyba rzeczywiście ktoś ja podwiózł, ale nie chciało mi się już tego wątku bardziej rozkminiać. W końcu to tylko tło.

Czemu nietrafione? Czepiasz się, że w bagażniku starej wołgi było za dużo syfu? ;D

 

Szału nie ma – fakt. Ale dzięki za uznanie odnośnie jakości wykonania – to, w sumie, dla mnie ważniejsze. “Czuć miejscami klimat a la hard-boiled” – to miód na moje stopy…

 

P.S.

Bardzo mi się podoba: …schyłek inwencji modernizacji konwencji…

Czy to jest sygnaturka?

Kchrobaku, a ja mam jeszcze pytanie: dlaczego takie nazwisko bohatera, a nie… inne? Chyba wiesz, o co mi chodzi?

Chodzi Ci o Kesslera? Rozumiem, że powinienem wiedzieć, ale… na serio nie wiem. Tak czy inaczej, nie było w tym głębszej myśli. Wszystkie nazwiska, które tu się pojawiły, zostały zapożyczone od ostatnio spotkanych przeze mnie osób. Stąd też żenujący błąd z użyciem dwóch nazwisk dla jednej osoby (poprawione).

Czy to jest sygnaturka?

Ano tak pytam, bo mi ciut zgrzyta. Takie trochę niepolskie w odniesieniu do miejsca akcji. Ale chyba mam niepotrzebne wątpliwości, bo mamy mnóstwo niepolskich nazwisk przecież. ;)

Może i rzeczywiście niepolskobrzmiące, ale jak wspomniałem, z życia wzięte – spotkałem ostatnio jednego Kesslera. Zaś gdzieś tam, w tle, chodził mi po głowie Franc Maurer.

Czy to jest sygnaturka?

Fajne! Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka