- Opowiadanie: paradox - Antek i koty

Antek i koty

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Antek i koty

Był bezradny. Nagi i rozpięty na gimnastycznej drabince drżał, lecz nie z zimna. Szorstki sznur wpijał się głęboko w nadgarstki, raniąc je głęboko i odsłaniając różową biel kości. Nie mógł oddychać. Jeszcze te mdłości wywołane wepchniętym do ust ręcznikiem. W urywanym świście oddechu czaił się strach. Wielki i egzystencjalny. Dojmujący i przerażający. Strach przed tym, co miało nadejść. Wszystko go bolała, a on mógł tylko obserwować. Patrzył więc, jak wypielęgnowane dłonie sprawnie radzą sobie z piłowaniem cienkiej metalowej rurki. Stojący obok duży słój z kremem NIVEA był w połowie pusty.

Za chwilę stanie się „to”. Nie wiedział, co gorsze: ból, czy oczekiwanie bólu, cierpienie, czy jego wyobrażenie. Byle mieć to za sobą. Ile może trwać śmierć? Całe życie – pojawiła się nagła odpowiedź, której nie chciał dopuścić do świadomości. Żałował, że nie umie się modlić. Wymuskana dłoń sprawdziła ostrze. Było gotowe. Na opuszku pojawiła się kropelka krwi, niechybny znak, że zaraz się zacznie.

W delikatnych dłoniach było sporo siły. Nagłe szarpnięcie i drabinka zjechała po wyprofilowanych szynach. Zakręciło mu się w głowie. Był już w pozycji leżącej. Czuł zapach NIVEI, który mieszał się z jego moczem. Z legowiska zeskoczył kot. Wygiął grzbiet i tak mądrze popatrzył.

*

Antek od trzech lat pracował jako detektyw w katowickiej policji. Szedł wolno, patrząc, jak nad metropolią kłębią się rozległe i mroczne rzeki zła. Bure słońce nie było w stanie rozświetlić szarych ulic. Zawahał się, w końcu wszedł do środka. Ceglany budynek neuropatologii był metaforycznym połączeniem przeszłości i nicości. Mdły zapach przyklejał się tu do każdego rzeczy.

– Czekaliśmy na ciebie. Zobacz tylko. – Przywitał go główny patolog, odsuwając prześcieradło.

Antek stłumił jęk. To co zobaczył nie było fajne.

Lekarz mówił bezbarwnym głosem: – Ktoś mu zniszczył mózg. Wbił metalową rurkę głęboko do nosa, chyba użył młotka, żeby przebić się przez kość i dostać do mózgu. A potem włączył sprężarkę i wyciągnął mózg. Ot tak – wydał dźwięk zasysania. – Proszę, tylko, nie pytaj, jak długo ofiara była przytomna. Mamy tu do czynienia z kimś, kto niszczy mózg i robi to bez końca lepiej niż grafomańskie gluty profesora Pitolaka.

– Mogłeś mnie przynajmniej ostrzec. Nie przyszedłbym tu trzeźwy. Wychodzę, inaczej zarzygam ci całe to sterylne, śmierdzące śmiercią gospodarstwo.

Na zewnątrz zaciągnął się chłodnym powietrzem. Chętnie rzuciłby tę pracę. Gdyby miał dużo lepszy głos i trochę lepszy słuch, mógłby śpiewać w chórze kościelnym.

W mieszkaniu ofiary był po dwudziestu minutach. Tyle trwała jazda przez zakorkowane ulice Katowic. Blade słońce budziło niejasne skojarzenia. Sam nie zauważył, że cicho śpiewa We skipped the light fandango… „Z czego to jest?” – zastanowił się, lecz nic nie przyszło mu do głowy.

Rozejrzał się. Pokój umeblowany był więcej niż klasycznie, odrapana meblościanka zasłaniała każdy centymetr kwadratowy ściany.

– Mamy już wyniki. – Helena podsuwała kolejne kartki. Żółtym markerem zakreśliła najważniejsze punkty i jakby nie dowierzała jego umiejętności czytania ze zrozumieniem, dodatkowo wyjaśniała: – W mieszkaniu znaleziono ślady kociej karmy. Parę włosów, prawdopodobnie z ogona szarobiałej kocicy. No i to… – ogryzionym paznokciem wskazała na ulotkę. „Wykład na temat hodowli kotów”.

Tytuł prelekcji dziwnie pasował do znalezionych artefaktów.

– Chyba należy do sprawcy – tłumaczyła Helena. – Jedynie na tej ulotce były ślady kremu NIVEA, ofiara używała innych kosmetyków.

Antek spojrzał na datę wykładu. To już jutro. Do tego czasu i tak nic nie wymyśli.

Źle spał. Najgorsza była całkowita pustka w głowie, wcześniej zawsze miał pomysły, tym razem nic.

W Miejskim Domu Kultury nie było tłoku. Miłośniczki kotów najwyraźniej wolały pozostać w domach.

Prelekcja już trwała. „Chyba źle trafiłem” – pomyślał, patrząc na salę. Same kobiety. Jedne spały, drugie robiły na drutach. Za pulpitem dziewięćdziesięcioletnia babunia próbowała dostroić kontrast na slajdach. Bez skutku. Nie była to jednak wina rzutnika, raczej jej źle dobranych okularów. Męczyła się, kręcąc obiektywem i wzdychając. Jednak nie miało to znaczenia, bo i tak nikt nie zwracał na nią uwagi.

Popatrzył się jeszcze raz. Osoby w ostatnim rzędzie nie pasowały do reszty. Były nieskończenie młodsze i o niebo ładniejsze. Antek podszedł, żeby się im lepiej przyjrzeć. Takie papużki nierozłączki. W myślach nazwał je Koka i Kola. Ubrane trochę zbyt luzacko, no i jeszcze te ich workowate kolorowe torby, jakby uszyte z wytartego tureckiego swetra. Bez wątpienia zaliczały się do radosnych właścicielek kociej rasy. Podrapane ręce, a przy nosie trzymały chusteczki. Oczywiście, kocia alergia, do której za nic nie chciały się przyznać. Pewnie wszystkim mówiły, że to zatoki, albo sezonowe przeziębienie. Ich inteligentne twarze także nie pasowały do reszty towarzystwa. Znudzone, nie zabawią długo na tej nieudanej prelekcji.

Rozglądnął się jeszcze raz. Coś się nie zgadzało. W kieszeni poczuł wibrację telefonu.

– Co się stało, Heleno? – zapytał zirytowany. – Jesteś pewna, że znaleziono kolejne zwłoki mężczyzny bez mózgu? Niech technicy zabezpieczą wszystkie ślady – wykrzyczał do telefonu.

Gdy z powrotem wszedł do sali, Koki i Koli już nie było. Wybiegł na zewnątrz. Nic, kompletnie nic. Samochody przeciskały się przez ciasne ulice, kłębami ciemnych spalin znacząc swoje niezadowolenie.

Coś przeoczył, jego uwadze uszedł jakiś ważny szczegół. Przecież musiał widzieć mordercę.

Wrócił na salę. Prelekcja nie ruszyła się poza treść trzeciego, zamglonego slajdu. Tam, gdzie jeszcze niedawno siedziały Koka z Kolą znalazł mały strzęp wyrwanej z notatnika kartki. Rozprostował ją kantem dłoni. Któraś z dziewczyn mocno się nudziła. Na kartce zobaczył niedbałe rysunki gołębia, kruka i kłos zboża, a nieco innym długopisem domalowany został pierścień.

Antek wrzucił zwitek do foliowej torebki i zacisnął brzegi. Siedząca najbliżej dziewcząt starsza kobieta drzemała w najlepsze. Delikatnie potrząsnął jej ramieniem.

– Proszę pani. – Próbował sprowadzić jej świadomość na ten świat.

Trochę trwało zanim włączyła aparat słuchowy. Gmerając przy urządzeniu, tłumaczyła, że oszczędza baterie. W końcu złapała kontakt z rzeczywistością. Okazało się, że zna obie dziewczyny, mieszkają nawet na jednym osiedlu. Antek zapisał przybliżony adres i wrócił do domu.

Puste mieszkanie było ostatnią rzeczą, której teraz potrzebował. Smutne myśli krążyły, jak kruki nad padliną. Chodził w kółko, zaciskając zęby i nie mogąc znaleźć sobie miejsca. „Musi coś zrobić, inaczej zwariuje”. Nie znosił swojego mieszkania, jeszcze z tym dochodzącym zza okna szczękiem tramwajów, przypominającym odgłosy czyśćca. Wziął plecak i wskoczył do auta. Godzinę później był na basenie. Lubił wodę, zagłębił się w ciepłej, niebieskiej toni i pokonując kolejne długości marzył o pracy ratownika na plaży nudystów. W końcu zmęczony wszedł do sauny. Miał szczęście, na drewnianej ławeczce siedziała dziewczyna. Podobała mu się. Przedstawił się. Powiedział, że jest byłym pracownikiem kancelarii prezydenta Komorowskiego i ma w domu parę fajnych antyków.

– Chcesz zobaczyć Gęsiarkę? – spytał poważnie.

– Wolałabym zabawić się pastuszkiem. A tak na poważnie, Jagoda jestem.

Uśmiechnęli się do siebie. Całe szczęście, że nie potraktowała go jak nienormalnego. Oboje wiedzieli czego chcą, a tak klarowne sytuacje nie zdarzają się często. W ciągu niespełna trzydziestu lat swojego życia nauczył się, że takich spotkań się nie marnuje.

Pojechali do niego. Ceremoniał był tyleż nieskomplikowany, co przećwiczony. Smooth jazz, wino i zamówiona pizza. Właśnie śpiewała Nina Simon, gdy postanowili zrzucić ciążące im ubrania.

*

Koka z Kolą odzyskiwały zwolna świadomość. Na rękach miały kajdanki. Usta zaklejała im szeroka taśma, a na niestarannie umytej podłodze bure plamy prowokowały do najstraszniejszych przypuszczeń.

*

Jagoda miała wspaniałe ciało. Odczuwał wprost zwierzęce pożądanie. Chciał wejść w nią i stopić się w błogą jedność. Byli jak w transie, objęli się mocno i już zanurzeni w sobie, szeptali słowa, które jeszcze bardziej ich podniecały. Całował każdy centymetr jej ciała i potem znów złączyli się w kosmiczną całość. Ich świat wirował w opętańczym tańcu seksu i szaleństwa.

*

Słoiczki z szarą galaretą poukładane były na metalowej półce.

„Jak na mężczyznę, ma bardzo zadbane dłonie” – pomyślała Kola. A cichy dźwięk szlifierki i drobne iskry, ulatujące niby niewysłuchana prośba o wolność, przygotowywały na najgorsze. Jak na ironię, Ela Adamiak śpiewała: Trwaj chwilo trwaj, jesteś taka piękna…

*

– Gdzie są moje majtki? – spytała Jagoda, rozglądając się po kawalerskim mieszkaniu Antka. – A to co? – Dodała, podnosząc foliową torebkę z kartką papieru.

– Chyba nic. Albo raczej manifestacja nudów na prelekcji o kotach.

– Nie powiedziałabym, że nic. Ten rysunek ma sens.

Antoni spojrzał na nią na poły pytająco, a na poły pożądliwie. Jagoda mocowała się z majtkami, które nakładała tak niedbale, jakby tę część stroju miała pierwszy raz w życiu.

– Ten rysunek układa się w jedną całość. Wszystkie narysowane przedmioty są atrybutami świętego Oswalda. Wszystkie! Dlatego raczej nie może być tu pomyłki.

Antek rzucił się do drzwi, pozostawiając zdumioną Jagodę ze zwiniętymi w sznurek na prawym udzie majtkami. Wydał dyspozycje Helenie. Należało jak najszybciej przeszukać mieszkania Koki i Koli i odnaleźć człowieka o imieniu Oswald. On sam szybko znalazł się w pomieszczeniu analiz Komendy Wojewódzkiej. Migocące komputery wypluwały kolejne dane. Po godzinie było wiadomo, że Oswald to nazwisko. Mieli adres i mieli podejrzanego. Lecz nie mieli czasu.

Razem z Heleną dopadli do starej policyjnej Kii.

W domu pod szukanym adresem w jednym z okien paliła się słaba żarówka. Skąpe światło dochodziło też z piwnicy. Rozejrzeli się. Nieciekawa okolica. I jeszcze ten skład materiałów pirotechnicznych naprzeciwko domu Oswalda. Antek przeładował broń i nie siląc się na udawanie Rambo wyprostowany wszedł do domu. Usłyszał jakieś jęki.

– Mrrraaaałłł. – Aż się wzdrygnął, niechcący nadepnął na kota, który czmychnął w czarne czeluście domu.

Pchnął drzwi, których framuga okolona była przesączającym się światłem.

– Policja – krzyknął.

Oswald rzucił w niego spiczastą rurką, potem chwycił nóż.

– Nie rób tego. To już koniec.

Antoni wycelował. Wtedy zgasło światło. Słychać było oddalające się dudniące kroki.

Na zewnątrz była tylko Helena. Chyba pierwszy raz w życiu bał się o nią. Wybiegł z domu. To co zobaczył, mogło być pochwałą kobiecych umiejętności strzeleckich. Właśnie Oswald próbował schronić się w hurtowni pirotechnicznej, gdy usłyszał spokojny głos Heleny.

– Zasłoń uszy i zmruż oczy – powiedziała, celując w szparę uchylonych drzwi hurtowni.

– Nie! Proszę nie! – Antek popatrzył błagalnie na Helenę.

Było za późno. Złożyła się do strzału, a sekundę później nad Brynowem wyrósł różnokolorowy pióropusz. Kolorowe gwiazdki były piękniejsze niż te w Sylwestra.

*

Śmietanka na zamówionej cafe latte przypominała serduszko, a ruch w kawiarni oczywiście niewielki, jak zawsze o tej porze dnia.

– Cieszę się, że przyjęłyście zaproszenie na kawę – z szerokim uśmiechem stwierdził Antoni i z błyskiem w oczach popatrzył na Kolę i Kokę. Był pewien, że może się podobać. Włożył swój najlepszy garnitur, a z poszetką w kolorze burgunda wyglądał na światowca.

– Uratowałeś nas przecież. Jesteś naszym wybawcą.

– Ale powiedz nam teraz – poprosiła jedna z dziewczyn – na co Oswaldowi były potrzebne mózgi?

– Przygotowywał z nich karmę dla swojego kota. Umyślił sobie, że wyśle go do „Mam talent” i zdobędzie główną nagrodę.

Potem opowiadał o swojej pracy. Słuchały go uważnie. Czasem o coś dopytując. Był zadowolony z siebie i ze spotkania. Tak miło poklachać sobie z urodziwymi i mądrymi jeszcze kobietami. „Tylko jak je namówić teraz na coś więcej?” – Zastanawiał się Antoni.

W pewnej chwili dziewczyny zauważyły swojego znajomego. Zamachały i parę sekund później nowy gość siedział już przy ich stoliku.

– Patryk jestem – delikatną dłonią podał Antkowi wizytówkę. Na kartoniku z czerpanego papieru można było przeczytać: Patrick, the second lord of the Shadow of the Storm, Scotish.

Antek zamilkł. Dziewczyny całą swoją uwagę przerzuciły na nowego gościa. Żartowały z nim i bez przerwy się śmiały.

– Idziemy jeszcze zamówić po kawałku torta – zakomunikowały w pewnym momencie.

Gdy stały przy chłodni z ciastami, Patryk spojrzał w oczy Antoniego i z wyższością powiedział:

– Poszetka w kolorze burgunda nie nadaje się na tę porę dnia. Ale nie to jest największym jej mankamentem. Nie może być bawełniana. Jak już, to len albo jedwab. Wyłącznie. No i z ręcznym obszyciem.

Antoni podziękował za radę i nim dziewczyny wróciły, siedział już w swoim samochodzie, po jego policzkach płynęły dwie wielkie łzy.

Całe spotkanie z niedalekiej odległości, obserwował dziwnie mądrym wzrokiem, szarobiały kot.

 

Koniec

Komentarze

No nie. to znowu Paradox. W dodatku tym razem “obdarzył” portal grafomańskimi popłuczynami po milczeniu owiec. Współczuję.

Dla porządku trzeba dodać, że są tu liczne (i niezamierzone) błędy interpunkcyjne, a całość, nie dość że wygląda jak jakaś forma prywaty, to jeszcze rozłazi się logicznie, stylistycznie, pragmatycznie i ortopedycznie. Istnieje chyba tylko jedno wytłumaczenie dla tego tekstu. Paradox najwyraźniej chce, żeby jego opowiadanie było na samej górze listy.

Paradoxie, mam dla ciebie ważną informację, zmień lekarza , ten dotychczasowy cie oszukuje.

Lubie grafomanie, nie lubie tego tekstu, tekst dla fetyszystow dłoni, kremów nivea

na minus: za mało błędów, momentami napisane zbyt porządnie,

na plus: skopana fabuła

 

czyta się dobrze, ale bez rewelacji

Ignorancja to cnota.

Jakbyś, Paradoxie, całe życie nic nie robił, tylko pisał takie opowiastki już to jakby kryminalne, już zamrożoną krwią horrorów trącące, że o mózgach nie wspomnę, a i do prozy życia mające się całkiem po drodze, jeśli jest im dość blisko. Pełna jestem podziwu dla zmysłu Twojego obserwowania rzeczywistości wirtualnej i wyciągania sobie co potrzebniejszych elementów, które Cię potem natychaja pomysłami z których zgrabnie czerpiesz jak ze studni i składasz to, co potem wypisujesz, a nie da się ukryć, że piszesz jak umiesz, bo to już zostało ustalone i początkowo napisane.

I ciekawi mnie jeszcze, czy ten obeznany w savoir-vivrze Patryk, to aby miał brustaszę przyozdobioną stosowną poszetką? A może tylko kwiat żywy i wonny nosił w butonierce?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – nie wiem, jak to robisz, ale jesteś Kochana.

 

O szmatkę kolorową w brustaszy mi chodziło. Co to ręcznie brzegi obszyte mieć ma, jak w chusteczce jakiejś damskiej bynajmniej. Bo i kompromisów żadnych tu nie ma i inne wsiowe trochę som. 

No, no Katastrof – nikt nigdy nie dał mi tak wysokiej oceny.  Dzięki wielkie.

A że błędów mało? I tak jest ich za dużo. Próbując czytać różne tutaj teksty, zrozumiałem, że grafomania nie polega na tworzeniu bełkotliwych zdań i wymuszonych ortów.  Gdzie myśl grzęźnie i nie sposób doczytać historyjki do końca. Myslę sobie, że grafomania to przede wszystkim naiwne postrzeganie świata. A także niepasujące do siebie opisy: zbyt literackie, sąsiadujące ze zbyt prostymi. Wreszcie papierowe postaci. Ale pewnie się mylę! 

Fajnie Idaho, że chciało Ci się przeczytać ten tekst. Szkoda, że nie napisałeś, dlaczego go nie lubisz, bo chyba nie tylko przez swą niechęć do Nivei.

Paradoxie, nie wiem jak ja to robię, bo przecież nic nie robię, już taka jestem. ;-)

 

Chyba nie mylisz się raczej Paradoxie, jak mówisz do Katastrofa, bo ta grafomania co ma na czerwono dużo powężykowane, to mnie się ona mniej niż bardziej podoba, a i Juror Beryl bynajmniej patrzy na nią chyba wzrokiem większej pozbawionym życzliwości. Choć nie wiadomo tak naprawdę jak spojrzy w tym roku, bo może mu się gust już jakoś przepoczwarzył… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Masz rację Reg – urok to coś, co się albo posiada, albo nie. Taki dar.

 

Miło bardzo, że też za niestosowne uważasz celowe kaleczenie języka. Zanim to zrozumiałem upłynęło trochę czasu – nauczyciele zawsze twierdzili, że mam zbyt dużą przerwę synektyczną.

Kiedy sobie to jednak wszystko poukładałem, wyszło mi, że grafomania polega na niezamierzonym komizmie w sytuacjach poważnych, no i odwrotnie. Jeśli do tego dodać wybujałą czułostkowość (taką rodem z przedwojennych romansów) i nadmierny sentymentalizm oraz banalność opisywanych zdarzeń, powinno wyjść grafomańskie opowiadanie. Tylko niechże będzie ono atrakcyjne dla czytającego. Bo jeśli radość bierze się jedynie z bezkarnego popełniania błędów, to tak, jakbyśmy się cieszyli z najazdu Hunów. Ale oczywiście mogę się mylić, niesprawiedliwie oceniając tutejszych Autorów.

Nie zazdroszczę jednak Jurorom.  A Tobie Reg (no i Joseheim) przesyłam późnowieczorny szeroki uśmiech :-)

Aha, jeszcze jedno. Jestem tu właściwie nowicjuszem i naprawdę(!) nie lubię się wymądrzać.

Nawet nawet. Wątpliwości pozostawia fakt, że raz tekst jest zbytnio porządny, a raz inny zbytnio nieporządny. Myślę jednak, że autentyczność tej twórczośći autorze, przemawia na korzyść. Opko taką wystarczającą nudą wieje, że aż musiałem wywietrzyć dom po przeczytaniu :)

Ten krem NIVEA mnie rozbawił :D

lol

Jandalbercie – przykro, że tym tekstem zapowietrzyłem Tobie mieszkanie. Sory, nie chciałem

Hmmm. Tej grafomanii chyba pomogłoby, gdyby była śmieszniejsza. Tak po prostu, zgubić kilka przecinków to każdy potrafi, a nawet pełno samorodnych talentów. Ale zgubić, żeby przeinaczyć zdanie – o, to już sztuka!

Ale niech się tym juror Beryl martwi.

 

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka