- Opowiadanie: podstuwak - Za siedmioma billboardami

Za siedmioma billboardami

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Za siedmioma billboardami

 

 

[AUDYCJA ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU]

 

 

Nigdy więcej nie łoję z Siwym. Tak sobie wtedy mówiłem. Nieważne, ile razy powtarzałem to wcześniej. Tamtego ranka wiedziałem, że to już pewne. Że to wszystko przez tę jego goudę z mety. Albo driny z gieblem. Potrzebne nam jak migacz w beemce. Było mówione – nie mieszać z alko. Ale Siwy wie lepiej.

Jeszcze gdy otworzyłem oczy, myślałem, że to jego kwadrat. Była na to szansa. Niby nasze osiedle nie wygląda jak stado kleszczy przyssanych do skał. Niby nawet zwał nie mógł wykręcić otoczenia jak szmaty do podłogi, tak, że nie można było powiedzieć, gdzie dół, gdzie góra. Gdzie głowa, gdzie dupa w tym okienku. Ale wiedziałem, że dokładnie taki posrany obrazek jest na billboardzie za oknem w pokoju Siwego. Reklama jakieś gry czy inne gówno.  I wtedy myślałem właśnie, że obudziłem się patrząc prosto na niego.

Ale potem wstałem.

Coś strzeliło w krzyżu. Skóra swędziała od anaboli. I prawie się zesrałem. Nie żebym miał lęk wysokości czy coś. Po prostu było tego za dużo. Spróbuję wam to opisać. Wyobraźcie sobie te kleszcze. Wielkości jednorodzinnego domku. Nabrzmiałe, jak tuczone z tydzień. Przyssane do skalnej równiny, ciągnącej się dalej niż kolejka po karpie w Lidlu w czasie przedświątecznej zawieruchy. Teraz postawcie tę równinę w pionie, a kleszcze zawieście wysoko nad ziemią, której nawet nie widać. Jeszcze wyżej. I jeszcze trochę. Ok. Mogę wam już zdradzić, że te kleszcze to jednak domy. Przed wejściem do każdego z nich jest mały pomost, którego koniec celuje w bezkresny horyzont. Przydatne jak majtki tej blacharze od Rafiego. Ale co istotne, na końcu takiego pomostu stoję ja.

No chujowo, przyznacie.

Cofnąłem się pod drzwi. Były otwarte, ale nie weszłem. Nie, żebym nie był hardkorem. Po prostu nie ma co tak na wstępie wbijać na chatę. Najpierw trzeba obadać sytuację. Więc kieszenie. Brak telefonu. Brak mefedronu. Brak fajek. Tylko parę ziaren słonecznika. Dobre i to. No i dres nie podarty. Buty całe. To ważne. Buty są nowe. Air Maxy. Może nie w moro, jak chciałem, ale tamtych się jeszcze dorobię. Splunąłem i zacząłem łuskać.

Przygoda rozpoczyna się, gdy jej nie szukasz.

Łupina utkwiła mi między zębami. Co jest, do chuja? Głos dochodził znikąd. Czy może raczej zewsząd.

Jesteś gotów podjąć wyzwanie? To od ciebie będą zależały losy świata!

No dobra. Wydłubałem skorupkę. Wziąłem głęboki oddech. Niech ten trip zejdzie i będzie git. Trzeba tylko przeczekać.

– Co mi tu, włóczęgo, śmiecisz w obejściu?

Wyszedł z chaty. Stał tuż przy mnie. Niski, krępy. Z mongoidalną gębą. Na pewno nie jego słyszałem przed chwilą.

– Mam wezwać straże? – spytał.

Pochyliłem się nad nim.

– Jebać straż miejską! – rzuciłem na początek. – Zaraz będziesz bezzębnymi ustami wzywał karetkę. Mów, co tu się odpierdala!

Milczał. Bał się. Filował okiem gdzieś nad moim ramieniem. Wyłapałem więc, że to nie mnie się boi.

W końcu za plecami usłyszałem:

– Odpuść mu.

Niski, z moim cichym przyzwoleniem, wycofał się do chaty i zamknął drzwi. Obróciłem się. Już po głosie tamtego powinienem poznać, że jest z nim coś nie tak. Brzmiał jak z horroru. Jak kwestie wypowiadane przez laski z oczami wywróconymi białkiem do przodu. Ale gdy spojrzałem za siebie, nie zobaczyłem laski. W ogóle trudno powiedzieć, co zobaczyłem.

Dżin. To pierwsze skojarzenie. Ale nie jak ten z Alladyna. Różnica między tamtym a tym była taka, jak między Lessi a Cujo. Dość znacząca. Nie miał nóg. To to właśnie nasunęło mi tego dżina. Zamiast nich tylko jakaś smuga dymu. Może to i dobrze, bo nie był ubrany. Nie licząc paru skórzanych pasków na piersi i gębie. Przed nim leżały czaszki, które miał uwiązane na łańcuchach. No najgorszy trip ever.

– Co to, kurwa – zagadnąłem – wyprowadzasz czaszki na spacer czy lecimy na paradę równości?

Pochylił głowę by spojrzeć na mnie spod byka. Nie wyszło mu to najlepiej, bo unosił się trochę nad pomostem i i tak patrzył z góry.

– Jesteś hardy, bo wszystko tutaj wydaje ci się halucynacją – rzucił tym swoim wielogłosem. – Ale to nie sen. I nie jesteś tu przypadkowo.

– Czyli, że co? – zainteresowałem się trochę.

– Jesteś po drugiej stronie. Jesteś tu fizycznie. Jeśli zginiesz, zginiesz naprawdę – wyjaśnił.

– Czekaj, czekaj – starałem się poskładać wszystko do kupy. – Po drugiej stronie… Po drugiej stronie czego?

– Billboardu.

Milczałem. To musiał być trip. Tylko po czym?

– No spoko – odezwałem się w końcu. – A jak wyjść?

Wyprostował się.

– Musisz znaleźć drogę – oznajmił. – Znaleźć powód, dla którego się tu znalazłeś.

– A ty to jesteś niby kto, że mi tak nawijasz?

– Ja jestem Oświecony.

Zaśmiałem się.

– Chyba przez Osram – skwitowałem. – No dobra. Nie takie jazdy się miało. To powiedz chociaż, gdzie zacząć.

Nie odezwał się. Skrzywił tylko usta w jakimś grymasie, który miał chyba udawać uśmiech, który udaje, że nie jest uśmiechem, a jedynie jakimś grymasem przypominającym uśmiech. Typowe dla takich kolesi. Potem obrócił lekko głowę i skinieniem wskazał w dół.

– Że niby co? – spytałem.

– Pytałeś o drogę.

– No chyba cię z chuja zdjęli. Nie ma tu jakiejś windy?

Milczał. Staliśmy tak przez chwilę w…

Gdy losy świata spadają na twoje barki, trzeba wiele siły, by się nie złamać.

Znowu ten głos. Miałem go już dosyć. Tamten podśmiechiwał się dalej, tym swoim skrzywieniem gęby. Tego już było za wiele. Postąpiłem krok ku krawędzi pomostu. W końcu to tylko trip. Co się może stać?

Skoczyłem.

Skoczyłem w dół, a poleciałem w górę. Nabierający pędu lot w bezkresną przestrzeń. Nade mną nic i nic pode mną. Podmuchy powietrza przymykały mi powieki. Odchylały dolną wargę. Czułem wilgotny, lekko elektryczny smak. Chłód na całym ciele. Aż w końcu usłyszałem trzask i ogarnęła mnie błoga lekkość.

 

***

 

Jeśli włączyliście się dopiero teraz, to jestem Kopara. A to jest opowieść niesamowita. Jak u tego gościa od pociągów, co o nim wciąż opowiadał ten chudy sierściuch, któremu zajebaliśmy elektronikę do gitar. Zresztą nieważne. Nie słyszeliście tego. On i tak nie był z naszego osiedla. Mógł se salkę otworzyć gdzie indziej, nie?

Lepiej wróćmy do meritum. A w meritum spadałem w górę. I tylko mi tu, Miodki, nie szczekać! To jest trip. A trip rządzi się swoimi prawami. Nie do końca wiem, jak się to skończyło. Nie dopytujcie. Nie jesteśmy na psiarni. Powiem tyle – musiałem zamknąć oczy. Z żadnego strachu. Żeby muchy nie wleciały. Nie ma co drążyć. Gdy już uniosłem powieki, po tamtej posranej ośce nie było śladu.  Żadnych skał, domów-kleszczy, czy innych gówien. Zamiast tego jakiś salon sprzedaży telefonów lub telewizji. Więc względnie spoko. Wszystko w niebieskim i białym. Kilka sof, kilka stolików, kilka puf. Na jednej z sof damska torebka. Pod jedną ze ścian lada. Na niej jakaś ramka, chyba ze zdjęciem. Nad nią duży plakat informował o abonamentach za dziesięć złotych. Przy ladzie koleś z obsługi i z drugiej strony inny gość, rozkręcający borutę. Wyglądał znajomo. Przysłuchałem się ich rozmowie.

– Za dziesięć złotych – odezwał się ten z salonu.

– Zaraz ci wyjebię, pizdoklepie. Mów, jak stąd wyjść!

Wtedy go poznałem.

– Gruby! – krzyknąłem.

Obrócił się. Chwilę stał niedowierzając. Potem ruszył w moją stronę, przypominając przy tym skalną lawinę.

– Kopara, kurwa twoja mać! – ucieszył się. – Bez kitu, Kopara!

Uścisnął mi dłoń i poklepał po ramieniu.

– Co tu się odpierdala? – spytał.

Spojrzałem na niego. Nie wiedziałem, jak mu to wyjaśnić. Ale nie było co ściemniać.

– To trip – powiedziałem. – I to chujowy.

Zrobił zdziwioną minę.

– Jaki trip, stary? Jestem czysty od tygodnia – wyjaśnił.

Nie bardzo mu wierzyłem. Wystarczyło przyfilować na jego oczy.

– No dobra, przynajmniej byłem – prostuje. – Do dzisiaj. A siedzę tu już kilka dni.

Podrapałem się po wygolonej potylicy. Jak mu to powiedzieć?

– No tak – zacząłem w końcu – ale w sumie jeśli to mój trip, to ciebie tu nawet nie ma.

Jego twarz stężała. Nozdrza zaczęły poruszać się jak końskie chrapy. Jakbym powiedział, że strzela z ucha na psach.

– To żeś teraz dojebał – stwierdził. – Aż mnie ręce świerzbią.

– Wrzuć na luz. Tak tylko rozkminiam.

– To lepiej przestań, bo…

– Spoko, spoko – uciąłem. – To mówisz, że siedzisz tu kilka dni? To tu zawinąłeś się z ośki po akcji z kioskiem?

Pokręcił głową.

– Kiosk to Mały i Szkapa.  Ja rozjebałem Łysego, bo podkurwił Kręcinę. Łysy leży w gipsie. Ale jego ziomale się na mnie sadzą, to pomyślałem – zniknę.

To by się zgadzało. Teraz doszło do mnie, że ostatnio z naszego osiedla zniknęło jeszcze parę osób. Porachunki czy ki chuj?

– A jak znikam, to nie wrzucam gówna – kontynuował Gruby. – Dla czystości umysłu. Więc mnie z tym tripem nie podkurwiaj – podkreślił. – Ale potem wylądowałem tutaj, choć się tu nie wybierałem i już mi wszystko jedno.

– Czyli że masz coś? Może mef? Miałem ciężką noc.

– Poczekaj.

Podszedł do jednej z sof i podniósł z niej mocno zjechaną, damską torebkę, którą widziałem już wcześniej.

– No ładna – rzuciłem. – Ale nie dobrałeś do butów.

– Zamknij się i wybieraj.

Podstawił mi ją pod nos. W środku była niezła apteka. Tramal, Zolpidem, Diazepal, Accodin, Efedryna, Etopiryna.

– No ładne zbiory – podsumowałem. – Wrzucę trochę efedry, co?

Skinął głową. Wziąłem torbę.

– Skąd to w ogóle? – zaciekawiłem się.

– Zajebałem jakiejś starej babie, bo mnie podkurwiła.

Sięgnąłem do środka. Wyjąłem opakowanie tabletek, odkorkowałem i łyknąłem garść. Wrzuciłem je z powrotem i przejrzałem kieszonki.

– Jest portfel – zauważyłem, wyciągając go i unosząc wymownie. – Pusty. Tylko dowód i karta z zusu.

– To możesz jej odnieść, jak masz adres.

Sprawdziłem dokumenty.

– Goździkowa. Ale nie z naszej ośki.

– Niech się buja.

Wziął torbę i zaczął ładować tabsy do kieszeni.

– Weź trochę, mi się nie zmieści. – Podał mi kilka opakowań.

Schowałem je i wskazałem w kierunku lady.

– Co to za lamus? – spytałem.

– Jakiś psychiczny. Nie idzie z nim gadać.

Dopiero gdy się zamknęliśmy było słychać, że koleś pod ścianą wciąż powtarza pod nosem: dziesięćzłotychdziesięćzłotychdziesięćzłotych.

– Te – zagadnąłem go. – Co ty tu odpierdalasz?

– Dziesięć złotych! – krzyknął.

– Za kogo ty się kurwa uważasz, pizdoklepie, żeby tak z nami pogrywać? – włączył się Gruby.

– Za dziesięć złotych!

– Rozjebię go!

Ruszył w jego stronę. Niech idzie. Może coś z niego wyciągnie.

Strzał z dynki to wizytówka Grubego. Ale nie to zaserwował na początek. Najpierw chwycił gościa za włosy i rozkwasił mu facjatę na blacie. Stojąca na niej ramka ze zdjęciem aż podskoczyła. Jednak cios na kolesiu nie zrobił wrażenia. Uśmiechnął się tylko, oblizał krew cieknącą z nosa i powiedział:

– Dziesięćzłotychdziesięćzłotychdziesięćzłotych!

Gruby rzucił się na ladę, chcąc go chwycić za ramiona. Tamten jednak był zbyt daleko, a ten nie dał rady wspiąć się na blat. Zaklął i zaczął iść na około. Tamten wciąż mamrotał o dyszce.

Gdy Gruby sięgnął go wreszcie i strzelił mu z bańki, aż mnie zabolało. Mokre mlaśnięcie wywołało dreszcz. Naraz tamtemu z nosa spłynęła czerwień, jakby pękła puszka z farbą.

– Jak stąd wyjść?! – zapytał Gruby, potrząsając nim mocno.

– Dziesięć złotych!

Posypały się kolejne ciosy. Posypały się zęby. Szczęknęły o blat, jak rzucone w kasynie kości. Plakat za ladą powoli zmieniał się w jakiś nowoczesny obraz. Przypominał te od tego Polaka, czy jak mu tam było. Rozbryzgi krwi ściekały po reklamowym haśle, a gość z obsługi wciąż powtarzał:

– Ciesieśboty!

Trwało to jeszcze chwilę, aż usłyszeliśmy narastający tupot stóp. Ściana za nami, ta naprzeciw lady, eksplodowała i do środka wpadł jakiś oddział. Chyba ochrona.

– Elkasei defensis! – wykrzyknął chóralnie.

Widziałem już różne mundury. Chłopakom na bramkach czasami każe się ubierać naprawdę chujowo. Wiem, bo sam stałem kilka razy. Ale to to było przegięcie wafla na całego. Mięśniaki, które wpadły do sali przypominały bandę plemników z nogami. Białe wdzianka, ciasne tak, że nikt z nich nie musi raczej pamiętać o gumce, gdy ląduje z laską w łóżku. Do tego białe kaski, jak z chuja zdjęte. Gogle, jak od pilotki.

– A co to będzie? – rzuciłem w ich stronę. – Jezioro łabędzie?

Ruszyli na mnie. Nie pozostawili mi wyjścia. Trzeba było im spuścić wpierdol.

Odskoczyłem w kierunku puf. Efedryna już powoli zaczęła wchodzić, więc ruch był niezwykle przyjemny. Aż pożałowałem, że do tej pory stałem niczym pała o brzasku.

Gruby zostawił kolesia od dyszki, ominął ladę i zaczął biec do nas. Tamten wciąż mamrotał pod nosem.

Cisnąłem jedną z puf w stronę ochroniarzy. Weszła w nich jak kula w kręgle. Kilku upadło. Zaraz po tym wpadł w nich Gruby, waląc na oślep. Ruszyłem w jego ślady.

Kotłowaliśmy się jak stado kotów w rui. Zatęskniłem za rozgrywkami trzeciej ligi, na które jeździliśmy kiedyś z chłopakami, wyskakując po meczu na małe ustawki. Wyglądały podobnie. Powoli mundury atakujących zmieniały kolor na czerwony. Niekiedy łapały w dolnych partiach brązy. Szło nam nieźle.

I wtedy nadeszła odsiecz. Brygada sumo. Tak wyglądali. Przynajmniej z grubsza. Albo jak wielkie, chodzące piguły. Też cali na biało. Parli na przód bez ładu i składu. Na ich czele stał większy koleś przypominający amerykańskiego alfonsa. Pizdusiowata bródka, złoto na szyi. Te klimaty. Wymachiwał krzywą lagą i krzyczał:

– Zróbmy im Grunwald!

Dla mnie spoko. W końcu to oni byli w barwach Krzyżaków.

Wycofaliśmy się z Grubym by pochwycić jedną z sof. Gdy mebel mieliśmy już w rękach, zmieniliśmy kierunek, wjeżdżając w nich jak samochodem w zboże. Robiliśmy kiedyś z Fifim „tajemne kręgi” na polu pod miastem, rozjeżdżając zbiory starym Kadetem, więc wiem, jak to wygląda.

Wypadliśmy z drugiej strony, wzięliśmy obrót i powtórzyliśmy manewr. W zasadzie powtarzaliśmy go dopóki było to możliwe. W końcu sofa rozpadła się. Podłoga wyglądała jak po bibie w Jonestown, na której rozlały się hektolitry keczupu. Jednak tamci wciąż nacierali. Wycofaliśmy się pod ladę, z trudem utrzymując równowagę na śliskiej powierzchni.

Lada okazała się solidna. Schowani po jej drugiej stronie rozdawaliśmy luty niczym serwujący drinki barmani. Obok nas stał facet z obsługi i powtarzał swoje.

Tamci kolesie byli naprawdę ciemni. Może nie ustawiali się wężykiem, ale i tak nie zdradzali żadnej strategicznej myśli. Na ustawce rozjechaliby ich w pierwszej minucie. Jednak wciąż przychodzili kolejni. Napierali coraz mocniej, lada trzeszczała i było pewne, że zaraz puści. Nagle głośny trzask dał znać, że tak właśnie się stało.

Gdy leciałem w tył, przygnieciony blatem, przed moją twarzą zawirowało zdjęcie, które na nim do tej pory leżało. Na zdjęciu mały chłopiec bez uśmiechu. Z paskudnym pieprzykiem pod lewym okiem. Wyglądał znajomo. Jak z naszego osiedla. Zresztą za nim stał chyba trzepak spod mojego bloku. Po chwili fotka gdzieś znikła. Nie było co tego rozkminiać. Zacząłem mieć inne rzeczy na głowie. Razem z kawałkami ściany.

Po pisku blond laski w pomieszczeniu, do którego wpadliśmy, od razu zakumałem, co jest grane. Przeszliśmy do Play. No ładnie. Jeszcze nie zdążyliśmy rozeznać się w sytuacji i zająć dogodnej pozycji, kiedy do salonu sportowym wózkiem wjechał Hołek i zaczął kręcić bączki, jakby był na parkingu przed Tesco po pierwszych śniegach. Wskoczyłem mu na maskę. Przeszedłem na dach. Jeździł ze zsuniętymi szybami. Wśliznąłem się na fotel pasażera i wypchałem kierowcę. Nie, żebyśmy coś do niego mieli, ale jak jest wojna, to muszą być straty. Przyhamowałem. Gruby od razu zwalił się na przednie siedzenie. Wystartowałem na pełnej piździe. Może nie było celownika jak w Mercedesie, ale z trafieniem w tę bandę cudaków nie miałem problemów. Hałas, jaki zapanował brzmiał, jakby ktoś zmiksował soundtracki z wycinki drzew, meczu, rzeźni i porządnych manieczek w Ekwadorze. Przydałby się jeszcze tłusty bas na głośnikach z tyłu, ale ta fura nie miała dobrego audio. Hołowczyc i obsługa uciekli, nawet nie wiem gdzie, a mi się jeździło już jak po zamarzniętym stawie. Robiło się coraz bardziej czerwono. Jakbyśmy wozili się po zużytej podpasce. W końcu padł ostatni  z naszych przeciwników, ale wozu nie dało się zatrzymać. Wirował w poślizgu i wcale nie tracił na prędkości. Kolejna ściana została skoszona. Za nią gabinet lekarski. Bez drzwi.

Auto w końcu stanęło. Wysiedliśmy. Gruby z trudem. Kręciło mu się najwyraźniej w głowie, bo przytrzymał się wozu, chwilę oddychał ciężko, aż puścił pawia. Na złe mu nie wyjdzie.

Siedzący przy biurku doktor nie wyglądał na zdziwionego. Przesunął w naszą stronę buteleczkę z jakimś syropem i powiedział:

– Dobrze smakuje, gardło kuruje.

Gruby w jednej chwili był przy nim. Złapał go za fraki i wysyczał:

– A ja dobrze szczam do szklanki i ci zaraz jebnę z bańki!

Chciałem go uspokoić. Ale wtedy zobaczyłem plakat. Wisiał nad biurkiem. A na nim znów ten dzieciak, którego widziałem wcześniej na zdjęciu z lady. Znów ten sam brak uśmiechu. Znów ten pieprzyk. Plakat reklamował jakiś szprej, czy inne gówno.

– Gruby, ten dzieciak nie jest z naszego osiedla?

Rozejrzał się.

– Ten na plakacie – naprowadziłem go.

Wciąż trzymając lekarza spojrzał na reklamę.

– Przecież to ten pizdoklep Mareczek – stwierdził. – Wołaliśmy za nim „pizdeczek”. Ale to było jeszcze przed zawodówką.

Też go sobie przypomniałem. Rzeczywiście był z niego lamus. Zawsze w obciachowych ciuchach. Ze zwolnieniem z wuefu. Nawet w gałę nie umiał prosto zajebać.

– Skąd się tu wziął na tym zdjęciu? – zdziwiłem się.

Gruby pokręcił głową.

– Już mi mózg rozjebuje to miejsce – skwitował.

Na to lekarz wyciągnął z szuflady biurka saszetkę i podał ją Grubemu mówiąc:

– Uzupełnij elektrolity. Elektrolity zasilają mózg…

– Zaraz cię rozjebię pizdoklepie! – odprał gruby, wytrącając mu saszetkę z ręki.

– Rekomendowane przez Stoperan! – podkreślił doktor.

– Przegiąłeś – zawyrokował Gruby i strzelił go z dynki. Głowa doktora odbiła się od ściany, jak bila od bandy i wracając na swoje miejsce wyrżnęła Grubego w nos. Zachrzęściła chrząstka. Poleciała krew. Gruby zachłysnął się i zakaszlał.

– Kaszel suchy czy mokry? – odezwał się lekarz. – Zamiast zgadywać…

Gruby złapał biurko za blat, podniósł je, zakręcił młynka i cisnął nim w lekarza, aż ten, wraz z meblem, przebił się przez ścianę i wylądował po drugiej stronie. Coś kruche tutaj mieli te ściany, pomyślałem. Może to przez nie należało szukać wyjścia?

Ruszyliśmy za nim. Ale jeszcze zanim zdążyliśmy się zorientować, lecieliśmy w dół. W oddali rysowała się niewyraźna już sylwetka doktora i biurka. Dalej Ziemia. Planeta. Musieliśmy być naprawdę wysoko. Spojrzałem w górę. Nad nami beczkowata komora z blachy. To jej ścianę przebiliśmy. Widziałem, że z dziury wylatują teraz puszki z jakimś energetykiem. Udało mi się sięgnąć jednej. Otwarłem ją i zacząłem pić. Jeśli dobrze składałem to w głowie, powinno zadziałać.

Rwący ból w plecach. Palący jak ogień. Gorszy niż kanałowe leczenie zęba. Skóra na łopatkach pękła. Zaraz za nią rozdarła się ortalionowa kurtka. Szkoda. Lubiłem ją. Jednak plan się powiódł. Napiąłem mięśnie, by sprawdzić, co się stanie. Wyhamowałem. Leciałem. Wyrosła na moich plecach para skrzydeł rozpostarła się za mną, niczym spadochron.

Szybko pochwyciłem drugą puszkę i zapikowałem w dół.

– Gruby!

Usłyszał. Spojrzał w górę.

– Łap! – cisnąłem napój w jego stronę. Nie złapał. Chwyciłem kolejny i rzuciłem się za nim. Spadał szybciej. Przelecieliśmy przez chmury. Waliliśmy prosto w jakieś kosmiczne lądowisko. Betonowa płyta. Tłum ludzi. Gotująca się na start rakieta. I billboardy. Byliśmy już na tyle nisko, że widziałem je wyraźnie. Na każdym z nich ten lamus. Mareczek.

– Gruby!

Rakieta wystartowała. Minęła Grubego. Zniknął w dymie, jaki kurzył się z jej silnika. Musieli mieć diesla od Volkswagena. Chciałem ją wyminąć, ale  sunęła prosto na mnie. Kiedy tylko zmieniałem kurs, ona przemieszczała się jak mój cień. Zupełnie nienaturalnie. Jedyny manewr, jaki mi pozostał, to odskok w górę. Ale nie mogłem zostawić Grubego.

Nagłe plaśnięcie wyrwało mnie z rozkminy. Bolało. Rozpłaszczony na dziobie rakiety sunąłem teraz w górę, jak mucha zgarnięta szybą samochodu na autostradzie. Zdołałem jednak rzucić jeszcze puszkę,  w nadziei, że może Grubemu uda się ją złapać. Po chwili minąłem blaszaną kapsułę, z której wypadliśmy. Ziemia oddalała się. Rakietą telepało coraz bardziej. Może nie znam się na astrologii, ale ewidentnie było coś nie tak. Nie dusiłem się, nie paliłem się. A nawet zrobiło się zimniej. Zobaczyłem przed sobą stację kosmiczną. Podłużną, z czterema parami solarów. Na środku kręciły się ramiona radaru. Oglądało się trochę tych Obcych, więc znam się na tym. Jedna z jej śluz była otwarta. To w jej stronę zmierzaliśmy.

Zaparłem się z całych sił i spróbowałem odepchnąć od czubka rakiety. Szło to topornie. Ale wychodziło. Zamachałem skrzydłami. Odbiłem się z półprzysiadu, jakbym wychodził z progu na Wielkiej Krokwi.

Dokujemy.

Znów usłyszałem ten lamerski głos. W ostatniej chwili uskoczyłem, opadłem miękko na pokład i schowałem się w niszy utworzonej przez wzmocnienia kadłuba. Zaraz za mną do śluzy wleciała rakieta. Zasyczało, jak przy zmianie biegów w Starze. Nagle wróciło przyciążenie, bo ściągnęło mnie ku podłodze.

Z pokładu statku, który właśnie przydokował, wyskoczył jakiś elegancik. W stroju astronauty. Zdjął szklany kask, zsunął się na pokład i zniknął za rozsuwanymi drzwiami. Odczekałem chwilę i ruszyłem za nim.

Choć moje Air Maxy są lekkie, stukały na blasze podłogi, jakbym szedł w butach do stepu. Nikt jednak mnie nie przyuważył. Po chwili wiedziałem dlaczego.

Krótki korytarz za drzwiami prowadził do głównej kabiny. W środku, na jednym z foteli, siedziała laska, dobra dziewiątka, teraz już prawie naga. Elegancik szykował się właśnie, by rozebrać ją do końca, z kombinezonem spuszczonym do kolan.

To kutasiarze! – pomyślałem. To Gruby pieprznął o ziemię, pewnie życie stracił, żeby oni mogli się parzyć w kosmosie? Tak to nie będzie.

Wycofałem się, z trudem powstrzymując wkurw. Gdy tylko znalazłem się w śluzie, wskoczyłem do rakiety i zasiadłem za sterem. Skrzydła na plecach trochę uwierały.  Rozejrzałem się. Na desce pełno jakiś pstryczków, światełek i innych gówien. Drążki, wajchy, przełączniki. Nawkładają teraz tej elektryki, że jeszcze zanim wylecisz z salonu, zaczyna się sypać. A mojego Golfa to zawsze śrubokrętem naprawię. Ale chuj. Przecież się tym nie może trudno sterować. W końcu grzało się trochę w War Thundera na PS4.

Zacząłem od pstryczków. Kolejne lampki informowały, że coś się dzieje. Dalej były przyciski i przełączniki. Diody mrugały jak na dyskotece w Graniewie. W końcu coś zasyczało za mną, jak palnik spawarki. Pociągnąłem jedną z wajch do siebie. Wgniotło mnie w siedzenie. Rakieta wyszła ze śluzy, niczym wydmuchany z długopisu papierek i zaczęła oddalać się. Kiedy byliśmy już w pewnej odległości, przeciągnąłem wajchę w drugą stronę. Do samego końca. Zmiana kierunku ścisnęła mi całe ciało. Z nosa pociekła krew. Rakieta wyhamowała i pełnym ciągiem ruszyła na kosmiczną stację. Naprawdę szybko. Nie było czasu do stracenia. Zerwałem się z fotela i ruszyłem do wyjścia. Szedłem jak w nocnym autobusie na rondzie. W ostatniej chwili udało mi się otworzyć kabinę. Jeszcze w tej samej chwili wyssało mnie w bezkresną przestrzeń. Zaraz potem rakieta walnęła w satelitę.

Eksplozja. Kłęby ognia. Wszystko rozpadło się, jak zrobione z piasku. Odrzut pchnął mnie w przeciwnym kierunku. Kraksa zmniejszała się. Nie wiem, po jakim czasie zniknęła mi z oczu.

Dryfowałem. Skrzydła zaczęły usychać. Próbowałem jeszcze nimi poruszać, ale już nie dało się latać. W końcu odpadły, jak łuszcząca się skóra. Przypomniałem sobie o tabsach. Efedra zeszła już jakiś czas temu i przydałaby mi się kolejna wrzuta. Obszukałem kieszenie, ale nic nie znalazłem. Musiałem pogubić. Nie było nawet słonecznika. Utknąłem w czarnej dupie pośrodku niczego z pustymi kieszeniami.

 

***

 

– Zaskoczyłeś mnie – usłyszałem.

Głos sprawił, że się wzdrygnąłem. Głos nawiedzonych lasek z horrorów. Nie myślałem już, że spotkam jeszcze kogoś na tym kosmicznym wypiździewie. Poznałem go od razu. Gdy obróciłem głowę, zobaczyłem, że unosi się trochę wyżej ode mnie. Czaszki, które miał na łańcuchu lewitowały wokół niego. Wcześniej nie przyfilowałem ich zbyt uważnie, ale chyba jedna przybyła.

– Dlaczego nie jesteś dżinem? – spytałem.

Zdziwił się. Widziałem po grymasie na jego twarzy.

– Bo nie jesteś, nie? – upewniłem się.

– Jakim dżinem?

– No nie z tonikiem. Takim co spełnia życzenia.

– Ja spełniam tylko najgorsze koszmary.

– Mocne słowa, jak na dziewięciolatkę.

Napiął się. Jak ziomki z dzielni, kiedy ich nazwiesz konfidentem. Złożył ręce na piersi. Wyglądał jak dżin. Tylko taki sado maso. Zrobił też srogą minę. Zmarszczył nos. Napompował policzki. Pasek z jego gęby obsunął się trochę. Wtedy zobaczyłem pieprzyk pod okiem. Nie miało to sensu, ale mimowolnie zawołałem:

– Mareczek!

Naraz wyraz twarzy mu się zmienił. Uśmiechał się uśmiechem handlarza, który wepchnął ci klepane auto z kręconym cyferblatem. Rozkoszował się tą chwilą, jak spóźnioną pizzą, która na szczęście doszła ciepła, aż w końcu powiedział:

– Tak, naprawdę jesteś inny. Jako jedyny poznałeś. Reszta twoich ziomków nie spisała się tak dobrze. – Spojrzał wymownie na unoszące się wokół niego czaszki. I wskazując na tę która wyglądała świeżo, dodał: – Gruby też do nich dołączył.

– Kutasiarzu! – Rzuciłem się na niego. Było to trudne. Nie mając się od czego odepchnąć, miotałem się tylko w miejscu, jakby w spowolnionym tempie i przesuwałem się ledwo co. Skwitował to śmiechem i zaczął bez żadnego wysiłku cofać się, gdy tylko się zbliżałem.

– Próżny trud – powiedział. – Tutaj nie masz dość sił, by choć w małym stopniu mi zagrozić. Teraz ja jestem mocniejszy. Teraz jesteś na mojej „dzielni”. Długo czekałem, żeby do tego doszło. Dużo zniosłem. Poświęciłem życie i śmiertelne ciało, by stworzyć to miejsce. I odpłacić wam.

– Co ty gadasz! – przerwałem mu. – Może trochę darliśmy z ciebie łacha. Zawsze miałeś takie frajerskie ciuchy. Ale żeby od razu taką szopkę? Myślałem, że wyniosłeś się ze starymi na inną ośkę.

– Nie – kontynuował. – Moi rodzice wyprowadzili się beze mnie. Mnie już nie było. Trafiłem tutaj. I nie jestem tu sam. Jest nas wielu. Wyszydzanych. Sponiewieranych. I powoli odbierzemy wam miasta. Ulice i osiedla. Prawdziwe życie. Dla was byłem za słaby. „Przypałowy”. Tworzyliście sobie ułudę ideału i chcieliście jej sprostać. Aspirujecie do niemożliwego. Teraz te ułudy zalewają was, na billboardach, telewizorach, smartfonach. Tracicie swoją rzeczywistość i dajecie złapać się w nasze piekło. Nie możesz mnie pokonać. Ale jak już mówiłem, ty jesteś inny. Podjąłeś ryzyko, by uratować przyjaciela. Dam ci więc szansę. Ze mną nie możesz wygrać. Ale możesz spróbować pokonać siebie.

Ruchem magika wytrząsnął z dłoni złożoną chustkę, potrząsnął nią, zawiesił w powietrzu i zaczął rozkładać. Gdy skończył, a ta była już wyższa i szersza ode mnie, pociągnął ją i odsłonił drzwi. Potem przeszedł przez nie i tyle go widziałem.

Stanąłem na progu. Wejście było uchylone. Za nim w szparze ciepłe światło. Złapałem za klamkę i pchnąłem. Odsłonił się salon w domu, którego nie znałem. Ale który sam urządziłbym w ten sposób. Wszystko na wypasie. Cyniarskie meble. Sofy i fotele w moro. Kominek. Plazma.

Wszedłem.

Wnętrze wydawało się puste, choć było widać, że ktoś tutaj mieszka. W kominku płonął ogień. Nie słyszałem jednak strzelającego drewna. Szumu płomieni. Zupełnie, jakby ktoś wymute’ował to wszystko. Oglądałem kolejne pomieszczenia. Kibel z dżakuzi. Z telewizorem. Siłownię. Elektronikę i inne fanty. Niezły spichlerz. Może uda mi się tu wrócić.

Na dole rzeczywiście było pusto. Znalazłem schody i ruszyłem na górę. Nie wyglądało jednak, żeby tam miało być inaczej. Aż trafiłem do sypialni. Trzeciej z kolei.

Stał naprzeciw drzwi, jakby czekał, aż wejdę. Wyglądał jak ja, tyle że lepiej. Grubszy. Grubsze złoto na szyi, lepszy ortalion, lepsze Air Maxy. W moro. Dokładnie takie, jak chciałem.

– Co jest, kurwa, kutasiarzu? – zdziwił się.

– Twoja stara pucuje dupą berła przy cmentarzu – rzuciłem.

Wyskoczył z lutą, jakby ślepy walił kulawego. Nie pozostawił mi wyboru. Odskoczyłem i wyrżnąłem go łokciem w potylicę. Poleciał w futrynę, wyrył bańką i zatoczył po pokoju. Rozejrzałem się.

Na ścianie duże lustro. Na środku pokoju łóżko. Dalej drugie drzwi, komoda, fotel i okrągły stolik. Duża szafa. Podbiegłem do stolika, chwyciłem za nogi i ruszyłem na tamtego. Odzyskał właśnie równowagę, ale zareagował zbyt wolno. Zdołał jedynie osłonić się ramieniem. Blat roztrzaskał się. Przywaliłem mu jeszcze nogami, które zostały mi w rękach.

Oddychał ciężko. Potrząsnął głową i sięgnął do kieszeni. Ostrze noża wyskoczyło jak pała z majtek. Przyjąłem pozycję do obrony, ale zamiast wymachiwać majchrem frajersko, od razu rzucił nim w moją stronę. Zrobiłem unik, ale dostałem w rękę. Kosa zawisła wbita między bica a trica. Piekło.

Wykorzystał to. Zgiął się i wszedł na mnie bykiem. Jego uderzenie uniosło mnie. Wyhamowałem dopiero na ścianie, przygnieciony jego ciężarem. Potem złapał mnie, przesunął przez całe pomieszczenie, jak przestawianą szafę i rozpłaszczył na przeciwległej ścianie. A raczej na lustrze, które na niej wisiało. Siedem lat nieszczęścia. Zadzwoniły miseczki leżące na komodzie. Widziałem, że szykuje się do drugiej takiej tury. Sięgnąłem po majcher. Z rany trysnęła krew, gdy wyjąłem ostrze. Skrzywiłem się, jakbym żarł właśnie cytrynę. Trwało to chwilę. Później wziąłem zamach i wpakowałem mu nóż w bok szyi.

Cofnął się. Dotknął rany. Jego oczy mrugały, jakby chciał się pozbyć z nich komara. Postąpił jeszcze kilka kroków w tył, zatoczył się i padł na podłogę.

Podszedłem do niego. Wyglądał na martwego.

Wtedy otworzyły się drzwi szafy. Za nimi widziałem alejkę z mojego osiedla. Wydeptany trawnik. Przechylony trzepak. Ruszyłem w tamtą stronę. Przed wejściem jednak zatrzymałem się. Air Maxy. Mój rozmiar. Jemu i tak nie będą potrzebne. Zdjąłem trupowi buty i nie zakładając ich, tuląc do siebie, jakbym ratował niemowlę z pożaru, przebiegłem przez szafę.

Gdy byłem już na osiedlu obejrzałem się. Wejście do bramy. Po szafie ani śladu. I tylko kilka bloków dalej widziałem billboard z tym posranym obrazkiem od którego się wszystko zaczęło. Zawiało mi po plecach przez podartą kurtkę.

Buty w moro wciąż miałem ze sobą.

 

***

 

– Historia Kopary to tylko jedna z wielu opowieści, które pokazują, że dzięki nam osiągniesz sukces! Nic nie tracisz, a możesz wiele zyskać. Już dziś kup nasz hit i przekonaj się sam!  Przypominamy, że dla pięćdziesięciu pierwszych osób, które do nas zadzwonią mamy przygotowany wartościowy bonus absolutnie gratis! Niezwykły….

Światła. Oklaski. Krótki przebłysk niepokoju. Co ja tu robię? Słyszę śmiech. Demoniczny wielogłos nawiedzonych lasek z horrorów. Słyszę jakiegoś prezentera. Jestem tu gościem? Czuję ciężar moszczący się gdzieś na piersi. Podnoszący ciśnienie. Rozchodzący się po ciele jak pandemia. Zimne uczucie bycia zrobionym w chuja. Ale potem to mija. Tak, zaprosili mnie do tego studia. Fejm przyszedł zaraz po powrocie. Nie ma się czym martwić. Przecież wróciłem. Wszystko się udało.

Bo się udało, nie?

 

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem! 

 

Dziękuję za udział w konkursie! 

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Wygląda jak przygody naćpanego Popka, dodatkowo wspomagającego się Albańskim Rajem :)

Przeczytałem z zainteresowaniem, trafnie oddałeś specyfikę prawilnych chłopaków jakich pełne są każde blokowiska. Sam mam wielu takich wśród swoich znajomych.

Dobra satyra na świat reklamy, czytając wielokrotnie się zaśmiałem. Jedynie zakończenie na tle tekstu wypadło dość nijako.

I jeszcze jedno. Sam mam Air Maxy :)

Tekst sztos. No klimat kurwa 100%. Dawno nie czytałem czegoś tak dobrego i jednocześnie pogrzanego. Odzywki na poziomie klasyki polskiego kina akcji, w k\niektórych momentach pizgałem ze śmiechu.

 

– Ja jestem Oświecony.

Zaśmiałem się.

-[spacja]Chyba przez Osram – skwitowałem. – No dobra. Nie takie jazdy się miało. To powiedz chociaż, gdzie zacząć.

Musieli mieć deisla od Volkswagena.

“diesla”

 

Przydałby się jeszcze tłusty bas na głośnikach z tyłu, ale ta fura nie miała dobrego audio.

Z tego co pamiętam, to Hołek w reklamie Play’a śmigał GT-Rem, który w fabryce ma car-audio od Bose’a, może to nie kilowatowa tuba ale grać powinno nieźle :D

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Mogłeś uprzedzić w tagach, że są wulgaryzmy :( Uwierały mnie w trakcie czytania, choć też było kilka momentów, że się uśmiechnęłam.

Motyw fajny, ciekawie wykorzystałeś obrazki, ale tym razem jakiegoś specjalnego wrażenia tekst na mnie nie zrobił.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tekst mnie nie rozśmieszył, ale czytałam z zainteresowaniem. Rewelacyjna stylizacja, tak na poziomie językowym, jak i przedstawienia punktu widzenia bohatera. Wulgaryzmy w ogóle mnie nie raziły – ​biorąc pod uwagę bohatera historii, uważam, że byłeś raczej bardzo oszczędny.

Zakończenie, niestety, mnie rozczarowało.

Hmm... Dlaczego?

Tytuł zapowiadał baśniową wyprawę kojarzącą się z klasycznym: Za siedmioma morzami, za siedmioma górami… No i nie zawiodłam się, tyle że Twoja baśń jest szalenie współczesna, dzieje się obok i niemal można jej dotknąć. Wręcz uczestniczyć w niej.

Wulgaryzmy, których jest tu taka obfitość, nie przeszkadzały mi, albowiem są pełnoprawnym elementem pomysłu. Bez nich Kopara nie byłby Koparą, a jego historia brzmiałaby dość sztucznie, gdyby posługiwał się językiem literackim.

 

Nie ważne, ile razy po­wta­rza­łem to wcze­śniej.Nieważne, ile razy po­wta­rza­łem to wcze­śniej.

 

Że to wszyst­ko przez jego goudę z mety. Że to wszyst­ko przez jego goudę z mety.

Zdaję sobie sprawę, że bohater może nie wyraża się całkiem poprawnie, ale w dalszej części mówi: …z tra­fie­niem w  bandę cu­da­ków nie mia­łem pro­ble­mów.

 

bo uno­sił się tro­chę nad po­mo­stem i i tak pa­trzył z góry. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

-Chy­ba przez Osram – skwi­to­wa­łem. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Kilka sof, kilka sto­li­ków, kilka puf.Kilka sof, kilka sto­li­ków, kilka pufów.

Zdaję sobie sprawę, że Kopara może nie wiedzieć, że puf jest rodzaju męskiego.

Nieśmiało przypominam, tak na wszelki wypadek, że brzydkie pufy żeńskie występują też w dalszej części opowiadania:

 

i roz­kwa­sił mu fa­cja­tę na bla­cie lady. – Wiem, że Kopara może i tego nie wiedzieć, ale tak z przyzwyczajenia podpowiadam, że lada jest blatem, a blat lady to masło maślane.

 

Ka­szel suchy czy mokry? –ode­zwał się le­karz. – Brak spacji po półpauzie.

 

Od­bi­łem się z pół przy­sia­du… – Od­bi­łem się z półprzy­sia­du

 

Spoj­rzał wy­mow­nie na uno­szą­ce się wokół jego czasz­ki.Spoj­rzał wy­mow­nie na uno­szą­ce się wokół niego czasz­ki.

 

Kibel z dża­ku­zi. Sracz z te­le­wi­zo­rem. – Oddzielnie kibel i oddzielnie sracz?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Akcja non stop. Miejscami zabawny tekst. Bohatera nie polubiłem, ale z zainteresowaniem śledziłem jego przygodę. Ciekawe opowiadanie. Pozdrawiam.

 

Taka trochę oniryczna wersja “Wojny polsko-ruskiej…“, ale na kwasie. I mimo, że nie przepadam za takimi “buraczanymi“ klimatami, czytało się nieźle.

Czy to jest sygnaturka?

Wielkie dzięki za przeczytanie i czas poświęcony na tekst. Cieszę się, że nawet jeśli nie w pełni, to jednak tekst raczej się podoba.

Wszystkie Wasze uwagi notuję w głowie i postaram się wyciągnąć z nich lekcję.

 

regulatorzy, Wicked G – wyrazy szczególnej wdzięczności za wyłapanie baboli w tekście.

 

@Wicked G – dzięki za nominację. Co do audio – przyznaję, że nie próbowałem się w temacie rozeznać, więc trochę strzelałem, ale wydaje mi się, że audiofilskie rozwiązania mogły jednak Koparze do gustu nie przypaść.

@regulatorzy  – „Puf” pozwoliłem sobie zostawić. Resztę rzeczy, które wymieniasz, nawet jeśli wynikały ze stylizacji, poprawiłem, bo rzeczywiście nie miały aż takiego znaczenia, by pozostawiać je w niepoprawnej formie.

@śniąca – trochę chciałem, żeby konfrontacja z językiem tekstu była jak wyjście takiego Kopary z bramy, wprost na czytającego, gdy wraca po zmroku z klubu. Dlatego zdecydowałem się nie dodawać tagu.

 

pzdr,

p.

trochę chciałem, żeby konfrontacja z językiem tekstu była jak wyjście takiego Kopary z bramy, wprost na czytającego, gdy wraca po zmroku z klubu

I to Ci wyszło – przynajmniej w moim przypadku. Tyle, że ja nie lubię takich przygód, bo gotowa jestem zawału dostać :) 

Uprzedzona, odbierałabym tekst nieco inaczej, bo przygotowanie swoje robi. Nie przeczę natomiast (chociaż chyba zapomniałam wcześniej napisać), że ten styl pasuje do bohatera i środowiska, z którego się wywodzi – tak mi się przynajmniej wydaje z własnych obserwacji.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeszliśmy do Play. – świetne.

Całość napisana gładko jak pupa niemowlęcia, stylizacja trafiona i rzetelna.

Zakończenie niespecjalne.

 

Ignorancja to cnota.

Podstuwaku, jak zwykle bardzo się ciesze, że uwagi przydały się. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na swój sposób pozytywne, czytałam z uśmiechem. W takiej konwencji ilość wulgaryzmów nie przeszkadzała, zresztą cała stylizacja wyszła świetnie. Teksty i akcja nie pozwalają się nudzić, nawet jeśli na co dzień się takich opowiadań nie czyta. I pięknie wykręciłeś to zdanie z grymaso-uśmiechem.

Znakomity tekst. Po prostu – jazda bez trzymanki! Oniryzm to za łagodne określenie. Psychodela pełną parą. Do tego bardzo sprawnie wpleciona w tekst krytyka konsumpcyjnego trybu życia. Warsztatowo – bardzo sprawnie, lekko i z charakterem.

 

Z wad: Ten narkotyczny klimat zaczyna później mocno męczyć czytelnika.

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Stylizacja robi wrażenie, czasami ciężko mi było zrozumieć, ale nie uznaję tego za wadę. Przygody jedna za drugą, acz nieco monotonne. Widać taki lajf.

Masz w tekście weszłem i wszedłem. Rozumiem, że Kopara mówi “weszłem”, ale niech mówi to konsekwentnie.

Babska logika rządzi!

Tak sobie wtedy mówiłem. Nieważne, ile razy powtarzałem to wcześniej. Tamtego ranka wiedziałem, że to już pewne. Że to wszystko przez tę jego goudę z mety. ← to, to, tę, tamtego

 

Było mówione – nie mieszać z alko. Ale Siwy wie lepiej.

Jeszcze gdy otworzyłem oczy, myślałem, że to jego kwadrat. Była na to szansa. Niby nasze osiedle nie wygląda jak stado kleszczy przyssanych do skał. Niby nawet zwał nie mógł wykręcić otoczenia jak szmaty do podłogi, tak, że nie można było powiedzieć, gdzie dół, gdzie góra.

 

Były otwarte, ale nie weszłem. Nie, żebym nie był hardkorem.

 

Ale gdy spojrzałem za siebie(,) nie zobaczyłem laski.

 

Skrzywił tylko usta w jakimś grymasie, który miał chyba udawać uśmiech, który udaje, że nie jest uśmiechem, a jedynie jakimś grymasem przypominającym uśmiech. ← ??????????

 

jakby był na parkingu przed Tesco po pierwszych śniegach. Wskoczyłem mu na maskę. Przeszedłem na dach. Okna były zsunięte. Wśliznąłem się na fotel pasażera i wypchałem kierowcę. Nie, żebyśmy coś do niego mieli, ale jak jest wojna, to muszą być straty.

 

Jego oczy mrugały, jakby chciał się pozbyć z nich komara. → xD oczy mrugały?

 

 

Momentami się śmiałam, momentami byłam zmęczona. Znam klimat i przyznaję, że oddany profesjonalnie. Ładne, krótkie zdania.

Takie małe Las Vegas Parano ;) Ewidentnie kwas górą.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Nie kupiło mnie do końca. Napisane sprawnie, niektóre teksty całkiem błyskotliwe (choć i kilka gorszych), ale nawał tego wszystkiego robi się z czasem męczący, a i bohaterowi z gatunku tych, których nie da się polubić i im kibicować.

Początek był dobry. Niezła stylizacja, chociaż czasami się łamie i człowiek ma wrażenie nienaturalności (ja wiem, że stylizacja nie musi być dosłowna, ale np. “koniec celuje w bezkresny horyzont“ kompletnie mi do Twojej nie pasowało). Pomysł z satyrą na reklamy – bardzo dobry. I po tym dobrym początku wprowadzasz, niestety, sporo nudy. Niby cały czas coś się dzieje, a jakoś nie chce się tego śledzić, miałam wrażenie, że to tylko kolejne gagi, których równie dobrze mogłoby tam nie być. Kwestie bohaterów są czasami bardzo błyskotliwe, ale ich dialogi – przydługawe.

 

Rozwiązanie zagadki – i postaci dżinna – mnie bardzo rozczarowało. Wydało mi się to bardzo naiwne, a jako parodia – słabe. Natomiast sama końcówka, z ostatnim zdaniem, znów jest bardzo dobra i summa summarum wrażenie po przeczytaniu też mam dobre. Choć to opowiadanie spokojnie mogłoby być o połowę krótsze.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Tym Osramem mnie załatwiłeś na cacanie. Nazwałbym to bardzo dobrym niemal-początkiem. Później też było kilka mocnych momentów, z pewnością wartych zapamiętania.

Pomysł w sumie fajny, a i klimat – dzięki temu, że okraszony porządną dawką satyry – niczego sobie, choć niesmak poskojarzeniowy z Wojną Polsko-Ruską i ogólnie elementem kultury współczesnej, który w najmniejszym stopniu nie budzi mojej fascynacji (choć z Mareczkiem też się nie utożsamiam, bynajmniej) jednak pozostanie.

Generalnie jestem zaskoczony, bo jak na człowieka, który z zasady unika telewizji, rozpoznałem bardzo dużo tych Twoich bilbordów. Tak naprawdę tylko z tą stacją kosmiczną mam problem. I bynajmniej nie jestem z tego specjalnie kontent, bo wnioski są takie, że przed całym tym gównem chyba naprawdę nie ma ucieczki.

 

Zakończenie – to znaczy scena walki Rambo kontra Rambo II, wydaje mi się niejasna – nie mam pojęcia, do czego miała prowadzić i w jaki sposób być dla bohatera szansą. Przemycanie moralnego niepokoju w tekście tego typu też nie było chyba najlepszym pomysłem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, ale billboardy to nie są te ogromne fotografie na zewnątrz?

Babska logika rządzi!

Są, ale to – w sporej mierze – reklamy reklam. A ja te reklamy kojarzę. Jakiś tam actimel, środek do czyszczenia kibla, jakiś tam dostawca internetów, red cow, takie tam.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wielkie dzięki za czas poświęcony na tekst i wszystkie uwagi.

 

@Finkla – to „weszłem” w tamtym momencie to taki drobny zabieg intertekstualny, więc później nie występuje, właśnie by w tym miejscu zwrócić uwagę.

 

c21h23no5.enazet – wielkie dzięki za wyłapanie powtórzeń i innych chropowatości.

 

Pzdr,

p.

Początek przepyszny, potem lekka sinusoida – miejscami prawie już zaczynasz nudzić, a potem znów dużo się dzieje. Fajna stylizacja, fajne wykorzystanie obrazków. Wulgaryzmy w ogóle mi nie przeszkadzają, żarty mnie śmieszyły, mimo iż bywają “heheszkowate”. Na Przeszliśmy do Play zareagowałem autentycznym LOLem.

Zmęczył mnie tylko moralizatorski monolog Mareczka i trochę rozczarowało zakończenie.

Ale to przedostatni tekst z konkursu, który czytam i jestem prawie pewien, że trafi do pierwszej dwójki.

Trochę przeskoczyłem środek, przepraszam. Upewniłem się wzrokiem, że nic nie tracę, stwierdziłem, że nie i hooop… do gwiazdek. Za dużo dla mnie tej monotonnej rąbanki, tak w sensie akcji, jak i słów. Nigdy nie byłem fanem “ciętych ripost”, więc nijak mi nie osładzały przebiegu wydarzeń. Stylizacja chyba ok, chociaż ja takich ludzi nigdy nie poznałem (nie wychowywałem się na wielkomiejskim osiedlu), więc bardziej mi się właśnie z Masłowską niż z życiem kojarzyło. Ci bandyci, których miałem okazję poznać, byli już złamani, ugrzecznieni i mili jak przytulanki.

Tak więc tego ocenić nie potrafię. Cóż, nie jestem targetem.

Pomimo nudy warto docenić warsztat – czyta się bardzo sprawnie. Czy przyjemnie, to inna sprawa. Na pewno jest oryginalnie. I to nie tylko na tle pozostałych opowiadań konkursowych.

Dzięki za przeczytanie, poświęcony czas i podsumowanie oraz uwagi. Cieszę się, że nawet w przypadkach, w których tekst nie podobał się w pełni, zostały dostrzeżone w nim jakieś pozytywy.

 

Pzdr,

p.

Nowa Fantastyka