- Opowiadanie: pusia - Różyczka

Różyczka

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Różyczka

Przez otwarte okno wpadło znienacka rozdzierające miauczenie. Dziewczynka obudziła się. Powoli otworzyła oczy. Zamknęła je znowu, przewróciła się na bok, jednak głośny, rozpaczliwy pisk nie pozwolił jej zasnąć ponownie. Usiadła na łóżku, nasłuchiwała.

Wstała i podeszła do okna. Wzdrygnęła się, podłoga była zimna. Świerszcze cykały monotonnie, szeleściły liście. Miękkie światło księżyca rozjaśniało noc. W ogrodzie, gdzieś pomiędzy różami a drzewem jabłoni, bezbronne, przerażone stworzenie wzywało pomocy. Dziewczynka postanowiła je odnaleźć.

Drzwi zaskrzypiały lekko, gdy je otworzyła. Stała przez chwilę na korytarzu, nasłuchując, czy babcia się nie obudziła, jednak w całym domu panowała niczym nie zmącona cisza. Ruszyła. Powoli schodziła po schodach. Klap, klap. Najpierw lewa noga, potem prawa. Jej mała rączka ślizgała się po gładkiej poręczy.

Wślizgnęła się do przedpokoju i z szuflady szafki wyciągnęła klucze. Ostrożnie, wstrzymując oddech, włożyła klucz do zamka i przekręciła dwa razy. Po chwili była już na zewnątrz. Lekki wiaterek zatrzepotał jej białą koszulą nocną. Kociak zamiauczał cichutko i zamilkł. Minęły cztery sekundy, pięć, czterdzieści sekund, minuta. Kociątko znowu zamiauczało, ciszej niż poprzednio. Dziewczynka poszła w kierunku źródła dźwięku.

Znalazła go pod krzewem czerwonej róży. Miał potargane rude futerko oraz wielkie jak spodki niebieskie oczy. Kiedy wzięła go na ręce, poczuła, że chude ciałko drży. Wspiął się jej na ramię i wbił w nie pazurki, szukał schronienia pod jej policzkiem. Szorstkim ciepłym języczkiem polizał ucho wybawicielki. Pogłaskała go delikatnie, pod palcami wyczuła drobniutkie kosteczki. Pozwoliła się obwąchać wilgotnym noskiem. Kotek położył łepek na jej ramieniu i zamruczał. Dziewczynka słuchała tego terkotania, uśmiechając się łagodnie. Otuliła zwierzątko ramionami, żeby je ogrzać i zaniosła do domu.

Położyła go na łóżku. Obwąchał dokładnie czystą bawełnianą pościel, rozglądał się niepewnie po pokoju. Dziewczynka pomknęła do kuchni. Po chwili wróciła, niosąc miseczkę napełnioną odrobiną mleka. Ustawiła miseczkę na podłodze, zdjęła kotka z łóżka, a ten, nieporadnie jakby mu przeszkadzały jego własne łapki, zbliżył się do miseczki, obwąchał zawartość i wychłeptał wszystko do ostatniej kropelki. Różowym języczkiem dokładnie oblizał pyszczek: dziewczynka nie wiedziała, że koty mają takie długie języki. Potem umył dokładnie każdy centymetr futerka, ziewnął szeroko i zmrużył oczka. Dziewczynka przeniosła go z powrotem na łóżko, położyła się obok niego, głaskała dopóki nie zasnął. Wkrótce jej powieki stały się ciężkie. Przez chwilę kołysała się pomiędzy snem a jawą, aż wreszcie, zmęczona, zasnęła.

 

***

Obudziła się wczesnym rankiem. Białe firanki szeleściły poruszane letnim wietrzykiem, który przyniósł zapach kwitnących lip, skopanej, wilgotnej ziemi, trawy i kwiatów. Przy policzku czuła coś miękkiego, ciepłego, co układało się na poduszce, łaskocząc ją przy tym w szyję. Kociątko przeciągało się, wyciągnęło przed siebie wszystkie cztery łapki, wygięło się w łuk. Otworzyło oczka, wstało, zrobiło koci grzbiet, po czym zamiauczało: domagało się śniadania i to już, teraz, natychmiast! Dziewczynka popędziła do kuchni po mleko. Powitało ją niecierpliwe miau! miau! Po śniadaniu kot przystąpił do porannej toalety, którą wykonał niezwykle starannie, kichnął i rozejrzał się po pokoju, jakby zastanawiał się, co by tu nabroić. Przez chwilę w ogromnym skupieniu przyglądał się czemuś, co zobaczył pod stolikiem stojącym przy łóżku, następnie skoczył jak sprężynka, stanął na tylnych łapkach, machając jednocześnie przednimi. Opadł z powrotem na cztery łapki, zamajtał ogonkiem i przewrócił się na grzbiet. Patrzył na dziewczynkę łobuzersko, zdawał się mówić do niej: ,,Jestem dzikim tygrysem! Bój się mnie! Zjem cię!”

W tej chwili po domu rozniósł się mosiężny dźwięk gongu obwieszczający śniadanie. Dziewczynka zamknęła okno, żeby kociak nie wypadł i wyszła z pokoju, pilnując, by nie zostawić otwartych drzwi. Jak to dobrze, że babcia nigdy nie wchodzi do jej sypialni!

W saloniku, przy niedużym okrągłym stoliku nakrytym śnieżnobiałym obrusem oraz zastawionym rozmaitymi smakołykami, siedziała starsza kobieta w szarej, świeżo wyprasowanej letniej sukience. Siwe, krótkie włosy miała starannie uczesane, na lewym ramieniu tkwiła broszka w kształcie pączka róży. Dziewczynka skinąwszy głową na powitanie, usiadła przy stole.

Babcia lubiła dobrze zjeść, więc na stole nie brakowało masła, bułeczek, ani jajek na twardo, obfitość konfitur cieszyła oko i podniebienie, a kawa babci oraz herbata dla dziewczynki, były naprawdę gorące. Dziewczynka nie należała do niejadków: zjadła posiłek z apetytem godnym wygłodzonego żołnierza. Po śniadaniu pozmywała, gdyż należało to do jej codziennych obowiązków. Po postawieniu ostatniego talerzyka na suszarce wróciła do pokoju.

Kotek wspinał się pracowicie po firance. Prawdopodobnie skusiła go ćma siedząca na suficie. Jeszcze tylko kilka centymetrów i ofiara będzie jego! Nie zauważył, że ktoś wszedł do pokoju, był zbyt pochłonięty polowaniem. Raptem czyjeś ręce chwyciły go mocno, odczepiły pazurki, postawiło na posłanym łóżku. Zamiauczał w proteście. ,,Co zrobiłeś dwunogu? Już prawie ją miałem! Pewnie sam chcesz ją zjeść! Ona jest moja!” Odwrócił się tyłem do dziewczynki i zaczął myć futerko.

 

***

Doktor Tkaczyk przychodził w każdą środę, dokładnie o dwunastej w południe. Kiedy stary zegar stojący w saloniku zabił dwanaście razy, rozległ się dzwonek do drzwi – właśnie była środa. Babcia wpuściła gościa i posadziła go naprzeciwko siebie w fotelu.

Fotel był dosyć niski, doktor zaś przeciwnie – bardzo wysoki i w dodatku długonogi, więc siedziało mu się niezbyt wygodnie, ale pomimo to, nie protestował. Na jego szarej, pomarszczonej twarzy nieczęsto gościł uśmiech, wydawało się, iż jego mięśnie mimiczne zanikły z powodu nieużywania. Pośrodku głowy znajdowała się łysina, otoczona wianuszkiem włosów jak wyspa – morzem. Kiedy mówił, patrzył rozmówcy prosto w oczy, co niekiedy onieśmielało ludzi. On sam nigdy nie bywał onieśmielony.

– Dzień dobry, pani Adelo. Jak się czuje nasza podopieczna? – Doktor nigdy nie tracił czasu na, jego zdaniem bezsensowne, rozmowy o pogodzie czy towarzyskie pogawędki. Od razu przechodził do sedna sprawy.

– Dzień dobry, panie doktorze. Może napije się pan herbaty albo kawy? Mam też ciasto, bardzo smaczne. – Pani Adela uśmiechnęła się przepraszająco, jakby zaproponowanie gościowi poczęstunku było ogromnym nietaktem.

– Dziękuję, dopiero jadłem śniadanie. Jak ona się sprawuje?

– Ola chyba czuje się dobrze. Nie zauważyłam, żeby… żeby coś było nie w porządku.

– Ola? Nazywa ją pani Olą? – Doktor Tkaczyk wydawał się zdziwiony.

– Tak. – Pani Adela zmieszała się nieco. – To brzmi przyjemniej niż J-124.

– Przyjemniej? Cóż to znaczy?

– Czy ja wiem… Nie chciałabym, żeby ktoś mówił do mnie J-ileśtam. – Po wygłoszeniu powyższej deklaracji starsza pani zainteresowała się gwałtownie obiciem fotela, jakby wstydziła się własnej śmiałości.

– Dobra nieważne. Ostatecznie, może ją sobie pani nazywać, jak się pani podoba. Nadal nie mówi?

– Niestety nie.

– Chciałbym ją zobaczyć, jeśli można. – Doktor wyjął z teczki notes, tymczasem pani Adela wstała i bez słowa poszła po dziewczynkę.

J-124 stała skulona, z pochyloną głową. Nie wiedziała, co zrobić z rękami, więc włożyła je do kieszeni białej letniej sukienki. Nie lubiła doktora Tkaczyka. On chyba też jej nie lubił, bo nigdy się do niej nie uśmiechnął, ani nie powiedział nic miłego. Babcia to co innego: nie zmuszała jej do rozmowy i sama nie za dużo nie mówiła, czasem dała jej cukierka, a kiedyś, w przypływie dobrego humoru, zabrała ją do miasta na lody. Siedziały na ławeczce przy fontannie, jedząc pyszny zimny krem i obserwując ludzi. Doktor nie wyglądał na kogoś, kto lubi jeść lody z małymi dziewczynkami.

– Czy nie wiesz, co należy powiedzieć, kiedy widzi się gościa?

Dziewczynka poczuła, że nogi się pod nią uginają, zaschło jej w gardle, serce biło gwałtownie. Ach, żeby ten okropny człowiek już sobie poszedł!

– Nie bój się. Nie powiesz mi ,,dzień dobry”?

Nic.

– Powiesz, co dzisiaj robiłaś?

Cisza.

– Cóż, trudno. Możesz już odejść. – Dziewczynka odwróciła się i pomknęła do swojego pokoju. – Nie jest dobrze, pani Adelo. Co powiedział neurolog? Psychiatra?

– Nie znaleźli żadnych uszkodzeń organicznych w mózgu. Do psychiatry idziemy dopiero za dwa miesiące. Wie pan, jak trudno się dostać do specjalisty w dzisiejszych czasach.

– Oczywiście wie pani, co może się stać z Olą… to znaczy z J-124, jeżeli nie zacznie mówić? Chciałbym pomóc, ale Komisja ds. Etyki będzie naciskać.

– Wiem – szepnęła babcia.

– Cóż – Tkaczyk z trudem podniósł się z fotela – Pójdę już. Proszę dzwonić, gdyby coś się stało. Do widzenia. – Doktor wyszedł. Babcia zamknęła za nim drzwi.

 

***

 

Był ciepły lipcowy wieczór. Świerszcze i żaby z pobliskiego stawu próbowały się nawzajem zagłuszyć. Drzewa opowiadały sobie jakieś zajmujące historie, kwiaty stulały płatki układając się do snu. Kawki kłóciły się w koronach dębów rosnących za domem. Od czasu do czasu zawarczał silnik samochodu na pobliskiej szosie. Słońce już prawie zaszło. Na czerniejącym niebie, jedna po drugiej pojawiały się gwiazdy. Niektóre, jak Wega czy Kapella świeciły jasno jak latarnie, były ledwie widocznymi kropeczkami. Tuż nad horyzontem, na południu, płonął Mars.

Gdy zrobiło się już całkiem ciemno, a babcia zasnęła J-124 wymknęła się z domu. Na rękach niosła kota. Przy krzewach różanych postawiła go na ziemi. Razem zanurzyli się w krzaki agrestu i porzeczek, buszowali wśród jabłonek ukryci w mroku. Dziewczynka prawie nic nie widziała, więc wyciągała przed siebie ręce. Badała dotykiem chropowatość gałązek i gładkość liści. Szeptała nazwy: porzeczka, agrest, trawa, jabłoń, jakby uczyła się ogrodu na pamięć. Tyle słów! Wszystko, co istnieje ma swoją nazwę, nawet najbrzydsza roślina i najdrobniejsze żyjątko.

– To mrówki, a to komar – myślała dziewczynka – a jak ja się nazywam?

Wdychała zapach trawy i ziemi. Słuchała szelestu, skrzypienia gałęzi, rechotu żab. Kotek polował na rzeczywiste bądź wyimaginowane ofiary. Wreszcie J-124 usiadła pod starą jabłonią. Oparła się o jej szorstki pień, spojrzała na niebo wypełnione gwiazdami jak sernik babci rodzynkami. Od czasu do czasu przeleciał meteor, rysując szybko znikającą smugę. Sztuczne satelity krążyły wokół Ziemi, mrugając do niej, a czasem nawet puszczając zajączki. J-124 zdawało się, że czas nie istnieje, a cała przestrzeń zawiera się w ogrodzie i w tym kawałku nieba nad jej głową.

Kociak przyczaił się pod krzakiem czerwonej róży.

– Tu cię znalazłam –odezwała się nieoczekiwanie – Zdaje mi się, że jesteś dziewczynką, więc odtąd będziesz się nazywać Różyczka.

 

***

 

Pani Adela zawsze wcześnie kładła się spać, a tego dnia czuła się wyjątkowo zmęczona, więc już o dziewiątej leżała w łóżku. Jednak, pomimo znużenia, sen długo nie nadchodził. Materac, wcześniej wygodny, nagle stał się za twardy, poduszka zamieniła się w kamień. Dopiero około jedenastej pani Adela zapadła w niespokojną drzemkę.

– Co to? Co się dzieje? – Pani Adela, półprzytomna, usiadła na łóżku. Ze snu wyrwał ją brzęk tłuczonego szkła. Ktoś był w kuchni!

– Może to tylko Ola – pomyślała starsza pani, chcąc dodać sobie odwagi. – Włamywacz chyba by tak nie hałasował? – Na wszelki wypadek chwyciła długi czarny parasol i tak uzbrojona powoli zeszła na dół.

W kuchni było ciemno. Babcia już miała zapalić światło, kiedy ujrzała parę wpatrujących się w nią, świecących ślepi. Oparła się o ścianę. Nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku, jakaś niewidzialna ręka ściskała jej gardło, do żołądka wpadła bryła lodu. Czyjaś dłoń zapaliła światło. Ku swemu zdumieniu babcia ujrzała stojącego na zlewie, rudego młodego kota. W pyszczku trzymał spory kawał wątróbki.

– Matko Przenajświętsza, obiad! – Wydusiła pani Adela. – Dziecko, co tu się dzieje? – To pytanie skierowała do dziewczynki, która stała obok, niemal równie wstrząśnięta, jak babcia, ale też wyraźnie rozbawiona. Kot tymczasem zeskoczył na ziemię i uciekł pod stół ze zdobyczą w zębach. Wątróbka zostawiła na podłodze cienką smużkę krwi.

– Jutrzejszy obiad będzie chyba trochę skromniejszy – stwierdziła babcia, kiedy nieco doszła do siebie. Spojrzała na dziewczynkę z ciekawością, jak na zagadkę, którą koniecznie chciałaby rozwiązać, ale nie potrafiła, bo rozwiązanie każdego dnia było inne.

– Czy to twój kot, dziecko? – spytała bez gniewu, bo nigdy się nie gniewała. Nie usłyszała słów, ale coś w spojrzeniu dziewczynki kazało jej powiedzieć:

– Jutro pójdziemy do miasta i kupimy miseczki na jedzenie i na wodę. A teraz idź lepiej spać.

 

***

Następnego dnia było wyjątkowo gorąco. Bezpańskie psy kryły się w cieniu, dysząc ciężko i z utęsknieniem wyglądając wieczoru. Ludzie, oślepieni słońcem, mrużyli oczy i pochylali głowy. Niektórzy nosili okulary przeciwsłoneczne, które upodobniły ich do ogromnych much. Słońce wędrowało po niebie powoli, jakby i ono zmęczyło się upałem.

Pani Adela i jej podopieczna szły chodnikiem. Staruszka z trudem zmuszała obolałe nogi do marszu, do płuc wlewało jej się rozgrzane powietrze, a pot spływał z niej kropelka za kropelką, jakby miała się za chwilę roztopić. J-124 wyobrażała sobie, że idzie przez pustynię: babcia stała się wielbłądem, samochody i przechodnie były karawanami mijającymi się w milczeniu wśród wydm. W stojącym powietrzu wisiało mnóstwo kurzu, wystarczyło zamknąć oczy, żeby zobaczyć Saharę.

Zgodnie z zapowiedzią poszły do miasta i kupiły miseczki dla kota oraz trochę kociej karmy. Różyczka na pewno się ucieszy! Jak tylko wrócą, nałożą jej trochę karmy, żeby sprawdzić, czy jej smakuje. Różyczka ostrożnie podejdzie i wszystko dokładnie obwącha, wymachując jednocześnie puszystym ogonkiem.

J-124 uśmiechnęła się do swoich myśli. Jak dobrze, że ma Różyczkę! Nigdy więcej nie będzie samotna. Nie miała żadnych przyjaciół, poza, oczywiście babcią, ale babcia nie potrafiła biegać ani wspinać się na drzewa. Nie chodziła do szkoły, codziennie przychodziła do niej pani Anna i uczyła ją różnych rzeczy, co nie było łatwe, ponieważ dziewczynka od dwóch lat nie mówiła. Pewnego dnia zamilkła, jakby ktoś ją zaczarował i odebrał jej głos. Nikt nie wiedział, co się stało. Babcia z początku myślała, że to tylko taka dziecięca fanaberia, pomilczy trochę, a potem jej przejdzie. Nie przeszło. Były wizyty u lekarzy. Bardzo się bała. Bała się, że odkryją jej tajemnicę. Odkryją, że nie jest człowiekiem.

Prawdę odkryła przypadkiem. Był ciepły wiosenny wieczór. Słońce świeciło mocno, śpiewały ptaki, staw sąsiada rozbrzmiewał rechotem żab. Siedziała na dworze pod otwartym oknem salonu. W środku siedziała babcia, rozmawiała z doktorem Tkaczykiem, który przyszedł, chociaż to nie była środa. W pewnej chwili doktor powiedział:

– Cieszę się, że J-124 tak dobrze się rozwija. To się rzadko zdarza w przypadku klonów.

Do dziś pamiętała swój ówczesny strach. Nie jest człowiekiem! Jest klonem! Co to znaczy? Wiedziała, że klon to takie drzewo, niewysokie, z liśćmi w kształcie ludzkiej dłoni. Spojrzała na swoje ręce. ,,Przecież nie jestem drzewem.” W nocy śniły jej się drzewa. Olbrzymie klony wyglądające, jakby miały tysiące lat wyciągały ku niej gałęzie. Kiedy się obudziła, poczuła, że coś się zmieniło. Przestała mówić. Zaczęła słuchać. Przyglądała się żyjącym wokoło ludziom, jakby byli obcy. Miała wrażenie, iż od reszty świata oddzieliła ją nagle jakaś szyba. Zauważyła wiele dziwnych rzeczy. Dostrzegła na przykład, że inne dzieci nie tylko chodzą do szkoły, ale mają normalne imiona. Ją tylko babcia nazywała Olą. Lekarze nazywali ją J-124. Chodziła do lekarza częściej niż inni, choć nie czuła się chora. Ludzie w białych kitlach co miesiąc pobierali jej krew i oglądali każdy skrawek ciała. Zajrzeli pod powieki, do żołądka, poznali wszystkie komórki wątroby, jej mózg wręcz ich fascynował. Ona o nic nie pytała, wszystkie te zabiegi uznawała za konieczne. Przecież dorośli wiedzą, co jest dla niej dobre.

Wreszcie, zmęczone upałem, dotarły do domu. Powitało je niecierpliwe miauczenie Różyczki. Rude ciałko wiło się pomiędzy ich nogami, prężyło się, wyginało, było wszędzie. Ostre, krótkie ,,miau” przeszło płynnie w długie, falujące ,,u”, kiedy babcia wyjęła jedzenie. Kotka, ciągle miaucząc, zakręciła się wokół własnej osi. ,,Nareszcie! Można jeść!” Obwąchała dokładnie miseczkę oraz jej zawartość, zjadła, umyła się i wystrzeliła przez otwarte okno prosto w jaskrawą zieloność ogrodu. Pędziła przez soczystą trawę, przez krzewy owocowe i róże, w końcu zniknęła wśród gałęzi jabłoni. Spoglądała na ten świat szczęśliwa i doskonale wolna.

 

***

 

J-124 odpoczywała na gałęzi jabłonki. Patrzyła na ogród. Różyczka usadowiła się trochę wyżej na tej samej jabłonce. Mrużyła oczy, mrucząc z zadowoleniem, które wypełniało ją od koniuszka nosa do czubka ogona.

Pani Adela siedziała przy okrągłym stoliku na tarasie. Naprzeciwko niej usiadł doktor Tkaczyk. Pani Adela odgrodziła się od niego dzbankiem kawy. Trzymana w dłoni filiżanka drżała lekko, choć wieczór był ciepły.

– Czy to już postanowione? – Babcia odważyła się zadać pytanie.

– Tak. Jutro przyjadą po nią pracownicy opieki społecznej.

– Co się z nią stanie?

– Zbada ją komisja lekarska. Różni specjaliści ocenią jej rozwój. Ze wszystkich klonów jej stan jest najlepszy, jest duża szansa, że skierują ją na terapię. – Lekarz przerwał, żeby napić się kawy. Była taka, jaką lubił: nie za mocna, gorzka, czarna. – Jestem pewien, że jakość jej życia jest wystarczająco dobra, żeby…

– Żeby pozwolić jej żyć?

Doktor Tkaczyk nie odpowiedział. Patrzył na gorący płyn w swojej filiżance, studiował jego barwę i temperaturę. Milczał.

– Do jasnej cholery! – Pani Adela poczuła, że coś w niej pękło. Upuściła filiżankę. Biała porcelana rozbiła się na wiele małych kawałków. Kawa rozlała się na deskach. – Była już u tylu lekarzy, żaden nie potrafił powiedzieć, co się stało, dlaczego dziecko nagle przestało mówić! Skoro nie potraficie jej pomóc, zostawcie ją w spokoju!

Doktor wstał, trochę zdziwiony jej wybuchem. Od początku wiedział, że nie będzie dobrą opiekunką. Zgłosiła się, bo była samotna, chciała mieć dziecko i takie tam. Jako jedyny sprzeciwiał się jej wyborowi, jednak pozostali członkowie komisji uznali panią Adelę za dobrą opiekunkę dla jednego z trzech klonów. Uległ w końcu pod naciskiem kolegów, lecz przeczuwał kłopoty. Przez osiem lat wszystko było dobrze. Pozostałe dwa klony, J-122 oraz J-123 cierpiały na różne schorzenia genetyczne, J-123 umarł w zeszłym roku. J-122 żył tylko trzy lata: jakość jego życia była na tyle zła, że Komisja ds. Etyki uznała, iż należy je skrócić. J-124 była jedyną szansą na powodzenie eksperymentu, mającego na celu stworzenie zdrowego ludzkiego klona. Niestety, w wieku ośmiu lat przestała mówić.

– Lepiej już pójdę. Proszę pani?

Babcia nie odpowiedziała. Siedziała ze zwieszoną głową. Pod jej stopami leżały szczątki rozbitej filiżanki. Wokoło unosił się zapach kawy. Doktor Tkaczyk pomyślał, że powinien pomóc jej posprzątać. Zamiast tego bąknął pod nosem ,,do widzenia” i ruszył w stronę zaparkowanego przed domem samochodu. Zanim wsiadł, spojrzał na niebo. Tyle lat minęło, odkąd, wraz z młodszym bratem, siedział oglądając nazwy. Dawno temu ludzie ułożyli je w gwiazdozbiory, by nieskończoność zamknąć w stosunkowo łatwym do uchwycenia schemacie. Nieskończoność jednak zawsze uparcie im się wymykała. Doktor westchnął, wsiadł do auta i odjechał.

Tymczasem J-124 nadal siedziała na gałęzi jabłonki. Nad głową miała to samo niebo, na które przed chwilą spoglądał doktor Tkaczyk. Uśmiechnęła się, jakby nagle pojęła coś naprawdę ważnego. Chwilę potem jej serce przestało bić. Ręce puściły gałęzie, bezwładne ciało spadło na trawę. Niedługo lekarze zbadają je, ustalą przyczynę śmierci i wyciągnął odpowiednie wnioski.

Różyczka, wystraszona, zbiegła z drzewa i schowała się pod krzakiem róży. Nieświadoma życia ani śmierci czekała na świt.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Ładnie opowiedziana historyjka przyjaźni dziewczynki i znalezionego kotka, ale o czym jest opowiadanie – nie wiem.

To wszystko, co chcę powiedzieć, bo Autorka chyba nie jest zainteresowana komentarzami pod swoimi tekstami, skoro do tej pory na żadne nie raczyła zareagować.

 

Po chwi­li wró­ci­ła, nio­sąc mi­secz­kę na­peł­nio­ną odro­bi­ną mleka. Usta­wi­ła mi­secz­kę na pod­ło­dze, zdję­ła kotka z łóżka, a ten, nie­po­rad­nie jakby mu prze­szka­dza­ły jego wła­sne łapki, zbli­żył się do mi­secz­ki… – Powtórzenia.

Czy miseczkę można napełnić odrobiną mleka?

 

Ko­ciąt­ko prze­cią­ga­ło się, wy­cią­gnę­ło przed sie­bie wszyst­kie czte­ry łapki… – Chyba nie jest możliwe, by kociątko wyciągnęło przed sie­bie wszyst­kie czte­ry łapki. Przed siebie może wyciągnąć tylko przednie.

 

usia­dła przy stole. Bab­cia lu­bi­ła do­brze zjeść, więc na stole nie bra­ko­wa­ło… – Powtórzenie.

 

kawa babci oraz her­ba­ta dla dziew­czyn­ki, były na­praw­dę go­rą­ce. Dziew­czyn­ka nie na­le­ża­ła do nie­jad­ków… – Powtórzenie.

 

Na jego sza­rej, po­marsz­czo­nej twa­rzy nie­czę­sto go­ścił uśmiech, wy­da­wa­ło się, iż jego mię­śnie mi­micz­ne za­ni­kły… – Czy oba zaimki są niezbędne.

 

Bab­cia to co in­ne­go: nie zmu­sza­ła jej do roz­mo­wy i sama nie za dużo nie mó­wi­ła… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Świersz­cze i żaby z po­bli­skie­go stawu pró­bo­wa­ły się na­wza­jem za­głu­szyć. – Świerszcze i żaby w jednym stawie?

 

– Tu cię zna­la­złam –ode­zwa­ła się nie­ocze­ki­wa­nie… – Brak spacji po drugiej półpauzie.

 

ku­pi­ły mi­secz­ki dla kota oraz tro­chę ko­ciej karmy. Ró­życz­ka na pewno się ucie­szy! Jak tylko wrócą, na­ło­żą jej tro­chę karmy… – Powtórzenia.

 

Był cie­pły wio­sen­ny wie­czór. Słoń­ce świe­ci­ło mocno, śpie­wa­ły ptaki… – Wieczór to czas między zmierzchem a nocą. Wtedy słońce już nie świeci, a ptaki raczej śpią.

 

Tyle lat mi­nę­ło, odkąd, wraz z młod­szym bra­tem, sie­dział oglą­da­jąc nazwy. – W jaki sposób ogląda się nazwy?

A może miało być: …sie­dział, oglą­da­jąc gwiazdy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podoba mi się sposób w jaki budujesz nastrój. Nie jestem przekonana, czy do tej ładnej, sielankowej wręcz, początkowo historii, pasuje aż tak dramatyczne zakończenie. Niektórzy lubią takie zdecydowane kontrasty, ja trochę mniej. Mimo to lektura sprawiła mi przyjemność.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Całkiem sympatyczne.

F.S

Ech, ci wszyscy psychologowie i lekarze funta kłaków nie warci, skoro nie wykryli przyczyny.

Temat raczej wyeksploatowany, ale stworzyłaś jakąś niebanalną historię.

Otuliła zwierzątko ramionami, żeby je ogrzać i zaniosła do domu.

A “je” to co? Zwierzątko czy ramiona, jak wskazuje konstrukcja zdania? Uważaj na zaimki.

sama nie za dużo nie mówiła,

Za dużo przeczeń. Chyba że chodziło Ci o efekt “On dużo nie pije. Mało też nie”. ;-)

ale babcia nie potrafiła biegać ani wspinać się na drzewa. Nie chodziła do szkoły,

Babcia nie chodziła do szkoły? To chyba naturalne dla babć? ;-) Uważaj na uciekające podmioty.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka