- Opowiadanie: Kwisatz Haderach - Ad maiorem Protectionis Solaris gloriam

Ad maiorem Protectionis Solaris gloriam

Dziękuję Śniącej i Naz. Dziewczyny, kocham Was! Możecie uznać ten tekst, za tekst zbiorowy, bo bez nich na pewno by nie powstał! Cóż pozostaje mi rzec? Nieważne, jak bardzo chwaliłbym tutaj ich pomoc, zaangażowanie, dawkę motywacji – tylko dzięki niej, wczoraj, o godzinie dziewiętnastej, zacząłem przelewać tekst na epapier – którą mi dały... nie wyrazi to mojej wdzięczności w pełni :(

Tak więc tekst ten dedykuję właśnie im.

 

Pss. Zmieniłem tytuł. Tamten, wymyślony na szybko, wydał mi się tandetny. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ad maiorem Protectionis Solaris gloriam

Na dziewięć wpisów o zerowej wartości merytorycznej, zdarzał się jeden, którego treść można by uznać za, chociaż częściowo, przydatną. Ową tragedię, której przyglądał się Clark, nazwano później Bożą Sprawiedliwością. Na jej temat zaczęli wypowiadać się zupełnie przypadkowi i nieobeznani z tematem ludzie. Wkrótce nastąpiła ostateczna klęska w dociekaniu prawdy i zalew medialnych teorii spiskowych; tworzonych przez coraz to zajadlejsze grono z parciem na szkło. Temat okazał się na tyle gorący, że nie zdołały go ostudzić wieści o zdecydowanie wyższej wadze. A potem na scenę wszedł Kościół Nowej Ery.

Kolejne tygodnie pokryły domniemany wrak statku Opportunity warstwą mistycznych bzdur, której nie sposób było sforsować. Zdawało się, że nikt nie dopuszczał do siebie prostej prawdy i zarazem jedynego sensownego wyjaśnienia katastrofy. Dlaczego?

To akurat Clark Larsson rozumiał doskonale. Z początku katastrofę, o niewielkim zasięgu i nic nieznaczącej skali, rozdmuchano ze względu na charakter jej uczestników. Człowieka i Bestii, jak pisano później w nagłówkach.

Opportunity należał do kompanii najemników Protectio Solaris, którzy działali poza wszelkimi ramami ludzkiego prawa. Na ich szczęście działali też poza wszelkimi układami należącymi do ludzi, tak więc hegemonia nie mogła, a jednocześnie nigdy nie miała zamiaru, wziąć się za ich szemrane interesy. Oczywiście, skonstatował Clark. Przecież sama korzysta z ich usług.

Najemników z Protectio Solaris wynajmowano w nagłych, kryzysowych sytuacjach, o czym każdy wiedział doskonale, lecz nikt oficjalnie. Jakie to były sytuacje? Na ten temat Clark nie potrafił znaleźć informacji. Domyślał się, że dla Protectio Solaris anonimowość klientów jest niepodważalną świętością. Jednak w przypadku Opportunity, mimo że nie zdradzono, dokąd zmierzał statek, organizacja została zmuszona do wyjawienia zawartości przesyłki, co dało początek burzy…

Clark śmiał się, przekopując archiwum.

Nikt w całej hegemonii nie dowiedziałby się o tym, gdyby Opportunity rozbił się kilka lat świetlnych wcześniej. Sprawę by zatuszowano, a Protectio Solaris wysłałaby po cichu kolejną przesyłkę. Aby jednak owa przesyłka dotarła do celu, musieli wyjść z oficjalnym wnioskiem do władz Wszechterytorium i uiścić opłaty. Gdy więc znaleźli się poza swym ogródkiem, a statek poszedł z dymem, musieli zawiadomić odpowiednie organy.

Jakby tego było mało, ostatni log pokładowy został nadany z wysokiej orbity, dopiero co zterraformowanej, planety. Jej właściciel z pewnością wysłałby statki ratunkowe, obciążając kosztem Protectio Solaris. Najemnicy jednak, ku wielkiemu zaskoczeniu hegemonii, odradzili zapuszczania się na ląd i wszczynania poszukiwań. Obiecali pokryć koszt terraformacji planety, na której wylądowały domniemane szczątki Opportunity. Gdy usłyszeli pierwszy głos sprzeciwu, a ekipy ratunkowe były już w drodze, wyjaśnili, że na Opportunity przebywał tylko jeden <człowiek> – translatory ułatwiały sobie zadanie i wszelcy humanoidzi spoczęli na dnie tej samej szuflady odmian – i zwierzę, które zobligowali się dostarczyć klientowi. Zaznaczyli, że jest to szczególnie niebezpieczny okaz. Jeśli przetrwał – a przetrwał na pewno, gdyż Opportunity był statkiem transportowym – może pozbawić życia wielu ludzi.

A jeśli <człowiek> także przetrwał, to z pewnością Bestia już go znalazła.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Zaraz zlecieli się, ze wszystkich stron świata, obrońcy praw zwierząt. Mimo że nie ujawniono, czym owo stworzenie było w rzeczywistości, rozpoczęli bojkot Protectio Solaris. Zaraz po tym wysłali tysiące listów, apelując do władz hegemonii o absolutny zakaz przebywania tychże w Wszechterytorium.

Potem pojawili się zwierzchnicy kościoła, tłumacząc, że bezczeszcząc prawa nadane przez boga, najemnicy zwrócili na siebie palec boży. Że to kara za grzechy, a biednemu stworzeniu została przywrócona wolność. Amen.

Cała afera została do granic możliwości rozdmuchana przez władze hegemonii, które wprawdzie nie oczekiwały wielkiego zadośćuczynienia od Protectio Solaris, ale zajęły się cichym zmienianiem konstytucji, gdy lud skierował swój żądny krwi wzrok na Ulesse. Planetę, nad którą dokonała się Boża Sprawiedliwość.

Po ponad osiemnastu cyklach od owego wydarzenia Clark nie mógł zrozumieć, dlaczego nikt, nigdy tam nie poleciał, aby sprawdzić, co stało się z <człowiekiem>. Ani Protectio Solaris, ani hegemonia, ani nawet szaleni turyści. Po pięćdziesięciu dawnych latach, gdy na temat Bestii wiadomo było już wszystko, nikt nie pofatygował się, żeby dowiedzieć się, czy <człowiek> żyje.

 

***

 

Kucnąwszy nad śladem pozostawionym w ściółce, rozejrzał się uważnie. Każdy jego ruch zdawał się dokładnie zaplanowany, zero niepotrzebnej otoczki, tików. Wyłącznie matematyczna motoryka.

Tego nauczyli go w Protectio Solaris.

Kiedyś, wiele cykli temu, żałował, że nie rozbili się na jałowej, pustynnej planecie. Wtedy z pewnością wszystko skończyłoby się szybciej. Ale <człowiek> szybko porzucił tę myśl. Już po pierwszych nocach, spędzonych samotnie w dżungli, zrozumiał, że czeka go najważniejszy sprawdzian w życiu.

Pierwotne polowanie na Bestię nie obyło się bez strat – wielu jego towarzyszy skończyło martwych, bo zabrakło im cierpliwości i dyscypliny. Dopiero jemu, wraz z połową oddziału bojowego, udało się poskromić stworzenie, a później zabrać ją na pokład. Wtedy posiadali niezliczoną ilość broni, amunicji, wszelakich detektorów, ciężkiego sprzętu, pojazdów, jednostek lotniczych, wspomagania satelitarnego i tym podobnych. Dzięki temu udało się dokonać niemożliwego. Złapali ją.

Fitzgerald zastanawiał się, jakie było prawdopodobieństwo, że akurat w jego statek – boże, nigdy nie słyszał, aby meteor trafił w jakikolwiek statek! – trafi kosmiczny kamień. Lecz właśnie wtedy, gdy całe powietrze uleciało w próżnię z niszczycielską siłą, gdy okręt został zmiażdżony przez niewidzialne ręce – wtedy zaczęło się prawdziwe polowanie.

 

Wstał ostrożnie, bezszelestnie. Nie tych śladów szukał. Nie zwracając najmniejszej uwagi na wgłębienia w dywanie liści, pozostawione przez dzikiego kota, który przeszedł tamtędy dwie godziny wcześniej, udał się do strumienia. Nie posiadał niczego, na czym mógłby narysować mapę, dlatego ufać mógł jedynie własnej orientacji w terenie. Z początku szło mu tak dobrze, że niemal przestał wierzyć w ograniczenia umysłu. Po piątym cyklu spędzonym na Ulesse wciąż pamiętał każdy kamień i każde drzewo, które minął, a drogę do kilku punktów orientacyjnych pokonałby z zamkniętymi oczyma.

Jednak po siódmym cyklu, gdy kolejny raz zmienił swą dzienną siedzibę, wszystko zaczęło się komplikować. Jedne drzewa zaczęły przypominać drugie, charakterystyczne punkty powielały się – różniły się wprawdzie minimalnie, lecz obrazów w zestawieniu były setki. Usiadł więc któregoś wieczoru i zastanowił się, co dalej.

– Nie można ufać cudzym mapom ani własnej intuicji – słyszał głos trenera. – Wszystko dlatego, że mapy można sfabrykować, a umysł może zacząć płatać figle. Każdy umysł posiada granice.

Czy Bestia także posiada ograniczenia? Szczerze wątpił. Zamieszkiwała znacznie większą planetę, była też dużo szybsza od niego, co rozszerzało jej teoretyczny zasięg dziennych wędrówek. Z czego wynikało, że musi mieć lepszą pamięć od niego. Przystosowanie. Przystosowanie i jeszcze raz przystosowanie.

Gdyby mógł, zaśmiałby się serdecznie. Nie wydał żadnego artykułowanego dźwięku od ostatnich siedmiu tysięcy dni. Bestia mogłaby usłyszeć.

 

Siedem tysięcy dni wcześniej, gdy zaczęło się obustronne polowanie, miał zupełnie czysty umysł. W kapsule, którą płonący Opportunity wystrzelił w stronę planety, znajdowało się trochę sprzętu. Znalazł tam między innymi bioskaner, krótkodystansowy przekaźnik radiowy, rusznicę laserową z trzema ładunkami i apteczkę. Z apteczki wyjął wszystkie ampułki z morfiną i załadował do kombinezonu. Miał cichą nadzieję, że nigdy nie zostanie zmuszony do ich użycia. Okazało się, że posiada jedną sztukę w nadwyżce. Schował ją do sakwy przy pasie. W apteczce, oprócz morfiny, nie znajdowało się nic godnego uwagi i niesienia przez obcy ląd.

Po dokładniejszych oględzinach miejsca lądowania znalazł jeszcze ostrze krystaliczne. Z wielką ulgą schował je do pochwy na przedramieniu. Gdyby miało dojść do walki, ostrze byłoby z pewnością jego najmocniejszą kartą.

Porzucił zamiar wzięcia ze sobą rusznicy – była zbyt ciężka, a trafienie z niej Bestii graniczyło z cudem. Dwunastu szkolonych od dziecka zabójców nie dokonało tego podczas miesięcznej obławy. Nie łudził się, że będzie lepszy.

Gdy odchodził, zerknął jeszcze na przekaźnik radiowy. Mógłby się stąd wynieść. Wkrótce na orbicie pojawią się <ludzie> albo nawet ktoś z hegemonii. Zastanowił się. Plusy i minusy.

Jeśli zostanie, pomyślą, wcale nie bezpodstawnie, że jest martwy. Odprawią uroczysty pogrzeb i wystrzelą honorową salwę. A on zostanie sam z Bestią, na dzikiej planecie, i umrze, w ten czy inny sposób.

Sprawował pieczę nad Opportunity, został kapitanem. Było to sporym zaszczytem – nie każdemu <człowiekowi> dane jest zobaczyć Wszechterytorium. I choć okręt spłonął, żaden przełożony nie powie na ten temat ani słowa. To nie wina <człowieka>. Zawiodły systemy wczesnego ostrzegania. Być może, gdy któryś starszy kapitan odejdzie, zostanie mu przypisany nowy statek.

Jeśli zdoła przetrwać do tego czasu, wszystko wróci do normy.

Szybko odrzucił ten głupi pomysł. Ściemniało się, a śladów najlepiej szukać jeszcze za dnia.

 

Gdy tylko doszedł do siebie po lądowaniu, wyplątał się z pasów bezpieczeństwa i wyszedł na skąpaną w słońcu polanę, rozejrzał się. Szukał na niebie smugi pozostawionej przez bliźniaczą kapsułę. Rozwiewała się właśnie i dopatrzył się jedynie konturu, krzywego zarysu; zanotował, że stracił na kilka minut przytomność.

Chociaż nie zanosiło się na deszcz, a upał dawał się we znaki, podłoże było bardzo wilgotne. Gdy poluzował filtry w masce, również w powietrzu wyczuł wilgoć.

Otaczały go najrozmaitsze drzewa, niektóre niskie, o konarach z bladozielonym osadem. Inne większe, o grubych pniach i potężnych konarach, przesadnie wręcz wysokie. Gdzieniegdzie las zdawał się tak gęsty, że spomiędzy konarów i morza szerokich, rozpościerających się z gracją liści, nie docierało żadne światło. Nie potrafił się na tym skupić, choć wiedział, że jeśli zostanie tu dłużej, będzie musiał przyswoić tajniki owej dziczy.

Podczas wędrówki większą uwagę przykładał do śladów. Nie chciał rozminąć się z Bestią. Szczerze wątpił, aby ta porwała się od razu na jego kapsułę. Nie wątpił jednak, że i ona zlokalizowała smugę na niebie i wie dokładnie, co oznacza. Sądził jednak, że do spotkania spróbuje się, na swój gadzi sposób, przygotować.

 

Droga zajęła mu ponad dwie standardowe godziny. Słońce chyliło się ku zachodowi. Zastanawiał się, ile na Ulessie trwa dzień. Zważywszy, że to planeta ziemiopodobna, wartość ta nie może być skrajnie różna. Założył więc, że dzień to dwadzieścia pięć godzin.

Kapsuła Bestii rozbiła się na kamienistym wzniesieniu. Między skałami rosły niewielkie drzewa o łukowatych pniach. Posiłkując się ogonem, wspiął się po niemal pionowej ścianie. Kombinezon kamuflował wszelkie feromony i Bestia nie mogła go wyczuć. Punkt dla niego. Mogła go jednak usłyszeć, tak więc wspinał się powoli i ostrożnie. Nasłuchiwał.

Bestii tam nie było. Przez chwilę miał nadzieję, że znajdzie gada martwego. Że w kapsule nie zadziałały hamulce atmosferyczne i rozbiła się na skale, a Bestia ugotowała się w środku.

Kapsuła, którą przygotowano do przewozu gada, była przynajmniej pięciokrotnie większa od tej, w której wylądował. Znalazł tylko pusty przedział z wyważonymi wrotami. Choć zostały okute żelazem, nie stanowiły dla wytrwałego potwora żadnej przeszkody. Na statku podtrzymywały je magnetyczne siłowniki, na lądzie zaś wrota stały się bezużyteczne.

Przysiadł z wrażenia. Widział Bestię z bliska, lecz dopiero teraz, gdy pourywane metalowe rygle leżały rozrzucone bezładnie dookoła, uświadomił sobie, na co się porywa. Spojrzał na małą, zielonkawą gwiazdę nad horyzontem. Właśnie zachodziła. Westchnął.

Uruchomił komputer osobisty i wpisał hasło.

[Dzień pierwszy, godzina…{Klik, klik…}… osiemnasta dwanaście czasu Ulessi. Komandor Fitzgerald, jednostka: Opportunity. Podległy Specjalnym Oddziałom Operacyjnym Solaris. Zaczynam polowanie na Diamentowego Bazyliszka. Posiadam końską dawkę morfiny, ostrze krystaliczne ze zbiornikiem neurotoksyny i sprawny kombinezon bojowy. Planeta obfituje w zwierzynę, poziom wilgoci wskazuje na obecność akwenów.]

Przerwał na chwilę. Spojrzał na dziwne iglice na horyzoncie. Góry magnetyczne? Nigdy nie widział podobnych na żywo. Zielonkawe słońce prześwitywało właśnie między nimi.

[Gdyby nie ta cholerna jaszczurka, mógłbym mieszkać tu do usranej śmierci.]

Wstał i zlustrował pobieżnie okolicę. Ślady Bestii były doskonale widoczne. Wiodły, tak jak się spodziewał, w stronę tych nienaturalnych, pionowych gór. Ruszył po tropach.

Po chwili uznał, że wykasuje ostatnie zdanie z dziennika.

 

***

 

Clark Larsson odziedziczył ogromny spadek po rodzicach. Nigdy nie żył ekstrawagancko i nie miał zamiaru zmieniać tego stanu rzeczy. Majątek pozwalał mu jednak od czasu do czasu zrobić coś, na co większości obywateli hegemonii zwyczajnie nie było stać.

Gdy Clark zbadał dokładnie sprawę Bożej Sprawiedliwości, począł spisywać listę. Przekazał ją swojemu doradcy i nakazał przygotować wszystko, punkt po punkcie. Dwa miesiące później, na pokładzie niewielkiego Goyealla, wyruszył na Ulesse.

 

***

 

[Dzień dwunasty. Znalazłem Bestię. Czaiła się na mnie, w pełnym słońcu. Implant Czołowy nie zwęża się tutaj wystarczająco, przez co niemal zginąłem.

Bestia jakimś sposobem zaciera ślady. Wiedziała, że idę za nią. I omal nie zabłądziłem. Jedyne pozostałości po niej, to kości kilku tutejszych zwierząt. Nazwałem je Alfy i Bety, w imię kolejności napotkania. Alfy są nieco podobne do ziemskich koni, a Bety do gnozejskich skoczków. Bestia zjadła po drodze przynajmniej dwie Alfy. Biorąc pod uwagę jej przemianę materii, nie oszczędza sił.

Spotkałem ją tuż przed wejściem do labiryntu gór magnetycznych. Przy strumieniu. Jak wspomniałem, słońce raziło mnie w oczy. Ona wygrzewała się na skale. Czekała.

Spodziewałem się, że będzie szybsza. Wciąż uważam, że pozostawienie rusznicy to dobra decyzja, lecz dopiero teraz widzę inne możliwości pozbycia się tego przebrzydłego gada. W swoim naturalnym środowisku Bestia przyzwyczajona jest do silniejszej grawitacji. Wiele czasu minie, zanim przystosuje się do tutejszych warunków. Ja wychowywałem się w ZG – zmiennej grawitacji.

Wracając do spotkania: w ostatniej chwili odnotowałem ruch na horyzoncie, a później mknący w moją stronę ciemny kształt.

Zdążyłem odskoczyć i uciec między drzewa. Las okazał się zbyt gęsty, żeby mogła podążyć mym śladem. Niemniej – muszę bardziej uważać. Gdyby nie zaatakowała zbyt wcześnie, zbyt pochopnie… Byłbym martwy.

Wiem teraz, że jest niecierpliwa. A tylko cierpliwość pozwoli przeżyć jednemu z nas.]

 

[Dzień trzydziesty. Pomyliłem się. Bestia przystosowała się szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Dziś znalazłem ślady krwi na skale. Wyglądało to, jak pozostałości po jakimś chorym obrządku religijnym – wszystko umazane było jasnoczerwoną posoką. Dopiero po chwili zorientowałem się, dlaczego.

Bestia pozbyła się ogona. Zaczepiła go w uskoku skalnym i… nie wiem, nie mam pojęcia jak, ale urwała go… ucięła.

Ten cholerny kawał mięsa starczyłby, żeby wyżywić pół oddziału.]

 

Ogon nie był jej potrzebny, pomyślał Fitzgerald. Przy tamtejszej grawitacji jedynie zawadzał. Musiała to odczuwać bardziej od niego. Wprawdzie też miał ogon, naturalną przeciwwagę ciała. Tylko nie mógł go wykorzystać. Ani w biegu, gdyż nieczęsto znajdował otwarte przestrzenie – a właśnie tam ogon okazałby się czymś więcej, niż dodatkowym obciążeniem, w dodatku obciążeniem, które wymaga odżywiania. Nie mógł też za często podtrzymywać się nim. Drzewa zdawały się gładkie jak aksamit, żadnych pnączy. Nie zastanawiał się długo.

Jeszcze tego samego dnia zaaplikował schowaną nadwyżkę morfiny, wysunął krystaliczne ostrze, przytrzymał ogon nogą i uciął go.

 

Góry magnetyczne, jak się okazało, sięgały aż po horyzont. I pewnie dalej, pomyślał. Wspiął się na szczyt jednej z nich i ze zdumieniem przyglądał się setkom… nie… tysiącom podobnych szczytów. Wyżyna, którą minął, rysowała się jak niewidzialna granica tej anomalii. Spojrzał w dół.

Nie miał lęku wysokości, nie mógł go mieć, podobnie jak żadnego innego. Wtedy jednak zrozumiał, jak ważna to właściwość, gdy patrzy się z ponad stu, może stu dwudziestu metrów na świat poniżej. Między niektórymi iglicami gęsto ścielił się las, między kolejnymi ziały puste przestrzenie. Same iglice, skonstatował, to świetne kryjówki. Przeszło mu przez myśl, że jeśli Bestia nie zabije go wcześniej, to prędzej umrze ze starości, niż ją znajdzie. A ile pozostało mu lat? Sto? Być może. Nie wiedział dokładnie, ile dokładnie żyją komandosi Protectio Solaris. Wiedział natomiast, że żaden nie umarł ze starości. Ci, którzy osiągnęli wiek sędziwy, mają obecnie po dwieście, trzysta ziemskich lat. To brzmiało realnie. Tyle lat starczy mu, aby dopiąć swego.

Ściągnął z namaszczeniem pancerz, część po części. Jeśli Bestia ma go zabić, to jest jej ostatnia szansa. Przetarł rękawem koszuli filtrującej, którą nosił pod napierśnikiem, naramiennik. Nie mógł zrozumieć, dlaczego tak poważna organizacja, zamiast odpowiednio poważnej grafiki, symbolu, odlewa na naramiennikach strojącego groźne miny duszka. Podpis pod nim głosił: Ad maiorem Protectionis Solaris gloriam.

Przez następne osiemnaście cykli komandor Fitzgerald wypełniał sumiennie swoje przeznaczenie.

 

***

 

Clark leciał na Ulesse dwa miesiące czasu ziemskiego. Wynajął statek i załogę, lecz żaden z obecnych na pokładzie nie wyraził chęci wzięcia udziału w ekspedycji lądowej. Dali mu dwa tygodnie na powrót.

Nie potrzebował dwóch tygodni. Nie potrzebował nawet tygodnia. Przestudiował mapę planety i jedno miejsce rzuciło mu się w oczy. Z pewnością, gdyby mieszkał tu sam od pięćdziesięciu ziemskich lat, udałby się właśnie tam. Nie mógł być pewien, jak postępują Protectio Solaris, w ten sposób zwiększył jednak szanse powodzenia, a tym samym zaspokojenie własnego sumienia.

Jeśli ten <człowiek> przetrwał, będzie mógł wrócić.

Przygotował dla niego przekaźnik satelitarny, tonę sprzętu, żywności – choć wątpił, aby ta ostatnia była konieczna, w końcu jakoś musiał radzić sobie ostatnie osiemnaście cykli. Nie żywił wielkiej nadziei, że spotka tu cokolwiek, poza dziką zwierzyną i szumem wiatru między skałami.

Lądownik przedarł się przez górne partie atmosfery w nocy, więc każdy w promieniu setek kilometrów widziałby go, jak wielką pochodnię. Clark uśmiechnął się pod nosem.

Potem odnalazł to, co zwróciło jego uwagę w sieci, na witrynie encyklopedycznej – setki iglic, nienaturalnych, dziwnych form skalnych. Tak, na miejscu <człowieka> właśnie tam by się udał.

Nie wiedział, co spotka go na poziomie zero, wybrał więc najszerszą z okolicznych iglic i usadowił na niej lądownik. Odpalił wszystkie światła awaryjne, aby domniemany ocalały go nie przeoczył.

 

***

 

Usiadł na stercie rzeczy, które dopiero co wyładował. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Cholerny kapitan zabronił mu palić na statku. Odpalał teraz jednego papierosa po drugim. Gdy kończył czwartego, spostrzegł postać stojącą po przeciwnej stronie sterty. Jakieś siedem, osiem kroków od niego. Pojawiła się znikąd.

Serce zabiło mu szybciej, przechylił się w tył i stracił równowagę. Poleciał na plecy i podparł się ręką. Potem przeczołgał się jeszcze metr, lecz zatrzymał go lądownik.

Postać nawet nie drgnęła.

– Fitzgerald? – spytał Clark niepewnie. – To pan, prawda?

Nie oczekiwał odpowiedzi. Wiedział już, że to on. Wysoki na prawie dwa i pół metra, szerokie plecy. I ten skafander. Czarny lakier złuszczył się, lecz na prawym naramienniku wciąż widniało stare logo Protectio Solaris.

– Wiedziałem, że żyjesz – powiedział nieco pewniejszym głosem. Fitzgerald, o ile jeszcze miał w sobie coś humanoidalnego, skrył to skrzętnie, pomyślał Clark. Bez strachu czy zaintrygowania.

Wreszcie stary komandos ruszył się. Ściągnął hełm. Clark nie wiedział, czym Fitzgerald jest. Żadna znana mu rasa nie pasowała do tego <człowieka>. Lecz nawet gdyby Fitzgerald był prawdziwym człowiekiem, Clark nie rozpoznałby go. Miał zniszczoną, popękaną twarz. Tysiąc zmarszczek, a między nimi zakrzepłą krew i brud. Wyglądał bardziej jak demon z jakiejś tandetnej kreskówki.

Otworzył usta.

Clark ze zdumieniem spostrzegł, że ocalały nie posiada języka. Szybko wpadł na rozwiązanie owego problemu. Wstał i podszedł do lądownika, otworzył właz i sięgnął po notatnik. Z kieszeni wyciągnął długopis i taki zestaw podał rozbitkowi. Ten napisał:

[Musisz stąd uciekać] – Litery były równe, lekko skośne. Wzorowe pismo. Lecz nie to zwróciło uwagę Clarka: zaniepokoiło go, z jaką szybkością i mechaniczną precyzją Fitzgerald je zapisuje.

– Dlaczego?

[Wiesz kim jestem? Wiesz zapewne, co przewoziłem]

Niemożliwe. Przez następne pięć sekund Clark wpatrywał się w rozbitka jak zaczarowany.

– Ty przez te wszystkie lata…?

[Poluję na Bestię. Wracaj, skąd przybyłeś. Póki ona żyje, na tej planecie nikt nie zamieszka]

Clark zamilkł. Poczuł niewiarygodny żal. Kiedy pierwszy raz o tym słyszał? Dziesięć? Dwadzieścia ziemskich lat temu? Czemu wcześniej tego nie zrobił? Zastanawiał się już wtedy, kiedy planował wyprawę. Ale… ale on nie wierzył, że Fitzgerald naprawdę żyje. Zakładał, że… Nie potrafił odpowiedzieć, co zakładał. Wiedziony duszą reportera, podążył za zapomnianą sprawą. A teraz…

Odrzucił głupi pomysł wyłożenia kart na stół. Zamiast tego wygrzebał ze sterty rzeczy komputer osobisty z aktualną bazą danych. Podał go Fitzgeraldowi.

[Po co]

– Przeczytaj. Zrozumiesz. – Clark ruszył do lądownika. Nie chciał przy tym być. – Wrócę tu za tydzień. Bądź gotów.

A potem zostawił rozbitka samego.

 

***

 

<Człowiek> nie od razu zrozumiał, dlaczego dostał komputer, a także co miał przeczytać. Skoro jednak, jak się domyślał, ma świeżą bazę danych, postanowił sprawdzić, co pisano o Opportunity i katastrofie sprzed osiemnastu cykli.

Przebieg wydarzeń, który przewidział, sprawdził się w dziewięćdziesięciu pięciu procentach. Hiperłącza prowadziły do najróżniejszych podstron i uprzednio wróciwszy na swą iglicę, w bezpieczne miejsce, zajął się czytaniem.

Niektóre rzeczy ożywały w pamięci, lecz bynajmniej nie dlatego, że o nich zapomniał. On je w y k a s o w a ł. Wykasował dzieciństwo, przyjaciół, części szkoleń, puste godziny, a nawet pierwotne polowanie na Bestię. Musiał znaleźć dość miejsca dla kolejnych tysięcy niemal identycznych drzew i ścieżek. Tej niesłychanie trudnej mnemotechniki również nauczyli go w Protectio Solaris.

Zostawił w głowie tylko polowanie.

Wreszcie któreś hiperłącze zaprowadziło go na stronę poświęconą Bestii. Nazwa, którą nadali jej pięćdziesiąt lat wcześniej, nie zmieniła się. Doszło trochę informacji, maksymalna długość ciała, waga, coś o potomstwie, przodkowie…

Masa danych, pomyślał. Musieli, skubane, przebadać.

Fitzgerald zamarł. Ściągnął hełm. Przeczytał treść raz, później drugi i trzeci. Nie wierzył w to, co widzi. A jednak… Serce nie biło mu tak szybko od lat – nauczył się je kontrolować, jak zresztą każdy proces zachodzący w ciele.

 

Biegł. Dotychczas oszczędzał energię w pancerzu i ładował go, kiedy tylko się dało. Teraz pancerz pracował pełną parą.

Biegł ile sił w nogach. Od dawna nie czuł zmęczenia. Całe życie poświęcił treningowi. Narzucił sobie zasady, o których jego pobratymcy nawet nie śnili. Wszystko dla polowania.

Biegł przez czternaście godzin. Sądził, że miejsce to jest o wiele bliżej.

Dziura. Jama. Tam ostatni raz widział Bestię. Jej ślady prowadziły do jamy, a potem znów w stronę gór. Jedenaście cykli temu. Jeśli to prawda… Nie, nie, nie. A może jednak?

Włączył latarkę w hełmie i powoli zszedł do środka. Nie czuł smrodu. Ale po tylu latach, czułby cokolwiek? Szedł powoli, rozglądając się dookoła. To nie jama. To jaskinia, ogromna jaskinia.

Co, jeśli się pomyliłem i Bestia stąd nie wyszła? Jeśli te ślady prowadziły wyłącznie do środka? Co, jeśli…

Choć nie dostrzegał całości, wiedział, co ma przed oczyma. Widział masywny szkielet. Widział ułamaną kość, zaraz przy ogonie. Nie ostało się wiele strzępów ciała; wyjadły je robale, dlatego resztę Bestii domalowała wyobraźnia Fitzgeralda. Trzy pary nóg. Lekko wygięty grzbiet. Dziesięciometrowy smok, o łbie z dwoma kłami, którymi kiedyś, dawno temu, zabił jego towarzyszy, którymi rozdarł metalowe wrota kapsuły ratunkowej. Bestia była martwa. Była tak cholernie martwa, że nie mógł w to uwierzyć.

Od jedenastu cykli.

Bazyliszki żyją średnio sześć do siedmiu cykli…

Była martwa. Polował na nią, a ona nie żyła… Nie wygrałem, pomyślał z dojmującym smutkiem. Nie wygrałem, pomyślał chłodno.

Pierwszy raz poczuł się zmęczony. Ściągnął hełm, ułożył go pieczołowicie obok wielkiej czaszki. Sam wtulił się w obgryziony szkielet. Zamknął oczy. Nie musiał nic widzieć, aby to zrobić. Każdy ruch wyćwiczył do perfekcji. Mógłby zabić Bestię po ciemku. Ale w jego świecie nie było już czego zabijać.

Wysunął krystaliczne ostrze i uderzył nim o skałę. Z czubka wypłynęła neurotoksyna. Przystawił ostrze do ust i czekał, aż zbawienna ciecz spłynie do gardła.

 

 

Koniec

Komentarze

Dorzucę coś do wyjaśnień – Kwisatz tworzył, a my ze śniącą poprawiałyśmy na bieżąco, fragment po fragmencie. Zdążył dlatego, że nie skupiał się na wprowadzaniu poprawek, tylko pisał dalej ;) Mam nadzieję na wyrozumiałość dla autora – cisnął do samego końca :) Pomysł oryginalny i wart wzięcia udziału w konkursie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Podpisuję się obiema rękami pod komentarzem Enazet. Mimo kilku usterek, wynikających z presji czasu, opowiadanie warte jest przeczytania, a wykreowany świat i historia – a zwłaszcza jej zakończenie – rekompensują ewentualne niedogodności :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Początek straszny – zdania długie i chaotyczne, powtórzenia. Wprowadzenie czytelnika łopatologiczne.

Potem dobrze i przekonująco.

Ignorancja to cnota.

To czekam. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Mam odczucie podobne jak Katastrof. Początek czytało się ciężko, wielokrotnie złożone zdania wprowadzały chaos. Ale widać potrzebowałeś czasu, żeby się rozgrzać, bo później tekst trzyma w napięciu i jest dobrze napisany. Fajny pomysł z tym polowaniem, chociaż mogłeś trochę bardziej nastraszyć tą Bestią.

Dobry tekst. Gratuluję wytrwałości i powodzenia w konkursie :)

Kurcze, tak Was kusiło, że nie mogliście poczekać? Również początek i owe zdania są przewidziane do poprawy, no ale w sumie, skoro się podobało, to chyba w porządku :)

 

Edit: wstępne poprawki za mną. Za około godzinkę reszta.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Hmm, w sumie jakbym czytał przedmowy – to może i bym poczekał.

Trochę to nieuczciwe publikować niedoróbki, a potem je przerabiać w arcydzieła.

Trochę honoru, autorze!

Ignorancja to cnota.

Sam nie mam nic przeciwko wprowadzaniu poprawek na bieżąco, w końcu nie walczymy o złote majty, a im lepszy tekst, tym większa radość czytających. Tak więc, stety niestety, moje poczucie honoru nadal ma się dobrze.

Jeśli natomiast będziesz miał chęć i siły, możesz przeczytać i powiedzieć, czy teraz początek jest znośniejszy.

Pozdrawiam, sąsiedzie :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Mam bardzo niepraktyczny nick – jestem Naz, panie autorze ;) Ksywka wzięła mi się z tego samego źródła, co Nazgula. A nick z młodzieńczego upośledzenia.

 

A gdzie ci zjadło początek opowiadania? ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Wziąłem bardziej dosłownie Twoją radę… :D A tak serio, to te dwa zdania tylko wprowadzały zamęt. 

 

Ok, tekst poprawiony na tyle, na ile potrafię, bez odleżyn. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze wpadnie :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Przeczytałem! 

 

Dziękuję za udział w konkursie! 

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dobry tekst. Przydałoby się więcej akcji, opis walki z Bestią. Żeby była trochę straszniejsza i groźna.

Fajnie się czytało ;)

Też czytałam. Jeszcze gdzieniegdzie pojawiają się zdania do pocięcia albo mnogość powtórzeń, ale i tak wielki ukłon w Twoją stronę za podjęcie wyzwania. Czytało się przyjemnie i podobało się, choć sądzę, że te parę dni mogło temu tekstowi jeszcze pomóc i wygładzić, ale i tak jest nieźle. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki śliczne.

 

Sicario, w tekście Bestia, jakkolwiek by się nie zdawało, nie jest aż tak istotna. Albo inaczej: jej fizjonomia i samo polowanie nie jest. Oczywiście, można by i książki pisać o Fitzgeraldzie i latach, które tam spędził, ale nie to miałem na celu :)

 

Morgiana, teraz jedyne co mogę, to wprowadzić poprawki, które ktoś podstawi mi pod nos, lub poczekać parę tygodni, aż ochłonę po pisaniu, bo, jak to często bywa, stałem się ślepcem wśród własnych literek. Gdy ów czas minie, wrócę i poprawię, co mogę – obiecuję :)

 

Dzięki, że wpadliście. Pozdrawiam!

 

Aaa, wspominałem już, że co dobrego w tym tekście, to dzięki Śniącej i Naz, albo Naz i Śniącej, żeby żadna nie poczuła się pokrzywdzona kolejnością, hmm?

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

a później zabrać ja na pokład – ją

Wtedy posiadali niezliczoną ilość broni, amunicji, a także pomniejszych forteli – nie podoba mi się wrzucenie do jednego worka “materialnej” broni i amunicji razem z “niematerialnym” fortelem

boże – Boże?

wtedy zaczęło się prawdzie polowanie. – prawdziwe

Każdy posiada umysł posiada granice.

gdy pourywane metalowe rygle leżały rozrzucone bezwiednie dookoła – chyba bezładnie?

Ciekawe. Mnie się skojarzyło z Jumangii (ten wujaszek ukryty w grze, polujący na dziwne potwory), ale to takie dość luźne skojarzenie. Podoba mi się zakończenie!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki, Bemik! Za kwadrans wprowadzę poprawki. I podwójne dzięki, za punkcik :)

 

A o Jumangii nie słyszałem.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

A o Ju­man­gii nie sły­sza­łem.

surprise

 

Poczułem się staro…

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Nie oglądałeś tego filmu? Żałuj!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

E tam, od razu staro. Po prostu rzadko filmy oglądam :) 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Przykro mi, ale czytałam na telefonie i nie miałam, jak zaznaczyć tego, co mi nie pasowało. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Początek nużący, ale potem czytałam już z coraz większym zainteresowaniem i takąż  przyjemnością. Ponieważ wiem, jak się pracuje, kiedy każda minuta jest na wagę złota, uważam że opowiadanie prezentuje się całkiem nieźle. Bardzo satysfakcjonujące zakończenie.

 

mimo że nie zdra­dzo­no, gdzie zmie­rzał sta­tek… – …mimo że nie zdra­dzo­no, dokąd zmie­rzał sta­tek

 

po­ziom wil­go­ci wska­zu­je na obec­ność akwe­nów wod­nych. – Masło maślane.

Wystarczy: …po­ziom wil­go­ci wska­zu­je na obec­ność akwe­nów.

 

Ślady Be­stii były do­sko­na­le wi­docz­ne. Wio­dły, tak jak się spo­dzie­wał, w stro­nę tych nie­na­tu­ral­nych, pio­no­wych gór. Ru­szył po nich. Po chwi­li do­szedł do wnio­sku, że wy­ka­su­je ostat­nie zda­nie z dzien­ni­ka. – Wybacz Kwisatzu, ale ten fragment natchnął mnie wyobrażeniem, że bohater ruszył i szedł, i doszedł do wniosku. A że doszedł po chwili, stało się jasne, że wniosek o wykasowaniu zdania znajdował się bliziutko. Nie mam tylko pewności, czy ruszył po śladach, czy po górach. ;-)

 

Ani w biegu, gdyż nie czę­sto znaj­do­wał otwar­te prze­strze­nie… – Ani w biegu, gdyż nieczę­sto znaj­do­wał otwar­te prze­strze­nie

 

mają obec­nie po dwie­ście-trzy­sta ziem­skich lat. – …mają obec­nie po dwie­ście, trzy­sta ziem­skich lat.

 

ko­man­dor Fit­zge­rald wy­peł­niał swoje su­mien­nie swoje prze­zna­cze­nie. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

po prze­ciw­nej stor­nie ster­ty. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe i wciągające opowiadanie. Przyznaję, że zakończenie usatysfakcjonowało. Na wniosek Śniącej i Naz przymykam oko (choć miejscami zaimkoza bardzo bolała). Ogólnie fajne. Pozdrawiam. B.

Wieczorkiem wprowadzę poprawki. Dzięki, Reg!

Tobie, Blackburnie, również :)

 

Zmieniłem tytuł z dość prozaicznego powodu.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Drogi Autorze,

 

Jeżeli zaczynam coś czytać i nie “zaskoczy” od razu, to wiem, że rzadko kiedy zaskakuje później. Jeżeli nie jestem zmuszony do przeczytania takiego tekstu, to odpuszczam sobie po pierwszym akapicie.

Zatem nie wypowiem się na temat całego tekstu, bo go nie przeczytałem. Paradoksalnie, nie z przyczyn podanych powyżej ;) Dziś już nie mam czasu, ale rzuciłem okiem na Twój tekst …

Po czym, spojrzałem na oceny i zaskoczony przewinąłem na komentarze. Oczywiście, nie wczytywałem się, tylko wychwyciłem zarzuty.

I muszę Ci powiedzieć, że po przeczytaniu tekstu uznałem, że Autor jest inteligentny, a styl jego pisania jest interesujący i świadczy o nieprzeciętności. Dlatego jestem zdumiony opiniami… Może za mało kawy? ;)

Jeżeli reszta historii jest utrzymana na intrygującym poziomie pierwszych akapitów, to jestem dobrej myśli i chętnie wrócę do czytania.

 

Pozdrawiam,

 

Sokal

"Ludzie bez polotu muszą zajmować się przyziemnymi sprawami" (A.Sokal)

Czekam więc, aż doczytasz do końca i wypowiesz się w pełni :)

 

Dzięki za punkt, Reg!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobra, wciągająca historia.Tekst ma swój klimat. Warsztat poprawny, nie przeszkadza w lekturze.

 

Wady: Fabuła nie należy do zbyt oryginalnych. Miałem skojarzenia z Arnoldem walczącym w dżungli z Predatorem, albo z filmem 1000 lat po Ziemi. Znane, dobre chwyty to nic złego, ale oczekiwałem więcej tych oryginalnych. A wykorzystanie ilustracji postaci – słabiutkie.

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Zanotowałem ;)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Z punktu widzenia konkursu – słabo: i z terminem nie zdążyłeś, i nawiązania do obrazków mizerne.

Ale jako opowiadanie samo w sobie czyta się nieźle – warsztat w porządku, jakieś nowe dla mnie motywy (polowanie jeden na jeden na bezludnej planecie). Fragment z ogonami mnie nastroszył – no, trudno mi uwierzyć, że zdecydowali się na taki krok. Że niepotrzebne? Przecież do wspinaczki się przydaje. I zakończenie – jak mógł tego nie zauważyć? Ale i tak na plus. Wady można usprawiedliwić, w końcu to nie byli ludzie, tylko <człowiek> i bestia. A końcówka ładnie współgra z moją koncepcją żołnierza wykonującego rozkazy. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo :) Szkoda, że z ogonem nie wyszło, bo to miał być motyw ostatecznego poświęcenia. Wspomniałem tam, że ogon jako przeciwwaga się nie nadawał, bo za słaba grawitacja, ale fakt, potrzebowałbym trochę więcej znaków, żeby to uzasadnić lepiej :)

 

Cóż, pośpiech nie służy nie przerysowywaniu pewnych elementów.

 

Za punkcik też ślicznie dziękuję! :)

 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

No, no, no. Jestem pod wrażeniem. Ze wszystkich twoich tekstów, które do tej pory czytałem, ten jest dla mnie o poziom wyżej. Do końca tygodnia wypowiem się konkretniej!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Och, no nieźle! Wiem, że ostatni mój publiknięty tekst nie przypadł Ci do gustu, tak więc tym bardziej – jestem rad. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś pozytywnie Cię zaskoczę, być może gdy przeczytasz coś, z czym się nie ścigałem :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Trochę mało przekonująca historyjka na początku – nie byłem pewien, czy rzeczywiście władze hegemonii miały podstawy, żeby wypiąć się na najemników. Już postać Clarka, choć wprowadzona lakonicznie, wydała się bardziej prawdopodobna.

Natomiast clou tekstu – polowanie na bestię – wciągnęło mnie jak blender na przyśpieszonych obrotach. Najbardziej polubiłem puentę. Fajna w tej opowieści jest jej uniwersalność – myślę, że można ją odnieść do wielu historii walk, w trakcie których zapomniano dlaczego się je właściwie stacza.

W tym kontekście tytuł opowiadania właściwie nie jest zły. Nawiązuje do spełniania ciążącego na bohaterze obowiązku, ma taki religijny wydźwięk. A jednak czuję pewien niedosyt : >, chyba chciałbym, żeby mocniej uwypuklał puentę.

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Tytuł był inny w pierwowzorze. Co do najemników: hegemonia nie wypięła się na nich, a raczej wypięła tylko oficjalnie. Tak czasem bywa. Co do puenty, faktycznie można by tekst przeciągnąć i rozbudować zakończenie, prawda, ale moim zdaniem wymagałoby to już nie kilku stron, a dziesiątek, żeby rozbudować każdy aspekt. A tutaj dodatkowo ścigał mnie czas i limit. Niemniej motyw nie przestał mi się podobać i może kiedyś do niego powrócę.

Ale jak tu wracać, kiedy jeszcze tyle innych rzeczy do napisania? :/

 

Dzięki, że wpadłeś, przeczytałeś, skomentowałeś i punkcik zostawiłeś – czwarty, a tekst zapomniany, o zgrozo! Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

“Niemniej motyw nie przestał mi się podobać i może kiedyś do niego powrócę.”

 

Sadzę, że warto. Są opowiadania, które zostają w pamięci, a Twój tekst właśnie taki jest. Mogę to docenić dopiero teraz – czas. Mam pewien dylemat, bo chyba za nisko je oceniłem.

Nie martw się, piąty na pewno też się przypałęta ;).

Nie chodziło mi, o uwypuklenie puenty w końcówce (końcówka jest spoko – objętość też), tylko w tytule. A jaki był wcześniej?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

<Człowiek> i Bestia czy coś podobnego, la’ baśniowego. Dlatego też ochłonąwszy po pierwotnym pisaniu i wymyślaniu tytułu w sekundę, postanowiłem ratować stronę marketingową opka.

Hmm, czyli zrozumiałem opacznie. Odnosząc się do tego, nie wiem, czy teraz pokuszę się o kolejną zmianę.

 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Hej. Jak wspomniałem na shoutboksie, masz błąd w tytule. Jeśli chcesz go poprawić, to zmień na "Dla większej chwały Protectio Solaris" (nie musisz odmieniać łacińskiej nazwy, skoro nadrzędna część wyrażenia jest po polsku) albo na "Ad maiorem Protectionis Solaris gloriam". Zgadza się, na shoutboksie sugerowałem inną korektę. Przegapiłem, że "protekcja" to część nazwy organizacji, o której chwałę chodzi. Czyli tak jak pisałem – mógłbym się pomylić :)

Opowiadanie, według mnie, całkiem niezłe. Dobry klimat.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki za przeczytanie, Jerohu. Z czystej ciekawości, znasz łacinę? :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

;) Ciutkę. Spotykałem ją tu i ówdzie, na początku przypadkiem i przelotnie, tak jak wielu. Ale zaciekawiła mnie na tyle, że zacząłem się z Łaciną umawiać, dzięki czemu poznałem niektóre z jej uroczych nawyków. (Sympatyczna dziewczyna).

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

O kurczę, co zostało okopane, już się nie odkopie? :) Odpowiem tylko, równie lakonicznie, lecz z wielką satysfakcją, dziękuję :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Przybiłam! Weszłam na zgłoszone do Biblioteki i przypomniałam sobie to pisane i poprawiane w pośpiechu opko. Jeszcze cię nie znałam, a pomysł bardzo mi się podobał. I to przesądza sprawę ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

To miłość od pierwszego czytania :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nowa Fantastyka