- Opowiadanie: bemik - Obrączka

Obrączka

Lojalnie uprzedzam – romansidło i to na dodatek takie bemikowe (bywalcy wiedzą, o co chodzi). Ale i tak zapraszam do czytania, gdy już brzuchy spuchnięte będą od nadmiaru pierogów, śledzi i karpia.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Obrączka

Na środ­ku po­la­ny, która kie­dyś była cen­trum wio­ski, stała czwo­ro­bocz­na ko­lum­na z pra­wie za­tar­tym na­pi­sem na mar­mu­ro­wej ta­bli­cy. Cegły wy­star­czy­ło pa­ty­kiem skrob­nąć, żeby się kru­szy­ły i prze­mie­ni­ły w pył.

Maria wie­dzia­ła, że upa­mięt­nia spa­le­nie wiedź­my, ale data i imię ko­bie­ty znik­nę­ły już dawno. Dało się od­cy­fro­wać je­dy­nie nie­któ­re li­te­ry.

Dziew­czy­na wo­dzi­ła pal­cem po le­d­wie wi­docz­nych żło­bie­niach. Wy­obra­ża­ła sobie po­dest z palem, przy­wią­za­ną do niego ko­bie­tę, równo uło­żo­ne po­la­na pod spodem, tłum żąd­nych wra­żeń wie­śnia­ków, du­chow­ne­go, może jesz­cze straż­ni­ka lub kata.

Sły­sza­ła wrzask ko­biet, ryk męż­czyzn i piski dzie­ciar­ni. Przy­by­li tu jak na od­pust. Nie­czę­sto zda­rza­ło się takie wi­do­wi­sko. Straż­nik spoj­rzał na nią, ale w jego oczach nie wi­dzia­ła współ­czu­cia. Ob­li­zał wargi i cmok­nął. Od­wró­ci­ła wzrok, kiedy pod­kła­dał ogień.

Dym był czar­ny, smo­li­sty, jak opary z pie­kła. Omi­jał ją łu­kiem; po­zo­sta­wiał wolną prze­strzeń, by mogła od­dy­chać. Wiatr tak krę­cił, że kopeć kładł się na pu­bli­kę. Ci sto­ją­cy naj­bli­żej za­czę­li ka­słać i urą­gać:

– Dia­bel­ski po­miot, pali się, a jesz­cze lu­dziom szko­dzi! – krzyk­nął ktoś z dal­szych rzę­dów.

– Jesz­cze nie pło­nie! – wy­ja­śnił gruby wie­śniak z pierw­sze­go rzędu, za­sła­nia­jąc usta i nos rę­ka­wem.

– Apage, Sa­ta­nas! – Głos mni­cha prze­bił się przez wrza­wę. – Apage, Sa­ta­nas!

Wiatr, jakby wy­stra­szo­ny wi­do­kiem drew­nia­ne­go krzy­ża, uspo­ko­ił się, a lu­dzie jęk­nę­li z po­dzi­wu dla mocy du­chow­ne­go.

– Chwal­cie pana, bo jest dobry! Jego moc zwy­cię­ży…

Ka­szel ko­bie­ty za­głu­szył dal­sze słowa kle­chy. Po­la­na trzesz­cza­ły i pa­li­ły się coraz więk­szym pło­mie­niem. Wi­dzo­wie uci­chli, wpa­trze­ni w nie­ru­cho­mą po­stać. Cze­ka­li z na­pię­ciem, aż za­cznie wrzesz­czeć, bła­gać o li­tość, pro­sić o wy­ba­cze­nie. Ale za­wie­dli się.

– Nie za czary płonę, jeno za mi­łość moją… – Ko­bie­ta unio­sła głowę i dzi­kim wzro­kiem po­to­czy­ła po wpa­trzo­nym w nią tłu­mie, a potem sku­pi­ła spoj­rze­nie na sto­ją­cym obok po­de­stu męż­czyź­nie. Ale nie wy­rze­kła nic wię­cej, bo głos ode­brał jej ko­lej­ny atak kasz­lu. Kiedy minął, rzu­ci­ła z jadem: – Na nic wasze krzy­że i modły!

Chcia­ła coś jesz­cze dodać, ale dym ją za­du­sił, a ogień ogar­nął drob­ną po­stać. Po­tęż­nia­ła w tych opa­rach, rude włosy za­pło­nę­ły i stwo­rzy­ły na chwi­lę au­re­olę ni­czym u świę­tej. Tłum pa­trzył bez słowa na skrę­ca­ją­cą się po­stać, na czer­nie­ją­ce ciało, na iskry strze­la­ją­ce w czar­ne niebo.

Maria ode­rwa­ła dło­nie od ta­bli­cy i po­trzą­snę­ła ener­gicz­nie głową, jakby chcia­ła z niej wy­rzu­cić na­gro­ma­dzo­ne ob­ra­zy. Rude włosy roz­sy­pa­ły się po ra­mio­nach i ple­cach, wzbu­dza­jąc za­chwyt prze­jeż­dża­ją­ce­go obok na ro­we­rze mło­de­go męż­czy­zny. Miał ocho­tę za­trzy­mać się, ale wy­star­czy­ło, że spoj­rzał w zie­lo­ne, chmur­ne oczy i zre­zy­gno­wał z po­my­słu.

 

 

***

 

Koc dra­pał spo­co­ne plecy, prze­ście­ra­dło skrę­ca­ło się i draż­ni­ło skórę. Maria pod­nio­sła się z łóżka i otwo­rzy­ła na oścież uchy­lo­ne do­tych­czas okno. Let­nia noc buch­nę­ła go­rą­cem pro­sto w twarz. Re­chot żab niósł się bez prze­szkód po polu; zda­wa­ło się, że je­zio­ro jest trzy kroki od domu, a nie ponad pół ki­lo­me­tra.

Na po­dwór­ku za­brzę­cza­ła me­ta­lo­wa miska, kiedy Bury przez sen prze­bie­rał ła­pa­mi w po­go­ni za kotem. Jakaś kura za­gda­ka­ła obu­rzo­na, że są­siad­ka na grzę­dzie roz­py­cha się, jakby była sama w kur­ni­ku.

Maria zwi­nę­ła cięż­kie włosy w węzeł. Przy­nio­sło to chwi­lo­wą ulgę; przy­naj­mniej nie le­pi­ły się do ple­ców.

Dziew­czy­na opar­ła się dłoń­mi o pa­ra­pet i wy­chy­li­ła za okno. Miała na­dzie­ję, że zła­pie de­li­kat­ny po­wiew wia­tru, który odrobinę ochło­dzi roz­grza­ne ciało.

Li­piec w tym roku dawał się wszyst­kim we znaki. Od trzech ty­go­dni nie pa­da­ło i było strasz­li­wie go­rą­co. Lu­dzie ze zmęczenia le­d­wie zi­pa­li, nawet noc nie przy­no­si­ła wy­tchnie­nia.

Jed­nak to nie upał spra­wił, że Maria nie mogła za­snąć.

Chata, w któ­rej wy­na­ję­ła pokój, znaj­do­wa­ła się na skra­ju po­la­ny. We­ro­ni­ka Socha, wła­ści­ciel­ka, nie bar­dzo chcia­ła słu­chać mia­sto­wej, która z nie­wia­do­mych przy­czyn upa­trzy­ła sobie ten dom na let­ni­sko. Zwy­kle tu­ry­ści szu­ka­li kwa­ter bli­żej je­zio­ra, a We­ron­ka nie lu­bi­ła ob­cych. Pra­wie całe swoje sie­dem­dzie­się­cio­let­nie życie spę­dzi­ła w sa­mot­no­ści. I pew­nie tak by zo­sta­ło, gdyby przy­jezd­na nie ścią­gnę­ła z głowy chust­ki, w którą jak w tur­ban za­wi­nę­ła włosy.

Gęste, mie­dzia­ne loki spły­nę­ły aż do pasa, wiatr wzbu­rzył je, a za­cho­dzą­ce słoń­ce rzu­ci­ło ostat­nim pro­mie­niem i spra­wi­ło, że sta­nę­ły w pło­mie­niach. Stara ko­bie­ta przez chwi­lę onie­mia­ła, wpa­tru­jąc się w zja­wi­sko, a potem wska­za­ła pokój na pię­ter­ku.

Już pierw­szej nocy Maria nie mogła za­snąć, a jak tylko za­pa­da­ła w drzem­kę, wi­dzia­ła pło­ną­cy stos i ręce, które skła­da­ły się w bła­ga­niu. Skoro świt po­bie­gła do ko­lum­ny, przy­ło­ży­ła dło­nie do ta­blicz­ki.

 

***

 

– Lu­dzie ga­da­jom, że to jaka moja pra­pra­pra­bab­ka była. A ja tam nie wiem. Ona Socha i ja Socha, ale bo to jed­ne­mu psu na imię Burek? I ga­da­li też tak dla­te­go, że ona ruda była. Jak ja w mło­do­ści. Ale prze­ca ty tyż ruda, a nie nasza, nie?

Stara We­ro­ni­ka na­kła­da­ła łyżką ziem­nia­ki na ta­le­rze, a potem szczo­drze oma­ści­ła i jesz­cze po­sy­pa­ła ko­prem z ogro­du, a na ko­niec usta­wi­ła dwie miski ze zsia­dłym mle­kiem na stole.

– Ja tam nie wiem, ale jakoś mi to ba­ja­nie o wiedź­mach i sto­sach tu u nas nie pa­su­je. – We­ro­ni­ka we­pchnę­ła w usta czu­ba­tą łyżkę kar­to­fli i zaraz na­bra­ła gę­ste­go mleka. – Ale cosik musi być na rze­czy, skoro lu­dzie o tym ga­da­ją. A nie­je­den ją spo­tkał przy tej ko­lum­nie z ce­gieł. Ni­ko­mu krzyw­dy nie czyni, stoi tylko i rę­ka­mi się o nią wspie­ra. – Ko­bie­ta za­mil­kła na chwi­lę, żeby ko­lej­ną por­cję je­dze­nia do ust wło­żyć, a potem do­da­ła: – Może to moja babka fak­tycz­nie?

Maria nie prze­ry­wa­ła, choć ci­snę­ły jej się na usta py­ta­nia, ale bała się, że We­ron­ka prze­sta­nie opo­wia­dać.

– Jesz­cze moja babka ga­da­ła, że ona, zna­czy ta wiedź­ma, Ka­ta­rzy­na, była cudna. Bo jej, zna­czy babce, też tak ga­da­li. Ale tam, ja się tylko chi­chra­łam, bo mi babka opo­wia­da­ła, że taka cudna jak ja. Ale gdzie mnie tam do cudu było – rudam i pie­go­wa­ta, ino śli­pia może na­praw­dę ładne mia­łam, zie­lo­ne jako i ty masz.

Za­mil­kła przez chwi­lę i za­pa­trzy­ła gdzieś przed sie­bie, bez­myśl­nie ob­li­zu­jąc łyżkę.

– Ale babka ga­da­ła, że wtedy to się takie po­do­ba­ły, co czer­wo­ne włosy miały i blade lico, bo to rzad­kość. A im bled­sze, tym lep­sze, tym bar­dziej w cenie. Ty ro­zu­miesz? – zwró­ci­ła się do Marii nagle oży­wio­na. – Toż ona za życia jak to­pie­li­ca wy­glą­da­ła. Ale po­dob­no takie wła­śnie lu­bie­li. I to na dwo­rach szcze­gól­nie, bo po wsiach to za­wsze panny opa­lo­ne były od ro­bo­ty w polu.

We­ro­ni­ka po­chy­li­ła się nad ta­le­rzem i przez kilka chwil z ape­ty­tem po­chła­nia­ła kar­to­fle, po­pi­ja­jąc mle­kiem. Maria le­d­wie ru­szy­ła swoją por­cję, bo je­dze­nie nie­zbyt jej sma­ko­wa­ło.

– Po­dob­no Ka­ta­rzy­na le­d­wie dwa­na­ście lat miała, kiedy po­czu­ła w sobie moce. Zaraz po pierw­szej krwi. Po­ma­ga­ła lu­dziom, a wszy­scy jej za to wdzięcz­ni byli. Ale do­nio­sło się do są­sied­nie­go mia­stecz­ka i przy­sła­li kle­chę, żeby cza­row­ni­cy cza­ro­wa­nia za­bro­nił. Nawet tego do­bre­go. Silny ten ksiądz po­dob­no był, mocny w wiarę, dla­te­go się dzie­wu­chy nie bał. Naj­pierw roz­ma­wiał, po­zna­wał, a potem za­czął te duchy prze­ga­niać. I wtedy coś się w Kaśce po­ro­bi­ło. A księ­żu­lo ogło­sił, że dla jej dobra, dla za­cho­wa­nia duszy nie­śmier­tel­nej, trza wiedź­mę spa­lić, bo tak w nią mocno złe we­szło, że wy­liźć ani wy­pę­dzić się nie da. I nikt słowa na jej obro­nę nie rzekł, choć przed­tem tylu po­mo­gła. I spali­li ją. A potem nagle wio­ska pod­upa­dać za­czę­ła. A to pożar pra­wie go­to­we do żęcia zboże po­chło­nął, a to w je­zio­rze takie ziel­sko się roz­ple­ni­ło, że wszyst­kie ryby wy­zdy­cha­ły, a to pomór na bydło, a to coś z ku­ra­mi. I roz­leź­li się lu­dzie po świe­cie, byle dalej stąd, byle dalej od Kaśki…

– Cała wio­ska? – za­py­ta­ła za­cie­ka­wio­na opo­wie­ścią Maria.

– A cała. Tylko moi zo­sta­li. Resz­ta prze­nio­sła się na drugi brzeg je­zio­ra. Ponoć za wodę klą­twa Kaśki nie się­ga­ła.

Może klą­twa nie się­ga­ła, ale Maria czuła, że ją Ka­ta­rzy­na przy­zy­wa. I to od dawna. Od czasu za­ba­wy w wy­wo­ły­wa­nie du­chów.

 

***

 

Osiem­nast­kę Aśki świę­to­wa­ły na dział­ce pod War­sza­wą. Same dziew­czy­ny, bo ju­bi­lat­ka roz­sta­ła się z lubym i no­we­go nie zdą­ży­ła zna­leźć. Dla­te­go po­zo­sta­łe ko­le­żan­ki też zo­sta­ły po­zba­wio­ne mę­skie­go to­wa­rzy­stwa. Nie na­rze­ka­ły, im­pre­za wy­pa­da­ła w długi week­end czerw­co­wy, po­go­da była świet­na, ro­dzi­ce Joasi stwier­dzi­li, że jak same baby, to nie ma się czym mar­twić i zakupi­li tort oraz dwie do­dat­ko­we bu­tel­ki szam­pa­na.

Nie wia­do­mo, która wpa­dła na po­mysł wy­wo­ły­wa­nia du­chów, ale resz­ta była wy­star­cza­ją­co pi­ja­na, żeby się nie sprze­ci­wić. Na­pręd­ce wy­ry­so­wa­ły na pa­pie­rze pa­ko­wym li­te­ry, cyfry, słowa tak i nie oraz kie­run­ki świa­ta. Po­ga­si­ły świa­tło, ale za to za­pa­li­ły kil­ka­na­ście świe­czek. Ich blask spra­wił, że Maria od razu po­czu­ła dresz­cze. Roz­sia­dły się przy ni­skim sto­li­ku i to Jo­asia za­czę­ła przy­zy­wać zjawy.

– Duchu, duchu, jeśli tu je­steś i jeśli masz ocho­tę z nami po­ga­dać, objaw się! – za­bu­cza­ła gru­bym gło­sem, a resz­ta za­chi­cho­ta­ła.

– Wzy­wam cię duchu – po­wtó­rzy­ła Aśka i do­da­ła: – Je­steś już tutaj?

Sama po­pchnę­ła spode­czek ze strzał­ką na napis „tak” i po­no­wie za­śmia­ła się.

Dziew­czy­nom szyb­ko znu­dzi­ło się bez­sen­sow­ne sie­dze­nie, po­rzu­ci­ły za­ba­wę i od­da­ły się plot­ko­wa­niu i po­pi­ja­niu wina. Tylko Maria sie­dzia­ła na pa­ra­pe­cie z tym samym kie­lisz­kiem nie­mal od po­cząt­ku wie­czo­ru i wpa­try­wa­ła się w mi­ga­ją­ce gwiaz­dy.

Wino się skoń­czy­ło, świecz­ki pra­wie wszyst­kie po­ga­sły, a Ma­ry­sia nie mogła za­snąć. Wsłu­chi­wa­ła się w ciche po­chra­py­wa­nia ko­le­ża­nek i w szum wia­tru. Wy­szła na taras, żeby ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem; opary al­ko­ho­lo­we wy­do­by­wa­ją­ce się z ust dziew­czyn mą­ci­ły jej w gło­wie.

Nad za­nie­dba­nym traw­ni­kiem uno­si­ła się blada mgła, a gdzieś na gra­ni­cy wi­dze­nia ma­ja­czy­ła smu­kła po­stać. Maria po­czu­ła le­ciut­kie ukłu­cie stra­chu. Wy­si­li­ła wzrok, by zo­ba­czyć, kto włó­czy się po nocy. Ale nie mogła doj­rzeć. Opar to for­mo­wał syl­wet­kę, to roz­pły­wał się jak mleko w kawie. Dziew­czy­na ob­ję­ła się ra­mio­na­mi, bo nagle po­wiał jakiś chłód od łąk, ni­czym za­po­wiedź desz­czu albo burzy. Cof­nę­ła się do wnę­trza domku.

Nie chcia­ła włą­czać świa­tła, żeby nie wabić ko­ma­rów, ale po ciem­ku obi­ja­ła się o sprzę­ty. Zna­la­zła jesz­cze jedną świecz­kę i za­pa­li­ła ją. Miała się udać na pię­ter­ko, gdy usły­sza­ła szu­ra­nie. Zer­k­nę­ła w stro­nę, z któ­rej do­bie­ga­ło, oba­wia­jąc się, czy nie ujrzy myszy, a potem po­stą­pi­ła parę kro­ków do przo­du.

Po pa­pie­rze pa­ko­wym po­zo­sta­wio­nym na stole krą­żył spode­czek. Ma­ry­sia krzyk­nę­ła i o mało nie wy­pu­ści­ła świe­cy. Pró­bo­wa­ła do­bu­dzić Jo­asię, ale ta od­ga­nia­ła się od niej jak od na­tręt­ne­go owada.

Szu­ra­nie usta­ło. Maria zer­k­nę­ła z nie­po­ko­jem na wy­ry­so­wa­ne sym­bo­le. Nic się nie dzia­ło. Dziew­czy­na na­bra­ła nieco od­wa­gi i zbli­ży­ła się do stołu. Od­sta­wi­ła lich­ta­rzyk i do­tknę­ła spodka. Po­czu­ła le­ciut­kie wi­bra­cje, ale – o dziwo – teraz nie bała się. Ode­tchnę­ła głę­bo­ko, a wtedy ta­le­rzyk drgnął i prze­su­wa­jąc się nie­spiesz­nie, po­ka­zał li­te­ra po li­te­rze słowo „pro­szę”.

– O co pro­sisz? – spy­ta­ła Maria.

– Pomóż mi. – Strzał­ka prze­miesz­cza­ła się, wska­zu­jąc do­kład­nie.

– Jak mogę ci pomóc?

– Po­zwól mi wejść do swo­je­go umy­słu, a wszyst­ko ci wy­ja­śnię.

– Nie! – Maria pra­wie krzyk­nę­ła. – Nigdy w życiu!

– To będę cię na­wie­dzać w snach.

– Dla­cze­go? Dla­cze­go ja?

Jo­asię obu­dził krzyk ko­le­żan­ki. Z tru­dem ze­pchnę­ła nogi Marty z wła­snych ud i usia­dła na łóżku.

– To ty się tak drzesz? – spy­ta­ła ko­le­żan­kę.

– Zda­wa­ło ci się – Maria za­prze­czy­ła. – Sły­chać tylko wasze chra­pa­nie.

 

***

 

Sny po­ja­wia­ły się spo­ra­dycz­nie – raz, dwa razy do roku, za­wsze w lecie. Maria miała wra­że­nie, że to dla ducha jakiś szcze­gól­ny okres. Wi­dzia­ła wtedy po­stać drob­nej dziew­czy­ny o bla­dej twa­rzy i au­re­oli mie­dzia­nych wło­sów. Snuła się nad łąką ni­czym mlecz­na mgła, za­trzy­my­wa­ła przy ce­gla­nej ko­lu­mien­ce, przy­kła­da­ła czoło i dło­nie do ta­bli­cy, i tak stała dłuż­szą chwi­lę, nic wię­cej nie czy­niąc. Potem spo­glą­da­ła wprost w Ma­ry­si­ne oczy, skła­da­ła ręce jak do mo­dli­twy i szep­ta­ła: „pomóż”.

Nie były to kosz­ma­ry, które przy­pra­wia­ły­by Marię o spa­zmy i drże­nie. To były ra­czej sny, które uwie­ra­ły jak pa­proch pod po­wie­ką. Spra­wia­ły, że cza­sem nawet w środ­ku dnia dziew­czy­na za­sty­ga­ła, za­sta­na­wia­jąc się, czego chce zjawa. I dla­cze­go wła­śnie ją wy­bra­ła.

Pew­nie nigdy nie do­wie­dzia­ła­by się, gdyby nie bab­cia Adela. W sta­rym pu­deł­ku po bu­tach prze­cho­wy­wa­ła po­żół­kłe fo­to­gra­fie, a w gło­wie setki ro­dzin­nych hi­sto­rii.

– Bo my to wła­ści­wie po­cho­dzi­my z gór – po­wie­dzia­ła pew­ne­go razu, sior­biąc czar­ną jak smoła her­ba­tę. – A nasze rude włosy to klą­twa i po­zo­sta­łość po wiedź­mie.

– No co ty opo­wia­dasz, bab­ciu – obu­rzy­ła się Maria. – Takie mamy geny.

– Oj, dziec­ko, prze­cież wiem, mam In­ter­net, a czy­tać umiem od dawna – za­śmia­ła się sta­rusz­ka. – Ale takie opo­wie­ści krą­ży­ły po ro­dzi­nie, szep­tem prze­ka­zy­wa­ne, żeby księ­żu­lo z am­bo­ny nie wy­klął. Jak to na wsi…

– Jakie opo­wie­ści? – za­cie­ka­wi­ła się Maria.

– Kie­dyś moja pra­bab­ka ga­da­ła, a do­ży­ła stu trzech lat i u niej rozum trzy­mał się wła­ści­we­go miej­sca aż do śmier­ci, że myśmy się na tym Ma­zow­szu ja­kieś czte­ry­sta lat temu po­ja­wi­li. Nie patrz tak na mnie – to taki prze­kaz ustny, ro­zu­miesz?

Maria po­ki­wa­ła tylko głową, ale nic nie po­wie­dzia­ła, żeby nie wy­trą­cić bab­ci­nej opo­wie­ści z wła­ści­wych torów.

– A ta wiedź­ma była ruda i z Biesz­czad po­dob­no ucie­kła, bo ją tam prze­śla­do­wa­li. Do­tar­ła do Za­wi­śla i za­miesz­ka­ła u jed­ne­go wie­śnia­ka. A jak im synek za­nie­mógł, to go uzdro­wi­ła. Bar­dzo byli jej wdzięcz­ni, bo dzie­ciak był je­dy­na­kiem i po­dob­no wię­cej dzie­ci mieć nie mogli. Dla­te­go, gdy cza­row­ni­ca uro­dzi­ła có­recz­kę i po­pro­si­ła, żeby przez jakiś czas się nią za­opie­ko­wa­li, zgo­dzi­li się bez na­my­słu. A ona w te Biesz­cza­dy wró­ci­ła, bo ją tam coś cią­gnę­ło. Obie­ca­ła wró­cić, ale nie wró­ci­ła.

– A dziew­czyn­ka zo­sta­ła u tego wie­śnia­ka? – spy­ta­ła Maria.

– Mało że zo­sta­ła, wy­cho­wa­li jak swoją, a potem ich syn z nią się oże­nił. I stąd my się wzię­li­śmy.

– Pa­mię­tasz, bab­ciu, gdzie ta wiedź­ma w tych Biesz­cza­dach miesz­ka­ła?

– Nie, nie pa­mię­tam, bo tego nikt chyba nigdy nie po­wie­dział.

 

***

 

– A tegom nie wie­dzia­ła. Że wiedź­ma dzie­cia­ka zo­sta­wi­ła? No, no – po­wie­dzia­ła go­spo­dy­ni, kiedy Maria za­koń­czy­ła opo­wieść.

– Nie wiem, czy to ta sama wiedź­ma, ale prze­cież przy­pro­wa­dzi­ła mnie tutaj, na Bu­ko­wą Po­la­nę. Wy­śni­łam tę wio­skę. Nawet nie mia­łam po­ję­cia, że ist­nie­je na­praw­dę, do­pie­ro jak na mapie spraw­dzi­łam, to uwie­rzy­łam – wy­zna­ła cicho.

– I przy­je­cha­łaś…

– I przy­je­cha­łam, bo ona, ta Ka­ta­rzy­na, cze­goś ode mnie chce.

Stara We­ro­ni­ka za­my­śli­ła się na chwi­lę.

– Musi, że masz rację, dzie­cia­ku. Pew­nieś ty jaka jej pra­pra­wnucz­ka i na do­da­tek moce po­sia­dasz, skoro tak cię na­wie­dza.

– No co też pani opo­wia­da, dwu­dzie­sty pierw­szy wiek, a pani z cza­ro­wa­niem wy­ska­ku­je – obu­rzy­ła się Maria. Ale We­ro­ni­ka nie za­mie­rza­ła się z nią kłó­cić, po­krę­ci­ła tylko siwą głową i po­pa­dła w za­du­mę.

 

***

 

Ka­ta­rzy­na po­wie­si­ła na belce ostat­nią wiąz­kę ziół i ode­tchnę­ła. Ma so­lid­ny zapas na je­sień, kiedy plu­cha się roz­pa­no­szy i swoje żniwa wśród wio­sko­wych zbierać bę­dzie. Le­piej im pra­wo­śla­zu zmie­sza­ne­go z szał­wią, babką, czar­nym bzem i ma­li­na­mi zadać, a wła­sną siły tylko na po­waż­niej­sze przy­pad­ki za­cho­wać.

Już dawno od­kry­ła, że cie­pło z jej rąk po­ma­ga lu­dziom. Wy­pró­bo­wa­ła na babci, która z bólu głowy nie­raz pła­ka­ła. A Kaś­ko­we ręce taką ulgę nio­sły, że i na parę dni wy­star­czy­ło. Babka po­chwa­li­ła się są­siad­ce, a ta przy­czła­pa­ła z bo­lą­cym ko­la­nem. I dalej już po­szło. Ale Ka­ta­rzy­na po każ­dym razie po­trze­bo­wa­ła sporo czasu, żeby do sił po­wró­cić. I udała się po radę do zie­lar­ki, co to pod lasem miesz­ka­ła, z dala od wsi. I już tam zo­sta­ła. Obie lu­dziom i sobie wza­jem­nie po­ma­ga­ły. Gdzie stara rady nie da­wa­ła, tam Kaśka wkra­cza­ła. A za to babka o zio­łach ją uczy­ła i ich mocy. I słusz­nie do­ra­dza­ła, żeby się nimi wspo­ma­gać, a lu­dziom z cza­ra­mi, nawet tymi do­bry­mi w oczy nie leźć.

Przy­je­chał ten pa­ni­czyk, nie wia­do­mo po co. Za­mie­sza­nia na­ro­bił i stra­chu lu­dziom na­pę­dził. Wy­py­ty­wał o Kaśkę w wio­sce, a wio­sko­wi praw­dę ga­da­li. A że cza­sem pod­bar­wio­ną, to tylko z wdzięcz­ne­go serca. No bo co się dzi­wić Ma­cie­jo­wej, że za­słu­gi dziew­czy­ny pod nie­bio­sa wy­chwa­la, jak jej dzie­cia­ka z go­rącz­ki wy­cią­gnę­ła. Złote ręce tylko na gło­wie po­ło­ży­ła, a on już, hyc z łóżka, mó­wi­ła. A praw­da taka była, że Ka­ta­rzy­na ma­łe­go dwa ty­go­dnie mie­szan­ką ziół poiła i ma­ścia­mi sma­ro­wa­ła, a ręce tylko wtedy przy­kła­da­ła, jak pła­kał. Albo taka Ja­ku­bo­wa, kucać przed pa­ni­czy­kiem za­czę­ła, żeby po­ka­zać, jak Kaś­ko­wa siła jej ko­la­na ule­czy­ła.

I tak każdy po kolei tro­chę do­da­wał, żeby się pan z mia­sta dzi­wo­wał, że we wsi taką spryt­ną dzie­wu­chę mają. I dobrą. I mądrą. A Ka­ta­rzy­na nic nie wie­dzia­ła, bo się z babką po lesie włó­czy­ła, żeby przy świe­tle księ­ży­ca krwaw­nik zbie­rać, co to na poty i na rany naj­lep­szy wtedy. A jesz­cze ze świ­ta­niem rwały pra­wo­ślaz i pio­łun, bo też im już wy­szedł.

Jak wró­ci­ły do wio­ski, to się Ka­ta­rzy­na z babką na­dzi­wić nie mogły, że lu­dzi­ska ich łu­kiem omi­ja­ją, z da­le­ka się tylko kła­nia­ją i szyb­ciut­ko z drogi umy­ka­ją, jakby się cze­goś bali. Do­pie­ro matka Kaśce pod­po­wie­dzia­ła, o co cho­dzi. Po­szła Ka­ta­rzy­na, zdję­ta i stra­chem, i gnie­wem, do Sta­cho­wej cha­łu­py, gdzie się pan za­trzy­mał. Chcia­ła wszyst­ko wy­tłu­ma­czyć, że ona tylko lu­dziom po­ma­ga.

Za­stu­ka­ła do izby i we­szła. I za­bra­kło jej tchu, by wy­ja­śnić to wszyst­ko. Łzy jej tylko po li­cach le­cia­ły i spód­ni­cę w rę­kach mię­dli­ła, słowa wy­do­być nie­zdol­na.

A pan Jan pa­trzył na nią z za­chwy­tem i nie do­wie­rzał, że taka pięk­ność pod chłop­ską strze­chą się uro­dzi­ła. A kiedy wresz­cie dziew­czy­na mówić za­czę­ła, to już zu­peł­nie dla niej osza­lał. Bo nie dość że pięk­na, to i mądra, i sub­tel­na. A ona mu tłu­ma­czy­ła:

– Ja, panie, nic złego nie robię. Ino lu­dziom po­ma­gam. Toż to od Boga moja moc być musi, bo z niej samo dobro pły­nie, ulga w cier­pie­niu. Żaden zły w tym udzia­łu mieć nie może, bo on by nie chciał, żeby lu­dziom ból odej­mo­wać.

I uwie­rzył pan Jan. Ale pew­ność chciał mieć, że do­brze wszyst­ko zro­zu­miał, to się z panną wie­lo­krot­nie spo­ty­kał.

A kiedy wresz­cie do mia­sta od­jeż­dżał, to obie­cał, że wróci. Re­la­cję zdać musi, po­wie­dział. I słowa do­trzy­mał, po mie­sią­cu wró­cił. Ale smut­ny taki, bo złe wie­ści Kaśce prze­ka­zać mu­siał.

– Rada za­ka­zu­je ci prak­ty­ki owe upra­wiać – prze­ka­zał wyrok. Nie po­wie­dział tylko, czym to gro­zić może.

I znowu się spo­ty­ka­li. W za­ci­szu le­śnej po­la­ny prze­ka­zy­wa­ła mu cie­pło swo­ich dłoni, a on te ręce ca­ło­wał. I oczy zie­lo­ne, i włosy rude.

Dał jej ob­rącz­kę, złotą z zie­lo­nym, szma­rag­do­wym list­kiem. Dla sie­bie też miał taką. Przy­się­gli sobie na po­la­nie, Boga i księ­życ na świad­ków mając.

A potem Jan je­chać mu­siał.

– Ale wró­cisz? – py­ta­ła Ka­ta­rzy­na, a oczy smut­ne miała, od łez wil­got­ne.

– Jak­że­bym miał nie wró­cić do mojej uko­cha­nej. Wrócę, Kasiu, wrócę. Jak nie za mie­siąc, to za dwa albo wię­cej. Muszę spra­wy po­za­ła­twiać, a potem za­bio­rę cię stąd.

 

***

 

Cze­ka­ła więc Ka­ta­rzy­na, ob­rącz­kę na palcu po­dzi­wia­ła i wie­rzy­ła. Ale babka zie­lar­ka, co do wsi cho­dzi­ła, ostrze­gła, że już lu­dzie ina­czej ga­da­ją. Więk­szość za rudą wiedź­mę ją ma, a to za spra­wą męż­czy­zny, który dwa ty­go­dnie po Janku po­ja­wił się w Bu­ko­wej Po­la­nie. Wy­py­ty­wał i do­po­wia­dał, co pro­stym lu­dziom nawet na myśl by nie przy­szło. I za­czę­li się za­sta­na­wiać, czoła chmu­rzyć, spod byka na Kaśkę zer­kać.

Tylko ci, co im syna z rąk śmier­ci wy­rwa­ła, wdzięcz­no­ści nie po­zby­li się. Przy­le­cia­ła Ma­cie­jo­wa do zie­lar­ki, Kaśkę ostrzec. Że ten pa­no­cek to coś złego szy­ku­je, bo po­słań­ca do mia­sta pchnął. O są­dzie ga­da­li.

Żeby Kaśka sama była, może by czoła świa­tu sta­wi­ła. Ale ona czuła, że nowe życie w niej roz­kwi­ta i bała się. Dla­te­go za radą zie­lar­ki zo­sta­wi­ła wszyst­ko i znik­nę­ła z wio­ski.

Dwa lata jej nie było i ona dwa lata wie­ści od Jana nie do­sta­ła. Dla­te­go wró­ci­ła, ale sama. Widać coś prze­czu­wa­ła, bo dziec­ko u ob­cych zo­sta­wi­ła. Na jej py­ta­nia zie­lar­ka tylko głową krę­ci­ła.

– Po­dob­no za morze po­je­chał. Albo nawet gdzieś dalej – pra­wi­ła dziew­czy­nie. – Tak mu oj­ciec na łożu śmier­ci na­ka­zał. A zaraz, jak syn wy­je­chał, to mu się po­pra­wi­ło.

Pła­ka­ła Kaśka, wy­chu­dła, zbrzy­dła, ale nie prze­sta­ła wie­rzyć, że jej Janek wróci. Za­miast niego po­ja­wił się urzęd­nik i razem z kle­chą za­czę­li dziew­czy­nę wy­py­ty­wać.

A potem bar­dzo szyb­ko po­szło, jakby obaj pra­gnę­li się z pro­ble­mem przed ja­kimś ter­mi­nem upo­rać.

Nie bała się Ka­ta­rzy­na śmier­ci, bo już jej i tak wszyst­ko jedno było, skoro Jan nie wra­cał. Nie pro­te­sto­wa­ła, nie szar­pa­ła się, kiedy na stos pro­wa­dzi­li. Ale za­wy­ła, gdy jej ob­rącz­kę z palca ścią­gnę­li.

 

***

 

– I ona chce, żebym ja tę ob­rącz­kę zna­la­zła i jej od­da­ła, bo oni po śmier­ci z Jan­kiem od­na­leźć się nie mogą – mó­wi­ła Maria do sta­rej We­ro­ni­ki, a ko­bie­ta tylko głową ki­wa­ła, wcale nie kwe­stio­nu­jąc opo­wie­ści.

– To spe­cjal­nie go gdzieś w świat wy­sła­li? – spy­ta­ła go­spo­dy­ni.

– A tak, żeby pani wie­dzia­ła – przy­tak­nę­ła dziew­czy­na. – Ktoś uprzej­my do­niósł, że się Jan z chłop­ką spo­ty­ka. Do­pó­ki my­śle­li, że się za­ba­wia, przy­my­ka­li oko, ale jak za­brał ze skarb­czy­ka ob­rącz­ki, zro­zu­mie­li. No, ale to prze­cież hańba by była. Oj­ciec sy­mu­lo­wał cho­ro­bę i wy­słał syna z wy­pra­wą han­dlo­wą, a dziew­czy­nę po­sta­no­wi­li uci­szyć. Tyle że ona znik­nę­ła.

– Dzie­cia­ka gdzieś u was uro­dzi­ła i zo­sta­wi­ła – mruk­nę­ła stara.

– Do­kład­nie, to moja jakaś tam pra­pra­pra­bab­ka – po­twier­dzi­ła Maria. – Ale Kasia wró­ci­ła tutaj, bo bez Janka żyć nie mogła. A oni jej pro­ces wy­pra­wi­li i spa­li­li. Tylko, gdzie ja tej ob­rącz­ki szu­kać mam?

– A do ro­dzin­ne­go skarb­czy­ka Jana nie wró­ci­ła? – pod­po­wia­da­ła We­ro­ni­ka. – A może dru­giej żonie ofia­ro­wał?

– Nie, Jan nigdy się już nie oże­nił. Moja bab­cia nic na ten temat nie mó­wi­ła.

 

***

 

– Kasiu, jak ja ci tę ob­rącz­kę znaj­dę? A jak ją ksiądz za­brał, żeby ro­dzi­nie oddać albo ten urzęd­nik, albo straż­nik. Ona mogła prze­wę­dro­wać na drugi kra­niec świa­ta.

A mgli­sta po­stać tylko głową krę­ci­ła i ręce skła­da­ła.

– Wiem, wiem – bur­cza­ła Maria zła na sie­bie. – Nie re­zy­gnu­ję, tylko gło­śno myślę… A po­wiedz mi, czy ty Bu­ko­wą Po­la­nę opu­ścić zdo­łasz? Do tej wio­ski po dru­giej stro­nie je­zio­ra do­trzesz?

Ka­ta­rzy­na przy­tak­nę­ła.

– Ale wra­cać mu­sisz, praw­da? Trzy­ma cię coś tutaj, jak ko­twi­ca sta­tek – wy­mru­cza­ła Ma­ry­sia. – Idź teraz, Kasiu, od­po­czy­waj, bo zaraz świt. Ja po­my­ślę jesz­cze.

A kiedy pierw­szy pro­mień za­lśnił w kro­plach rosy, gdy ptaki wy­buch­nę­ły pe­ana­mi na cześć no­we­go dnia, już wie­dzia­ła, gdzie szu­kać musi.

 

***

 

Maria ostroż­nie ze­szła po skrzy­pią­cych scho­dach, otwo­rzy­ła drzwi wej­ścio­we i za­ga­da­ła do Bu­re­go, żeby szcze­ka­niem nie za­alar­mo­wał całej oko­li­cy. Dziw­nie się czuła, przemykając nocą. Zerkała też na boki, choć prze­cież ducha za sprzy­mie­rzeń­ca miała. Spo­co­na od upału, ale i z emo­cji, do­tar­ła wresz­cie pod ko­lum­nę. Strasz­nie wy­glą­dał ten po­mnik – świa­dek mi­nio­nych wy­da­rzeń, po­sre­brzo­ny bla­skiem księ­ży­ca, epa­to­wał mrocz­ną ta­jem­ni­cą.

A Ka­ta­rzy­na stała przed nim, dło­nie do ta­blicz­ki przy­kła­da­jąc, tak samo jak to od stu­le­ci czy­ni­ła. Maria ge­stem po­pro­si­ła, żeby się zjawa od­su­nę­ła, a potem wy­cią­gnę­ła nie­du­ży mło­tek zza paska i ude­rzy­ła w ze­tla­łą cegłę. Miała tylko na­dzie­ję, że nikt jej nie zo­ba­czy i nie oskar­ży o wan­da­lizm.

Po­le­cia­ły okru­chy i uka­za­ły ciem­ne wnę­trze. Nie bez stra­chu Maria się­gnę­ła w głąb ręką. Przez chwi­lę ba­da­ła wnękę po omac­ku, aż wresz­cie na­tknę­ła się na nie­wiel­kie za­wi­niąt­ko. Wy­ję­ła je i już wie­dzia­ła, że zna­la­zła to, po co przy­szła. Bo Ka­ta­rzy­na mniej mgli­sta, a bar­dziej praw­dzi­wa się stała. I blask od niej bił moc­niej­szy niż od księ­ży­ca.

Maria roz­wi­nę­ła szmat­kę, a wtedy oczom uka­za­ła się złota ob­rącz­ka ze szma­rag­do­wym list­kiem.

Kaśka ręce zło­ży­ła w nie­mej proś­bie i Maria, nie zwle­ka­jąc, po­da­ła jej ozdo­bę. Wiedź­ma uło­ży­ła ob­rącz­kę na otwar­tej dłoni i przez chwi­lę pa­trzy­ła, jakby chcia­ła się upewnić, czy praw­dzi­wa. A potem na­ło­ży­ła na ser­decz­ny palec.

Nie huk­nę­ło, nie za­grzmia­ło jak w baj­kach, tylko wiatr moc­niej­szy po­wiał. Za­krę­cił pyłem z drogi i wy­su­szo­ny­mi źdźbła­mi traw, przy­wiał za­pach łąki i lasu, wil­goć je­zio­ra i szum ta­ta­ra­ku. I po­rwał Kaś­ko­wą mgłę na strzę­py, roz­dmu­chał po oko­li­cy, a potem ucichł w ocze­ki­wa­niu.

Maria rów­nież stała przez chwi­lę w bez­ru­chu, z wy­cią­gnię­tą ręką i ze­tla­łą szmat­ką na dłoni. Już miała się ze­brać w drogę po­wrot­ną, gdy ich zo­ba­czy­ła. Zstę­po­wa­li z góry, jakby się gdzieś nad ko­ro­na­mi drzew spo­tka­li, cia­sno ople­ce­ni ra­mio­na­mi, wtu­le­ni w sie­bie. Za­trzy­ma­li się tuż przed Ma­ry­sią i po­kło­ni­li w pas. A szczę­ście z ich twa­rzy biło i ra­dość taka, że Marii aż się łzy w oczach za­krę­ci­ły.

Roz­pły­nę­li się wkrót­ce jak opar po­ran­ny, gdy słoń­ce moc­niej przy­grze­je. Ma­ry­sia wró­ci­ła do chaty i na­resz­cie spo­koj­nie za­snę­ła. Pew­nie są­dzi­ła­by póź­niej, że wszyst­ko to tylko jej się przy­śni­ło, gdyby na­za­jutrz baby na przy­stan­ku nie plot­ko­wa­ły o chu­li­ga­nach i roz­bi­tym po­mni­ku. 

Koniec

Komentarze

Piękny prezent na Święta:) Dzięki, Bemik, za kolejną opowieść. Jak dla mnie – super. 

Bardzo ładna historia, przyjemnie się czytało :)

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Faktycznie – bemikowe romansidło:) Ale bemikowe romasidła należą zwykle do kategorii rzeczy po prostu dobrych – jak mamina kutia i pierogi z fasolą od mojej teściowej;)

Przyjemna historia, może nie powalająca oryginalnością, ale urzekająca ciepłem – ot, w sam raz na świąteczną niestrawność. Jedyne co mi zgrzytało, to wydawało mi się, że w kilku miejscach stylizacja opowieści Katarzyny wkrada się we współczesną narrację.

Klep:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dziękuję dziewczyny za takie miłe głosy. W przerwie między sałatką serową a jarzynową udaje mi się tu zaglądać (robieniem, a nie jedzeniem :-).

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wiesz, bemiku, dobre romansidło nie jest złe, ale „Obrączka” akurat do mnie nie przemawia. Tekst jest napisany wybornie (z kilkoma potknięciami), historia wciąga i intryguje, ale… Hmmm… No, mówiąc krótko, w ogóle tej Twojej Katarzyny nie kupuję. Nie wiem, może mój instynkt macierzyński jest nadmiernie rozwinięty, ale nie wyobrażam sobie, aby matka porzuciła swoje dziecko (tak w życiu doczesnym, jak i w zaświatach), dla jakiegoś kolesia, z którym spędziła kilka dni/tygodni w lesie. Po prostu mi się to w głowie nie mieści.

 

 

Maria wiedziała, że upamiętnia spalenie wiedźmy

Tu zajęło mi chwilę, aby się domyślić co upamiętnia spalenie wiedźmy.

Wiatr tak kręcił

Hmm… Dziwnie to brzmi.

Apage, satanas

powinno być: Apage, Satanas. Szatan to imię własne.

opary alkoholowe wydobywające się z ust dziewczyn mąciły jej w głowie.

Hmmm… Chyba nicowały jej żołądek :D

Nie bała się Katarzyna śmierci, bo już jej i tak wszystko jedno było, skoro Jan nie wracał.

Przecież miała dziecko!!! Jak mogło jej nie zależeć?!

Hmm... Dlaczego?

No mi też się nie podoba, ale to wyłącznie z tego powodu, że nie jestem kobietą, która wzdycha do byle czego aby tylko wzdychać bo jest kobietą :D 

 

Ale nie wnikam w oceny innych, ważne że im się podobało :)

 

Pozdrawiam ;) 

»  kolumna z zatartym prawie napisem na marmurowym kawałku tablicy. «  ==>  jejku jej, bemik… Prawie napis czy prawie zatarty napis? napis był jedynie na części (kawałku) tablicy, czy z marmurowej tablicy pozostał jedynie kawałek?

Bardzo mi przykro, że od tego musiałem zacząć. O jednym zgubionym przecinku już nic, jak Pawlak o kole od rowera, nie wspomnę.  :-)

Zaiste, bemikowa to opowieść. Niemiłe myśli z początku wywołuje, lecz potem pozwala polubić bohaterkę, tę żyjącą, a duchowi drugiej, już nie żyjącej, ukłonić się…  No i to zakończenie, takie, no, odświętne…

Dziękuję za wizyty, poprawiam babole :-)

Drewian, mówisz, że to niemożliwe, żeby zostawić dziecko dla faceta? Hym, ja znam takie dwa przypadki osobiście, gdzie dzieciaki zostały oddane. W jednym przypadku zostało oddane na wychowanie babci, a w drugim – byłemu mężowi.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemiku – ​nie mówię, że to niemożliwe, ale, że mi się w głowie nie mieści, że tego nie “kupuję”, nie jestem w stanie sobie takiej sytuacji wyobrazić. O ile generalnie mam słabość do rudowłosych i zielonookich bohaterek, Twojej Katarzyny, z wymienionych wcześniej powodów, nie lubię, nie rozumiem jej postępowania i dlatego romans w „Obrączce” do mnie nie przemówił.

Co nie zmienia faktu, że tekst napisany jest pięknie i zasługuje na bibliotekę :D

Hmm... Dlaczego?

To lubię. Lekka narracja, dobra stylizacja języka, zgrabna kompozycja. I chociaż za romansidłami nie przdpadam, to muszę przyznać, że nie cierpiałam aż tak bardzo.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Następnym razem pamiętaj fleur – cierpienia uszlachetniają duszę! Ale i tak się cieszę, że nie cierpiałaś za bardzo, wszak są święta!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Korzystając z okazji, przedstawię to co zauważyłem – czyli logikę paru “wyjadaczy” z tego portalu ;) 

 

Na przykładzie Drewian, mam nadzieję że sobie tego nie weźmiesz do serca :) Oczywiście jest to przykład niemal popadający w skrajność więc nie należy brać go całkiem na poważnie… A jedynie zastanowić się nad nim jako przykładem zjawiska ;)

 

Komenarz 1: 

“Wiesz, bemiku, dobre romansidło nie jest złe, ale „Obrączka” akurat do mnie nie przemawia.”

 

Komentarz 2:

“Co nie zmienia faktu, że tekst napisany jest pięknie i zasługuje na bibliotekę :D”

 

Nie podoba mi się, ale jest napisany pięknie, no a przede wszystkim przez BEMIK – czyli jedną z “Wielkich Tego Portalu” – więc cokolwiek by nie napisała będzie zasługiwać na bibliotekę. Mi jeżeli tkst się nie podoba to nieważne jak pięknie byłby napisany nie uznałbym go za godnym “publikacji” ;P 

Ok, teraz popadam w skrajność tym przekoloryzowanym przykładem i czepialstwem, ale co sprawniejsze oko bądź ktoś taki jak ja, który sporadycznie tutaj zagląda to zauważy, że tak właśnie jest ;P Tutejsze forum przekształciło się w forum wzajemnej adoracji kilku użytkowników, których z imienia nie wspomnę.

 

Pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt wszystkim ;)

No cóż, zostałam ostrzeżona, że to romansidło.

Spodziewałam się, że do mnie zbyt głośno nie przemówi, ale przeczytałam. Sympatyczna, dobrze napisana, kolejna historia o wielkiej miłości.

Dwoma butelkami szampana się kilka dziewczyn upiło?

Babska logika rządzi!

Idaho_Iowa – ​hmm… Zaczynam podejrzewać, że Twoja umiejętność czytania ze zrozumieniem nie jest specjalnie rozwinięta. Gdyby była, wyczytałbyś z moich komentarzy, że “Obrączka” do mnie nie przemawia, a nie, że się mi nie podoba.

Hmm... Dlaczego?

Drewian, to samo mogę powiedzieć o Tobie, bo na wstępie wypowiedzi zaznaczyłem coś wyraźnie. 

Dziękuję Wam bardzo za wizyty. 

Ja Drewian rozumiem – jej się po prostu nie spodobała bohaterka. Drewian odniosła moją bajkę do rzeczywistości – nie polubiłaby kogoś, kto zostawia dziecko (nawet kierując się częściowo kwestią bezpieczeństwa córki). Dlatego doceniła sposób napisania, ale miała “ale”.

Idaho, w pewnym sensie masz rację – mam na NF już wyrobioną markę i staram się zawsze publikować tutaj rzeczy, które według mnie, trzymają poziom. Chodzi o to, że przeglądam wielokrotnie swoje teksty, dopieszczam i cyzeluję, żeby było jak najmniej baboli, choć nawet wtedy się trafiają (Adam wytknął mi złe sformułowania na początku). Ale publikuję też na innych portalach i tam również udało mi się wyrobić markę. Czy to znaczy, że tam również trafiam w TWA? Zauważ też, że wiele osób stwierdza – dobrze napisane, ale nie trafia do mnie/nie kupuję tego.  

A sprawdziłam też, będąc sama ciekawa, czy to mój nick “łagodzi” oceny, czy jednak tekst i wstawiłam tu opowiadanie jako anonim – opinie były jak zawsze. Kto miał zrugać, ten zrugał, ale byli też tacy, którym się podobało. Tak to już jest. Nawet amator – jak prawdziwy pisarz – może mieć swoich wielbicieli lub wrogów. Bardzo mnie to ucieszyło.

Finklo, to rodzice dokupili dziewczynom, o resztę zatroszczyły się same. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rzeczywiście, romansidło. Wzniesiono kolumnę i inskrypcją dla uczczenia spalenia czarownicy, i to taką, że przypominała pomnik? Trudne do uwierzenia.

Pozdrówka.

DZięki Rogerze – dla uczczenia wydarzenia, że w tej malutkiej wiosce udało się przeciwdziałać złu i spalić czarownicę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A, to dobrze, już się bałam, że ta “dzisiejsza młodzież” taka niewydarzona. ;-)

Babska logika rządzi!

No i dlatego jest to, moim zdaniem, właśnie romansidło. Nie przypominam sobie, żeby gdziekolwiek wznoszono takie pomniki. Jednakże w romansach wszystko albo prawie wszystko jest możliwe.

Czytelnik jednak został ostrzeżony o charakterze tekstu, więc nikt nie powinien mieć pretensji.

Pozdrówka.

@bemik, mam nadzieję że w żaden sposób Cię nie uraziłem, ot świąteczna rozkmina ;) 

Idaho – nie, nie poczułam się urażona, ale też wiem, że piszę na tyle sprawnie, żeby nie doczekać się słów bleee, ale chłam, po co się tu wystawiasz, zacznij kopać rowy. Natomiast wiem też, że nie osiągnęłam takiego poziomu, żeby wszyscy bezkrytycznie klaskali mi brawo.  Zresztą tak się nigdy chyba nie dzieje wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, pff – ja kopie rowy … Co nie zmienia faktu, że rozbawiło mnie to :D 

Obrączka jest bardzo Twoja i bardzo baśniowa. Nader zgrabnie połączyłaś treści współczesne z tym co działo się przed laty. Niby nic nowego – ot, wielka miłość, która rozkwitła w czasach zabobonów i raczej nie mogła skończyć się dobrze, ale, jak to zwykle u Ciebie, wszystko zostało podane w taki sposób, że lektura była dla mnie wielką przyjemnością.

Uważam że Kasia mogła zostawić córeczkę pod opieką gospodarzy. Wszak była przekonana, że opuszcza ją tylko na jakiś czas. Dziś także rodzice rozstają się z dziećmi, kiedy na krócej lub dłużej muszą dokądś wyjechać i opiekę nad maluchem powierzają np. dziadkom.

Bemik, pięknie dziękuję za przemiłe świąteczne popołudnie. Twoja Obrączka sprawiła, że wróciłam do czasów, kiedy w taki dzień jak dziś, podgryzając ostatnie wigilijne pierogi i popijając kompot z suszu, pochłaniałam baśnie znalezione pod choinką.

 

Miała na­dzie­ję, że zła­pie de­li­kat­ny po­wiew wia­tru, który ochło­dzi odro­bi­nę roz­grza­ne ciało. – Czy ciało było rozgrzane tylko odrobinę?

Może: Miała na­dzie­ję, że zła­pie de­li­kat­ny po­wiew wia­tru, który odrobinę ochło­dzi roz­grza­ne ciało.

 

I nikt słowa na jej obro­nę nie rzekł, choć przed­tem tylu po­mo­gła. I sfaj­czy­li ją. – Wydaje mi się, że ten potocyzm, w ustach starej Weroniki nie brzmi zbyt dobrze.

 

Same dziew­czy­ny, bo sza­cow­na ju­bi­lat­ka roz­sta­ła się z lubym i no­we­go nie zdą­ży­ła zna­leźć. Szacowna jubilatka – nie wydaje mi się, by to określenie pasowało do osiemnastoletniej dziewczyny.

Za SJP: szacowny 1. «godny szacunku ze względu na swój wiek, status społeczny lub zasługi» 2. «mający duże znaczenie, wartość lub bogatą tradycję»

Natomiast jubilat to ktoś obchodzący jubileusz «ważną, okrągłą rocznicę jakiegoś wydarzenia; też: uroczystość organizowana dla jej uczczenia»

Może: Same dziew­czy­ny, bo solenizantka roz­sta­ła się z lubym, a no­we­go nie zdą­ży­ła zna­leźć.

 

zor­ga­ni­zo­wa­li tort z dwoma do­dat­ko­wy­mi bu­tel­ka­mi szam­pa­na. – Nie podoba mi się organizowanie tortu.

Wolałabym: …sprawili tort z dwiema do­dat­ko­wy­mi bu­tel­ka­mi szam­pa­na. Lub, dla pewności, że to nie w torcie było tyle szampana: …sprawili tort i dwie do­dat­ko­we bu­tel­ki szam­pa­na.

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;11141

 

Ma so­lid­ny zapas na je­sień, kiedy plu­cha się roz­pa­no­szy i swoje żniwa wśród wio­sko­wych od­pra­wiać bę­dzie. – Żniw się chyba nie odprawia.

Raczej: Ma so­lid­ny zapas na je­sień, kiedy plu­cha się roz­pa­no­szy i swoje żniwo wśród wio­sko­wych zbierać bę­dzie.

 

Le­piej im pra­wo­śla­zu zmie­sza­ne­go z szał­wią, babką, czar­nym bzem i ma­li­na­mi zadać, a wła­sną ener­gię tylko na po­waż­niej­sze przy­pad­ki za­cho­wać. – Czy młodziutka Katarzyna, w czasach w których przyszło jej żyć, o posiadanych umiejętnościach, mówiłaby własna energia?

Może: …a wła­sną moc/ siłę tylko na po­waż­niej­sze przy­pad­ki za­cho­wać.

 

Bo nie dość że pięk­na , to i mądra, i sub­tel­na. – Zbędna spacja przed pierwszym przecinkiem.

 

A oni jej pro­ces wy­pra­wi­li i spa­li­li. – Raczej: A oni jej pro­ces s­pra­wi­li i spa­li­li.

 

Dziw­nie się czuła, skra­da­jąc się nocą. Roz­glą­da­ła się też na boki… – Może: Dziw­nie się czuła, przemykając nocą/ chyłkiem idąc nocą. Patrzyła/ Zerkała też na boki

 

Wiedź­ma uło­ży­ła ob­rącz­kę na otwar­tej dłoni i przez chwi­lę pa­trzy­ła, jakby chcia­ła spraw­dzić, czy praw­dzi­wa. – Powtórzenie.

Może: ­…przez chwi­lę pa­trzy­ła, jakby chcia­ła się upewnić, czy praw­dzi­wa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zacząłem szukać definicja słowa jubilat w słowniku, a potem zobaczyłem, że Regulatorzy napisała komentarz i już wiedziałem, że nie mam po co szukać…

 

Niech będzie, że chociaż dwie mini uwagi:

Ludzie ledwie zipali ze zmęczenia, nawet noc nie przynosiła wytchnienia.

a potem szczodrze omaściła. Potem jeszcze posypała koprem z ogrodu

 

Niepotrzebne, w mojej opinii, rym i powtórzenie.

 

Zachodzę w głowę, skąd wzięła się obrączka w pomniku. Czy pomnik postawił Jan : > ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, dziękuję za zaufanie, jestem wzruszona. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Piękny język, ale jakoś romasidło do mnie nie trafiło :P

Na pocieszenie dodam, że zonie bardzo się podobało, siostrze również :D

(Pięć gwiazdek od mojej lubej :D)

F.S

Reg, Nevaz poprawię, jak tylko trochę dojdę do siebie  po świętach (i pozbędę się nadmiarowej rodziny).

Regulatorzy – dziękuję za miłe słowa i za docenienie baśniowości mojego tekstu.

Nevaz – a już miałam nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na ten szczególik. Nie, Jan nie mógł wmurować obrączki, bo nie dość że go nie było, to pierścionek ściągał ktoś inny. Podejrzewam, że zrobił to klecha. Duchowny był przekonany o właściwości swojego postępowania, zdjął Kasi pierścionek i wmurował go w kolumnę, która upamiętniała jego zwycięstwo nad Złym.

Foloinie, podziękuj żonie i siostrze.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ty gapo ;) Cztery pkt do biblioteki, a fragmenty reprezentatywnego nie dałaś. Pamiętam tekst, choć czytałam go bardzo dawno temu. Bardzo ciepły, przyjemnie się czyta.

Tylko nie "Tęcza"!

Nieszczęśliwa miłość nie przemówiła do mnie. Jakoś skromnie nakreślona. Za to niewdzięczność wieśniaków zirytowała, aż nasunęła stwierdzenie: dobra czynić nie warto, bo głupcy i tak zapomną. No ale, klimat bemikowego opowiadania zadziałał po świętach, jak kompres na rozpalone czoło. Przyjemne opowiadanie. :)

Pozdrawiam.

Tenszo, faktycznie, że jestem gapa – dałam fragment, ino że wkleiłam go w pole do Betalisty.

Blackburn – dzięki.

Edith: poprawki wprowadzone.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Powtórzę się: oceniam tak jak “Słomiak”.

Ignorancja to cnota.

Faktycznie bardzo bemikowe :)

Sprawnie napisane, urzekające klimatem :)

Panowie, cieszę się, że zajrzeliście.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dotarłam z opóźnieniem, ale udało mi się przeczytać. Mnie ta romantyczna opowiastka bardzo przypadła do gustu. Czasem miło jest się oderwać i przeczytać coś w zupełnie innym stylu. Poza tym przypomina mi historię pewnej pary z rodziny mojego męża, która działa się po pierwszej wojnie światowej. Ona z biedniejszej rodziny, on z dość zamożnej. Nie pozwalali im być razem, a kochali się nad życie. Cenili miłość bardziej i wspólnie popełnili samobójstwo. Takich historii znam dużo. Myślę, że każdy o jakiejś słyszał. Dlatego nawet, mimo widocznej fantastyki dla mnie ta historia praktycznie mogłaby uchodzić za prawdziwą. Pozdrawiam ciepło w ten mroźny dzień.:)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki Morigano. Ja też znam trochę takich historii. Nawet moja babcia mogłaby coś powiedzieć na temat kochania mimo różnic.

Cieszę się, że Ci umiliło mroźny poranek. U mnie rano było minus 17 stopni.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

U mnie -15 podobno, ale tylko z prognozy pogody, bo zespół mi się ostatnio termometr i nie kupiłam nowego. Wydaje mi się, że jednak zimniej mogło być, bo spora otwarta przestrzeń jest u mnie. Już nie offtopuje. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ładne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Oj, dzięki. Widzę, że grasujesz po starszych tekstach :-)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie wiem Bernik ile Ty masz lat, ale opowiadanie takie romantyczne ,jak dla gimnazjalistek:-) Bardzo fajne, tylko że ja już 13latka nie jestem. W każdym razie lekko się czytało.

Kochana Maxeno, przeczytaj sobie moją sygnaturkę, a będziesz mogła domyślić się, ile mam mniej więcej lat. 

Dziękuję za wizytę i poświęcony czas.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Och rzeczywiście, gapa ze mnie – gratuluję, 4 miesięczny maluch zapewne jest słodziakiem i być może będzie natchnieniem do fajnej powieści:-) Styl masz przyjemny.

Nowa Fantastyka