- Opowiadanie: belhaj - Galeria

Galeria

Dziękuję betującym: joseheim, regulatorce i Kwisatzowi za cenne rady.

Mam nadzieję, że się spodoba i spełnia wymogi konkursu.

Zachęcam do czytania i komentowania :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Galeria

 

Nad multiwersum wstawał świt. Gęsta mgła opadała powoli wzdłuż klifów. Ze skłębionego, białego oceanu wynurzały się kolejne skaliste iglice upstrzone obłymi kształtami domokokonów. Wznoszące się ponad mleczny tuman słońce znaczyło go szkarłatnoczerwoną barwą. Zawiesiste opary ustępowały miejsca rodzącemu się dniowi, ukazując kolejne wierzchołki. Spływały ku dolinom, aby tam przeczekać do nocy i znów wznieść się w górę, spowijając horyzont.

Na szczytach iglic dało się słyszeć, zwiastujące poranek, histeryczno-radosne nawoływania kopulujących lagranów. Stworzenia wraz z pierwszymi promieniami słońca wydzielały feromony i oddawały się beztroskiemu spółkowaniu. Z gniazd wyleciały czerniki. Wygłodzone ptaki ruszyły na poszukiwanie robactwa i gryzoni poukrywanych w skalistych wyżłobieniach. Z dolin dochodziły ryki budzących się garadontów. Las na te dźwięki nagle ożył, dotąd pogrążony w ponocnym marazmie. Mniejsze żyjątka szukały schronienia przed drapieżnikiem.

Lagosh Szponoręki wyszedł na taras swojego domokokonu, delektując się pięknem poranka. Przeciągnął się, pozwalając ostrzom wyśliznąć się z nadgarstków. Wysunął i wsunął je kilka razy, a następnie zamoczył w balii wypełnionej płynem konserwującym. Substancja przyjemnie chłodziła rozgrzane mechanizmy, przy okazji czyszcząc je z rdzy i nalotu. Lagosh wyjął ręce i pomachał nimi, aby wyschły na lekkim wietrze.

Rozejrzał się, oddychając rześkim powietrzem. Na taras położonego pod nim domokokonu wyszedł właśnie Takeshi Hanzo. Pozdrowił sąsiada grzecznościowym uniesieniem ręki i, jak co rano, zaczął ostrzyć swoją katanę. Charakterystyczny dźwięk stali przyjemnie wypełnił uszy Szponorękiego. Czerniki, słysząc złowieszczy hałas, zaprzestały wydobywania pokarmu i pouciekały do swoich gniazd. Hanzo lubił na nie polować w ramach codziennych treningów.

Sąsiedni domokokon otworzył się z cichym syknięciem. Z wnętrza wyłonił się duch Kratosa. Bóg wojny, leniwie falując nad tarasem, przywitał się z Lagoshem. Otworzył kufer, z którego wyjął zakończone czaszkami łańcuchy. Uniósł się wysoko nad domokokon, rozwijając, znaną w całym multiwersum, broń. Rozpoczął wojenny taniec. Z czaszek dochodziły potępieńcze dźwięki schwytanych dusz. Legenda głosiła, że Kratos, nie będąc jeszcze duchem, uwięził największych przeciwników w swoistych trofeach. Codziennie rano dawał im złudną nadzieję na wolność, inicjując bojowe pląsy. Szponoręki uśmiechnął się na ten widok. Przypominał mu, jakie szczęście ma, nie musząc mierzyć się w walce z bogiem wojny.

Na horyzoncie, tuż nad szczytem najwyższej z iglic, pojawił się kształt. Już z oddali słychać było szum metalicznych skrzydeł. Lagosh wytężył wzrok, zniecierpliwiony. Zbliżał się herold Everett, zwiastujący misję i wybierający bohatera któremu przypadnie jej wykonanie. Hanzo skończył ostrzyć katanę i wszedł do domokokonu. Wciąż lizał rany po ostatnim zadaniu w Sferze Gliny i nie był jeszcze gotowy na kolejne wyzwania. Duch Kratosa zakończył wojenny taniec i poszedł w ślady Takeshiego, znikając we wnętrzu swojej siedziby. Bóg wojny nie musiał udowadniać wartości i umiejętności. W multiwersum czekał go jedynie odpoczynek i upajanie się chwałą minionych dni.

Lagosh obserwował zbliżającego się herolda, licząc na to, że wybór padnie właśnie na niego. Everett zataczał kręgi nad iglicami. Szponoręki rozejrzał się, aby ocenić kto jeszcze pozostał na tarasach. Widział Gaidena – boga burz, jaszczura Szembriego oraz olbrzyma Zaura. W oddali lśniła obsydianowa zbroja Athanela, władcy wiatru i deszczu, majaczyły hydrowe głowy Trikata. W swój róg dął Hippon, gigantyczny behemot, wyleczony już z ran odniesionych w Sferze Rosy. W niebo wpatrywali się mieszkający obok siebie dżinn Asim, czerwonoskóry Abadon i lwiogłowy Cerbus.

Wszyscy obserwowali kołującego Everetta. Spragnieni sławy i uznania, a także walki, do której każdego dnia się przygotowywali. Herold obniżył lot, przyspieszając. Pikując, minął najgęściej zasiedlone iglice i zbliżał się do tej zajmowanej przez Lagosha. Szponoręki był już pewien. To on dostąpi zaszczytu wypełnienia misji. Stanął na skraju tarasu, uniósł ręce z których wysunęły się ostrza. Kiedy Everett wylądował obok niego, wydobył z siebie zwiastujący sukces okrzyk. Pozostali pokiwali głowami, uznając wybór herolda i wrócili do domokokonów.

– Witaj, Lagoshu – powiedział dźwięcznie i donośnie, tonem nieznoszącym sprzeciwu i z cichym zgrzytem złożył skrzydła. 

– Witaj, Everett. – Szponoręki skłonił się z szacunkiem.

– Zostałeś wybrany. Dostałem informację, że w Sferze Liści doszło do powstania. Czarownik Infectus stanął na czele rebelii, która zburzyła panujący tam porządek. Podpalił miasta, lasy i pola, uwięził władców, torturuje i zabija mieszkańców. Zakłócił równowagę. Nadzorca Sfery nie potrafi sobie poradzić i poprosił o pomoc.

– Jakie jest moje zadanie? – zapytał Lagosh.

– Zlikwidujesz Infectusa i jego popleczników. Pomożesz wybranym przez nadzorcę osobnikom zdobyć władzę. Zostaniesz w Sferze Liści jakiś czas i zadbasz, aby sprawy wróciły do poprzedniego porządku. Wszystko jasne?

– Tak.

Herold zatoczył ręką krąg, który rozjarzył się zielonym blaskiem. Portal przygasał i bladł przez kilka chwil, zanim się ustabilizował. Everett rozłożył skrzydła i wzniósł się nad taras.

– Nadzorca czeka na ciebie po drugiej stronie. Wprowadzi cię we wszystkie szczegóły. Powodzenia, bohaterze! – powiedział i odleciał w stronę szczytu iglicy.

Lagosh obserwował go, póki ten nie zniknął za horyzontem. Następnie wszedł do domokokonu. Z szuflady wyciągnął niewielki amulet wykonany z gizantu, drogocennego kruszcu wydobywanego w Sferze Metali. Emanowała z niego moc, a Szponoręki traktował go jako swego rodzaju talizman. Wsunął go na szyję, wypowiadając krótkie zaklęcie. Następnie zdjął ze stojaka napierśnik, hełm, nagolenniki oraz kolcze buty. Przetarł rynsztunek z kurzu i założył na siebie. Ze skrzyni wyjął zdobiony pas i poprzypinał doń  liczne buteleczki z dekoktami mającymi wspomagać go w walce. Do sakwy podróżnej włożył osełkę oraz woreczek z mieszaniną ziół i minerałów, z których powstawała substancja konserwująca jego ostrza. Na ramiona zarzucił płaszcz ze skóry garadonta. Do pasa przyczepił sztylet, który podarował mu niegdyś nadzorca Sfery Granitu. Wysadzany był niezwykłej urody klejnotami niespotykanymi nigdzie indziej w całym multiwersum. Wyszedł na taras, zamykając za sobą domokokon.

– Zapowiada się ciekawy dzień. – Lagosh Szponoręki uśmiechnął się pod nosem i wkroczył w portal podążając ku nowej przygodzie.

 

Wyłonił się w środku lasu, pod gigantycznym drzewem z pniem o średnicy kilkunastu metrów. Gałęzie i liście zasłaniały horyzont. Przed Lagoshem stał grubawy staruszek o bujnej czuprynie, niecierpliwie przestępujący z nogi na nogę.

– Nareszcie przybyłeś, bohaterze – powiedział i podszedł do Szponorękiego. – Jesteś cały? Jak przebiegła podróż?

– Wszystko w porządku.

– To świetnie. – Starzec wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu. – Jestem nadzorcą Sfery Liści, nazywam się Kolben. Wypatrywałem cię, sytuacja pogarsza się z każdą godziną. Jak cię zwać, bohaterze?

– Mówią na mnie Lagosh. Lagosh Szponoręki. – Wysunął ostrza, demonstrując, skąd wziął się jego przydomek.

– Chodź na górę. Opowiem ci szczegóły.

Nadzorca odwrócił się i podszedł do drzewa, w pniu którego wydrążony był otwór przypominający drzwi. Gestem zaprosił gościa, by ten podążył za nim. Wnętrze olbrzymiej rośliny było wydrążone i podzielone na pokoje. Kolben zaczął wchodzić po  schodach, zrobionych ze starej kory. Pokonali trzy kondygnacje, gdy starzec zatrzymał się i gestem wskazał stół połączony z siedziskami, wykonany z rośliny, której Lagosh nigdy wcześniej nie widział. Miejscowa flora nie miała odpowiednika w żadnej z odwiedzonych przez Szponorękiego Sfer. A tych było wiele.

– Usiądź, bohaterze.

Kolben podszedł do stojącej przy stole skrzyni i wyjął z niej butelkę zielonkawej cieczy oraz dwa kubki wykonane z monstrualnych rozmiarów żołędzi. Odkorkował i polał trunek. Po pomieszczeniu rozszedł się miły, żywiczny zapach.

– To korówka – powiedział, widząc zdziwiony wzrok przybysza. – Najlepsza wódka w Sferze Liści. Skosztuj. Może jesteś głodny? Każę przygotować polewkę z kwiatów żywodrzewa.

– Nie. Przejdźmy do rzeczy. Jak wygląda sytuacja i gdzie jest Infectus?

– Nie jest dobrze. – Kolben pokiwał głową zniechęcony. – Czarownik pokonał nasze wojska, spalił połowę Malachitowej Puszczy i siedzi na tronie w Koniczynie. Zajął miasto i morduje nieposłusznych mu mieszkańców. Nie ma wielu popleczników, ale posiada moc mącenia w głowach, przez co ludzie wybijają się sami, donoszą na siebie, szczują. Aby przypodobać się Infectusowi i nie wylądować na stosach. Czarownik razem z puszczą pali mieszkańców.

– Próbowaliście go zgładzić?

– A i owszem, kilkukrotnie. Tak jakby przewidywał co się stanie. Wysyłaliśmy kilku skrytobójców. Dostali się do pałacu, ale kiedy zbliżali się do niego, mordowali się sami. On infekuje umysły, mąci w nich i narzuca swoją wolę. Jeden ze skrytobójców zdołał oprzeć się mocy czarownika i uciekł z pałacu. Od tamtej pory leży tylko i ślini się. Nie reaguje na zewnętrzne bodźce. Może chcesz mu się przyjrzeć?

– Nie trzeba. Długo jest w takim stanie?

– Już ponad dwa tygodnie. – Kolben łyknął z kubka, a na jego twarzy zagościł błogi uśmiech. Widząc spojrzenie Lagosha dodał: – Korówka to jedyna dobra rzecz jaka została na tym świecie. A wracając do skrytobójcy, żaden medyk nic nie może zaradzić.

– Kiedy rozprawię się z Infectusem, powinno mu się polepszyć. Mam pewien pomysł. Niech wasi żołnierze czekają przygotowani, żeby odbić stolicę. Ja się zajmę czarownikiem.

– Jak zamierzasz się do niego zbliżyć? – Kolben wyglądał na zafrasowanego.

– Mam swoje sposoby.

 

Lagosh odprawił nadzorcę i wyjął z pasa jeden z dekoktów. Dolał go do kubka pełnego korówki i wypił jednym haustem. Ciepło rozlało się po żołądku, a napój zostawił w przełyku przyjemny korzenny posmak. Wziął w ręce zawieszony na szyi amulet. Po wyszeptaniu zaklęcia rozjarzył się on bladym blaskiem. Szponoręki poczuł moc płynącą z artefaktu. W tej samej chwili rozpoczęło się również działanie eliksiru. Nakreślił ręką krąg i otworzył portal prowadzący do Koniczyny, stolicy Sfery Liści, w której ukrywał się zagrażający równowadze multiwersum czarownik. Jestem gotowy, pomyślał Lagosh i uśmiechnął się, wkraczając w otwarty portal.

 Położona w samym sercu Malachitowej Puszczy Koniczyna nie była dużym miastem. Robiła jednak wrażenie. Mieniąca się wszystkimi odcieniami zieleni stolica, mimo że niewielka obszarem, dawała schronienie większości mieszkańców Sfery Liści. Żywodrzewa tworzyły skomplikowany i majestatycznie wyglądający organizm, we wnętrzu którego mieściły się sklepy, warsztaty, kuźnie, spichlerze, karczmy, targowiska. Tysiące osób miało tam swoje domy i interesy. Teraz stolica wyglądała na martwą, pogrążoną w półśnie. Na ulicach, kładkach i przejściach widać było pojedynczych, patrolujących żołnierzy, poddanych czarownika. Zaledwie w kilkunastu mieszkaniach paliło się światło. Sterroryzowani tubylcy kryli się po domach, bojąc się o życie. Nad miastem górował pałac, również pogrążony w ciemności. Jedynie wschodnia gałąź mieniła się światłem. Lagosh wiedział, że właśnie tam znajdzie Infectusa.

Eliksir niewidzialności pozwolił mu niepostrzeżenie przekraść się przez wszystkie patrole. Spacerował przez uśpione miasto, zastanawiając się, jak wyglądało, zanim czarownik położył na nim swojej łapy. Niedługo się o tym przekonamy, pomyślał Lagosh, mijając kolejne ciemne mieszkania. W kilka chwil dotarł w okolicę pałacu. Wszedł do jednego z opuszczonych domów. Wysunął szpony i starając się narobić jak najwięcej hałasu zaczął tłuc i przecinać stojące na półkach dzbany i talerze. Zaalarmowani odgłosami strażnicy pobiegli w tym kierunku. Wyminął ich i przeszedł przez niestrzeżone wrota do wnętrza pałacu. Ten nie zachwycał przepychem. Wszelkie ozdoby i rzeźby wykonane były z wszechobecnego w Sferze Liści żywodrzewa. We wnętrzu przeważały olbrzymie sale i krużganki. Szponoręki zaczął wspinać się po schodach prowadzących do wschodniej gałęzi.

Wyszedł na korytarz kierujący do sali tronowej. Przy otwartych drzwiach stało dwóch strażników o nieobecnych spojrzeniach. Uzbrojeni byli w zakończone metalowymi ostrzami piki. Ciekawe, skąd biorą stal. Może sprowadzają ze Sfery Metali, pomyślał Szponoręki. Wykorzystując działanie dekoktu niewidzialności, Lagosh przeszedł obok strażników i wkroczył do sali.

Czarownik stał przy oknie, obserwując zdobyte przez siebie miasto. Nie wyglądał szczególnie groźnie. Niski, chudy, przygarbiony. Ubrany w za dużą, powłóczystą szatę. Opierał się na sękatym kosturze wykonanym z ciemnego drewna. Lagosh wiedział jednak, że pozory potrafią mylić. Starał się stąpać ostrożnie po pokrytej zaschniętą korą podłodze. Kiedy był w połowie sali Infectus nagle odwrócił się i spojrzał wprost na niego.

– Kim jesteś? – Jego głos był dziwnie wibrujący, hipnotyzujący.

– Kimś, kto położy kres twoim rządom. – Szponoręki zerwał się do biegu, wysuwając ostrza,  starając się jak najszybciej dopaść czarownika.

Ten złapał kostur oburącz i wykrzyczał charcząco brzmiące zaklęcie. Lagosh poczuł, jak coś wdziera się w jego umysł. Lepkie, sprężyste macki starały się przejąć nad nim kontrolę. Zawieszony na szyi amulet rozjarzył się blaskiem, pochłaniając energię czaru rzuconego przez Infectusa. Czarownik spojrzał zdziwiony na zbliżającego się przeciwnika.

– Twoje zaklęcia na mnie nie działają.

Lagosh zaatakował, wyprowadzając dwa szybkie jak mgnienie oka ciosy. Infectus starał się sparować je swoim kosturem. Ostrza przecięły go niczym źdźbło trawy. Czarownik odskoczył, odrzucając bezużyteczną broń. Starał się wykrzyczeć kolejne zaklęcie. Szponoręki usłyszał kroki za plecami. Zaalarmowani hałasem strażnicy wbiegli do komnaty. Lagosh dwoma susami dopadł do przeciwnika, lewą ręką złapał go za głowę i wykonując zręczny piruet znalazł się za jego plecami. Ostrze gładko prześliznęło się po gardle Infectusa.  

Czerwona posoka popłynęła z rozcięcia szerokim strumieniem. Lagosh cofnął się, aby nie poplamić sobie płaszcza. Czarownik starał się spazmatycznie złapać oddech, próbując rękami zatamować krwawienie. Jego oczy stawały się coraz bardziej mętne. Widać w nich było strach i niedowierzanie. Biegnący strażnicy ciężko opadli na podłogę. W chwili kiedy Infectus wydał ostatnie tchnienie, zostali uwolnieni spod jego panowania. Za kilka godzin powinni się ocknąć.

 Szponoręki wytarł ostrze o szatę Infectusa i wsunął je z powrotem. Wyjrzał przez okno, wyobrażając sobie, jak miasto za kilka dni powróci do normalności i rozświetli się w blasku ognisk i lamp.

 

Przywracanie porządku przebiegło dość szybko. Kiedy nikt nie mącił ludziom w głowach, powrócili oni do starych zwyczajów. Nadzorca był sprawnym administratorem. Odbudowa stolicy, obsadzanie stanowisk i ponowne zalesienie Malachitowej Puszczy przebiegało bez większych zgrzytów. Lagosh został jeszcze kilka dni, na wypadek ponownej próby buntu. Przez ten czas zdążył przeczytać kilka książek na temat flory Sfery Liści, osuszyć pół tuzina butelek korówki w towarzystwie Kolbena i dopisać potrawkę z kwiatów żywodrzewa do listy swoich ulubionych dań. Udał się również na wycieczkę do rezerwatu Sękorośli, gdzie zapolował na lichaka, największego drapieżnika tego świata. Pewien zręczny rzemieślnik z Koniczyny, ze skóry zwierzęcia zrobił Szponorękiemu płaszcz, a z kłów trofeum. Sproszkowane zęby trzonowe posłużyły do produkcji kilku eliksirów, wykonanych przez miejscowego alchemika. Sytuacja szybko wracała do normy, więc Lagosh postanowił opuścić Sferę Liści i udać się z powrotem do multiwersum.

Kiedy wyszedł z portalu, zmierzchało. Nikogo nie było na tarasach. Większość spała już we wnętrzach domokokonów, zmęczona całodziennymi treningami. Cóż, swoim sukcesem pochwalę się jutro, pomyślał Lagosh i wszedł do siedziby.

Słońce zniknęło za horyzontem. Lagrany i czerniki już dawno pochowały się do swoich gniazd i legowisk na szczytach iglic. Lasy były ciche i spokojne, jakby nie żyły w nich żadne stworzenia. Z dolin wznosiła się mgła, pochłaniająca wszystko na swojej drodze. Nad galerią bohaterów ponownie zaczęła się noc.

Koniec

Komentarze

 

Las na ten dźwięki nagle ożył, – literówka

Sterroryzowani tubylcy kryli się domach, bojąc się o życie. – brakło czegoś

 

Bardzo ładna opowieść, taka baśniowa. Lekka i zdecydowanie przyjemna. Przez tekst po prostu płynęłam :)

Szczerze mówiąc, to chętnie poznałabym inne Sfery, Sfera Metali szczególnie mnie zainteresowała. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cieszy mnie, że się podobało :) Może kiedyś rozwinę ten świat. Potencjał jakiś w nim jest.

Ciekawe czy uda się wprowadzić tekst do Biblioteki, bo dotychczas tylko jedno z moich opowiadań się w niej znalazło.

Edit: Literówki poprawione :)

Udany tekst. :) Przyjemnie umilił mi popołudniową kawę.  Całkiem ciekawie wplotłeś w fabułę obrazki i fajnie, że nie są głównym motywem, przez co są częścią historii i sam świat może funkcjonować bez nich. Aż by się chciało, by historia była nieco bardziej rozbudowana. Uzyskałeś zupełnie inny klimat niż Śniąca i brawo, bo poprzeczkę podniosła bardzo wysoko. :P

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za pozytywną opinię :)

Historia i tak się rozbudowała bo pierwotnie miała kończyć się w momencie w którym Lagosh wchodził do portalu do Sfery Liści. Dopiero później powstała cała reszta. Ze względu na dość krótki termin konkursu historia jest dość prosta.

Przeczytałem!

 

Dziękuję za udział w konkursie!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Fajne i klimatyczne. Ponadto, rzeczywiście, jak stwierdzili przedpiścy, otwiera nieograniczone możliwości kreowania światów, bohaterów itp.

 

Jedyna uwaga to to fragment:

Z szuflady wyciągnął niewielki amulet wykonany z gizantu, drogocennego kruszcu wydobywanego w Sferze Metali. Emanowała z niego moc, a Szponoręki traktował go jako swego rodzaju talizman.

Formalnie nie jest to powtórzenie, ale jakoś mi nie leży… Czy nie byłoby lepiej aby zamiast “amulet” było np. medalion czy cuś? Czy po prostu się bezpodstawnie czepiam się?

Czy to jest sygnaturka?

Nazgulu czekam na Twoją opinie przy wynikach :)

kchrobak fajnie, że się podobało. Jednak zostaję przy amulecie :)

Belhaju, a może w zdaniu wskazanym przez Kchrobaka: Z szuflady wyciągnął niewielki artefaktt wykonany z gizantu, drogocennego kruszcu wydobywanego w Sferze Metali. Emanowała z niego moc, a Szponoręki traktował go jako swego rodzaju talizman/ amulet.

Traktowanie amuletu jak talizman, mocno trąci masłem maślanym.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeszcze to rozważę. Na razie niech zostanie jak jest.

Opowiadanie jest treściwe, a choć historyjka prosta to obudowana oryginalnym światem. W tle sporo elementów. To na plus. Poza tym proporcje między światem, fabułą, kolejnymi wydarzeniami są bardzo dobrze przedstawione. Z takich technicznych uwag myślę, że 2 pierwsze akapity są do przepisania, bo teraz czytałem te opisy jako serię zdań (bardzo rzemieślnicze), które nie bardzo się ze sobą łączyły poza “opisem”. Brakuje im zlepienia, powiedzmy, że wspólnym podmiotem; może ptaszysko, które leci i wokół niego widzimy te kolejne elementy krajobrazu?

Co do moich odczuć do całości: źle się czuję w całkowicie nowych, odrealnionych światach. Odnajduję się może po stu, dwustu stronach lektury, więc tutaj jeszcze trochę brakuje. Ale może dopiszesz? :) I choć neologizmy i elementy tła oceniam pozytywnie jako korzystne dla jakości tekstu, to jako czytelnik o określonych upodobaniach się w nich po prostu nie odnajduję.

Dzięki za opinię :)

Może kiedyś ten świat rozwinę, na ten moment powstał tekst na potrzeby konkursu.

Jako czytelnik też nie zawsze dość późno odnajduję się w nowych światach. Chociaż lubię kiedy autor tworzy światy dopasowane do opowiadanie, nie rozciągając jej na powieści czy całe cykle.

A ty coś skrobiesz na obrazkowy konkurs Sirinie?

Mam nieco mieszane uczucia.

Z jednej strony serwujesz czytelnikowi intrygujący i ciekawy świat – multiuniwersum na pewno ma potencjał – a opowiadanie czyta się gładko, choć brak w nim językowych szaleństw.

Z drugiej – fabuła jest prosta, mi trochę za bardzo przypominała zadanie z rpg-a: (uwaga spojler!) dostał gość zadanie, skoczył do lokacji, pogadał z npc-em, wypił eliksir, załatwił bez większych problemów tego Złego, zgarnął nieco doświadczenia i dla rozrywki poeksplorował okolicę. I tyle. To wydarzenie jakoś szczególnie na bohatera nie wpłynęło – dla herosa dzień jak co dzień. (Choć może ja po prostu za dużo gram:)).

Postaci – jak dla mnie zbyt czarno-białe. O protagoniście potrafię powiedzieć tylko tyle, że był wymiataczem. Za to czarownika skrzywdziłeś straszliwie – mógłby być naprawdę intrygującym czarnym charakterem, a tu robi jedynie za Bossa-do-zabicia.

Z technikaliów:

– posoka to termin odnoszący się głownie do krwi zwierzęcej, w stosunku do krwi ludzkiej używany jest jako archaizm – do przełknięcia raczej w tekście ze stylizacją, u ludzi posoką obecnie określa się zwykle wydzielinę ze zgorzeli.

 

– brakuje nieco przecinków, głownie przy imiesłowach przysłówkowych i przed “jak” w zdaniach złożonych.

Uniósł się wysoko nad domokokon, rozwijając znaną w całym multiwersum, broń.

raczej:

Uniósł się wysoko nad domokokon, rozwijając+, znaną w całym multiwersum, broń.

lub

Uniósł się wysoko nad domokokon, rozwijając znaną w całym multiwersum broń.

Wyszedł na taras+, zamykając za sobą domokokon.

Wysunął ostrza, demonstrując+, skąd wziął się jego przydomek.

Spacerował przez uśpione miasto, zastanawiając się+, jak wyglądało+, zanim czarownik położył na nim swojej łapy.

Niedługo się o tym przekonamy, pomyślał Lagosh+, mijając kolejne ciemne mieszkania.

Lagosh poczuł+, jak coś wdziera się w jego umysł.

Szponoręki wytarł ostrze o szatę Infectusa i wsunął je z powrotem. Wyjrzał przez okno, wyobrażając sobie+, jak miasto za kilka dni powróci do normalności i rozświetli się w blasku ognisk i lamp.

– to ostatnie zdanie nieco mnie zaskoczyło, bo “Szponoręki” sugerował broń zbliżoną do pazurów Wolverina, więc zastanawiało mnie, jak zdołał zabrudzić i wytrzeć tylko jedno z ostrzy.

Pozdrawiam:)

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nie piszę. Muszę sklecić dwa artykuły, bo się zobowiązałem (tak, na forum NF można tak jakby się wypromować), przeredagować pierwsze i skończyć drugie opowiadanie na Ostatni Dzień Pary, a jeszcze wiszą na mnie inne zobowiązania. Gdyby doba była z gumy… :)

Dzięki za opinię Alex :) Szkoda, że nie udało się usatysfakcjonować Twoich oczekiwań. Opowiadanie było pisane w dość szybkim tempie (koniec konkursu 31 stycznia) stąd dość prosta fabuła, a swoja uwagę skupiłem bardziej na otoczce i światotwórstwie.

Dzięki za wyłapanie błędów, poprawie jak wrócę z pracy.

Sirinie, również doby mi czasem nie starcza. Ale niedługo weekend :)

“Szponoręki” sugerował broń zbliżoną do pazurów Wolverina, więc zastanawiało mnie, jak zdołał zabrudzić i wytrzeć tylko jedno z ostrzy

W którejś tam części (tytułu nie pamiętam) pojawia się hybryda stworzona przez Stykera – ma tylko jedno ostrze “w dłoni”. Chociaż ze wzgędu na “szpon” w imieniu i ja początkowo myślałam o Wolwerinie ze szponami. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

W wyobraźni miałem tylko jedno ostrze, choć w jakiś sposób inspirowałem się Wolverinem, a po części zabójczynią z Diablo 2.

A mnie się kojarzył Edward Nożycoręki :)

A co do pierwszych akapitów Sirinie to inspirowałem się opowiadaniem Martina Mgły opadają o świcie. Osobiście jestem z nich zadowolony, lubię takie opisy przyrody :)

Multiwersum, mieszkający w nim liczni bohaterowie, Sfery… pomysł z rozmachem. Życzę powodzenia w konkursie. :-)

Jak to mówił Siara: Mają rozmach, skur…. :D

Dzięki za komentarz. A co ogólnie sądzisz o tekście Blackburnie?

 

Ogólnie, belhaju, opowiadanie z otwartą fabułą i takie baśniowe, które czyta się gładko i z dużą przyjemnością. Bardzo podoba mi się pomysł Sfer – może warto ten pomysł rozwinąć (przygody w różnych Sferach). Więc opowiadanie misię. :-)

Dzięki za pozytywną opinię :)

Czekam na Twój konkursowy tekst.

i znów wznieść się w górę[,] spowijając horyzont.

delektując się pięknem poranka. Przeciągnął się, pozwalając ostrzom wyśliznąć się z nadgarstków.

Przypominał mu[,] jakie szczęście ma[,] nie musząc mierzyć się w walce z bogiem wojny.

 

woreczek z mieszaniną ziół i minerałów[,] z których powstawała substancja konserwująca jego ostrza.

Portal przygasał i bladł przez kilka chwil[,] zanim się ustabilizował.

 

Aaa, dobra, daruję sobie. Piękne wizje roztaczasz, bardzo plastyczny język :) Właściwie, fabuła staje się drugorzędna przy twoim stylu, mógłbyś szarpnąć książkę nawet z samymi opisami i byłaby świetna.

 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Aaa, dobra, daruję sobie.

 

W sensie, że nie doczytałaś do końca?

Fabuła może jest dość prosta, ale cieszę się, że chociaż podoba się styl.

Nie, nie. Darowałam sobie wstawianie przecinków czy wyłapywanie powtórzeń ;) Nie ma ich dużo.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Ciekawy pomysł i dobre wykonanie. Jest trochę za dużo przymiotników, a początek trochę ciężki, w tym sensie, że mało potoczysty.  Nad pierwszymi zdaniami trzeba chwilę się zastanowić.  Potem jest zdecydowanie lepiej, to znaczy bardziej gładko.

Bardzo ciekawa próba.

Pozdrówka.

Enazet – mimo bety parę przecinków umknęło. 

Roger – dzięki za pozytywną opinię :)

Dobrze się czyta :) powodzenia w konkursie życzę 

Dzięki za przeczytanie mpj :)

zaprzestały wydobywania pokarmu – pierwsze słyszę, żeby ptaki <wydobywały> pokarm

wydobył z siebie zwiastujący sukces okrzyk. – jaki sukces? Jakoś mi to dziwnie brzmi. MOże tylko: wydobył z siebie radosny okrzyk?

po pokrytej zaschniętą korą podłodze. – zaschnięta może być krew, tu raczej zeschnięta, a jeszcze lepiej sucha, bo kora właściwie zawsze jest prawie całkiem sucha

wykrzyczał charcząco brzmiące zaklęcie – a jakie to jest “charcząco brzmiące” zaklęcie?

zostali uwolnieni spod jego panowania – raczej spod władzy

(zrobił) z kłów trofeum – kły są trofeum, nie można z nich zrobić trofeum (trofeum to zdobycz wojenna lub myśliwska, przedmiot dumy właściciela)

Miło się czytało, ale jak dla mnie wygląda to trochę jak z jakieś gry RPG, choćby długaśny akapit o ubieraniu się/kompletowaniu stroju i uzbrojenia. Akcja sama taka sobie, dużo ciekawsze były opisy miejsc, choć przy drzewie mieszkalnym miałam wrażenie, że gdzieś już takie coś czytałam,  a może to tylko wrażenie.

Sprawnie napisany tekst, dopasowany do wymogów konkursu jeśli chodzi o tło i rekwizyty, ale bez większego echa – ani bohater główny, ani jego przeciwnik, ani sama akcja nie wzbudziły we mnie specjalnych emocji. Całość ma jednak swój urok.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za komentarz i kliknięcie biblioteki :)

Mieszkalne drzewo było inspirowane grą Arcania: Gothic Tale w której taki twór występował. Poza tym pasowało mi do Sfery Liści, która z założenia miała być wypełniona wszelkiej maści drzewnymi wytworami. Koniczyna jest już moim autorskim wymysłem.

Dobra lektura. W fajny sposób połączyłeś znane motywy i postacie z własną wyobraźnią. może nie jestem jakiś mega fanem takiego typowo klasycznego fantasy, ale czytało się przyjemnie.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dzięki za przeczytanie, cieszę się, że się podobało :)

Świetny tekst :)

Pomysł multiwersum jest niesamowity i daje nieskończone możliwości kreowania historii :)

Sicario dzięki za przeczytanie i pozytywną opinię :)

Obiecałem, że przyjdę, oto i jestem :)

Uznałem, że Twój tekst jest gorszy od Śniącej, lecz nie przez warsztat, który u Niej był słabą stroną. Tam broniła się jako taka historia, a raczej pomysł na odniesienie do obrazków, bo fabuła sama w sobie była dość naiwna.

U Ciebie było inaczej. Jak zacząłem czytać, to zwróciłem uwagę na to, że chętnie bawisz się opisami, z których jesteś dumny.

Szczerze powiedziawszy, możesz być z nich dumny. Są może i poetyckie, ale bez przesady. Wykonane ze smakiem. I taki też był odbiór.

Są w miarę spójne, poza niezbyt licznymi zgrzytami w “histeryczno-radosnym”stylu. O zgrozę przyprawiają również sformułowania w stylu “ptaki zaprzestały wydobywania pokarmu” – przywodzi to na myśl womitoryjne skojarzenia, a chyba nie taki był zamysł.

Ale skoro u Ciebie styl nie był głównym problemem, pominę dalszą analizę podobnych “wypadków”.

Choć pochwaliłem Cię za opisy, to niestety nie mogę tego uczynić jeżeli chodzi o dwa kolejne punkty, czyli: realizację zadania (odniesienie do ilustracji) oraz fabułę.

Rysunek związany z miejscem posłużył Tobie tylko do zagajenia na początku, a tak naprawdę tylko do określenia mety. Podobnie było z postacią. Jest jakaś kraina i jest jakiś bóg, ale z punktu widzenia opowiadania są oni nieistotni. Dlatego uważam, że zadanie nie zostało wykonane. Równie dobrze mogłeś dopisać początek do istniejącego już opowiadania, które miałeś wcześniej przygotowane. Cała akcja dzieje się gdzie indziej oraz przy udziale innego bohatera.

Oczywiście, nie uważam, że to opowiadanie powstało wcześniej, a tylko dlatego, że jest zbyt słabe (choć z drugiej strony, nie wykluczam takiej wersji). Dlaczego słabe? Dlatego, że brakuje w nim nie tylko głębi, jeżeli chodzi o postaci, ale również wszystkie inne elementy składające się na tamten świat. Stworzyłeś światy (sfery). Sfera liści, gliny, kamieni… nie jest to zbyt infantylne? W sferze kamieni nie ma nic poza kamieniami? A w sferze liści nic poza liśćmi? Nie ma tam kamieni? Pomysł na sfery nie jest zły, ale może niech nie będzie tak banalny? Odwołaj się może do sił przyrody. Nawet jakby to miał być świat skuty lodem, albo związany z ciągłymi wyładowaniami atmosferycznymi, czy wichrami, kraina gdzie są wulkany, itd. Coś co w jakiś sposób będzie wpływało na stopień trudności zadań dla bohaterów, coś co nie będzie się ograniczało do landschaftu. Tu mamy las, a tu mamy kamienie…

Kolejna rzecz. Napisałeś opowiadanie na połowę przewidzianego limitu, a złożyłeś pracę jako drugi. Może trzeba było jeszcze nad tym popracować, a zyskała by na tym fabuła.

Fabuła jest nie tylko płaska. Praktycznie jej nie ma. W starych grach przygodowych nie ma takiej liniowości, jaką Ty zaprezentowałeś. Tam nic się nie dzieje. Nie ma praktycznie wyzwania. Nie mówiąc już o tym, że zamiast pobocznych bohaterów, w tym głównego vilaina, równie dobrze mogłyby być kartonowe figury z Vobisu. 

Nie wiadomo dlaczego super potężny czarodziej niszczy, a jednocześnie chce zawładnąć sferą liści (”razem z puszczą pali mieszkańców” ;] – wiem, że nie napisałeś “palą”, ale i tak jest dwuznaczne).

Z jednej strony jest taki niepokonany, a z drugiej daje się zabić przy pierwszym podejściu. Ba! Nawet się nie zorientował, że ktoś chce go podejść. Ergo, kiepski czarodziej. Stanowi co najwyżej wyzwanie dla wioskowego głupka z widłami. Do tego nie potrzebny był superbohater.

Mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi.

Moim zdaniem powinieneś więcej czasu poświęcić na tworzenie nieliniowej fabuły. Może nie inspiruj się tym, co już znasz, czy gdzieś przeczytałeś. Popracuj nad kreatywnością. Bo jeżeli chodzi o pisanie samo w sobie, to wychodzi Ci nienajgorzej. Gorzej, jeżeli nie ma o czym czytać.

Masz wrażliwość potrzebną do pisania, jedyne czego Ci trzeba, to nieodtwórczej, kreatywnej inspiracji i może więcej pracy włożonej w budowanie historii.

 

Pozdrawiam,

 

Sokal

 

ps. Przypomniało mi się. Ostrza “wyślizgujące się” z nadgarstków… niepokojące anatomicznie… działa na wyobraźnię w niewłaściwy sposób i zapewne nie tak, jak Ty to sobie wyobrażałeś. Zły dobór słów i umiejscowienie.

Poza tym, jeżeli jest rdza, to znaczy, że nie były od dłuższego czasu używane –  rdza i nalot… hm trochę to nielogiczne, chyba, że są to tylko nakładki na ręce (ale wtedy nie wychodzą z nadgarstków). Niech je sobie czymś smaruje, ale nie czyści z “rdzy i nalotu”. Ostrza, które są częścią anatomii, powinny być raczej nierdzewne ;)

 

"Ludzie bez polotu muszą zajmować się przyziemnymi sprawami" (A.Sokal)

Sokalu dziękuję za przeczytanie i wnikliwą analizę. Niedociągnięć fabuły jestem świadomy, miłe łechtasz moją próżność pochwałą warsztatu.

Również pozdrawiam

 

P.S. Opowiadania i sam pomysł powstało po ogłoszeniu konkursu. Obrazki posłużyły bardziej jako tło, niż główna oś tekstu.

Przypomnę tylko słowa organizatora: 

Ogólne założenia:

– Zarówno miejsce jak i postać nie muszą odegrać znaczącej roli (choć mogą ;)).

oraz:

Oczywiście do obrazków można podejść “dość elastycznie”

Dlatego nie zgadzam się z zarzutem dotyczącym realizacji zadania – odniesienia do ilustracji. 

 

Ostatecznie jednak i tak decydujący głos należy do Nazgula – jego konkurs, jego gust i jego zdanie na temat realizacji konkursowego zadania. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dokładnie :)

Elastyczne podejście zaowocowało wieloma zróżnicowanymi tekstami.

Dobrze opisane i ciekawe uniwersum, w którym rozgrywa się nieco zbyt sztampowa historia. Myślę, że to wina limitu znaków, bo wydłużone, opowiadanie zdecydowanie by zyskało. Czytało się gładko i przyjemnie – szczególnie opisy wydały mi się szczególnie plastyczne i dopracowane. Niestety, sposób w jaki rozwiązałeś problem czarownika woła o pomstę do nieba. Jak już wspomnieli przedpiścy – został jakby żywcem wyciągnięty z RPGa. 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Limit czasowy sprawił że fabuła jest dość prosta. Następnym razem będzie lepiej :) Fajnie że świat się podobał :)

Widzę, że skrzyżowanie domów z kokonami rządzi. :-)

Zgadzam się z wieloma przedpiścami: walka z głównym złym słaba, ten dobry nie miał żadnych problemów, poszedł niemal jak do sklepu po bułki, załatwił, co miał załatwić i po bólu.

Ale świat bardzo ciekawy, z potencjałem. Mam nadzieję, że go nie porzucisz.

Na szczytach iglic dało się słyszeć, zwiastujące poranek, histeryczno-radosne nawoływania kopulujących lagranów.

Czepiam się, ale poza szczytami nie było słychać? Dźwięk lubi się rozchodzić w powietrzu…

zastanawiając się, jak wyglądało, zanim czarownik położył na nim swojej łapy.

Położył łapę albo nie położył łapy.

Czarownik spojrzał zdziwiony na zbliżającego się przeciwnika.

To on go jednak widział? Chyba nie wyjaśniasz tej kwestii.

Pewien zręczny rzemieślnik z Koniczyny, ze skóry zwierzęcia zrobił Szponorękiemu płaszcz, a z kłów trofeum.

No to bardzo utalentowany ten rzemieślnik – i garbarz, i szyć potrafi, jeszcze biżuterię produkuje… A tak się w ogóle da – od żywego zwierzątka do ubranka w kilka dni? Wyprawienie skóry nie wymaga czasu? I zgrzytnęło mi trofeum. IMO, kły i skóra już były trofeum i nie dało się zrobić ich zdobyczą jeszcze bardziej. Może naszyjnik albo inna broszka?

Babska logika rządzi!

Dzięki za przeczytanie Finklo :)

Jeśli chodzi o to trofeum to wyobrażałem sobie lichaka jako ogromne zwierzę (pokroju ziemskiego słonia) więc z kłów miało zostać zrobione trofeum, na zasadzie podobnej jak robi się z porożem jelenia, kłami dzika itp. Może nie do końca to wyjaśniłem, fakt.

Świta nie porzucę, coś tam już w głowie kiełkuje :)

Fabuła wyszła trochę miałka, a jak ogólne wrażenia z lektury Finklo?

Trofeum – dla mnie synonim zdobyczy, nagrody. OK, spreparowane poroże itp. to też trofeum, ale IMO ciągle pozostaje to podkategorią zdobyczy. Może rozwiń ten opis – że kły przymocował do tabliczki/ z kłów zrobił ozdobę do zawieszenia w poczesnym miejscu domokokonu/ z kłów wyrzeźbił urokliwą figurkę…

Ogólnie? Nie pasuje mi świat do fabuły. Uniwersum ogromne, ledwie zarysowane, ale interesujące, bogate, a akcja typu “dostał zlecenie, poszedł, zabił, wrócił”. Gdyby to był drobniutki wątek w większej opowieści (na przykład bohater wspominający, jak to jego przyjaciel Szponoręki został szychą), to bym się nie czepiała.

Babska logika rządzi!

Mam w planach rozwinięcie multiwersum, może wtedy bardziej ci się spodoba :)

A odnośnie trofeum niech zostanie jak jest, termin konkursu już minął więc nie będę ingerował w tekst. 

Czarownik razem z puszczą pali mieszkańców

Nie atakuję, informuję jeno, że sprytny czarownik, który przy pomocy puszczy pali mieszkańców zatrzymał mnie na chwilę. Drugie czytanie zdania sprawę wyjaśniło.

jak wyglądało, zanim czarownik położył na nim swojej łapy.

Kurczę… Nie chcę marudzić, zwłaszcza że tak dobrze opowiadanko zostało przyjęte. Skoro jednak przeczytałem… Zabawne czasem, jak gusta różnią się od siebie.

Do mnie niestety nie trafiło. Świat od początku wydawał mi się zlepkiem zapożyczonych pomysłów, ale to właściwie nie tak źle. Niby-Planescape’owe sfery są fajne i pozwalają na wiele. Bohater od razu mi się skojarzył z Wolverinem, a to już gorzej. Generalnie z zapożyczeniami jest chyba tak, że każdy może mieć już na temat źródła jakąś opinię – ja np. nie lubię wspomnianego pana i te uczucia przelały się na bohatera. Ale to też mało istotne.

Ważne jest, że w moim odczuciu nic specjalnego się tutaj nie wydarzyło. Ja reaguję najsilniej na dwie rzeczy: klimat albo fabułę, przy czym wolę tę ostatnią. Ani jednej ani drugiej nie dostrzegłem, niestety, więc dotarłem do końca rozczarowany. Zabrakło mi głębi. Nie przejmuj się tym jednak, moje poszukiwania głębi w tekstach na 16k i tak są z reguły skazane na porażkę.

Na szczęście nieźle to napisane, sugestywnie, więc czytało się przyjemnie, a obrazy same rysowały się przed oczami. Sprytne, nieszablonowe wykorzystanie obrazków ;) Pojawiają się na chwilę i już. Nie wpadłbym na to.

(edit – a! oczywiście pamiętam, ze to na konkurs, mało czasu itd., ale oceniam bez okoliczności łagodzących – bo tak jest fair wobec innych opowiadań)

Bardzo oryginalny początek. o takie wizjonerskie pomysły chodziło mi w tym konkursie. Warsztat bardzo sprawny.

 

Z wad: po świetnym początku, tekst wkracza na najprostszą z możliwych dróg. Fabuła zostaje mocno spłycona i płynie juz tym nurtem do końca.

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Varg szkoda, że nie trafiłem w Twoje gusta, faktycznie w tekście zbyt wiele głębi nie ma. Co do zapożyczeń to Planescape’a znam, ale akurat w tym przypadku się nim nie inspirowałem. Co do Wolverine’a oczywiście masz rację. Ja akurat lubię tego bohatera :)

Nagulu pierwotnie tekst kończył się w momencie przejścia Lagosha do Sfery Liści, więc początek jest bardziej dopracowany. Reszta była pisana dość szybko, dlatego fabuła dość prosta.

Początek z masą nazw, które nic mi nie mówią i postaci, które zdają się pochodzić z różnych bajek szczerze mówiąc, dość mocno mnie zniechęcił. Zdecydowanie za duże zagęszczenie imion i nazw, z których i tak nic nie wynika, a dalej… Wybrali go, poszedł, zabił gościa, wrócił.

Szczerze mówiąc, gdyby nie to, że zaprosiłeś do przeczytania i chciałem coś na ten temat napisać, to odpadłbym pewnie w momencie gdy pada imię Kratosa, a tak, przemęczyłem do końca, ale nie bardzo wiem, co mógłbym ciekawego powiedzieć. Ot, spłynęło zupełnie. Szczątkowa, prosta fabuła musi być obudowana czymś, co sprawi, że mimo to będzie się dobrze czytało, w przypadku tego tekstu trudno mi wskazać coś takiego.

Zasadniczo zgadzam się z vargiem, przy czym dodam, że mi się naprawdę mało co podoba :)

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

No cóż szkoda, że musiałeś się męczyć. Myślałem, że tekst napisany jest w miarę płynnie.

Nie jest to standardowe fantasy więc może dlatego nie przypadło ci do gustu :)

Fabuła prosta to fakt, jeśli chodzi o scenerię i postaci musiałem też dopasować je do wymogów konkursu.

Nie jest to standardowe fantasy więc może dlatego nie przypadło ci do gustu :)

A kto powiedział, że lubię tylko “standardowe” fantasy? :)

Lubię gdy mamy konkretnie określony świat/klimat, a tu każda postać wydaje się z innej bajki, no i tego już nie lubię. Jak Sapkowski zaczął mieszać ze światami też kręciłem nosem :)

No cóż szkoda, że musiałeś się męczyć. Myślałem, że tekst napisany jest w miarę płynnie.

Forma spoko, nic mnie jakoś specjalnie nie raziło, po prostu treść mi nie podeszła.

 

Co do konkursu, spojrzałem na te obrazki i stwierdziłem, że odpuszczam. Nie mógłbym pisać czegoś, czego “nie czuję”.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Mi akurat konkurs podpasował, można poćwiczyć wyobraźnię i światotwórstwo :)

Zgrzytnęło mi podwójne użycie słowa “kolejny” w pierwszym akapicie.

 

A tak ogólnie – Ameryki nie odkryję – przedpiścy już zauważyli, że walka z czarownikiem rozczarowuje.

Poza tym czytało mi się raczej znośnie, choć bez rewelacji. Najchętniej podpisałbym się chyba pod komentarzem Alex.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za komentarz i przeczytanie Nevazie. Już myślałem, że nikt nie więcej nie zajrzy do Galerii a tu miła niespodzianka :)

A jak z samym światem opowiadania? Wart rozwinięcia i pogłębienia? 

Nieprzypadkowo napisałem, że podpisałbym się pod komentarzem Alex :-> Świat ma potencjał, co do tego nie mam wątpliwości. Zdecydowanie pozwala na wykorzystanie różnych potencjalnych ścieżek fabuły, skoro zasiedlają go postaci o nieprzeciętnych umiejętnościach, umiejące teleportować się do sfer rządzących się swoimi prawami. To fantasy, miałeś prawo coś takiego wymyślić i masz prawo się tym rozkoszować ;). Z drugiej strony, nie wiemy zbyt wiele o jego metafizycznych fundamentach. Bóg Kratos odpoczywa – od dawna? Na zawsze? Nie znudzi mu się? 

Bohaterowie z alei są “kozakami”. Gdzie są kozacy więksi od nich? Ten problem uwypukla się w scenie starcia protagonisty z czarownikiem : >.

Opisy szeroko pojętej przyrody były na przyzwoitym poziomie. Nie mogę powiedzieć, bym odczuwał nieziemską rozkosz od kontaktu moich oczu z tymi zdaniami, ale pod tym względem generalnie nie masz sobie nic do zarzucenia : ). Natomiast ani kilka fajnych opisów, ani przedstawienie świata z tak szerokimi horyzontami nie uratuje Cię przed koniecznością dopracowania fabuły. Ba, ktoś mniej życzliwy mógłby zarzucić, że nie wykorzystałeś w pełni możliwości świata, po który sięgnąłeś.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Wnioski wyciągnięte, pomysł na kolejny tekst w głowie się już wykluł, więc może coś z tego będzie. Co do fabuły oczywiście masz rację i postaram się ją zdecydowanie rozszerzyć. Dzięki za przeczytanie i wyczerpującą opinię :)

Trzymam kciuki! Skoro pomysł już się wykluł, to teraz pozostaje mu tylko rozwinąć skrzydła i wzbić się :)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Trzeba będzie się zabrać do pisania :)

Mnie się podobało :)

No to się cieszę Anet :)

Nowa Fantastyka