- Opowiadanie: cd4093 - Widma Galaktyki. Rozdział 1-szy.

Widma Galaktyki. Rozdział 1-szy.

Bez kozery mogę powiedzieć, że to jest najlepsze co dotąd napisałem, połączenie space opery i klimatów noir. Osobiście myślę, że to bardzo trudne połączenie, ale nie chciałem zasypywać gruszek w popiele, by literacko nie zagnuśnieć. O przecinkach i "się" tym razem dbałem szczególnie, bo o wszystkim pamiętałem, pilnowawszy się jak przysłowiowy pies ogrodnika.

To w ogóle jest cześć całości, pierwszy rozdział dylogii lub trylogii, tylko jeszcze nie wiem, na ile tomów podzielić ostatnią część, żeby się lepiej ekranizowała potencjalna adopcja.

Proszę o szczere opinie, bo każda pochwała zmotywuje mnie do jeszcze bardziej lepszego pisania!

Oceny

Widma Galaktyki. Rozdział 1-szy.

Detektyw HanCook, starszy kapitan, rozpostarł się we własnym fotelu, obracając dookoła szklankę burbonu w swojej dłoni. Kryształki lodu odzywały się echem w szklanym naczyniu. Błogi spokój, ale i nuda rozlewały się po jego ciele. Nogi zaparł o biurko i kołysał butem lampkę na nim.

– "Do kroćset", zaklął szpetnie w myśli i podrapał się krawędzią szklanki po 3-dniowym zaroście takim, że wyglądał bardzo męsko – "cóżza nuda"…

I rzeczywiście, nie mylił się. Ostatnie zlecenie mężczyzna dostał miesiąc temu. Musiał inteligentnie rozwikłać tajemnicę śmierci dwojga bliźniaków jednorazowych, poczętych przez księcia planety Omron z przygodną niewolnicą, którzy według ów prawa liczyli na aneksję tronu, ale szwagier księcia, który liczył na nią kolejny, pałał żądzą zemsty na nich i otruł ich podstępną szklanką zacieru, który dla tamtejszych organizmów jest zupełnie nie znany i silnie trujący. Detektyw przypomniał sobie jak, musiał walczyć swoją kataną monomolekularną i blasterem z szwagrem księcia i jego pomagierami. Prawda słono kosztowała nie jednokrotnie. Ale taka praca, pomyślał, psia mać. Praca detektywa galaktycznego.

Wtem nagle zapukały drzwi aż mało nogą nie stracił szklanki whiskey, ze stołu.

– Proszę – odpowiedział, ale nie zdążył, bo drzwi otwarły się. Postąpiła w nich kobieta lat plus minus 24-erech, której atrybutem były tak smukłe nogi, dźwięczna talia, jak i takoż tajemniczy choć smutnawy uśmiech, który nie schodził jej z twarzy.

– Dzień dobry panie detektywie – wypowiedziała w jego kierunku nieśmiale. Ponieważ przywykłem wprowadzać kobiety, szczególnie piękne, w zakłopotanie, mężczyzna wskazał jej fotel.

– Proszę panią, niech się pani rozsiądzie. – ośmieszył ją bez kozery.

Ta zarzuciwszy nogę na nogę przycupnęła skrępowana u skraja krzesła, a jej wielkie piersi zafalowały jak Morze Egejskie o wschodzie słońca. Detektyw pomyślał o dwóch spławikach sunących na falach tego oceanu i pomyślał, że to dobrze, że przyszła właśnie do niego.

– Napije się pani czegoś? Może whisky? Albo soku marchewkowego?

– To poproszę. Uwielbiam cytrusy.

Podał jej szklankę, a sobie nalał jeszcze wisky.

– Pani wybaczy, ale traumy mojej pracy wymagają, żebym mógł się skupić.

Na dowód tego, zmrużył oko i zamarł bez ruchu na chwilę. W rzeczywistości nie chciał wyjść na pedała, którym nie był.

– Jest pani geologiem, nie archeologiem, ma pani kota i szymszyla, wstała dziś pani wczesnym ranem, a wczoraj zepsuł się pani grawister – wyrzucił z siebie niczym laserowy CKM serię dedukcyjnego łańcucha odkryć, wniosków i błyskotliwych spostrzeżeń.

– Och, skąd pan tyle o mnie wie?! – szeroko rozwarty owal ust wypowiadał jej zdziwienie.

– Oh, to proste. W kobiecie zawsze naprzód zwracam uwagę na ręki, a panią zdradzają pracę w ziemi. Plamka atramentu na kołnierzyku futra zdradza zainteresowanie czasami pradawnymi, więc jest pani archeologiem, a nie geologiem. Nerwowo miętoszony czip grawisteru publicznego zdradza, że pani się zepsuł. Mokre buty mówią, że wstała pani rano, gdyż wtedy odbył się opad. Na pani płaszczu są dwa rodzaje sierści, choć w zupełności różne. Drapnięcia na nadgarstku zdradzają kota, a drugim zwierzęciem za pewne jest szymszyla? Taka krucha istota musi kochać malutkie szymszyle, prawdaż?

– Jakże pan to robi?? – jęknęła zachwycona. – Dobrze, że do pana trafiłam, tylko pan będzie potrafił uratować mojego Bobby'jego!

Tu wyłuszczyła mu kolubrynę wspomnień o Bobby'im, który ku nieprofesjonalnej uldze detektywa okazał się bratem kobiety. Bobby jak i ona parował się archeologią i zaginął na planecie Ookoun, gdzie odkrył tajemniczy i przepotężny artefakt zagadkowej cywilizacji z bezdennej głębiny Wszechświata. Artefakt ów wzmożywszy czynności parapsychiczne dowolnej istoty, zjednywał sobie jej jaźń z Mocą Wszechświata. Przysłowiowy pech musiał jednak prześladować Bobby'jego bo o artefakcie dowiedział się Zumron z planety Fhotah z czułości Galaktyki. Zumron był międzygalaktycznym gangsterem i jak wszyscy Fhotahiańczycy miał cztery owadzie ręce (tylko samice miały ich dwie pary).

– Czy pomoże mnie pan odnaleźć, a może, i uratować mojego najdroższego brata – zapytała doszedłszy ku końcowi tej historii?

Popatrzył przez bulaj na, przelatujący z warkotem swoich, silników statek kosmiczny. Zaduma wywarła piętno na jego twarzy. Fhotahianie i ich wysokoszklona flota asasynów słynęła z bezwzględnego okrucieństwa. Detektyw popatrzył w tem jednak na uroki klientki, co akurat sposępiła się i łza jej słona stróżką wyżłobiła polik. I wypowiedział pod nosem:

– A niech się Zumron pindoli.. – zaklął

– Kę – wypowiedziała się w odpowiedzi klientka?

– Nie do ciebie kochanie. No więc sprawę trzeba postawić na ostrzu i dać odpór złu i cwaniactwu. – odparł z przekąsem, po czym kontynuował: – Zapakuję blastery, katany i moje szpiegowskie imponderabile na mojego Orła Ćwierćwiecza i uratuję pani brata. Najpierw go odnajdę, choćby w najdalszej planecie galaktyki i wyrwę go psu z trzewia!! To będzie wielka, piękna, intergalaktyczna przygoda w cieniu gwiazd!!

– Mam tylko jeden warunek, że muszę wprost lecieć z panem. Jestem odważną archeolożką i nie będę zawadą.

Wysunięta propozycja zdziwiła go niezmierzalnie, bo nie spodziewał się że zechce z nim polecieć tak daleko jak na kraj Galaktyki.

– Z tą przygodą to żem żartował trochę. To w pytę jest roboty detektywa, takim pędzelkiem trzeba odciski… – ale popatrzywszy na jej twarzoczaszkę, wiedział, że takim prostym wybiegiem nie zawróci Wisły kijem. Poddał się bez walki walkowerem i skinął, głową dla odmiany.

– OK, ale będę panią traktował jak każdego innego członka pokładu. To ja jestem kapitanem tej kosmicznej spedycji. – rzekł nieubłaganie, tonem wytresowanego wilka kosmicznych mórz.

– Zrobię wszystko co pan każe. – odrzekła i niedbałym ruchem nonszalancko odwróciła się do tyłu by wyjść drzwiami. – Będę na pokładzie o czasie.

Odwiódł ją oczami do drzwi i zatonął w rozmyślaniach o swojej nowej sprawie. Kręciwszy się w swoim fotelu, stacja orbitalna obiegała planetę Pi3.15 w układzie Skorpiona, a koło czasu kręciło się i zamykało się kreśląc na połaciach wszechświata linie kolei ludzkich losów.

Koniec

Komentarze

To opowiadanie to istna poezja przecinków, nie sposób się nie zachwycić:

Popatrzył przez bulaj na, przelatujący z warkotem swoich, silników statek kosmiczny.

Poza samemi przecinkamy do gustu przypadły mi również zdania następujące, w kolejności poniżej podane dowolnie:

Zumron był międzygalaktycznym gangsterem i jak wszyscy Fhotahiańczycy miał cztery owadzie ręce (tylko samice miały ich dwie pary).

A także:

Kręciwszy się w swoim fotelu, stacja orbitalna obiegała planetę Pi3.15 w układzie Skorpiona, a koło czasu kręciło się i zamykało się kreśląc na połaciach wszechświata linie kolei ludzkich losów.

Które doskonale zamyka całość tekstu. Składam powinszowania w dłonie autora!

Wielu początkujących pisarzy lekceważy przecinki, ale ja, nie. Koniec końców i tak ktoś, te przecinki, musi wstawić, po co, więc dręczyć Syzyfową pracą kolektorów? Zresztą znakomicie one ułatwiają Czytelnikowi czytanie. W każdym bądź razie cieszy, że w świecie objętym literacką bohemą ktoś jeszcze zauważa takie szczegóły i nie uważa ich za zbędną sztukaterię.

Po mistrzowsku dałeś przedsmak tego co się może powydarzać w dalszym ciągu opowieści o tytułowych Widmach Galaktyki, a tym samym rozpaliłeś ciekawość, jakże się też potoczą dalej losy bohaterów, których dałeś nam poznać w tej części opowieści, razem z ich zaletami i bolączkami, które ich sprowadziły do siebie, a raczej ją do niego po pomoc. Wierzę że detektyw stanie na wysokości podjętego przez siebie zadania mu zleconego w prośbie o pomoc, i wykona to co trzeba i na co zasługuje jego zawodowa i detektywia deputacja.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Osobiście myślę, że się bardzo odnalazłem w tej konwekcji, stąd może ten sukces.

Jak kto ma talent i umie umiejętnie i dobitnie składać zdania, co się aż chętnie czytają, to że się tak wyrażę od serca – żadna konwencja nie przeszkodzi w dochodzeniu do sukcesu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeżeli napisałeś to za jednym posiedzeniem – masz talent. Jeżeli ugrafomanianie tekstu zajęło Ci cały tydzień – jesteś pracowity jak pszczółka. Jednego i drugiego tylko pozazdrościć.

Pośmiałem się zdrowo na dobranoc, i za to dziękuję.

Za jednym nie udało się, ale frajda była niesamowita, z pisania tegoż dzieła.

Bardzo sympatyczna Grafomania.

Już przedmowa zrobiła na mnie duże wrażenie. Mistrzowskie pociągnięcia. :-)

Duża dbałość o partolenie szczegółów.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka